JEST KOSZERNY INTERES DO ZROBIENIA. Krzysztof Baliński

JEST KOSZERNY INTERES DO ZROBIENIA

Krzysztof Baliński

Na początek kilka cytatów. „Jest koszerny interes do zrobienia” – to słowa (już kultowe), które padły podczas wizyty Rywina u Michnika. „Pierwszy milion trzeba ukraść” – to zawołania (też kultowe), które padło z ust Janusza Lewandowskiego, kiedyś ministra przekształceń własnościowych. No i „Tęsknię za tobą, Żydzie!” – graffiti, które wołało przed laty z murów warszawskich kamienic.

Pierwszy stał się mottem procesu grabieży majątku narodowego Polaków, gdy po formalnym odzyskaniu niepodległości kilkakrotnie padli ofiarą rabunku na wielką skalę, na skutek zawartej pod auspicjami Rockefellera umowy Jaruzelski -Geremek, w myśl której masa upadłościowa po PRL została „sprawiedliwie” podzielona między ludźmi Kiszczaka, a środowiskiem tożsamym etnicznie i biznesowo z Rockefellerem.

Drugi to zapowiedź szykowanego kolejnego zamachu na mienie Polaków, „jako rekompensaty dla ubogich ofiar holokaustu”, którego konsekwencją będzie wytworzenie elity mającej ogromną przewagę materialną nad Polakami. Tu przytoczmy „przemyślenia” Dawida Warszawskiego zamieszczone na łamach nowojorskiej „Moment”: „Lobby żydowskie wkrótce wzrośnie w siłę […] w połowie wieku polscy Żydzi będą siłą przewodnią Polski […] Do 2050 roku Polska będzie ekonomiczną potęgą z polskimi Żydami, jako jej siłą napędową”.

„Tęsknię za tobą, Żydzie!” to z kolei motto polsko-żydowskiej „Love Story” w biznesie. Ta niby artystyczna prowokacja żydowskiego artysty pod wszystkimi względami ziściła się – Polska stała się Mekką dla izraelskiego biznesu, tysiące Izraelczyków upatrzyło sobie nasz kraj, jako pierwszą ojczyznę i w rezultacie nie było i nie ma w Polsce żadnego oszustwa, gdzie w cieniu nie kryłby się żydowski geszefciarz.

Podobnymi myślami uraczył nas Donald Tusk. „Nie macie w Europie pewniejszego i bardziej lojalnego sojusznika i prawdziwego przyjaciela, niż Polska” – takie zapewnienie złożył premierowi Izraela (a towarzyszący mu minister zdradził, że „wszystkie ugrupowania sejmowe są niezmiennie usposobione do Izraela przyjaźnie”), co, przekładając na język biznesu, było uspokajającą deklaracją, że bez względu na to, któremu ugrupowaniu Judenrat pozwoli rządzić, żydowscy aferzyści nie będą zagrożeni (i będą mogli ukraść nie tylko pierwszy milion).

Gdy Polską wstrząsnęła afera Zondacrypto, okazało się, że główny aferzysta ma izraelski paszport, że zakupił luksusową posiadłość w Izraelu i że jest nieuchwytny nie tylko dla klientów i mediów, ale… prokuratury. Bo tak zawsze czujny prokurator krajowy ocknął się dopiero wtedy, gdy Przemysław Kral czmychnął z Polski (a wraz z nim co najmniej 500 mln złotych). Dariusz Korneluk podliczył jedynie, że Kral pozostawił po sobie 30 tysięcy poszkodowanych, ale i w tym nie był skrupulatny, bo liczba pokrzywdzonych ciągle rośnie, bo Zondacrypto była największą polską giełdą kryptowalut i deklarowała ponad pół miliona aktywnych użytkowników. Okazało się też, że nasz dzielny prokuratur nie tylko nie zamierza ścigać aferzysty, ale nie zamierza odzyskać ukradzionych pieniędzy. A geszeft nie polegał na tym, że Kral zwiał do Izraela, ale że w Izraelu ukrył ukradzione Polakom miliony.

Gdy pojawiły się żądania, by wystąpili o ekstradycję geszefciarza (poza napomnieniem, że zadawanie takich pytań „to niedobra jest”), mówili, że ekstradycja z Izraela jest praktycznie niemożliwa. Nic natomiast o tym, jak odzyskać ukradzione pieniądze i zwrócić pokrzywdzonym. „Gazeta Wyborcza” przekonywała, że „kontrolę nad giełdą Zondacrypto miała mafia tambowska, powiązana z politykami partii Władimira Putina”, czyli że za wszystkim stoi nie Kral, nie Izrael, nie Mosad, ale Putin. Żydowska gazeta dla Polaków powątpiewała też, czy Kral naprawdę jest w Izraelu, „bo aferzyści nie szukają ucieczki w cywilizowanym kraju z niezależnym sądownictwem, lecz w państwie z dużo mniejszą transparentnością, na przykład w Dubaju”. Sekundował w tym żydowsko-niemiecki Onet, według którego Przemysław Kral był tylko figurantem, a prawdziwym twórcą i właścicielem Zondacrypto biznesmen o pseudonimie „Maniek” z Czeladzi, który pieniądze wywiózł nie do Izraela, ale do Emiratów Arabskich.

Wytoczyli klasyczny już argument w obronie aferzysty: „To sprawa czysto polityczna podszyta antysemityzmem”. A w ślad za nim pojawiły się apele o powściągliwość w „antysemickich komentarzach” dotyczących izraelskiego obywatelstwa Krala, bo mogą zaszkodzić pokrzywdzonym, bo wystarczy je wydrukować z internetu i dołączyć do izraelskiej odpowiedzi na wniosek ekstradycyjny, bo izraelska linia obrony będzie wyglądać tak: Krala nie wydamy, bo nie będzie miał szans na uczciwy proces, bo rozpętano wobec niego antysemicką nagonkę. Krótko mówiąc – nakazali nam milczeć, oczywiście dla dobra pokrzywdzonych.

To nie pierwszy taki przypadek. Antysemityzmem było sprzeciwianie się reprywatyzacji warszawskich kamienic. Burmistrz Pragi Północ Wojciech Zabłocki opisując działania mafii adwokatów i urzędników Hanny Gronkiewicz-Waltz ujawnił, że nie wolno było podważać decyzji, w których występowały osoby pochodzenia żydowskiego, „bo miało to  uchronić ratusz przed zarzutami o antysemityzm”. Mówił, że dokumenty, które do niego docierały z Ratusza były przerażające: „Tam było napisane, żeby się nie interesować sprawą, ponieważ na przykład osoba była pochodzenia żydowskiego, a ten, kto będzie to robił, jest antysemitą i że próba dociekania w danej sprawie naraża miasto na wielomilionowe odszkodowania”.

Nalepkę „antysemita” przyklejają każdemu, kto zagraża ich interesom. Mieliśmy już: „Łączenie reakcji Izraela na nowelizację ustawy o IPN z kwestią majątków pożydowskich jest jaskrawym przykładem antysemickiego fake newsa” (ambasador Izraela). „Antysemityzmem jest mówienie o skorumpowanych sitwach u władzy i ich rozbijaniu” (żydowski uczony z Muzeum Polin). „Antysemityzmem jest prześwietlanie interesów obywateli obcego państwa tylko dlatego, że są Żydami” („Gazeta Wyborcza”). Gdy pod hasłem „Jesteś Polakiem, Kupuj Polskie” pojawiła się inicjatywa promująca patriotyzm konsumencki, zareagowała małżonka Radka Sikorskiego – zrównała je z przedwojennym antysemickim hasłem „Nie kupuj u Żyda”.

Wiedzą, co jest piętą achillesową rządzących, że nie mogą rozliczyć żadnego aferzysty, bo natychmiast poleci do Sorosa ze skargą, że jest ofiarą „antysemickiego pogromu”. I regułą jest, że gdy natrafiają na żydowskiego aferzystę, to pochodzenie staje się okolicznością łagodzącą i usprawiedliwia największe świństwa. Wiedzą, że mają w Polsce immunitet absolutny, bo żaden nie został skazany, nawet za miliardowy przekręt. Wiedzą też, że w Polsce kraść bezkarnie można poprzez nabycie odpowiedniego paszportu (w tym, w przypadku odzyskiwania mienia pożydowskiego, paszportu polskiego).

„Polacy nie lubią banków, bo są głupkami i antysemitami” – taką diagnozę postawił Przemek Gdański, prezes banku BNP Paribas. „Moim zdaniem niechęć do banków ma korzenie w antysemityzmie. Historycznie pożyczaniem pieniędzy, w niektórych okresach nazywanym lichwą, zajmowali się Żydzi. Szło się do Żyda i brało na procent kiedy była potrzeba, nawet, jak się go nie lubiło, bo innych możliwości zaciągnięcia kredytu nie było (…) nadal funkcjonuje skojarzenie, że banki to Żydzi, a przecież Żydów się nie lubi”. Ale nie poprzestał na tym.  „Polska jest krajem, w którym pozornie antysemityzm jest marginalnym zjawiskiem, ale de facto jest on głęboko zakotwiczony w społeczeństwie. (…) śmiem twierdzić, że jakiś element niechęci do banków bierze się z tego głęboko zakorzenionego antysemityzmu i kojarzenia banków z Żydami, czyli tymi, którzy nie pracowali na roli, ale obracali pieniędzmi” – zgłębił temat. A więc nie kredyty we frankach szwajcarskich, nie polisolokaty i niczym nieuzasadnione gigantyczne zyski, ale… antysemityzm! I chyba jesteśmy antysemitami, bo wydaje nam się, że Polacy powierzając swoje pieniądze takim banksterom, jak Przemek Gdański powinni wiedzieć, czy oprócz polskiego nie mają także paszportu izraelskiego.

A co do ekstradycji Krala, to zabrakło najważniejszego – Strona polska nie zwróciła się do Izraela z wnioskiem o ekstradycję! Mało tego – do dziś  nie postawiła mu żadnych zarzutów, nie oskarżyła o żaden zabroniony czyn. Prokurator Dariusz Korneluk, pytany o ucieczkę prezesa Zondacrypto do Izraela, stwierdził: „Kral ma obywatelstwo izraelskie, a to znaczy, że nie zostanie wydany do Polski, bo Izrael nie przekazuje swoich obywateli w ręce służb innych krajów”. Donald Tusk, pytany o to samo, odparł: „Z Izraelem nie jest łatwo. Mamy w swojej historii Polaków, którzy mieli powody uciekać z Polski i znajdowali tam schronienie”. Wiceminister spraw wewnętrznych też odpowiedział wymijająco: „Polskie służby nie mają dobrego doświadczenia ze sprowadzaniem osób z Izraela”. O ekstradycji nic nie mówi Włodzimierz Czarzasty, który niedawno złożył do prokuratury zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa przez Konrada Berkowicza, mimo że ten tylko obraził ambasadora Izraela, a Kral okradł na pół miliarda złotych kilkadziesiąt tysięcy Polaków. No i najważniejsze – nic nie mówią o odzyskaniu od Żydów ukradzionych Polakom pieniędzy!

Jaki jest jeszcze inny powód, że nie występują o ekstradycję? Muszą zostawić sobie otwartą furtkę na wypadek, gdyby sami musieli uciekać. Dokąd ucieknie Tusk, wiemy. Dokąd ucieknie Koroluk, też wiemy. A dokąd Morawiecki i Kowal? Czy nie do Izraela, gdzie schronienie znalazły już ich ciotki? A gdyby zbyt stanowczo żądali ekstradycji, to na ogrodzeniu polskiej ambasady w Tel Awiwie pojawi się namazana swastyka i graffiti „polskie gówno” i „mordercy spieprzajcie”, a składający się aferzystów tłum, z Kralem na czele, wedrze się na teren ambasady i opluje ambasadora. I jeszcze jedno – gdy izraelskie służby bezkarnie porwały na międzynarodowych wodach aktywistów domagających się sprawiedliwości dla Palestyńczyków, to czy naszych polityków nie naszła refleksja, że gdy zbyt namolne będą dopominać się o ekstradycję Krala, to Izrael zrobi z nimi to samo, na przykład porwie sprzed gmachu Sejmu.

To nie pierwszy przypadek, kiedy aferzysta okrada Polaków, a później, bez żadnych przeszkód i z wielkimi pieniędzmi, odnajduje się w Izraelu. Żydowscy oszuści Bagsik i Gąsiorowski, bohaterowie afery Art-B, kilka godzin przed aresztowaniem wsiedli w samolot linii El-Al, wylądowali w Tel Awiwie z siedmioma walizkami wypełnionymi 85 milionami dolarów, zamieszkali kilka kroków od rezydencji kupionej przez Krala i stali się bohaterami światowej społeczności żydowskiej. Bo zgodnie z historycznym wzorcem i tradycją, oszustwa finansowe popełniane przez Żyda przynoszą korzyści wszystkim Żydom, tym w Izraelu i tym międzynarodowym.

Izrael czasami wydaje przestępców. Ale nigdy nie wydaje ukradzionych pieniędzy. Przykładem Józef Jędruch, który wyłudził 430 milionów od należącej do Skarbu Państwa Elektrowni Będzin, uciekł do Izraela i powołując się na żydowskie pochodzenie dostał izraelskie obywatelstwo. Polsce został wydany, ale dopiero po tym, gdy sam zgodził się na ekstradycję. Odpowiadał z wolnej stopy. Skazany zostało na kilkaset tysięcy grzywny. Zdefraudowanych pieniędzy Skarb Państwa nigdy nie odzyskał, bo „zaopiekował się” nim podstawiony żydowski adwokat i podstawiona izraelska żona, po ślubie sfingowanym w izraelskim areszcie.

Szczególnie dobrze idzie im w biznesie mieszczącym się w rubryce „Wasze ulice, nasze kamienice”. Należy do nich większość działających w Polsce firm deweloperskich, także te, które wybudowały kilkanaście centrów handlowych w głównych polskich miastach. Podobnie ma się sprawa z Komisją Nadzoru Finansowego, która wynajmuje siedzibę w biurowcu należącym do… Chabad Lubawicz, a której – przypomnijmy – statutowym obowiązkiem jest zapobieganie przekrętom na rynku finansowym. I tu pytanie: Czy nie dlatego KNF milczała, gdy Kral kradł? Przypomnijmy też, że Timur Mindycz, przed odlotem do Tel Awiwu ze zrabowanymi 100 milionami dolarów, wpadł do synagogi Chabad w Warszawie. Ale nie na modlitwę tylko na rozmowy biznesowe, bo Chabad nie zajmuje się krzewieniem talmudycznych mądrości, lecz… kamienicami. I tu drugie pytanie: Czy to Chabad nie dokończy przedwojennego żydowskiego zamysłu: „Wasze ulice, nasze kamienice”?

Izrael to „Ziemia Obiecana”, także dla… oszustów. To światowe centrum przekrętów finansowych, w tym spekulacji kryptowalutami, które macherom zwabiającym ofiary z całego świata przynoszą miliardowe zyski. Władze izraelskie przyznają, że przestępczość przybrała monstrualne rozmiary i mimo że ich zwalczanie jest niezwykle łatwe, blokują współpracę z międzynarodowymi organami ścigania. Tamtejsze prawo pozostawiło furtkę, dzięki której oszuści często robiący geszefty przez telefon i internet, z „siedzib” mieszczących się w garażach i kotłowniach przenoszą działalność za granicę, między innymi do Polski. Także izraelski kodeks podatkowy sprawia, że Izrael stał się magnesem dla przestępców – zwalnia nowych imigrantów z płacenia podatku od dochodów uzyskanych za granicą oraz z wykazywania źródeł dochodu. Sprzyja temu także prawo zapewniające obywatelstwo każdemu imigrantowi o żydowskich korzeniach. A wszystko to wywołuje pytania: Czy taka rozgałęziona struktura przestępcza i sztaby sterujące geszeftami mogą funkcjonować bez przyzwolenia władz Izraela? Czy taki parasol ochronny nie roztoczyły też nad Zondacrypto?

Takie afery w pomagdalenkowej Polsce posypały się jak z dziurawego wora. Wymieńmy tylko FOZZ, Art-B, NFI, Bank Śląski, Domy Towarowe Centrum, Getin Bank i Amber Gold. W tej ostatniej, metodą piramidy finansowej z kont klientów wyprowadzono 600 milionów. W stworzeniu spółki oraz przekręcie udział brali Ihor Kołomojski i Wadim Rabinowicz, a Amber Gold miało służyć przejęciu PLL LOT. Częścią geszeftu było mianowanie na przewodniczącego rady nadzorczej LOT-u Teofila Bartoszewskiego. W aferze przenikały się tajne służby państewka leżącego w Palestynie i syn Tuska. No i miała ochronę ze strony Agencji Wywiadu kierowanej wówczas przez gen. Macieja Hunię, dziś ambasadora RP w Izraelu. Gra toczyła się na jeszcze wyższym poziomie i pod jeszcze większą ochroną – Kołomojski i Rabinowicz to wyznawcy i sponsorzy Chabad.

To wszystko nie wzięło się znikąd. To ma swoją chronologię. Pierwszym był powrót żydokomuny, czyli przekazanie władzy Żydom nastręczonym Jaruzelskiemu przez Davida Rockefellera. Potem była zmanipulowana transformacja ustrojowa. Bo, kto zakładał albo kto przejmował partie w Polsce? A gdy już uchowała się jakaś czysto polska, to kto wdeptywał jej przywódcę w ziemię albo mordował i to na rytualny sposób? I czy racji nie mają ci, którzy uważają, że Polsce nie można pomóc zakładając partię, bo w jej kierownictwie natychmiast pojawia się dwóch albo trzech „organizatorów” z Chabad?

Dekadę temu na bazarze podziału łupów „Przedsiębiorstwa Holocaust” pojawiają się nowi gracze, którzy nie chcą bezsilnie przyglądać się, jak inni sprzątają im łup spod nosa. Przebiegły i chciwy Chabad Lubawicz próbuje wykroić dla siebie nowe żerowisko, którego nazwę podpowiedział prezydent RP – POLIN. Przy władzy w Warszawie jest sługa narodu niemieckiego. Potrzebny jest więc nowe rozdanie i podmienienie na sługę narodu żydowskiego. W tym celu rabini dobijają targu z Jarosławem Kaczyński. Za pomoc w koszernym coup d’état żądają wiele i dostają wiele.  Od tego czasu mówić też możemy, że agenta Stasi przejął od Niemców rabin prowadzący z Chabad, nadał mu pseudonim „Krzywousty”, kazał posyłać dzieci do żydowskiej szkoły, tolerować żydowskie geszefty i nadać Żydom immunitet absolutny, tak aby żaden nie został skazany nawet za miliardowy przekręt.

Jak to jest, że na jeden gwizdek Szaloma Ber Stamblera do zapalenia świeczek stawiają się prezydent, marszałek Sejmu i Senatu, ministrowie i posłowie ze wszystkich partii? Jak to jest, że w tej kwestii zapanowała jednomyślność nieznana od czasu PRL-owskiego Frontu Jedności Narodu i że w jego miejsce wytworzył się swoisty Front Chanukowy, złożony ze środowisk dotychczas walczących ze sobą na śmierć i życie? Skąd nienotowana od czasu Magdalenki jedność ponad podziałami najbardziej antychrześcijańskiej sekty żydowskiej i Episkopatu, biblistów z KUL, prawosławnych popów, protestanckich pastorów? Kto pociąga za sznurki? Kim jest niewidzialna ośmiornica, która tym steruje? I czy nie jest nią ośmioramienny świecznik? Bo nie jest tak, że w chanukowych ceremoniach chodzi o obrzędy religijne. Tu chodzi o przejęcie Polski, a zwłaszcza polskich kamienic.

Krzysztof Baliński

=========================================

W CIENIU OBCYCH AMBASAD. Krzysztof Baliński

W CIENIU OBCYCH AMBASAD

Krzysztof Baliński

Izrael dokonuje na naszych oczach ludobójstwa ze szczególnym okrucieństwem. Izrael to nowa Trzecia Rzesza i jego flaga powinna wyglądać dokładnie tak” – takie słowa z sejmowej mównicy wygłosił Konrad Berkowicz, po czym wyciągnął flagę Izraela z umieszczoną w środku swastyką. No i zaczęło się. Larum na cały świat podniósł ambasador Izraela, a zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa złożył do prokuratury Włodzimierz Czarzasty. Jakie prokurator krajowy zada posłowi męki, tego jeszcze nie wiemy, wiemy, że Dariusza Korneluk to Ukrainiec i wiemy, co Ukraińcy robili Polakom na Wołyniu.

W podobnym tonie komentowały media rządowe i antyrządowe, lewackie i konserwatywne, „Gazeta Polska” i „Gazeta Wyborcza” – tak, jakby wszystkie miały wspólną redakcję. Wszystkich przebiło MSZ izraelskiego reżimu, na czele którego stoi ścigany listem gończym Międzynarodowego Trybunału Karnego: „Taka osoba nie ma miejsca w parlamencie demokratycznej Polski. Oczekujemy, że polskie władze podejmą zdecydowane i szybkie działania”. Głos zabrała też ambasador Izraela: „Natychmiastowe działania podjęte przeciwko posłowi Berkowiczowi są ważne i uznane. Jednak walka z antysemityzmem jest sprawą każdego. Dlatego kompleksowy, krajowy plan walki z antysemityzmem jest potrzebą chwili”. Innymi słowy, faszyzm to przywara wszystkich Polaków i stąd potrzeba natychmiastowego wprowadzenia w życie rządowej „Krajowej Strategii przeciwdziałania antysemityzmowi i wspierania życia żydowskiego”, a o tym, kto może zasiadać w polskim Sejmie ma decydować ambasador państwa odpowiedzialnego za ludobójstwo.

W dalszej części wpisu zabrał się za innych Polaków: „Historia pokazała, do czego prowadzą rasizm i antysemityzm – Polska wie o tym aż za dobrze”. Tak, to prawda – Polska o tym wie, bo w Polsce byli faszyści, ale w Polsce przedwojennej i nie byli nimi Polacy, lecz… Żydzi. Faszystami byli zaczadzeni Mussolinim syjoniści rewizjoniści, którzy o swym wodzu Włodzimierzu Żabotyńskim mówili z podziwem „żydowski faszysta”, a którego pierwszy premier Izraela Ben Gurion nazywał „Włodzimierzem Hitlerem”. Członkowie założonej przez Żabotyńskiego 50-tysięcznej paramilitarnej, narodowo-radykalnej organizacji Bejtar pozdrawiali się salutem rzymskim i uważali, że antysemityzm Hitlera jest pożądany, bo skłania Żydów do emigracji do Palestyny. Nawiasem mówiąc członków Bejtaru szkolił Józef Piłsudzki, ten sam, który osadził w Berezie Kartuskiej walczących z żydowskimi faszystami (i żydowskimi komunistami) polskich narodowców.

W Izraelu nie tylko żywe są tradycje nazizmu, ale Izrael to prekursor nowoczesnego terroryzmu. Generał Władysław Anders w swych pamiętnikach zapisał: „W Palestynie zaczęły się tłumne dezercje żołnierzy żydowskiego pochodzenia. Ani jeden dezerter nie został przez nas aresztowany, ponieważ nie chciałem mieć pod dowództwem żołnierzy, którzy bić się nie chcą. Tym niemniej uprzedziłem Brytyjczyków, że mogą mieć z nimi kłopoty. I rzeczywiście – dezerterzy zasilili oddziały miejscowych żydowskich sabotażystów i terrorystów walczących nie tyle z Arabami, co z żołnierzami brytyjskimi”.

Jeden z dezerterów Mieczysław Biegun, który powinien był stanąć przed plutonem egzekucyjnym, został Menachemem Beginem i autentycznym terrorystą – dowodził organizacją, która wysadziła hotel „King David” w Jerozolimie, zabijając 91 osób, w tym 28 Brytyjczyków (czyli zamordował oficerów armii, której częścią był korpus Andersa). Biegun-Begin był mordercą bezwzględnym. Kierowane przez niego bojówki dokonały makabrycznej rzezi ludności arabskiej, głównie kobiet i dzieci w wiosce Deir el-Jasin. Żydowskie organizacje terrorystyczne kierowane przez dezerterów w bestialski sposób dokonywały czystek etnicznych. Ich strategia polegała na mordach, na ślepym i dzikim terrorze, na sianiu paniki. Nawiasem mówiąc Ben Gurion publicznie obarczył Begina odpowiedzialnością za tą i inne masakry i nazwał go „Menachemem Hitlerem”.

Przykładów na taki żydowski terroryzm mamy mnóstwo. Ponieważ niedawno obchodzili rocznicę tzw. powstania w getcie warszawskim, to przypomnijmy, że Izrael zrobił ze strefy Gazy ogrodzone drutem kolczastym więzienie dla dwóch milionów Palestyńczyków, przypominające warszawskie getto z czasów II wojny (z tą różnicą, że nie ma w nim żydowskiej policji), w którym wybuchło powstanie i które Izraelczycy likwidują – tak, jak Niemcy likwidowali getto warszawskie. Przed wojną spekulowano w Polsce, jak współżyliby Żydzi z innym narodem, gdyby mieli własne państwo. Dzisiaj nie musimy spekulować – już trzecie pokolenie Palestyńczyków doświadcza koszmaru tego współżycia, i skóra cierpnie na myśl, co będzie z nami, gdy Żydom uda się pomysł z Judeopolonią.

Trudno nie być „antysemitą”, gdy widzi się pełzające ludobójstwo w Gazie, które ma swoją nazwę – zbrodnia wojenna. Przy czy problemem nie jest Benjamin Netanjahu. Problemem są wszyscy Izraelczycy. Na jaw wyszedł skrzętnie dotychczas ukrywany sekret: większość Żydów w Izraelu to rasiści i faszyści czystej wody, bo 75 procent z nich twierdzi, że w Gazie nie ma niewinnych osób i trzeba głodzić i mordować palestyńskie dzieci, bo „to przyszli terroryści”.

„Rasiści ministrami”; „Faszyści tryumfują”; „Utworzyli rząd składający się z rasistów” – tak media w Izraelu pisały, gdy rządy objęła ekstremistyczna partia Netanjahu i koalicja trzech partyjek: rasistowskiej, fundamentalistycznej i ultranacjonalistycznej. Jeden z czołowych nowojorskich rabinów o ministrze resortu bezpieczeństwa powiedział: „Wódz Ku Klux Klanu prokuratorem generalnym”. Miał na myśli Itmara Ben-Gwira, który chce zaprowadzić w kraju etniczną segregację, deportację wszystkich Arabów oraz nawołuje do aktów terroru. Ministrem bezpieczeństwa narodowego został rasista Belzebub Smotrycz, który nie-Żydów nazywa „ludzkimi zwierzętami”. Z kolei Maja Golan, sprawująca w tym „rządzie jedności narodowej” funkcję ministra do spraw kobiet i równości chlapnęła: „Jestem osobiście dumna z holokaustu w Gazie i wiem, że za 80 lat będą opowiadać wnukom, co zrobili Żydzi”.

I tu refleksja: Czy nie powinniśmy zafundować temu faszystowskiemu państewku coś na kształt „arabskiej wiosny” (przy pomocy której szerzyli demokrację na Bliskim Wschodzie)? Czy Radek Applebaum nie powinien postulować w Parlamencie Europejskim wysłania do Izraela sił pokojowych, dla zaprowadzenia tam demokratycznych porządków? Czy nie mógłby zapytać, dlaczego rasista Izrael Katz, który oskarżył Polaków, że „wyssali antysemityzm z mlekiem matki”, ciągle zasiada w Knesecie? Czy nie mógłby zażądać usunięcia z Knesetu Ya’ira Lapida, który zaklinał: „Polskie obozy śmierci istniały i żadne prawo nigdy tego nie zmieni” oraz Naftaliego Bennett, który oskarżał: „Polacy współdziałali z nazistami przy Holokauście”?

Obelga „polski faszysta” to stara sprawdzona metoda antypolskich propagandystów i nie dziwi, że ucieka się do niej ambasador Izraela, „Wyborcza” oraz Czarzasty, bo wszyscy wywodzą się w prostej linii z żydokomunistycznych rodzin i wyssali to z mlekiem matki. W styczniu 2018 r. na łamach gazet całego świata widzieliśmy więcej swastyk, niż w hitlerowskich Niemczech. Z tym że to były swastyki w Polsce. Doszło do tego, gdy po emisji reportażu TVN o „polskich neonazistach wznoszących toast za Hitlera”, jak nakręcane małpki z pudełka wyskoczyli prezydent, premier i marszałek Sejmu, prześcigając się w pogróżkach wobec „propagujących w Polsce faszyzm”.

Mało tego – energicznie zabrali się za „antysemityzm Polaków”, którym jest krytyka Izraela. Jarosław Kaczyński ogłosił: „Dziś mamy nową wielką falę antysemityzmu, czasem zupełnie jawnego, czasem takiego cichego, dyskretnego koncentrującego się na atakach na państwo Izrael. Otóż pamiętajmy: Państwo Izrael jest można powiedzieć przyczółkiem naszej kultury w tamtym świecie, świecie z którym musimy współpracować i powinniśmy dążyć do tego, aby nasze sposoby myślenia i nasze ideały się zbliżały”. A co to oznacza? Ano, że częścią tej „kultury” jest mordowanie palestyńskich dzieci.

