WYRWAĆ POLSKĘ Z RĄK IDIOTÓW

WYRWAĆ POLSKĘ Z RĄK IDIOTÓW

Krzysztof Baliński

Naczelnym zadaniem dyplomacji jest realizacja „interesu narodowego”. Tak było, jest i będzie. Świadczy o tym obowiązuje do dziś doktryna lorda Palmerstona: „Wielka Brytania nie ma wiecznych sojuszników, ani wiecznych wrogów; wieczne są tylko interesy Wielkiej Brytanii i obowiązek ich ochrony”. Jest też przykazanie Prymasa Tysiąclecia: „Każdy naród pracuje przede wszystkim dla siebie, a nieszczęściem jest zajmowanie się całym światem kosztem własnej ojczyzny”.

Tymczasem u nas nie tylko, jak ognia unikają słów „polski interes narodowy”. Nie tylko słowa te nie przechodzą im przez gardło, ale zamiast nich mamy pilnowanie cudzych interesów kosztem własnych i przypadki działań przeciwko interesom własnego państwa.

Przemiany ustrojowe dawały nadzieję, że polski interes narodowy zostanie zdefiniowany i że będziemy myśleć jego kategoriami. Niektórzy, ci najbardziej naiwni, mieli nadzieję, że przywołana zostanie dewiza Romana Dmowskiego „Jestem Polakiem – więc mam obowiązki polskie”. Tak się nie stało. Nie tylko dlatego, że nie było woli podjęcia takiego zadania, ale dlatego, że nie było komu tego zrobić. Bo, czy można było tego oczekiwać od ludzi, którzy każde myślenie o interesach Polski zwalczali jako przejaw nacjonalizmu, od ludzi bez poczucia lojalności wobec kraju, w którym żyją, którzy – jeśli już używali tego słowa – to w formie „interes Ukrainy”, „interes Izraela”, „interes Tatarów Krymskich”?

Wiemy, że Ministerstwo Spraw Zagranicznych jest opanowane przez mniejszości narodowe, które dogadały się w Magdalence. Wiemy, jak w Polsce zostaje się ministrem. Zdradził to Władysław Bartoszewski – Geremek zapytał go: Władek, mam dla ciebie propozycję na tak lub na nie. Chcesz porządzić w MSZ? Dziwne były kryteria doboru ludzi mających bronić polskich interesów. Dostrzegł to inkryminowany Władek, obwieszczając: „Pokażcie mi taki drugi kraj w Europie, w którym w ciągu ostatnich dwóch dekad  trzech szefów dyplomacji miało żydowskie pochodzenie, jeden był honorowym obywatelem Izraela a drugi ma żonę Żydówkę”. I nie dziwi, że wykoncypowana przez niego i obowiązująca do dziś doktryna brzmi: „Polska to panna stara, brzydka i bez posagu, która nie powinna być zbytnio wybredna.

Schedę po dyplomatycznym durniu przejął Teofil, który w pierwszym dniu urzędowania uraczył nas cymesem: „Żydzi są naszymi braćmi i musimy się z państwem Izrael identyfikować”. Bartoszewski Teofil w Sejmie reprezentuje partię chłopską, ale kiwa się tam w takt muzyki klezmerskiej i inspiruje się (tak, jak ojciec) mądrością: „Bierz, kiedy dają, tańcz, kiedy grają, uciekaj, kiedy gonią, klękaj, kiedy dzwonią”. W takiej sytuacji pytanie, czy Teofil jest godnym następcą swego ojca, poprzedźmy pytaniem: Czy idiotyzm jest dziedziczny? Dobrze komponuje się z tym powiedzenie: „Głupi mówi co wie, a mądry wie co mówi”. Niezłe określenie miał też ojciec Teofila: „dyplomatołek”.

W MSZ było – trzymając się stylistyki wieszcza – cymbalistów wielu, ale wszystkich na głowę pobił Radek Sikorski. Sytuacja międzynarodowa Polski jest niezwykle trudna. Dyplomacją powinni kierować najlepsi z najlepszych. Tymczasem Radek znaczy tylko jedno – „minister spraw przegranych”. Nasi sąsiedzi w czasach przedrozbiorowych „polskim sejmem” nazywali bezładne gadanie, dziś obiegowe staje się powiedzenie „polska dyplomacja”. Kiedyś Łukaszenko zdiagnozował, że Radkowi przydałyby się konsultacje u dobrego psychiatry. Tej trafnej diagnozy nic lepiej nie potwierdza, niż fotka Radka w łachach afgańskiego mudżahedina i jego fizjonomia: wybałuszone oczy, nerwowe tiki, głupawe uśmieszki, pokraczne miny, z których wyziera twarz wsiowego głupka.

