Największy święty wśród uczonych. Św. Tomasz z Akwinu

Największy święty wśród uczonych. Św. Tomasz z Akwinu

pch24.pl/najwiekszy-swiety-wsrod-uczonych-sw-tomasz-z-akwinu

(GS/PCh24.pl)

Podczas pobytu w dominikańskim studium generale w Kolonii, z powodu małomówności i potężnej postury Tomasza z Akwinu (1225–1274) nazwano „niemym wołem”. „Nazywamy go niemym wołem, ale jak ryknie swoją doktryną, to się od niej cały świat zatrzęsie” – stwierdził jego mistrz Święty Albert Wielki. I tak się stało – Tomasz został najwybitniejszym teologiem wszech czasów, a co więcej, wielkim świętym. Zasłynął jednak nie tylko słynną Sumą teologiczną czy hymnem Tantum ergo, lecz ma na swoim koncie także pokaźną liczbę wyproszonych przez siebie u Boga cudów.

Był wielkim teologiem, a mimo to nie był zadufany w sobie i – jak pisał jeden z jego wczesnych biografów Wilhelm z Tocco – zawsze kiedy zabierał się do studiowania, dyskutowania, nauczania, pisania lub dyktowania, najpierw zatapiał się w wewnętrznej modlitwie i „modlił się, lejąc łzy, aby otrzymać zrozumienie Bożych tajemnic”1. Pewnego razu w czasie takich modlitewnych konsultacji w kaplicy Świętego Mikołaja kościoła Dominikanów w Neapolu spostrzegł go zakrystianin. Zobaczył, że Tomasz – piszący w tym czasie o męce i zmartwychwstaniu Pana – unosi się w powietrzu nad ziemią i usłyszał płynący z krzyża głos: „Dobrze o Mnie napisałeś, Tomaszu, czego chcesz w nagrodę?”. „Nic prócz Ciebie samego, Panie” (Domine, non nisi te) – miał odpowiedzieć Tomasz.

Podobne Boże zapewnienie dominikański mistrz otrzymać miał także znacznie wcześniej w Paryżu, kiedy polecono mu napisać o postaciach eucharystycznych.

Narodziny geniusza

Włoch Tomasz z Akwinu miał zaledwie pięć lat, kiedy oddano go na naukę i wychowanie do klasztoru benedyktynów. Według planów swojej zamożnej, szlacheckiej wielodzietnej rodziny miał zostać opatem na Monte Cassino. Jako 14-latek został wysłany na studia do Neapolu i tam wstąpił do zakonu dominikanów. Rodzina nie chciała jednak, żeby należał do zakonu żebraczego. Aby wybić mu z głowy ten zakon, jego starsi bracia schwytali go i przez pewien czas więzili w rodzinnym zamku. Prośbą, groźbą i pokusami próbowali skłonić Tomasza do rezygnacji z dokonanego wyboru. [nawet mu wpuścili do celi piękną i uwodzicielską kurtyzanę, Wygnał ją pochodnią z kominka. md]

Nie udało im się i Tomasz powrócił do Neapolu, skąd dominikanie wysłali go na studia do Paryża, gdzie jego mistrzem został słynny Święty Albert Wielki. Przez cztery lata przebywał następnie w Kolonii, skąd powrócił do Paryża, by w wieku zaledwie 32 lat zostać bakałarzem i mistrzem teologii. Kolejne lata jego życia naznaczone są wytężoną pracą teologiczną, komentowaniem Biblii i dzieł Arystotelesa, walką z teologicznymi błędami, nauczaniem, dyskutowaniem, głoszeniem kazań a także licznymi podróżami. Tomasz pisał i dyktował dzieło za dziełem, często po kilka jednocześnie (jego dorobek obejmuje ok. 90 dzieł). Pełniąc różne funkcje zakonne, przebywał m.in. w Rzymie, Orvieto, Neapolu.

Mądrość, czystość i pokora

Wielu świadków przesłuchiwanych w procesie kanonizacyjnym zeznawało zgodnie, że Tomasz nie marnował ani chwili czasu: „poza przerwami wymaganymi przez naturę, nigdy nie tracił czasu na lenistwo lub ziemskie zajęcia, ale zawsze czytał, pisał, dyktował, modlił się lub głosił”. Każdego dnia wstawał bardzo wcześnie rano, odprawiał jedną mszę świętą, a potem słuchał drugiej, a następnie zabierał się do pracy. Pracując umysłowo, „nie przejmował się – jak zaświadczał Wilhelm z Tocco – posiłkami ani nie wymagał niczego specjalnego, jeśli chodzi o jedzenie i ubranie, nie był też drobiazgowy, pisząc często na skrawkach papieru. Mało jadł i mało spał. Był miłośnikiem czystości i ubóstwa, człowiekiem pokornym, skromnym, umiarkowanym i wyrozumiałym. Nigdy nikogo nie zranił obraźliwymi słowami, miał zawsze „wesołą, łagodną i życzliwą twarz”. Pełen „nadprzyrodzonej radości”, wzbudzał taką samą radość w ludziach, którzy na niego patrzyli. Miał również dar łez. Nigdy nie utracił też dziewiczej czystości, a jego spowiednik stwierdził, że spowiedzi Tomasza – z racji bezgrzeszności – były spowiedziami… pięciolatka.