Nasi politycy, i to zarówno ci polscy jak i ci z Polski, mają wyrobiony tzw. odruch psa Pawłowa – na dźwięk słowa „antysemityzm” rzucają się do przepraszania Żydów i deklarują całkowitą eliminację „antysemityzmu Polaków”. Ale Żydów to nie cieszy. Dlaczego? Bo antysemityzm jest im potrzebny. Bo to nie przypadek, że różnymi metodami, świadomie, w sposób ostentacyjny wywołują antysemickie nastroje. Bo z polowanie na „antysemitów” zrobili sobie biznes i czerpią z niego ogromne zyski. I to im się z Berkowiczem udało. Ale to nie koniec, oni się dopiero rozkręcają.

Gdy w mediach na całym świecie opublikowano zdjęcie, na którym izraelski żołdak niszczy figurę ukrzyżowanego Chrystusa, oburzył się cały świat (w tym muzułmański Iran), ale nie Czarzasty i nie politycy w Polsce.  Tylko Radek Sikorski nieśmiało spiął się na X z izraelskim ministrem (bo taki był przekaz dnia z Brukseli). Na jego wpis zareagował Izraelczyk: „Sugestia, że zamiast pouczać innych o moralności, osobiście potępisz haniebny antysemicki incydent, jaki widzieliśmy w polskim parlamencie. Należy być ostrożnym w wygłaszaniu nieodpowiedzialnych wypowiedzi, które ostatecznie mogą prowadzić do niebezpiecznych konsekwencji”. Innymi słowy – zapiekły filosemita oskarżony został o… „antysemityzm”.

Słusznie oburzamy się na ingerencję ambasadora USA, chociaż to przedstawiciel mocarstwa, które gwarantuje Polsce bezpieczeństwo i może sobie na więcej pozwolić. Ale dlaczego na to pozwalamy, gdy robi to ambasador gównianego upadłego państwa, z nikłą tradycją państwowości, rządzonego przez komika osadzonego na prezydenckim stolcu przez oligarchę, który znajduje się na listach gończych FBI? Ambasador Ukrainy zamieścił na FB wpis: „28 kwietnia, w 79. rocznicę oddajemy hołd wszystkim ofiarom zbrodni przeciwko ludzkości, skierowanej na wynarodowienie Ukraińców w Polsce – akcji „Wisła”. W dalszej części wpisu napisał, że w wyniku tych działań „około 140 tysięcy Ukraińców zostało deportowanych z ojczystych południowo-wschodnich regionów Polski”. Czyli dwa w jednym: Oskarżył Polaków o ludobójstwo i zgłosił wobec Polski roszczenia terytorialne!

Ukraińscy dyplomaci stosują podobne do żydowskich metody: Żydzi wysyłają w świat kłamstwa o „polskich obozach”, a Ukraińcy o „polskich obozach koncentracyjnych dla Ukraińców”, i jako przykład podają funkcjonujący po wojnie obóz w Świętochłowicach. Tymczasem w łagrze tym przetrzymywano bandytów z UPA wyłapanych w trakcie operacji „Wisła”, łagier ten nie był polskim, lecz żydowskim obozem śmierci, gdzie z niezwykłym bestialstwem mordowani byli przede wszystkim Polacy, którego komendantem był Salomon Morel, szefem więziennictwa w Katowicach Szyja Wassersturm, prokuratorem Mietek Rosenkranz, a szefem MO w pobliskim Będzinie Jurek Furstenfeld.

Dlaczego w ogóle doszło do tego, że Wasyl Bodnar jest ambasadorem w Polsce? Skąd tyle pobłażliwości wobec osobnika, który głosi roszczenia terytorialne do 1/3 terytorium Polski? Dlaczego on i jego wszyscy poprzednicy to banderowcy? 2 maja z okazji rocznicy powołania SS Galizien ulicami Lwowa (w którym banderowcy od zawsze podśpiewują sobie „Pamiętaj Lasze, co do Wisły nasze”) przeszedł marsz, na którym pojawiły się swastyki, hitlerowskie mundury, nazistowskie insygnia, w tym emblematy jednostek Waffen SS. Marszu nie potępił ambasador Polski. Wody w usta nabrał Radek Sikorski. Milczał strachliwie Sejm, Senat i „Gazeta Wyborcza”.

Podsumujmy: Konrad Berkowicz nie powiedział nic nowego, bo za ludobójstwo w Gazie Międzynarodowy Trybunał Karny od dawna ściga premiera Izraela. Powiedział tylko głośno kilka słów prawdy o zbrodniach, o których od dawna donoszą media na świecie. Jego wystąpienie nie było propagowaniem faszyzmu, ale było wymierzone w faszyzm. Nie było poparciem dla faszyzmu, ale walką z faszyzmem.

Jaką Berkowicz popełnił zbrodnię? Jaka była jego wina? Przecież nie jest zbrodniarzem wojennym, w przeciwieństwie do Netanjahu, który przysłał do Warszawy Jakuba Finkelsteina. Przecież nie sprofanował publicznie krzyża i nie podpalił kościoła. Przecież nie jest wnukiem funkcjonariusza UB, który torturował i mordował Polaków. Nie rozkrada Polski. Nie zadłuża Polaków na miliardy euro. Nie bierze od ministry kultury grantów na badanie polskiego antysemityzmu i na nakręcenie antypolskiego filmu.

Potraktowanie Berkowicza jest ostrzeżeniem, czym posłowie na Sejm nie mogą się zajmować i testem, jak daleko można się posunąć w terroryzowaniu i dyscyplinowaniu Polaków. Czarzasty i jego sejmowa ferajna to, na przemian, słudzy narodu izraelskiego i narodu ukraińskiego, ale nie narodu polskiego. Posłów mają wybierać Polacy, a ci (niestety nieliczni) polscy posłowie powinni żądać wydalenia z Sejmu Barbarę Nowacką za jej słowa: „Polscy naziści zbudowali obozy, które były obozami pracy, a potem stały się obozami masowej zagłady”.

Na koniec kilka pytań: Co robić, żeby polscy posłowie byli oceniani przez Polaków, a nie przez izraelskiego ambasadora? Czy w przypadku marszałka Sejmu nie mszczą się zaniechania z dekomunizacją, ale nie z podsuwanym przez żydokomunę pytaniem, gdzie kto był – tylko, co robił, czy nie miał ojca, który sądził w sądach kapturowych lub dziadka, który strzelał Polakom w potylicę? Dlaczego przejmują się tym, co o nich mówią Żydzi a nie tym, co o nich mówią Polacy? Dlaczego tak potulnie rząd Tuska przyjął uchwałę ws. przeciwdziałania antysemityzmowi, która w sposób oczywisty ma na celu „dorżnięcie watahy” i zaciśnięcie pętli na szyi nie tylko Berkowicza, co wszystkich, którym nie podoba się Netanjahu? Dlaczego biorą w tym udział, przecież prędzej czy później też się za nich wezmą i też pokażą w telewizjach, prowadzonych w więziennych klapkach, na oczach gawiedzi, na posterunek prokuratury?

Krzysztof Baliński

ONI JUŻ TU SĄ. Baliński.

ONI JUŻ TU SĄ

Krzysztof Baliński

Radek Sikorskibardzo ucieszył sięz wykresu, który pokazuje wzrost liczby wniosków o polski paszport, składanych w polskim konsulacie w Tel Awiwie. Uznał, że to przejaw braku antysemityzmu: „Następnym razem, gdy ktoś na świecie powie, że Polska jest krajem antysemickim, pokażę mu ten wykres”. I, jak zwykle, mylił się gruntownie, bo „antysemityzm” Polaków to wymysł Żydów, a za to antypolonizm Izraelczyków jest zjawiskiem powszechnym, zwłaszcza wśród ubiegających się o polski paszport. Mylił się także dlatego, że zabieganie Żydów o polski paszport nie jest dowodem, że uznali Polskę za kraj filosemicki. Bo to tak, jakby tłumaczyć napływ murzynów z Afryki ich miłością do polskiej poezji. Oznacza tylko tyle, że uznali Polskę za kraj tak słaby, że przy pomocy pałki antysemityzmu, łatwo stworzą sobie w nim żerowisko.

„Ukryty koszt wojny: Ponad 125 000 Izraelczyków wyemigrowało” – takimi nagłówkami alarmowała „Times of Israel”. Gazeta opierała się na raporcie Knesetu, według którego to największa w historii kraju strata kapitału ludzkiego, a powodem jest ​​wojna z Hamasem. „To nie jest fala emigracji, to tsunami” – podsumował przewodniczący komisji Knesetu. Po wybuchu wojny w Zatoce, nie ujawnili najnowszych danych. Mieliśmy za to filmowe migawki z lotniska Ben Gurion, które świadczą, że „tsunami” to mało powiedziane. Gdy rakiety irańskie uziemiły loty, Izraelczycy pędzili na złamanie karku na południu do Ejlatu, następnie wszelkim dostępnymi środkami komunikacji na egipskie lotnisko Szarm el-Szejk, a stamtąd do Europy. I wiele wskazuje na to, że wybrali Polskę.

Przeprowadzony jeszcze przed wojną z Iranem sondaż wykazał, że 34 procent Izraelczyków rozważa ucieczkę z kraju. To prawie 3 mln ludzi! A co po eskalacji wojny, gdy irańskie rakiety skutecznie lądowały w Hajfie i Tel Awiwie, gdy uciekali z pola walki i tchórzliwie chowali się w schronach? Na pewno mają miejsce kolejne fale uchodźców, rozglądających się za bezpiecznym schronieniem. Gdzie uciekną, jak nie do Polski, jedynego bezpiecznego kraju? Bo emigracja do Niemiec czy Francji nie zapewnia bezpieczeństwa, zwłaszcza po wzroście nastrojów antyżydowskich na całym świecie. A pomocne będzie w tym podwójne obywatelstwo, bo wiedzieć trzeba, że polskie paszporty ma już 200 tysięcy Izraelczyków.

Skąd ta liczba?Jak wynika z danych Urzędu Wojewody Mazowieckiego, w ostatnich latach liczba obywateli Izraela ubiegających się o polskie paszporty wzrosła czterokrotnie. W 2022 r. o polskie obywatelstwo ubiegało się 4 tysiące obywateli Izraela, W 2024 (po ataku Hamasu) liczba ta wzrosła do 8,5 tysiąca. Tylko w latach 2015-17 „Polakami” zostało 10 820 Izraelczyków. W ciągu ostatnich 15 lat tylko w polskim konsulacie w Tel Awiwie zatwierdzono ponad 28 tysięcy wniosków o przyznanie polskiego obywatelstwa, co stanowi wzrost o 250 % w porównaniu z latami poprzednikami. Przy czym mowa tylko o jednym urzędzie, a wnioski można składać we wszystkich konsulatach na świecie i bezpośrednio u każdego z 16 wojewodów.

Mazowiecki Urząd Wojewódzki podaje, że w styczniu liczba obywateli Izraela ubiegających się o polski paszport wzrosła czterokrotnie. Oficjalnie deklarują chęć podjęcia w Polsce pracy lub studiów, ale reprezentujące ich kancelarie prawne nie ukrywają – chodzi o możliwość opuszczenia Izraela, gdy sytuacja stanie się niebezpieczna. Jest jeszcze inny powód – nasz paszport stał się bardzo atrakcyjny nie tylko z uwagi na możliwość zamieszkania w Polsce, ale także dlatego, że pozwala na wjazd bez wizy do wielu państw świata, w tym Izraelowi nieprzyjaznych.

Ilu Żydów ma dziś polskie obywatelstwo? Do tych z Izraela doliczyć trzeba tych, którzy o polskie obywatelstwo występowali, jako obywatele różnych państw i statystyki ich nie wyszczególniają. Tu rąbek tajemnicy uchylił nieopatrznie inkryminowany Radek, który w Senacie oświadczył: „Ja uważam – i wiem, że w marginalnej prasie to, co w tej chwili mówię, będzie odsądzone od czci i wiary, że jeżeli dzisiaj na przykład amerykańscy Żydzi zaczynają się starać o polskie paszporty – wydajemy 25 tysięcy polskich paszportów w USA – to to jest dobrze, a nie źle”. Polskie władze nie są w stanie podać precyzyjnej liczby. A może nie chcą? Przypomnijmy sobie, jak zareagowali na interpelację posła Korony, ilu w polskim rządzie ma obce obywatelstwo. A może nie chcą także dlatego, że wielu z rządzących ma podwójne obywatelstwo?

Nie zapominajmy też, że niezwykle sprawnie przebiega akcja rozdawania polskich paszportów Żydom „wypędzonym” z Polski w marcu 1968. Robi to nie tylko Sikorski. Akcję rozruszał Aleksander Kwaśniewski, a tempa nabrała za Lecha Kaczyńskiego, który obywatelstwo przywrócił 15 300 „ofiarom polskiego antysemityzmu”, i który osobiście i ostentacyjnie akt przywrócenia obywatelstwa wręczył synom Oskara Szyji Karlinera, szefa stalinowskiego Zarządu Najwyższego Sądu Wojskowego, z którego udziałem ferowane były wszystkie wyroki śmierci na polskich patriotach, i który doprowadził do takiego opanowania stanowisk w tym zarządzie przez oficerów żydowskiego pochodzenia, że instytucję nazywano „Najwyższym Rabinatem Wojska Polskiego”.

Z nie mniejszą werwą akcję kontynuował Tusk. W lutym 2008 r. jego minister zadeklarował, że podlegli mu wojewodowie będą potwierdzać obywatelstwo „szybko i bardzo szybko”, a procedura ma być „wręcz błyskawiczna”. Tuska w tym samym czasie zapowiedział wielki powrót Polaków z emigracji. Ale nie do końca był szczery, bo miał na myśli „Polaków” z Tel Awiwu i Nowego Jorku, którym jego minister rozdawał paszporty in blanco. Żywymi tego przykładami są Lejb Fogelman, Michael Schudrich i Szalom Dow Ber Stambler, bohaterowie chanukowych ceremonii w Sejmie. Przypomnijmy też, że Duda nawiązywał do tej akcji, bredząc o „Rzeczpospolitej Przyjaciół” i wykrzykując „Tu jest Polin”.

Ale to nie wszystko – na izraelskich „uchodźców” czekają w Polsce tłuste emerytury. Bo okazuje się, że kraj miodem i mlekiem płynący zapewnia „uchodźcom” z Izraela warunki, o których rdzenny Polak może tylko pomarzyć. Otóż 22 listopada 2016 r. zawarto z Izraelem umowę o zabezpieczeniach społecznych, a w niej takie smaczki: emerytury i renty wyliczone w Izraela są wypłacane przez ZUS w Polsce; strona polska nie ma prawa weryfikować wiarygodności przedkładanych przez stronę izraelską wniosków emerytalnych. Jaki był zatem ukryty cel umowy, jeśli nie zachęcanie do osiedlania się w Polsce i most finansowy dla „uchodźców” z Izraela?

Przypomnijmy, że za rządu Mazowieckiego czymś w rodzaju mostu powietrznego przerzucono do Izraela przez warszawskie lotnisko Okęcie, w tajnej operacji o kryptonimie „Most”, kilkaset tysięcy sowieckich Żydów, przedstawianych, jako prześladowanych „uchodźców” z ZSRR. Operacja sfinansowana została z pieniędzy ukradzionych Polakom przez Bagsika i Gąsiorowskiego. A jaki ma to związek z tematem tego tekstu? Otóż, inkryminowani do Izraela przybyli bezpośrednio z Polski, i zgodnie z obowiązującymi konwencjami międzynarodowymi i unijnymi mają prawo do Polski wrócić. Na przykład w ramach odwróconej operacji „Most” i też za pieniądze ukradzione Polakom.

Dlaczego Polacy nie wiedzą, jaka jest skala rozdawania obywatelstwa? Wiemy tylko, że w 2024 r. otrzymała je rekordowa liczba cudzoziemców (i że prawa obywatelskie uzyskało 40 tysięcy Ukraińców). Rzeczywista liczba nowych „Polaków” jest jednak wielokrotnie wyższa. Liczby nie obejmują bowiem tych, którzy uzyskali obywatelstwo drogą procedury „Przywrócenie obywatelstwa polskiego”, czyli uzyskania obywatelstwa przez potwierdzenie, że ma się przodków, którzy posiadali polskie obywatelstwo. To ta procedura sprawia, że uzyskanie naszego obywatelstwa przez Żyda jest bardzo proste, a przeszkody administracyjne łatwe do pokonania. Ilu Żydów zostało w ten sposób „Polakami”? Nie wiemy, ale musi być ich o wiele więcej niż beneficjentów tradycyjnych sposobów uzyskiwania obywatelstwa. Często są to osoby, które nie mają nic wspólnego z Polską, poza przodkami, którzy koczowali niegdyś na ziemiach Rzeczypospolitej, w tym Litwacy przesiedleni tam przez władze carskie i osoby, których przodkowie opuścili ziemie polskie jeszcze w XIX wieku.

Polska przyjęła miliony Ukraińców to, dlaczego nie miałaby przyjąć kilkuset tysięcy Izraelitów?Przyjmowanie „uchodźców wojennych”, obdarzanie przywilejami, żeby tu zostali na zawsze, zamienianie ich w osadników i nadawanie obywatelstwa i stwarzanie sytuacji nie do odkręcenia, przećwiczyli już na przykładzie „uchodźców” z Ukrainy. Jeśli powiążemy to z kolejnymi falami przesiedleńców z Ukrainy i relokacją uchodźców z Niemiec, to możemy smutnie skonstatować: Podmiana narodu polskiego trwa w najlepsze.

Przyjrzyjmy się innym faktom, które będą temu sprzyjać. W Polsce znajduje się około 1 miliona mieszkań pozostających w dyspozycji „międzynarodowych funduszy inwestycyjnych”, które (niby, jako lokata kapitału) stoją puste i bez problemu mogą zostać błyskawicznie zasiedlone. Dodajmy do tego, że większość firm deweloperskich operujących w Polsce to kapitał izraelski, a oddział Chabad w Polsce wyspecjalizował się w nieruchomościach. W Polsce czekają na nich nie tylko mieszkania, ale mienie pożydowskie. Przypomnijmy, że jedną z legalnych metod odzyskiwania majątku jest polskie obywatelstwo i że po przyjęciu w amerykańskim Senacie ustawy S447 nastąpił skokowy wzrost wydawania Żydom polskich paszportów.

Na witrynieRady Ministrów ukazał się tekst uchwały ws. Krajowej Strategii przeciwdziałania antysemityzmowi i wspierania życia żydowskiego. W kościołach odczytano list Konferencji Episkopatu Polski, który zarzuca Polakom „deficyt miłości do Żydów”. Dwa dokumenty tylko pozornie nie mające nic ze sobą wspólnego. W rzeczywistości to skoordynowana, zaplanowana, mająca wspólny mianownik akcja dekretująca i nakazująca Polakom kochać „naród wybrany”, przygotowująca Polaków na przyjęcie przesiedleńców z Izraela.

Jak się zachowa Tusk wobec żydowskich przesiedleńców? To wiemy – zrobi to, co każe mu kanclerz Niemiec. Jak zachowa się Kaczyński? Też wiemy, bo jest autorem słów: „Izrael to przyczółek naszej cywilizacji”. A jak Karol Nawrocki? Ponieważ wiemy, że ma małe rozeznanie w światowej polityce, to jest rzeczą pewną, że tak, jak podpowiedzą mu doradcy. Niedawno dołączył do nich Michał Dworczyk, który poza tym, że odpowiadał w rządzie Morawieckiego za covidowy zamordyzm i jako pełnomocnik ds. Narodowego Programu Szczepień zakontraktował 64 mln szczepionek Pfizera za ponad 6 miliardów, był hersztem lobby ukraińskiego w rządzie i ponosi odpowiedzialność za transformację etniczną Polski. To on złowieszczo zapowiedział „uproszczenie procedur i możliwości związanych z osiedleniem się w Polsce wszystkich potomków mieszkańców I i II Rzeczypospolitej” (którą, poza Polakami, zamieszkiwali Rusini i Żydzi oraz potomkowie Ukraińców służących w SS Galizien i wnuk Romana Szuchewycza). To on grał pierwsze skrzypce w akcji przesiedlenia kilku milionów Ukraińców do Polski i rozdał na ten cel 40 miliardów. To z jego inicjatywy powstała ustawa, która zachęca Ukraińców do osiedlania się w Polsce. Krótko mówiąc, to jemu zawdzięczamy to, że ukraińska ośmiornica oplata Polskę coraz gęściej. Powrót Dworczyka jest tym bardziej znamienny, że to prawa ręka Morawieckiego, który w PiS i w ogóle reprezentuje najbardziej judaizujące kręgi.

Mówiąc o Dworczyku i jego proimigracyjnych wyczynach, nie sposób pominąć Pawła Szefernakera, szefa gabinetu prezydenta, który jako wiceminister spraw wewnętrznych ogłosił: „Ukraińcy, którzy po rozpoczęciu rosyjskiej inwazji przybyli do Polski, mogą od 1 kwietnia występować o pobyt stały w Polsce i tym samym o polskie obywatelstwo”. To on wraz z Dworczykiem wprowadził do propagandy nowy element (obok tego, że Ukraińcy bronią nas przez Ruskimi i ratują naszą gospodarkę): Musimy być Ukraińcom wdzięczni, że ratują demografię.Innymi słowy, wynalazł wielce oryginalny sposób zaradzenia problemowi wymierania Polaków – Sprowadzanie Ukraińców i rozdawanie polskich paszportów Żydom.

Nawrockiego otoczyli się (lub raczej otorbili) też chrześcijańscy syjoniści – jak to woli – judeochrześcijanie. Szef BBN wyraża radość z zabicia przywódcy państwa, z którym mamy od kilkuset lat stosunki dyplomatyczne. Szef Biura Polityki Międzynarodowej namawia prezydenta do mówienia o „prześladowaniu chrześcijan przez Iran” i uważa, że w konflikt w Zatoce powinniśmy zaangażować się czynnie”. Jeszcze inny owoc takiego doradzania: Na CPAC w Dallas prezydent jedzie tylko po to, żeby (oprócz poinformowania Amerykanów, że „Polacy nienawidzą Rosjan”, czyli że nie zgadzają się z polityką Trumpa wobec Rosji) ględzić o „braterstwie broni w Iraku i Afganistanie”, podczas gdy sam Trump wielokrotnie mówił: „Ponieśliśmy tam sromotną klęskę”.

Polskie obywatelstwo oznacza czynne prawo wyborcze i tym samym radykalną zmianę na polskiej scenie politycznej, Oznacza też bardzo szybkie oczyszczenie przedpola do masowego osadnictwa żydowskiego w Polsce, a później do wprowadzania w życie planu „Rzeczpospolitej Przyjaciół”. Czy Polacy są gotowi na takie zmiany? Czy są świadomi, że coś wisi w powietrzu, że coś się świeci, że coś knują?

Panie Prezydencie: Żadnego kajania się! Wstać z ringu! Otrzepać się! Czas najwyższy na wprowadzenie wiz dla obywateli Izraela, na wstrzymanie taśmowego wydawania polskich paszportów i anulowanie już przyznanych (celem wyjaśnienia poprawności ich nadania). Przy tym nie są tu potrzebne tylko ustawy, ale… odwaga. Niech inspiracją będą słowa Romana Dmowskiego: Polska może się układać z każdym na arenie międzynarodowej, z każdym państwem i każdą organizacją. Jednak z ośrodka, który wytwarza polską myśl polityczną, należy wypchnąć wszelkie wpływy zewnętrzne, uzależnienia agenturalne, ideologiczne, finansowe”.

Krzysztof Baliński

NIEDALEKO PADA JABŁKO OD JABŁONI. Baliński.

NIEDALEKO PADA JABŁKO OD JABŁONI

Krzysztof Baliński

Gdy pierwszego dnia agresji zginęło 175 irańskich dziewczynek, zapytany o to Władysław Teofil Bartoszewski stwierdził: „Natomiast jeśli chodzi o tę szkołę, to akurat tak się składa, że to nie izraelski pocisk ją zniszczył”. „Tylko amerykański?”- dopytywał dziennikarz. „Nie, tylko irański. To irański pocisk trafił w szkołę. Takie mamy informacje”. I nie ważne, że pojawiło się mnóstwo dowodów na to, że to nieprawda. Nieważne, że potwierdził to nawet żydowski „New York Times”.

„W Strefie Gazy Izrael zbombardował 90 procent szpitali. Czy w końcu pan przyzna, że dokonuje zbrodni przeciwko ludzkości?” – takie pytanie od widza przeczytał prowadzący rozmowę. „Nie. Nie dokonuje” – odpowiedział, i po chwili dodał: „Benjamin Netanjahu nie jest zbrodniarzem wojennym”. I w tym przypadku reakcją było oburzenie: Jesteś pan podłym kłamcą. Wstyd i hańba. Izrael dokonał ludobójstwa w Strefie Gazy, terroryzuje Palestyńczyków, napadł na Iran, a ty kłamiesz! Kto mu dostarcza informacje? Nie wiem, ale się domyślam”. I rzeczywiście – ktoś, kto powiela kłamliwe tezy kraju oskarżonego o zbrodnie, przestaje być dyplomatą, staje się urzędnikiem obcego państwa i mamy prawo zapytać: Kogo reprezentuje w polskim MSZ, Państwo Polskie czy Izrael? I jeszcze jedno: Gdy Izrael mordował Palestyńczyków, Teofil raczył nas cymesami: „Żydzi są naszymi braćmi. Musimy się z państwem Izrael identyfikować”.

To nie pierwsza haniebna wypowiedź Żyda pełniącego ważną funkcję w polskim MSZ. To nie pierwszy raz wiceszef polskiej dyplomacji powiela obcą propagandę. Pytany o otwartą w polskim Lwowie „wojskowo-patriotyczną szkołę Banderowiec”, nie tylko usprawiedliwiał Ukraińców, ale  buńczucznie oświadczył: „Z całą pewnością nie będziemy wzywać ambasadora Ukrainy”. I te słowa także doczekały się komentarzy: „To wstyd i hańba. To wybielanie zbrodniczej ideologii (…) A gdyby w Berlinie powstała szkoła ‘Hitlerowiec’, też nie byłoby reakcji MSZ?”.

W polityce nie zawsze  mówi się prawdę. Ale nawet wtedy są granice przyzwoitości. Tu przypomnijmy słowa ojca Teofila: „Warto być przyzwoitym, choć nie zawsze się to opłaca. Opłaca się być nieprzyzwoitym, ale nie warto”. Teofil uznał jednak, że nieprzyzwoitość się opłaca. Z tym, że jego wypowiedzi nie tylko są nieprzyzwoite, ale szkodzą wiarygodności państwa i rządu.

Godnym następcą ojca jest także z innego powodu – chorobliwej pazerności. Prof. Andrzej S. Ciechanowiecki założył Fundację Zbiorów im. Ciechanowieckich (wyposażyła Zamek Warszawski w 3 tysiące dzieł sztuki) oraz prywatną fundację o łacińskiej nazwie Non Omnis Moriar, do której przekazał swój majątek. Teofil, którego Ciechanowiecki był ojcem chrzestnymi i sfinansował studia w Cambridge, założył spółkę o żydowskiej nazwie Max and Max Limited, sprzeniewierzył powierzony mu w zarząd majątek, a za przywłaszczone pieniądze kupił kilka apartamentów.

Kiedy jego dobroczyńca odkrył oszustwo i rozczarowany chrześniakiem zażądał zwrotu pieniędzy, Teofil prezesem spółki mianował żonę, przekazał jej wszystkie udziały, spółkę rozwiązał, apartamenty sprzedał i kupił 600-metrowy dworek wraz z 11-hektarową działką. Ale to nie koniec problemów z Teofilem, bo: sąd wycenił przekręt na 17 milionów, sąd rejonowy w Wołominie zablokował księgę wieczystą nieruchomości, prokuratura bada przepisanie majątku na żonę.

Trwa zmowa milczenia wobec wyroku sądu. Milczą przełożeni Teofila – Donald i Radek. Milczy Władek, bo wiedzieć trzeba, że Teofil jest członkiem PSL, do którego przystąpił, gdy z poręki partii dostał się do Sejmu. Zareagował jedynie bloger: „Ja pierdolę?! Naprawdę?! Nikomu to nie przeszkadza?!”. A my pytamy: Czy człowiek o poglądach członka szowinistycznej izraelskiej partii, wyraża oficjalne stanowisko PSL? Nawiasem mówiąc, członkiem PSL był także ojciec Teofila, i pytanie, czy Teofil godnie reprezentuje Kosiniaka-Kamysza, powinny poprzedzić pytania: Czy idiotyzm jest dziedziczny? Czy dyplomacja (i cały rząd) wpadła w ręce idiotów? Nie od rzeczy będzie też przytoczyć żydowskie przysłowie: Jeśli ktoś wygląda jak idiota, mówi jak idiota to na pewno jest idiotą.

