Dlaczego w Chinach jest do bani: o beta-test Nowego Porządku Świata

Covid po azjatycku czyli beta testy NWO

Kategoria: Archiwum, Biologia, medycyna, Co piszą inni, Gospodarka, Polecane, Polityka, Polska, Pudło, Świat, Ważne

Autor: AlterCabrio Tłumaczenie artykułu Brandona Smitha

Zrozumcie, że macie szczęście, że mieszkacie teraz w Stanach Zjednoczonych i powinniście być wdzięczni milionom konserwatystów, którzy aktywnie i głośno sprzeciwili się nakazom i szczepieniom. Uratowali kraj przed jeszcze większą tyranią. Gdyby globaliści dostali to, czego naprawdę chcieli, wyglądalibyśmy teraz jak Chiny.

−∗−

Tłumaczenie artykułu Brandona Smitha na temat powodów ciągłego utrzymywania tak drastycznych środków sanitarnych w Chinach. /AlterCabrio – ekspedyt.org/

___________________***___________________

Dlaczego w Chinach jest do bani: to beta-test Nowego Porządku Świata

Przez ponad dekadę istniała jawna globalistyczna obsesja na punkcie chińskiego modelu rządzenia – romans, jeśli wolisz. Wielu czołowych zwolenników globalnej centralizacji, w tym Henry Kissinger i George Soros, chwaliło Chiny w przeszłości i sugerowało, że ten komunistyczny kraj wyrasta na głównego gracza w Nowym Porządku Świata. Soros dokładnie ten pogląd wyraził już w 2009 roku, mniej więcej w czasie, gdy Chiny zaczęły zabiegać o względy MFW i emitować biliony długu skarbowego opartego na juanach, aby dołączyć do ich globalnej inicjatywy walutowej.

Kilka lat później Chiny zostały włączone do koszyka Specjalnych Praw Ciągnienia MFW [Special Drawing Rights]. A teraz KPCh gorliwie popiera stworzenie nowego globalnego systemu walutowego pod kontrolą MFW.

To jest rzeczywistość, o której piszę od wielu lat: Chiny NIE stoją w opozycji do globalnej centralizacji pod kontrolą zachodnich oligarchów. Wszystko, czego chcą, to eksponowane miejsce przy stole, gdy rozpocznie się „Wielki Reset” i zacznie całkowita centralizacja. Ale powyższe informacje sugerują jedynie związek gospodarczy między Chinami a globalistami. Czy ten sojusz sięga jeszcze dalej?

Niedawno Klaus Schwab ze Światowego Forum Ekonomicznego podczas szczytu APEC, udzielił wywiadu kontrolowanej przez chiński rząd CGTN. W wywiadzie tym Schwab chwali Chiny jako wzór do naśladowania dla wielu innych narodów. Może to zaszokować niektórych ludzi, biorąc pod uwagę, że gospodarka Chin słabnie, ich globalny eksport spada w 2022r., a ich rynek mieszkaniowy jest w rozsypce. Spadek ten jest w dużej mierze spowodowany globalną stagflacją, ale także ich szaloną polityką „zero covid”, która od lat utrzymuje naród w stanie pandemii.

https://youtu.be/j6N8PJVdALM Wywiad dla CGTN

Pamiętasz tych wszystkich czcicieli [cultists], którzy kibicowali Chinom w zeszłym roku? Pamiętasz, jak twierdzili, że Chiny są doskonałym przykładem tego, dlaczego lockdowny są konieczne i dowodem na to, że działają? Tak, ci ludzie byli debilami [morons].

Gospodarka Chin znajduje się obecnie w fazie gwałtownego spadku, a ich baza produkcyjna znajduje się pod ekstremalnym uciskiem wynikającym z nakazów. Co więcej, wygląda na to, że ludność chińska ma wreszcie dość drakońskich warunków i podnosi bunt.

Shanghai https://youtu.be/QfKGmeslvoI

Na poniższym filmie widać wybuch protestów we flagowej fabryce iPhone’ów Foxconn w Chinach po tym, jak pracownicy wymaszerowali z fabryki. Byli tam przetrzymywani na kwarantannie wbrew swojej woli, w złych warunkach pracy i z małą ilością jedzenia.

Rioting iPhone workers https://youtu.be/kHYDBQO04ZI

Chiński rząd wysłał żołnierzy ubranych w kombinezony ochronne, aby stłumić rebelię, jednocześnie wdeptując protestujących w ziemię. Odnotuj i zapamiętaj ten film, gdy znów usłyszysz o wrogości Apple do polityki wolności słowa Elona Muska na Twitterze – Apple kocha autorytaryzm, podobnie jak wszystkie globalistyczne korporacje.

Chiny nadal terroryzują obywateli poprzez wizyty tajnej policji u głośno wyrażających swoje opinie dysydentów i floty dronów unoszących się nad ulicami miast, monitorujących ruch pieszy i wykrzykujących komunikaty propagandowe. Niektóre drony rozpylają nawet nieznane chemikalia na całe dzielnice miast. W międzyczasie Chiny w pełni wdrożyły cyfrowe systemy paszportów szczepień powiązane z obiektami publicznymi i sklepami detalicznymi. Nie da się funkcjonować w dużym chińskim mieście bez aktualnego paszportu ze szczepieniami czy negatywnego testu na covid, wykonywanego co kilka tygodni.

Wszystkie te zdarzenia i warunki są często traktowane jako niepowiązane lub powiązane przypadkowo. Nikt nie zadaje właściwych pytań. Ale najważniejsze pytanie brzmi DLACZEGO? Dlaczego chiński rząd sabotuje własną gospodarkę poprzez lockdowny i ucisk ludności aż do otwartego buntu (rzadkość wśród zwykle podporządkowanych Chińczyków). Po co utrzymywać lockdowny, skoro dla reszty świata jest jasne, że pandemia się skończyła i że lockdowny i maski nigdy nie działały?

Zadałbym urzędnikom KPCh proste pytanie, które wielu z nas w Ameryce zadało również naszemu rządowi ponad rok temu: jeśli szczepionki działają, to po co egzekwować nakazy i lockdowny? Jeśli to dlatego, że szczepionki nie działają, to po co próbować zmuszać ludność do przyjmowania tych szczepień? Poza tym, jeśli maski i lockdowny działają, to dlaczego Chiny stoją w obliczu kolejnej rzekomej fali infekcji covid?

Oczywiście, KPCh nie dba o dobro przeciętnego obywatela Chin. Nie ma logiki w tym, co robią, tak jak nie było logiki we wszystkim, co Biden, Fauci i CDC robili w USA. Różnica polega na tym, że Amerykanie byli w stanie zmusić globalistów w USA do porzucenia ich programu nakazów, prawdopodobnie dlatego, że jesteśmy silnie uzbrojeni i zdali sobie sprawę, że zbyt wielu z nas nie podporządkuje się. W Chinach nie istnieje cywilny odpowiednik milicji.

Kraj był już wcześniej dystopią, teraz jest czymś innym – to eksperyment technokratycznej tyranii, który doprowadzony jest do skrajności. Chiny są gotowe głodzić, aresztować, bić, a nawet zabijać ludzi, których, jak twierdzą, próbują uchronić przed wirusem.

To nie pomyłka, że ​​prawie każda polityka wdrażana przez Chiny jest bezpośrednią kopią polityki sugerowanej przez WEF i instytucje takie jak Imperial College of London, jeszcze w 2020 roku na początku wybuchu epidemii. Globaliści argumentowali, że „nie wrócimy do normalności” i że społeczeństwo będzie musiało poświęcić wiele naszych swobód, aby powstrzymać pandemię. W rzeczywistości żadna z ich polityk nie była skuteczna w powstrzymaniu rozprzestrzeniania się wirusa, ale były one bardzo skuteczne w pacyfikowaniu ludności. A w przypadku Chin nic nigdy nie wróciło do normy.

Moim zdaniem, te niewypowiedziane powody łączą się bezpośrednio z długoterminowymi relacjami Chin z globalistami i ich pragnieniem bycia częścią Nowego Porządku Świata, określanego również jako „wielobiegunowy porządek świata”, Czwartą Rewolucję Przemysłową, Wielki Reset i tuzin innych nazw. Jeśli chcesz poznać prawdziwą globalistyczną wizję przyszłości, spójrz na dzisiejsze Chiny, a następnie pomnóż ból i cierpienie jeszcze sto razy. Chiny to beta test.

Być może jest to test, aby zobaczyć, jaki poziom tyranii ludzie są gotowi znieść. A może test funkcjonalności różnych systemów nadzoru i mechanizmów kontrolnych. Może próby działań wobec nieuchronnych zamieszek i buntów, które miałyby miejsce w wielu krajach i sprawdzenia najlepszego sposobu radzenia sobie z nimi. Globaliści tacy jak Klaus Schwab nie tylko interesują się Chinami jako ekonomicznym wzorem do naśladowania, ale postrzegają Chiny jako społeczny wzór do naśladowania dla dużej części Zachodu, z pewnymi poprawkami tu i tam.

Problem dla establishmentu polega na tym, że jeśli będą widoczne przykłady wolności pomimo covid, to inne narody zaczną kwestionować konieczność własnych lockdownów. Nawet Chińczycy zaczynają walczyć. Nie mogą wdrażać swojego NWO w każdym kraju po kolei, będą musieli uciskać wiele krajów jednocześnie.

Jak mówiłem przez ostatni rok niektórym bardziej nihilistycznie nastawionym ludziom z ruchów wolnościowych, którzy uważają, że wszystko już stracone: zrozumcie, że macie szczęście, że mieszkacie teraz w Stanach Zjednoczonych i powinniście być wdzięczni milionom konserwatystów, którzy aktywnie i głośno sprzeciwili się nakazom i szczepieniom. Uratowali kraj przed jeszcze większą tyranią. Gdyby globaliści dostali to, czego naprawdę chcieli, wyglądalibyśmy teraz jak Chiny.

Krążyliśmy blisko tego czarnego słońca i igraliśmy z diabłem, ale nie zostaliśmy pokonani.

W obecnym stanie Chiny nadal stanowią model autorytarnych marzeń, badań nad masowymi torturami psychologicznymi. Daleki od bycia kontrapunktem dla globalistów, w rzeczywistości jest globalistycznym programem w toku. Uważnie obserwujcie, co się tam dzieje, ponieważ dokonane tam zło zostanie ostatecznie popełnione tutaj, w kraju.

________________________

Why China Sucks: It’s A Beta Test For The New World Order, Brandon Smith, December 2, 2022

−∗−

Powiązane tematycznie:

Zero Covid” czyli co wchłania Wielki Reset
Przynajmniej na razie, z braku lepszego określenia, w dużej mierze „powróciliśmy do normalności”… z wyjątkiem, no wiesz, już całkowicie zepsutej gospodarki, bardziej scentralizowanej władzy finansowej, dziesiątkami alarmujących precedensów stworzonych do […]

________________________

Jak nie pandemia to bieda czyli kto potrzebuje katastrofy
W ciągu najbliższych kilku lat szare eminencje establishmentu będą próbowały wykorzystać zasłonę chaosu, aby zasiać nasiona strachu wśród ludności. Będą próbować wykorzystać ten strach, aby uzyskać jeszcze bardziej scentralizowane zarządzanie […]

________________________

Oddaj wolność albo giń czyli kto wskoczy do arki Harariego
Ludzie nie muszą podróżować na wakacje na odległe wyspy, aby być szczęśliwymi i nie muszą wydawać pieniędzy na kosmetyki, które szkodzą środowisku, aby czuć się dobrze. Zasadniczo sugeruje on, aby […]

Tagi: c19, Chiny, covid, Kit Knightly, kwarantanna, lockdown, NWO, paszporty szczepień, szczepienia, tyrania, wef

==================================

Warto zajrzeć.

Ciekawy szczegół: Informacje na temat Oliviera Schwaba (syna Klausa), żonatego z Chinką (i przez wiele lat mieszkającego w Chinach, gdzie pracował na rzecz WEF) z którą ma dwie córki, są zdecydowanie skąpe. Poniżej, wywiad z nim, przeprowadzony kilka lat temu.

Chiny: Wielka miłość Schwabów – ojca i syna

Chiński ślad i ukraiński trop. Republikanie na tropie interesów Bidenów.

Chiński ślad i ukraiński trop. Republikanie na tropie interesów Bidenów.

Ukraińskie interesy Bidenów: oligarchowie, paliwa i laboratoria biologiczne.

Konrad Rękas https://myslpolska.info/2022/12/03/rekas-chinski-slad-i-ukrainski-trop-republikanie-na-tropie-interesow-bidenow/

Sukces GOP [Grand Old Party – rep. ; md] w wyborach do Kongresu był mniejszy od oczekiwań, w dodatku wewnątrz-republikańska selekcja kandydatów pozwoliła w obrębie obu izb zachować przewagę mixu neokonserwatystów i globalistów. W dalszym ciągu więc główną rozbieżnością w obrębie amerykańskiego bipolu pozostaje z kim wojować najpierw: z Rosją, czy z Chinami, nie zaś – czy nie lepiej byłoby zająć się problemami krajowymi, zamiast kontynuować ekspansję.

Ten brak istotnych z punktu widzenia reszty świata (i zwykłych Amerykanów) różnic między Demokratami i Republikanami tym bardziej zatem skłania do demonstracji różnic tyleż medialnych, co niewiele zmieniających w ramach amerykańskiej oligarchii. Czym by bowiem była kadencja kolejnego amerykańskiego prezydenta bez śledztw, prokuratorów specjalnych, komisji i impeachmentów? A jednak nawet takie pozorowane wojny mogą okazać się pomocne w prognozowaniu kolejnych kierunków realnych starć globalnych.

Joe Biden – prezydent przejściowy?

Oczywiście w tle ogłoszonego właśnie przez kongresmena Jamesa Comera (Rop.) raportu A President Compromised: The Biden Family Investigation jest nie tyle chęć wyjaśnienia faktycznie kontrowersyjnych interesów rodziny Bidenów, ale też kolejna rywalizacja o fotel prezydenta USA. Walka ta również wydaje się o tyle pozorowana, że jest co najmniej wątpliwe, by Joe Biden faktycznie ubiegał się o reelekcję. Aż 2/3 ankietowanych przez Edison Research amerykańskich wyborców opowiedziało się przeciw startowi obecnego lokatora Białego Domu, przy czym – co ważne z punktu widzenia kampanii 2024 roku – tego zdania jest co najmniej 40% elektoratu Demokratów.