Idealnie pasuje do niego określenie „szybciej mówi niż myśli”. Słowa te nie wyczerpują jednak jego dokonań. Nie za bardzo wypada w kontekście matołów cytować filozofów, ale Platon powiedział: „Mądrzy mówią, ponieważ mają coś do powiedzenia. Głupcy mówią, ponieważ muszą coś powiedzieć”. Jest też inne wytłumaczenie – za korzyści osobiste jest gotów służyć każdemu i nieraz proste powody rozstrzygają, po której stronie staje. Gdy był europosłem brał pieniądze od szejków z Dubaju, co nasuwało skojarzenie z popularną wówczas książką „Dziewczyny z Dubaju”, o polskich celebrytkach prostytuujących się w Emiratach.

Typowy dzień pracy Radka: Wyjmuje smartfon i tweetuje: Dać Ukrainie rakiety dalekiego zasięgu. Rosjanie mówią, że Polacy to podżegacze wojenni. A Radek? Cieszy się jak dziecko, że znowu pokazali go w telewizorze. Gdy zadziera z Elonem Muskiem, w świat idzie przesłanie: ministrem w Polsce jest „mały człowiek” i „obśliniony imbecyl”. W Monachium używa argumentu: „Trump powiesił zdjęcie Putina w Białym Domu, a ja nie mam zdjęcia Putina w domu”. W Davos słowo „Ukraina” wymienił 38 razy, równoważąc je tylko raz słowami „polski rząd”. A wydawało się, że trudno na tym polu pobić Dudę, który słowo „Ukraina” wymienił 24 razy a „Polska” dwa razy. À propos idiotów – w tymże Davos Donald Trump wygłosił: „Musimy chronić i doceniać w polityce ludzi mądrych, bo nie jest ich zbyt wielu”. I te słowa każdy polski polityk powinien umieścić sobie na biurku (lub, jak w przypadku próżniaka Tuska, powiesić sobie nad łóżkiem).

U Radka na czoło wysuwa się opanowana do perfekcji umiejętność stawania się przedmiotem kpin. Serią komediowych gagów była jego eskapada do Waszyngtonu, kiedy to „mistrz dyplomacji” strzelał sobie „selfiki” na trawniku przed Białym Domu, by przekonać, że nie jest tam persona non grata. Wyglądał przy tym, jak nastolatek turysta we wczesnym PRL-u, który udając pilota robił sobie zdjęcie wsadzając głowę w otwór w płachcie, na której namalowany był samolot. Pal licho, gdyby ośmieszył siebie, ale „minister, którego zazdrości nam cały świat” skompromitował Państwo Polskie.

Powszechna opinia głosi, że karierę zrobił dzięki wpływowej żonie, czyli globalistom. Tymczasem to twór Jarosława Kaczyńskiego, któremu inny głupek Jan Parys podszepnął, że Radek to światowiec, bo był w Afganistanu, zna obcy język i ma zagraniczną żonę. No chyba, że za ingerencję globalistów uznamy umieszczenie Radka przez „Foreign Policy”, organ prasowy amerykańskich trockistów na liście „100 czołowych myślicieli świata”.

Kolejne przykłady z półki „Idioci dyplomatyczni” poprzedźmy słowami Viktora Orbána: „Małe kraje nie mogą sobie pozwolić na głupich przywódców. To przywilej dużych krajów”. Oryginalny kanon polskiego interesu narodowego wypracował Lech Kaczyński: Żydzi mają przemożny wpływ na amerykańską politykę i jeśli zainteresujemy ich Polską, to ich interesy staną się interesem USA. Innymi słowy – im więcej Żydów w Polsce, tym większe bezpieczeństwo Polski. Kto mu tak zamieszał w głowie? Wychowawcą braci Kaczyńskich był Jan Józef Lipski, „przyjaciel” mamy, która sama przyznała, że jej synowie wychowywali się oraz kształtowali w oparciu o jego przekonania. A Lipski był masonem, który całe życie poświęcił na walkę z katolicyzmem i z polskim ruchem narodowym, a w publikacjach obarczał Polaków winą za zbyt małą ofiarność w pomaganiu Żydom w czasie okupacji. Promotorem doktoratu Jarosława był prof. Stanisław Ehrlich, stalinowski politruk w stopniu majora, o którym Kaczyński napisał, że był „jego mistrzem na równi z marszałkiem Piłsudskim”. A może, po prostu, wykonuje posługę szabesgoja, czyli – jak podaje Wikipedia – „ubogiego chrześcijanina służącego za niewielkie wynagrodzenie do wykonywania czynności, które są zakazane Żydom podczas szabatu, jak rozpalenie pieca i zmiana świec w chanuce”?