W 1980 roku Teofil, ot tak sobie, wyjeżdża do Anglii. Szybko uzyskuje stopień doktora w dziedzinie antropologii kulturowej. Zostaje nauczycielem historii Żydów na Uniwersytecie Londyńskim oraz dyrektorem Instytutu Studiów Polsko-Żydowskich w Oksfordzie. W latach 1991-2006 jest konsultantem (i członkiem zarządu) spółek giełdowych w brytyjskiej firmie Central Europe Trust, gdzie nadzorował projekty w sektorze telekomunikacyjnym i energetycznym. Zostaje dyrektorem na Polskę w banku JP Morgan i dyrektorem Credit Suisse w Polsce, a potem prezesem zarządu Domu Maklerskiego PGE oraz wiceprezesem zarządu Exatel (spółki skarbu państwa, dostawcy technologii telekomunikacyjnych i cyberbezpieczeństwa, właściciela największej sieci telekomunikacyjnej w Polsce). I nikogo nie dziwiło, że wszystkie te fuchy sprawował historyk, antropolog kultury!

I jeszcze jedno – w Sejmie wszedł w skład Komisji do Spraw Energii i Aktywów Państwowych. I gdy Teofil na mównicy sejmowej kiwa się w takt muzyki klezmerskiej, to przypominają się słowa jego ojca (który Teofila wydziedziczył!), inspirowane jakoby mądrością ludową: „Bierz, kiedy dają, tańcz, kiedy grają, uciekaj, kiedy gonią, klękaj, kiedy dzwonią”. I narzuca się pytanie: Czy skłonność do geszeftów jest dziedziczna? Tu pamiętać trzeba, że Niemcy sprawnie zbudowali w Polsce swoje lobby nie poprzez przedstawicieli mniejszości niemieckiej, ale żydowskiej, ludzi o żebraczym usposobieniu, kupionych za niemieckie srebrniki. Jednym ze sposobów jest zapraszanie do wygłaszania prelekcje, które są okazją do korumpowania prelegentów. Jednym z nich był ojciec Teofila. Ile na tym zarobił, nie wiemy. Wiemy natomiast, że UOP przesłał do MSZ trzy raporty nt. zagrażającego bezpieczeństwu państwa zachowania Janusza Reitera, ambasadora RP w Niemczech z poręki Bartoszewskiego, który za „wykłady” zarabiał trzykrotnie więcej, niż wynosiło jego ambasadorskie uposażenie.

Innym sposobem jest przyznawanie nagród i medali, a właściwie związanych z nimi gratyfikacji pieniężnych. Tu modelowym przykładem był „otoczony szczególnym szacunkiem w Niemczech” ojciec Teofila, który przyjął złoty medal Gustawa Stresemanna, kanclerza Niemiec i polakożercy. I w tym miejscu warto przypomnieć słowa Prymasa Tysiąclecia:„Nie ma polskiej polityki za niepolskie pieniądze”. A co do „prelekcji”, to nigdy nie ma w nich krytycznego słowa pod adresem gospodarzy. Mnóstwo natomiast o ksenofobii Polaków i ich współudziale w eksterminacji Żydów. Ojciec Teofila twierdził, że „w czasie okupacji bardziej bał się Polaków niż Niemców” a „Polacy to ochrzczony motłoch”. Teofil uważa, że premier Izraela nie popełnia zbrodni, a „Żydzi są naszymi braćmi i musimy się z państwem Izrael identyfikować”. A my pytamy: Czy Teofil za korzyści osobiste jest gotów, jak ojciec, mówić wszystko? I czy w jego przypadku nie jest trafnym powiedzenie: Niedaleko pada jabłko od jabłoni?

Niemieckie lobby to także aktywa niemieckich służb specjalnych. Okazało się, iż wiele osób wyselekcjonowanych przez ojca Teofila na odcinek niemiecki miało kłopoty lustracyjne. Znawcy archiwów PRL-owskiej bezpieki mówili z pełnym przekonaniem, iż w 1954 r. podjął wobec departamentu I MSW zobowiązanie do zdawania szczegółowych relacji ze swych podróży po RFN, w większości sponsorowanych i opłacanych przez MSW. Po 1989 r. wykazał się dużym zapałem lustracyjnym i dekomunizacyjnym. Ale nie było tego widać podczas urzędowania w MSZ i wcześniej na placówce w Wiedniu, gdzie dbał o przedstawicieli bezpieki, a po powrocie do kraju zatrudnił ich i ich żony w MSZ. Inna sprawa, że ci odwdzięczali mu się pisaniem na niego raportów do UOP.

Był zdecydowanym zwolennikiem, by Sikorski objął tekę szefa resortu dyplomacji. Tusk (mimo iż wiedział o afiliacjach Radka z brytyjskim MI6) chciał mu początkowo dać resort obrony, ale pomogła interwencja Władysław Bartoszewskiego, który zresztą publicznie to przyznał: „To był mój pogląd, że jest to najodpowiedniejszy kandydat, tego poglądu do dzisiejszego dnia nie zmieniłem”. Gdy Bartoszewski został ministrem, zawzięcie bronił ambasadorów mianowanych przez swego poprzednika TW „Buyer” i otwarcie manifestował wrogość do lustracji i dekomunizacji. Odchodząc z MSZ, z rozrzewnieniem wspominał: „Ambasadorami zrobiłem takich PZPR-owców, którym za komuny nawet by się to nie śniło” i szczycił się: „W ciągu 15 miesięcy mianowałem 47 ambasadorów, dzięki dobrej współpracy z A. Kwaśniewskim. Tylko trzech pracowników odwołałem, ale z nowej kadry, w tym jednego z ZChN. Zostawiam MSZ w dobrym stanie”.

Władysław Bartoszewski przez lata był „na utrzymaniu” Marion Dehnhoff, u nas przedstawianej, jako główna postać pojednania niemiecko-polskiego. Tymczasem prasa niemiecka ujawniła, iż hrabina była agentką Urzędu Ochro­ny Kon­sty­tu­cji, czyli niemieckiej bezpieki. Teofil przez lata był na utrzymaniu Żydów, jako dyrektor w Instytucie polsko-żydowskim w Londynie. Radek Sikorski wygadał się, że Instytut „pomagał organizować” jego serdeczny londyński przyjaciel Maciej Jachimczyk, stypendysta organizacji „Church In Need”, powołanej w celu niesienia pomocy prześladowanym po drugiej stronie żelaznej kurtyny chrześcijanom. Radek nie dopowiedział jednak, że Maciej przeszedł na islam, że w latach 90. był szefem Ośrodka Czeczeńskiego w Krakowie i że UOP uznawała go za człowieka związanego z rosyjskimi służbami, zagrażającego bezpieczeństwu Polski (a w tym samym czasie rosyjski „Kommiersant” kpił: „Sikorski włączył do resortu ludzi, którzy kształcili się w radzieckich akademiach wojskowych, więc mogli być związani z rosyjskimi służbami specjalnymi”).

Teofil Bartoszewski nie dostał od ABW poświadczenia bezpieczeństwa (które daje dostęp do tajnych dokumentów), a mimo to został wiceministrem. Ma też (tak, jak Radek) podwójne obywatelstwo. Mamy zatem prawo zapytać: Dla kogo pracuje i czy skłonność do obcych wywiadów jest dziedziczna?

Mamy też prawo znać przeszłość takich ludzi i postawić pytanie: Kim jest Teofil? Ojciec utrzymywał, że był synem urzędnika bankowego. Z kręgów ojca chrzestnego Teofila, potomka kresowej rodziny ziemiańskiej dotarło, że pierwotnie nazywał się Bartosiak i pochodził ze wsi Żaby, gdzie był lokajem na miejscowym dworze. Ursynowsko-natoliński tygodnik „Pasmo” z 18.09.97 r. w rubryce „Wierzcie nie wierzcie” relacjonował, iż na zorganizowanym przez Unię Wolności w parku przy stacji metra Natolin festynie wyborczym „Bartoszewski z werwą opowiadał na estradzie […] w b. ciekawym wątku osobistym o swoim dzieciństwie w biednej rodzinie żydowskiej”.

Sam Bartoszewski przyznał w Knesecie: „Polska to ewenement. Proszę wskazać inny kraj w Europie, w którym trzech szefów dyplomacji było żydowskiego pochodzenia, jeden ma honorowe obywatelstwo Izraela, a obecny ma żonę Żydówkę”. W zakres kompetencji Teofila weszły relacje z diasporą żydowską i nadzór nad urzędem pełnomocnika ds. kontaktów z diasporą żydowską, który powołał jego ojciec. No i pierwszą żoną starego Bartoszewskiego, a matką Teofila była starsza od męża o siedem lat Antonina Mijal, bratanica znanego działacza Komunistycznej Partii Polski ( i później PPR) Kazimierza Mijala. Bądźmy jednak obiektywni – żona Teofila to czysty typ aryjski, bo jej pradziadkiem był pruski generał Helmuth von Moltke.

Pora zatem zawołać: Jeśli tak wygląda minister twojego kraju, to już dawno nie jest to twój kraj! Ojciec Teofila jest autorem obowiązującej do dziś dyplomatycznej doktryny: „Polska to panna stara, brzydka i bez posagu”. Tymczasem swoim szkaradnym semickim wyglądem (jednym z jego pseudonimów w MSZ był – „nietoperz”) naruszał powagę urzędu. Brak mu było też najzwyklejszej schludności. Liche garnitury wiszące na nim jak na drucianym wieszaku, kołnierz marynarki odstający od karku na szerokość pięści. Nie tylko nosił byle co, ale pachniał, czym zjadł. Niekorzystny wizerunek pogarszał sposób mówienia – wrzeszczał, ślinił się, a nawet pluł. Trzeba mu jednak oddać sprawiedliwość, w obecności Żydów spisywał się na medal – przywdziewał elegancką, atłasową jarmułkę. No i mamy to, co mamy: na dyplomatycznych salonach bryluje syn „nietoperza” i pupilek Bartoszewskiego, dżentelmen z Chobielina o wyglądzie fryzjerczyka. Bo przełożony Teofila ma nietypową urodę: kałmuckie rysy, zapuchnięte ponure oczy, przetłuszczone włosy, niewyprasowane i poplamione spodnie.

Człowiek zaczyna się przedstawiać zanim otworzy usta. Znalazło to wyraz w powiedzeniu:Jak cię widzą tak cię piszą. U dyplomaty ważne, co mówi, ale nie mniej ważny jest wygląd. To profesja wybitnie reprezentacyjna. Staranność ubioru dyplomaty jest przejawem szacunku, bylejakość oznacza lekceważenie partnerów. Niechlujny wygląd to także sygnał – ten człowiek nie radzi sobie z sobą, więc nie poradzi sobie z zadaniem, które ma wykonać. Dyplomaci i w ogóle ludzie piastujący stanowiska publiczne muszą przy tym pamiętać, że występują nie tylko w swoim imieniu, lecz państwa, nas wszystkich. Tu zacytujmy francuskiego polityka Paula Cambon: W świecie polityki nie wystarczy mieć rację, trzeba się jeszcze podobać i umieć zachować.

Sytuacja geopolityczna Polski jest niezwykle trudna. Ważą się losy kraju. Potrzebni są finezyjni i profesjonalni dyplomaci, a nie notorycznie przegrywające miernoty, przynoszący Polsce same straty. Potrzebny jest MSZ, a nie jego atrapa. Dziś urzędowi temu potrzebne są szczególnie: pełna odnowa, in capite et in membris (w całości i w szczegółach), przywrócenia narodowego charakteru, kompetentni lojalni dyplomaci służący państwu polskiemu, o życiorysach przejrzystych dla opinii publicznej, a nie Mosadu.

Krzysztof Baliński

==========

————————————

—————————–

NIE DALI SIĘ KOMUNISTOM, ZABIŁ ICH ARCHIWISTA. Krzysztof Baliński.

NIE DALI SIĘ KOMUNISTOM, ZABIŁ ICH ARCHIWISTA

Krzysztof Baliński

Cieszyliśmy się, że będziemy mieć prezydenta, który nie będzie „sługą narodu ukraińskiego”. Mieliśmy nadzieję, że zerwie ze ślepym filosemityzmem i że nie zatrudni w swej Kancelarii patałachów tak, jak jego żałosny poprzednik. Ale po tym, gdy ogłosił, kto będzie szefem Biura Bezpieczeństwa Narodowego, takiej nadziei już mamy mniej. Uzasadniając wybór Sławomira Cenckiewicza, prezydent-elekt ogłosił: „To wybitny intelektualista, akademik i autor wielu książek dotyczących działalności komunistycznych oraz sowieckich służb specjalnych”.

Tu wyjaśnienie: Szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego odpowiada za doradztwo w zakresie bezpieczeństwa i obronności państwa. Opracowuje analizy i rekomendacje dotyczące zagrożeń, polityki militarnej oraz sytuacji strategicznej. Choć nie dowodzi wojskiem, pełni kluczową rolę – wspiera zwierzchnika Sił Zbrojnych. A jakie kompetencje w tym zakresie ma archiwista. Gdzie je nabył? Będąc pełnomocnikiem Antka Macierewicza ds. reformy archiwów wojskowych? Badając historię opozycji antykomunistycznej w  PRL? Sporządzania raportów dotyczących polityki militarnej oraz sytuacji strategicznej nauczył się kompilując biografię Lecha Kaczyńskiego i pracując na pół etatu w Archiwum MSZ?

W tym kontekście przypomnijmy, że ministrami obrony, odpowiedzialnymi za tragiczny stan polskiej armii byli historycy: Bronisław Komorowski, Antek Macierewicz i Mariusz Błaszczak (nie mówiąc o lekarzu psychiatrze Klichu, socjologu Parysie, posiadaczu dyplomu bakałarza filozofii Radku oraz lekarzu pediatrze Kosiniaku-Kamyszu). Nie zapomnijmy też, że „historykiem” jest Donald Tusk. Przytoczmy też słowa profesora historii Gerarda Labudy: „Odsetek idiotów wśród profesorów jest taki sam jak wśród woźniców”.

Gdy w lutym 2021 r. kierowanie wrocławskim oddziałem IPN powierzono Tomaszowi Greniuchowi, protestowali nie tylko Żydzi. Udział w nagonce wziął Sławomir Cenckiewicz. Nominację określił: „Tragedia”. Sekundował mu Piotr Cywiński: „[…] mamy do czynienia z ideologiem ONR-u, człowiekiem, który pisał manifesty, pisał zeszyty szkoleniowe ONR-u, on wychowywał całe roczniki ONR-owców”. W nagonce wzięła także udział „Wyborcza”. Krótko mówiąc, Cenckiewicz triumfował, a zza winkla rechotał Michnik. Nawiasem mówiąc Cenckiewicz nie zabrał głosu, gdy wicepremier w rządzie PiS mianował do Rady Muzeum Polin Ryszarda Sznepfa, którego ojciec, wraz z NKWD, polował na żołnierzy niezłomnych a jako funkcjonariusz Informacji Wojskowej przesłuchiwał, torturował i mordował, którego matka – funkcjonariuszka MBP zwalczała podziemie niepodległościowe, a wujek Oswald był sędzią, który wydawał wyroki śmierci na polskich patriotów, w tym ONR-owców.

A jakąż zbrodnię popełnił Greniuch? Nie był wnukiem funkcjonariusza UB. Nie był synem NKWD-zisty. W tym miejscu kilka porządkujących uwag: Chłopcy z ONR nie bili Żydów, ale żydokomunę. W przedwojennej Polsce faszystami byli syjoniści rewizjoniści (których wodza Ben Gurion nazywał „Włodzimierzem Hitlerem”). Członkowie 50-tysięcznego narodowo-radykalnego Bejtaru pozdrawiali się salutem rzymskim i uważali, że antysemityzm Hitlera jest pożądany, bo skłania Żydów do emigracji do Palestyny. Kierownictwo ONR osadził w Berezie Kartuskiej patron partii, do której doszlusował Cenckiewicz – Józef Piłsudski. Greniuch zajmował się przywracaniem prawdy o polskich patriotach i jego los był ostrzeżeniem dla historyków pokroju Cenckiewicza, czym mogą się zajmować, a czym nie.

Przymilając się naukowemu Sanhedrynowi, Cenckiewicz zatrwożył się „narastającą negatywną kampanią przeciwko Polsce o wydźwięku międzynarodowym”. Nie przyszło mu jednak do łba, że kampanii takiej można było dać odpór przy pomocy archiwów, w których szpera: Poprzez ujawnienie rodowodów tych, którzy nami rządzą; Poprzez pokazanie, że nieprzerwane oskarżanie Polaków o antysemityzm służy zamazaniu zbrodni, których dopuścili się na polskich patriotach; Poprzez przypominanie, że żydokomuna to potomkowie zbrodniarzy, którzy wytępili na uniwersytetach przedwojenną profesurę a na wykłady chodzili z naganami, bo „grozili im zewsząd polscy faszyści”; Poprzez uświadomienie, że to Stalin nakazał, aby agentura Kominternu na całym świecie zwalczała Polaków pod hasłem „walki z faszyzmem”.

No i poprzez przypominanie, że Żydzi mieli haniebny udział w zagładzie własnego narodu, że mieli żydowską policję, która w ręce Niemców wydała oprócz 50 000 Żydów, 6 000 Polaków, którzy ukrywali Żydów i ponad 1500 księży, którzy Żydom pomagali. Dlaczego nie przypomniał przy pomocy archiwów, że w Informacji Wojskowej, która popełniała najcięższe zbrodnie, funkcjonariuszami byli wyłącznie NKWD-ziści pochodzenia żydowskiego?

Narzędzie do szerzenia wiedzy o żydokomunie miał, gdy przejął Centralne Archiwum Wojskowe. Tymczasem szperał w nim w pojedynkę, skutecznie utrudniając innym dostęp do nich, a jego głównym „znaleziskiem” była teczki mające udowodnić antysemityzm Jaruzelskiego i antysemitów „prześladujących” żydowskich generałów w marcu ‘68. Cenckiewicz nie nadrobił też zaniechań z lustracją i dekomunizacją, która nie objęła tych, którzy mieli dziadków w MBP i KPP. Polsce lustracja jest potrzebna, ale nie podpowiadana przez Michnika i nie z pytaniem, gdzie kto był, tylko co robił, czy sądził w kapturowych sądach, czy torturował! Tymczasem pociągnięcia dekomunizacyjne Cenckiewicza i jego promotorów objęły jedynie Polaków z PZPR walczących z żydokomuną.

Archiwa Informacji Wojskowej były najpilniej strzeżoną tajemnicą nie tylko w PRL. Ale także dzisiejsi nadzorcy tych archiwów dbają o to, aby nie zostały rzetelnie zbadane, a jeśli już je wykorzystują, to głównie przeciw ludziom o poglądach narodowo-katolickich i do akcji antypolskich. To samo dotyczy IPN, który powołany po to, aby badać zbrodnie na narodzie polskim, zajął się w pierwszym rzędzie „zbrodniami Polaków na narodzie żydowskim”. Potwierdził to A. Kwaśniewski: „IPN celująco zdał najważniejszy w swojej historii egzamin w sprawie Jedwabnego. Nie jestem w stanie sobie nawet wyobrazić, co byłoby, gdyby takiej instytucji wówczas zabrakło”.

Stalin władzę w Polsce powierzył etnicznym mniejszościom, aby w miejsce wyniszczonych polskich elit stanowili trzon nowej „polskiej” inteligencji. Wiemy, że w 1956 roku 16 tysiącom obywateli ZSRR („obywateli”, a nie Rosjanom!) działającym w wojsku, milicji i bezpiece wydano polskie dowody osobiste wystawione na nazwiska Polaków zaginionych w czasie wojny. Dziś dzieci i wnuki tych ludzi rządzą Polską, zostają ministrami, zdobywają profesorskie tytuły. Często zadajemy sobie pytania, dlaczego Polakom nie udało się wyłonić własnych elit? Odpowiedź jest w archiwach. Gdy znaleziono 20 tysięcy kart ewidencyjnych „żołnierzy Armii Czerwonej, oddelegowanych do służby w Ludowym Wojsku Polskim”, Cenckiewicz szczycił się „unikatowym znaleziskiem” i zapowiedział ujawnienie kartoteki. Ale na zapowiedzi się skończyło. Dlaczego? Może dlatego, że były w niej nazwiska polityków z obu partii? A może i nazwisko dziadka dyrektora archiwum?

Mieczysław Cenckiewicz działał w Komunistycznym Związku Młodzieży Polski. Po wojnie znalazł się, jako oficer śledczy, w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego. Za „wydajną pracę” był awansowany. MBP było instytucją żydokomunistyczną i pikanterii dodaje, że po zdemaskowaniu dziadka, najgłośniej rechotała żydokomuna. „Setna rocznica urodzin Mieczysława Cenckiewicza. Kim był dziadek prześladowcy Wałęsy?” – pytał Jacek Rostowski. „Cenckiewicz walczy z grzechem. Co robił z Polakami dziadek nadwornego historyka PiS?” – to tytuł „Wyborczej”. „Nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka. Chociaż Cenckiewicza trudno zaliczyć do tego pięknego gatunku. Sądząc po jego obyczajach, bliżej mu do hieny. Przebrany za rycerza z wypraw krzyżowych walił przeciwników na odlew. No i doczekał się tego samego. Do przypomnienia, że  dziadek Sławomira, był ‘zbrodniarzem i kanalią, trudniącą się torturowaniem i zabijaniem ludzi za poglądy’. Nie oceniamy ludzi po życiorysach rodziny. Ale dla Cenckiewicza robimy wyjątek” – kpił postkomunistyczny „Przegląd”. Odezwał się też Radek Sikorski: „Fakt, iż miał dziadka w UB, go napędza. On chce się uwiarygodnić w swoim środowisku, więc nikomu nie da się prześcignąć w radykalizmie”.

A dodać trzeba, że Radek coś na ten temat wie, bo jego wujek był majorem KBW, bo przy wjeździe do swego dworku umieścił napis „Strefa zdekomunizowana”, bo w MSZ otoczył się żydokomuną. No i tak, jak Cenckiewicz ma problemy ze zdrowiem psychicznym. I jeszcze jedno – to nie Cenckiewicz ujawnił teczkę dziadka. Sam przyznał: „Moi koledzy z IPN zapytali, czy miałem w rodzinie kogoś takiego jak Mieczysław Cenckiewicz”.

Dlaczego tak się zachował? Odezwały się w nim geny po dziadku umoczonym po uszy w antypolskim szambie? Chciał doszlusować do nowej elity nazwanej przez S. Michalkiewicza „szlachtą jerozolimską”? Wydawało mu się, że już jest jej członkiem. Doszedł do konkluzji, że aby doszlusować do nowej elity jest tylko jedna droga – dać się obrzezać? Tymczasem wykonał posługę szabesgoja, czyli – jak podaje Wikipedia – ubogiego chrześcijanina służącego za niewielkie wynagrodzenie do wykonywania czynności, które są zakazane Żydom podczas szabatu, jak rozpalenie pieca i… zmiana świec w chanuce. I jeszcze jedno – w 2005 r. Cenckiewicz nie pozwolił, by metropolitą warszawskim został ktoś, kto rozszyfrował rodowód polskich elit – wziął, obok Lecha Kaczyńskiego, B’nai B’rith i „Gazety Polskiej”, udział w akcji utrącenia abpa Stanisława Wielgusa.

7 listopada 2011 r. Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego nadał Sławomirowi Cenckiewiczowi tytuł doktora habilitowanego. Za rozprawę habilitacyjną posłużyła broszura o Annie Walentynowicz. Dopuszczenie do kolokwium habilitacyjnego to nie łatwa sprawa – wymaga zgody kontrolujących polską naukę cadyków. Centralną rolę w procesie habilitacyjnym odgrywa „komisja habilitacyjna”, której członków powołuje Rada Doskonałości Naukowej, której (jak mówi ustawa) „skład i przewodniczący jest starannie dobierany”.  I tu pytanie: Czy prożydowskie wyczyny Cenckiewicza nie są spłatą zobowiązań podjętych wobec żydokomuny za dopuszczenie do kolokwium habilitacyjnego?

Cenckiewicz poparł tzw. Deklarację szesnastu zarzucającą, że G. Braun „szerzy wrogość w relacjach chrześcijańsko-żydowskich”. We jej wstępie czytamy: „Chrystus obchodził święto Chanuki”. Tymczasem w Ewangelii mamy: „Jezus przechadzał się w świątyni (…) Żydzi porwali za kamienie, aby Go ukamienować”. Uczestnictwo w święcie Chanuka jest dla katolików grzechem śmiertelnym. Uczył o tym św. Tomasz i mówił Benedykt XIV (w encyklice Ex quo): „Obrzędy Prawa Mojżeszowego zostały zniesione przez przyjście Chrystusa i nie mogą być dłużej przestrzegane bez grzechu, po ogłoszeniu Ewangelii”.

I jeszcze jedno – ci, którzy zapalali świeczki to członkowie sekty, którzy swojego ostatniego przywódcę uważają za „mesjasza”, a to oznacza, że udział katolików w takich obrządkach to łamanie pierwszego przykazania. Jeden z sygnatariuszy listu, były marszałek Sejmu Marek Jurek egzegezy Pisma Świętego dokonał w oparciu o skrypty uczelniane swej córki, studiującej judaistykę na UW. A skąd wiedzę na ten temat czerpał archiwista Cenckiewicz? Jakie miał w tej materii kompetencje? Może tłumaczy to opinia o nim kolegów archiwistów, że to pyszałek i bufon?

W innej części listu mamy:  „Obchodzenie uroczystości zasługuje na szacunek. Tymczasem, Braun nie sprzeciwił się obrządkom w żydowskiej świątyni, ale imprezie politycznej, której zamysłem jest demonstracja potęgi sekty Chabad Lubawicz i pokazanie, kto tam rządzi i pisze ustawy. Nie przypadkiem też świece zapalili w czasie obrad Sejmu – centrum władzy ustawodawczej, w dniu expose premiera, co badaczowi tajnych służb powinno dawać do myślenia. I jeszcze jedno: Chanuka upamiętnia wyrżnięcie Greków i zhellenizowanych Żydów, i to tak, jakby kazać Rosjanom fetować na Kremlu „Cud nad Wisłą”.

Cenckiewicz zlustrował Witolda Kieżuna. W pełnym łgarstw paszkwilu oskarżył profesora o współpracę z PRL-owską bezpieką. Kim był (zmarł 12 czerwca 2021 w wieku 99 lat) prof. Kieżun? To żołnierz Armii Krajowej, bohater Powstania Warszawskiego, odznaczony osobiście przez gen. Bora Komorowskiego Orderem Virtuti Militari (z okazji 70. rocznicy Powstania Poczta Polska wprowadziła do obiegu znaczki z podobizną profesora). Aresztowany i przesłuchiwany przez NKWD w katowni na Montelupich. Zesłany do sowieckiego łagru  na pustyni Kara-kum. Do kraju powrócił, ale wprost do lochów UB. Po 1970 roku pracował naukowo na polskich uczelniach i w PAN. Po 1980 wykładał w Filadelfii i Montrealu, pracował w Burundi, najpierw z ramienia ONZ, gdzie pomagał w tworzeniu administracji, później, jako przedstawiciel Kanady.

Przytoczmy, dla przykładu, kilka próbek lustracyjnej pisaniny Cenckiewicza: „To członek PRL-owskiego establishmentu, bo nie włączał się w jakikolwiek nurt opozycji w latach 70.”. O współpracy Kieżuna z SB świadczy fakt, że „będąc jeszcze studentem został praktykantem w NBP”. Miarą korzystania profesora z przywilejów ludzi władzy była „nieskrępowana możliwość podróżowania po świecie”, a koronnym dowodem, że zwiedził kilka krajów arabskich, afrykańskich oraz Czechosłowację i Bułgarię.

Kieżun bardzo przeżył paszkwil, przeszedł nerwowe załamanie, miał myśli samobójcze. Sukces w „zdemaskowaniu” agenta miał także swoją cenę dla Cenckiewicza. Odcięli się od niego przyjaciele. Byli współpracownicy zarzucali mu manipulowanie faktami. „Zajmuję się tą sprawą kilkanaście lat zawodowo, ale tak złego i tendencyjnego tekstu jeszcze nie widziałem (…) zawiera mnóstwo błędów rzeczowych, Kieżunowi przypisuje się czyny i myśli, które nie miały z nim nic wspólnego. Moim zdaniem to celowo zaplanowane działanie” – krytykował dr Piotr Gontarczyk, niegdyś bliski przyjaciel Cenckiewicza i współautor książki o Wałęsie.

Ale na tym nie koniec. W paszkwilu pisze: „Sprawa prof. Kieżuna to jedna z odsłon rywalizacji ‘Chamów’ z ‘Żydami’, sprawa pułapki zastawionej na szczerych patriotów przez reżyserów z KGB i GRU”. Tymczasem korzenie konfliktów polsko-żydowskich sięgają końca XVIII wieku i pierwszych lat po rozbiorach polski, zwłaszcza po przesiedleniu „Litwaków” na ziemie Kongresówki, że konflikty te odcisnęły trwałe piętno na polskiej kulturze i polityce zarówno w kraju jak i na emigracji i wokół nich ogniskowała się w znacznym stopniu myśl prominentnych przedstawicieli różnych nurtów politycznych.

W świetle tego, pisanie o rywalizacji „Chamów” i „Żydów” w kontekście dzisiejszych sporów i pułapce zastawionej przez służby sowieckie na tych, którzy kontynuują politykę obozu narodowego, trąci nie tylko prymitywną propagandą, ale debilizmem naukowym. Krótko mówiąc, to nie była „zastawiona pułapka”, to był „Cham” Cenckiewicz wkupiający się w łaski „Żydów” w rozprawie z niewygodnym „Chamem”.