Potwierdzałoby to jedynie zastrzeżenia czynione już w 2020 roku przez zwolenników Donalda Trumpa, atakujących Bidena jako figuranta, mającego jedynie zrobić miejsce dla obecnej wiceprezydent, Kamali Harris lub innego kandydata globalnej agendy neoliberalnej. Paradoksalnie więc, obecny atak Republikanów może jedynie przybliżyć realizację takiego scenariusza, rezygnację Bidena i rozpoczęcie jawnego wyścigu o nominację demokratyczną. Oprócz Harris wśród jego potencjalnych uczestników wymienia się m.in. Gavina Newsoma, bardzo pro-klimatycznego (a wcześniej COVIDowego) gubernatora Kalifornii, Gretchen Whitmer, gubernatorkę Michigan, starszą senatorkę z Minnesoty Amy Klobuchar oraz sekretarza transportu Pete’a Buttigiego z Indiany (uważanego także za atrakcyjnego kandydata na wiceprezydenta u boku Harris).

Jak się powszechnie uważa, rywalizacja w obrębie GOP rozstrzygnie się pomiędzy ex-prezydentem Trumpem (który w ten sposób powtórzyłby wyczyn Grovera Clevelanda, skądinąd Demokraty, urzędującego w Białym Domu dwukrotnie, ale z czteroletnią przerwą), a gubernatorem Florydy, Ronem DeSantis, czyli ex-trumpistą nie uciekającym przed fryzjerem. Byłoby to więc w jakimś sensie powtórzenia scenariusza z roku 2016, gdy drogę do zdobycia nominacji republikańskiej utorowało Trumpowi wyeliminowanie Jeba Busha, uważnego początkowo za faworyta i również silnego latynoskimi głosami Sunshine State.

Kto jest chińską onucą?

To co łączy obu obecnych pretendentów, to zapewne zgoda z głównymi założeniami Raportu Comera, mającymi ustawić przyszłą kampanię wokół kwestii „zagrożenia chińskiego”, czyli ulubionego tematu ekspansjonistów republikańskich. Jak podkreśla firmujący dokument kongresmen, „wyszczególnia on dowody ujawniające, w jaki sposób prezydent Biden osobiście uczestniczył w transakcjach biznesowych swojej rodziny i czerpał z nich korzyści; wykorzystywał swoje publiczne stanowiska i pozwalał na ich wykorzystanie przez innych do wspierania rodzinnych interesów finansowych, przez co jest potencjalnie podatny na wpływy, szantaż lub wymuszenia ze strony podmiotów zagranicznych, w tym Komunistycznej Partii Chin (KPCh)” [podkr. KR]. Interesy rodziny Bidenów są zagrożeniem dla bezpieczeństwa narodowego! – wtórował Comerowi inny Republikanin, deputowany Jim Jordan z Ohio. „W trakcie śledztwa Komitet Republikanów zbadał szereg korupcyjnych interesów Huntera Bidena w Chinach, wliczając w to działalność funduszu inwestycyjnego, stanowiącego współwłasność Bank of China i Huntera Bidena; jego strategiczne związki z jedną z największych chińskich firm paliwowych, a także jego bliską zażyłość z osobami zbliżonymi do Komunistycznej Partii Chin” – czytamy w raporcie.

Ukraińskie interesy Bidenów: oligarchowie, paliwa i laboratoria biologiczne

Polowanie na „chińską agenturę” odpowiada rzecz jasna obecnemu zapotrzebowaniu finansowego zaplecza Partii Republikańskiej, zainteresowanego wyraźnie wygaszeniem awantury ukraińskiej, szybką normalizacją stosunków z Rosją i skierowaniem całego wysiłku dyplomacji, gospodarki, a jeśli potrzeba nawet amerykańskiej siły zbrojnej przeciw Chinom. W tym kontekście zatem należy zauważyć, że, atakując „schemat biznesowy Bidenów” jako oparty na politycznych koneksjach seniora rodu, a także wskazując na znane kontrowersje związane z międzynarodowymi interesami prezydentowicza, Huntera Bidena – Republikanie odnoszą się również do jego aktywności na Ukrainie, której detale ujawnił przed dwoma laty „The New York Post” (NYP).

Jak pamiętamy, w 2016 roku jeszcze jako wiceprezydent u boku Baracka Obamy, Biden-senior szantażował prezydenta Petra Poroszenkę wstrzymaniem miliardowej amerykańskiej transzy kredytowej, domagając się w zamian za jej kontynuowanie dymisji prokuratora generalnego, Wiktora Szokina, prowadzącego śledztwo przeciw firmom opłacającym się Bidenowi-juniorowi, w tym Burisma Holdings Ltd oligarchy Mykoły Złoczewskiego. Wpłacał on na rzecz niemającej żadnego doświadczenia w branży paliwowej firmy Bidenów, Rosemont Seneca Partners, nawet do $166.000 miesięcznie. Mimo twardych dowodów cała afera została szybko zakwalifikowana jako „teoria spiskowa”, nikt też nie poniósł w związku z nią żadnych konsekwencji. No, może poza zdymisjonowanym ku aplauzowi USA i UE prokuratorem Szokinem… Podobnie zresztą pod dywan zamieciono zarzuty przekazywania za pośrednictwem Bidena juniora (zapewne nie bez odpowiedniej marży…) środków na finansowanie amerykańskich laboratoriów broni biologicznej zlokalizowanych na Ukrainie.

Technikę rzeczonego zamiatania potwierdził nie kto inny, jak sam Mark Zuckerberg, przyznając w zeznaniach składanych przed Komisją Senacką 28 października 2020 roku, że algorytmy Facebooka celowo blokowały rozprzestrzenianie i popularyzację artykułów NYP na temat interesów Huntera Bidena i jego ojca.

„Sprzedają Amerykę Chińczykom”, czyli nowe Yellow Peril

Inne przypomniane zarzuty dotyczą z kolei brata prezydenta, Jamesa Bidena, zajmującego się pozyskiwaniem inwestorów dla prowadzonej przez firmę, w której był partnerem, Americore Health, LLC, akcji skupowania podupadających szpitali na terenach wiejskich. Wspólników James miał kusić zarówno wpływami brata, jak wielomilionowym zabezpieczeniem całego przedsięwzięcia, pochodzącym z bliżej niesprecyzowanych źródeł z Bliskiego Wschodu, Chin oraz… Rosji.  Rzecz jasna wszystko również skończyło się skandalem, tajemniczy wspólnicy z Kataru i Arabii Saudyjskiej nie zostali ujawnieni, za to James Biden został pozwany przez Americore o $600.000 wyłudzonej pożyczki, co ostatecznie zakończyło się we wrześniu 2022 roku ugodowym zwrotem przez przedstawiciela klanu Bidenów $350.000.

To jednak nadal tylko drobne wobec zarzutów grubszego kalibru, z zakresu bezpieczeństwa energetycznego USA. Republikanie oskarżają bowiem Bidenów ni mniej, ni więcej, tylko o „przygotowanie planu wyprzedaży amerykańskich źródeł energii w ręce Chińczyków”, za co prezydencko-biznesowa dynastia miała otrzymać co najmniej $5.000.000 od chińskiej korporacji CEFC China Energy (obecnie już zbankrutowanej), uważanej w Stanach za bezpośrednie narzędzie KPCh. A to już w obecnym klimacie medialno-propagandowym USA niemal zarzut zdrady głównej i zemsta Republikanów za rzekomy „rosyjski ślad” w zwycięstwie wyborczym Donalda Trumpa w 2016 roku.

Byle tylko III wojna światowa nie zaczęła się w Polsce…

Pozorowana na wielu płaszczyznach konkurencja republikańsko-demokratyczna może zatem wywoływać zupełnie realne skutki, sprowadzające się wprawdzie tylko do potencjalnej i zapewne przejściowej zmiany priorytetów, zupełnie jednak wystarczającej, by zagrożenie wojną światową płynnie przeniosło się ze wschodniej Europy do południowo-wschodniej Azji. Fakt, że jednocześnie jako współwinnych domniemanej korupcji na amerykańskich szczytach władzy wskazuje się ukraińskich oligarchów i chińskich komunistów dobrze oddaje nastroje blisko połowy amerykańskiego elektoratu, ten zaś nawet w realiach plutokratycznego systemu USA wciąż jest używany do uzasadniania wymiany grup zarządzających.

Być może zatem czy i gdzie wybuchnie III wojna światowa dowiemy się jeszcze przez rozstrzygnięciem amerykańskich wyborów prezydenckich 2024 roku.

Państwo terrorystyczne – a poszukiwania jaj u polityków

Państwo terrorystyczne – a poszukiwania jaj u polityków

cynik9 https://dwagrosze.com/2022/11/panstwo-terrorystyczne/

Demonstracje ogarniają powoli eurokołchoz. Ludzie nie chcą gospodarczego samobójstwa, do czego sprowadza się udział w wymuszonych przez hegemona „sankcjach na Rosję”. Wiedzą że nie chodzi tu o Rosję lecz o walkę hegemona o utrzymanie swojej hegemonii, co wymaga całkowitego zwasalizowania EU. Do tego prowadzi postępująca de-industrializacja kontynentu, stawiająca wiele kompanii z energochłonną produkcją przed dylematem zakończenia działalności albo przeniesienia produkcji poza EU. O masowych demonstracjach donoszą nawet z Czech, nie znanych dotychczas ze specjalnej asertywności.

Jedynie znajdujące się wciąż w oparach ukraińskiego amoku społeczeństwo polskie siedzi jakoś  cicho, zadowolone najwyraźniej z 17% inflacji i kosmicznych cen energii. Zdobyło się jedynie na zadeklarowanie Rosji przez senat jako „państwa terrorystycznego„.  A gdy wam honor, wolność, majątki odjęto, wy bolejecie że króla o mil trzysta ścięto… Historia się powtarza…

Wydawało się początkowo że to tylko okresowy przejaw polskiej głupoty.  Istnieje jednak obawa że może to być  zainscenizowane przez hegemona przygotowanie do wejścia polskiego wasala do wojny na Ukrainie. Z państwami terrorystycznymi się przecież nie negocjuje, państwa terrorystyczne się zwalcza. O tym jakie państwa są terrorystyczne decyduje naturalnie hegemon w ramach swoich rules-based order.  Nie należy mylić tego z prawem międzynarodowym. Dlatego jako państwo terrorystyczne zadeklarował Serbię, Irak, Libię, i  cały szereg innych. Zwalczaniem państw terrorystycznych zajmuje się następnie NATO. Na Ukrainie NATO walczy już z Rosją a więc uznanie Rosji za „państwo terrorystyczne” ma swoją logikę. Tyle że z Rosją łatwo mu nie pójdzie i że konieczne mogą być w końcu jakieś negocjacje. A zatem na wszelki wypadek bezpieczniej jest Rosji jednak tak nie nazywać, bo potem będzie głupio.

Nie ma takich obaw natomiast wasal polski który wali wprost co mu przykażą, paląc jednocześnie za sobą mosty. Po co mu mosty skoro NATO ma przeprawy pontonowe? Wasal nie wyczuwa niuansów, jak tego że gdy hegemonowi skończy ukraińskie mięso armatnie a terrorystyczna Rosja wciąż stoi to on może być następny. Po ostatnim Ukraińcu hegemon może walczyć  do ostatniego Polaka,  a co to mu szkodzi?  Skoro senat zadeklarował już Rosję jako państwo terrorystyczne to chętnych do walki z terrorem nie powinno zabraknąć. I może w efekcie nie zabraknąć durniów którzy wciągną kraj do cudzej wojny o anglo-syjonistyczne interesy.

Szkoda w sumie bo  oto nasz odwieczny zachodni wróg rozpada się właśnie w oczach. Całe pokolenia przez stulecia  czekały na ten moment, a tu, proszę bardzo. Zajętemu jednak NATO-wską burdą na wschodzie  wasalowi polskiemu nie w głowie jest wykorzystywać dziejowe szanse na zachodzie…  Wystarczy zestawić  dwa niemieckie wydarzenia, oba z 4 listopada, aby oniemieć z wrażenia.

Wydarzenie #1 – kanclerz Scholtz jedzie do Pekinu gdzie rozmawia z Xi Jinpingiem. Bierze z sobą delegację szefów czołowych kompanii niemieckich, zainteresowanych w rozwijaniu linków z Chinami, w tym szefów BMW i BASF.  Jednodniowa wizyta musi być ważna a jej pośpiech jest zdumiewający – 40h w obie strony,  w tym 11h na miejscu. O czym rozmawiano jest nie całkiem jasne.  Z pewnością jednak o czymś o czym hegemon wiedzieć raczej nie powinien.  Zmuszony do popełnienia narodowego samobójstwa przez udział w „sankcjach na Rosję” wasal niemiecki szuka najwyraźniej opcji ratunkowej. Byłoby nią utrzymanie powiązań z Chinami. Wzajemna wymiana towarowa jest znaczna i wynosi około $230B rocznie. To dużo więcej niż z USA i nieporównanie więcej niż z Rosją. Ale czy utrzymanie tej wymiany, i przez to pozycji eksportowej Niemiec, będzie możliwe jeśli hegemon już zmusił wasala do przerwania kluczowych powiązań z Rosją?  Zważywszy że po trupie EU dąży on do zachowania swojej hegemonii trudno o optymizm.
:

Wydarzenie #2 – Do zachowania swojej dominacji hegemon potrzebuje osłabienia Chin, przez odcięcie ich od rynków zbytu w EU.  Pomocna w tym zadaniu okazuje się podwładna Scholtza, zielona pożyteczna idiotka Baerbock, w roli ministra spraw zagranicznych Niemiec. Gra przez to otwarcie przeciwko linii szefa rządu i jej zwierzchnika. Baerbock była instrumentalna przy wprowadzaniu sankcji „przeciwko Rosji”. W ten sam sposób hegemon chce też rozegrać zerwanie powiązań niemiecko-chińskich. Sankcje „przeciwko Chinom” są więc w powietrzu, jedynie Chińczycy spóźniają się coś z tym „wyzwalaniem” Tajwanu… Aby sankcje dopiąć podczas gdy Scholtz jest z misją w Pekinie, Baerbock podejmuje więc w Niemczech czołowych żydowskich neoconów, w tym Nuland (Nudelman), tę samą od „f.ck the EU” na Majdanie w Kijowie w 2014. Ironią jest że spotkanie odbywa się w Muenster, historycznym miejscu które dało początek prawu międzynarodowemu. Tymczasem hegemon,  reprezentowany przez czołowego neocona Blinkena, robi właśnie wszystko co z tym prawem jest sprzeczne. Bezceremonialnie wciska wasalom jego amerykański substytut rules-based order. Czytaj porządek wg reguł ustalanych przez hegemona i zmienianych kiedy mu wygodnie.