No chyba, że za robotę globalistów uznamy zaleceniastarożytnego mędrca chińskiego, który nakazywał tępić szkodników i idiotów u siebie, ale zdecydowanie popierać ich u sąsiadów. Po tę broń nasi sąsiedzi, i ci ze Wschodu i ci z Zachodu (a nawet Ukraińcy”) nie wahają się sięgać – zawsze wspierają najgłupszych, a tępią mądrych. I dlatego można odnieść wrażenie, że w całej tej krzątaninie na polskiej scenie politycznej chodzi wyłącznie o utrzymywanie określonego poziomu głupoty i wymianę, po kolejnych wyborach, jednych idiotów na drugich.

I jeszcze jedno – Kaczyńskiego, gdy bezkrytycznie poparł przewrót na Majdanie, ujawnił doktrynę, którą kierować powinno się Państwo Polskiej: „W ten sposób realizuje się marzenie śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego”. Tymczasem Majdan to była ukraińska Magdalenka, którą sfinansowali ludzie Soros, a do władzy dorwali się postsowieccy oligarchowie. Andrzej Lepper nazwał kiedyś profesora doktora Balcerowicza, prezesa NBP „idiotą ekonomicznym”. Ale czy na taki sam tytuł nie zasłużył sobie doktor Jarosław Kaczyński, który mówiąc o pomocy dla kijowskiego reżimu rzekł: „Nas stać, bo jesteśmy trzy razy bogatsi od Ukrainy”.

Idiotów nie brakowało wśród prezydentów RP. Lech Wałęsa, na spotkaniu z nowojorskimi biznesmenami radził: Jedźcie do Polski zakładać biznesy, bo tylko na głupocie Polaków można zarobić pieniądze. Gdy słyszało się Andrzeja Dudę, który strojąc głupawe miny głosił: „To się może w głowie nie mieści, że Polska wysłała taką pomoc – ale faktycznie wysłaliśmy (…) wysłaliśmy prawie że bez zastanowienia” – to musiało chodzić o idiotę. Kto mu tak we łbie zamieszał? Częsty bywalec Pałacu Prezydenckiego rabin Schudrich?

Bronisław Komorowski, przekonywał, że Korfanty lubił się z Piłsudzkim, a jego minister Grzegorz Schetyna, też absolwent studiów historycznych, że obóz w Auschwitz wyzwolili Ukraińcy (czyli strażnicy obozowi). W tym miejscu, tak na marginesie podajmy, że doktor nauk historycznych Karol Nawrocki, podczas obchodów rocznicy wybuchu Powstania Styczniowego w Wilnie podkreślił razem z Zełenskim udział w powstaniu Ukraińców. Tymczasem powstanie spacyfikowali Kozacy, a chłopstwo ukraińskie nie tyle powstańcom pomagało, co ich wyrzynało. Czyżby chciał zostać tak, jak jego poprzednik wiceprezydentem Ukrainy? I czy następnym krokiem nie będzie zgoda na wysłanie polskich żołnierzy na Ukrainę?

I czy nie lepiej byłoby, żeby przestał zajmować się polityką zagraniczną, albo zmienił doradców? W pierwszym rzędzie Sławomira Cenckiewicza, który autorytatywnie ocenił, że Tusk nie był agentem niemieckim, bo przeczytał dokumenty Stasi, które przesłali mu Niemcy (po 30 latach czekania). Ale i tak w głupocie nie pokonał Tomasza Siemoniaka, który pytany, czy  podsłuchuje go niemiecki wywiad, odpowiedział: „Po co miałby sojusznik inwigilować ministra koordynatora, jak może mnie po prostu zapytać i ja mu wszystko powiem,  tak samo on mi powie”.

Nie ma rzeczy ważniejszej niż wsparcie dla Ukrainy. Polska nie poprze żadnej decyzji dotyczącej traktatu pokojowego, która byłaby sprzeczna z interesami Ukrainy” – ogłosił w Kijowie Donald Tusk (i tego samego dnia przelał do przepastnej kabzy Zełenskiego 6,8 miliarda). I tu pytanie: Czy można wyobrazić sobie ukraińskiego premiera oświadczającego, że nie zrobi nic sprzecznego z interesami Polski? Innymi słowy, dla Tuska najważniejsze są interesy – po pierwsze Niemiec, po drugie Niemiec, po trzecie Niemiec, a następnie interes Ukrainy. A interes Polski? Polska to nienormalność!