Ale to nie wszystko. Przy okazji zabrał się za prof. Wiesława Chrzanowskiego, też uczestnika Powstania Warszawskiego, który działalność rozpoczął w Młodzież Wielkiej Polski, był współtwórcą konspiracyjnej organizacji Młodzież Wszechpolska, walczył w szeregach Narodowej Organizacji Wojskowej a po wojnie działał w konspiracyjnym Stronnictwie Narodowym i Związku Akademickim Młodzież Wszechpolska. W 1948 r. został aresztowany przez UB i skazany na karę 8 lat pozbawienia wolności (gdy w 1991 r. został ministrem sprawiedliwości, urzędował w gmachu, w którego lochach był przesłuchiwany przez UB). W 1992 magister historii Antek Macierewicz umieścił Chrzanowskiego na swej liście. Sąd lustracyjny prawomocnie orzekł, że Chrzanowski nie był agentem SB. Gdy w roku 2012 odszedł, informacją o nagłej śmierci kolegi, Kieżun opatrzył słowami: „Nie dał się komunistom, zabili go koledzy w Niepodległej Polsce”.

Znany jest z udziału w wielu prożydowskich akcjach i żydowskich machinacjach medialnych. Jako członek Kolegium IPN sprzeciwiał się ekshumacji w Jedwabnem, bo „sprowadzi na Polskę katastrofę” (a „Jedwabne” to kamień węgielny całej antypolskiej propagandy, i wykazanie kłamstw Grossa obaliłoby moralną podstawę roszczeń majątkowych za rzekomy udział Polaków w holokauście). Sprzeciwiał się nowelizacji ustawy o IPN. Jest też autorem proizraelskich wypowiedzi. Komentując zabójstwo irańskiego generała stwierdził:  „Polska powinna spoglądać na doświadczenia braci Żydów”. Gdy doszło do izraelskiego ataku na ambasadę Iranu w Damaszku, skacząc z radości pod sufit wpisał na X: „I dobrze. Bronimy się przed Iranem”. Odnosząc się do nagrania pokazującego izraelską obronę usiłującą przechwycić irańskie rakiety, napisał: „Izraelu, broń się skutecznie i obroń się!”. Sęk w tym, że Iran jedynie odpowiedział na atak Izraela i że to Izrael był agresorem.

Reasumując: przyszły doradca Prezydenta RP ds. bezpieczeństwa kibicuje Izraelowi. A to dla Polski i Polaków może oznaczać dużo, bo Izrael zagraża bezpieczeństwu Polski poprzez swe roszczenia materialne, a obywatele Izraela ustawili się w rekordowych kolejkach po polskie paszporty, które przyznaje… prezydent RP. Jeszcze inny przykład: Skrytykował film „Legiony”. Scenę, w której ortodoksyjni Żydzi odwracają się od legionistów, uznał za skandaliczną, wypaczającą relacje polsko-żydowskie i określił jako „tandetę z domieszką antysemityzmu”.

Wywodzi się z kręgów narodowych. Był powiązany z duszpasterstwem Bractwa św. Piusa X i redagował pismo lefebrystów „Zawsze Wierni”. Był wykładowcą szkoły ojca Rydzyka (która, według „Wyborczej”, jest „uczelnią szkolącą prawicowych, ultrakatolickich fanatyków”). Ale to także wychowanek Antka Macierewicza i tym samym na sprawy lustracji patrzy okiem i z temperamentem trockisty. Nie tylko omija szerokim łukiem teczki Żydów (tak, jak Antek teczkę Geremka), ale skupia się na Polakach i to tych o poglądach narodowych i czynnie uczestniczy w akcjach utrącania takich ludzi. Innymi słowy – dziadzio Cenckiewicz, jako funkcjonariusz UB więził i torturował narodowców a dziś wnusio, jako „resortowe dziecię” kontynuuje rodzinne tradycje i gnoi prześladowanych przez dziadka.

W Polsce nie tylko politycy, ale i profesorowie historii przeszyci są strachem. Są przekonani, że Żydzi rządzą Polską, a pomagają im w tym rozlokowane w bazach amerykańskie wojska, gotowe do pacyfikacji tubylców sprzeciwiających się Żydom. Wierzą, że Ameryką rządzi niepodzielnie lobby żydowskie, a Trump wykonuje rozkazy Netanjahu. Wyznają doktrynę Kaczyńskiego: Zagraża nam Putin. Przed nim może nas obronić tylko Ameryka. W Waszyngtonie rządzi lobby żydowskie i jak nie będziemy Żydom posłuszni to Trump zostawi nas na pastwę Putina.

I tu pytanie: Czy dbanie o bezpieczeństwo państwa w wykonaniu nowego szef BBN nie będzie polegać na podszeptach, że należy czapkować Żydom, że nic przeciw Żydom, nic bez Żydów, a wszystko z Żydami, że w Belwederze trzeba obchodzić Chanukę?

Nie załamujmy rąk. Mogło być gorzej. Szefem BBN mógł zostać Antek M. Liczmy na to, że Karol Nawrocki powstrzyma rozpad Państwa Polskiego. Chociaż i tu pamiętamy, że katastrofa zaczęła się o wiele wcześniej, że ci z PO nazywają nas „faszystami”, a ci z PiS nazywali nas „ruskimi onucami”, że Tusk zaordynował nam wystawę „Nasi chłopcy w Wehrmachcie”, a Duda ekspozycję przyrównującą zburzenie kilku chałup w Mariupolu do zniszczenia Warszawy, że Instytut Pileckiego promuje ojca Sznepfa, a za PiS promował martyrologię Żydów, czyli tych, którzy Pileckiego zamordowali. Idzie nowe i od 6 sierpnia będzie lepiej. Z tym, że zanim będzie lepiej, będzie dużo, dużo gorzej.

Krzysztof Baliński

WYRWAĆ POLSKĘ Z RĄK IDIOTÓW. Krzysztof Baliński.

WYRWAĆ POLSKĘ Z RĄK IDIOTÓW

Krzysztof Baliński

Naczelnym zadaniem dyplomacji jest realizacja „interesu narodowego”. Tak było, jest i będzie. Świadczy o tym obowiązuje do dziś doktryna lorda Palmerstona: „Wielka Brytania nie ma wiecznych sojuszników, ani wiecznych wrogów; wieczne są tylko interesy Wielkiej Brytanii i obowiązek ich ochrony”. Jest też przykazanie Prymasa Tysiąclecia: „Każdy naród pracuje przede wszystkim dla siebie, a nieszczęściem jest zajmowanie się całym światem kosztem własnej ojczyzny”.

Tymczasem u nas nie tylko, jak ognia unikają słów „polski interes narodowy”. Nie tylko słowa te nie przechodzą im przez gardło, ale zamiast nich mamy pilnowanie cudzych interesów kosztem własnych i przypadki działań przeciwko interesom własnego państwa.

Przemiany ustrojowe dawały nadzieję, że polski interes narodowy zostanie zdefiniowany i że będziemy myśleć jego kategoriami. Niektórzy, ci najbardziej naiwni, mieli nadzieję, że przywołana zostanie dewiza Romana Dmowskiego „Jestem Polakiem – więc mam obowiązki polskie”. Tak się nie stało. Nie tylko dlatego, że nie było woli podjęcia takiego zadania, ale dlatego, że nie było komu tego zrobić. Bo, czy można było tego oczekiwać od ludzi, którzy każde myślenie o interesach Polski zwalczali jako przejaw nacjonalizmu, od ludzi bez poczucia lojalności wobec kraju, w którym żyją, którzy – jeśli już używali tego słowa – to w formie „interes Ukrainy”, „interes Izraela”, „interes Tatarów Krymskich”?

Wiemy, że Ministerstwo Spraw Zagranicznych jest opanowane przez mniejszości narodowe, które dogadały się w Magdalence. Wiemy, jak w Polsce zostaje się ministrem. Zdradził to Władysław Bartoszewski – Geremek zapytał go: Władek, mam dla ciebie propozycję na tak lub na nie. Chcesz porządzić w MSZ? Dziwne były kryteria doboru ludzi mających bronić polskich interesów. Dostrzegł to inkryminowany Władek, obwieszczając: „Pokażcie mi taki drugi kraj w Europie, w którym w ciągu ostatnich dwóch dekad  trzech szefów dyplomacji miało żydowskie pochodzenie, jeden był honorowym obywatelem Izraela a drugi ma żonę Żydówkę”. I nie dziwi, że wykoncypowana przez niego i obowiązująca do dziś doktryna brzmi: „Polska to panna stara, brzydka i bez posagu, która nie powinna być zbytnio wybredna.

Schedę po dyplomatycznym durniu przejął Teofil, który w pierwszym dniu urzędowania uraczył nas cymesem: „Żydzi są naszymi braćmi i musimy się z państwem Izrael identyfikować”. Bartoszewski Teofil w Sejmie reprezentuje partię chłopską, ale kiwa się tam w takt muzyki klezmerskiej i inspiruje się (tak, jak ojciec) mądrością: „Bierz, kiedy dają, tańcz, kiedy grają, uciekaj, kiedy gonią, klękaj, kiedy dzwonią”. W takiej sytuacji pytanie, czy Teofil jest godnym następcą swego ojca, poprzedźmy pytaniem: Czy idiotyzm jest dziedziczny? Dobrze komponuje się z tym powiedzenie: „Głupi mówi co wie, a mądry wie co mówi”. Niezłe określenie miał też ojciec Teofila: „dyplomatołek”.

W MSZ było – trzymając się stylistyki wieszcza – cymbalistów wielu, ale wszystkich na głowę pobił Radek Sikorski. Sytuacja międzynarodowa Polski jest niezwykle trudna. Dyplomacją powinni kierować najlepsi z najlepszych. Tymczasem Radek znaczy tylko jedno – „minister spraw przegranych”. Nasi sąsiedzi w czasach przedrozbiorowych „polskim sejmem” nazywali bezładne gadanie, dziś obiegowe staje się powiedzenie „polska dyplomacja”. Kiedyś Łukaszenko zdiagnozował, że Radkowi przydałyby się konsultacje u dobrego psychiatry. Tej trafnej diagnozy nic lepiej nie potwierdza, niż fotka Radka w łachach afgańskiego mudżahedina i jego fizjonomia: wybałuszone oczy, nerwowe tiki, głupawe uśmieszki, pokraczne miny, z których wyziera twarz wsiowego głupka.

Idealnie pasuje do niego określenie „szybciej mówi niż myśli”. Słowa te nie wyczerpują jednak jego dokonań. Nie za bardzo wypada w kontekście matołów cytować filozofów, ale Platon powiedział: „Mądrzy mówią, ponieważ mają coś do powiedzenia. Głupcy mówią, ponieważ muszą coś powiedzieć”. Jest też inne wytłumaczenie – za korzyści osobiste jest gotów służyć każdemu i nieraz proste powody rozstrzygają, po której stronie staje. Gdy był europosłem brał pieniądze od szejków z Dubaju, co nasuwało skojarzenie z popularną wówczas książką „Dziewczyny z Dubaju”, o polskich celebrytkach prostytuujących się w Emiratach.

Typowy dzień pracy Radka: Wyjmuje smartfon i tweetuje: Dać Ukrainie rakiety dalekiego zasięgu. Rosjanie mówią, że Polacy to podżegacze wojenni. A Radek? Cieszy się jak dziecko, że znowu pokazali go w telewizorze. Gdy zadziera z Elonem Muskiem, w świat idzie przesłanie: ministrem w Polsce jest „mały człowiek” i „obśliniony imbecyl”. W Monachium używa argumentu: „Trump powiesił zdjęcie Putina w Białym Domu, a ja nie mam zdjęcia Putina w domu”. W Davos słowo „Ukraina” wymienił 38 razy, równoważąc je tylko raz słowami „polski rząd”. A wydawało się, że trudno na tym polu pobić Dudę, który słowo „Ukraina” wymienił 24 razy a „Polska” dwa razy. À propos idiotów – w tymże Davos Donald Trump wygłosił: „Musimy chronić i doceniać w polityce ludzi mądrych, bo nie jest ich zbyt wielu”. I te słowa każdy polski polityk powinien umieścić sobie na biurku (lub, jak w przypadku próżniaka Tuska, powiesić sobie nad łóżkiem).

U Radka na czoło wysuwa się opanowana do perfekcji umiejętność stawania się przedmiotem kpin. Serią komediowych gagów była jego eskapada do Waszyngtonu, kiedy to „mistrz dyplomacji” strzelał sobie „selfiki” na trawniku przed Białym Domu, by przekonać, że nie jest tam persona non grata. Wyglądał przy tym, jak nastolatek turysta we wczesnym PRL-u, który udając pilota robił sobie zdjęcie wsadzając głowę w otwór w płachcie, na której namalowany był samolot. Pal licho, gdyby ośmieszył siebie, ale „minister, którego zazdrości nam cały świat” skompromitował Państwo Polskie.

Powszechna opinia głosi, że karierę zrobił dzięki wpływowej żonie, czyli globalistom. Tymczasem to twór Jarosława Kaczyńskiego, któremu inny głupek Jan Parys podszepnął, że Radek to światowiec, bo był w Afganistanu, zna obcy język i ma zagraniczną żonę. No chyba, że za ingerencję globalistów uznamy umieszczenie Radka przez „Foreign Policy”, organ prasowy amerykańskich trockistów na liście „100 czołowych myślicieli świata”.

Kolejne przykłady z półki „Idioci dyplomatyczni” poprzedźmy słowami Viktora Orbána: „Małe kraje nie mogą sobie pozwolić na głupich przywódców. To przywilej dużych krajów”. Oryginalny kanon polskiego interesu narodowego wypracował Lech Kaczyński: Żydzi mają przemożny wpływ na amerykańską politykę i jeśli zainteresujemy ich Polską, to ich interesy staną się interesem USA. Innymi słowy – im więcej Żydów w Polsce, tym większe bezpieczeństwo Polski. Kto mu tak zamieszał w głowie? Wychowawcą braci Kaczyńskich był Jan Józef Lipski, „przyjaciel” mamy, która sama przyznała, że jej synowie wychowywali się oraz kształtowali w oparciu o jego przekonania. A Lipski był masonem, który całe życie poświęcił na walkę z katolicyzmem i z polskim ruchem narodowym, a w publikacjach obarczał Polaków winą za zbyt małą ofiarność w pomaganiu Żydom w czasie okupacji. Promotorem doktoratu Jarosława był prof. Stanisław Ehrlich, stalinowski politruk w stopniu majora, o którym Kaczyński napisał, że był „jego mistrzem na równi z marszałkiem Piłsudskim”. A może, po prostu, wykonuje posługę szabesgoja, czyli – jak podaje Wikipedia – „ubogiego chrześcijanina służącego za niewielkie wynagrodzenie do wykonywania czynności, które są zakazane Żydom podczas szabatu, jak rozpalenie pieca i zmiana świec w chanuce”?

No chyba, że za robotę globalistów uznamy zaleceniastarożytnego mędrca chińskiego, który nakazywał tępić szkodników i idiotów u siebie, ale zdecydowanie popierać ich u sąsiadów. Po tę broń nasi sąsiedzi, i ci ze Wschodu i ci z Zachodu (a nawet Ukraińcy”) nie wahają się sięgać – zawsze wspierają najgłupszych, a tępią mądrych. I dlatego można odnieść wrażenie, że w całej tej krzątaninie na polskiej scenie politycznej chodzi wyłącznie o utrzymywanie określonego poziomu głupoty i wymianę, po kolejnych wyborach, jednych idiotów na drugich.

I jeszcze jedno – Kaczyńskiego, gdy bezkrytycznie poparł przewrót na Majdanie, ujawnił doktrynę, którą kierować powinno się Państwo Polskiej: „W ten sposób realizuje się marzenie śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego”. Tymczasem Majdan to była ukraińska Magdalenka, którą sfinansowali ludzie Soros, a do władzy dorwali się postsowieccy oligarchowie. Andrzej Lepper nazwał kiedyś profesora doktora Balcerowicza, prezesa NBP „idiotą ekonomicznym”. Ale czy na taki sam tytuł nie zasłużył sobie doktor Jarosław Kaczyński, który mówiąc o pomocy dla kijowskiego reżimu rzekł: „Nas stać, bo jesteśmy trzy razy bogatsi od Ukrainy”.

Idiotów nie brakowało wśród prezydentów RP. Lech Wałęsa, na spotkaniu z nowojorskimi biznesmenami radził: Jedźcie do Polski zakładać biznesy, bo tylko na głupocie Polaków można zarobić pieniądze. Gdy słyszało się Andrzeja Dudę, który strojąc głupawe miny głosił: „To się może w głowie nie mieści, że Polska wysłała taką pomoc – ale faktycznie wysłaliśmy (…) wysłaliśmy prawie że bez zastanowienia” – to musiało chodzić o idiotę. Kto mu tak we łbie zamieszał? Częsty bywalec Pałacu Prezydenckiego rabin Schudrich?

Bronisław Komorowski, przekonywał, że Korfanty lubił się z Piłsudzkim, a jego minister Grzegorz Schetyna, też absolwent studiów historycznych, że obóz w Auschwitz wyzwolili Ukraińcy (czyli strażnicy obozowi). W tym miejscu, tak na marginesie podajmy, że doktor nauk historycznych Karol Nawrocki, podczas obchodów rocznicy wybuchu Powstania Styczniowego w Wilnie podkreślił razem z Zełenskim udział w powstaniu Ukraińców. Tymczasem powstanie spacyfikowali Kozacy, a chłopstwo ukraińskie nie tyle powstańcom pomagało, co ich wyrzynało. Czyżby chciał zostać tak, jak jego poprzednik wiceprezydentem Ukrainy? I czy następnym krokiem nie będzie zgoda na wysłanie polskich żołnierzy na Ukrainę?

I czy nie lepiej byłoby, żeby przestał zajmować się polityką zagraniczną, albo zmienił doradców? W pierwszym rzędzie Sławomira Cenckiewicza, który autorytatywnie ocenił, że Tusk nie był agentem niemieckim, bo przeczytał dokumenty Stasi, które przesłali mu Niemcy (po 30 latach czekania). Ale i tak w głupocie nie pokonał Tomasza Siemoniaka, który pytany, czy  podsłuchuje go niemiecki wywiad, odpowiedział: „Po co miałby sojusznik inwigilować ministra koordynatora, jak może mnie po prostu zapytać i ja mu wszystko powiem,  tak samo on mi powie”.

Nie ma rzeczy ważniejszej niż wsparcie dla Ukrainy. Polska nie poprze żadnej decyzji dotyczącej traktatu pokojowego, która byłaby sprzeczna z interesami Ukrainy” – ogłosił w Kijowie Donald Tusk (i tego samego dnia przelał do przepastnej kabzy Zełenskiego 6,8 miliarda). I tu pytanie: Czy można wyobrazić sobie ukraińskiego premiera oświadczającego, że nie zrobi nic sprzecznego z interesami Polski? Innymi słowy, dla Tuska najważniejsze są interesy – po pierwsze Niemiec, po drugie Niemiec, po trzecie Niemiec, a następnie interes Ukrainy. A interes Polski? Polska to nienormalność!

Wyzwaniem na kolejne lata dla Polski jest zdefiniowanie własnych interesów. Musimy wiedzieć, czego chcemy”. To szokujące, budzące w sytuacji wielkich geopolitycznych wyzwań grozę wyznanie wygłosiła Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, ministra od funduszy unijnych. Ale na tak ważny urząd nie namaścili ją globaliści. Zrobił to Szymek Hołownia, autor słów „Putina wgnieciemy w ziemię”, dowód na to, że w Polsce nie tylko ministrem, ale marszałkiem Sejmu może zostać każdy, a którego zidiociały funkcjonariusz Onetu Janusz Schwertner powitał: Bóg faktycznie istnieje i po prostu zesłał posłom Hołownię”.

Tak głupiego rządu i tylu głąbów u władzy w historii III RP jeszcze nie było. Najważniejsze urzędy związane z bezpieczeństwem i polityką zagraniczną objęli durnie. Ministrem energii został Miłosz „Cep” Motyka. Minister edukacji nie zna się na edukacji. Minister zdrowia nie zna się na medycynie, a ministrem obrony został lekarz pediatra, który ma jeszcze mniejsze szanse na uzdrowienie armii niż chorych dzieci. Jedynym doświadczeniem zawodowy ministra rozwoju i technologii jest praca w Wojewódzkim Ośrodku Ruchu Drogowego w Pile. A premier? Nie zna się na niczym! Wszystkich lub wszystko podsumowała inna intelektualistka – Agnieszka Pomaska: Można powiedzieć, że jeśli chodzi o wybitne osobistości, to mamy w Platformie klęskę urodzaju. I tu pytanie: Czy ministrami zostali na polecenie globalistów czy premiera, który nie zna się na niczym, ale jest folksdojczem?

Nie zapominajmy też o rządzie poprzednim. Bo kim, jeśli nie niedouczonymi głupkami była ferajna Morawieckiego? Za odpowiedź wystarczy tępa, przypominająca komendanta posterunku MO w Wołominie gęba wicepremiera. Gdy na horyzoncie pojawiło się widmo gospodarczej zapaści, antykryzysową tarczą zasłaniali się: premier po studiach historycznych, minister finansów po technikum ogrodniczym, minister rozwoju po stażu w Muzeum PRL i 28-letni wiceminister finansów Piotruś, przy którego nominacji decydujące okazało się, że w licealnych czasach „był wyszczekany” i był finalistę olimpiady wiedzy o prawach człowieka.

Coś musi być „na rzeczy” w przypuszczeniach, że rolą spiskowców z Magdalenki było takie ogłupienie Polaków, żeby, nie daj Boże, nie wybrali sobie jakiegoś mądrego przywódcę. I tylko przyjmując taką hipotezę, decyzje kadrowe Tuska mają sens. Nie oznacza to, że globalistów nie ma i że Majdanu i wojny za naszą wschodnią granicą nie wywołali globaliści. Nie sposób jednak pominąć wkładu rodzimych głupków. I właśnie dlatego teoriom o „podszeptach globalistów”, o „globalnym resecie” nie zaprzecza, lecz dyskretnie powiela Donald Tusk. Bo pozwala mu to zwalać winę za nieszczęścia, które sprowadza na Polskę na innych i pozwala sumitować: Chciałem inaczej, ale te globalisty mi nie pozwalają. A jeszcze w tym wszystkim uwiarygadniają go domorośli wyznawcy teorii spiskowej o „globalistycznym spisku”.

Znamy nazwiska idiotów. Ale pamiętajmy też o tych, którzy tych idiotów wybrali. Bo największymi idiotami są wyborcy idiotów, którzy śpią przez 4 lata, a jak się budzą to tylko po to, aby zagłosować na idiotów. Pisał o tym proroczo George Orwell: „Ludzie, którzy głosują na nieudaczników, złodziei, zdrajców i oszustów, nie są ich ofiarami. Są ich wspólnikami”.

W dzisiejszej Polsce krzyżują się obce wpływy, toczy się mnóstwo potyczek a nasza „elita” polityczna składająca się z przypadkowych miernot, natrętnie podsuwa nam tezę: Nie ma wolnej Polski bez wolnej Ukrainy. Tymczasem wolnej Polski nie będzie bez wyrwaniaPolski z rąk idiotów, bez pozbycia się zidiociałego towarzystwa notorycznie przegrywających miernot, ludzi nie tylko nie myślących po polsku, ale nie myślących w ogóle.Na koniec powiedzmy: Polska nie jest biednym, pustynnym krajem. Polska nie jest nękana przez kataklizmy. Jedynym kataklizmem, jaki gnębi Polskę od lat są pospolite głupki przy władzy.

===============================

===============================

mail:

WYRWAĆ POLSKĘ Z RĄK IDIOTÓW  do odsłuchu 37 minut:   youtube.com/watch

DLACZEGO LEWACY KOCHAJĄ ISLAM?

DLACZEGO LEWACY KOCHAJĄ ISLAM?

Krzysztof Baliński

Dlaczego lewacy kochają islam, mimo że muzułmanie ich nienawidzą i nie ma punktów stycznych między wyznawcami Allaha i wyznawcami Marksa? Czy nie dlatego, że to dzieci i późne wnuki Lwa Trockiego i Altiero Spinelli. A może dlatego, że wspólnie utrzymują, że przyczyną islamskiego fanatyzmu nie jest religia, lecz to konsekwencja zachodniego kolonializmu i wynikających z niego biedy i ucisku. Bo rzeczywiście, jeśli usuniesz muzułmańską symbolikę, u islamistów znajdziesz poglądy o wyzyskiwaczach i wyzyskiwanych, ciemiężycielach i uciskanych, kolonizatorach i kolonizowanych.

W cichym sojuszu między radykalną lewicą i radykalnym islamem obowiązuje prosta zasada: „Wróg mojego wroga jest moim przyjacielem”. Jedni i drudzy są zagorzałymi przeciwnikami Zachodu, a lewacy są sprzymierzeńcami islamistów w ich agresji na cywilizację zachodnią i są przeciwieństwem wszystkiego, co reprezentuje znienawidzony przez nich świat chrześcijański. Lewacki marksizm i radykalny islam stawiają pod pręgierzem Europejczyków i oskarżają cywilizację białego człowieka o wszystkie nieszczęścia świata. Wystarczy przejrzeć podręczniki szkolne, aby dostrzec spójny przekaz: Lepiej by było, gdyby białych ludzi nie było. Bez nich nie byłoby niewolnictwa, wojen, wiary w czarownice, rasizmu, ciemiężenia kobiet oraz pożogi, płaczu i zgrzytania zębów. Dla lewaków każda kultura jest lepsza od europejskiej, wszystkie nie mogły się w pełni rozwinąć, i gdyby nie biali, barbarzyńscy Europejczycy, to Aborygeni i Pigmeje pierwsi wylądowaliby na Księżycu.

Są do tego stopnia zaślepieni nienawiścią do chrześcijaństwa i do białego człowieka, że nie widzi, iż największymi wrogami wyznawanych przez nich poglądów są islamiści. Nie zdaje sobie sprawy, że prędzej czy później hołubione przez nich feminizmy i genderyzmy zderzą się z fanatyzmem islamistów, że wojownicy sprawiedliwości społecznej zderzą się z wojownikami Allaha. Nie widzą, że muzułmanie traktują Europę, jako łatwy łup, że na ludzi Zachodu patrzą jak na zbydlęcone twory, a na ich kobiety jak na dziwki nienadające się nawet do haremu. A żeby się o tym przekonać, wystarczy zajrzeć do wytycznych Koranu i porównać je z „Manifestem” Spinelliego.

Współpracę z islamistami (i w ogóle z muzułmanami) lewacy (i w ogóle lewica) widzą, jako „lodołamacz”, który rozbije zastane struktury społeczne i kulturowe, a nade wszystko religijne Zachodu. Islamiści traktują lewaków, jako „użytecznych idiotów”, jako swego rodzaju naiwnego odźwiernego, który wpuszcza każdego nie sprawdzając wcześniej, kim jest. Co jeszcze skrajna lewica ma wspólnego z radykalnymi islamistami? Lewacy to taka nowa „Międzynarodówka”, taki nowy „Komintern” budujący europejskie superpaństwo – Związek Socjalistycznych Republik Europejskich. A islamiści to „Islamski Komintern”, z którym w wielu istotnych punktach przecina się lewacka doktryna. Islamizm nie jest bowiem wyznaniem, lecz ideologią bazującą na religii, a islamiści mają tylko jedną narodowości – islam. I tu pytanie: Jak to możliwe, że komunizm i islamizm nie spotkały się wcześniej?

W tym wszystkim, w tej grze uczestniczy jeszcze jeden szuler – globaliści. Bo czym dla lewaków muzułmanie, tym dla globalistów lewacy. Bo aspirujący do władzy lewacy żywią się ochłapami spadającymi ze stołu globalistów. Także kojarzenie islam z agresją i terrorystycznymi zamachami to element globalistycznego resetu. Wystarczy bowiem zagłębić się w historię pobytu muzułmanów w Europie, żeby znaleźć, że przybyli tu nie w wyniku inwazji, lecz sprowadzili ich globaliści, dokonując uprzednio ich odpowiedniej selekcji.

Globaliści działają na kilku płaszczyznach, i na każdej z nich podminowują Europę. To skoordynowana strategia, którą globaliści stosują do dziesięcioleci. Już w 1911 r. w amerykańskiej gazecie „St. Louis Post-Dispatch” ukazała się karykatura przedstawiająca Karola Marksa otoczonego finansistami z Wall Street (wszyscy, bez wyjątku wyposażeni w haczykowate nosy), żywiącymi nadzieję, że komunizm pomoże im w interesach.

Komisja Europejska finansuje projekt badawczy o nazwie „Biały islam: nowa religia dla Europejczyków”, którego głównym celem jest wsparcie konwertytów na islam oraz walka z islamofobią w Europie. Projekt zakłada, że obecność muzułmanów może stanowić alternatywę wobec nacjonalizmu i „chrześcijańskich narracji antyislamskich”, a islam być odpowiedzią na „wypaczenia” współczesnego Zachodu. W ramach projektu tworzona jest baza danych, która śledzi ewolucję poglądów politycznych konwertytów oraz analizuje ich wkład w krytykę zachodniego porządku społeczno-politycznego. Projekt adresowany jest do państw, które zmagają się z integracją imigrantów oraz napięciami na tle religijnym. Innymi słowy, to prowokacja wobec dziedzictwa kulturowego kontynent i naruszenie zasady neutralności światopoglądowej, którą lewacy w Brukseli tak często przywołują.