Trudno wyobrazić sobie lepszy sygnał degradacji i poniżenia Niemiec jak para Scholtz-Baerbock.  Tragi-komiczny miękiszon Scholtz nie może równać się z mężami stanu przed nim,  jak Brandt, Schmidt czy nawet Schroeder. Gość z jajami wywaliłby Baerbock na pysk będąc jeszcze w samolocie! Nie tolerowałby takiej niesubordynacji ze strony najwyższych rangą urzędników państwowych a Baerbock jest przecież jego podwładną!  Dziadek Scholtza wiedziałby jak postąpić – na biurku Bearbock znalazłby się naładowany rewolver  z jedną kulą…

Doprowadziłoby to oczywiście do przedterminowych wyborów. I co w tym złego? Niemcy mogliby się wypowiedzieć  czy w imię anglo-syjonistycznych interesów i ukraińskiego clowna chcą rzeczywiście  rozłożyć swoją gospodarkę,  siedzieć w zimnie  i  przerobić Niemcy w zielony skansen bez znaczenia. Wyborcy Baerbock, która powiedziała wprost że będzie wpierała Ukrainę  niezależnie od ich woli, mogliby potwierdzić  że chcą takiego właśnie reprezentanta ich interesów. W demokracji zapytać  się wyborców o ich zdanie podobno nigdy nie zaszkodzi.

Nie zaszkodziłoby to na pewno kanclerzowi Scholtzowi który zrobiłby tym jeden przynajmniej dobry ruch w swojej karierze. Pozbyłby się mianowicie z rządu agentury hegemona w postaci zielonych durniów w rodzaju Habecka i Baerbock. Względnie, odszedłby sam w chwale, walcząc  z honorem do końca, jak jego dziadek Fritz pod Narwą.

Latające seminaria i łamanie kości biskupom. Męczeństwo chińskiego Kościoła podziemnego.

MARK RALSTON / AFP Karol Wojteczek – 24.05.22 https://pl.aleteia.org/2022/05/24/latajace-seminaria-i-lamanie-kosci-biskupom-fenomen-chinskiego-kosciola-podziemnego/

11 maja światowe media obiegła informacja o zatrzymaniu przez chińskie służby 90-letniego kard. Josepha Zena. Datę rozprawy purpurata władze wyznaczyły na 24 maja br. Trudno uznać ją za przypadkową. Tego dnia wypada bowiem Dzień Modlitw za Kościół w Chinach.

Emerytowany ordynariusz Hongkongu to już co najmniej 11 duchowny aresztowany (czy raczej uprowadzony) w tym roku przez chińskie władze. Szczególna czystka dotknęła środowisko katolików w mieście Baoding, położonym na południowy zachód od Pekinu. Miasto to uznawane jest za matecznik tzw. „podziemnego Kościoła” – fenomenu, którego skala nie znajduje swojego odpowiednika w żadnej innej antychrześcijańskiej dyktaturze świata.

Z racji specyfiki zjawiska i nieustannych prześladowań niemożliwa do oszacowania pozostaje dokładna liczba wyznawców Chrystusa obrządku rzymskiego w Państwie Środka. W prorządowym Patriotycznym Stowarzyszeniu Katolików Chińskich zrzeszonych jest ok. 5-6 mln członków. W podziemiu pozostawać może kolejne od 3 do nawet 8 mln wiernych. Liczby te jednak zmieniają się dynamicznie – według niektórych szacunków chrzest w jednej ze wspólnot przyjmować może nawet 2 mln Chińczyków rocznie. [pisarz O’Brian wg. źródeł chińskich ocenia katolików „podziemia” na 10% , czyli ok 100 milionów. M. Dakowski]

Rozróżnienie pomiędzy wspomnianymi środowiskami nie jest przy tym całkowicie ostre. Według nieoficjalnych doniesień niektórzy „akredytowani” przy komunistach duchowni świadczą bowiem posługę również we wspólnotach podziemnych. Co ciekawe, stosunkowo silna jest w Chinach także licząca ok. 60 mln członków społeczność protestantów.

Narodziny dualizmu

Za moment narodzin współczesnego chińskiego Kościoła podziemnego uznać można umownie rok 1949 lub 1957. Pierwsza z tych dat odnosi się do zakończenia wygranej przez komunistów wojny domowej. Druga to rok ustanowienia wspomnianego już Patriotycznego Stowarzyszenia Katolików Chińskich.

Powołana przy państwowym Biurze ds. Religijnych organizacja miała być od tej pory jedynym dopuszczonym do funkcjonowania środowiskiem rzymskich katolików w Chinach. Wierni tego obrządku stanowili wówczas w Państwie Środka niespełna 1% z blisko 600-milionowej populacji kraju, ich liczba jednak dynamicznie rosła.

Odrzucenie przez PSKCh zwierzchności Rzymu (zakończone nałożoną przez Piusa XII ekskomuniką jego biskupów) i podporządkowanie Stowarzyszenia maoistowskiej władzy zaowocowały przejściem części duchownych i wiernych do działalności podziemnej. Wzorem pierwszych chrześcijan zaczęli się oni spotykać w domach, z dala od wścibskich oczu funkcjonariuszy nowego reżimu.

Jan Paweł II i „tajny” kardynał

Jeszcze jednak przed powołaniem PSKCh, chińscy komuniści podjęli starania o „oczyszczenie” miejscowego Kościoła katolickiego z „elementów wrogich” nowemu ustrojowi. Do historii przeszedł 8 września 1955 r., gdy w szeroko zakrojonej akcji policyjnej aresztowanych zostało przeszło 200 duchownych oraz grupa świeckich katolików z Szanghaju. Większość z nich skazano potem na więzienie za „działalność kontrrewolucyjną”, ewentualnie, w przypadku zagranicznych misjonarzy, za szpiegostwo.

Symbolicznym bohaterem tamtych wydarzeń stał się ordynariusz Szanghaju bp Ignatius Kung Pin-mei. Skazany na dożywocie pod zarzutem zdrady stanu, konsekwentnie odmawiał on autoryzowania swoim nazwiskiem działalności PSKCh. Więzienie opuścił dopiero w 1985 r. po trzydziestu latach od osadzenia. W 1979 r. Jan Paweł II mianował go kardynałemin pectore(„w sercu”).

W pamięci chińskich wiernych zapisała się również postawa innego nieugiętego szanghajskiego duchownego, o. Bedy Changa SJ. 11 listopada 1951 r. zmarł on w więzieniu po dwóch miesiącach okrutnych tortur, a władze, dla uniknięcia wystąpień, ustawiły przy jego grobie straże. Wśród „podziemnych” chińskich katolików o. Beda Chang cieszy się dziś opinią świętości, istnieją również doniesienia o wyproszonych za jego wstawiennictwem cudach i łaskach.

Dwóch niezłomnych

Jak wspomnieliśmy już na początku, bastionem chińskich „podziemnych” katolików pozostaje miasto Baoding i otaczająca je prowincja Hebei. Według szacunków w regionie tym żyje ok. miliona wyznawców Chrystusa obrządku rzymskiego. Dla kondycji miejscowego Kościoła duże znaczenie ma postawa dwóch jego niezłomnych duszpasterzy.

Pierwszym z nich jest nieuznawany przez władze ordynariusz Baodingu, bp James Su Zimin. Duchowny, co do którego nie ma nawet pewności czy żyje, spędził w chińskich więzieniach łącznie przeszło 50 lat. Przetrzymywany przez komunistyczne władze od 1997 r., ostatni raz widziany był publicznie w 2003 r. Jeśli żyje, w lipcu br. ukończy 90 lat.

Poprzednikiem Zimina na tronie biskupim Baodingu był bp Peter Joseph Fan Xueyan. Jego więzienny „staż” jest zaledwie nieco krótszy niż następcy i sięga 46 lat w celi i obozach „reedukacyjnych” (de facto obozach pracy przymusowej). W listopadzie 1990 r. bp Xueyan „zaginął” po raz kolejny. 13 kwietnia 1992 r. jego ciało w plastikowym worku podrzucone zostało pod drzwi jego rodzinnego domu. Według oficjalnych komunikatów duchowny zmarł z powodu zapalenia płuc, jego szczątki nosiły jednak ślady tortur, w tym łamania kości. Wierni podziemnego Kościoła z Baodingu wysuwać mają wobec Watykanu postulat jego kanonizacji.

Po pierwsze złamać, zabijać w ostateczności

Tego rodzaju drastyczne działania uznać można jednak za pewnego rodzaju ostateczność, jeśli idzie o arsenał środków wykorzystywanych przez chińskie służby. Priorytetem dla nich jest „złamanie” duchownych i wiernych podziemnego Kościoła, i zmuszenie ich do przystąpienia do PSKCh (a tym samym do uznania prymatu władz i ideologii komunistycznej nad zwierzchnictwem Watykanu i doktryną wiary).

Dowodem pewnej skuteczności takiej strategii może być oficjalny następca bp. Zimina na stanowisku ordynariusza Baodingu, bp Francis An Shuxin. Aresztowany w 1996 r., jeszcze jako biskup pomocniczy, duchowny przystał po 10 latach osadzenia na współpracę z komunistami. W 2010 r., bez zgody Watykanu, mianowany został biskupem niepokornej diecezji.

Podobny los staje się prawdopodobnie udziałem 10 uprowadzonych w tym roku kapłanów z Baodingu. Wedle nieoficjalnych informacji poddawani są oni tzw. „guanzhi” – swoistemu aresztowi domowemu połączonemu z intensywną „reedukacją” polityczną. Jeśli wielogodzinne prokomunistyczne pogadanki nie przekonają ich do przystąpienia do PSKCh, grozi im przeniesienie do tradycyjnego zakładu karnego.

Zdrada czy pragnienie ochrony?

Sytuacja podziemnego Kościoła katolickiego w Państwie Środka kłopotliwa jest o tyle, że w pewnym dualiźmie tkwi również sama Stolica Apostolska. Dążąc do normalizacji stosunków dyplomatycznych na linii Watykan-Chiny, Państwo Kościelne porozumiało się z władzami co do większości (ok. 80%) nominacji biskupich.

Szczególne kontrowersje w tym względzie wywołała tymczasowa umowa z 22 września 2018 r., na mocy której rola Watykanu ograniczać się ma do opiniowania i ewentualnego wetowania kandydatów na hierarchów zaproponowanych przez PSKCh. Sądzony dziś kard. Zen nazwał ją nawet „zdradą wobec chińskich katolików„. Zwolennicy porozumienia wskazują z kolei, że jest ona jedynym narzędziem, dzięki któremu papież ma jakikolwiek wpływ na sytuację wyznawców Chrystusa w Państwie Środka.

Równocześnie jednak Stolica Apostolska utrzymuje nieoficjalne stosunki dyplomatyczne z chińskim Kościołem podziemnym. Ten zaś jeszcze w 1989 r. ustanowił własną, niezależną od władz, konferencję episkopatu. Prowadzi również sieć tajnych, niestacjonarnych seminariów duchownych, które przyrównać by można do naszego Uniwersytetu Latającego z czasów carskiego zaboru. Według szacunków do chińskiego Kościoła podziemnego przynależy w tym momencie ponad 40 biskupów, ok. 1200 kapłanów oraz ok. 1200-1300 sióstr zakonnych.

Czytaj także:Chiny: władze usuwają wszelkie wzmianki o Bogu i religii z książek dla dzieci i młodzieży

Czytaj także:Chiny: zakaz kontaktu z katolikami z zagranicy, ewangelizacji, wprowadzania dzieci do kościołów

Czytaj także:Bob Fu: tajny agent Boga. Być chrześcijaninem w Chinach to zgoda na prześladowania

Tags:

Chinymęczennicyprześladowania

Rząd Chin dławi protesty w stylu NWO – za pomocą QR

https://zmianynaziemi.pl/wiadomosc/chinczycy-zdlawili-protesty-w-stylu-new-world-order-za-pomoca-qr

Chińskie władze pokazały jakie są obecne możliwości prześladowania ludzi w nowym świecie, który został wykuty niedawno. Najpierw poblokowano depozyty bankowe wielu przedsiębiorcom, a kiedy ci chcieli zaprotestować, ich elektroniczne paszporty Covid 19 zostały przeprogramowane przez władze na kolor czerwony. Bez zielonego koloru Chińczycy są traktowani jak kryminaliści.

W Chinach już teraz gdy ktoś podpadnie, włącza mu się czerwony kod cowidowy w telefonie. Ktoś taki jest wtedy automatycznie kimś w rodzaju antyszczepionkowca i staje się totalnie uziemiony. Nie może na przykład jeździć koleją czy latać samolotem. Nie jest w stanie wykonywać prostych rzeczy, na przyklad nie wolno mu wejść do restauracji czy robić zakupów. Zupełnie jak jeszcze niedawno w UE. 

Warto sobie uzmysłowić, że kilka miesięcy żyliśmy w podobnej rzeczywistości, tylko z dnia na dzień nagle zmieniła się narracja i stwierdzono, że ten Covid to jednak tylko taki katarek dłuższy, Mimo to w UE przedłużono paszporty cowidowe o rok. To dobrze nie wróży i być może wkrótce i do nas, jak poprzednio, dojdzie ten niewyobrażalny zamordyzm covidowy jaki widzimy dzisiaj w Chinach.

Podobne działania wobec protestujących podjęto wcześniej w Kanadzie. Tam wyłączanie kont bankowych stało się metodą na łamanie wszystkich krytyków. Blokadą konta ukarano nawet dostawców pizzy, którzy dowozili prowiant dla protestujących. Wrogowie systemu nie będą się mogli już tak łatwo ukryć w nowym porządku świata, albo się dostosujesz albo giniesz. 

Russia Pipeline Gas Flows to China Have Increased Since the Ukraine War. Power of Siberia.

by Tyler Durden Mar 19, 2022 https://www.zerohedge.com/economics/russia-pipeline-gas-flows-china-have-increased-ukraine-war

Russia has increased gas supply to China via its Power of Siberia pipeline after its invasion of Ukraine began, ENN Energy CFO Liu Jianfeng said on the company’s earnings call.  ENN is one of China’s largest city gas utlities and purchases gas from oil majors including China National Petroleum Corp, which operates the import pipeline on its side of the border.