Wolał księgę niż Paryż

Urzekająca historia opowiada o tym, jak pewnego razu Tomasz z Akwinu wraz ze swoimi studentami wracał do Paryża z Saint Denis, gdzie wyprawili się, by odwiedzić słynne opactwo, katedrę i uczcić Świętego Dionizego. Kiedy na horyzoncie wędrowcy ujrzeli piękną panoramę Paryża, jeden z nich westchnął: „Spójrz, Mistrzu, jak pięknym miastem jest Paryż. „Czyż nie chciałbyś być panem tego miasta?”. „Cóż… – odparł Tomasz – wolałbym mieć księgę kazań Świętego Jana Chryzostoma na temat Ewangelii według św. Mateusza…” Tomasz nie zabiegał bowiem ani o ziemskie dobra, ani o zaszczyty i tak jak Paryż odrzucił także oferowane mu biskupstwo.

Święta Agnieszka i rąbek zakonnej kapy

Tomasz był czcicielem Świętej Agnieszki, nosił na szyi jej relikwie. Pewnego dnia, kładąc je na piersi chorego i modląc się za jej wstawiennictwem, uzdrowił z uporczywej gorączki swojego współbrata Reginalda.

Inne z uzdrowień, jakie dokonało się za jego życia, było bardzo podobne do cudu uczynionego przez samego Pana Jezusa. Wydarzyło się ono w Rzymie (gdzieś w latach 1260–1267), gdzie Święty Tomasz przez cały Wielki Tydzień wygłaszał nauki. Po jednej z takich przejmujących, wyciskających łzy nauk, wygłaszanej w dzień Wielkanocy w bazylice św. Piotra (choć inni piszą także o bazylice Matki Bożej Większej), gdy zszedł z ambony, zbliżyła się do niego pewna cierpiąca na uporczywe krwotoki kobieta, której żaden z lekarzy nie potrafił pomóc. Chora z wiarą i nadzieją dotknęła rąbka kapy, w którą odziany był doktor Anielski i natychmiast poczuła, że została uzdrowiona. Odzyskawszy zdrowie, kobieta udała się następnie do dominikańskiego kościoła św. Sabiny, by zaświadczyć o tym fakcie przed ojcem Reginaldem.

Nawróceni żydzi

Tomasz zasłynął również z nawrócenia na katolicyzm dwóch uczonych, bogatych żydów. Wydarzyło się to na zamku Molara pod Rzymem – w wiejskiej rezydencji kardynała Ricardo Annibaldiego. Dominikanin został tam zaproszony na kilka dni świąt Bożego Narodzenia. Oprócz Tomasza kardynał zaprosił tam też dwóch uczonych w Piśmie i przywiązanych do swojej religii, bogatych Żydów, aby mogli cieszyć się rozmową z wielkim mistrzem chrześcijańskiej teologii. Czas sprzyjał rozważaniom na temat przyjścia Mesjasza, więc w wigilijny wieczór Anielski Doktor wdał się z nimi w długą i zajadłą teologiczną konwersację.

Początkowo wyglądało na to, że wigilijna debata nie przyniosła spodziewanych owoców, że żydzi pozostali przy swoich poglądach i wierze. Po ich wyjściu Tomasz zatopił się jednak w żarliwej modlitwie, rozmyślał o nowo-narodzonym i o tym, żeby Bóg nie pozwolił zginąć duszom jego rozmówców. Jego modlitwa została wysłuchana. Następnego dnia – w Boże Narodzenie – żydzi, najpewniej jeszcze raz przemyślawszy i w swoim gronie przedyskutowawszy argumenty Tomasza, wrócili, by ze łzami w oczach poprosić o chrzest święty (Tocco, 23). To była pewnie jedna z owych Bożych łask, darów, jakie – jak wyznał Tomasz swoim współbraciom – w każde Boże Narodzenie otrzymywał od Boga. Zazwyczaj była to jednak jakaś wizja lub szczególny wgląd w Boże tajemnice.

Słoma i gwiazda

6 grudnia 1273 r., kilka miesięcy przed śmiercią, podczas mszy odprawianej w kaplicy św. Mikołaja kościoła w Neapolu wydarzyło się coś, co sprawiło, że Tomasz – chociaż nie zakończył jeszcze pisania Sumy – zaprzestał dalszego pisania i dyktowania. Pytany o to dlaczego, odparł, że już nie może, gdyż wszystko, co napisał wydaje mu się jedynie słomą w porównaniu z tym, co zostało mu objawione.

Niedługo później młody Jan Coppa, późniejszy notariusz z Neapolu, wraz z bratem dominikaninem Bonifiglio (Bono Filio) przebywał w celi chorego, leżącego w łóżku Tomasza. Podczas tej wizyty ujrzał coś bardzo niezwykłego: wpadającą przez okno bardzo jasną, szeroką na półtorej stopy promienistą i błyszczącą srebrzystobiałą gwiazdę, która zawisła nad głową Tomasza, a po czasie wystarczającym na odmówienie Zdrowaś Maryjo zniknęła.

Tomasz z Akwinu zmarł 7 marca 1274 roku nad ranem, wycieńczony nadmiarem pracy, w Fossanova, podczas podroży z Neapolu do Lyonu, gdzie miał wziąć udział w soborze zwołanym przez Grzegorza X.