Wyzwaniem na kolejne lata dla Polski jest zdefiniowanie własnych interesów. Musimy wiedzieć, czego chcemy”. To szokujące, budzące w sytuacji wielkich geopolitycznych wyzwań grozę wyznanie wygłosiła Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, ministra od funduszy unijnych. Ale na tak ważny urząd nie namaścili ją globaliści. Zrobił to Szymek Hołownia, autor słów „Putina wgnieciemy w ziemię”, dowód na to, że w Polsce nie tylko ministrem, ale marszałkiem Sejmu może zostać każdy, a którego zidiociały funkcjonariusz Onetu Janusz Schwertner powitał: Bóg faktycznie istnieje i po prostu zesłał posłom Hołownię”.

Tak głupiego rządu i tylu głąbów u władzy w historii III RP jeszcze nie było. Najważniejsze urzędy związane z bezpieczeństwem i polityką zagraniczną objęli durnie. Ministrem energii został Miłosz „Cep” Motyka. Minister edukacji nie zna się na edukacji. Minister zdrowia nie zna się na medycynie, a ministrem obrony został lekarz pediatra, który ma jeszcze mniejsze szanse na uzdrowienie armii niż chorych dzieci. Jedynym doświadczeniem zawodowy ministra rozwoju i technologii jest praca w Wojewódzkim Ośrodku Ruchu Drogowego w Pile. A premier? Nie zna się na niczym! Wszystkich lub wszystko podsumowała inna intelektualistka – Agnieszka Pomaska: Można powiedzieć, że jeśli chodzi o wybitne osobistości, to mamy w Platformie klęskę urodzaju. I tu pytanie: Czy ministrami zostali na polecenie globalistów czy premiera, który nie zna się na niczym, ale jest folksdojczem?

Nie zapominajmy też o rządzie poprzednim. Bo kim, jeśli nie niedouczonymi głupkami była ferajna Morawieckiego? Za odpowiedź wystarczy tępa, przypominająca komendanta posterunku MO w Wołominie gęba wicepremiera. Gdy na horyzoncie pojawiło się widmo gospodarczej zapaści, antykryzysową tarczą zasłaniali się: premier po studiach historycznych, minister finansów po technikum ogrodniczym, minister rozwoju po stażu w Muzeum PRL i 28-letni wiceminister finansów Piotruś, przy którego nominacji decydujące okazało się, że w licealnych czasach „był wyszczekany” i był finalistę olimpiady wiedzy o prawach człowieka.

Coś musi być „na rzeczy” w przypuszczeniach, że rolą spiskowców z Magdalenki było takie ogłupienie Polaków, żeby, nie daj Boże, nie wybrali sobie jakiegoś mądrego przywódcę. I tylko przyjmując taką hipotezę, decyzje kadrowe Tuska mają sens. Nie oznacza to, że globalistów nie ma i że Majdanu i wojny za naszą wschodnią granicą nie wywołali globaliści. Nie sposób jednak pominąć wkładu rodzimych głupków. I właśnie dlatego teoriom o „podszeptach globalistów”, o „globalnym resecie” nie zaprzecza, lecz dyskretnie powiela Donald Tusk. Bo pozwala mu to zwalać winę za nieszczęścia, które sprowadza na Polskę na innych i pozwala sumitować: Chciałem inaczej, ale te globalisty mi nie pozwalają. A jeszcze w tym wszystkim uwiarygadniają go domorośli wyznawcy teorii spiskowej o „globalistycznym spisku”.

Znamy nazwiska idiotów. Ale pamiętajmy też o tych, którzy tych idiotów wybrali. Bo największymi idiotami są wyborcy idiotów, którzy śpią przez 4 lata, a jak się budzą to tylko po to, aby zagłosować na idiotów. Pisał o tym proroczo George Orwell: „Ludzie, którzy głosują na nieudaczników, złodziei, zdrajców i oszustów, nie są ich ofiarami. Są ich wspólnikami”.

W dzisiejszej Polsce krzyżują się obce wpływy, toczy się mnóstwo potyczek a nasza „elita” polityczna składająca się z przypadkowych miernot, natrętnie podsuwa nam tezę: Nie ma wolnej Polski bez wolnej Ukrainy. Tymczasem wolnej Polski nie będzie bez wyrwaniaPolski z rąk idiotów, bez pozbycia się zidiociałego towarzystwa notorycznie przegrywających miernot, ludzi nie tylko nie myślących po polsku, ale nie myślących w ogóle.Na koniec powiedzmy: Polska nie jest biednym, pustynnym krajem. Polska nie jest nękana przez kataklizmy. Jedynym kataklizmem, jaki gnębi Polskę od lat są pospolite głupki przy władzy.