Tak, jak lewica wchodzi w sojusz z islamistami, tak antyislamska prawica wchodzi w sojusz z Izraelem. W marcu ubiegłego roku rząd izraelski zwołał w Jerozolimie konferencję „Przeciwdziałanie antysemityzmowi”. Zaproszono na nią przywódców prawicowych partii z Francji, Hiszpanii, Szwecji, Węgier oraz Holandii (notabene, wszystkich z antysemicką kartoteką). Gospodarzy i zaproszonych gości połączyło postrzeganie islamu, jako głównego zagrożenia dla Europy oraz budowa wspólnego frontu do walki islamizmem (który wszyscy uczestnicy konferencji ochoczo potępili). Pikanterii dodaje, że wszystkim zaproszonym, jeszcze do niedawna, Izrael przyklejał etykietę „skrajna antysemicka prawica”.

Z tej okazji odezwał się ambasador Izraela w Warszawie, obwieszczając, że w związku z obecnością mniejszości muzułmańskiej w krajach zachodnich „nasila się antysemityzm”, że „należy go eliminować gdziekolwiek się pojawia” oraz że „w Polsce, gdzie problem jest mniejszy, powinno być łatwiej sobie z nim poradzić”. I uszom własnym nie wierzyliśmy, bo do tej pory słyszeliśmy, coś zupełnie przeciwnego – gdy w Europie Zachodniej Żyd boi się wyjść na ulicę w jarmułce, a niemiecka policja całodobowo pilnuje synagog, w Polsce sprzedawanie figurki Żyda z pieniążkiem jest przejawem „zwierzęcego antysemityzmu”. Słowa izraelskiego ambasadora brzmiały niepokojąco także z uwagi na to, jak Żydzi likwidują „antysemityzm” w Palestynie i zapowiadają użycie bomby atomowej wobec „antysemickich” mieszkańców Gazy.

Polska prawica, w odróżnieniu od zachodniej, jest antyizraelska. Ale to się zmienia, bo na scenie pojawili się Dominik Tarczyński i Patryk Jaki. Okazuje się też, że islamizacji Europy sprzyjają nie tylko zlewaczałe i antyklerykalne elity polityczne Unii Europejskiej i żydoprawica w PiS, ale także duchowni Kościoła. Przykładem równie dobrze czujący się w mycce rabina jak i w turbanie imama kardynał Grzegorz Ryś, rzecznik Żydów, muzułmanów i wszystkich innych (tylko nie katolików), któremu nie przeszkadzają nawoływania do palenia kościołów, a odprawianie tradycyjnej mszy nazywa „pajacowaniem przed ołtarzem”, który w liście do wiernych o imigrantach napisał: „Każdy człowiek ma prawo wybrać sobie miejsce do życia; i ma prawo w tym miejscu być uszanowanym w swoich przekonaniach, kulturze, języku i wierze”.

Wspieranie imigracji (nie tej spontanicznej, lecz stymulowanej przez globalistów) to kolejny dowód na sojusz lewaków z islamem. Bo nie jest tajemnicą, że tzw. „arabska wiosna”, która dała początek islamskiej inwazji i która tak osłabiła chrześcijańską Europę to robota Mosadu. Gdy hordy napierały na europejskie granice, przywódcy islamistów nawoływali do „przeniesienia wojny do serc, domów i miast krzyżowców Zachodu”, a na ich manifestacjach roiło się od czarnych flag z półksiężycem. Gdy odrodził się islamski terroryzm, lewacy utrzymywali, że ten mniej groźny to islamski i ten wiele groźniejszy, kiedy biali tubylcy posługują się mową nienawiści. Dziwiła też niechęć do przyznania, że oprócz terroryzmu islamskiego jest terroryzm lewacki. W tyle nie odstawali muzułmanie i lewacy w Polsce. W organizowanych przez nich demonstracjach udział brała „Czerwona Warszawa”, organizacja związana z trockistowską międzynarodówką, członek antyfaszystowskiej Koalicji 11 Listopada, która blokowała Marsz Niepodległości w Warszawie.

Lewica otworzyła Europę na masową imigrację pod pozorem tolerancji, praw człowieka i „ocieplenia klimatu” (które zmusza ludy Południa do szukania ochłody na Północy). Ale to tylko pretekst, bo wykreowanie licznej mniejszości religijnej pomaga w ostatecznym usunięciu chrześcijaństwa i stworzeniu europejskiego superpaństwa bez tożsamości religijnej i narodowej. Projekt taki zakładał, że ściągnięci do Europy muzułmanie ulegną takiej samej szybkiej laicyzacji, jak rdzenni Europejczycy. Tyle, że wbrew lewackim mrzonkom muzułmanie nie zasymilowali się, a zaczęli za to radykalizować się religijnie i przytłaczać swoją dzietnością zateizowanych Europejczyków.

Lewacy zakładali, że imigranci staną się zapleczem politycznym skrajnej lewicy. I to się udało, bo zwycięstwo partii lewicowych w wyborach parlamentarnych w Wielkiej Brytanii i Francji nie byłoby możliwe bez wsparcia ze strony muzułmanów. W takiej Francji, na Nowy Front Ludowy głosowało 80 procent wyznawców islamu. I mamy taka oto szaradę: Dziś bez poparcia muzułmanów nie można wygrać wyborów. Lewica stała się zakładnikiem środowisk muzułmańskich. Muzułmanie nie są w tej grze pionkami, ale rozgrywającymi. Co prawda, jedni i drudzy traktują się z podejrzliwością i kombinują, kto kogo przechytrzy, ale wynik jest oczywisty: To globaliści przechytrzą i białych lewaków i smagłych islamistów!

Nawiasem mówiąc „wydarzenia” związane z obchodami muzułmańskiego święta kończącego ramadan stworzyły żydoprawicy w Polsce nie tylko okazję do krucjaty przeciwko islamowi, ale do powtarzania z uporem, że zły jest imigrant nielegalny, legalny dobry. Tymczasem, żydoprawicowy rząd Morawieckiego sprowadził do Polski kilkaset tysięcy „legalnych” imigrantów z krajów muzułmańskich, poparł go w tym lewak Michnik, a Jan Hartman, wnuk rabina Izaaka Kramsztyka cieszył się, że „w Polsce za 20 lat może być więcej meczetów niż kościołów”.

Kiedy 50 lat temu szach Iranu Mohammad Reza Pahlavi ostrzegł przed „czerwono-czarnym sojuszem marksistów i islamistów”, francuscy „intelektualiści” Jean Birnbaum i Alain Finkelkraut (wszyscy trockiści pochodzenia żydowskiego) wyśmiali go. Mało tego, drwiąc z szacha podpowiedzieli Białemu Domowi koncepcję „Zielonego Półksiężyca”, muzułmańskiego kordonu sanitarnego mającego powstrzymać bezbożny sowiecki komunizm. I rzeczywiście; Ronald Reagan wsparł mudżahedinów w Afganistanie, nazywał ich „Freedom Fighters” (bojownikami o wolność), a mudżahedinów wspomogli ochotnicy z krajów muzułmańskich.

Efektem, najgroźniejszym było powstanie zbrojnych struktur tzw. państwa islamskiego, a miejsce dominujące świeckich ruchów politycznych i sprawujących władzę w Iraku, Syrii i Libii zajęli fundamentaliści islamscy. Jak widać globaliści są niezwykle elastyczni – na Zachodzie, jako tarana dla swych idei używają lewicę, a na Bliskim Wschodzie – islamu. W bibliotece Osamy bin Ladena znaleziono, obok dzieł założycieli Bractwa Muzułmańskiego, książki komunisty pochodzenia żydowskiego Noama Chomsky’ego, które do dziś namiętnie czytają studenci uniwersytetów amerykańskich. Dziś Chomsky wyraża poparcie dla Hamasu, skrajnego odłamu Bractwa Muzułmańskiego, a amerykańscy lewacy opisują islam jako część międzynarodowej i postępowej lewicy.

Z tym, że nie dajmy się podpuścić narracji Izraela, który jakoby walczy w Gazie z bojownikami Hamasu, a dokonuje ludobójstwa palestyńskich kobiet i dzieci. Ale też, przy całym szacunku dla arabskich przyjaciół, powiedzmy szczerze: Nie daliście rady tchórzliwy żydkom z Izraela, to przenosicie swój konflikt z Żydami do Europy. Nie po to, żeby walczyć z Żydami tylko z białymi Europejczykami. I nie po to, żeby wyzwolić Palestynę, ale wykroić sobie, przy pomocy Żydów i lewicowych dupków, przestrzeń do osiedlenia (nieraz w wielce oryginalny sposób – tak, jak Pakistańczycy w Anglii – gwałcąc białe kobiety, w tym 11-letnie dziewczynki.

A co do Ben Ladena to przypomnijmy, że Radek Sikorski do polskiej dyplomacji trafił wprost ze zbrojnej formacji mudżahedinów afgańskich, wśród których, na zlecenie brytyjskiego wywiadu MI5, działał pod koniec lat 80-tych. Później, dzięki żonie, został członkiem zaplecza amerykańskich polityków żydowskiego pochodzenia, potomków działaczy Komunistycznej Partii USA (przez siebie przewrotnie i dla niepoznaki zwanych neokonserwatystami, a przez prawdziwych konserwatystów neotrockistami). W sporządzonym dla nich raporcie postawił tezę: „Bez mudżahedinów nie byłoby Okrągłego Stołu w Polsce”. Na obronę Radka trzeba jednak przyznać, że nie wystąpił o pokojowego Nobla dla Osamy Ben Ladena, natomiast nagrodę w wysokości 1 miliona euro przyznał Mustafie Dżemilewowi – islamiście, liderowi Tatarów krymskich,których znaczny kontyngent walczył u boku Państwa Islamskiego pod opieką tureckiego wywiadu (tego samego, który wspierał przemieszczanie się tzw. uchodźców do Europy), których udział w eksterminacji chrześcijan w Lewancie jest nie do przecenienia.

Chcemy Polski bez muzułmańskich imigrantów. Czy to oznacza, że muzułmanów mamy nienawidzić? Wprost przeciwnie! Chcemy tylko, aby Polska pozostała krajem katolickim, a bisurmanie niech się modlą do Allaha u siebie. Islam to cywilizacja obca, przed którą musimy się bronić. Ale czy bronić się przy pomocy, pod dyktando i w interesie wyznawców judaizmu? To Żydzi narzucili, bowiem warunki debaty na temat islamu i muzułmańskich imigrantów, ustawiając ją tak: Za falą islamskiej inwazji stoi państwo islamskie i Hamas; Miliony muzułmanów płyną do Europy, by podkładać bomby, gwałcić, ustanawiać kalifat i zaprowadzać prawo islamskie; Jak nie chcecie chanuki to będziecie mieli ramadan; Muzułmanie to wróg, którego macie się bać i przed którym będzie was bronić Izrael.

Równocześnie są za muzułmańską imigracją. Udało im się przekonać lewaków, że ich intencją jest przychylenie muzułmanom nieba, że „Gazetą Wyborczą” i fundacją Sorosa kieruje troska o wyznawców Allaha, że bronią „uchodźców”, a sprzeciwiający się im Polacy to ksenofobi i rasiści. No i mamy taką oto szaradę: Z jednej strony straszą, że hordy bisurmańskie podbijają ziemię „niewiernych”. Z drugiej nakazują tymże „niewiernym” merdania do najeźdźców ogonkiem i w ten prosty sposób wprowadzają w życie zamysł wycięcia chrześcijańskich gojów muzułmańskimi kindżałami.

Nie chodzi o obronę islamu ani o jego potępienie. Chodzi o to, czy Polacy swoją tożsamość mają kształtować w opozycji do islamu, czy w opozycji do rabinów z „Gazety Wyborczej”, którzy napływ muzułmanów do Polski błogosławią. I jakże naiwne są w tym kontekście głosy, że istnienie silnego Izraela może być przydatne, bo „Izrael wiąże znaczące siły świata islamu na Bliskim Wschodzie i tym samym osłabia dżihad na Zachodzie”.

Zagrożeniem dla Polski nie jest islam. Zagrożeniem są ci, którzy udając patriotów, wrzeszczą o islamskim zagrożeniui równocześnie robią wszystko, aby stworzyć dla muzułmanów przestrzeń życiową. Ci, którzy manipulując opinią publiczną, szczują na nielegalnych migrantów, a po cichu wpuszczają tych „legalnych”. I dlatego Polakom potrzebna jest uczciwa diagnoza: To nie islam przerabia europejskie narody na etniczną zbieraninę. To nie islam wymazuje chrześcijańskie oblicze kontynentu. To nie muzułmanie zohydzają Polakom tożsamość, religię, rodzinę i szydzą z ich patriotyzmu. I dlatego, chcemy Polski bez imigrantów, ale także bez tych, którzy są za Polską etnicznie i religijnie skundloną.

Krzysztof Baliński

OSTRZĄ BANDEROWCOM SIEKIERY

OSTRZĄ BANDEROWCOM SIEKIERY

Krzysztof Baliński

Dlaczego do uchwały Rady Ministrów wrzucili zapis o „wprowadzeniu odrębnych przepisów dotyczących zwalczania różnych przejawów „mowy nienawiści” – przecież antysemityzm to „mowa nienawiści”? Czy nie chodzi o objęcie uchwałą „ukrainofobii”, o wykorzystanie uchwały do zwalczania „antyukraińskiego rasizmu” i wmówienie Polakom, że to taki inny antysemityzm, a nawet więcej – że jest równoznaczny z antybanderyzmem?

Przejdźmy do konkretów. Socjolożka z Żydowskiego Instytutu Historycznego Anna Landau alarmuje: „Już 10 lat temu Michał Bilewicz zdiagnozował, że współczesny antyukraiński rasizm w Polsce to kopiuj wklej przedwojennego polskiego rasizmu antysemickiego”. Były prezes Związku Ukraińców w Polsce Piotr Tyma (Петро Тима), w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” ujawnił, że dzięki grantom z Fundacji Batorego będzie monitorował wpisy w Internecie pod kątem „mowy nienawiści” wymierzone w Ukraińców. Tymczasem sam, fragment pomnika w Domostawie obrazujący polskie dziecko nabite na ukraińskie widły, porównał do „komara na widelcu”.

Wzorując się na Żydach i ich definicjach „antysemityzmu”, wypracowali równie kuriozalne definicje „antyukrainizmu”. Antyukraińską fobią, nienawistną postawą wobec Ukraińców jest wypominanie, że pomoc, jaką udzielamy jest rozkradana, a oni przecież bronią Polski przed Putinem. Dla Weroniki Marczuk zarzuty korupcyjne CBA pod jej adresem to „efekt antyukraińskich uprzedzeń” (co przypomina debatę w Muzeum Polin, gdy żydowski naukowiec ogłosił: „Mówienie o skorumpowanych sitwach u władzy i ich rozbijaniu jest antysemickie”). Gdy w Legnicy złomiarze skradli krzyż z kopuły cerkwi, prowidnyk Ukraińców w Polsce Mirosław Skórka mówił o „ewidentnie symbolicznym geście pokazującym narastającą wrogość do społeczności ukraińskiej w Polsce”. Wtórował mu ambasador Ukrainy: „Zwracam się do organów ścigania Rzeczypospolitej Polskiej – uczyńcie wszystko, aby ta oraz wszystkie podobne zbrodnie przeciwko Ukraińcom i ukraińskości doprowadzone zostały do logicznego końca –  wyroków sądu zgodnie z prawem RP”. Uwagę przy tym zwraca, że o incydencie powiedział „zbrodnia”, a Rzeź Wołyńską zawsze nazywa „wydarzenia”.

Naśladują Żydów w metodach polowania na polskich nienawistników. Przy czym żydowski modus operandi polega na wysyłaniu w świat kłamstw o „polskich obozach”, a ukraiński o funkcjonujących po wojnie „polskich obozach koncentracyjnych dla Ukraińców”. Oba kłamstwa w jednym połączyła dziennikarka CNN, gdy zapytała: „Czy polska pomoc dla Ukrainy nie jest próbą naprawienia krzywd polskich obozów koncentracyjnych?”. O „polskim obozie koncentracyjnym dla partyzantów UPA w Świętochłowicach” obszernie w swoich książkach pisze Anne Applebaum. I wybiela przy okazji rolę komunistów żydowskich w mordowaniu polskich patriotów, bo łagier ten nie był – jak kłamliwie utrzymuje – polskim, lecz żydowskim obozem śmierci, bo w sposób sadystyczny, z niezwykłym bestialstwem mordowano w nim przede wszystkim Polaków, bo jego komendantem był Salomon Morel, szefem więziennictwa Mosze Wassersturm, szefem MO w pobliskim Będzinie Jurek Furstenfeld, a prokuratorem w pobliskich Gliwicach Mietek Rosenkranz.

Ukraińcy agresywnie forsują antypolską narrację historyczną. Tak, jak Żydzi oskarżają powstańców warszawskich o mordowanie ocalałych z getta, tak oni oskarżają AK o mordowanie Ukraińców i głoszą: „Ukraińcy byli uciskani przez Polaków w tak okrutny sposób, że trudno to sobie wyobrazić”. Ukraiński minister Andrij Sybiha, po tym jak w „Gazecie Wyborczej” pojawiły się informacje o 15-letniej Ukraince, która miała doświadczyć przemocy psychicznej w formie obraźliwych wiadomości głosowe, wezwał Polskę do ukarania „przejawiających ksenofobiczną postawę wobec Ukraińców”. Na Facebooku napisał: „Szkoda, że trzeba wracać do spraw haniebnego traktowania Ukraińców w Polsce”. Dorzucił też: „Nalegam na sprawiedliwą karę dla tych, którzy pozwalają sobie na ksenofobiczne sprawy przeciwko Ukraińcom w Polsce. Uważam, że takie zachowanie nie może i nigdy nie będzie normą w cywilizowanym społeczeństwie europejskim”. Nie omieszkał też poinformować, że „poruszył incydent wraz z szefem polskiego MSZ podczas wizyty Wołodymyra Zełenskiego w Polsce i otrzymał zapewnienie, że strona polska odpowiednio zareaguje”. Ale nie „poruszył”, że w Jeleniej Górze 14-letnia Ukrainka zamordowała kuchennym nożem 11-letnią Danusię, wzorową i wszechstronnie uzdolnioną koleżankę ze szkolnej klasy, bo „chciała sprawdzić, jak się zabija człowieka”, że do szkoły przychodziła z nożem i że otwarcie go ostrzyła. Nie „poruszył” też tematu dzieci w polskich szkołach, które są terroryzowane i zmuszane do słuchania banderowskich pieśni.

O antyukraińskim rasizmie nieprzerwanie gardłuje czołowy orędownik tępienia „mowy nienawiści” – Paweł Kowal. Ten obrzydliwie proukraiński typ jest spokrewniony z Heleną Łuczywo, wieloletnią zastępczynią Adama Michnika, wnuczką płk. Ferdynanda Chabera, funkcjonariusza Centralnego Biura Kontroli Prasy MBP i kierownika Wydziału Propagandy KC PPR, której córka Łucja Koch jest szefową Działu Edukacji w Muzeum Polin, głównej manufaktury walki z „mową nienawiści”. Ciotka Kowala w 2002, 2004 i 2005 roku notowana była na liście najbogatszych Polaków, a Kowal został pełnomocnikiem Tuska do spraw odbudowy Ukrainy i nawołuje do przekazywania polskich funduszy ukraińskim oligarchom. Czyżby chciał, śladem cioci, doszlusować do elity finansowej kraju?

Kto jeszcze w Polsce bierze czynny udział w promowaniu narracji, że wypominanie Ukraińcom zbrodni na Wołyniu to „mowa nienawiści”? Od początku III RP środowisko skupione wokół „Gazety Wyborczej”, które tropiąc wszelkie przejawy nacjonalizmu w Polsce,  przeszło do porządku dziennego nad ideologią OUN, któremu nie przeszkadza, że bandyci, których biorą w obronę, mają na sumieniu śmierć kilkuset tysięcy Żydów. Mimo świadomości, iż ofiarami UPA byli jej ziomkowie, robi to Anne Applebaum, wmawiając nam przy tym, że nacjonalizm nie jest zły, jeśli nie jest nacjonalizmem polskim, a jeśli jest antypolski – to wspaniale. Bardzo często mija się też z prawdą. Choćby wtedy, gdy zrównuje zbrodnie banderowców z akcją „Wisła”. „W końcu czerwca 1947 siłom interwencyjnym udało się wreszcie, część z liczącej sobie 140 tys. społeczności ukraińskiej wypędzić z jej siedzib, wepchnąć do brudnych bydlęcych wagonów i przesiedlić na północ i zachód Polski. To był krwawy i bezwzględny proces, tak samo krwawy i bezwzględny jak wymordowanie mieszkańców Wołynia trzy lata wcześniej” – pisze w jednej z książek.

Takimi żartami popisuje się Zełenski. Na przykład o „Ukraińcach ratujących Żydów podczas II wojny światowej”. Ale to nie tylko dowcip podrzędnego komika. Tu chodzi o wysłanie w świat przesłania, że to Polacy tworzyli formacje pomocnicze w niemieckich obozach zagłady, że to Polacy mordowali a Ukraińcy ratowali i że to Polacy a nie UPA ćwiczyli mordowanie Żydów podczas „wydarzeń” na Wołyniu. I już wiemy, dlaczego nikt nie przyjdzie nam z pomocą, kiedy zostaniemy najechani, że będzie to bój o wyzwolenie Polski spod okupacji – trzymając się słów Sybihy – „tych, którzy pozwalają sobie na ksenofobiczne sprawy przeciwko Ukraińcom w Polsce”. Wiemy też, że noblistka Olga Tokarczuk (tak, jak niegdyś Wolter u boku carycy) zaapeluje do przywódców „państw demokratycznych” (w tym Zełenskiego), aby zrobili porządek z tą „Polską – ostoją nierządu i zabobonu, prześladującą mniejszości”.

Dlaczego w Polsce mogą już wszystko? Nie tylko dlatego, że pomoc ze strony Polski jest im dana raz na zawsze i nie muszą o nią zabiegać. Nie tylko dlatego, że „sługa” nie może dyktować swemu panu, co ma robić. Ale dlatego, że widzą, jak Polacy są spolegliwi wobec Żydów, którzy ich poniżają i oskarżają o różne niegodziwości, a oni, dla wkradzenia się w ich łaski, godzą się na plucie w twarz i jeszcze za to płacą. No i dlatego, że widzą, jak Polacy są słabi wobec roszczeń żydowskich i dla udobruchania Żydów zwracają im majątki.

Sprawę można drążyć pytaniem: Czy „ukrainizacja” Polski nie jest dziełem środowisk „sympatyzujących” z oligarchami, z których tylko jeden na 100 ma nieżydowskie pochodzenie? Czy w całej miłości do Ukrainy nie chodzi o Zełenskiego i jego oligarchów, których łączy jedno – przed świętem Chanuki gremialnie udają się prywatnymi odrzutowcami do Izraela? Czy przyczyną nie jest także to, że Polską i Ukrainą od dekad rządzi żydokomuna? Warszawska ulica o „pierwszym niekomunistycznym rządzie wolnej Polski” mówiła: „Sami Żydzi tylko jeden Syryjczyk” (chodziło o ministra przemysłu Tadeusza Syryjczyka). Dziś o rządzących Ukrainą ulica kijowska mówi: „Sami Żydzi tylko jeden Tatar” (chodzi o Rinata Achmetowa), a my o polskim rządzie mówimy: „Sami Ukraińcy tylko jeden Niemiec” (ale i on ma ukraińską konkubinę). I jeszcze jedno – śledząc kariery polskich polityków powiązanych z Ukrainkami można pytać, czy karier nie porobili dzięki machinacji kadrowej podobnej do funkcjonującej od dekad „Instytucji Esterki”, która polega na pomyślnym swataniu Polaków z Żydówkami?

Dlaczego na Ukrainie nie istnieje w ogóle temat odszkodowań za  mienie pożydowskie? Co jest o tyle zastanawiające, że  przed wojną większość Żydów mieszkała na wschodnich terenach II RP i tam pozostały majątki większości ofiar Holokaustu. Czy nie dlatego, że na Ukrainie wszystko przejęli Żydzi i trudno byłoby wysuwać do tych majątków roszczenia? Może też chodzić o swoistą rekompensatę dla Ukraińców, którzy pozwolili Żydom rozkraść Ukrainę oraz przejąć grunty rolne i lasy, poprzez wypuszczenie banderowskich sotni do Polski, żeby ją złupić? A jak już złupią to (tak, jak w wojsku chazarskim) dojdzie do podział łupów, połowę zagarnie wódz czambułu. A za złupione wykupi kolejny kawałek Polski.

Ukraińcy (tak, jak Żydzi) nakłaniani są do nabywania polskiego obywatelstwa. Hebrajskojęzyczne portale instruują, że w ten sposób „można dochodzić roszczeń majątkowych za mienie pozostawione w Polsce przez „wypędzonych” w marcu ’68. A Ukraińców przecież też „wypędzono” podczas akcji „Wisła”, i też mają prawo do pozostawionych majątków! Przypomnijmy, że gdy w 2018 r. Kongres uchwalił Act 447, PiS mamiło opinię publiczną tym, że spłaty Żydom nie naruszą interesów Polaków, bo zostaną zrekompensowane wypłatami od Niemców. Dziś PO mami tym, że wielomiliardowa pomoc dla Ukrainy nie narusza interesów Polaków, bo zostanie zrekompensowana pieniędzmi skonfiskowanymi Ruskim. 

Na Dzikich Polach doszło do wielkiego skandalu – „masowego schematu defraudacji w przemyśle energetycznym” (by zacytować komunikat ukraińskiego biura antykorupcyjnego – NABU). Z Ukrainy do Izraela zbiegł Timur Mindycz „blizkij drug” Zełenskiego. To nie tylko wizerunkowa katastrofa prezydenta, ale i cios w polskich Ukrainerów, którzy w tym jakiś udział mieć musieli! I tu postawmy tezę: Polska już spłaca roszczenia żydowskie m. in. poprzez pomoc dla Ukrainy, która jest niczym innym, jak pomocą dla żydowskich oligarchów, którzy dzielą się rozkradzionymi w ten sposób pieniędzmi z Izraelem. Hipotezę taką wzmacnia to, że „pomocą” dla Ukrainy zajmuje się Paweł Kowal oraz Anne Applebaum. Ta ostatnia przy pomocy Radka (chociaż, nie wiemy, czy wtajemnicza w to wszystko swego głupkowatego męża).

Hipotezę taką wzmacnia to, że Pawło Kowal skarcił Tomka Terlikowskiego za to, że „mówi o korupcji a to drugorzędna sprawa, bo toczy się wojna i Ruscy wysadzają tory”, i tekst Applebaum zatytułowany „Czym korupcja w Kijowie różni się od korupcji w Waszyngtonie?”, w którym przekonuje, że „afera korupcyjna w otoczeniu Zełenskiego oznacza, że ukraiński system polityczny jest zdrowy i działa zgodnie z prawem”. Hipotezę taką wzmacnia także to, że po wyjściu na światło dzienne afery Mindycza, Radek Sikorski natychmiast przelał z konta MSZ do Kijowa 100 milionów dolarów. No i jeszcze jedno – wypominanie, że Timur (i jego żydowska drużyna) miał paszport izraelski i że zwiał do Izraela, to już jawny „antysemityzm”. Bo przecież on tylko znalazł schronienie w Izraelu przed antysemitami z NABU.

A co do Radka to kiedyś, na wiadomość o aresztowaniu Sławomira Nowaka, padł na niego blady strach. Wielbiciel Twittera stracił chęć do tweetowania. Milczał całymi dniami. Co tym bardziej dziwiło, że wcześniej na podobną aferę korupcyjną zareagował tweetem: „Powiedzieć o ukraińskiej gospodarce, że nie jest skorumpowana, to tak jak powiedzieć o Julii Tymoszenko, że jest niepokalanie uczciwa”. Szefowi jednego z najbardziej zżeranych korupcją ministerstw odpowiedzieli wówczas blogerzy: „Mówić, że gospodarka polska nie jest skorumpowana, to tak jakby mówić, że Anne Applebaum jest dziewicą”.

Do afery Mindycza doszło po naciskach władz amerykańskich, do których docierały sygnały, że kontrola nad pomocą wysyłaną Ukrainie kończy się na polskiej granicy, i gdy w Senacie USA zapytano, skąd Zełenski wziął 700 mln dolarów (bo na tyle wyceniła jego majątek „Forbes”). I właśnie dlatego zapytać trzeba: Czy, po zakończeniu wojny, ukraińscy oligarchowie obłowieni na polskiej pomocy, nie ukryją zrabowanych pieniędzy nad Wisłę, pod opiekę warszawskich rabinów z Chabad, którzy pomogli im się nakraść?