Miraculo odoris, czyli zapach świętości

W chwili śmierci Tomasza wieść o tym w cudowny sposób dotrzeć miała do jego mistrza, mieszkającego w niemieckiej Kolonii Świętego Alberta Wielkiego. Opowiadano, że w dniu śmierci Anielskiego – Doktora Albert, siedzący w refektarzu klasztoru w Kolonii, nagle zaczął płakać. Mam dla was smutną wiadomość – brat Tomasz z Akwinu, moje dziecko w Chrystusie i światło Kościoła, nie żyje. Bóg mi to objawił – powiedział, pytany przez przeora o powód tego żalu. Przeor zwrócił wtedy uwagę na czas, kiedy to miało miejsce, który – jak się później okazało – rzeczywiście zbiegał się z czasem śmierci Tomasza.

Po pogrzebie Anielskiego Doktora kilka razy (siedem miesięcy, siedem oraz czternaście lat po pochówku) otwierano jego grób, dokonywano ekshumacji ciała lub pobierano zeń relikwie (rękę) i za każdym razem obecni przy tym świadkowie mówili o wydobywającym się z tych szczątków i roznoszącym po kościele i klasztorze cudownym, silnym i słodkim, bardzo przyjemnym aromacie. Pachniały także jego relikwie. W wizjach widziano Świętego Tomasza w chwale nieba w towarzystwie Matki Bożej oraz Świętego Augustyna lub Świętego Franciszka.

Pierwszy cud w Fossanova

Większość cudów przytoczonych w aktach procesu kanonizacyjnego oraz pierwszych biografiach Tomasza wydarzyła się przy jego pierwszym grobie – w opactwie cystersów w Fossanova.

Pierwszy i dość znamienny cud „oświecenia wydarzył się przy leżącym w łożu martwym, ale nieumytym jeszcze ciele wielkiego dominikanina. Cystersi z Fossanova podchodzili wtedy po kolei, by ucałować stopy zmarłego. Kiedy miał uczynić to także przyprowadzony przez współbraci ledwo widzący, nierozpoznający już liter ani ludzi ówczesny podprzeor klasztoru ojciec Jan z Ferentino, doradzono mu, by przytknął swoją twarz do twarzy Tomasza. Zrobił to, pomodlił się do Boga o przywrócenie jego oczom światła i natychmiast odzyskał doskonały wzrok, którym cieszył się jeszcze przez 30 lat.

Ponad100 uzdrowień

Jednym z pierwszych cudów było również uzdrowienie z podagry cierpiącego na nią od dziesięciu lat i niemogącego przez to chodzić lekarza Rajnalda z Zamku św. Wawrzyńca (Castro Sanctii Laurentii; dziś Amaseno) k. Fossanova. Uzdrowień doznawali również chorzy na artretyzm, febrę (gorączka malaryczna), apotemę, czyli cieknący wrzód i inne ropnie, gorączkę malaryczną w postaci „czwartaczki” (w której napady gorączki występują co 72 godziny) i „trzeciaczki” (w której gorączka powraca zwykle co 48 godzin), paralitycy, doświadczający boleści w najrozmaitszych członkach (w kończynach, brzuchu, szyi, szczęki, uszach, biodrach), cierpiący na uporczywy kaszel połączony z krwawymi wymiotami, na obrzęk gardła, przepuklinę, bezsenność, niewidomi, chłopiec zarażony trądem i wielu innych chorych. W swojej – jednej z najwcześniejszych – biografii Tomasza dominikanin ojciec Bernard Gui zamieścił ponad 102 krótszych lub dłuższych cudów, zastrzegając jednocześnie, że jest ich znacznie więcej.

Wstań, bo jesteś wyleczona!

Pewna dziewczyna mieszkająca we wspomnianym już Zamku św. Wawrzyńca (obecnie Amaseno), leżącym w dolinie, w pobliżu klasztoru w Fossanova, została dotknięta utratą zmysłów (łac. amentia). Z powodu tej choroby była nieruchoma jak kamień, w swoim letargiczno-apatycznym stanie nie mogła się poruszać, nie była w stanie jeść, mówić ani nawet normalnie oddychać. Lekarze nie potrafili jej wyleczyć, zalecane przez nich leki nie pomagały, więc jej ojciec, usłyszawszy o cudach, jakie działy się przy grobie Tomasza z Akwinu, uczynił stosowny ślub i poprosił Boga, by przez wzgląd na zasługi uczonego dominikanina uzdrowił dziewczynę lub zabrał ją do lepszego świata, w którym nie będzie już tak cierpiała. Jak pisali ojciec Bernard Gui i ojciec Wilhelm de Tocco, mężczyzna przywiózł półżywą córkę do klasztoru w Fossanova, a otrzymawszy pozwolenie opata, zaniósł ją do kościoła i położył na grobie Tomasza. Po pewnym czasie, kiedy chciał ją z niego zabrać, dziewczyna przemówiła. „Ojcze, nie dotykaj mnie, ponieważ stoi przede mną jeden wielki Brat Kaznodzieja, który mnie leczy i broni przed pewnym czarnym (złym) człowiekiem, który trzyma mnie tak spętaną” – poprosiła. Do dziewczyny leżącej na grobie podeszli wtedy opat i mnisi, którzy wsparli ojca w dalszych gorących modlitwach. I wtedy chora doświadczyła kolejnej wizji. Zobaczyła, jak ów wielki Brat Kaznodzieja wyciągnął obie ręce i przesunął je od jej głowy do stóp. „Dziewczyno, wstań, bo jesteś wyleczona” – powiedział. Na te słowa dziewczyna natychmiast wstała. Choroba minęła jak ręką odjął, a ona wraz z ojcem i matką pieszo powróciła do domu.