WYRWAĆ POLSKĘ Z RĄK IDIOTÓW

Krzysztof Baliński

Naczelnym zadaniem dyplomacji jest realizacja „interesu narodowego”. Tak było, jest i będzie. Świadczy o tym obowiązuje do dziś doktryna lorda Palmerstona: „Wielka Brytania nie ma wiecznych sojuszników, ani wiecznych wrogów; wieczne są tylko interesy Wielkiej Brytanii i obowiązek ich ochrony”. Jest też przykazanie Prymasa Tysiąclecia: „Każdy naród pracuje przede wszystkim dla siebie, a nieszczęściem jest zajmowanie się całym światem kosztem własnej ojczyzny”.

Tymczasem u nas nie tylko, jak ognia unikają słów „polski interes narodowy”. Nie tylko słowa te nie przechodzą im przez gardło, ale zamiast nich mamy pilnowanie cudzych interesów kosztem własnych i przypadki działań przeciwko interesom własnego państwa.

Przemiany ustrojowe dawały nadzieję, że polski interes narodowy zostanie zdefiniowany i że będziemy myśleć jego kategoriami. Niektórzy, ci najbardziej naiwni, mieli nadzieję, że przywołana zostanie dewiza Romana Dmowskiego „Jestem Polakiem – więc mam obowiązki polskie”. Tak się nie stało. Nie tylko dlatego, że nie było woli podjęcia takiego zadania, ale dlatego, że nie było komu tego zrobić. Bo, czy można było tego oczekiwać od ludzi, którzy każde myślenie o interesach Polski zwalczali jako przejaw nacjonalizmu, od ludzi bez poczucia lojalności wobec kraju, w którym żyją, którzy – jeśli już używali tego słowa – to w formie „interes Ukrainy”, „interes Izraela”, „interes Tatarów Krymskich”?

Wiemy, że Ministerstwo Spraw Zagranicznych jest opanowane przez mniejszości narodowe, które dogadały się w Magdalence. Wiemy, jak w Polsce zostaje się ministrem. Zdradził to Władysław Bartoszewski – Geremek zapytał go: Władek, mam dla ciebie propozycję na tak lub na nie. Chcesz porządzić w MSZ? Dziwne były kryteria doboru ludzi mających bronić polskich interesów. Dostrzegł to inkryminowany Władek, obwieszczając: „Pokażcie mi taki drugi kraj w Europie, w którym w ciągu ostatnich dwóch dekad  trzech szefów dyplomacji miało żydowskie pochodzenie, jeden był honorowym obywatelem Izraela a drugi ma żonę Żydówkę”. I nie dziwi, że wykoncypowana przez niego i obowiązująca do dziś doktryna brzmi: „Polska to panna stara, brzydka i bez posagu, która nie powinna być zbytnio wybredna.

Schedę po dyplomatycznym durniu przejął Teofil, który w pierwszym dniu urzędowania uraczył nas cymesem: „Żydzi są naszymi braćmi i musimy się z państwem Izrael identyfikować”. Bartoszewski Teofil w Sejmie reprezentuje partię chłopską, ale kiwa się tam w takt muzyki klezmerskiej i inspiruje się (tak, jak ojciec) mądrością: „Bierz, kiedy dają, tańcz, kiedy grają, uciekaj, kiedy gonią, klękaj, kiedy dzwonią”. W takiej sytuacji pytanie, czy Teofil jest godnym następcą swego ojca, poprzedźmy pytaniem: Czy idiotyzm jest dziedziczny? Dobrze komponuje się z tym powiedzenie: „Głupi mówi co wie, a mądry wie co mówi”. Niezłe określenie miał też ojciec Teofila: „dyplomatołek”.

W MSZ było – trzymając się stylistyki wieszcza – cymbalistów wielu, ale wszystkich na głowę pobił Radek Sikorski. Sytuacja międzynarodowa Polski jest niezwykle trudna. Dyplomacją powinni kierować najlepsi z najlepszych. Tymczasem Radek znaczy tylko jedno – „minister spraw przegranych”. Nasi sąsiedzi w czasach przedrozbiorowych „polskim sejmem” nazywali bezładne gadanie, dziś obiegowe staje się powiedzenie „polska dyplomacja”. Kiedyś Łukaszenko zdiagnozował, że Radkowi przydałyby się konsultacje u dobrego psychiatry. Tej trafnej diagnozy nic lepiej nie potwierdza, niż fotka Radka w łachach afgańskiego mudżahedina i jego fizjonomia: wybałuszone oczy, nerwowe tiki, głupawe uśmieszki, pokraczne miny, z których wyziera twarz wsiowego głupka.

