Wielka Orkiestra Moralnego Szantażu i Sygnalizowania Cnoty

Wielka Orkiestra Moralnego Szantażu i Sygnalizowania Cnoty

Piotr Relich


pch24.pl/wielka-orkiestra-moralnego-szantazu-i-sygnalizowania-cnoty

Jakiś czas temu w amerykańskiej kulturze powstało określenie virtue signalling, co z braku lepszej alternatywy można topornie przetłumaczyć jako „sygnalizowanie cnoty”. W ten sposób nazwano zjawisko publicznego manifestowania moralności lub poparcia dla jakiejś sprawy, bez realnego wpływu na nią.

Sygnalista (sic!) w pierwszej kolejności chce wykorzystać popularność inicjatywy, by pokazać się jako osoba dobra lub będąca po „właściwej stronie”. A to, czy cała akcja w ogóle odniesie sukces i rzeczywiście wpłynie na proponowane zmiany, nie ma w danej chwili żadnego znaczenia.

Nakładki na zdjęcia profilowe, opatrywanie odpowiednimi hasztagami, nagrywanie „czelendżów” na YouTubie czy TikToku – wokół dostrzegamy pełno przykładów moralności na pokaz. Jednak w Polsce od ponad 30 lat istnieje wspólny, coroczny rytuał, w ramach którego stosunkowo niewielkim kosztem możemy poczuć się dużo lepsi niż na co dzień jesteśmy. Mowa oczywiście o Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy, w ramach której wrzucając do puszki kilka drobniaków, wykupujemy roczny abonament na pogardę wobec wszystkich, którzy nie chcą partycypować w akcji z przeróżnych powodów. A za sprawą czerwonego serduszka na płaszczu czy plecaku, można jeszcze krzyczeć na całe gardło: patrzcie jaki jestem dobry!

Autor wie, co mówi z własnego doświadczenia. Kiedy w licealnych czasach błogiej nieświadomości grało się w przeróżnych kapelach rockowych, stały punkt programu stanowił styczniowy koncert WOŚP. Młode zespoły mogły pokazać się szerszej publiczności, występując na scenie z profesjonalnym nagłośnieniem. Była to doskonała okazja aby za darmo się wypromować, nie licząc jednocześnie na nic w zamian (w przeciwieństwie do gwiazd estrady, które nawet w tak szczytnym celu nie rezygnują z pokaźnych gaży).

A sama idea pomocy dzieciom? Podczas gdy oczywiście znajdowała się gdzieś z tyłu głowy, nie łudźmy się – w pierwszej kolejności chodziło przede wszystkim o możliwość wyjścia z garażu i zmierzenia się z wielką sceną.

I nie chodzi tutaj o krytykę samej pomocy, jakiej formy by nie przyjęła. Nic nikomu do tego, czy ktoś pomaga, komu i w jaki sposób, jeżeli przeznacza na to własny czas i pieniądze. Nawet jeżeli znaczna część funduszy zostaje zdefraudowana, idzie na cele niezgodne z przeznaczeniem lub po prostu okazuje się niewystarczająca by zrealizować deklarowane cele. Komentarza wymaga natomiast dość powszechna postawa, która streszcza się w haśle: nie dajesz „na Owsiaka” – nie wspierasz chorych dzieci.

Moralny szantaż to ulubiona broń zwolenników WOŚP, którzy w takich przypadkach bronią czci organizatora jak niepodległości. Na nic liczby, wyliczenia, oficjalne dane pokazujące, że bez owsiakowej, cholernie drogiej (opłacanej m.in. z naszych podatków) imprezy system ochrony zdrowia nie tylko by się nie zawalił, ale w zasadzie nie odczułby żadnej straty. Ostateczny argument, kończący dyskusję brzmi zazwyczaj następująco – skoro nie dajesz do puszki, napisz również oświadczenie, że w przypadku zagrożenia życia nie chcesz być leczony sprzętem zakupionym w ramach zbiórki.

Sekciarskiej postawy „ultrasów Jurasa” nie da się wytłumaczyć inaczej niż obroną okazji na uspokojenie sumienia. Możemy cały rok żyć w grzechu, niemoralnie, nie pracować nad sobą raniąc siebie i bliskich, ale wystarczy wrzucić kilka złotych do puszeczki, by nagle poczuć się jak nowonarodzony. Tym samym uczestnictwo w ogólnopolskim rytuale przyjmuje formę zarówno zbiorowej terapii, jak i społecznej psychozy.

Bo biada każdemu, kto zdecyduje się podważyć sens operacji, która dla części uczestników posiada wymiar przede wszystkim osobisty. Przy okazji można również „dokopać” katolikom zbulwersowanym antyklerykalnym usposobieniem Owsiaka, jego zaangażowaniem politycznym czy promocją homo-rewolucji, oskarżając ich o brak serca i obłudę. Jednocześnie samemu nie mając wstydu wysyłać wolontariuszy pod mury kościoła.

Z drugiej strony, podnosząc jednorazowy akt dobroczynności do rangi zbawiania świata, dezawuuje się ciche, konsekwentne dzieła charytatywne – w naszym kraju głównie katolickie – które do skutecznego działania nie potrzebują celebrytów, reklam w państwowych mediach czy poparcia samorządowców. Zasada „niech nie wie lewa ręka twoja, co czyni prawa” (Mt 6, 3) skutecznie broni bowiem przed postawą pychy i samouwielbienia, której festiwal będziemy mieli okazję podziwiać w najbliższym czasie.

Piotr Relich