Wśród osób, które doświadczyły nadzwyczajnej łaski, był także Jan de Theodino. Młodzieniec nabierał wody z potoku przepływającego w pobliżu klasztoru w Fossanova, gdy nagle wartki prąd wody porwał go wraz z trzymanym przezeń naczyniem. Młody człowiek znalazł się niebawem w kanale młyńskim i zmierzał wprost pod młyńskie koło. „Święty Tomaszu z Akwinu, ratuj mnie!” – wykrzyknął. I wtedy nagle poczuł, że ktoś łapie go za włosy i – ocalając przed niebezpieczeństwem – wyrzuca na brzeg.

Akta bezpiecznie dotarły

Akwinata w cudowny sposób przyczynił się także do… swojej własnej kanonizacji. To dzięki niemu bowiem – jak powszechnie uznano – Bóg sprawił, że dotyczące uczonego akta procesowe bezpiecznie dotarły do papieża. Chronił je bowiem na morzu i w górach.

Ojciec Wilhelm z Tocco w towarzystwie lektora Roberta z Benewentu wiózł kiedyś wspomniane akta dotyczące Tomasza z Neapolu do Kurii Rzymskiej w Awinionie. Dominikanie płynęli statkiem. W nocy na morzu rozpętał się sztorm, a silny wiatr zagnał statek w kierunku skał półwyspu Monte Argentario. W każdej chwili groziło im, że się o nie roztrzaskają. Lamentujący marynarze – którzy byli już niemal pewni katastrofy i zaczęli się nawet rozbierać, żeby wskoczywszy do wody, płynąć wpław do brzegu – poprosili wtedy dominikanów, żeby zwrócili się o pomoc do swoich świętych.

Posłuchali – zaczęli modlić się do Boga za wstawiennictwem Najświętszej Dziewicy – Gwiazdy Morza, bł. Dominika (a ponoć także Świętego Piotra męczennika), a kiedy na ostatku wezwali pomocy Tomasza, zawiał przeciwny wiatr, kierując okręt na otwarte morze z dala od niebezpiecznych skał. „Cud! Cud!” – wołali marynarze, płacząc ze szczęścia.

Dwie inne osoby: Mateusz i Piotr, duchowni wysłani przez biskupa Viterbo, wieźli dokumenty drogą lądową. Podczas przekraczania Alp w okolicach Jeziora Lozańskiego (obecnie zwanego Genewskim) ich, obarczony ciężkimi tobołami koń poślizgnął się nagle, spadł z urwiska, stoczył się po stromym zboczu i wpadł na ostre skały. Widząc to, kapłani myśleli, że stało się najgorsze. Mistrz Mateusz w modlitwie wezwał wówczas na pomoc Tomasza i, jak się okazało, dzięki Bogu i Tomaszowi – i zwierzę, i wiezione przezeń sakwy z dokumentami wyszły z tego wypadku bez najmniejszego szwanku.

Ostrzeżenie

Jeszcze przed kanonizacją Bóg pilnował także, by nie lekceważono Tomasza i oddawano mu należną cześć. Zdarzyło się bowiem w 1312 roku, że pewien kapłan oglądający znajdujące się w kaplicy relikwie – z racji tego, że Tomasz nie był jeszcze uznany za świętego – odmówił uczczenia relikwii jego ręki. Niektórzy mówią, że nawet zaczął się z niej wyśmiewać. Duchowny ów natychmiast wpadł w dziwne drżenie, a jego głowa spuchła. Objawy te zniknęły, kiedy wyraził skruchę i uczcił rękę Anielskiego Doktora. Z ręki wydobył się wówczas piękny „zapach świętości”, który na stałe wniknął w noszone przez kapłana odzienie i długo jeszcze nie dał mu zapomnieć o Świętym Tomaszu.

*  *  *

Tomasz z Akwinu został kanonizowany w Awinionie w 1323 roku przez Jana XXII, a w 1567 roku papież Pius V ogłosił go „doktorem Kościoła” (nazwano go Doktorem Anielskim).

Tekst pochodzi z albumu „Cuda Wielkich Świętych”, Henryk Bejda. 

Świat postradał rozum. Wiara jedynym ratunkiem.

Świat postradał rozum. Wiara jedynym ratunkiem?

Filip Obara pch24.pl/swiat-postradal-rozum-wiara-jedynym-ratunkiem

Kościół – odkąd papież Jan XXIII zdecydował się wyjść naprzeciw oczekiwaniom masonerii i zmieszać go ze światem – jest odzwierciedleniem tych samych chorób duchowych, które toczą świecką rzeczywistość. Świat już parę wieków temu zatracił rozum w jego klasycznym, arystotelesowskim, pojęciu. Co smutniejsze, w Kościele – po wyrugowaniu tomistycznej formacji z seminariów – zapanował zamęt dotykający samej istoty ludzkiej natury i spraw Boskich. Czy wiara – ta tradycyjna, niezmienna w swojej istocie – jest ostatnią deską ratunku, dzięki której będziemy mogli znów korzystać z rozumu?