Nie należy też wykluczyć innego scenariusza: W przypadku totalnej klęski na froncie – dostaną azyl w Polsce. Azyl dostaną też ukraińscy nacjonaliści, którzy, dzięki pieniądzom od oligarchów nabyli dziwną przypadłość – nie są zwolennikami „Ukrainy dla Ukraińców”, są tylko „wrogami Rosji”, Żydom nie zagrażają, ale są na tyle zapalczywi, że doprowadzą do wojny domowej w Polsce.

Pikanterii aferze dodaje, że Timur Mindycz, przed odlotem do Tel Awiwu wpadł do synagogi sekty Chabad w Warszawie. Nie wiadomo tylko, czy na modlitwę czy na rozmowy biznesowe, bo Chabad w Polsce (tak, jak na Ukrainie) nie zajmuje się krzewieniem mądrości Talmudu, a biznesem, szczególnie przejmowaniem kamienic. I tu pytanie: Czy to Chabad nie dokończy przedwojennego żydowskiego zamysłu: „Wasze ulice, nasze kamienice”. I czy nie uzasadnione jest podejrzenie, że Timur i jego „blizkij drug” Wołodymyr to tylko kurierzy przewożący, pod ochroną Mosadu i ABW, zrabowane pieniądze do Izraela?

Co jeszcze świadczy o tym, że to wojna żydowska? Bo jest w interesie osiadłych w Nowym Jorku skomunizowanych żydków z Galicji. Bo Tom Rose powiedział w Senacie: „Izrael prowadzi wojnę na siedmiu frontach, sześciu na Bliskim Wschodzie a siódmym w Europie”. Bo nacjonalista żydowski stał się nacjonalistą ukraińskim, wybaczył banderowcom unicestwienie swoich ziomków i żydowskim niedobitkom na Ukrainie nie pozwala powiedzieć na Banderę złego słowa. Bo takiego sojuszu broni żydokomuna w Polsce, a osłonę medialną zapewnia „Gazeta Wyborcza” i TV Republika (która swą siedzibę wynajęła od warszawskiej gminy żydowskiej). Bo PiS i KO w tej sprawie zachowują się, jak Komintern w odniesieniu do wojny polsko-bolszewickiej, wykazują pełną jednomyślność, a drobne animozje wynikają jedynie z licytowania się, kto da Ukrainie więcej.

A na koniec kilka konkluzji:

Coś wisi w powietrzy, coś się święci, coś Polakom szykują. Wkrótce uraczą nas uchwałą o „Przeciwdziałaniu antyukrainizmowi i wspieraniu życia ukraińskiego w Polsce na lata 2026-2100”, która będzie przewidywać sankcje karne wobec Polaków, będzie kompatybilna z ogłoszonymi przez Tuska „pięcioma przykazaniami” ostrzegającymi Polaków, że każde „ale” wobec Ukrainy oznacza zdradę na rzecz Rosji,

Polacy stają się obywatelami trzeciej kategorii, co wskazuje na to pogardę, jaką Żydzi i Ukraińcy żywią wobec nas i że nie byłoby to możliwe bez zorganizowanej i wpływowej agentury, która do wyzwolenia Polski spod jarzma zoologicznych ukrainofobów wydeleguje tych samych prokuratorów, którzy zajmują się antysemitami.

Ukraińcy po cichu grabią Polskę, a Żydzi (też po cichu) mienie bezspadkowe i jeszcze razem tworzą sobie Ukropolin. A jak już wycisną z Polski wszystkie żywotne soki, jak już odbiorą odszkodowania za „wydarzenia” na Wołyniu, wymuszą jeszcze większe pieniądze dla banderowskich fundacji, czyli finansowanie banderowcom ostrzenia siekier. Ugrają też Ukropolin, bo to wszystko jest do siebie dopasowane jak puzzle.

Widzimy, jak profetyczny był Grzegorz Braun ze swymi przestrogami: Stop ukrainizacji Polski i Stop banderyzacji polskiej racji stanu.

Krzysztof Baliński

TY TEŻ JESTEŚ ANTYSEMITĄ !

TY TEŻ JESTEŚ ANTYSEMITĄ !

Krzysztof Baliński

Rząd zaakceptował międzynarodową definicję antysemityzmu. Definicja jest krótka: „Antysemityzm to określone postrzeganie Żydów, które może się wyrażać, jako nienawiść do nich. Antysemityzm przejawia się zarówno w słowach, jak i czynach skierowanych przeciwko Żydom lub osobom, które nie są Żydami oraz ich własności”.

Do definicji załączono „przykłady przejawów antysemityzmu”, ale problem w tym, że większość z nich nie odnosi się do antysemityzmu, ale do Izraela. Tak więc antysemityzmem jest: Nazwanie Izraela państwem rasistowskim; oskarżanie Żydów o większą lojalność wobec Izraela, niż wobec własnego kraju; zrównywanie polityki Izraela z polityką nazistów; obwinianie Żydów odpowiedzialnością za czyny państwa Izrael. Konkluzja może być tylko jedna – definicja odciąga uwagę od prawdziwego antysemityzmu, a jej prawdziwym celem nie jest obrona Żydów, lecz obrona Izraela przed wszelką krytyką.

Tym tropem tym poszła Fundacja Friedricha Eberta – „antysemityzm przejawia się w poglądach o kontrolowaniu przez lobby żydowskie amerykańskiej polityki zagranicznej”, a także brytyjski „Guardian”, dla którego: „tzw. klasyczny antysemityzm w większości przypadków odszedł do lamusa; jego nowym wcieleniem jest ‘demonizacja’ polityki Izraela; dzisiaj powoływanie się na ‘Protokoły Mędrców Syjonu’, czy mówienie o tym, iż Żydzi chcą panować nas światem zostałoby z pewnością wyśmiane podczas prywatnych spotkań towarzyskich, ale już krytyka polityki Izraela, czy poglądy o kontrolowaniu przez lobby żydowskie amerykańskiej polityki zagranicznej stają się przedmiotem dysput, a nawet politycznych analiz”.

W grudniu 2020 roku Rada UE przyjęła „Strategię w sprawie zwalczania antysemityzmu i wspierania życia żydowskiego”, która mówi: „Antysemityzm może dotyczyć Izraela. Jest to najbardziej powszechna forma antysemityzmu w internecie, z jaką Żydzi spotykają się w dzisiejszej Europie”. Strategia wzięła też na celownik „skrajne ugrupowania głoszące antysyjonizm”. I taki właśnie potworek prawny, worek, do którego można wszystko wrzucić i pałkę, którą można każdego uderzyć, udało się kuchennymi drzwiami wprowadzić do systemów prawnych wielu państw. I to on stał u podstaw uchwały Rady Ministrów ws. Krajowej Strategii przeciwdziałania antysemityzmowi i wspierania życia żydowskiego.

Żydzi nigdy wyraźnie nie mówią, kto jest a kto nie jest antysemitą. Potencjalnie ma nim być każdy. Definicję rozciągają tak szeroko, by można było pod nią podciągać wszelką krytykę Żydów, a nalepkę „antysemita” przyklejać każdemu, kto zagraża ich interesom. Nic też dziwnego, że definicji mamy co niemiara. Antysemityzmem jest prześwietlanie geszeftów obywateli obcego państwa „tylko dlatego, że są Żydami”. „Łączenie reakcji Izraela na nowelizację ustawy o IPN z kwestią majątków pożydowskich jest jaskrawym przykładem antysemickiego fake newsa” – to definicja ambasador Izraela. „Antysemityzmem jest mówienie o skorumpowanych sitwach u władzy i ich rozbijaniu” – tak słowa wygłosił w Muzeum Polin żydowski uczony. Wg „Haaretz” protesty i żądania sprostowań co do „polskich obozów” są dowodem niechęci do rozliczenia się z antysemityzmem, mówienie o polskich ofiarach to antysemicka propaganda, a pomoc, której udzieliła Żydom chociażby rodzina Ulmów „nie była podyktowana altruizmem, ale chciwością polskich antysemitów”.

TVN za antysemickie uznała hasło „Bóg, Honor, Ojczyzna”. Zdaniem Anne Applebaum, hasło „kupuj polskie” przypomina to przedwojenne antysemickie „nie kupuj u Żyda”, a najbardziej jaskrawym dowodem na antysemityzm jest to, że jakaś rządowa instytucja przestała prenumerować „Gazetę Wyborczą”. Antysemityzmem jest krytykowanie globalizacji – taką definicję wypracowała rabinka Rachel Barenblat, bo „termin globalista często odbierany jest jako synonim Żyda, a związek między globalistami a Żydami jest starym antysemickim wymysłem”. O antysemityzm jest się oskarżany za polemikę z Michnikiem, za użycie wyrazu „Żyd” (ale i też za pominięcie słowa „Żyd”), za krytyczne wyrażanie się o bandytach z UB i za pogląd, że nie w marcu 1968, lecz w latach 40. i 50. ubiegłego wieku była kulminacja terroru i zbrodni. Antysemitą jest też ten, którego dziadek nie był w KPP, a wujek w MBP.

Gdy na podorędziu niczego takiego nie ma, pojawia się dr Bilewicz z naukową tezą „Kto się wypiera, kto neguje swoją odpowiedzialność za wiekowe prześladowania Żydów i za ich prześladowania najnowsze, kto zaprzecza, że jest antysemitą – ten jest antysemitą wtórnym”. Według niego samo pytanie, czy Polacy mają prawo do obrony przed takim oskarżeniem wyczerpuje znamiona antysemityzmu. Jak poznać antysemitę, doradza prof. Jan Hartman: „Antysemici powszechnie uważają się za wolnych od rasowych, religijnych i etnicznych przesądów, i dlatego jednym z kryteriów antysemityzmu jest deklarowanie przez daną osobę, że nie jest antysemitą”. Prof. Jojne dokonał też innego odkrycia: „Antysemityzm przejawia się w postaci skrępowania i zawstydzenia, gdy mówi się o żydostwie”.

„Żydów w Polsce nie ma, a antysemityzm jest” – tak zagajają każdą dyskusję na temat przywar Polaków, a wspomagają ich w tym politycy obu rządzących partii. Gdy Grzegorz Braun skrytykował exposé rządu, Tusk wypomniał mu… antysemityzm. Gdy jeden z posłów zapytał Jarosława Kaczyńskiego, czy ma świadomość, że informacje zdobywane przez system Pegasus znalazły się w Izraelu i tym samym w Moskwie, ten oskarżył pytającego o… antysemityzm. Innymi słowy – rząd PiS przyjął definicję antysemityzmu, a rząd Tuska przyjął uchwałę, co w sposób oczywisty pomaga Żydom w dorżnięciu watahy i zaciśnięciu pętli na szyi wszystkich, którym nie podobają się przywileje dla jednej mniejszości.

Wg Elie Wiesela antysemityzm to „nieracjonalna choroba”, bo „świat zmienił się w ostatnich 2000 lat, a pozostał tylko antysemityzm, ‘jedyna choroba’, na którą nie znaleziono leku”. O „chorobie” mówi też Jarosław Kaczyński. Gdy na polecenie Żydów Sejm uchylił ustawę nowelizującą ustawę o IPN i gdy wywołało to oburzenie zwolenników PiS, pouczał: „Dzisiaj diabeł podpowiada nam pewną bardzo niedobrą receptę, pewną ciężką chorobę duszy, chorobę umysłu – tą chorobą jest antysemityzm. Musimy go odrzucać, zdecydowanie odrzucać. Czyli walkę z „chorobą” nakazywał Polakom wówczas, gdy byli lżeni przez Żydów i gdy powinien był apelować do Żydów o odrzucenie „ciężkiej choroby antypolonizmu”.

Na początek słowa Isaaka Beshevisa Singera:Żyd współczesny nie może żyć bez antysemityzmu. Jeśli antysemityzm gdzieś nie istnieje, on go stworzy”. Żydowski pisarz Bernard Lazare pisał: „Jeśli taka wrogość i awersja w stosunku do żydów miałaby miejsce tylko w jednym czasie, w jednym kraju, łatwo byłoby wyjaśnić przyczyny. Jednak rasa ta była obiektem nienawiści wszystkich narodów, pośród których żyła. Skoro wszyscy wrogowie żydów należeli do zupełnie różnych ras, mieszkali w odległych krajach, kierowali się różnymi pryncypiami, mieli różne zwyczaje […] toteż główna przyczyna antysemityzmu zawsze leżała w samym Izraelu, a nie w tych, którzy przeciwko niemu walczyli”. Nawiasem mówiąc, podobnego zdania był Theodor Herzl: „Antysemityzm jest zrozumiałą reakcją na żydowskie wady. Według mnie antysemici mają do tego pełne prawo”.

Deklarują całkowitą eliminację „antysemityzmu Polaków”. Ale Żydów to nie cieszy. Dlaczego? Bo antysemityzm jest im potrzebny, bo to nie przypadek, że różnymi metodami, ustawicznie i świadomie budzą niechęć do siebie. Po 1989 r. doszło do licznych prowokacji tak prymitywnych, że oczywistym jest, iż chodziło o świadome wywołanie antysemickich nastrojów. Były nimi wypowiedzi Michnika, usunięcie krzyża z Oświęcimia, artystyczne wystawy Andy Rottenberg. Nie przypadkiem też największym generatorem postaw antysemickich jest „Gazeta Wyborcza”. Nic więc dziwnego, że liczba antysemickich incydentów rosła w postępie geometrycznym. I z pełnym przekonaniem można stwierdzić, że wynaleźli swego rodzaju perpetuum mobile: Oskarżają nie-Żydów o antysemityzm i budzą przez to niechęć do Żydów. Wzniecają antysemityzm i walczą z antysemityzmem. Machina napędza się sama, a intratny interes „sze krenci”.

Jest i druga strona medalu – przepraszają za wszystko, za antysemitów, za rasistów, za nazistów, a ci, którzy za tym stoją kalkulują sobie: Przepraszajcie, a my będziemy podrzucać kolejne śmierdzące sprawy – jak nie o rasiście na przystanku we Wrocławiu, to o ciemiężycielu ukraińskiej sprzątaczki. A gdyby i to zawiodło, zawsze „antysemicką” można będzie nazwać procesję Bożego Ciała. Żydom są potrzebne zaklinania, że wyplenią antysemityzm Polaków oraz przeprosiny za antysemityzm Polaków także dlatego, że widzą w tym jeden pożytek – przyznanie, że antysemityzm w Polsce jest poważnym zjawiskiem, że Polacy mają nieczyste sumienie i tylko błagają o najniższy wymiar kary.

Norman Finkelstein pisał: „O polskim antysemityzmie mówi się dla pieniędzy. Polska i jej sławetna inteligencja, która uważa, że każda krytyka Żydów to antysemityzm, robi to dla kasy. Wyleje kubeł pomyj na Polskę i pędzi do USA, aby przeczytać pochwalne recenzje w gazetach i zostać poklepanym po plecach. W Ameryce zajmowanie się Holocaustem przynosi świetne pieniądze, a jeśli dostarczysz dowód, że Polacy to obrzydliwi antysemici, że każda krytyka Żydów to antysemityzm, masz gwarancję nie tylko ogłoszenia cię bohaterem, ale intratną posadę”. Za przykład podał Tomasza Grossa: „Napisał książkę i dostał posadę w Princeton”. Od siebie dodajmy, że tylko pierwszy tydzień sprzedaży książki przyniósł mu milion złotych.

Nawet nie ukrywają, że oskarżenia o antysemityzm łączą ze spełnieniem żądań finansowych. Kiedy Zbigniew Ziobro przygotował ustawę reprywatyzacyjną, która ograniczała roszczenia do holokaustowego mienia, bo zakładała zwrot utraconej własności tylko tym, którzy w momencie nacjonalizacji żyli w Polsce i mieli polskie obywatelstwo, rozsierdziło to izraelskich polityków. Nie odwoływali się przy tym do argumentów prawnych, lecz nazwali ustawę „antysemicką”. Według Netanjahu: „To ustawa zawstydzająca i haniebna, pogardzająca pamięcią o Holokauście”. Inny minister oskarżył: „Polska zatwierdziła dzisiaj niemoralne, antysemickie prawo”.

Sądzą, że aby dostać „certyfikat koszerności” wystarczy być oddanym filosemitą. Tymczasem Żydzi nie potrzebują filosemitów. Potrzebują antysemitów, którzy odpowiednio zastraszani, wypłacą im miliardy. Nie potrzebują też premiera próbującego wkraść się w ich łaski uchwałą, ale ministra finansów, który przyniesie im w zębach tłusty czek. Bo oskarżanie Polaków o antysemityzm to środek nacisku w negocjacjach biznesowych, bo nalepkę „antysemita” przyklejają każdemu, kto zagraża ich finansowym interesom, bo z polowanie na „antysemitów” iz opowiadania o nich po świecie zrobili sobie stałe zajęcie, z którego czerpią ogromne zyski, bo „Przedsiębiorstwo antysemityzm jest nie mniejszym biznesem żydowskim w Polsce niż galerie handlowe i apteki Super-Pharma.

Mają wyrobiony odruch warunkowy (coś w rodzaju „odruchu psa Pawłowa”) – na dźwięk słowa „antysemityzm” rzucają się do przepraszania, zanim ustalą, o co naprawdę chodzi. Podczas Zjazdu Gnieźnieńskiego, prezydent RP połowę swego wystąpienia, mającego w założeniu odnosić się do źródła, z którego wypływa historia Polski, poświęcił… „antysemityzmowi i barbarzyństwu pleniącym się w Polsce”, bo ktoś w rzucił kamieniem w okno synagogi.O incydencie mówił łamiącym się głosem, jak o pogromie Żydów. Niespotykaną rangę nadano też ceremonii, podczas której odsłonięto wstawioną szybę. Tymczasem okazało się, że u sprawcy zdiagnozowano chorobę psychiczną i że kilka miesięcy wcześniej podobnego czynu dopuścił się względem kościoła.

Po emisji reportażu TVN o toaście wznoszonym w lesie za Hitlera, w Sejmie odbyła się debata o neonazizmie w Polsce. Jak nakręcane małpki, z pudełka wyskoczyli prezydent, premier i marszałek Sejmu, prześcigając się w buńczucznych zapowiedziach duszenia własnymi rękami neonazistów. Z incydentu zrobili sprawę wagi państwowej, wydarzenie polityczne roku, ku rozbawieniu pomysłodawców kombinacji. Wzięli udział w przedstawieniu, odegrali rozpisane z góry role, zatańczyli tak, jak im zagrała antypolska orkiestra. Przynętę złapały wszystkie gazety, jakby wszystkie miały wspólną redakcję. Nawet Michnik przecierał oczy ze zdumienia, jak łatwo dali się podpuścić. Powołali rządowy zespół ds. przeciwdziałania faszyzmowi, czyli przekonali świat, że antysemityzm jest tak poważnym problemem, iż rząd zmuszony był powołać specjalną instytucję do jego zwalczania. Skutkowało to debatą w telewizji niemieckiej z tytułami: „Warszawa europejską stolicą nazizmu”, „Polska coraz bardziej brunatna”.

Polaków obrabiają nieustannym mieleniem tematu antysemityzmu i testowaniem, jak daleko mogą się posunąć w terroryzowaniu. Gdy wyczerpało się medialne paliwo z wybiciem szyby, to przyszła pandemia, która „pokazała, jak stare antysemickie uprzedzenia mogą się odrodzić, bo podczas pandemii Żydzi zostali bezpodstawnie obwinieni za stworzenie wirusa i opracowywanie szczepionek w celu osiągnięcia zysku”. W machinację wpisała się „Wyborcza”, która wywiad z żydowską „socjolożką” zatytułowała: „Atak Hamasu był pełen cytatów z polskich pogromów Żydów i Zagłady”. We wrześniu Jewish.pl opublikował list skierowany przez środowiska żydowskie do minister kultury, w którym „z niepokojem odnotowują przejawy fałszowania historii i pamięci Holokaustu, do jakich dochodzi na terenie b. obozu Zagłady w Treblince oraz w jego okolicach”. Przy czym „fałszowanie” ma polegać na oznaczeniu mogił krzyżami. Sekundowała im „ministra” Barbara Nowacka, która odczytała z kartki: „Na terenie okupowanym przez Niemcy polscy naziści zbudowali obozy, które były obozami pracy, a potem stały się obozami masowej zagłady”.

Dalej posypało się, jak z dziurawego wora. Rabin Schudrich, na pytanie Sznepficy Doroty: Czy w Marszu Niepodległości brali udział patrioci czy szowiniści i nacjonaliści?”, bez wahania odpowiada: Oczywiście nacjonaliści. Redaktor naczelny Onetu Bartosz Węglarczyk, w tekście pod tytułem „Antysemici w Polsce podnoszą głowy” pisze, że Europejskie Centrum Solidarności w Gdańsku obawiając się demonstracji antysemitów odwołało wizytę gości z Izraela, a krakowska Cricoteka bojąc się protestów antysemitów odwołała spotkanie z noblistką, bo ta ośmiela się widzieć Izrael jako ofiarę terrorystów. We Wrześni organizatorzy odwołali wydarzenie koncert, podczas którego w katolickim kościele polskie dzieci miały śpiewać żydowskie pieśni religijne w języku niemieckim, bo „Grzegorz Braun nakręcił antysemicką nagonkę”.

Krótko mówiąc – jeśli myślałeś, że pandemia czy wojna z Hamasem powstrzyma „biznes holokaustu”, to myliłeś się podwójnie. Sekwencja wszystkich „antysemickich incydentów” ewidentnie pokazuje, że świadomie przyjętym celem Żydów nie są jakieś kompromisy i przepraszania, ale maksymalne podgrzewanie konfliktu i maksymalne upokarzanie Polaków. Dlatego argument: Nie dawać Żydom pretekstu do oskarżania nas o „antysemityzm” nie trzyma się kupy. Bo oni zawsze coś wymyślą. To tylko kwestia czasu.

O tym, co jest a co nie jest antysemityzmem i kto jest a kto nie jest antysemitą, nie decyduje rząd polski, tylko izraelski i wskazani przez organizacje żydowskie przedstawiciele piątej kolumny zgrupowani w stowarzyszeniu „Nigdy Więcej”, w redakcji „Gazety Wyborczej” oraz członkowie polskiej odnogi loży B’nei B’rith, czyli funkcjonariusz Ligi Antydefamacyjnej, zbrojnego propagandowego ramienia loży, którzy młotkują „antysemitów” a organizacje roszczeniowe zbierają kasę. To oni wystawiają certyfikaty koszerności, i tym samym modelują kadrowo polską scenę polityczną. I jeszcze jedno – gdyby nie udało im się wyczarować antysemityzmu, musieliby wziąć się za uczciwą robotę, co byłoby dla nich prawdziwą tragedią. Wszak z akcji polowania na „antysemitów” czerpią ogromne zyski. I tu wierszyk Adama Asnyka: Antysemityzm często hodują handlarze, z których każdy dla siebie pewien zysk w nim widzi; kiedy się interesem korzystnym ukaże, ujmą go w swoje ręce niezawodnie Żydzi.

Polakowi trudno nie być „antysemitą”. To zrozumiała reakcja na żydowskie wady, na to, że w postawach Żydów zawsze przeważała nielojalność, a często jawna wrogość wobec państwa polskiego, że chcieli utworzyć Judeopolonię i że przywlekli do Polski komunizm. Dziś mamy do czynienia z najgroźniejszym przejawem tej nielojalności, w którym udział mają Żydzi rodzinnie powiązani z powojennymi siewcami komunizmu – z grabieżą Polski. „Żydów w Polsce nie ma, a antysemityzm jest” – tak zagajają każdą dyskusję. Tymczasem, na co dzień i na każdym kroku doświadczamy ich intensywnej obecności. Gdyby tą miarą mierzyć ich liczbę, to możnaby odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z milionową, ruchliwą, ofensywną, dającą w sposób agresywny, pozbawiony jakiejkolwiek delikatności odczuć swą wrogość i manifestującą swą nienawiść do Polaków, potężną mniejszością.

Co robić? Może przestać zwracać uwagę na słowo „antysemita”, nadużywane, wyświechtane, od dawna pozbawione treści, i powiedzieć: Jeśli chcecie żyć w Polsce, powściągnijcie butę i pazerność! A może w ogóle nie wchodzić z Żydami w dyskusje i przyjąć zasadę: Niech przestaną kłamać, bo jeśli nie, to Polacy zaczną mówić prawdę”? A może czas na wyłonienie własnej elity, która odsunie od żłobu kastę oplatającą swymi mackami całe państwo, która przywróci Polskę Polakom i wypchnie z ośrodków, które wytwarzają polską myśl polityczną obcych agentów?

Krzysztof Baliński

ALBO MY ALBO ONI. Krzysztof Baliński

ALBO MY ALBO ONI

Krzysztof Baliński

W Polsce zaistniała, i to z całą siłą, „kwestia ukraińska”. To powrót do sytuacji z czasów II RP, kiedy kwestia ta rozsadzała kraj od wewnątrz, kiedy po Polsce panoszyli się ukraińscy terroryści i kiedy sanacyjne władze ukrywały to przed Polakami. W ostatnich dniach wstrząsają nami informacje o licznych podpaleniach i pożarach, za którymi stoją Ukraińcy, a media podkreślają, że coś takiego nigdy w Polsce nie miało miejsca. To jednak nieprawda, bo z terrorem ukraińskim zmagali się już nasi dziadkowie. Tylko w okresie od lipca do listopada 1930 r. bandyci z OUN dokonali 2220 aktów terroru, a prasa relacjonująca proces morderców ministra spraw wewnętrznych pisała, że „OUN planowała w 1931 roku (…) rozszerzyć akcję terrorystyczną na Warszawę i przewidywała wysadzenie lub podpalenie warszawskich dworców, wojskowych obiektów i magazynów”.

Każdego Polaka wkurzyć musiała ukraińska aktywistka Natalia Panczenko, gdy groziła, że na terytorium Polski będą podpalenia sklepów i domów. Ale na groźbach się nie skończyło – doszło do podpaleń, m.in. sklepu OBI oraz Centrum Handlowego Marywilska w Warszawie. Ziomkowie Panczenko zabrali się nie tylko za sklepy i domy, ale i za infrastrukturę krytyczną państwa. Doszło do 110 aktów sabotażu i przestępstw o charakterze terrorystycznym oraz do 55 przypadków zatrzymań Ukraińców podejrzanych o szpiegostwo, terroryzm i sabotaż (m. in. zatrucie wody w kilkunastu wodociągach), a ukraińska dywersja stała się chlebem powszednim.

Ale to nie wszystko – żaden z incydentów nie został wyjaśniony, większość prokuratorskich śledztw umorzono, a polskie służby i polski wymiar sprawiedliwości stanęły na głowie. Przykładem incydent z Ukrainką, która nadała paczkomatem przesyłkę z bombą do magazynu koło Piotrkowa Trybunalskiego.

Mimo iż przyznała, że organizatorem operacji był Ukrainiec i że podejrzewa go o bycie agentem ukraińskiej SBU, prokuratura śledztwo umorzyła, a Ukrainkę ukarano… grzywną. Najbardziej pikantne jest jednak to, że poszukiwanego przez polską policję oraz przez Interpolu organizatora akcji, Ukraina nie chce przekazać Polsce.

Zaskakuje, że prokuratura – pomimo jednoznacznych ustaleń o sabotażowym charakterze popełnianych czynów – nie zdecydowała się na postawienie sprawcom zarzutów w oparciu o artykuły Kodeksu Karnego obejmujące szczególnie poważne formy działalności na rzecz obcego wywiadu, takie jak dywersja, sabotaż lub przestępstwa o charakterze terrorystycznym. I zasadnym wydają się pytania: Dlaczego nie przyjęto takiej kwalifikacji prawnej? Dlaczego za czyn zagrażający bezpieczeństwu Państwa sprawcę ukarano tylko grzywną? Czy uzasadnione są podejrzenia, że władza coś przed nami ukrywa?

Jakby tego było mało, koordynator służb specjalnych grzecznie poprosił Ukraińców o niesabotowanie Polski, a minister obrony zadekretował: „antyukraińskie nastroje są niezgodne z interesem i strategią bezpieczeństwa państwa”. W tyle nie odstawała „Wyborcza”, jak się okazuje nie tylko żydowska, ale i ukraińska gazeta dla Polaków, alarmując wzrostem przestępstw motywowanych uprzedzeniami wobec Ukraińców, gróźb karalnych, przypadków zniszczenia mienia i znęcania się. Sekundował jej ukraiński profesor Przemysław Sadura twierdząc, że „niechęć wobec Ukraińców może przybrać taką formę, że za chwilę dojdzie do jakichś zorganizowanych linczów”.

Gdy Natalia Panczenko groziła, że „na terytorium Polski zaczną się walki, podpalenia sklepów, domów i tak dalej”, ABW nie zajęła się tymi planami ukraińskiej jaczejki, a zwłaszcza tajemniczymi słowami „i tak dalej”, a sterowane przez nią media powielały tłumaczenia Panczenko, że to rosyjskie służby wyrwały jej wypowiedź z kontekstu. Ale to nie wszystko – Panczenko wydelegowana została przez ABW do prestiżowego programu Departamentu Stanu dedykowanego tematyce… „wzmacniania bezpieczeństwa”. A ona sama, już z Waszyngtonu, przekazała na Instagramie, że „zajmuje się wzmacnianiem bezpieczeństwa Polski i regionu, szczególnie w obszarach cyber-bezpieczeństwa oraz walki z dezinformacją”.