The Power of Siberia pipeline ships gas from eastern Russia into northern China, and is ramping up over several years to maximum capacity of 38 bcm/year. The Power of Siberia pipeline began pumping supplies in 2019; Russia is also shipping liquefied natural gas (LNG) to China. It exported 16.5 billion cubic metres (bcm) of gas to China in 2021.

The Power of Siberia network is not connected to pipelines that send gas to Europe, which has faced surging gas prices due to tight supplies, one of several points of tension with Moscow. Under plans previously drawn up, Russia aimed to supply China with 38 bcm of gas by pipeline by 2025.

Meanwhile, Gazprom, which has a monopoly on Russian gas exports by pipeline and which operates the Russian side of the pipeline, said Tuesday that exports to China continue to grow under its bilateral long-term agreement with CNPC. Flows had been increasing before the invasion, as well, with Gazprom saying in mid-February it had just set a daily record for exports to China on the pipeline.

One month ago, Russia agreed a 30-year contract to supply gas to China via a new pipeline and will settle the new gas sales in euros, bolstering an energy alliance with Beijing amid Moscow’s strained ties with the West over Ukraine and other issues. Gazprom agreed to supply Chinese state energy major CNPC with 10 billion cubic metres of gas a year, the Russian firm and a Beijing-based industry official said.

First flows through the pipeline, which will connect Russia’s Far East region with northeast China, were due to start in two to three years, the source said in comments that were later followed by an announcement of the deal by Gazprom.  The new deal, which coincided with a visit by Russian President Vladimir Putin to the Beijing Winter Olympics, would add a further 10 bcm, increasing Russian pipeline sales under long-term contracts to China.

Russian gas from its Far East island of Sakhalin will be transported via pipeline across the Japan Sea to northeast China’s Heilongjiang province, reaching up to 10 bcm a year around 2026, said the Beijing source, who asked not to be identified. The deal would be settled in euros, the source added, in line with efforts by the two states to diversify away from U.S. dollars.

Discussions between the two firms began several years ago after the start-up of Power of Siberia, a 4,000-km (2,500-mile)pipeline sending gas to China. Talks accelerated more recently after Beijing set its 2060 carbon neutral goal, the source said.

„China’s coal shortage last year served as another wake-up call that natural gas has its special value, that’s why CNPC decided to top up with the new pipeline deal,” the source said.

The pricing of the new gas deal will be similar to that of Power of Siberia, the source said, adding that both were „fairly satisfied” with that arrangement.

The deal is expected to weigh on China’s LNG import outlook. „Piped gas from Russia can be supplied to northern China at prices that are competitive when compared with LNG,” said Ken Kiat Lee, analyst at consultancy FGE.

Meanwhile, as Russian gas exports to China increase, those headed for Europe have slowed, and in some cases such as the Yamal-Europe pieline, been largely shut for much of 2022.

Igrzyska przetestowane

9 lutego, dzień 709. Wpis nr 698 https://dziennikzarazy.pl/9-02-igrzyska-przetestowane/ Jerzy Karwelis

Właściwie to nie lubiłem nigdy zimowych igrzysk olimpijskich. Skoki to dla mnie nuda naciągana pod polski kompleks wielkości. Łyżwiarze figurowi to jakiś balet, nie przepadam. No może tylko curling, bo lubię takie trochę szachy, taki lodowy snooker, za którym – tym letnim – przepadam. Aż tu nagle zimowa olimpiada w… Pekinie. Gdzie Rzym, gdzie Krym? Gdzie tam śnieg, no niech i popada, ale stoki i te rzeczy? Ale Chińczyk potrafi, c ‘nie?

W ogóle widać  jak przeżarty jest korupcją świat obecny. Mundiale w Rosji czy Katarze, zimówka w Pekinie, no po prostu stolice oliwnych gałązek pokoju. Właśnie dzwoniła Elina z Kijowa, że chce kupić kilka telefonów satelitarnych, by mieć jakąś łączność, kiedy Putin ich odłączy od kontaktu ze światem. Oni tam tę Olimpiadę oglądają inaczej. Dla nich to tykający zegar. Odliczają dni do końca igrzysk, bo są przekonani, że chłopaki z obu wschodnich mocarstw uzgodnili pieredyszkę na czas olimpiady i jeden z nich zaatakuje, dopiero jak ten drugi odbębni swój wizerunek piewcy pokoju między Ujgurami… sorry narodami.

Zrobiło się też kowidowo i to w naszym wykonaniu. Z testowej maszyny losującej wypadło kilku sportowców, w tym nasza kandydatka do medalu – łyżwiarka Maliszewska. Smaczku tej sytuacji dodaje fakt, że sportowczyni (ładne słówko, co nie? Ale korekta, ciemnogrodzka wciąż podkreśla, że to błąd) była jedną z twarzy ostatnich prostych do zaszczepienia. A teraz się okazało, że szczepienia nie chronią przed testami, a te wydały z siebie niezrozumiałą sekwencję: +, -, +, +, -, +. Co oznacza, że – jak w rzucie monetą – im więcej razy rzucasz (testujesz, znaczy się) tym bardziej zbliżasz się do układu 50/50. I medale przepadły zgodnie z rachunkiem prawdopodobieństwa, bo ostatni rzut wyszedł nieparzysty.

Jedni (to nie ludzie – to wilki) naśmiewają się z upadku mitu szczepiennego w wykonaniu jego twarzy. Sportowczyni pomstuje, że: „W nic już nie wierzy, w żadne testy, w żadne igrzyska”. TVN wycina z jej oświadczenia słowa „w żadne testy”, bo wciąż trzeba wykonać zapłacone zamówienie na promocję testów i szczepionek. Lewica się przyłącza, że to skandal, bo są „równi i równiejsi”, choć zahacza to o herezję, bo co to oznacza? Że pozytywny zaszczepiony jest jakoś sekowany? Przez kogo? Negatywnego niezaszczepionego? Do chórku przyłączają się nie wiadomo dlaczego i nie wiadomo czym oburzeni dziennikarze. Aż ktoś przytomny w internecie zwraca uwagę: „Novak Djokovic został wykluczony z Australian Open, choć miał negatywny test. Dobrze!!! – bo był niezaszczepiony. Natalia Maliszewska została wykluczona ze startu na Igrzyskach Olimpijskich w Pekinie, bo miała pozytywny test. Skandal!!! – przecież jest zaszczepiona.”  

Ostatecznie dobiła mnie (ze śmiechu bym się popłakał, gdyby nie to, że mam już z setkę wpisów o pandemicznych odjazdach zwanych kowidkami – do sprawdzenia na wyszukiwarce mojego bloga) informacja o zdarzeniach w kobiecym hokeju. Niezastąpiony Piotr D. pisze: „Igrzyska Olimpijskie w Pekinie. Hokej na lodzie kobiet. Kanadyjki nie wyjechały na lód, ponieważ Rosjanki nie przedstawiły wyników testów na COVID-19. Ostatecznie mecz doszedł do skutku, ale zawodniczki obu drużyn zagrały z maseczkami na twarzy.”

Ja tam się duszę i zaparowuje w 10 sekund z maseczką. Jak one to robią? Myślę, że mamy dwa wyjścia: albo się przyszłe pokolenia będę się z nas nabijały jak z wariatów, albo będzie to dla nich normalka, bo to będą kolejne pokolenia przyzwyczajone do masek i odzwyczajone od rozpoznawania emocji z wyrazu twarzy, w związku z tym skończone dla uczuć, również wobec samych siebie.

Jak zwykle, jako upadłe i wciąż aspirujące imperium – w sensie dumy narodowej – cieszymy się z ósmych miejsc, brązowych medali i tego, że kolejny z naszych sportowców przeszedł egzamin… testów i w ogóle wystartował. Jak piszą cynicznie internety, cytując prezesa naszego Komitetu Olimpijskiego: występ Polaków należy ocenić… pozytywnie.  Jerzy Karwelis

To Chiny powstrzymały Putina od ataku na Ukrainę

Dotychczasowymi rezultatami pomachiwań wirtualną szabelką przez UE, USA i NATO i mnożenia pogróżek o przewidywanych rzekomo strasznych sankcjach było zwiększanie ilości ruskich żołnierzy w pobliżu granic Ukrainy i stanowcze noty dyplomatyczne Kremla skierowane do NATO, USA i UE

https://www.prokapitalizm.pl/chiny-powstrzymaly-putina-od-ataku-na-ukraine/ Rajmund Pollak

———————

Od dwóch miesięcy media całej Europy trąbią o nadchodzącej ponoć nieuchronnie inwazji Moskwy na Ukrainę. Telewizje wszystkich nacji przepełnione są obrazkami ruskich czołgów, dział i rakiet zbliżających się do granic naszego wschodniego sąsiada.

Emitowane są filmiki o potężnych manewrach armii rosyjskiej z użyciem broni ciężkiej i koncentracji już ponad 120 tysięcy sołdatów nowego cara, zasiadającego obecnie na Kremlu.

Nasi politycy od posłów na Sejm po Premiera Rządu RP, machają wirtualnymi szabelkami grożąc Putinowi „poważnymi konsekwencjami” w przypadku ataku na Ukrainę.

Większość decydentów Unii Europejskiej prześciga się oświadczeniami o „solidarności z narodem ukraińskim”.

Organizowane są nawet międzynarodowe konferencje, które obfitują nie tylko sutymi posiłkami, okraszanymi syberyjskim kawiorem i wnoszeniem toastów za zdrowie prezydenta Zełenskiego z Kijowa, ale przede wszystkim wysyłaniem w świat rezolucji ostrzegawczych jakie to straszne larum podniesie cała Unia Europejska w przypadku, gdyby armia Moskali zaatakowała Ukrainę.

Do chóru euro-krzykaczy dołączył Premier Wielkiej Brytanii, który spektakularnie pogroził Putinowi palcem wskazującym swojej prawej ręki.

Z kolei Prezydent USA Biden zamiast zająć stanowcze stanowisko w tej samej sprawie, to wyraźnie się wygłupił, bo zaczął bredzić na temat małej agresji dokonanej ewentualnie na małym narodzie i chociaż stwierdził, że Ameryka odpowie na ewentualną agresję poważnymi restrykcja, to zaraz potem odwołał jakiekolwiek sankcje wobec firm niemieckich, które wspierają kładzenie drugiego już rosyjskiego rurociągu pod Bałtykiem.

Dotychczasowymi rezultatami tych pomachiwań wirtualną szabelką i mnożenia pogróżek o przewidywanych rzekomo strasznych sankcjach było zwiększanie ilości ruskich żołnierzy w pobliżu granic Ukrainy i stanowcze noty dyplomatyczne Kremla skierowane do NATO, USA i UE.

Nie wiadomo jak mogłaby się zakończyć ta wymiana pogróżek, gdyby nie wkroczyło do akcji Państwo Środka. Prezydent Chin przywołał do porządku Władimira Putina w sposób znany z nauk Konfucjusza. Nie zagroził Rosji żadnymi sankcjami, ale wysłał tak stanowczą notę dyplomatyczną, że nowy car na Krymie raczej nie odważy się zaryzykować prawdziwego konfliktu z póltoramiliardowym narodem.

Prezydent ChRL napisał, że nie życzy sobie żadnych działań wojennych aż do zakończenia Olimpiady w Pekinie i przypomina Putinowi starogrecką zasadę, że gdy trwa święto sportu, to ustają wszelkie walki zbrojne i agresje.

Nie mam żadnych wątpliwości, że do końca olimpiady Putin nie uderzy na Ukrainę, ale nasze telewizje od TVP1, TVP Info, poprzez TVN, Polsat, Cyfra+ itp. nie przestaną nas straszyć wojną możliwą już od jutra, bo medialne pogróżki podwyższają przecież oglądalność!

Chińska analna Olimpiada. Sportowcy mogą być testowani z… odbytu. Śledzenie na każdym kroku.

https://nczas.com/2022/01/29/io-2022-chiny-testy-analne-z-odbytu/

Kilka dni dzieli nas od inauguracji zimowych Igrzysk Olimpijskich w Pekinie. Chińczycy wprowadzili surowe zasady sanitarne, każą się testować nawet dwa razy dziennie. Możliwe są także testy z odbytu.

O analnych testach na koronawirusa przeprowadzanych w Chinach media informowały już na początku 2021 roku. Potem podobno ta osobliwa metoda testowania zniknęła, ale w ostatnich tygodniach znów wróciła do łask.

Sportowcy, trenerzy, działacze, związkowi delegaci z całego świata dopiero zlatują się do Chin. Kraj ten przygotował dla świata sportu specjalne procedury sanitarne.

Żeby w ogóle wlecieć do Chin, sportowcy i wszyscy inni oficjele muszą pobrać specjalną aplikację, w której uzupełniają wymagane dane. Nie tylko zdrowotne, ale nawet o zajmowanym w samolocie fotelu czy miejscach pobytu i wykonywanych ruchach już na miejscu. To w celu tzw. śledzenia kontaktu.

Przed wylotem trzeba oczywiście przedstawić negatywny test na koronawirusa. Po wylądowaniu w Chinach już na lotnisku czekają kolejne testy. W ten sposób wykryto już ponad 100 przypadków covidu. W tym u kilku Polaków – m.in. łyżwiarek szybkich Natalii Czerwonki i Magdaleny Czyszczoń, trenera Arkadiusza Skonecznego i lekarza PKOl Huberta Krysztofiaka.

Dzięki aplikacji chińskie służby sanitarne wiedzą, kto siedział obok nich w samolocie i stosują specjalne procedury. W ten oto sposób narciarka Hanna Zięba, choć covida nie ma, trafiła na izolację noclegową, na treningi będzie dojeżdżać dedykowanym transportem i musi testować się co 12 godzin.

Testy dwa razy dziennie dotyczą wszystkich, którzy mieli kontakt z osobą z pozytywnym wynikiem testu na koronawirusa. Co 12 godzin muszą testować się przez cały tydzień. Jeśli w tym okresie nie „ustrzelą” pozytywnego wyniku, to wówczas – tak jak wszyscy pozostali – muszą testować się już „tylko” raz dziennie.

Testy potrafią wychodzić przeróżnie – znamy to chociażby z Polski. W Chinach pecha miał łyżwiarz szybki Marek Kania.