Na temat wzajemnego stosunku wiary i rozumu napisano wiele. W największym skrócie można powiedzieć, że Pan Bóg stworzył człowieka w stanie pierwotnej doskonałości i od razu wyniósł go do godności nadprzyrodzonej. Wtedy człowiek funkcjonował w idealnej harmonii pomiędzy pierwiastkiem stworzonym (rozumną istotą psychofizyczną) a nadprzyrodzonym (łaską i zdolnością odczytywania woli Bożej).

Gdy jednak człowiek zapragnął być równy Bogu i popełnił grzech pierworodny, utracił łaskę i wszedł na drogę degradacji własnej natury. Rozdzieliły się też w pewnym sensie nasze władze poznawcze. Jak uczy katolicka apologetyka, z jednej strony zachowaliśmy wątlejące z pokolenia na pokolenie resztki objawienia pierwotnego, a z drugiej – rozum jako władzę duszy zdolną do poznania w zakreślonych sobie ramach.

Istnieje koncepcja, wedle której Opatrzność Boża prowadziła te dwie rozdzielone części osobno. Z jednej strony dając ludowi niegdyś wybranemu objawienie, a z drugiej pobudzając rozum Greków do odkrycia prawdy na temat ludzkiej natury i prawideł rządzących światem. Następnie te dwie równoległe perspektywy zaczęły znów łączyć się po narodzeniu Chrystusa i założeniu Kościoła.

Spotkałem się z opinią, że Arystoteles był ostatnim z ludzi, którzy wiedzieli wszystko, to jest posiadali całokształt ówczesnej wiedzy ze znanych człowiekowi dziedzin. Cały system, który zbudował, oparł wyłącznie o przyrodzoną zdolność ludzkiego rozumu do poznania rzeczywistości – aż do ostatecznych granic, a więc wywiedzenia z obserwacji natury konieczności istnienia jakiegoś pierwszego „poruszyciela” (w naszym języku – Boga Stwórcy). Jest to punkt, po którym do dalszego poznania potrzebne jest już objawienie.

Po co nam rozum, jeśli mamy wiarę?

Skoro Arystoteles wyczerpał zakres naturalnego poznania ludzkiej natury i stosunków międzyludzkich (społecznych, państwowych), to co wiara może wnieść do życia umysłowego? Pomijając samą kwestię uszlachetnienia naszego poznania, wzbogacenia go o kwestie cnót nadprzyrodzonych i poukładanie pewnych kwestii (rozumienie grzechu pierworodnego i jego praktycznych skutków, co stanowi najpewniejszą podstawę realizmu poznawczego i politycznego), to musimy wziąć pod uwagę, w jakim momencie historii jesteśmy.

Tomasz Terlikowski w debacie z Pawłem Chmielewskim u Bogdana Rymanowskiego przekonywał, że Kościół oddalił się od świata, ponieważ ten rozwijał nowe filozofie. Ale cóż jest nowego, czego nie wymyślili wcześniej sofiści, a potem heretycy, nominaliści i znów heretycy, aż do ideologów masonerii i oświecenia?

Nic nie masz nowego pod słońcem, jak twierdził mędrzec, oprócz tego, że na pośmiewisko rozumu tzw. oświeceniowcy wymyślili nurt zwany racjonalizmem, który faktycznie pogrążył umysł ludzki w mrokach subiektywizmu i dowolnej, uznaniowej wykładni świata, która nie ogląda się na prawdę i na naturę rzeczy.

Sam grzech pierworodny doprowadził do „zranienia” i pewnej dysfunkcji władz duszy. Skoro więc nieuporządkowane namiętności, pożądliwości i uczucia zaciemniają działanie rozumu, to potrzebny jest jakiś bodziec moralny (ascetyczny), żeby prowadzić życie umysłowe. Wiedzieli o tym już poganie i dlatego – na poziomie naturalnym – sformułowali pojęcie cnoty i rozwinęli naukę dobrego życia. Z perspektywy wiary, łaska Boża wprowadza nie tylko cnoty nadprzyrodzone, ale nawet uczynkom naturalnym – ze względu na intencję – nadaje wartość zasługującą na życie wieczne. Za pośrednictwem sakramentów wspomaga wreszcie proces dążenia do doskonałości, który staje się wydatniejszy i bardziej pogłębiony, a nieraz nawet szybszy.

Rozum doprowadził starożytnych do przekonania o moralnym uwarunkowaniu ludzkiego życia. W dzisiejszych warunkach akt woli prowadzący do nawrócenia stawia człowieka w obliczu dobroci Bożej, a żal za grzechy (niezbędny w konfesjonale) urzeczywistnia się ze względu właśnie na dobroć i miłość Boga do człowieka. To w oczywisty sposób otwiera nas na perspektywę moralną, ta zaś pomaga usunąć nieuporządkowania stojące na drodze do używania rozumu. Tak dochodzimy do tego samego celu, choć inną drogą. Ostatecznie, dzięki zasługom Męki Pana Jezusa jako nowego Adama, zyskujemy szansę odbudowania tej doskonałości, w którą Stwórca wyposażył pierwszego Adama i jego towarzyszkę Ewę.

