Syndrom hawański po chińsku. Cicha głośna broń wywiadu.

Syndrom hawański po chińsku.

Cicha broń w świecie wywiadu.

Ja Falski salon24/syndrom-hawanski-po-chinsku

Kiedy dyplomaci zaczęli skarżyć się na bóle głowy, zawroty i zaburzenia neurologiczne, nikt nie mówił jeszcze o ataku. Dopiero z czasem okazało się, że Kanton może być jednym z pierwszych miejsc, gdzie przetestowano broń przyszłości — niewidzialną, nieśmiercionośną i trudną do przypisania.

W Chinach wszystko zaczęło się od dźwięku. Nie eksplozji, nie strzału, lecz czegoś znacznie bardziej nieuchwytnego: pulsującego brzęczenia, które budziło w środku nocy i nie dawało się zlokalizować. Dźwięku, który nie należał ani do miasta, ani do snu, a mimo to wdzierał się w ciało z precyzją narzędzia.

Rok 2017. Kanton – jedno z najgłośniejszych, najbardziej zaludnionych miast świata, a zarazem miejsce, gdzie amerykańska obecność dyplomatyczna miała swój największy przyczółek w Chinach. To tam, w mieszkaniach i biurach konsulatu USA, zaczęły pojawiać się pierwsze objawy tego, co później nazwano syndromem hawańskim. Bóle głowy przychodzące nagle i bez ostrzeżenia. Zawroty, nudności, szumy w uszach, zaburzenia widzenia i słuchu. Wrażenie, jakby coś niewidzialnego naruszało granice układu nerwowego.

Jedna z pierwszych relacji należała do Catherine Werner, pracowniczki konsulatu. Obudziła się w nocy, przekonana, że ktoś uruchomił urządzenie emitujące rytmiczny, metaliczny dźwięk. Chwilę później pojawił się ból – intensywny, dezorientujący, niepodobny do zwykłej migreny. Podobne doświadczenia zgłosił starszy oficer CIA. Historie zaczęły się powtarzać, zmieniały się jedynie mieszkania i nazwiska.

Wiosną 2018 roku incydenty przestały być pojedynczymi anomaliami. Oficjalnie zgłoszono przypadki nagłych dolegliwości neurologicznych w samym konsulacie: głośny, natarczywy hałas, ból ucha, a potem objawy przypominające uraz mózgu. W kolejnych miesiącach liczba poszkodowanych rosła – kilkadziesiąt osób, w tym dyplomaci, oficerowie wywiadu i członkowie ich rodzin. Część z nich ewakuowano do Stanów Zjednoczonych. Badania obrazowe mózgu u niektórych wykazały zmiany, które lekarze porównywali do skutków wstrząsu lub urazu traumatycznego, mimo że nie doszło do żadnego fizycznego uderzenia.

W języku dyplomacji pojawiło się nowe pojęcie: anomalne incydenty zdrowotne. Nazwa ostrożna, techniczna, jakby miała uchronić rzeczywistość przed zbyt śmiałą interpretacją. W kuluarach mówiono jednak wprost o ataku — o użyciu skierowanej energii, być może mikrofalowej, być może radiowej. Broni, która nie zabija, lecz uszkadza; nie pozostawia śladów na murach, ale zostawia je w układzie nerwowym.

Chiny zaprzeczyły wszystkiemu. Oficjalne stanowisko było chłodne i niezmienne: brak dowodów, brak incydentów, amerykańska histeria. Konsulat jednak ograniczył działalność, a personel wyjeżdżał z Kantonu z poczuciem, że wydarzyło się coś, czego nikt nie chce nazwać po imieniu. Sprawa zamarła — przynajmniej na powierzchni.

Wróciła kilka lat później. Śledztwa dziennikarskie opublikowane w 2024 roku zaczęły łączyć kropki, które wcześniej wydawały się zbyt odległe. Geolokalizacja, dane z podróży, obecność rosyjskich agentów jednostki GRU 29155 w Kantonie w czasie incydentów.

Ta sama jednostka, która pojawiała się przy eksplozjach składów amunicji, przy próbach otrucia, przy operacjach destabilizacyjnych w Europie. Sugestia była ostrożna, lecz niepokojąca: Chiny mogły być jednym z pierwszych laboratoriów nowego rodzaju przemocy — przemocy testowej, nieśmiercionośnej, ale głęboko ingerującej w ludzką biologię.

Raport Narodowej Akademii Nauk USA z 2020 roku wskazał energię mikrofalową jako najbardziej prawdopodobne wyjaśnienie. Późniejsze oceny wywiadowcze próbowały tonować te wnioski, uznając atak obcego państwa za mało prawdopodobny. Spór przeniósł się z poziomu faktów na poziom interpretacji: broń czy psychosomatyka, atak czy zbiorowa sugestia, technologia czy środowisko.

Dziś, gdy pojawiają się informacje o urządzeniach zdolnych odtwarzać podobne objawy — z komponentami pochodzenia rosyjskiego — pytania wracają z nową siłą. Choć po 2018 roku nie odnotowano w Chinach kolejnych oficjalnych przypadków, cisza nie jest równoznaczna z zamknięciem sprawy. Raczej z jej zawieszeniem.

Syndrom hawański w Kantonie pozostaje jednym z najbardziej niepokojących epizodów współczesnej historii wywiadu. Nie dlatego, że wszystko o nim wiemy, lecz właśnie dlatego, że wciąż wiemy tak niewiele. To opowieść o świecie, w którym granica między wojną a pokojem przebiega wewnątrz ludzkiego ciała — i o dźwięku, który nigdy nie powinien istnieć, a mimo to zostaje w pamięci tych, którzy go usłyszeli.