Idealnie pasuje do niego określenie „szybciej mówi niż myśli”. Słowa te nie wyczerpują jednak jego dokonań. Nie za bardzo wypada w kontekście matołów cytować filozofów, ale Platon powiedział: „Mądrzy mówią, ponieważ mają coś do powiedzenia. Głupcy mówią, ponieważ muszą coś powiedzieć”. Jest też inne wytłumaczenie – za korzyści osobiste jest gotów służyć każdemu i nieraz proste powody rozstrzygają, po której stronie staje. Gdy był europosłem brał pieniądze od szejków z Dubaju, co nasuwało skojarzenie z popularną wówczas książką „Dziewczyny z Dubaju”, o polskich celebrytkach prostytuujących się w Emiratach.

Typowy dzień pracy Radka: Wyjmuje smartfon i tweetuje: Dać Ukrainie rakiety dalekiego zasięgu. Rosjanie mówią, że Polacy to podżegacze wojenni. A Radek? Cieszy się jak dziecko, że znowu pokazali go w telewizorze. Gdy zadziera z Elonem Muskiem, w świat idzie przesłanie: ministrem w Polsce jest „mały człowiek” i „obśliniony imbecyl”. W Monachium używa argumentu: „Trump powiesił zdjęcie Putina w Białym Domu, a ja nie mam zdjęcia Putina w domu”. W Davos słowo „Ukraina” wymienił 38 razy, równoważąc je tylko raz słowami „polski rząd”. A wydawało się, że trudno na tym polu pobić Dudę, który słowo „Ukraina” wymienił 24 razy a „Polska” dwa razy. À propos idiotów – w tymże Davos Donald Trump wygłosił: „Musimy chronić i doceniać w polityce ludzi mądrych, bo nie jest ich zbyt wielu”. I te słowa każdy polski polityk powinien umieścić sobie na biurku (lub, jak w przypadku próżniaka Tuska, powiesić sobie nad łóżkiem).

U Radka na czoło wysuwa się opanowana do perfekcji umiejętność stawania się przedmiotem kpin. Serią komediowych gagów była jego eskapada do Waszyngtonu, kiedy to „mistrz dyplomacji” strzelał sobie „selfiki” na trawniku przed Białym Domu, by przekonać, że nie jest tam persona non grata. Wyglądał przy tym, jak nastolatek turysta we wczesnym PRL-u, który udając pilota robił sobie zdjęcie wsadzając głowę w otwór w płachcie, na której namalowany był samolot. Pal licho, gdyby ośmieszył siebie, ale „minister, którego zazdrości nam cały świat” skompromitował Państwo Polskie.

Powszechna opinia głosi, że karierę zrobił dzięki wpływowej żonie, czyli globalistom. Tymczasem to twór Jarosława Kaczyńskiego, któremu inny głupek Jan Parys podszepnął, że Radek to światowiec, bo był w Afganistanu, zna obcy język i ma zagraniczną żonę. No chyba, że za ingerencję globalistów uznamy umieszczenie Radka przez „Foreign Policy”, organ prasowy amerykańskich trockistów na liście „100 czołowych myślicieli świata”.

Kolejne przykłady z półki „Idioci dyplomatyczni” poprzedźmy słowami Viktora Orbána: „Małe kraje nie mogą sobie pozwolić na głupich przywódców. To przywilej dużych krajów”. Oryginalny kanon polskiego interesu narodowego wypracował Lech Kaczyński: Żydzi mają przemożny wpływ na amerykańską politykę i jeśli zainteresujemy ich Polską, to ich interesy staną się interesem USA. Innymi słowy – im więcej Żydów w Polsce, tym większe bezpieczeństwo Polski. Kto mu tak zamieszał w głowie? Wychowawcą braci Kaczyńskich był Jan Józef Lipski, „przyjaciel” mamy, która sama przyznała, że jej synowie wychowywali się oraz kształtowali w oparciu o jego przekonania. A Lipski był masonem, który całe życie poświęcił na walkę z katolicyzmem i z polskim ruchem narodowym, a w publikacjach obarczał Polaków winą za zbyt małą ofiarność w pomaganiu Żydom w czasie okupacji. Promotorem doktoratu Jarosława był prof. Stanisław Ehrlich, stalinowski politruk w stopniu majora, o którym Kaczyński napisał, że był „jego mistrzem na równi z marszałkiem Piłsudskim”. A może, po prostu, wykonuje posługę szabesgoja, czyli – jak podaje Wikipedia – „ubogiego chrześcijanina służącego za niewielkie wynagrodzenie do wykonywania czynności, które są zakazane Żydom podczas szabatu, jak rozpalenie pieca i zmiana świec w chanuce”?