O tym zaś, jak rozumu pozbawiony wiary łatwo popada w błędy, trafnie pisze o. Adolphe Tanquerey w Zarysie teologii ascetycznej i mistycznej. Francuski dominikanin i tomista wskazuje, że rozum jest jak najbardziej zdolny do poznania, ale napotyka na niezliczone przeszkody z powodu swoich „upokarzających słabości”. Czytamy: Zamiast zwrócić się dobrowolnie ku Bogu i rzeczom Bożym, zamiast wznieść się od stworzeń do Stwórcy, rozum skłonny jest do pogrążania się w badaniu rzeczy stworzonych, nie szukając ich pierwszej przyczyny. Podobnie, skupiając się na „tym, co zadowala ciekawość”, zatracamy sprzed oczu celowość naszego życia.

Sekta scjentystów ogarnia ziemski glob

Ten telegraficzny skrót prowadzi nas poprzez historyczne narodziny Chrystusa do każdorazowego osobistego narodzenia Syna Bożego w nas poprzez łaskę uświęcającą. Jednocześnie dochodzimy do trwającego na naszych oczach momentu w historii zbawienia, w której faktem staje się już nie tylko upadek wiary, ale i samego przyrodzonego. Popadamy w tak daleko idący subiektywizm, że podważamy samą nawet rozumną zdolność do obiektywnego poznania, a za „pewną” uznajemy jedynie tę wiedzę, którą potwierdzają nauki eksperymentalne (określiłbym to jako rodzaj powszechnego scjentystycznego sekciarstwa).

Problem polega jednak na tym, że nauki te dysponują warsztatem obejmującym wyłącznie materię, podczas gdy najważniejsze procesy życiowe odbywają się w nas na poziomie duszy, a więc na poziomie niematerialnym. Grzechem fundacyjnym dzisiejszego światopoglądu (tłuczonego naszym dzieciom do głów w szkołach!) jest negacja duszy i wszystkiego, co niematerialne, choć każdy rozumny jest w stanie stwierdzić istnienie duszy, ponieważ widzi objawy jej działalności.

Wmawia się nam (i naszym dzieciom!), że mózg jest ośrodkiem myślenia. Nic bardziej mylnego. Jesteśmy jednością psychofizyczną, w której mózg jest warunkiem koniecznym funkcjonowania, podobnie jak całe ciało, ale nie jest ani źródłem myśli, ani żadnego rodzaju „organem nadrzędnym” wobec całości naszej istoty. Pełni on funkcję służebną wobec umysłu, który nie jest funkcją mózgu, lecz określeniem całokształtu władz duszy, dzięki którym myślimy. Intelekt, odpowiedzialny za poznanie istoty rzeczy (myślenie abstrakcyjne), jest najwyższą częścią ludzkiego rozumu, czyli szczytem duchowych władz poznawczych. W każdym razie, proces myślowy rodzi się w niematerialnej części człowieka, a mózg służy jedynie do ekspresji i komunikowania myśli.

Jaki ma to skutek dla kierunku nauk? Otóż, gdy wrócimy do cytowanych wyżej spostrzeżeń o. Tanquereya, zrozumiemy, że pominięcie przyczyny i celowości, a skupianie się wyłącznie na „tu i teraz”, prowadzi do wyabstrahowania nauk od rzeczywistości. Nauki ścisłe, w swoim ograniczonym do dowodów materialnych aparacie, dochodzą nieraz do wniosków sprzecznych z rozumem, a więc z konieczności – nieprawdziwych. Tego typu nauka traci sens. Widzimy to nawet w humanistyce, która, popadając w hermetyczność, zatraca nie tylko walory estetyczne (piękno języka), ale i zwyczajnie pojętą przydatność dla „przeciętnego” człowieka.

Nie może być sprzeczności pomiędzy wiarą a rozumem

Wiara katolicka – trochę na zasadzie wpisanej w jej istotę antynomii wobec świata – ma jedną cechę, której nie chcieliby jej przypisać współcześni scjentystyczni obskuranci i pogrobowcy Voltaire’a, mianowicie uwalnia umysł od uprzedzeń. Oczywiście, tylko wiara prawdziwa, tzw. „tradycyjna”, bo w dobie niekończącego się aggiornamento w najradykalniejszych „odłamach” Kościoła posoborowego pojawiają się tak sprzeczne wewnętrzne, nielogiczne i nierozumne poglądy, jak na przykład potępianie kary śmierci czy praktyczna akceptacja dla czynów niemoralnych i wewnętrznie złych, jak aborcja czy homoseksualizm.

Skoro wierzyć po katolicku znaczy praktykować nadprzyrodzoną cnotę posłuszeństwa rozumu wobec prawdy objawionej, to już z tej podstawowej perspektywy jasne jest, po co nam rozum w procesie wyznawania Boga. Dlatego właśnie filozofia klasyczna, arystotelesowska (zwana realistyczną) – którą rozumiem jako sztukę korzystania z rozumu – legła u podstaw metody najlepszych tradycji katolickiej teologii. Rozum prowadzi nas do cnoty roztropności, ta zaś wyznacza miarę praktykowania innych cnót i pozwala uniknąć wielu błędów, co dotyczy także wiary.