„Świetne. Przypadek Marka Kani: 2 razy negatywny w Polsce. Później w Chinach: pozytywny, negatywny, pozytywny i na izolacji” – napisał Konrad Niedźwiedzki, szef polskiej misji olimpijskiej.

Testy analne w Chinach

W tzw. niepewnych przypadkach, gdy nawet dedykowane do igrzysk służby sanitarne nie wiedzą, jaki werdykt wydać (czy sportowiec może wystartować, trenować, jaki rodzaj izolacji zastosować, którym autobusem ma jechać itp.), przygotowano nawet testy z odbytu.

„Forbes” podaje, że testy analne na koronawirusa zyskały na nowo popularność w Chinach w związku z wariantem Omikron. Wszystko dlatego, że są bardziej czułe, tzn. częściej wykrywają wirusa niż testy, które polegają na pobraniu wymazu z nosa lub gardła.

A jak wygląda taki test z odbytu? Oficjalna instrukcja głosi tak: „jest wykonywany za pomocą sterylnego wacika, który wygląda jak bardzo długi patyczek do uszu, który wprowadza się na głębokość od 3 cm do 5 cm do odbytu, a następnie delikatnie się go wyciąga”.

Chińczycy przygotowali nawet specjalną wizualizację analnego testu:

Protesty i zamieszki w Kazachstanie sparaliżowały jedną z głównych arterii Nowego Jedwabnego Szlaku.

Trwające od kilku dni masowe protesty w Kazachstanie skupiają uwagę opinii publicznej na całym świecie. Obrazki podpalonych budynków rządowych, spalonych aut, demonstrantów uzbrojonych w karabiny automatyczne obiegają cały świat.

Kiedy jednak propagandowe media starają się pokazywać nam urywki filmów ze scen które najbardziej przyciągają uwagę przeciętnego człowieka, poza strefą głównych wydarzeń rozgrywają się rzeczy, które być może rzucają światło na istotę protestów w tym środkowoazjatyckim państwie.

Kazachstan jest kluczowym łącznikiem Chińskiej Republiki Ludowej z państwami Europy Wschodniej. Bez przesyłu towarów przez tamtejsze linie kolejowe i ich przeładunku w tamtejszych terminalach trudno sobie wyobrazić funkcjonowanie chińskiego projektu geo-ekonomicznego jakim jest Nowy Jedwabny Szlak. Z resztą wystarczy spojrzeć na mapę przedstawiającą korytarze kolejowe NJS na obszarze Azji Środkowej.

Ale Kazachstan to nie tylko tory kolejowe i terminale przeładunkowe. To także jeden z ważnych eksporterów metali oraz surowców energetycznych do Chin. A także istotny importer chińskich towarów konsumpcyjnych.

Destabilizacja takiego kraju uderzy więc z całą pewnością w interesy chińskie. I to uderzenie będzie miało bardzo negatywne dla Państwa Środka konsekwencje długoterminowe.

Kiedy spojrzymy na zorganizowanie ludzi, którzy uczestniczą w tych rozruchach, dostrzec możemy ich świetną koordynację. Fakt że protesty nie ustały pomimo spełnienia przez kazachskie władze żądań ludzi pokazuje nam, że podwyżki cen gazu były tylko pretekstem, iskrą zapalną, która spowodowała, że przeszkoleni naganiacze tłumów mogli ruszyć do boju, w pędzie ku destabilizacji Azji Środkowej.

National Endowment for Democracy, założona w czasach Ronalda Reagana organizacja typu regime change będąca substytutem Centralnej Agencji Wywiadu Stanów Zjednoczonych, która już prawie od 40 lat przeprowadza na całym świecie masowe protesty, kolorowe rewolucje i zamachy stanu, jest zapewne istotnym wsparciem dla kazachskich zadymiarzy.

Jak można się przekonać czytając oficjalną stronę tej wywrotowej jaczejki amerykańskiego rządu, wspiera ona finansowo projekty związane z organizowaniem w tym kraju pokojowych demonstracji, prowadząc m.in. programy szkoleniowe dla grup społeczeństwa obywatelskiego, zarówno w języku rosyjskim jak i kazachskim.

Jeżeli możemy się dopatrywać zagranicznej ingerencji w owe protesty to NED powinien być najważniejszą organizacją, którą możemy o tak ową podejrzewać.

Jak podają zarówno tureckie jak i rosyjskie media oraz niezależni aktywiści prodemokratyczni (a więc reprezentujący zachodni punkt widzenia), tacy jak Thomas van Linge, w kazachskim mieście Aralsk tłum ludzi zablokował linię kolejową prowadzącą przez miasto.

Niby nic nie znaczący incydent. Ot kolejny element masowych protestów. Problem polega na tym, że linia kolejowa prowadząca przez Aralsk jest kluczową magistralą Nowego Jedwabnego Szlaku, prowadzącego od wybrzeży Chin aż po Europę Zachodnią. Oprócz linii kolejowej protestujący zablokowali w tym mieście także autostradę.

Według prorządowych mediów tureckich identyczne przedsięwzięcia zastosowano w mieście Ałmaty. Ałmaty podobnie jak Aralsk znajduje się na kolejowym korytarzu Nowego Jedwabnego Szlaku, przechodzącym przez Kazachstan.

Co ciekawe przeczesując dostępne mi źródła informacji jak do tej pory nie udało mi się znaleźć wzmianki o blokadzie ruchu kolejowego na trasach nie będących częścią tego wielkiego chińskiego projektu geoekonomicznego. A Kazachstan ma naprawdę bardzo dobrze rozwiniętą infrastrukturę kolejową. No ale to zapewne tylko zwykły przypadek – czyż może być inaczej?

Na podstawie:

https://www.rynek-kolejowy.pl/mobile/jak-przeprowadzic-transport-koleja-do-kazachstanu-842…
https://oec.world/en/profile/country/kaz
https://globalvoices.org/2022/01/05/the-myth-of-a-stable-kazakhstan-is-shattered-within-a-…
https://www.globaltimes.cn/page/202201/1245329.shtml
https://en.wikipedia.org/wiki/2022_Kazakh_protests
https://life.ru/p/1461842

http://pakistanhouse.net/test/kazakhstan-pushes-for-us-deals-helped-by-chinas-investments/

https://www.vedomosti.ru/politics/news/2022/01/05/903724-zakonkz-protestuyuschie-zahvatili…
https://www.dpa-international.com/topic/fresh-fuel-protests-hit-kazakhstan-roads-blocked-w…
https://www.thehindu.com/news/international/group-of-protestors-storm-mayors-office-in-kaz…
https://www.dailysabah.com/world/asia-pacific/protesters-in-kazakhstan-set-fire-to-govt-bu…
https://www.aljazeera.com/news/2022/1/6/protesters-police-killed-in-kazakhstan-unrest-live…

—————

https://zmianynaziemi.pl/wiadomosc/protesty-w-kazachstanie-sparalizowaly-jedna-z-glownych-arterii-nowego-jedwabnego-szlaku

Porównaj: Wojny między mocarstwami, USA, Chinami, Rosją – czy zmagania między Anonimowymi Gangami Złego.

Chiny uruchamiają największą elektrownię węglową. Za 4 lata 150 gigawatów nowych mocy. A Europa pogrążona w „zielonej rewolucji”.

Operator elektrowni, firma Guodian Power Shanghaimiao Corporation poinformowała o ukończeniu prac nad pierwszym blokiem. W sumie elektrownia będzie wyposażona w cztery jednostki wytwórcze i ma dostarczać energię do położonej na wschodnim wybrzeżu Chin prowincji Shandong .

Potężna elektrownia węglowa

Shanghaimiao zlokalizowana jest w bogatym w węgiel północno-zachodnim regionie Mongolii Wewnętrznej. Operator zakładu zapewnia, że wykorzystywana technologia jest najbardziej wydajna na świecie, z najniższymi wskaźnikami zużycia węgla i wody.

Agencja Reutera zauważa przy tym, że Chiny są odpowiedzialne za ponad połowę światowej produkcji energii elektrycznej z węgla i oczekuje się, że w 2021 r. nastąpi wzrost o 9 proc. rok do roku – jak wynika z grudniowego raportu Międzynarodowej Agencji Energii.

Pekin co prawda zobowiązał się do rozpoczęcia redukcji zużycia węgla, ale zrobi to dopiero po 2025 roku – na razie dalej zwiększając moc z węgla.

Pekin się nie zatrzymuje. A reszta [durnie i samobójcy. MD] płaci…


Eksperci China’s State Grid Corporation szacują, że w latach 2021-2025 w Chinach powstanie aż 150 gigawatów nowej mocy w elektrowniach węglowych.

Pekin znalazł się pod ostrzałem krytyki za tak mocne postawienie na węgiel w sytuacji, gdy inne kraje próbują ograniczyć emisję gazów cieplarnianych.

Wg. https://www.tvp.info/57719280/chiny-uruchamiaja-najwieksza-elektrownie-weglowa-w-kraju-pekin-w-ogniu-krytyki-bo-swiat-ogranicza-emisje-gazow-cieplarnianych

„Strollowana rewolucja” Rafała Ziemkiewicza – szwindel klimatyczny

„Strollowana rewolucja” Rafała Ziemkiewicza – szwindel klimatyczny [FRAGMENT KSIĄŻKI]

„Polska zamyka nowo wybudowaną węglową elektrownię w Ostrołęce, zanim jeszcze zaczęła ona pracę, i przerabia ją na elektrownię gazową. Gaz ma być z rurociągu Baltic Pipe, chyba że ten gazociąg nie powstanie (akurat gdy to piszę, budowę wstrzymano ze względu na ochronę mających pechowo siedliska na drodze zaplanowanej rury polnych myszy), wtedy będziemy w niej palić gazem rosyjskim z Nordstreamu, kupowanym od Niemiec” – pisze Rafał Ziemkiewicz w swojej najnowszej książce. Zapraszamy do lektury dłuższego fragmentu!

Szwindel klimatyczny jest jednym z największych oszustw, jakie kiedykolwiek wymyślono, i prawdopodobnie będzie w przyszłych podręcznikach konkurować z histerią wokół COVID-19 o pozycję symbolicznego końca Zachodu i systemu demokracji liberalnej – w podobny sposób, w jaki o miano końca średniowiecza rywalizują daty upadku Konstantynopola, odkrycia Ameryki i wystąpienia Marcina Lutra.

Nie wiem, kto pierwszy wpadł na ten genialny pomysł, że można – dosłownie – wypłukiwać złoto z powietrza, opodatkować je i uczynić gaz obecny w nim od zawsze postrachem ludzkości, uzasadniającym nakładanie jej kolejnych jarzm. W osiemnastowiecznej angielszczyźnie funkcjonował wprawdzie idiom „to trade the air” jako określenie wyjątkowo bezczelnego oszustwa – ale używający go uważali zapewne „handlowanie powietrzem” za tak oczywisty absurd, że do głowy by im nie przyszło, iż za kilkaset lat stanie się ono największym biznesem świata.

W ogóle nie będę się tu zajmował problemem, czy teoria, jakoby sztuczna emisja dwutlenku węgla powodowała globalne ocieplenie, które doprowadzi do katastrofy ludzkości, podobnie jak miała doprowadzić do niej dziura ozonowa, ma solidne naukowe podstawy, czy jest humbugiem, wygenerowanym dzięki korupcji i konformizmowi środowisk naukowych, tak jak generowano kiedyś odpowiednio wspartym „zamówieniem społecznym” naukowe teorie o wyższości jednych ras nad drugimi.

Po profesorach ekonomii udowadniających na zlecenie banków, że piramida długów nigdy nie runie, profesorach medycyny jawnie utrzymywanych przez koncerny Big Pharma, po całych profesorskich konferencjach i instytutach utrzymywanych przez koncerny żywnościowe, żeby udowadniały, że cukier jest zdrowy i im więcej się go je od dziecka, tym lepiej, a już gazowane napoje z izoglukozą to samo najlepsze – zwyczajnie nie umiem wykrzesać z siebie wiary, że wbijane nam w głowę klimatyczne dogmaty są tylko przypadkiem zbieżne z interesami największych magnatów tego świata i nikt wcale nie fałszował żadnych danych ani ich nie „fryzował”, ani nie wpływał na proces dochodzenia naukowców do prawdy, nagradzając grantami i innymi beneficjami tych badaczy i te ośrodki, które stawały po stronie „słuszności”, a cenzurując i wyciszając opornych.

Jak każdego człowieka sceptycznego wobec rosnących zysków i potęgi szwindlarzy od handlu powietrzem, łatwo zarzucić mnie świętymi tekstami klimatyzmu, liczbami, nazwami renomowanych ośrodków i nazwiskami autorytetów nawzajem zaświadczających o swoim autorytecie. Nie będę zanudzał siebie i czytelników przegryzaniem się przez to wszystko, tym bardziej że nie warto. Dobrze, na użytek naszej rozmowy zgódźmy się z góry na wszystko. Powiedzmy, że Ziemia się ociepla jak nigdy dotąd, i to nie wskutek zmian aktywności słonecznej, nie wskutek jakichś swoich wewnętrznych przemian (co wiemy tak naprawdę o wnętrzu tej kuli, na której siedzimy?), nie wskutek innych gazów cieplarnianych, z parą wodną na czele, tylko właśnie wskutek CO2, odpowiadającego ponoć za aż kilka procent „efektu cieplarnianego”, i to nie CO2 ze źródeł naturalnych, wybuchów wulkanów, planktonu morskiego – nie, o ociepleniu decyduje tylko ten CO2, który powstał w wyniku spalania różnych paliw przez człowieka.

A teraz, dla świętego spokoju przyjąwszy to założenie, zobaczmy, czy motywowane paniką klimatyczną i walką z CO2 działania rzeczywiście skutkują zmniejszeniem globalnej emisji tego gazu – a jeśli nie, to jakie są ich skutki.

Dzięki wszystkim zastosowanym dotąd środkom, podpisanym konwencjom, wyznaczonym limitom emisji, wycofywaniu starych, „wysokoemisyjnych” technologii dla zastąpienia ich nowymi, „niskoemisyjnymi” i innym przedsięwzięciom udało się uzyskać „spowolnienie wzrostu” globalnej emisji. To znaczy nadal światowa gospodarka, rozwijając się, produkuje więcej energii ze spalania, ale ten wzrost jest coraz mniejszy. Pierwsze realne zmniejszenie emisji miało miejsce w roku 2020, ale to akurat nie jest skutek jakichś „antyemisyjnych” działań, tylko paniki koronawirusowej i spowodowanych nią lockdownów.