No chyba, że za robotę globalistów uznamy zaleceniastarożytnego mędrca chińskiego, który nakazywał tępić szkodników i idiotów u siebie, ale zdecydowanie popierać ich u sąsiadów. Po tę broń nasi sąsiedzi, i ci ze Wschodu i ci z Zachodu (a nawet Ukraińcy”) nie wahają się sięgać – zawsze wspierają najgłupszych, a tępią mądrych. I dlatego można odnieść wrażenie, że w całej tej krzątaninie na polskiej scenie politycznej chodzi wyłącznie o utrzymywanie określonego poziomu głupoty i wymianę, po kolejnych wyborach, jednych idiotów na drugich.

I jeszcze jedno – Kaczyńskiego, gdy bezkrytycznie poparł przewrót na Majdanie, ujawnił doktrynę, którą kierować powinno się Państwo Polskiej: „W ten sposób realizuje się marzenie śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego”. Tymczasem Majdan to była ukraińska Magdalenka, którą sfinansowali ludzie Soros, a do władzy dorwali się postsowieccy oligarchowie. Andrzej Lepper nazwał kiedyś profesora doktora Balcerowicza, prezesa NBP „idiotą ekonomicznym”. Ale czy na taki sam tytuł nie zasłużył sobie doktor Jarosław Kaczyński, który mówiąc o pomocy dla kijowskiego reżimu rzekł: „Nas stać, bo jesteśmy trzy razy bogatsi od Ukrainy”.

Idiotów nie brakowało wśród prezydentów RP. Lech Wałęsa, na spotkaniu z nowojorskimi biznesmenami radził: Jedźcie do Polski zakładać biznesy, bo tylko na głupocie Polaków można zarobić pieniądze. Gdy słyszało się Andrzeja Dudę, który strojąc głupawe miny głosił: „To się może w głowie nie mieści, że Polska wysłała taką pomoc – ale faktycznie wysłaliśmy (…) wysłaliśmy prawie że bez zastanowienia” – to musiało chodzić o idiotę. Kto mu tak we łbie zamieszał? Częsty bywalec Pałacu Prezydenckiego rabin Schudrich?

Bronisław Komorowski, przekonywał, że Korfanty lubił się z Piłsudzkim, a jego minister Grzegorz Schetyna, też absolwent studiów historycznych, że obóz w Auschwitz wyzwolili Ukraińcy (czyli strażnicy obozowi). W tym miejscu, tak na marginesie podajmy, że doktor nauk historycznych Karol Nawrocki, podczas obchodów rocznicy wybuchu Powstania Styczniowego w Wilnie podkreślił razem z Zełenskim udział w powstaniu Ukraińców. Tymczasem powstanie spacyfikowali Kozacy, a chłopstwo ukraińskie nie tyle powstańcom pomagało, co ich wyrzynało. Czyżby chciał zostać tak, jak jego poprzednik wiceprezydentem Ukrainy? I czy następnym krokiem nie będzie zgoda na wysłanie polskich żołnierzy na Ukrainę?

I czy nie lepiej byłoby, żeby przestał zajmować się polityką zagraniczną, albo zmienił doradców? W pierwszym rzędzie Sławomira Cenckiewicza, który autorytatywnie ocenił, że Tusk nie był agentem niemieckim, bo przeczytał dokumenty Stasi, które przesłali mu Niemcy (po 30 latach czekania). Ale i tak w głupocie nie pokonał Tomasza Siemoniaka, który pytany, czy  podsłuchuje go niemiecki wywiad, odpowiedział: „Po co miałby sojusznik inwigilować ministra koordynatora, jak może mnie po prostu zapytać i ja mu wszystko powiem,  tak samo on mi powie”.

Nie ma rzeczy ważniejszej niż wsparcie dla Ukrainy. Polska nie poprze żadnej decyzji dotyczącej traktatu pokojowego, która byłaby sprzeczna z interesami Ukrainy” – ogłosił w Kijowie Donald Tusk (i tego samego dnia przelał do przepastnej kabzy Zełenskiego 6,8 miliarda). I tu pytanie: Czy można wyobrazić sobie ukraińskiego premiera oświadczającego, że nie zrobi nic sprzecznego z interesami Polski? Innymi słowy, dla Tuska najważniejsze są interesy – po pierwsze Niemiec, po drugie Niemiec, po trzecie Niemiec, a następnie interes Ukrainy. A interes Polski? Polska to nienormalność!