Wiara rozumna jest najtrwalszą postawą, na której budujemy relację z Bogiem i jesteśmy wierni pomimo przeciwności. Gdy nie mamy wiary rozumnej, zaczynamy szukać w Kościele rzeczy, do których on nie został (przynajmniej w sposób pierwszorzędny) założony: doświadczeń religijnych, uczuć i emocji, oparcia we wspólnocie, kontaktu z charyzmatycznym przywódcą duchowym, aktywizmu i tak dalej. Taka wiara często nie przechodzi próby, ponieważ jest zbudowana na błędnym zdefiniowaniu celu. Wierzymy po to i należymy do Kościoła po to, żeby poznać Pana Boga, oddawać mu cześć, okazywać mu miłość poprzez zachowywanie Jego nauki i przez to zbawić swoje dusze. To banał, ale zniknął nam sprzed oczu: Kościół jest teocentryczny, a nie antropocentryczny – jego model jest wertykalny, a nie horyzontalny, jak życzą sobie tego protestanci i działający wewnątrz Kościoła moderniści.

Tradycyjna katolicka roztropność nakazuje przyjmować w życiu religijnym tylko to, co zgadza się ze zdrowym rozumem. Uzasadnienie jest proste: ten sam Bóg, który stworzył naturę i nadał jej prawa, nie może – jako miłosierny Zbawiciel pokonujący grzech i śmierć – przeczyć samemu sobie i stanowić czegoś sprzecznego z rozumem, w który sam nas wyposażył.

Wiara jest „jedną z cnót zdobiących rozum”, jak mówi św. Tomasz z Akwinu, ale nie tylko o ozdobę tu idzie. W innym miejscu Doktor Anielski stwierdza: Poznanie zaś zasad znanych z natury Bóg w nas wszczepił, skoro sam Bóg jest twórcą naszej natury. Te zasady więc zawiera także sama mądrość Boża. Cokolwiek się więc sprzeciwia tego rodzaju zasadom, sprzeciwia się mądrości Bożej. Zatem nie może to być od Boga. Te więc rzeczy, które się posiada z objawienia Bożego przez wiarę, nie mogą być przeciwne poznaniu naturalnemu (rozdział VII księgi pierwszej tzw. sumy filozoficznej – Summa contra gentiles).

Zatem wiara przekracza zdolności rozumowe i to rozum ma się jej podporządkować w tym, czego sam nie jest zdolny poznać, jednak pomiędzy jednym i drugim nie może być sprzeczności, co skodyfikował ostatecznie Sobór Watykański I: Chociaż jednak wiara jest ponad rozumem, nigdy nie może zaistnieć praw­dziwa rozbieżność miedzy wiarą a rozumem; Ten sam Bóg który objawia tajemnice i udziela wiary, rozniecił też w ludzkim umyśle światło rozumu, nie może zatem tenże Bóg wyprzeć się samego siebie ani też prawda nie może zaprzeczać prawdzie.

Odpowiedź na dzisiejszy kryzys Kościoła i świata spoczywa zatem na styku tego, co przyrodzone i nadprzyrodzone. Wiara zaś – choć w sposób konieczny potrzebuje rozumu jako narzędzia – otwiera nas na ten powrót, który w logice świata wydaje się niemożliwy: do prawdziwych źródeł naszego człowieczeństwa. Narodzony w ciele Chrystus odwraca bowiem logikę upadku i degradacji ludzkiej natury, a rozum oświecony wiarą jest najpewniejszym sposobem na ponowne rozświetlenie mroków, które sprowadził wciąż pogłębiający się „oświeceniowy” bunt ludzkiego umysłu przeciwko Bogu i naturze.

Filip Obara

Pięć dowdów św. Tomasza na istnienie Boga.

Według św. Tomasza za istnieniem Boga przemawia pięć argumentów, nazywanych drogami (łac. via – droga):

1. jeśli istnieje ruch, to istnieje Pierwszy Poruszyciel (łac. ex motu)

2. jeśli każda rzecz ma swą przyczynę, istnieje Pierwsza Przyczyna Sprawcza (łac. ex ratione causae efficientis)

3. jeśli byty przygodne nie istnieją w sposób konieczny (pojawiają się na świecie i przemijają), musi istnieć Byt Konieczny (łac. ex possibili et necessario)

4. jeśli rzeczy wykazują różną doskonałość, to istnieje Byt Najdoskonalszy (łac. ex gradibus perfectionis)

5. jeśli celowe działanie jest oznaką rozumności, to ład i porządek w działaniu bytów nieożywionych lub pozbawionych poznania świadczą o istnieniu Boga, kierującego światem nieożywionym (łac. ex gubernatione rerum)”

Chrześcijaństwo jest niepodważalne. Dlatego tak wielu nienawidzi św. Tomasza z Akwinu. Trzymać się prawdy. Ona jedyna przekonuje.

Chrześcijaństwo jest niepodważalne. Dlatego tak wielu nienawidzi św. Tomasza z Akwinu.

Trzymać się prawdy. Ona jedyna przekonuje.

Ks. Piotr Roszak https://pch24.pl/chrzescijanstwo-jest-niepodwazalne-czyli-dlaczego-tak-wielu-nienawidzi-sw-tomasza-z-akwinu/

Flannery O’Connor (1925-1964), popularna amerykańska pisarka, która codziennie przed snem czytała fragment „Sumy teologii”, zwykła mówić, że wielkim problemem współczesności jest to, że myśl św. Tomasza z Akwinu przychodzi do nas „w złym opakowaniu”.