Nie może być inaczej, skoro klimat jest globalny, a wysiłki lokalne. Największym emitentem dwutlenku węgla są Chiny – od prawie jednej trzeciej do niemal połowy całej światowej emisji (zależy, czy wierzymy w oficjalne dane chińskie, czy w zachodnie szacunki). Oprę się na źródle, które podaje, że emisja chińska to 10 gigaton rocznie (bo to ładna, okrągła liczba, a w końcu chodzi tu tylko o proporcje). Drugie w tej konkurencji Stany Zjednoczone wytwarzają o połowę mniej, 5 gigaton rocznie. Potem są Indie – znowu o połowę mniej od Ameryki, 2,5 gigatony, potem Rosja i Japonia, obie z ponad tysiącem, i dopiero na miejscu szóstym największa gospodarka Unii Europejskiej, Niemcy, z 0,8 gigatony. Cała Unia Europejska, według innego źródła, wytwarza 10 procent emisji światowej.

Jeśli emisja CO2 jest problemem, to logika nakazuje szukać rozwiązania tego problemu wśród tych, którzy emitują najwięcej. Ale Chiny wszelkie porozumienia klimatyczne mają gdzieś i nawet nie udają, że są gotowe jakkolwiek uczestniczyć w „ratowaniu klimatu”. Przepraszam – od czasu do czasu udają, ale ogranicza się to do zapewnienia, że kiedyś, gdy będzie to możliwe, zmniejszą swoją emisję (padła kiedyś nawet w miarę konkretna data: 2060), ale na razie będą ją zwiększać, ponieważ co roku oddają do użytku po kilkanaście nowych elektrowni węglowych, nie licząc innych nowych źródeł emisji.

Nawet samych tych elektrowni nie wiadomo dokładnie, ile budują, bo Chińczycy są narodem skrytym, ale podobno w różnych fazach realizacji mają około trzystu inwestycji. W samym tylko roku 2020 uruchomili, wedle informacji Agencji Reutera, tradycyjne elektrownie o mocy trzy razy większej niż cała reszta świata (prawie 40 gigawatów).

Nie do końca można o to mieć pretensje do Chińczyków, oni przecież tego prądu nie jedzą – zużywają go na produkcję konsumowaną przez Zachód. Bo ograniczanie emisji wykazywane na papierze przez kraje przodujące w klimatycznych porozumieniach polega głównie na jej przesuwaniu, wraz z produkcją, właśnie do Chin i innych krajów tańszej siły roboczej. Można zresztą sądzić, że gdyby to wyprowadzanie produkcji nie było dla koncernów korzystne, nigdy by nie pozwoliły one swoim rządom szaleć z jakimiś „celami klimatycznymi”.

Przykład typowy, szczególnie smakowity, z ostatnich chwil przed drukiem tej książki: „Wall Street Journal” opublikował raport o „ekologicznych” panelach fotowoltaicznych, których upowszechnienie ma ochłodzić klimat poprzez zmniejszenie emisji dwutlenku węgla. Mniejsza już o to, że fotowoltaika wytwarza też bardzo dużo ciepła (z tego samego raportu wynika, że gdyby zrealizowano wielki projekt wyłożenia panelami słonecznymi Sahary, pokrycie tylko 10 procent jej powierzchni podniosłoby lokalnie temperaturę o 1,5 stopnia). [Tu p. Rafał naczytał się bzdur: Wystarczy 1% Sahary, by zaspokoić potrzeby energetyczne Europy. MD] Do jej wytwarzania potrzebne są tak zwane monokrzemy, których 75 procent światowej produkcji wytwarza się właśnie w Chinach. A dlatego w Chinach, że przetworzenie wielokrzemów w monokrzemy wymaga dużej ilości energii, która właśnie w Chinach jest najtańsza, dzięki elektrowniom węglowym i odmowie płacenia za jakiekolwiek limity emisji. Mówiąc krótko, nawet politycznie poprawny „Wall Street Journal” przyznaje, że promowanie fotowoltaiki w skali globalnej emisję „gazu cieplarnianego” zwiększa, a nie zmniejsza.

USA do czasów Baracka Obamy również w „ratowaniu klimatu” nie uczestniczyły, potem obiecały, że będą uczestniczyć, następnie Trump oficjalnie to odwołał, teraz Joe Biden zapowiedział, że jednak będą, i jedną z pierwszych decyzji wstrzymał pracę nad budową rurociągu z Kanady, który miał zasilać ropą naftową z północy rafinerie i terminale portowe na południu. Chyba jednak była to decyzja dotycząca polityki wewnętrznej, bo jednocześnie leciwy prezydent dał zielone światło na dokończenie innego wielkiego rurociągu, który Trump starał się zablokować: wiodącego z Rosji do Niemiec gazowego Nordstream 2 – co też nie wynikało ze stosunku USA do klimatu, tylko ze zmiany polityki wobec Europy i decyzji oparcia jej o bismarckowską oś Berlin – Moskwa.

Indie, Rosja i szereg innych wielkich emitentów też albo odmawiają, albo pozorują dobrą wolę, obiecując redukowanie emisji w przyszłości, ale na razie je pod wpływem różnych konieczności zwiększając.

Jedynie owa dziesięcioprocentowa Unia Europejska zapałała gorącym entuzjazmem do przestawiania energetyki na nowe, „ekologiczne” tory. W kolejnych coraz ostrzejszych planach narzucanych państwom członkowskim doszła nawet do zapowiedzi „zrównoważenia emisji” w roku 2035. Z tym że najbardziej popychające ku temu i najwięcej emitujące Niemcy na razie też stawiają kolejne elektrownie węglowe. Pod budowę jednej z nich – nawiasem mówiąc, na węgiel brunatny, a więc ten ekologicznie najbrudniejszy – wycięła nawet starożytny las Hambach, tym samym zmniejszając europejską powierzchnię absorbującej zabójczy CO2 zieleni.

Ale za to Polska zamyka nowo wybudowaną węglową elektrownię w Ostrołęce, zanim jeszcze zaczęła ona pracę, i przerabia ją na elektrownię gazową. Gaz ma być z rurociągu Baltic Pipe, chyba że ten gazociąg nie powstanie (akurat gdy to piszę, budowę wstrzymano ze względu na ochronę mających pechowo siedliska na drodze zaplanowanej rury polnych myszy), wtedy będziemy w niej palić gazem rosyjskim z Nordstreamu, kupowanym od Niemiec. Zamykamy też, na mocy podpisanego przez premiera Morawieckiego porozumienia o europejskim „zielonym ładzie energetycznym”, nasze kopalnie.

Był plan, żeby zbudować elektrownię atomową. Jeśli wytwarzanie CO2 jest złe, to właściwie ludzkość nie ma innego ruchu niż elektrownie atomowe – to jedyny bezpieczny sposób wytworzenia naprawdę dużych ilości energii bez spalania [musiał czytać jakiegoś Wiecha, bo akurat jest nieprawda. MD] . Niestety, plan budowy w Polsce elektrowni atomowych, wedle nieoficjalnych sygnałów, bardzo się nie podoba Niemcom, więc pewnie zostanie przez Unię Europejską wstrzymany.

Żeby nie przedłużać tematu – ciekawym polecam książkę Jakuba Wiecha „Energiewende. Nowe niemieckie imperium”, w której autor, analityk portalu Defence24.pl, wyjaśnia – wedle noty wydawcy albo jego samego – „jak Berlin zaprojektował i wdrożył misterną machinę polityczno-gospodarczą, która pod maską ochrony środowiska pomaga budować nowe niemieckie imperium w Europie”. To streszczenie doskonale odpowiada zawartości książki i zarazem wyjaśnia, skąd się bierze szczególne wzmożenie Unii, która ze swoimi 10 procentami i tak klimatu nie uratuje, nawet gdyby w ogóle zamknęła na klucz wszystkie gospodarki i jeszcze pozwoliła swoim obywatelom oddychać tylko co drugi raz.

Niemcy mają w takich „Energieschwindel” wprawę – przypomnijmy sobie choćby wspólną walutę euro i jej „kryteria zbieżności”, które nakazywały wszystkim uczestnikom projektu utrzymywać deficyt budżetu poniżej 3 procent PKB, wszyscy cięli więc budżety i narażali się na różne niewygody, by warunek ten spełnić, Niemcy zaś przez wiele lat mieli deficyt większy, bo inwestowali w rozwój przemysłu (zarazem pouczając nas przez swoje fundacje, doradców i wykupione polskojęzyczne media, że przemysł trzeba zamykać, bo to przeżytek) – i co im kto mógł zrobić? Tak samo zresztą i Polacy mają wprawę w głupim poświęcaniu się „za wolność naszą i waszą”, czy raczej w tym wypadku „za klimat nasz i wasz”. Nasz udział w światowej emisji jest tak mały, że tutejsi klimatyści musieli ukuć niezwykle wymyślne hasło: „Polska należy do grupy dwudziestu krajów, które razem odpowiadają za 78 procent światowej emisji CO2!”.

Mówiąc obrazowo: pośród ogromnych, zionących dwutlenkiem węgla kominów my mamy skromniutki piecyk i właściciele owych wielkich kominów właśnie nam ten nasz piecyk każą dla ratowania planety zgasić. Jeśli chcemy ciepłego posiłku, będziemy go musieli kupić od nich.

Spyta ktoś, czy może nasza stosunkowo skromna emisja – 0,3 gigatony, dwa i pół raza mniej od Niemiec, dwudzieste pierwsze miejsce na świecie – nie wynika z tego, że jesteśmy krajem stosunkowo małym, ale przez nasze węglowe uzależnienie wytwarzamy nieprzeciętnie dużo dwutlenku węgla w przeliczeniu na głowę mieszkańca? Nic podobnego, pod tym względem jesteśmy dokładnie pośrodku unijnej stawki, daleko za jej najsilniejszymi gospodarkami. Nawiasem mówiąc, pod względem emisji per capita absolutnymi liderami są bogate państwa Zatoki Perskiej – Katar, Emiraty i Arabia Saudyjska. Nie sądzę, żeby któryś z prezydentów i premierów Zachodu odważył się na spotkaniu z przywódcami tych krajów zasugerować, żeby zakazały używania klimatyzacji. Dokładnie z tego samego powodu, dla którego nie wywiesza się tam tęczowych banerów na ambasadach i nie poucza, że karanie śmiercią za homoseksualizm to obyczaj wykluczający z grona krajów cywilizowanych.

Na otarcie łez dostaniemy za nasze klimatyczne wyrzeczenia kilkaset miliardów, na poczet kilku bilionów, które będziemy musieli wydać na zakup od unijnych potęg „ekologicznych” ich technologii. Fundusze Unii Europejskiej, jak wiele razy mówiłem, to nic innego niż promocyjny kredyt bankowy. Jeśli ktoś wierzy, że bank zachęcający do wzięcia kredytu jakimiś upustami czy nawet gotówkowym bonusem daje mu pieniądze, bo go kocha, uważany jest za idiotę. A jeśli ktoś wierzy, że kraje zachodniej Europy dają nam via Bruksela pieniądze za nic, tak z czystej sympatii, to należy do wciąż, niestety, statystycznej większości rodaków.

Porównanie do kredytu, muszę się nad tym na chwilę zatrzymać, jest o tyle zawodne, że banki z reguły nie zmieniają jednostronnie umowy w trakcie jej trwania, a Unia Europejska to właśnie robi. Jeśli trwać przy tej metaforze, wygląda to tak, że wzięliśmy kredyt na budowę domu, rozpisany na wiele lat, spłacamy go zgodnie z umową, w ogóle trzymamy się tej umowy, a tymczasem do naszego domu przychodzą goście z banku i mówią:
umowa jest nieważna, bo tak uznaliśmy w naszym dziale kontroli. Zbudowaliście ten dom za nasze pieniądze, więc my tu rządzimy. Należy natychmiast zdjąć ze ścian wszystkie krzyże i święte obrazki, zamiast obecnego ogrzewania musicie założyć nasze, po wyznaczonej przez nas cenie, pies won na podwórko, a córka nie idzie na studia, tylko do technikum pszczelarskiego.

Co najgorsze, taka bezczelność wierzyciela spotyka się w Polsce z ekstatycznym zachwytem liberalistokratycznych elit, podchwytujących argument, że było nie było, dom zbudowaliśmy za europejskie pieniądze, więc powinniśmy być wdzięczni i pokornie słuchać – a do wspomnianej statystycznej większości ten argument wydaje się przemawiać. No cóż, wszystko staje się bardziej zrozumiałe, jeśli uświadomimy sobie szczegóły „zielonego” rachunku: stracimy miliardy, dostaniemy paręset milionów, ale miliardy zapłacą pozbawione głosu „masy”, a miliony trafią do warstw wyższych, do „elit”.

Wracając do dwutlenku węgla i klimatyzmu, podniesionego ostatnio do roli religii panującej zachodnich liberalnych demokracji, warto zadać pytanie, dlaczego akurat węgiel znalazł się na celowniku jej zelotów, skoro wedle samych klimatystów spalanie go jest źródłem zaledwie 6 procent światowej emisji CO2, podczas gdy ropy naftowej – 34 procent, a gazu – 20 procent? Odpowiedź jest analogiczna do odpowiedzi na pytanie, dlaczego żeby ograniczyć emisję, nie postuluje się budowania elektrowni jądrowych, tylko przejście na spalanie wodoru: bo ci, którzy wykreowali tę histerię, mają akurat do opchnięcia technologię wodorową, a nie atomową.

Nawiasem mówiąc: spalanie wodoru nie wytwarza wprawdzie CO2, ale jego produkcja owszem. Konkretnie – według danych oficjalnie przedstawionych na szczycie klimatycznym w Katowicach w roku 2018 przez naukowców z krakowskiej Akademii Górniczo-Hutniczej – wyprodukowanie 1 kilograma wodoru powoduje wytworzenie 6–8 kilogramów (zależnie od stosowanej technologii) dwutlenku węgla.