Inkryminowana jest działaczką organizacji o wiele znaczącej nazwie – „Majdan Warszawa”. Jest związana z fundacją „Otwarty Dialog”, kierowaną przez Ukrainkę Ludmiłę Kozłowską (i polskiego dupka Bartosza Kramka), która rzuciła hasło „Wyłączyć Polskę”. Czarno-czerwoną flagę UPA nazywa „flagą zwycięstwa”. Krytykuje Polaków za negatywne reakcje na symbole kojarzące się z ludobójstwem na Wołyniu. Swego czasu na swoim profilu umieściła zdjęcie spalonego ciała ofiary masakry w Odessie, z podpisem: „Psu – psia śmierć! Żal ich Wam? Bo mnie nie – niech płoną!”. Sama nie tylko (za zgodą ABW i z poręki SBU!) szybko dostała polskie obywatelstwo, ale równie szybko wprowadzono ją do polskiego krwioobiegu politycznego – w Polskim Radiu (ukraińskojęzycznym kanale „Radio Swoboda”) zatrudnił ją pochodzący z rodziny o bogatych żydokomunistycznych tradycjach Michał Broniatowski.

Wszystko to wzbudza podejrzenia: Prokuratorem krajowym jest Dariusz Korneluk, w przeszłości zamieszany w afery tzw. warszawskiej prywatyzacji. To on prowadził prokuratorskie śledztwo w sprawie śmierci Jolanty Brzeskiej, broniącej eksmitowanych lokatorów. To on przez jeden miesiąc nic nie robił, aż ślady przestępstwa znikły i sprawę umorzył z konkluzją, że Jolanta Brzeska sama oblała się benzyną, sama podpaliła i sama ukryła w lesie kanister po benzynie. Dziś, już jako prokurator krajowy, Ukrainiec Korneluk słynie z tego, że sprawy umarza i umarza. I czy nie tak postąpi wobec terrorystów ukraińskich?

Na Ukrainie żywiołowo rozwija się kult terrorystów z OUN-UPA. W Polsce nasilają się pogróżki Ukraińców wobec Polaków. Mamy więc prawo ostrzegać przed wielkim zagrożeniem, jakim są wychowani w kulcie morderców Polaków, koczujący na terytorium Polski Ukraińcy. Mamy też prawo postawić pytanie: Czy dobrą metodą jest neutralizowanie takiego zagrożenia poprzez umarzanie śledztw, spełnianie ich zachcianek, uprzywilejowane traktowania oraz stawianie na drabinie społecznej, jako nowej szlachty, czyli poprzez płacenie haraczu banderowskiej swołoczy w zamian za iluzję bezpieczeństwa?

Temat „ukraiński terroryzm” uzupełnijmy faktami: Minister obrony Polski wyłączył z mobilizacji osoby z podwójnym obywatelstwem, a więc Ukraińców mających polskie paszporty. Minister obrony Ukrainy podał, że 1,5 miliona Ukraińców unika służby wojskowej przebywając za granicą, w tym w Polsce. We wrześniu i październiku, w efekcie zniesienia przez Zełenskiego zakazu opuszczania kraju przez młodych ludzi, polską granicę przekroczyło 98,5 tysięcy Ukraińców w wieku 18-22 lat, którzy dołączyli do już koczujących na terytorium Polski 180 tysięcy Ukraińców w wieku poborowym. I tu pytanie: Czy nie dlatego, że są przeznaczeni nie do walki z Rosjanami, ale do walki z Polakami?

W Polsce panoszy się nie tylko bezpieka ukraińska. Szaleje także wywiad brytyjski. Tymczasem, od niedawna, szefową brytyjskiego wywiadu znanego jako MI6 stoi Blaise Metreweli, wnuczka UPO-wca, a na czele polskiego MSZ stoi Radek Sikorski, który, co jest rzeczą powszechnie znaną, ma słabość do obcych wywiadów a szczególnie do wywiadu brytyjskiego oraz ma za żonę skrajnie probanderowską (i skrajnie antypolską) Anne Applebaum, której dziadkowie urodzili się w małym kresowym sztetlu, i która – mimo świadomości, iż ofiarami UPA byli jej ziomkowie – udzieliła dyspensę ukraińskim nacjonalistom. I żeby tego było mało – szefem prezydenckiego BBN został skrajnie proukraiński (i skrajnie prożydowski) Sławomir Cenckiewicz.

Bezpieczeństwo Polski pogarsza to, że do ukrainizacji dochodzi dojczyzacja Polski. Bo nie tylko mamy rząd naszpikowany Ukraińcami, ale mamy rząd niemiecko-ukraiński, na czele którego stoi wnuk żołdaka Wehrmachtu. Gdy przypomnimy, że Ukrainiec to polityczna ręka Niemca i że Ukrainę jak i naród ukraiński stworzyli Niemcy, to oczywistym staje się, dlaczego są tak bliscy celu podporządkowania Polski przy pomocy „niepodległej” Ukrainy i kolejnego rozbioru Polski, ale nie z Rosją, lecz z Ukrainą. Ciosem w integralność terytorialną Polski jest także to, że Niemcy kontrolują akcję osiedlania Ukraińców w Polsce i dlatego Breslau ma znowu w większości ludność proniemiecką. I czy to, że obie rządzące na przemian Polską partie przykładają się do realizacji tego projektu nie świadczy o tym, że są prowadzone tą samą ręką?

Ukraińcy szczególnie upodobali sobie resorty siłowe. Świadczy o tym chociażby pozycja Tomasza Siemoniaka, koordynatora służb specjalnych (wcześniej ministra spraw wewnętrznych, a za „pierwszego Tuska” ministra obrony i wiceprezydenta Warszawy). Jest to tym bardziej wymowne, że to działacz jawnie probanderowskiego Związku Ukraińców w Polsce, którego organ prasowy „Nasze Słowo” (hojnie dotowany przez Siemoniaka kwotą 2 milionów złotych) zamieszcza banderowską symbolikę, popiera ukraińskie roszczenia terytorialne i zaprzecza ukraińskiemu ludobójstwu na Polakach.

Prezes Związku Mirosław Skórka, po wecie wobec ustawy o wsparciu dla obywateli Ukrainy, użył obrzydliwie antypolskich słów: „To jest destrukcyjne działanie pana prezydenta i jego środowiska. To jest realizacja polityki Kremla, a nie Polski. Mówię to z całą świadomością. Jeżeli będziemy realizować model państwa nacjonalistycznego, to jest to model, który bardzo mocno proponuje nam Moskwa i Kreml”. Inicjatywę Prezydenta dot. penalizacji banderyzmu ocenił: „Człowieka, który w Polsce realizuje rosyjskie cele, którego działania wpisują się w politykę Kremla, nie sposób nazwać polskim patriotą, nawet jeśli z jego ust nie przestają płynąć slogany typu ‘tylko Polska, tylko Polacy’. Zamiast walczyć z ‘banderyzmem’ lepiej się od Ukrainy uczyć obrony przed dronami. Nawrockiemu pomyliły się wojny”. Pozwolił też sobie na żart: „Za te słowa zostanę zgilotynowany przed Pałacem Namiestnikowskim po odegraniu przez orkiestrę wojskową Mazurka Dąbrowskiego”.

Głupota czy świadoma prowokacja? Zarzucając Polakom złe traktowanie ukraińskich dzieci, prezes organizacji szczodrze finansowanej przez Państwo Polskie udawał, że nie zna historii śmierci kilkuset tysięcy Polaków, przede wszystkim tych najmłodszych. A kto i w jaki sposób ich mordował mógłby sprawdzić na pomniku w Domostawie, który urodził się z relacji świadków zbrodni, gdzie w krzyżu umieszczone są trójzębne widły z nabitym na nie ciałkiem dziecka. Nawiasem mówiąc, poprzedni prezes Związku Piotr Tyma ten fragment pomnika porównał do „komara na widelcu”, a lider OUN na Ukrainie pomnik skomentował: „Polacy nigdy nie zrozumieli, że obrażając uczucia narodowe Ukraińców, kopią grób dla Polski”. A co do „komara na widelcu” to jedna z metod zarzynania Polaków przez ukraińską czerń polegała na zdzieraniu z nich skóry. A co do „zgilotynowania przed Pałacem Namiestnikowskim”, to ich ulubioną bronią był topór, którym ucinano głowę ojca na oczach jego małych dzieci.

W Legnicy doszło do kradzieży krzyża z kopuły cerkwi. Oburzenie wyraził Skórka: „To nas po prostu przeraża. To gest ewidentnie symboliczny, pokazujący narastającą wrogość do społeczności ukraińskiej”. Tymczasem, zdaniem miejscowej żulii, „przerażającego czynu” dokonali miejscowi złomiarze (być może nawet ukraińscy). Skórce wtórował ambasador Ukrainy: „Zwracam się publicznie do organów ścigania – uczyńcie wszystko, aby ta oraz wszystkie podobne zbrodnie przeciwko Ukraińcom i ukraińskości doprowadzone zostały do logicznego końca – wyroków sądu zgodnie z prawem Rzeczypospolitej Polskiej”. A my zwróćmy uwagę, że na opisanie incydentu ze złomiarzami użył słowa „zbrodnia” a o rzezi wołyńskiej mówił „wydarzenia”.

Dobrze się stało, że odsłonili swoje zakazane gęby, że się ujawnili i przyznali do swoich poglądów, że pokazali, kto jest kim w Polsce. Ale wyszła też na jaw brutalna rzeczywistość – wyhodowaliśmy na własnej piersi żmiję, niewielką mniejszość, która w sposób przebiegły pociąga za sznurki. Postawmy zatem pytanie: Co z tym robić? Przesiedlonych w ramach akcji Wisła przesiedlić za Bug, a banderowską jaczejkę rozwiązać?

Nie tylko Skórka, ale i Ukraina nie ukrywa roszczeń terytorialnych do kilkunastu powiatów na wschodzie Polski. W gabinecie ministra spraw zagranicznych Ukrainy wisi mapa, na której granice Ukrainy obejmują Przemyśl, Chełm, Jarosław. „Pamiętaj Lasze, co do Wisły nasze” – podśpiewują sobie banderowcy we Lwowie. Ma miejsce pośpieszna ukrainizacja administracji polskiej. Coraz bardziej zakorzenia się w Polsceadministracja ukraińska. Coraz częściej słyszymy od ukraińskich przesiedleńców, że są u siebie”. I tu pojawia się pytanie: Skąd u polskich polityków tyle pobłażliwości wobec państw, które rości pretensje do 1/3 terytorium Polski, i skąd tyle zawziętości wobec państwa, które żadnych pretensji terytorialnych wobec Polski nie ma? Nachodzi też refleksja: Gdyby Rosja zaatakowała Polskę, to co zrobią Ukraińcy? Czy nie zajmą Przemyśla, Rzeszowa i okolic?

Zagrożeniem dla bezpieczeństwa Polski jest masowe przyznawanie Ukraińcom obywatelstwa polskiego. Katastrofę pogarsza to, że pogania do tego rząd ukraiński. W jakim celu? Tworzenie w Polsce silnej i licznej diaspory to świadoma robota Kijowa, bo – podobnie, jak Izraelchce opierać na niej swoją siłę. W tym celu zachęca także Ukraińców do przejmowania polskich firm, zatrudniania się w polskich urzędach, tworzenia ukraińskich mediów i organizacji pozarządowych. I naiwnością jest myślenie, że to proces spontaniczny. Ukraińcy są wysyłani do Polski na misję, do tworzenia – według słów samego Zełenskiego – „Ukrainy globalnej.

Ukraina przegrywa, ale nasza radość z ukraińskiej przegranej nie będzie trwała długo. Szykuje się katastrofalny scenariusz – na terytorium Ukrainy powstanie państwo lub państewko „teoretyczne”. Przypomnijmy, że po rozpadzie Jugosławii, na Bałkanach powstało państewko Kosowo oraz pół państewko – Czarnogóra (a pół państewko już mamy, bo wszystko potwierdza, że obecne terytorium Polski służy także Ukraińcom). Jeśli połączymy to z ukraińskim roszczeniami terytorialnymi, z rozzuchwaleniem ukraińskich przesiedleńców, z ich nienawiścią do Polaków oraz z panoszeniem się ukraińskiej bezpieki, to co będzie z bezpieczeństwem Polski? Wołyń pozostanie w granicach państewka za rogatkami Przemyśla, ale czy drugim Wołyniem nie będzie cała Polska?

W tym miejscu nie sposób odgonić refleksji: Zapowiadana przez Putina „denazyfikacja Ukrainy” odbędzie się w interesie Rosji (i hołubionych przez Putina Żydów), ale niekoniecznie w interesie Polski. Jak to? – zapytają ci, którym marzy się garnizon rosyjskich sołdatów w Przemyślu. Ano dlatego, że Putin przegoni ukraińskich nazistów nie tylko do ukraińskiego Kosowa. ale i do Polski, a ci będą odgrywać się na Polakach. I jeszcze jedno: Martwimy się, że Putin zajmuje Donbas, a tymczasem Ukraińcy, szybciej niż Putin Donbas, zajmują Polskę i nie przejmując się klęską na froncie, kpią z Polaków: „Straciliśmy Krym, Donbas, ale zdobyliśmy Wrocław, Rzeszów, Kraków”.

Polska, największy przegrany, z rozgrodzonymi granicami, zmuszona dzielić swe terytorium z milionami Ukraińców, wraca na Wschód. Jest wpychana w strefę chaosu i starć etnicznych. Skonfliktowane strony będą trzymali w garści Niemcy i Żydzi, którzy uzasadnią ingerencję w polskie sprawy prześladowaniem mniejszości… ukraińskiej. Bo przypomnijmy: Konferencja pokojowa w Wersalu narzuciła Polsce przywileje dla Żydów, a Żydzi wspierali Ukraińców w konflikcie z Polakami. Hitler natomiast, napaść na Polskę uzasadnił „prześladowaniem niemieckiej mniejszości”. Rząd niemiecko-ukraiński już mamy. Będziemy mieć niemieckie obozy dla Polaków wyłapanych przez Ukrainische Hilfspolizei, pilnowane przez ukraińskich strażników. I właśnie na tej zasadzie powstanie UkroPolin – twór składający się z obcej elity, z kilkunastu milionów niemających nic do powiedzenia Polaków i z milionów łupiących Polskę przesiedleńców z Dzikich Pól.

Polska zdradzona. Polska oddana bez jednego wystrzału. Między Polską a Ukrainą nie ma granicy. Po Polsce bezkarnie hasa V kolumna, wroga naszej sprawie, agresywna, robiąca, co jej się żywnie podoba. Świadomi swej dominującej pozycji, wykorzystują słabość Państwa Polskiego, działają coraz bezczelniej, wtrącają się w nasze sprawy, szantażują, terroryzują, przejmują władzę w Polsce, przejmują Polskę. Przez lata szykowali się do przejęcia Polski. Zawłaszczali kawałek po kawałku, i nikt z tym nic nie robił. A jak robił to tak, jak ci z Krakowa, którzy potrzebowali trzech lat, żeby odbić pomnik Mickiewicza z rąk Ukraińców i zerwać powiewające na nim banderowskie flagi.

Co robić? Głośno wymawiać słowo „zdrada”. Żądać przywrócenia granicy między Polską i Ukrainą. Monitorować ukraińskie zagrożenia. Sporządzić ewidencję banderowskich jaczejek. Rozwiązać Związek Ukraińców w Polsce. Przebudować instytucje zajmujące się bezpieczeństwem Polski i zamknąć te, na których powiewa ukraińska flaga. Pilnie przystąpić do akcji wykrywania agentury ukraińskiej w rządzie, Policji i ABW. A do tego wszystkiego nie są potrzebne żadne ustawy, ale odwaga. Panie Prezydencie, niech Pan wstanie z ringu, otrzepie się i powie Polakom: Albo my, albo oni!

Krzysztof Baliński

Utracili Donbas ale zyskali Wrocław – Krzysztofa Balińskiego kompendium zagrożeń ukraińskich w Polsce

Utracili Donbas ale zyskali Wrocław – Krzysztofa Balińskiego kompendium zagrożeń ukraińskich w Polsce

Autor: pokutujący łotr , 23 listopada 2025

Bardzo dobre, zwięzłe  i kompetentne podsumowanie tego, co nam zagraża ze strony państwa U oraz agresywnej, coraz lepiej zorganizowanej mniejszości (na razie jeszcze) chachłackiej w naszym kraju.  “Pamiętaj Lasze, co do Wisły nasze” – tym złowrogim mottem chachłackim kończy swe przerażające wywody były ambasador Polski, Krzysztof Baliński.  Należy tego wysłuchać, bo wielu faktów nie znamy.

RUSIN, NIEMIEC, DWA BRATANKI. Krzysztof Baliński

RUSIN, NIEMIEC, DWA BRATANKI.

Krzysztof Baliński

„Ja się nie boję Niemców pro-rosyjskich! Boję się Niemców pro-ukraińskich, którzy wczoraj popierali Stefana Banderę, a jutro razem z Ukrainą mogą ruszyć po Wrocław, Przemyśl, Szczecin, Rzeszów, Opole, Chełm, Koszalin, Zamość. Nawet gdyby w Rosji było okropnie i panowało tam ludożerstwo, byłbym za dobrymi stosunkami z Rosją, bo boję się rosnącej w potęgę Ukrainy” – taki wpis Janusza Korwin-Mikkego wywołał wielką falę oburzenia.

Przypomnijmy, że wcześniej Korwin-Mikke oskarżył lidera PiS o „wspomaganie utworzenia na naszej wschodniej granicy proniemieckiego i antypolskiego państwa ukraińskiego”. Dziś nad Wisłą szok. Relacje między Zełenskim i kanclerzem Niemiec można nazwać: Rusin, Niemiec, dwa bratanki. A przecież to Polak powinien być bratankiem Ukraińca, bo pomogła Ukrainie najwięcej i miała tworzyć z Ukrainą jedno państwo!

Dla ogarnięcia tego podstawowego zagadnienia geopolitycznego, przed którymi stoi Polska, konieczne jest przypomnienie następujących faktów:

1. Mówi się o przeklętym położeniu Polski, że znajduje się w kleszczach między Niemcami i Rosją. Ale prawda jest inna. Największą klęską, jaką poniosła Polska po 24 lutego pamiętnego roku 2022 jest to, że znajduje się w coraz mniejszym stopniu między Niemcami i Rosją, a w coraz większym stopniu między Niemcami i Ukrainą, że – powiedzmy to wprost – Polska leży między Niemcami i Ukrainą!

2. Sprawy ukraińskie są w Polsce traktowane, jako element polityki wschodniej. Tymczasem od dwustu lat problematyka ukraińska to element polityki niemieckiej wobec Polski i idei Polski, jako niepodległego państwa. Prusacy ze szczególnym upodobaniem pielęgnowali nazwę „Ukraine”. Niesławnej pamięci Hakata finansowała nacjonalistów ukraińskich. Niemcy popierali aspiracje niepodległościowe Ukraińców zamieszkujących Galicję Wschodnią, a hitlerowska Abwehra uzbrajała i szkoliła dywersantów ukraińskich przeciw II RP.

3. W Polsce panuje powszechne i absolutne przekonanie, że Niemcy i Rosja zawsze współpracują przeciw nam i że główna w tym wina Rosji, która wciągnęła do tego naiwnych Niemców. Polacy uwierzyli też w mit, że po 24 lutego 2022 r. Niemcy zostawiły Ukrainę na pastwę Rosji, że sprzedały Ukrainę Putinowi. Przy czym mit taki podtrzymują sami Niemcy, co samo w sobie jest genialną niemiecką konstrukcją propagandową, opartą na sprawdzonej technice manipulowania Polakami: Wszystko zwalać na Rosję, całe zło bierze się z Rosji a zbawienie pochodzi z Niemiec. Tymczasem prawda jest inna! Od 300 lat, w oparciu o Prusy, Niemcy realizują politykę Drang nach Osten, tj. parcia na wschód i podporządkowania sobie Rosji oraz krajów tej części Europy.

4. Dochodzi do tego mit (także podsycany przez Niemców), że Polacy ratują świat przed Rosją, że tylko oni rozumieją Rosję, a inni zachowują się w stosunkach z Rosją, jak pijani we mgle. No i ta pycha Polaków (także podsycana przez Niemców), przekonanie o wyższości nad Rosjanami, że sam Bóg powierzył im misję wyzwalania wszystkich spod jarzma Rosjan. Przekonanie, że są najlepszymi specjalistami od Rosji pokutuje najbardziej wśród polskich dyplomatów. Tymczasem to ignoranci, których cała wiedza na temat Rosji to koncepcje wtłoczone do ich pustych łbów przez Niemców i niemieckich agentów w Polsce. Przykład z ostatnich dni: pouczanie Trumpa przez „Gazetę Polską” i TV Republika, a nawet samego Karola Nawrockiego, jak ma rozmawiać z Putinem.

5. To nie Rosja a Niemcy są śmiertelnym zagrożeniem dla Polski a Ukraina to twór sztucznie stworzony przez Niemców, celem dokonania czwartego rozbioru Polski, ale nie przez Rosję, Austrię i Prusy, lecz w zmodyfikowanej wersji – przez Niemcy i Ukrainę. Przy czym niemiecka agresja nie odbywa się metodą ataku na Westerplatte. To coś bardziej długofalowe i bardziej wyrafinowane, coś w rodzaju „marszu przez instytucje”, poprzez obsadzanie stanowisk w Polsce przez agenturę niemiecką, ukraińską i… żydowską. Bo Ukrainiec to nie tylko polityczna ręka Niemca, ale i Żyda.

Ukrainę jak i naród ukraiński stworzyli Niemcy sto lat temu. Po co? Głównie przeciwko Rosji, ale także przeciwko Polsce, by posługiwać się tym tworem, jako politycznym narzędziem dla osłabienie Rosji i dla osłabienie Polski. Kiedy w czasie I wojny światowej okazało się, że na wschodzie Polski wyrasta nowa siła – ukraińscy nacjonaliści, Niemcy (lub Pangermanie) od razu dostrzegli istnienie nacji zwanej wtedy „Rusinami”. Dostrzegli też, że elita galicyjska hołduje Polsce jagiellońskiej, zacofanej, w której nie doszło do procesów narodowotwórczych i wykształcenia się nowoczesnego państwa, i wykoncypowali, że wśród szlachty galicyjskiej trzeba podtrzymywać mit: Polska z Ukrainą stworzy imperium (i co jeszcze bardziej przewrotne i kuriozalne – stworzy imperium, jako przeciwwagę dla Niemiec). I nawet nie dostrzegamy oczywistej prawdy, że Niemcy także dziś, poprzez swoich agentów wpływu, podtrzymują w Polakach mrzonki jagiellońskie w postaci Międzymorza” i „Polska regionalnym mocarstwem”.

Tworzenie, umacnianie i mobilizowanie nacjonalizmu ukraińskiego przeciw Polsce nasiliło się podczas I wojny światowej. W 1918 r. Niemcy (nie Piłsudzki, lecz rękami Piłsudzkiego!) powołali państwo ukraińskie. Taki sam cel miała rewolucja w Rosji i, w ślad za nią, traktat pokojowy podpisany przez Lenina z Cesarstwem Niemieckim, Austro-Węgrami oraz ich sojusznikami. Plany Niemców najlepiej pokazuje dołączona do traktatu mapa, na której Ukraina jest wielka, dominująca, zagarniająca jak najwięcej ziem Rosji, a Polska małe, zminimalizowane kadłubkowe państewko wielkości województwa, niezdolne do samodzielnej egzystencji (wielkości przyszłej Generalnej Guberni). Mapa ilustrowała germański zamysł: Rosja jak i cała Europa Wschodnia wyniszczona, obiekt niemieckiej ekspansji, podobna do niemieckich nabytków kolonialnych w Afryce.

Kiedy Niemcy przegrali II wojnę światową i drugi raz wyparci zostali na zachód (jeszcze bardziej niż po I wojnie), wszystkie swoje ukraińskie aktywa w postaci rusińskich kolaborantów przekazali anglosaskim aliantom, którzy przejęli tym samym zbrodniarzy z UPA, Ukraińców nienawidzących Polski. Ukraińscy współpracownicy niemieckich agentów przeniknęli także do służb PRL. Jeśli dodamy do tego, że Niemcy zawsze mieli w Polsce doskonale rozwiniętą sieć agenturalną, to nie dziwi, że dziś niemieckie i ukraińskie służby mają przemożne wpływy w Polsce i działają tak, aby polski patriotyzm służył Ukrainie oraz że podtrzymują mit „Nie ma wolnej Polski bez wolnej Ukrainy”. I czy to, że obie rządzące na przemian Polską partie przykładają się do realizacji projektu „Słudzy narodu ukraińskiego” nie świadczy o tym, że są prowadzone tą samą ręką?

Dziś, po stu latach Niemcy osiągają cele, które postawiły sobie w I wojnie światowej – Podporządkowanie Polski Berlinowi przy pomocy niepodległej”, czyli realizującej interesy niemieckie Ukrainy. Przewidział to Roman Dmowski: „Nie ma siły ludzkiej, zdolnej przeszkodzić temu, ażeby oderwana od Rosji i przekształcona na niezawisłe państwo Ukraina stała się zbiegowiskiem aferzystów całego świata, którym dziś bardzo ciasno jest we wła­snych krajach, (…), speku­lantów i intrygantów, rzezimieszków i organizatorów wszelkiego gatunku pro­stytucji: Niemcom, Francuzom, Belgom, Włochom, Anglikom i Amerykanom pośpieszyliby z pomocą miejscowi lub pobliscy Rosjanie, Polacy, Ormianie, Grecy, wreszcie najliczniejsi i naj­ważniejsi ze wszystkich Żydzi.. Te wszystkie żywioły przy udziale sprytniejszych, bardziej biegłych w interesach Ukraińców, wytworzyłyby przewodnią warstwę, elitę kraju. Byłaby to wszakże szczególna elita, bo chyba żaden kraj nie mógłby poszczy­cić się tak bogatą kolekcją międzynarodowych kanalii. Ukraina stałaby się wrzodem na ciele Europy”.

Według Dmowskiego, aspekt ukraiński odegrał też ważną, jeśli nie najważniejszą rolę w planach tworzenia „Judeopolonii” a Żydzi byli agenturą niemiecką, zawsze (tak, jak Ukraińcy) zauroczenie Niemcami i stąd zabójczy dla Polski, skierowany przeciw wspólnemu wrogowi – Polakom trójkąt Niemcy-Żydzi-Ukraińcy. Jeżeli do tego dodamy, że dziś Ukrainą rządzą żydowscy oligarchowie, to mamy pełny obraz sytuacji. Dodajmy – sytuacji tragicznej.

Po 1989 roku stosunki polsko-niemieckie nigdy nie były normalne, lecz zafałszowane. Po stronie polskiej biorą w nich udział prawie zawsze te same osoby zazwyczaj proponowane przez stronę niemiecką, które uzyskały niemalże monopol na te kontakty. W tym froncie obrony niemieckich interesów są aktywa niemieckich służb specjalnych (także te odziedziczone po Stasi) i ludzie o żebraczym usposobieniu, którzy egzystują za niemieckie pieniądze i nieustannie, na zasadzie wyłączności, zabierają głos w sprawach niemieckich. Są wśród nich byli i obecni ministrowie, wojewodowie, prezydenci miast, posłowie i senatorowie, dyplomaci (lub raczej dyplomatyczni folksdojcze), dziennikarze i inni zawodowi „przyjaciele Niemiec”.

Dzięki nim, Niemcy pozyskały wyjątkową pozycję w Polsce. Wystarczy wspomnieć niekorzystny, dyskryminujący nas Traktat polsko-niemiecki z 17 czerwca 1992 r., który zapoczątkował hurtową i ordynarną akcję wyprzedaży naszych interesów. Pozostawił otwarty problem niemieckich roszczeń majątkowych, a zamknął drogę do należności z tytułu odszkodowań wojennych. Zaniedbał interesy polskiej mniejszości w Niemczech, równocześnie tworząc absurdalne przywileje dla mniejszości niemieckiej w Polsce, w tym utworzenie własnego województwa.

Niemcy sprawnie i szybko zbudowali w Polsce swoje lobby, bynajmniej nie poprzez przedstawicieli mniejszości niemieckiej, ale… żydowskiej. Stąd ich pęd do obsługi stosunków polsko-niemieckich. Mniejszość ta zabrała się (i zmonopolizowała) za stosunki polsko-ukraińskie. Przykładem Grzegorz Schetyna i Paweł Kowal, obaj Żydzi ze Lwowa. Wspomagają ich bardzo wpływowe środowiska nacjonalistów ukraińskich z rozbudowaną agenturą wpływu. To oni najaktywniej działają i najwięcej mają do powiedzenia w sferze kontaktów nie tylko z Ukrainą, ale i z Rosją, Białorusią i Polakami na Wschodzie (vide obsada kadrowa fundacji „pomagających Polakom na Wschodzie”). To oni w MSZ dokonują „finezyjnej” selekcji konsulów na Ukrainie, którzy znęcają się nad tamtejszymi Polakami i likwidują polskość.

