Wszyscy wygrali?

Wszyscy wygrali?

11 kwietnia, wpis nr 1259 dziennikzarazy
No i mamy po wyborach samorządowych. W mediach dyżurne spekulacje kto wygrał, ale – jako się rzekło – wybory te są tak złożone, że właściwie każda z sił politycznych, no może oprócz Lewicy, ale o tym po tym, może powiedzieć, że wygrała. Wedle Ziemkiewicza to właściwie wszyscy przegrali, ale to nie jest precyzyjne, bo przegrała Polska, a więc przegraliśmy wszyscyśmy, no może z wyjątkiem właśnie paru taktycznych wiktoryjek w wykonaniu partii.
Ale partie polityczne dawno już praktycznie wszystkie leżą poza dobrem wspólnym kraju, skrzętnie kumulując swoje drobne ugrane blotki kosztem kondycji Ojczyzny naszej. O rozmiarach tej alienacji na przykładzie ostatnich wyborów będzie dzisiaj.
PiS – dwie konsekwencje i trzecia, zasadnicza
Nie trzeba było wielkiej przenikliwości, żeby wieszczyć, iż wszyscy odtrąbią zwycięstwo. Procentowo wygrał PiS, co ma dwie ważne konsekwencje i trzecią – zasadniczą. Pierwsza, to taka, że się wynikowo zawrócił znad przepaści, co prawda sondażowej, ale to sondaże wyznaczały PiS-owi trend spadkowy i rzeczywiste policzenie szabelek w wyborach samorządowych zweryfikowało ten trend. Korzystnie dla partii Kaczyńskiego. Co prawda ten warunek istnieje tylko w przypadku uznania wyników tych lokalnych przecież wyborów za wyraz sympatii politycznych na szczeblu centralnym, ale – jak już od dawna się mówi – jednym z aspektów traktowania tych wyborów przez partie (szczególnie w obliczu zaostrzania się wojny polsko-polskiej) jest używanie ich jako pogłębionego sondażu poparcia na poziomie politycznym w wymiarze ogólnopolskim. Obecne wybory samorządowe są w tym względzie ważne, gdyż będąc drugimi w triadzie parlamentarne-samorządowe-europerlamentarne czerpią jednocześnie z trendów tych pierwszych i oddziałują na te trzecie.W tym względzie szczególnie poszło dobrze PiS-owi, bo odwrócił on po raz pierwszy od 15 października 2023 roku trend spadkowy i wyszedł z optymizmem na wybory do europarlamentu. A miało być wedle mediów, sondaży i rozgrzanych mścicieli spod znaku serduszka, już z PiS-em pozamiatane.
Druga konsekwencja to jednak powtórka z wyborów parlamentarnych: PiS wygrał procentowo, ale i tak nie uchroniło go to od utraty władzy. Patrząc na sejmiki, a o tę główną kasę (oprócz wielkich miast) jest ta gonitwa, utracił ich sporo na rzecz już nie PO, ale przyszłych lokalnych koalicji, głównie w oparciu o KO i Trzecią Drogę. Czyli jak niedawno – PiS wygrał wybory, ale przegrał rządzenie. To konsekwencja druga. To ważne, bo była partia rządząca straciła wiele obszarów, gdzie może umieścić i przechować na czas lepszego fartu swoje struktury coraz bardziej wygłodniałe po wymuszonej zmianą władzy wymianie stanowisk. Te struktury, wychudzone odcięciem od publicznego cyca państwowego, nie będą miały gdzie przeczekać czasów kolejnej smuty, po państwowym obrocie o 180 stopni, jakim charakteryzuje się polski system osadzony w plemiennej dwójpolówce. Z tych wyborów zostaje PiS-owi „trynd” na wybory do Brukseli, na zasadzie „z dwojga złego”, zaskakujące jednak wybaczenie win przez rolników, oraz pierwsze po parlamentarnej porażce odkucie się sondażowe.
      Ale pora na obiecaną trzecią konsekwencję – zasadniczą. Zaskakująco dobry wynik PiS-u zamyka ostatecznie kwestie rozrachunkowe partii i postulaty do wewnętrznego dyskursu reformatorskiego oraz ewentualnej rewizji kierunku i narracji. Żadnych marzeń, panowie. Będzie jak było, bo się sprawdziło. Ale PiS nie dostał dobrego wyniku, bo jest taki fajny, tylko dlatego, że jego polityczne otoczenie się samozapadło. Uśmiechnięta Polska pokazała swoją prawdziwa twarz i dalej, dla tych, dla których PiS jest nieakceptowalną alternatywą znowu „trzecią drogą” stała się ułuda koalicji PSL i Hołowni. Ci, co dali obecnie rządzącym nadmiarowe frekwencyjne zwycięstwo w wyborach parlamentarnych tym razem do urn nie poszli, odtworzyły się tylko procentowe proporcje. Rolnicy, nie widząc tego, że protestują na traktorach w sumie przeciwko swym późniejszym wybrańcom z PiS-u znowu zawierzyli w „mniejsze zło”, a to oznacza, że nie widzą na scenie innej politycznej siły, z którą utożsamialiby swe interesy. Drobnica polityczna, która się na ten protest chciała załapać poległa, zaś same protesty nie wyłoniły nowej siły, programu ani liderów. Największym dowodem na to, że PiS nie dostał potwierdzenia słuszności swej „taktyki” jest to, że praktycznie kampanii nie prowadził, a dostał dobry wynik. Źródła więc tego fenomenu muszą być zewnętrzne. Nie ma się więc z czego cieszyć, bo trend się może odwrócić, zwłaszcza, że, jak widać, nie zależy on w dużym stopniu od kierunku działań PiS-u.