Wyzwaniem na kolejne lata dla Polski jest zdefiniowanie własnych interesów. Musimy wiedzieć, czego chcemy”. To szokujące, budzące w sytuacji wielkich geopolitycznych wyzwań grozę wyznanie wygłosiła Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, ministra od funduszy unijnych. Ale na tak ważny urząd nie namaścili ją globaliści. Zrobił to Szymek Hołownia, autor słów „Putina wgnieciemy w ziemię”, dowód na to, że w Polsce nie tylko ministrem, ale marszałkiem Sejmu może zostać każdy, a którego zidiociały funkcjonariusz Onetu Janusz Schwertner powitał: Bóg faktycznie istnieje i po prostu zesłał posłom Hołownię”.

Tak głupiego rządu i tylu głąbów u władzy w historii III RP jeszcze nie było. Najważniejsze urzędy związane z bezpieczeństwem i polityką zagraniczną objęli durnie. Ministrem energii został Miłosz „Cep” Motyka. Minister edukacji nie zna się na edukacji. Minister zdrowia nie zna się na medycynie, a ministrem obrony został lekarz pediatra, który ma jeszcze mniejsze szanse na uzdrowienie armii niż chorych dzieci. Jedynym doświadczeniem zawodowy ministra rozwoju i technologii jest praca w Wojewódzkim Ośrodku Ruchu Drogowego w Pile. A premier? Nie zna się na niczym! Wszystkich lub wszystko podsumowała inna intelektualistka – Agnieszka Pomaska: Można powiedzieć, że jeśli chodzi o wybitne osobistości, to mamy w Platformie klęskę urodzaju. I tu pytanie: Czy ministrami zostali na polecenie globalistów czy premiera, który nie zna się na niczym, ale jest folksdojczem?

Nie zapominajmy też o rządzie poprzednim. Bo kim, jeśli nie niedouczonymi głupkami była ferajna Morawieckiego? Za odpowiedź wystarczy tępa, przypominająca komendanta posterunku MO w Wołominie gęba wicepremiera. Gdy na horyzoncie pojawiło się widmo gospodarczej zapaści, antykryzysową tarczą zasłaniali się: premier po studiach historycznych, minister finansów po technikum ogrodniczym, minister rozwoju po stażu w Muzeum PRL i 28-letni wiceminister finansów Piotruś, przy którego nominacji decydujące okazało się, że w licealnych czasach „był wyszczekany” i był finalistę olimpiady wiedzy o prawach człowieka.

Coś musi być „na rzeczy” w przypuszczeniach, że rolą spiskowców z Magdalenki było takie ogłupienie Polaków, żeby, nie daj Boże, nie wybrali sobie jakiegoś mądrego przywódcę. I tylko przyjmując taką hipotezę, decyzje kadrowe Tuska mają sens. Nie oznacza to, że globalistów nie ma i że Majdanu i wojny za naszą wschodnią granicą nie wywołali globaliści. Nie sposób jednak pominąć wkładu rodzimych głupków. I właśnie dlatego teoriom o „podszeptach globalistów”, o „globalnym resecie” nie zaprzecza, lecz dyskretnie powiela Donald Tusk. Bo pozwala mu to zwalać winę za nieszczęścia, które sprowadza na Polskę na innych i pozwala sumitować: Chciałem inaczej, ale te globalisty mi nie pozwalają. A jeszcze w tym wszystkim uwiarygadniają go domorośli wyznawcy teorii spiskowej o „globalistycznym spisku”.

Znamy nazwiska idiotów. Ale pamiętajmy też o tych, którzy tych idiotów wybrali. Bo największymi idiotami są wyborcy idiotów, którzy śpią przez 4 lata, a jak się budzą to tylko po to, aby zagłosować na idiotów. Pisał o tym proroczo George Orwell: „Ludzie, którzy głosują na nieudaczników, złodziei, zdrajców i oszustów, nie są ich ofiarami. Są ich wspólnikami”.

W dzisiejszej Polsce krzyżują się obce wpływy, toczy się mnóstwo potyczek a nasza „elita” polityczna składająca się z przypadkowych miernot, natrętnie podsuwa nam tezę: Nie ma wolnej Polski bez wolnej Ukrainy. Tymczasem wolnej Polski nie będzie bez wyrwaniaPolski z rąk idiotów, bez pozbycia się zidiociałego towarzystwa notorycznie przegrywających miernot, ludzi nie tylko nie myślących po polsku, ale nie myślących w ogóle.Na koniec powiedzmy: Polska nie jest biednym, pustynnym krajem. Polska nie jest nękana przez kataklizmy. Jedynym kataklizmem, jaki gnębi Polskę od lat są pospolite głupki przy władzy.

Krzysztof Baliński

===============================