Zapewne nie jest to winą Akwinaty, który od wieków uchodził za wzór otwartości i odwagi myślenia, ale „łatki”, jaką dawniej i dziś próbuje mu się przyszywać, jako zdezaktualizowanemu filozofowi, którego najlepiej się wstydzić, bo przecież żył w rzekomo ciemnym średniowieczu. Dlatego z pewnością dla wielu może zabrzmieć to zaskakująco, ale jak wylicza prof. Enrique Alarcon, najczęściej cytowanym współcześnie myślicielem w tekstach filozoficznych publikowanych w prestiżowych czasopismach na świecie jest… nie Hegel, ani np. Heidegger, ale św. Tomasz z Akwinu i szeroko rozumiana tradycja arystotelesowsko-tomistyczna (to dane na podstawie bazy The Philosopher).

Dziwi zatem nadal podtrzymywany opór w pewnych kręgach przed św. Tomaszem, który to sprzeciw być może nie wypływa z merytorycznych racji, ale obawy przed tym, do czego może doprowadzić dopuszczenie Doktora Anielskiego do kolejnych aspektów życia. Swego czasu był przecież panaceum w największych kłopotach, takich jak choćby kryzys modernizmu na przełomie XIX i XX wieku, gdy lansowano przekonanie, że wszystko jest subiektywne i względne, zależne od „odczucia”, a z obiektywnymi prawdami należy się na zawsze pożegnać. Papież Leon XIII, można by tak powiedzieć, sięgnął wówczas po najgłębsze zasoby i zachęcił do studiowania św. Tomasza, który był ostatnią deską ratunku, że się uda uporządkować myślenie.

Dlaczego jednak ten dominikanin z XIII wieku był i jest nadal tak zwalczanym?

Być może odpowiedź nie kryje się jedynie w samych odpowiedziach na problemy, jakich udzielił w swoich czasach (skądinąd nadal inspirujących i aktualnych), ale nade wszystko w szkole myślenia, jaką zainicjował. Akwinata, autor „Sumy teologii”, komentarzy do Pisma Świętego, Arystotelesa, kwestii dyskutowanych, to człowiek syntezy. Pokazuje, że chrześcijaństwo to nie jest ‘meteoryt’, który nagle pojawia się na niebie, ale wyczekiwana i zbawienna synteza ludzkich poszukiwań i światła Bożego.

Pokazuje, że chrześcijaństwo to nie kwestia arbitralnych decyzji, ale wynikających z siebie konsekwencji. Tymczasem wielu dziś próbuje pokazywać „na wyrywki” doktrynę chrześcijańską: oddzielać obronę życia, wartości od treści wiary, a przecież jedno z drugiego wynika. Nie mogę wziąć z chrześcijaństwa jednego (np. troskę o środowisko naturalne), a pominę drugie (np. szacunek dla życia od poczęcia). Dlatego tworzenie „Sumy teologii” to przedsięwzięcie, które pokazuje, ze chrześcijaństwo jest spójne, wiarygodne, że obejmuje całość życia społecznego, moralnego i że z tego jak wierzysz wynika to jak żyjesz.

W przyswajaniu sobie myśli Tomasza z Akwinu nie chodzi zatem o archeologię, niczym o dawne wykopaliska intelektualne, realizowane po to, aby się przekonać jak to dawniej ludzie myśleli, że była jakaś epoka potęgi i chwały, a teraz to już gorzej. Tomasz z Akwinu, który niestety jest bardziej ceniony poza Polską niż w naszej ojczyźnie, gdzie ciągle jeszcze – nie wiedzieć czemu – musimy uzasadniać, dlaczego zajmować się jego myślą, podczas, gdy cały świat nie ma takich pytań, po prostu docenia jego wielkość, ten św. Tomasz nie daje gotowych odpowiedzi. Jest dla wielu niebezpieczny – tak mi się wydaje – ponieważ uczy myśleć po katolicku, to znaczy według całości. Zachęca, aby uczyć się argumentacji, szukania racji i uzasadnień. Wydaje mi się, że tego naszemu katolicyzmowi dziś bardzo potrzeba. Mówiąc konkretnie: nie tylko przekonania, że trzeba chodzić do kościoła, żyć Ewangelią, ale także dlaczego warto chodzić do kościoła i żyć tą Ewangelią.

Tym bardziej więc cieszy, że zaczyna się projekt wydawania wszystkich dzieł św. Tomasza (www.akwinata.net), jakiego podjęły się Instytut Tomistyczny w Warszawie, Fundacja Pro Futuro Theologiae oraz Wydawnictwo „W drodze”. Warto mieć pod ręką kolejne polskie tłumaczenia (dostępne także w wersji online, bezpłatnie), aby choćby czytać Biblię z Tomaszem i uczyć się kultury intelektualnej, jaką chrześcijaństwo zawsze zostawia: szukania podstaw i racji utrzymywanych poglądów.

To musi być bardzo niebezpieczne dla efemerycznej kultury, która stawia na „wrażenia”, relatywizując wszystko wokół. To inny świat, z którego nie warto dać się wypchnąć, bo to jedyny realny świat (nawet jeśli reklamy czy komentarze na Facebooku mówią inaczej). Warto tam być i tego uczy św. Tomasz z Akwinu.

Trzymać się prawdy. Ona jedyna przekonuje.