Krowa na łyżwach
To, iż PiS może popaść w próżność, że jednak stojąc tam gdzie stoi daje radę, jest dla Polski bardziej szkodliwe, niż  gdyby wyciągnął wnioski ze swej porażki w wyborach parlamentarnych. Chodzi o to, że i obecne wybory potwierdziły mumifikację dwóch tendencji: dwójpodziału plemiennego oraz tego, że PiS zajmuje już na trwałe miejsce jedynej alternatywy dla „koalicji uśmiechniętej Polski”. I dlatego wybacza mu się wcześniejsze winy (vide rolnicy) i obecne wpadki, jak i bezrefleksyjność co do źródeł swej porażki z 15 października. A więc nie jest bez znaczenia jakość tej alternatywy, a „stary dobry PiS” właśnie „zajmuje miejsce” i nie jest wszystko jedno czy jego postawa, a wychodzi, że ta się nie zmieni, skoro uzyskała w pewnym stopniu potwierdzenie, będzie uwzględniała sygnały z rzeczywistości. Nie chcę nawet dodawać, że skostnienie niezreformowanych struktur i treści w PiS-ie jest na rękę… Tuskowi. Dalej będzie miał ostrzelanego przeciwnika, nikt mu nowy nie wyskoczy, zaś wojenka polsko-polska, to zawód (dla Polaków życiowy) dla drugiego już pokolenia polityków i po co to zmieniać?
Stąd te narracje, że w tych wyborach Polska przegrała.
Fenomen relatywnego sukcesu PiS-u mimo praktycznego braku kampanii ma jeszcze jeden podtekst. PiS traci w aktywnej kampanii. Jest jak krowa, która jeśli się ją chce wywrócić daje się łyżwy i wypuszcza na lód. Tymi łyżwami jest ciągła tendencja do powrotu do starej narracji. Jak tylko takiej dać megafon, to PiS przegrywa. Jak miał przekaz pozytywny – to wygrywał. Tak odwojował Polskę w 2015 roku, ale stare demony wróciły. W przegranej kampanii parlamentarnej mieliśmy same negatywne przekazy – straszenie Tuskiem, fur Deutschland, sitwa, panie i dalejże. Dokładnie takie same zaśpiewy jak w przegranych wyborach za PiS-u pierwszego w 2007 roku. Za to PiS potem siedział w oślej ławce opozycji przez lat osiem, a wrócił, bo miał przekaz spokojny, nie wojowniczy.
I znowu o tym zapomniał, bo jego powtarzalni medialni macherzy zagrali na konflikt i różnicowanie tak bardzo, że przy nich Tusk wyglądał na koncyliacyjnego gołąbka społecznego spokoju.I teraz jak zamilkli w kampanii, co nie było ich ruchem taktycznym, ale zbiegiem okoliczności „oszczędzania” na kampanię do europarlamentu – to tylko im pomogło. W dodatku jeśli były już jakieś małe przebłyski kampanii, to były one pozytywne, przypomnijmy, że hasłem tegorocznych wyborów był optymistyczny przekaz: „Jesteśmy na TAK”. Przypomnę tę metaforę, którą PiS zna, ale jej nie słucha. Skoro został zamknięty w klatce opozycji poprzez przegraną parlamentarną, to jak Tusk przejeżdża prętem po kratach klatki to najgorszą rzeczą jest się dać prowokować. I jak Tuski widziały, że to znowu działa (jak w latach 2007-2015), to waliły po klatce z całą mocą. PiS się wzmagał i pokazywał pokrzywioną od gniewu małpią mordę. Ale jak by się zaparł i nie dał prowokować, to widz widziałby tylko jak jakiś debil wali prętem po klatce. Coraz głośniej. I tak PiS przeszedł te wybory, choć w klatce tylko przysnął. Kłopot jest taki, że się wybudził i wyciągnął odwrotne wnioski – skoro to działa (ale przecież nie dlatego), to wracamy w stare koleiny. I zaczęło się – znowu wrócił Smoleński, Antoni! Antoni! przez pałacem prezydenckim i elektorat labilny znowu widzi małpią twarz.