W optyce „europejskiego zielonego ładu” najgorszy jest akurat węgiel (oczywiście z wyjątkiem węgla brunatnego spod wyciętego lasu Hambach), bo Polska ma wciąż wielkie rezerwy tego surowca i mogłaby swoją niezależność oprzeć właśnie na nim. Wolno podejrzewać, że gdyby istniało coś takiego jak złoża wodoru i Polska miałaby trzecie co do wielkości jego złoża na świecie, Niemcy zaś do opchnięcia technologie węglowe, to prorocy klimatyzmu ogłosiliby, że złem najgorszym jest wodór, więc dla ratowania planety Polacy muszą swój wodór zatkać korkiem i kupować od sąsiadów węgiel. Najlepiej ten spod wyciętego lasu Hambach.

Pamiętają jeszcze Państwo nasze rozważanie, co właściwie jest ekologiczne i dlaczego raz ekologiczna jest papierowa torba, bo co prawda na bezdurno wycięto przetwarzające dwutlenek węgla w tlen drzewo, ale za to jest biodegradowalna, a raz sztuczne futro, bo co prawda nie rozłoży się przez dziesięć tysięcy lat, a jego wyprodukowanie uwolniło do atmosfery mnóstwo chemicznych trucizn, lecz za to nie zabito na nie zwierzęcia, choć gdyby to zwierzę zabito na buty albo pasek, to to by już było dopuszczalne? Otóż walka z emisją CO2, a tym samym „klimatyczną zagładą”, na której uniknięcie mamy już od czterdziestu lat tylko dziewięć lat, rządzi się identyczną logiką.

Dajmy na to – rolnictwo. Wedle świętych ksiąg „nauki o klimacie” rolnictwo odpowiada za kilka procent emisji CO2 (z czego dużą część stanowi „spalanie biomasy”, które przecież zadekretowano swego czasu jako ekologiczne). Dużo mniej niż energetyka, dużo mniej niż transport, dużo mniej niż na przykład zajmująca w tej konkurencji czwarte miejsce po spalaniu ropy, gazu i węgla produkcja betonu i, ogólnie, budownictwo (4 procent światowej emisji). Tymczasem nigdy nie słyszałem, żeby poruszeni perspektywą klimatycznej zagłady politycy, działacze i tak zwani liderzy opinii mieli coś przeciwko budowaniu z betonu i gotowi byli przenieść swoje piękne biura do chatek z trzciny. A te kilka procent emisji z rolnictwa ściąga na nie regularnie ataki fanatycznych wegan w rodzaju naszej europoseł Spurek.

Otóż dzięki temu, że moda na weganizm doznała w pewnym momencie wielkiego sponsorskiego wzmocnienia, zupełnie zniknęła obawa przed tak zwanym GMO, czyli żywnością genetycznie modyfikowaną. Tak jak „zagłada klimatyczna” praktycznie uwolniła koncerny od krytyki za zatruwanie środowiska chemikaliami, które w przyrodzie same z siebie nie występują, bo „ekologia” sprowadzona została wyłącznie do rytuałów walki z dwutlenkiem węgla, tak z kolei walka z hodowlą zwierząt uwolniła koncerny żywnościowe od ataków na stosowane przez nie technologie uprawy roślin. No bo co kryje się pod hasłem „go vegan!” lansowanym przez panią pobierającą – nie wymawiając – miesięczne diety, za które przeciętny rolnik przeżyłby z rodziną z pięć lat? Kryje się: jedz soję, w takiej czy innej przemysłowej formie. A czy jest na świecie jakaś inna soja niż genetycznie zmodyfikowana? Pewnie jeszcze jest, ale na pewno nie w ilościach przemysłowych.

Czy Państwo wiedzą, o co chodzi z tym GMO? Obiekcje wobec genetycznego modyfikowania żywności dość skutecznie ośmieszono, nagłaśniając ludzi, którzy straszyli, że kto takie zmutowane geny zje, ten sam zacznie być mutantem, jak w tanich horrorach SF z najniższej półki (ten sam mechanizm wykorzystują teraz z powodzeniem politycy i koncerny Big Pharma do ośmieszania obiekcji wobec szczepionek).

Tymczasem istota sprawy leży zupełnie w czymś innym. Upowszechnienie się GMO oznacza, że całe rolnictwo zostanie zmonopolizowane przez kilku największych producentów „materiału siewnego”. Ziarno roślin modyfikowanych, przypomnę, nie nadaje się do zasiania i po zebraniu plonów po ziarno na nowy zasiew trzeba zwrócić się do producenta. Z kolei rozległe plantacje roślin modyfikowanych same z siebie niszczą ewentualne rośliny niemodyfikowane, uprawiane w sąsiedztwie, bo pszczoły i inne owady, nie odróżniając, przenoszą na nie zombizowane pyłki. Kładzie to kres rolnictwu, jakie znaliśmy od wieków, i całkowicie uzależnia farmerów oraz całe państwa od producentów GMO.

Rafał Ziemkiewicz, „Strollowana rewolucja”, Fabryka Słów, Lublin-Warszawa 2021.

Jak trzymają się Chińczyki?

27 listopada 2021

Wygląda na to, że przygotowania do ostatecznego rozwiązania kwestii chińskiej ruszyły z martwego punktu. Zresztą w USA rozważano taką ewentualność znacznie wcześniej. Kiedy w 2008 roku byłem w Nowym Jorku, na lotnisku im. Kennedy’ego zauważyłem ogromny bilboard na całą ścianę z zagadkowym napisem: „Nie wolno izolować demokratycznych narodów”. Ponieważ nie wiedziałem o co chodzi, to zacząłem pytać. Okazało się, że chodzi o to, by Tajwan przyjąć do ONZ jako niepodległe państwo. Zrozumiałem, że w Ameryce ktoś kombinuje, co się bardziej opłaca – czy wykupywanie od Chin rządowych obligacji amerykańskich, przy pomocy których rząd USA finansował operację pokojową i misję stabilizacyjną, wydając na to nawet 300 mln dolarów dziennie, czy też sprowokowanie „małej zwycięskiej wojny” o Tajwan.

Chodzi o to, że wprawdzie między Chińską Republiką Ludową i Tajwanem, czyli Republiką Chińską, panuje atmosfera wrogości, to jedna rzecz ich łączy. Mianowicie ChRL uważa się za „Chiny”, a Tajwan uważa za jedną z prowincji chińskiego państwa, która wprawdzie się zbisurmaniła, ale stanowi integralną część „Chin”. Z kolei władze Tajwan uważają, że prawdziwe „Chiny” w postaci Republiki Chińskiej, schroniły się na Tajwanie, podczas gdy w Pekinie rządzi banda uzurpatorów – ale i one uważają, że Tajwan, to też „Chiny”. Tak czy owak, obydwie strony stoją na nieubłaganym gruncie integralności chińskiego terytorium państwowego. Tymczasem gdyby Tajwan ogłosił niepodległość, to oznaczałoby to, że od „Chin” oderwała się jedna prowincja. Oderwała się i nie odebrała kary? Taki precedens mógłby być niebezpieczny, bo inne prowincje mogłyby zechcieć pójść w ślady Tajwanu, ponieważ w Chinach, podobnie zresztą, jak gdziekolwiek indziej – antagonizmów lokalnych nie brakuje.

Toteż proklamowanie niepodległości Tajwanu prawie na pewno zostałoby uznane w Pekinie za casus belli i wywołało odpowiednią reakcję. Z kolei Stany Zjednoczone są sojusznikiem Tajwanu i z tego tytułu mają wobec niego pewne zobowiązania. Gdyby więc – po pierwsze – Tajwan proklamował niepodległość, to Chiny musiałyby zareagować na to stanowczo. Ale – po drugie – równie stanowczej odpowiedzi musiałyby wtedy udzielić Chinom Stany Zjednoczone, więc w takiej sytuacji „mała zwycięska wojna” byłaby prawie pewna.

Czy byłaby ona „zwycięska”? Z wojnami jest tak, że wiadomo, jak się zaczynają, ale przeważnie nie wiadomo, jak się zakończą. Wprawdzie Stany Zjednoczone odwojowały Koreę Południową, ale nie można powiedzieć, by tę wojnę „wygrały” – miedzy innymi z powodu wzięcia w niej udziału 500 tysięcy chińskich „ochotników”. USA przegrały wojnę w Wietnamie, a i z operacjami pokojowymi i misjami stabilizacyjnymi w Iraku i Afganistanie też nie poszło im najlepiej, więc wcale nie jest pewne, czy „mała wojna”, która zresztą siłą rzeczy musiałaby toczyć się w pobliżu Chin musiałaby koniecznie być „zwycięska”.

Ale w 2008 roku mogło to wyglądać inaczej. Otóż Stany Zjednoczone miały wtedy budżet wojskowy w kwocie 622 mld dolarów, co stanowiło równowartość połączonych budżetów wojskowych następnych 17 państw świata. Niektórzy ludzie pamiętają jeszcze powiedzenie z okresu II wojny światowej, kiedy to mówiono, że wojnę prowadzą trzy potęgi: Hitler, czyli „rasa”, Stalin, czyli „masa” i Ameryka, czyli „kasa”. Skoro tedy tamtą wojnę wygrała „kasa” sfederowana z „masą”, to może i w tej operacji nie byłaby bez szans, chociaż teraz „masę” miałaby przeciwko sobie. Bo niekiedy przewaga „kasy” równoważy siłę „masy”. Problem jednak w tym, że ta przewaga z roku na rok topniała, w miarę rozrostu chińskiej gospodarki.

W roku 2018 USA miały budżet wojskowy nawet trochę większy, bo około 700 mld dolarów – ale kwota ta stanowiła równowartość połączonych budżetów wojskowych już tylko 8 następnych państw świata. Jak widzimy, w ciągu tych 10 lat przewaga Stanów Zjednoczonych stopniała o połowę, a to przecież nie było ostatnie słowo, bo w kwietniu tego roku jeden z ważnych generałów w Pentagonie oświadczył, że Chiny mają budżet wojskowy większy od amerykańskiego, zwłaszcza jeśli uwzględnić poziom tamtejszych cen. Okazuje się, że periculum in mora, co się wykłada, że w zwłoce tkwi niebezpieczeństwo. Czyż zatem jest rzeczą przypadku, że ostatnim czasie wokół Tajwanu znowu zaczęły się podchody?

Z punktu widzenia Stanów Zjednoczonych, podobnie jak innych państw poważnych, najlepiej jest wojnę, a zwłaszcza taką „małą zwycięską”, prowadzić rękoma państw pozostałych, jako że państwa, jak wiadomo, dzielą się na poważne i pozostałe. W interesie państwa poważnego jest bowiem to, że jeśli już koniecznie musi osobiście zaangażować się w wojnę, to jak najpóźniej, tak, by zdążyć na defiladę zwycięstwa. Od tego, by wojnę prowadziły własnymi rękoma, są sojusznicy. Tak było w 1939 roku i tak jest teraz. I oto właśnie dowiedzieliśmy się, że Litwa otworzyła w Wilnie przedstawicielstwo Tajwanu. W Warszawie jeszcze go nie ma, ale to pewnie tylko kwestia czasu, bo czy jest coś, czego Polska nie zrobiłaby dla swojego Najważniejszego Sojusznika? Wprawdzie w Kongresie odbyła się niedawno debata, w trakcie której pani Conley z German Marschall Fund zachęcała do rozważenia zastosowania wobec Polski amerykańskich sankcji, ale – jak powiada przysłowie – co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie. Amerykanie mogą sobie rozważać a to sankcje, a to zmianę rozlokowania wojsk – co też postulowała pani Conley – tymczasem sojusznik powinien w podskokach spełniać wszystkie prośby Najważniejszego Sojusznika. No i Litwa chyba to zrobiła, w związku z czym została przez Chiny ostrzeżona, że poniesie „poważne konsekwencje”, jako że Chińska Republika Ludowa podejmie „wszelkie konieczne kroki by bronić własnej suwerenności”. Może to być jednak trudne i też brzemienne w konsekwencje po pierwsze dlatego, że Tajwan jest też uzbrojony po zęby i mógłby Chinom kontynentalnym zadać dotkliwe ciosy, a poza tym zdecydowana większość ludności Tajwanu jest coraz bardziej przekonana do proklamowania, zwłaszcza po tym, jak Chiny spacyfikowały Hong Kong.

Sytuacja jest – jak widzimy – rozwojowa, więc nie można wykluczyć, że i Chiny zechcą też wojować przy pomocy swoich, nawet doraźnych, sojuszników, na którego świetnie nadaje się trzymany w mocnym uścisku prezydenta Putina białoruski prezydent Aleksander Łukaszenka, który właśnie dokonuje przegrupowania swojej, wymierzonej w Polskę broni w postaci egzotycznych turystów po to, by uderzyć na polską granicę jeszcze raz, w następstwie czego nasze Siły Zbrojne będą też musiały użyć stanowczych środków. Szkoda tedy, że tej sytuacji przy użyciu stanowczych środków nie rozładowano na samym początku, zgodnie z uwagą Mikołaja Machiavellego, który w „Księciu” napisał, że „Rzymianie nie pozwalali dojrzewać niebezpieczeństwu przez uchylanie się od wojny”.

Toteż my będziemy zmuszeni do stosowania coraz bardziej stanowczego oporu, nasz wschodni sąsiad będzie potęgował napór na polską granicę, a nasi sojusznicy, w przerwach między rozmowami telefonicznymi i wysyłaniem na Białoruś pieniędzy, będą groźnie kiwali palcem w bucie.

Stanisław Michalkiewicz

http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5076

Chiny – System Zaufania Społecznego. Nasza przyszłość?

Chiny – System Zaufania Społecznego

23 November 2021 Chiny2 Komentarzy

system zaufania społecznego

Czym jest chiński System Zaufania Społecznego i dlaczego wkrótce wprowadzi się go również w Europie oraz w Stanach? W tej historii chciałbym Ci przybliżyć, na czym on polega i jak działa w praktyce. Cały tekst powstał na podstawie moich obserwacji z podróży do Chin, pracy z Chińczykami od 2 lat oraz bestsellerowej powieści brytyjskiego myśliciela pt. “Poczytaj mi mamo”.

Zacznijmy od wyjaśnienia. Czym jest chiński System Zaufania Społecznego? To dysotopijna idea, która zakłada, że każdy obywatel dostaje lub traci punkty w zależności od tego, co robi. System skonstruowany jest tak, że łatwiej stracić w nim punkty, aniżeli zyskać.  Wystarczy skrytykować władzę, albo choćby pomyśleć o stworzeniu opozycji. Wtedy odbierają Ci setki punktów, a nawet centymetry, które składają się na Twój wzrost. “System Zaufania Społecznego” to nic innego, jak “System Kontroli Społecznej”.