To oni ukryli przed Polakami bardzo niebezpieczną oczywistość, że Ukraina to twór germański, że sprzymierzy się z Niemcami, że Polska znajdzie się w kleszczach ukraińsko-niemieckich, że Niemcy, zręcznie wykorzystując sytuację związaną z wojną, ożywią projekt Mitteleuropy, w niczym nie różniący się od projektu Judeopolonii, i że nawet masowa, kontrolowana w dużej mierze przez Niemców akcja osiedlanie Ukraińców w Polsce jest znaczącym krokiem w dziele budowy IV Rzeszy oraz genialne wymierzonym ciosem w integralność terytorialną Polski. No, bo przecież Wrocław, gdzie już co trzeci mieszkaniec to Ukrainiec, ma już w większości ludność proniemiecką. Nie przypadkiem też Ukraińcy osiedlają się (lub są osiedlani) głównie na naszych Ziemiach Odzyskanych, a celem tej akcji jest „odzyskanie” tych terenów dla Niemców. Nawiasem mówiąc – polscy rolnicy łudzą się, że wywalczyli formalny zakaz sprzedaży ziemi obcokrajowcom. Tymczasem Niemcy wykupują ziemię na tzw. słupy. A kim są owe „słupy”? To Ukraińcy przesiedleni po akcji „Wisła” na ziemie, które Niemców interesują najbardziej.

,,Nie ma wolnej Polski bez wolnej Ukrainy!’’ – taki kanon polskiego interesu narodowego wtłaczają nam do głów. Tymczasem Stepan Bandera powiedział:  ,,Polacy nie chcą samostijnej Ukrainy, bo dobrze wiedzą, że tylko Ukraina może im zadać śmiertelny cios i rozwalić Polskę’’. Taką wizję przedstawia też podjęta 22 czerwca 1990 r. uchwała Krajowego Prowidu OUN: Najważniejszym celem jest doprowadzenie do rozbioru i ostatecznej likwidacji Państwa Polskiego, którego finałem będzie podzielenie terytorium Polski pomiędzy Ukrainą i Niemcami, dwiema zwycięskimi stronami tych zmagań. Uchwała zawiera postulat: (…) odbudować tajną sieć OUN i zacząć kontrolować wszystkie dziedziny życia Rzeczypospolitej (…) Zależy nam na tym, żeby w Polsce istniała słaba służba wewnętrzna (i kierowana przez ludzi nam życzliwych) oraz słaba, nieliczna armia. Zaleca też: Należy podsycać separatyzmy regionalne: Górnoślązaków, Kaszubów, Górali […] Podsycać aktywność narodową Ukraińców, Białorusinów, Żydów, Czechów, Słowaków a przede wszystkim Niemców”. Separatyzmy już mamy. Słabe służby wewnętrzne kierowana przez „ludzi nam życzliwych” też. Bo kim jest koordynator służb specjalnych i tabuny potomków bojców OUN zatrudnionych w ABW i Policji. Kolej zatem na „podzielenie terytorium Polski pomiędzy Ukrainą i Niemcami, dwiema zwycięskimi stronami tych zmagań”.

Cytowany na wstępie Janusz Korwin-Mikke, nie bez powodu oskarżał Jarosława Kaczyńskiego o „wspomaganie utworzenia na naszej wschodniej granicy proniemieckiego i antypolskiego państwa ukraińskiego”. Lider PiS, którego matka miała korzenie w żydowsko-ukraińskiej Odessie, uchodzi w oczach Polaków za Antyniemca. Jednak rzeczywistość jest zupełnie inna. To on wysunął na stanowisko premiera proniemieckiego (żeby nie powiedzieć agenta TW „Jakob”) Mateusza Jakuba Morawieckiego, który godził się w 100 procentach na budowę IV Rzeszy. No i czy można być antyniemieckim będąc skrajnie proukraiński?

Jarosław ma w swym życiorysie krótki epizod, kiedy Niemców nie lubił. A było to wtedy, gdy niemiecka gazeta napisała: „Niemiecka opinia publiczna nie wierzyła zdumionym niebieskim oczom: polski prezydent nie sięgający niemieckiej głowie państwa nawet do kolan. Polityk z drugiej strony Odry, który niemieckiej pani kanclerz na przywitanie podaje w postawie na baczność przednią łapę!”. Tytuł i podtytuły tekstu w „Die Tageszeitung” brzmiał: „Nowe polskie kartofle. Dranie chcący opanować świat. Lech „Katsche” (mlaskający) Kaczyński”. „Antyniemieckość” Jarosława Kaczyńskiego (i jego przenikliwość „geopolityczną”) ilustruje też wypowiedź: „Dowodem na to, że jesteśmy traktowani, jako Europa drugiego rzędu jest jakość proszków sprzedawanych w Polsce, które są gorsze niż te w Niemczech”.

Polska nie uzyska niczego, będzie największym przegranym, zmuszona dzielić terytorium nie tylko z milionami Ukraińców przesiedlonych tu po 24 lutego 2022 roku, ale i z setkami tysięcy zdemobilizowany bojców Azow. A kto będzie trzymał w garści skonfliktowane strony? Niemcy! Bo już mamy rząd niemiecko-ukraiński i będziemy mieć obozy koncentracyjne pilnowane przez ukraińskich strażników. I właśnie na tej zasadzie powstanie UkroPolin, twór składający się z obcej elity, z kilkunastu milionów niemających nic do powiedzenia Polaków i z milionów łupiących Polskę przesiedleńców z Dzikich Pól. Taka ukropolińska Rzeczpospolita będzie słabym państewkiem, w kleszczach między Ukrainą i Niemcami, łożącym na Ukrainę coroczną kontrybucję, wydającym na obronę dominującą część budżetu, lecz nie na obronę własną, lecz obronę Ukrainy. Ale na tym nie koniec – Polska będzie finansować pokój. A wiedzieć trzeba, że to jeszcze bardziej kosztowne niż finansowanie wojny.

Ukraina zbudowała najsilniejszą armię w Europie. A Polska swoją armię rozbroiła, stając się państwem frontowym NATO, buforem między Wschodem i Zachodem, gdzie o biegu wydarzeń decyduje siła militarna. Obok funkcjonującej już armii ukropolińskiej, powstaje armia ukraińsko-niemiecka, która weźmie udział w końcowej fazie operacji oddania Niemcom kontroli nad polską armią i zmuszenia jej do zakupu pancerfaustów z niemieckich fabryk. Chodzi też o wywołanie kaskady wydarzeń: Zrujnowana, z rozgrodzonymi granicami Polska, zamiast z Zachodem, integruje się ze Wschodem, przyjmuje standardy cywilizacji turańskiej, jest wpychana w strefę chaosu i starć na tle etnicznym. Tu przypomnijmy: Konferencja pokojowa w Wersalu narzuciła Polsce przywileje dla Żydów, co poprzedziła kampania oskarżająca Polaków o pogromy oraz wspierająca Ukraińców w konflikcie z Polakami. Hitler, natomiast napaść na II RP uzasadniał „prześladowaniem niemieckiej mniejszości”. Czy i tym razem Niemcy nie uzasadnią ingerencję w polskie sprawy prześladowaniem mniejszości… ukraińskiej?

Ukraiński młot i niemieckie kowadło działają coraz bezczelniej. Ukrainizacja i dojczyzacja Polski idą pełną parą. W Polsce bezkarnie hasa ukraińska i niemiecka V kolumna, trybiki w wielkiej machinie przemieniającej Polskę w niemiecko-ukraińskie kondominium pod żydowskim zarządem powierniczym. I jeśli Polacy się nie przebudzą, jeśli ten rząd przetrwa, to jest duża szansa, że uwiną się z tym zadaniem do końca kadencji. A jeśli zagonią do akcji pożytecznych idiotów z PiS i przy ciulowatości Konfederacji, to wystarczy im na to kilka miesięcy. Co robić? Mówić bez ogródek: Nie ma żadnych dwóch wizji Polski. Jest wolna Polska versus państwo zarządzane przez gauleitera, wspieranego przez potomków rezunów. Głośno wymawiać słowo „zdrada”. Pamiętać, że poszłoby im z nami jeszcze lepiej, gdyby nie front gaśnicowy. No i nie gmatwać sprawy analizami, że za wszystkim stoi Putin, bo chodzi o skolonizowanie Polski przez Ukraińców i Niemców.

Krzysztof Baliński

https://sklep.gadowskiksiegarnia.pl/UkroPolin-Od-A-do-Z-Krzysztof-Balinski-p2931

JAK ŁATWO ZOSTAĆ „POLAKIEM”

Krzysztof Baliński

Każdego, kto czuje się Polakiem, musiał zbulwersować czyn Witalija Mazurenko, który w poczuciu pełnej bezkarności znieważył więziennym, wulgarnym żargonem prezydenta Rzeczypospolitej. Podobne emocje wzbudziła Natalia Panczenko, która komentując nastroje antyukraińskie w Polsce pogroziła: „kiedy co 10 mieszkaniec Polski jest Ukraińcem to wzrastanie wrogości między Ukraińcami a Polakami jest bardzo niebezpieczne. Na terytorium Polski zaczną się walki, podpalenia sklepów, domów”. W sieci podniosły się głosy, że ukraińskie chamy powinni być surowo ukarani i wydaleni z Polski. Tymczasem okazało się, że mają już polskie obywatelstwo i są „Polakami” i że w dodatku Panczenko dostaje w polskiej telewizji honorarium za opluwanie Polaków.

Jeszcze bardziej oburzało, że w tejże telewizji nawoływała Ukraińców do nabywania polskiego obywatelstwa: „Społeczność ukraińska jest świetnie zorganizowana, ale dobrze by było, gdyby mieli swoją reprezentację w Sejmie. Ale do tej pory o tym nie myśleliśmy, pewnie dlatego, że większość z tych osób nie ma obywatelstwa polskiego”. Zdradziła przy tym, że jeszcze przed wybuchem wojny w Polsce mieszkało 2,5 mln Ukraińców, „i te osoby już obywatelstwo dostają”. A Panczenko to nie byle kto. To liderka społeczności ukraińskiej w stolicy, działaczka finansowanej przez Sorosa fundacji, szefowa organizacji o wszystko mówiącej nazwie Majdan-Warszawa. I co ważne – wyznaje pogląd, że gdy rzeźnicy z UPA nabijali polskie dzieci na sztachety płotów, to „walczyli razem z Polakami o niepodległą Ukrainę”.  

Ukraińców zachęcać nie trzeba, bo okazuje się, że już dziesiątki jeśli nie setki tysięcy polskie obywatelstwo ma, a rządzący Polską nie potrafią doliczyć się, ile obywatelstw rozdali. 23 lipca w Sejmie, podczas posiedzenia Komisji Mniejszości Narodowych, rozpatrzono informację ministra spraw wewnętrznych na temat sytuacji mniejszości ukraińskiej w Polsce. Reprezentujący ministra Andrzej Rudlicki, wygadał się: „Obowiązująca ustawa o obywatelstwie daje niemalże automatyczne obywatelstwo osobom, które określony w ustawie czas przebywają w Polsce”. Za komentarz niech służą wpisy internautów: To nawet nie sabotaż, to zbrodnia. Ewenement na skalę światową. Obywatelstwo z automatu i bezwarunkowo; Przecież to było pewne, kwestią było tylko od kiedy dostaną obywatelstwo; Może od razu połączymy się z Ukrainą, po co kombinować.

Przypomnijmy, jak Ukrainiec może zostać „Polakiem”. Od uchwalenia w kwietniu 2009 r. Ustawy o obywatelstwie funkcjonują dwa główne sposoby uzyskania obywatelstwa. Pierwszy to „Nadanie obywatelstwa przez prezydenta”. Ta procedura nie jest ograniczona przepisami, nie stawia żadnych warunków, a decyzja zależy wyłącznie od prezydenta. Drugą ścieżką jest „Uznanie za obywatela polskiego przez wojewodę” i tak o obywatelstwo może starać się cudzoziemiec, który co najmniej 3 lata legalnie przebywa w Polsce na podstawie zezwolenia na pobyt stały. Tu przypomnienie: Wcześniej o obywatelstwie decydował wyłącznie prezydent, a myk z metodą „Na wojewodę” wymyśliła PO, i obywatelstwo można sobie wychodzić u każdego z 16 wojewodów. Zmiana jest rewolucyjna – obywatelstwo z aktu łaski i przywileju stało się prawem, które można dochodzić przed sądem. Bo jeśli wojewoda odmówi, delikwent odwołuje się do sądu administracyjnego i prawie zawsze wygrywa. Tak, więc każdy, komu przyznano prawo stałego pobytu ma do obywatelstwa ustawowo zagwarantowane prawo.

Że tak jest, potwierdza „Ukrainian in Poland”, portal wyspecjalizowany w udzielaniu porad Ukraińcom koczującym w Polsce, jak najłatwiej otrzymać polski paszport. Odradza metodę „Na prezydenta”, bo jej wadą jest, że prezydent podejmuje decyzję według własnego uznania i bez ścisłych terminów, że nie ma możliwości odwołania od odmowy i że trzeba przedstawić silne argumenty. Portal zaleca natomiast sposób „Na wojewodę”, bo trzeba spełnić tylko warunki związane z okresem legalnego przebywania w Polsce oraz znajomością j. polskiego.

Jednak na pierwszym miejscu zaleca metodę „Na Kartę Polaka”. Otóż w 2007 r. Sejm uchwalił Ustawę o Karcie Polaka z myślą o tych, którzy po wojnie zostali za wschodnią granicą. Ustawa stanowi jasno i wyraźnie: „Jest to dokument potwierdzający przynależność do Narodu Polskiego”. Z tym że przy jego wydawaniu dochodzi do wielu nadużyć, a skala przekrętów jest tak wielka, że w większości posiadaczami karty zostają… etniczni Ukraińcy. Dziś Kartą legitymuje się 200 tysięcy osób, służby konsularne pracują nad milionem nowych wniosków, a zalecania z Warszawy są jasne: żadnych utrudnień, żadnych sprawdzeń, brać wszystkich jak leci. Problem w tym, że Karta umożliwia jej posiadaczowi złożenie od razu wniosku o stały pobyt w Polsce, a rok pobytu wystarcza, by mieć polskie obywatelstwo.

W 2013 r. rządzące wówczas PiS (lub rządzące lobby żydowskie i ukraińskie?) przepchnęło w Sejmie ustawę o cudzoziemcach. Prace nad nią prowadzono w trybie pilnym, a jej projekt był ściśle tajny. Do czego się tak spieszyli i co chcieli ukryć? Z MSW docierały tylko głosy, że „zachodzi potrzeba poprawy rozwiązań prawnych dotyczących dostępu cudzoziemców do polskiego rynku pracy w interesie polskich pracodawców, jak również ułatwienie pozyskiwania przez inwestorów strategicznych pracowników zza granicy”. Rzeczywiste intencje zdradził Dziennik Gazeta Prawna: „Specjalne prawo dla imigrantów z Ukrainy. Rząd chce ułatwić osiedlanie się Ukraińców na stałe w Polsce. Chodzi o zachęcanie do uzyskiwania kart stałego pobytu oraz obywatelstwa. A Dziennik Gazeta Polska dorzucił: „Nowa polityka migracyjna ma być nastawiona głównie na Ukraińców. Ułatwi im osiedlania się w Polsce”.

Za ustawą krył się Michał Dworczyk, który wcześniej złowieszczo zapowiedział „uproszczenie procedur i możliwości związanych z osiedleniem się w Polsce wszystkich potomków mieszkańców I i II Rzeczypospolitej, którzy deklarują związek z Polską”. Wyraźnie mówił o „potomkach obywateli”, a nie potomkach obywateli narodowości polskiej, co jednoznacznie oznaczało, że chciał ułatwić masowe osiedlanie się Ukraińców w Polsce. Przepisy ustawy jasno stwierdzają, że nie dotyczy ona Polaków, którzy znaleźli się poza krajem po zmianie granic w 1945 roku, ale daje możliwość, a nawet zachęca do przeniesienia się do Polski tych, którzy mają przodka z polskim obywatelstwem, a więc potomkom Ukraińców służących w SS Galizien i wnukowi Romana Szuchewycza.

Dlaczego Polacy nie wiedzą, jaka jest skala rozdawania obywatelstwa? Wiemy tylko, że w 2024 r. otrzymała je rekordowa liczba cudzoziemców, że ponad połowa z nich to Ukraińcy oraz że w ciągu minionych 10 lat prawa obywatelskie uzyskało 40 tysięcy Ukraińców. Rzeczywista liczba nowych „Polaków” jest jednak wielokrotnie wyższa. Liczby nie obejmują bowiem tych, którzy uzyskali obywatelstwo drogą procedury określonej jako „Przywrócenie obywatelstwa polskiego”, czyli uzyskania obywatelstwa przez potwierdzenie, że osoba ma przodków, którzy posiadali polskie obywatelstwo i jest w rzeczywistości obywatelem polskim. 

To ta procedura sprawia, że uzyskanie obywatelstwa jest bardzo proste, a przeszkody administracyjne łatwe do pokonania. Wystarczy złożyć do wojewody dokumenty potwierdzające, że pochodzi się w linii prostej od obywatela polskiego takie, jak polski dowód osobisty lub paszport, akty stanu cywilnego (w tym te wydane przez obce państwa, a więc także przez „urzędy” ukraińskie), wyciągi z ksiąg parafialnych i gminnych, książeczkę wojskową. No i wnieść kilkudziesięciozłotową opłatę skarbową.

Z taką procedurą dotychczas spotykaliśmy się w przypadku osób pochodzenia żydowskiego, a nie mówi się, że podobny modus operandi stosują Ukraińcy, bo bardzo wielu z nich ma przodków, którzy mieszkali na wschodnich terenach II RP i tym samym byli obywatelami polskimi. Ilu z nich zostało w ten sposób „Polakami”, nie wiemy. Ale musi być ich o wiele więcej niż beneficjentów tradycyjnych sposobów uzyskiwania obywatelstwa. W rezultacie polskim obywatelem łatwiej jest dziś zostać Ukraińcowi, niż etnicznemu Polakowi z kazachskich stepów, bo żeby zostać repatriantem trzeba spełnić wiele warunków, a potomek Bandery i wnuk Szuchewycza nie musi żadnego.

Do obywatelstwa polskiego zachęca Ukraińców to, że nie tracą ukraińskiego. Rzecz przy tym znamienna – do niedawna prawo ukraińskie zakazywało posiadania podwójnego obywatelstwa, ale zakaz nie było przestrzegany w odniesieniu do Ukraińców przesiedlonych do Polski. Przypomnijmy, że pierwszy pomajdanowy rząd w Kijowie był pełen zagranicznych najemników z nadanym pospiesznie obywatelstwem ukraińskim. Najemnikami z Polski byli: Sławomir Nowak, który został szefem ukraińskiej państwowej agencji drogowej; Wojciech Balczun (minister aktywów państwowych), który został prezesem ukraińskiego przedsiębiorstwa kolejowego oraz Krzysztof Bondaryk (b. szef ABW, dziś organizator Systemu Bezpiecznej Łączności Państwowej), którego ukraińska bezpieka zatrudniła jako doradcę. Inkryminowani ukraińskie obywatelstwo otrzymali bez zrzeczenia się polskiego.

Kilka tygodni temu prezydent Ukrainy podpisał ustawę o wielokrotnym obywatelstwie. Podczas Światowego Kongresu Ukraińców ogłosił jej ograniczenie do krajów wskazanych w wykazie, i że pierwszy kraj objęty nowymi przepisami to Polska. Nie mamy informacji, czy Zełenski porozumiał się w tej sprawie z Dudą, chociaż od dłuższego już czasu cyrkulowała informacja o istnieniu jakiejś tajnej umowy dopuszczającej podwójne obywatelstwo dla Ukraińców osiedlanych w Polsce. Czy ustawa ma związek z Niebiańską Jerozolimą nad Dnieprem i Ukropolin nad Wisłą? Tego nie wiemy, ale opozycja w Kijowie nazwała ją „projektem likwidacji narodu ukraińskiego”. Dodajmy, że do Polski, przez otwarte jak wrota stodoły granice, wjechało 35 tysięcy Ukraińców w pierwszym tygodniu obowiązywania edyktu Zełenskiego zezwalającego mężczyznom w wieku 18-22 lat na wyjazdy za granicę oraz że wg MON Ukrainy 1,5 miliona Ukraińców (w tym kilkaset tysięcy w Polsce) unika służby wojskowej przebywając za granicą.

„Oni liczą, że w ten sposób pozyskają nowych wyborców. No to za chwilę będą mieli swoją partię i przepchną Banderę” – tak bloger komentował incydent w Sejmie. I miał rację. Potwierdza to Natalia Panczenko, która zachęcając Ukraińców do nabywania polskiego obywatelstwa rzuciła apel: „Dobrze by było, gdyby Ukraińcy mieli swoją reprezentację w Sejmie. Powoli dojrzewamy do tego, żeby partia polityczna powstała”. Ukraiński politolog Witalij Kulik uważa, że „w ciągu kilku lat kilkaset tysięcy Ukraińców zyska polskie obywatelstwo, a jako wyborcy będą mogli realnie wpływać na sytuację w kraju, walczyć o ukraińskie interesy i wejść w politykę, w tym na listy konkretnej partii, walczącej o interesy Ukraińców”. Także portal „Ukraińska Prawda” zakłada, że 80 proc. Ukraińców z zezwoleniami na pobyt w Polsce będzie ubiegać się o paszport, „co może wpływać na wyniki w wybranych okręgach i stwarza możliwość pierwszej reprezentacji ukraińskiej w Sejmie w 2027 r.”. Wtóruje im Ołena Babakowa: „W najbliższych latach ukraińscy imigranci mogą odegrać znacząca rolę w kształtowaniu krajobrazu politycznego Polski”. I tu postawmy pytania: Czy będzie można wygrać wybory bez poparcia Ukraińców? Na kogo będą głosować, gdy wielu z nich miało dziadka w SS Galizien, a na czele rządu stoi folksdojcz, który miał dziadka w Wehrmachcie? Czy za dwa lata to nie PSL będzie w Sejmie języczkiem u wagi, ale mająca duże zdolności koalicyjne partia kierująca się interesem ukraińskim?

Co zatem robić? Rzeczą najpilniejsząjest wprowadzenie moratorium na przyznawanie obywatelstwa oraz zmiana konstytucji, bo pozbawienie obywatelstwa osobnika szkodzącego Polsce nie jest możliwe, choćby nawet taki targnął się na życie prezydenta, który mu obywatelstwo przyznał. Tu problemem jest, że włodarze Polski, co prawda, myślą o zmianie konstytucji, ale nie w kwestii obywatelstwa, lecz wpisania wiecznej przyjaźni polsko-ukraińskiej”, jako obowiązującej.

Pilnie dokonać nowelizacji ustawy o obywatelstwie, gdyż obecna nie przeciwdziała nadużyciom. Ale nie „poprzez przywrócenie wymogu znajomości języka polskiego i podwyższenie opłat administracyjnych”, jak zapowiada to (kpiąc z Polaków) rząd. I nie tak, jak Karol Nawrocki, bo podpisując nowelizację ustawy o pomocy Ukraińcom, którzy wtargnęli do Polski po 24 lutego 2022 r. (chodzi o jakieś milion osób), ograniczył nieco socjalne przywileje, ale przedłużył obowiązywanie ustawy. A to oznacza, że o polskie obywatelstwo będą mogły ubiegać się setki tysięcy Ukraińców, gdyż właśnie mijają trzy lata ich pobytu w Polsce.

Cofnąć decyzje administracyjne, jakimi są „uznanie za obywatela” przez wojewodę. Polskie prawo dopuszcza przypadki, w których wydaną przez organ administracji publicznej decyzję można uchylić lub zmienić (i to w każdym czasie), jeżeli przemawia za tym interes społeczny, a nawet wydać nową w trybie tzw. autokontroli czyli naprawienia swojego błędu. Jakim sposobem? Poprzez zweryfikowanie, czy wnioskodawca spełnił wszystkie warunki, czy wojewoda dopełnił zasady staranności. A także poprzez sprawdzenie, czy inkryminowany dostał się do Polski legalnie, czy nie miał zakaz wjazdu do Strefy Schengen, czy został przyłapany na nielegalnej pracy, czy został prześwietlony przez służby. W takich przypadkach „uznanie za obywatela” powinno być nie tylko anulowane, ale delikwent deportowany.

Dać prezydentowi prawo pozbawienia obywatelstwa cudzoziemca szkodzącemu naszemu państwu. Niech wzorem będzie uchwalona w II RP ustawa z zapisem: „Obywatel polski, może być pozbawiony obywatelstwa, „jeżeli […] utracił łączność z państwowością polską”, i z uzasadnieniem, że „celem ustawy jest podniesienie godności obywatelstwa polskiego, a przede wszystkim pozbycie się elementu niepewnego, destrukcyjnego, z obywatelstwem szemranym, których nosicieli z państwem łączy jedynie paszport”. Wydaje się przy tym, że odwołanie do sanacyjnego prawa powinno przyjść bez większego trudu prezydentowi i jego otoczeniu, bo – jak określił to Grzegorz Braun – PiS to grupa rekonstrukcyjna sanacji z dzielnicy Żoliborz.

Anulować przyznane Karty Polaka, bo wbrew postanowieniom ustawy, Karta nie „potwierdza przynależność do Narodu Polskiego”, bo przy jej wydawaniu dochodzi do wielkich nadużyć, bo drogą podrabiania dokumentów i ich „kupowania” oraz korupcji funkcjonariuszy polskich konsulatów w większości jej posiadaczami zostali etniczni Ukraińcy. A przede wszystkim dlatego, że polskie prawo pozwala jej posiadaczowi od razu złożyć wniosek o stały pobyt w Polsce i po roku mieć polskie obywatelstwo.

Co zrobić jeszcze? Symbolicznie pozbawić obywatelstwa wszystkich, którzy brali czynny udział w tym przestępczym procederze, poprzez sporządzenie listy hańby odpowiedzialnych za to funkcjonariuszy państwa wszystkich szczebli, listy, która objęłaby potomków tych, których w MSW ulokował Berman i Kiszczaka. Bo w gmachu przy ul. Rakowieckiej spraw „pilnuje” ciągle ta sama od dekad ekipa, których nikt nie kontroluje i nie rozlicza, którzy przepuścili przez granice z Ukrainą bez żadnej kontroli miliony Ukraińców, którzy napisali ustawę fundującą Ukraińcom pełny wikt i opierunek, i to bez żadnej kontroli. Bo żeby zostać jej beneficjentem wystarczyło przyjechać sobie do Polski z dowolnego zakątku świata (niekoniecznie z Ukrainy!) i posiadać ukraiński paszport lub dowód osobisty. Na czele takiej listy powinien znaleźć się Andrzej Duda, bo nie można zapomnieć, kiedy na przejściu granicznym wrzeszczał: „W ciągu ostatnich dni przyjęliśmy uchodźców z Ukrainy, którzy pochodzą ze 170 państw na całym świecie. Przyjmiemy wszystkich, którzy będą tego potrzebowali.  Do Polski wpuszczani są wszyscy mieszkańcy Ukrainy, wszyscy uchodźcy, zarówno ci, którzy mają paszporty, jak i ci, którzy nie posiadają dokumentów. Wszyscy z przejścia granicznego mogą odjechać autobusami w głąb Polski”.

Skazać na symboliczną banicję wszystkich, którzy otwarli Polskę na przestrzał, którzy wygenerowali ruch na wschodniej granicy i stworzyli popyt na „uchodźców” oraz tych, którzy sterowali wielką akcją przesiedleńczą, nieodwracalnie zmieniającą strukturę etniczną Polski i którzy robią wszystko, żeby Ukraińcy zostali w Polsce na zawsze. Mateusza Morawieckiego, który przed wybuchem wojny zapowiedział: „Jesteśmy gotowi na przyjęcie 4-5 milionów uchodźców”. Mariusza Kamińskiego, który złożył zobowiązanie: „Przyjmujemy wszystkich, kto będzie chciał”. No i ministra, który ustami swego ryżego rzecznikazłożył haniebną deklarację: Jesteśmy sługami narodu ukraińskiego. No i coś więcej – bo nie może być tak, jak z byłym ministrem zdrowia, któremu za doprowadzenie do przedwczesnej śmierci 200 tysięcy Polaków, zamiast szubienicy, obili tylko gębę.

Jest źle, a nawet – jak głosi napis umieszczany na tarczach dawnych zegarów słonecznych – Jest już później, niż myślisz. Najwyższy czas na działania, bo jeśli istnieje powód do „wyjścia na ulice”, to jest nim zaistnienie z całą mocą kwestii ukraińskiej, osiedlanie milionów Ukraińców, panoszenie się obcego żywiołu i obce flagi wszędzie. Albo oni albo my. To bój o przetrwanie. To zderzenie dwóch żywiołów wzajemnie się wykluczających. Na obronę Polski z pozycji innej, niż „słudzy narodu ukraińskiego” liczyć nie możemy. Tylko pomarzyć można, aby Radek Applebaum powiedział: Jesteśmy sługami narodu polskiego”. Trudno też wyobrazić sobie w takiej roli autora słów „Polska to nienormalność”. Mówmy, zatem o narodowości renegatów. Pytajmy, kto ma w swym wyborczym programie przywrócenie granicy z Ukrainą. Nie pozwólmy oszukać się po raz kolejny. Niech, chociaż raz, Polak będzie mądry przed szkodą a nie po szkodzie.

Krzysztof Baliński