Wygrani-przegrani
     Tusk tę w sumie swoją (sondażową) porażkę przekuć chce na sukces. Stąd też pogłoski, że jak się popatrzy pod różnym kątem na lustro suwerena, jakim są wybory, to każdy może powiedzieć, że wygrał. Tusk sprzedaje to podmieniając procenty na władzę. Znów wrócił do mówienia „my, koalicja”. Skoro więc w procentach krajowego poparcia (do sejmików, dodajmy) przegrał, to przesiadł się na mandaty, a tych z koalicjantami ma prawie wszędzie więcej niż (znowu niekoalicyjny) PiS. W poprzednich wyborach na sejmikach wyszedł remis, w tym roku PiS ocali pojedyncze województwa. A więc koalicja centrozlewu wygra rządzenie. Drugi sukcesem Tuska jest słaby wynik Lewicy, co daje mu możliwość przeczołgania koalicjanta. Zwłaszcza, kiedy w dzień po wyborach samorządowych padł strach na koalicjantów, bo premier ogłosił przyszłą rekonstrukcję rządu. Co prawda mówi się o sześciomiesięcznym rządzie technicznym praktycznie od momentu jego powstania (miał on się zająć audytowaniem w swych resortach ścieżek kradzieżowych poprzedniej ekipy, w celach paliwa do igrzysk), ale rekonstrukcja to zawsze wstrząs dla koalicji. I nie tylko może będą musieli się posunąć jacyś ministrowie czy ministry, ale może zostać zakwestionowany koalicyjny podział włości, skoro niektóre formacje słabo dowożą poparcie. Tusk więc czyści w swoich szeregach, przy okazji odwracając uwagę swych zwolenników od własnego słabego wyniku.„Trzecia droga” właściwie odtworzyła swój wynik z wyborów parlamentarnych, co dla nie jest… drogą PiS-u. Ona też zaczęła łapać trendy spadkowe, mówiło się już o partii jednorazowego użytku, coś jak Wiosny, Palikoty czy Nowoczesne. A tu wynik przyzwoity, w sumie niepomijalny koalicjant, języczek u wagi wielu koalicji sejmikowych i nawet nie ma się czego bać, jakby nawet Tusk zarządził przedterminowe wybory.
Lewica, jako się rzekło – poległa najbardziej i jest jedyną partią, która nawet nie może udawać, jak inne, że wygrała. Wielu uważa, że jej porażka to cena za skupienie się na bezsensownej kompetencyjnie i politycznie tematyce aborcyjnej (w wyborach samorządowych to istotnie niezła jazda) i, że Lewica będzie musiała zrewidować swój tak negatywnie zweryfikowany przez wyborców kierunek. Ale należy w to wątpić, gdyż wtedy, bez tych postulatów, lewicy już programowo nie ma. Wszystkie inne postępackie postulaty są już zaabsorbowane przez KO, Hołownie i… PiS i właściwie po porzuceniu aborcji, genderyzmu i progresywizmu w edukacji nic już z lewicy nie zostaje. A więc wychodzi na to, że wciąż będzie wysadzać te pociągi, choć nic już nie jeździ po tych torach.
Bezpartyjni
Alternatywa do dwójpolówki przegrała i o tym się nie mówi, bo niewielu tę alternatywę w kampanii zauważyło. Pogłębił się niestety stan upartyjnienia tych wyborów. W poprzedniej kadencji było więcej bezpartyjnych w różnych gremiach. Teraz lud głosujący, w tym pomieszaniu wojny polsko-polskiej jest tak daleko od autonomii własnych decyzji przy urnie, że wybiera już tylko partyjne flagi i to w pozycjach najwyższych na listach, układanych w gabinetach naczelników i lokalnych baronów. W sejmikach nie ma i nie będzie żadnych niepomijalnych „języczków u wagi”, kilkuosobowych grupek, od których zależeć może złożenie koalicji w sejmiku. Wszystko pójdzie na dwójpodział: albo-albo. A to źle. Ten trend – na mitygowanie dwóch plemion za pomocą niepartyjnego elementu zewnętrznego – nie udał się i widać, że długa droga jeszcze przed takim wyjściem z zaklętego kręgu polskiej nawalanki o totem władzy.
Odbył się więc sondaż opinii kosztem pogorszenia się jakości życia publicznego w małych ojczyznach. Czy suweren to widzi lub czy zobaczy? Widzieć to chyba nie widzi, sądząc po wynikach, ale na pewno zobaczy. Problem w tym, że i własny wstyd przed tym, że dał się nabrać i cały system polityczno-medialny będą mu tłumaczyć, że wybrał dobrze, ale to inni sknocili. Zaś powody zapaści życia publicznego w jego najbliższym otoczeniu nie wynikają z jego wyborów, ale istnienia tego okropnego przeciwnika politycznego oraz złowrogiego Putina. 
Napisał Jerzy Karwelis
Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.