W tym systemie ludzie nie przyznają sobie punktów nawzajem. Więc to nie jest do końca tak, jak ukazali to w jednym z odcinków serialu „Black Mirror”. To nie szarzy ludzie przyznają punkty. Czyni to władza. A właściwie, to głównie zabiera je pod byle pretekstem. Pod uwagę brane są finanse, aktywności w social mediach, dawne kredyty, zdrowie, zakupy online, podatki, stosunek do prawa. A ponadto, obserwuje ich jeszcze 200 milionów kamer. Czyli jedna kamera na 7 osób, gdzie każde z tych urządzeń działa w jednym zespole z innym.

Jak to działa w praktyce?

Każdy z obywateli dostaje po 1000 punktów. I wystarczy Ci tylko 1050 punktów, czyli do zdobycia zaledwie 50, by mieć pewne benefity. Od razu wpadasz do worka z najlepszymi. W Chinach nazywają to AAA lub AA. Trochę jak baterie paluszki. W Europie nazywa się ich “zaszczepionymi”.

Potem widełki rozciągają się między 960 a 1029 punktów. Ten poziom nazywa się A. Jeszcze do niedawna nie miał wpływu na edukację. Teraz, jeśli nie masz wystarczającej liczby punktów, Twoje dzieci nie pójdą do lepszej szkoły. Będziesz zmuszony je podwozić… I na dodatek, dostajecie zakaz smażenia ryb. Szczególnie dorsza i halibuta. O soli również zapomnij. Chuja bambo. Nie ma.

Poziom B

Co dalej? Następny jest poziom B (850 – 959 punktów). Coś na wzór czyśćca, gdzie możesz się odbić, jak zrobicie lachę św. Piotrowi. Na dwa lata blokują Cię na tym poziomie, gdzie nie macie pełnego dostępu do wszystkiego, ale macie potencjał, żeby podciągnąć się w górę. Czyli wystarczy, że raz coś odjebiesz i kiśniesz przez jakiś czas. I po dwóch latach, jak nie jesteś chujem dla władzy, masz szansę wskoczenia do A. Na tym poziomie jest większość obywateli Chin. System jest tak zaprojektowany, żebyś przez te dwa lata poczuł, jak bardzo nie opłaca się być nieprzychylnym władzy. Nie dość, że wiele Cię omija , to jeszcze musisz codziennie napompować wszystkie rowery sąsiadów. I nie pompką, ale ustami. Dziwna sprawa, ale przynajmniej wszyscy jeżdżą na sprawnych rowerach. Cierpią natomiast sprzedawcy pompek oraz wulkanizatorzy.

Poziom C

Jak masz między 600 a 849 punktów, to wrzucają Cię na trzy lata do wora C. Umówmy się. Nie jest tam kolorowo. Żeby dostać się poziom wyżej, musisz najpierw trzy lata odbębnić na poziomie C, a potem jeszcze kolejne dwa na poziomie B. Mało tego, jak trafiłeś do tego worka, masz częste kontrole urzędników. Obserwują Cię cały czas. I tylko czekają, aż powinie Ci się noga. Lista tego, co przewiniłeś nie będzie upubliczniona, ale na pewno trafi do innych urzędów. I znowu odbiorą Ci prawa.

Poziom D

Na szarym końcu są wszyscy Ci, którzy trafili do worka D. Jak sama nazwa wskazuje – jesteś w dupie. Masz między 0 a 599 punktów. Traktują Cię jak najniższą kastę w Indiach. Co chwile masz kontrole urzędników, mogą odciąć Cię od środków do życia. Twoje nazwisko pojawia się na oficjalnej, czarnej liście. Wszyscy wiedzą, że jesteś zakałą społeczeństwa i jebanym pasożytem. Do pleców przyklejają Ci kartę z napisem “Kopnij mnie”. Momentalnie tracisz pracę, zabierają Ci wszystkie tytuły naukowe. I codziennie rano, chiński policjant wykręca Ci pokrzywę na ręce. Przejebana sprawa. Możecie jedynie wyjść do sklepu kupić żywność. Nie masz wstępu do większości miejsc publicznych. Podobnie jak niezaszczepieni w demokratycznych krajach Zachodu, które “cenią” wolność jednostki

Nie ma sensu rozwodzić się nad tym, co się z Tobą stanie, gdy walczysz z władzą, strajkujesz itd.. Momentalnie jesteś w dupie, a nawet mogą Cię “ewaporować”.

Kilka zasad

Wyobraźmy sobie Tonego – Chińczyka. Startuje z 1000 punktów.

  • Idzie do supermarketu i zrobi debet na karcie kredytowej. Traci 20 punktów.
  • Jeśli zwróci znalezione na ulicy pieniądze – dostaje ekstra 10 punktów. Oczywiście rząd nie przekazuje tych pieniędzy do gapy. Samemu je rekwiruje. Więc jest to sposób, żeby za pieniądze kupić sobie trochę punktów. Sprytne, nie? 
  • Jak napierdala na partię komunistyczną na jakiś social mediach, na przykład na WeChat – odejmują mu 50 punktów. 
  • Jeśli doniesie na innego Chińczyka – dostaje dodatkowe 10 punktów. Podobnie wtedy, kiedy pomoże policji znaleźć jakiegoś przestępcę (fuj). Dostaje 20 punktów. 
  • Każdy wałek na podatkach to minus 100 punktów. Jak kłócą się sąsiedzi, a to Ty ich pogodzicie – dostajecie dodatkowo 10 punktów. 
  • Jedzie drogą i przekroczy prędkość choćby o kilka kilometrów na godzinę, to upierdalają mu 10 punktów. A 200 milionów kamer nie ułatwia zadania.
  • Jeśli zacznie tańczyć w środku miasta, za głośno puścic muzykę albo śpiewa – jest 5 punktów w plecy. 
  • Jeśli naucza poza systemem, nie ważne czego, to ma 50 punktów w dupę. 
  • Jak ma za dużo dzieciaków, zabierają mu 40 punktów. 
  • Jak chce zrobić remont na chacie i nie zgłosi tego – minus 5 punktów. 
  • Jak zbuduje zbyt wielki nagrobek dla rodziny, zabierają mu 100 punktów. I to piszę bez cienia ironii. Bo to jest najbardziej przerażająca wizja. Atak na nagrobki.
  • Za noszenie koszulek zdradzających hobby + 10 punktów…


I co wydaje Ci się, że to tylko podłe Chiny? Ja jestem przekonany, że każda władza, nawet w najbardziej liberalnym kraju będzie się interesowała tym systemem. Ustroje polityczne i społeczne podlegają takiej samej ewolucji, jak i życie na tej planecie. I jak się okazuje, liberalna demokracja chyba właśnie przegrała swój mecz. Nagle ktoś zauważył, że model chiński jest bardziej efektywny. Bo gwarantuje on utrzymanie władzy na dziesięciolecia. I porządek społeczny. Żadnych protestów, żadnej opozycji. Można traktować ludzi jak niewolników i pakować im do głowy chamską propagandę.

Jak do całego systemu podchodzą Chińczycy?

Nie przeciwstawiają się. To konformiści. Nie mają takiej mentalności, jak Polacy. Lao Tzu, jeden z największych chińskich myślicieli, powiedział kiedyś, że „człowiek powinien zachowywać siłę, jak woda”. Jeśli napotka na swojej drodze jakąś przeszkodę, to niech nie stara się jej zniszczyć, ale płynąć dalej. Niech ją ominie. Lao Tzu uważał, że wszystko co jest płynne i miękkie, zawsze pokona to co sztywne i twarde. To paradoks, że to co miękkie, nagle okazuje się twarde. Ale tylko pod warunkiem, że nie będzie się starało na siłę tej skały zniszczyć, jak stara się zrobić to twarde.

Lao Tze mawiał: “Nie walcz, nie przeciwstawiaj się, ale omiń problem. Dostosuj się do zmieniającej się sytuacji, bądź jak woda, która nie ma formy, zdaje się pasywna, ale wszystko pokona i wszędzie dotrze.” I dokładnie w ten sposób działa chińskie społeczeństwo. Nikt nie walczy z systemem. Idealistów jest niewielu, a buntowników jeszcze mniej. Przeważa konformizm. Nikt się specjalnie nie wychyla. Trochę przeciwnie do Polski, gdzie wartości mają taką specyfikę, że ludzie są gotowi za nie umrzeć. Za pieniądze niekoniecznie. A Chińczyk gdy się obudzi, to myśli tylko i wyłącznie o zarabianiu pieniędzy. A Polak rodzi się po to, by przejść na emeryturę.

System Zaufania Społecznego na Zachodzie

Niewielu ludzi zdaje sobie sprawę z tego, że System Zaufania Społecznego wprowadzany jest również na Zachodzie. Oczywiście, wszystko pod pretekstem walki z koronawirusem, przeciwdziałaniu terroryzmowi, walki ze zmianami klimatycznymi, walki z pedofilią itd. Zawsze to jest ubrane w takie słowa, żeby niemoralnym było zaprotestować. Im piękniejsze frazesy, tym większe dziadostwo się za tym kryje.

Kolejnym aspektem wprowadzania Systemu Zaufania Społecznego na Zachodzie jest poprawność polityczna, o której będę pisał przy okazji Australii. Gdy wypowiesz jakieś słowa o zabarwieniu rasistowskim lub w jakikolwiek sposób atakujący grupy “uciśnione”, to robi się  grubo. Ludzie potrafią przemaglować wszystkie Twoje wpisy na Twitterze i Facebooku, w poszukiwaniu haka na Ciebie. I co potem? Tracisz robotę. I nikt nie chce Cię zatrudnić, bo gdzieś coś tam powiedziałeś. Istnieje jedna tylko ideologia, jeden tylko sposób myślenia. Tylko taki, jaki promują wielkie koncerny technologiczne Doliny Krzemowej. 

Umówmy się. Dni tego bloga są policzone. Poziom żartów i tekstów, które kiedyś beztrosko tutaj rzucałem, niebawem zaczną kogoś obrażać. Żyjemy w świecie, w którym wielu młodych ludzi nie doświadczyło świata analogowego, a co za tym idzie, nie widzą już wielkiej różnicy między swoim cyfrowym czy analogowym “ja”. Tym bardziej, że niebawem wszystko będziemy mieli cyfrowe. Cyfrową walutę emitowaną przez bank centralny, cyfrową tożsamość, cyfrową kartę zdrowia i owe punkty społeczne.

Agenda 2030

Na koniec historii o Systemie Zaufania Społecznego, chciałbym Ci zwrócić uwagę na proponowane nam zmiany w społeczeństwie, które do 2030 roku mają nas uczynić szczęśliwymi. Wszystko w ramach Agendy 2030, której koronawirus miał być katalizatorem (co za kurwa przypadek, że ktoś na miesiąc przed jego wybuchem przeprowadzał ćwiczenia na wypadek jego wybuchu). Pierwszym będzie (na wzór chiński) pieniądz emitowany przez banki centralne (CBDC). Na pierwszy rzut oka nikt się nie spostrzeganie, że zaszła jakaś zmiana. Ale taki pieniądz będzie można tak zaprogramować, że np. nie kupisz czerwonego mięsa, alkoholu, ani nie polecisz na wakacje samolotem (bo emituje CO2). Mastercard pracuje nad kartą debetową, na której będzie limit CO2 do wykorzystania. Będzie Ci można odbierać lub blokować środki pod byle pretekstem, np. pójścia na protest, albo jeśli uprzesz się przy tym, że jest różnica między kobietą a mężczyzną. 

CBDC będzie oznaczać koniec wolności i totalitaryzm. Jak wyglądają nad nim prace? Chiny lada chwila będą go odpalać u siebie. Właśnie dlatego zbanowali niedawno krypto. Unia Europejska pracuje nad swoim E-Euro. Prace mają się skończyć za dwa lata. W Polsce nad cyfrowym złotym pracuje Bank PKO BP (nie mam linku, bo to nieoficjalne). Też niebawem skończą, choć pewnie coś się jeszcze wykrzaczy po drodze. Łącznie 80 banków centralnych na całym świecie pracuje w tym samym celu. By na wzór chiński, wprowadzić totalną kontrolą nad swoimi poddanymi.

Moje ciało, mój wybór

To co się dzieje z “certyfikatami szczepionkowymi” to nic innego, jak test na posłusznego obywatela. Zauważyłem, że pierwsi do szczepienia, chodzenia w maseczkach i oddawaniu kolejnych porcji wolności władzy to Ci ludzie, którzy w szkole zawsze odrabiali lekcje, nie wagarowali, słuchali się pani. Cała reszta, która miała w dupie zakazy i nakazy (teraz również) jest pierwsza do buntu. W tym ja. Choć ja zaszczepiłem się tylko, by móc swobodniej podróżować. Zaszczepiony czy nie, i tak mogę zarażać. I z tego się biorą te nowe przypadki. Bo ludzie się luzują, zaraz po szczepionce.

Ale przez myśl mi nie przeszło, żeby odbierać komukolwiek prawa do życia, bo nie wszczepił w siebie preparatu jakiegoś koncernu farmaceutycznego. Gdy przyglądam się debacie publicznej, to mam wrażenie, że ten certyfikat jest tylko pretekstem dla wielu ludzi, by móc “dojebać” drugiej stronie barykady. Ludzie, którzy oskarżali Kaczyńskiego (którego notabene nie lubię), że dzieli społeczeństwo, teraz sami chcą tego podziału. Kobiety, które krzyczały na Strajku Kobiet o tym, że to ich ciało i ich wybór, teraz chcą podobnego wyboru pozbawić innych (niekoniecznie te ze zdjęcia). To ich ciało i ich wybór, czy nie?

Strajk Kobiet

Żeby tak nie wiało pesymizmem, dodam tylko, że zawsze będzie z tego więzienia ucieczka. Nie ma takiego systemu, którego Polak nie zrobiłby w chuja… Kambodża – Reżim Pol Pota, ludobójstwo i pola śmie… Brazylia – Jak zostałem dźgnięty nożem w Rio… Boliwia – Jak trafiłem do więzienia San Pedr… Nepal – Trekking dookoła Annapurny

[Bardzo mi się ten chamski język nie podoba, ale treśc jest jasna i pouczająca, więc umieszczam. Mirosław Dakowski.

Chiny – System Zaufania Społecznego