Strona Mirosława Dakowskiego
Odwiedza nas 21 gości
S T A R T arrow PUBLICYŚCI arrow Nalaskowski arrow (Nie)dostatek słów
Saturday 21 September 2019 15:09:03.27.
W Y S Z U K I W A R K A
(Nie)dostatek słów Drukuj Email
Wpisał: Aleksander Nalaskowski   
11.09.2019.

(Nie)dostatek słów

Aleksander Nalaskowski

Gdy już dotrze się do nieprzekraczalnych granic języka to trudno napisać cokolwiek, co by kogokolwiek przekonywało. Tak więc działania totalsów, tych stąd jak i tych z Parlamentu Europejskiego, furiackie reakcje wielu środowisk żydowskich na porozumienie premierów Polski i Izraela, sędzina Gersdorf, zachowanie Bolęsy (Bolek+Wałęsa), ustawiczne przesiadywanie w TVN Millera, Cimoszewicza, Olechowskiego czy innych złotoustych trupów politycznych, zjawiska umysłowe o nazwie Olejnik, Scheuring-Wielgus, protesty, marsze i parady. W konfrontacji z nimi felietonista staje się bezradny. Nie ma bowiem w repertuarze normalnych ludzi słów, które by adekwatnie i dostatecznie obraźliwie nazwały to, co ci wszyscy tu wymienieni i niewymienieni robią i mówią. Każdy nie do wyobrażenia bluzg, ostrzejsze od miliona brzytew porównanie, ohydniejszy od karalucha przymiotnik, będą tylko łagodnym eufemizmem. W odniesieniu do nich i ich działań, wypowiedzi i głoszonych kłamstw, pojęcia takie jak podłość, zdrada, sprzedajność, oszustwo, krętactwo czy cynizm będą w swej łagodności wręcz masażem ich nieskończonego ego. Bo jak na przykład nazwać zdradę, która jest gorsza od każdej dotąd znanej zdrady?

Ocalały nam jednak frazy, piękne słowa i zachwyty, którymi trudno się do syta najeść, bo wychodzą z życia pięknych ludzi. Tych mamy jakby mniej. Ubywają. I tutaj dwoje z nich.

Irenę Szewińską widziałem na zawodach w 1975 roku. To było Grand Prix Brdy i Mistrzostwa Polski w lekkiej atletyce w Bydgoszczy. Otwarto tam bowiem wyremontowany stadion z tartanową bieżnią. Wówczas mieliśmy takich w Polsce bardzo niewiele. Bodaj trzy, a może cztery. Byłem wtedy na zgrupowaniu kadry juniorów i mieliśmy wolny wstęp na te zawody. Stawiła się tam cała polska czołówka. Był Władysław Komar, Bronisław Malinowski, Jacek Wszoła, Tadeusz Ślusarski. Komara poznałem lepiej w naszej siłowni (opowiadał nieco nieprzyzwoite dykteryjki), a Malinowskiego w saunie. Podobnie jak w saunie miałem sposobność rozmowy z Januszem Sidło, który co dopiero zakończył karierę. Ale zdecydowanie największe wrażenie zrobiła na mnie Szewińska. Na żywo wydawała się znacznie kruchsza i bardziej filigranowa niż w telewizji. W przeciwieństwie do mniej znanych sportowców nie afiszowała się w dresie z napisem „Polska”, miała skromny, jakby lekko sprany, dresik granatowy, rzekłbym zupełnie niemodny. Widziałem jej rozgrzewkę, a potem bieg finałowy na 200 metrów, bieg który wygrała. No właśnie, ten bieg. To nie był normalny sprint, to był lekki, elastyczny i piękny lot nad kolorowym tartanem. Oczywiście wygrała w cuglach nie dając rywalkom szans. One chyba od razu walczyły o każde, tylko nie pierwsze miejsce. Szewińska biegła skupiona, ale bez najmniejszego grymasu twarzy i chyba zupełnie bez wysiłku. Jak jakaś bogini za nic miała grawitację. Była podmuchem uśmiechniętego wiatru a nie biegaczką. Olśniewała czymś jeszcze – skromnością. W każdym geście, spojrzeniu, uśmiechu czy to na rozgrzewce czy w zawodach cała była jedną wielką skromnością. Była dla mnie uosobieniem piękna sportu, tego jeszcze „starego” sportu, wolnego od chamowatej komercji, wszechobecnych tatuaży, przeogromnej kasy i farmakologii. Ten sport na moich oczach dogorywał. Pierwsze rany odniósł na olimpiadzie w Monachium gdy muzułmańscy terroryści zaatakowali wioskę sportową. Nigdy potem już Ireny Szewińskiej nie widziałem na żywo. Pamiętam, że bywała politycznie wykorzystywana, rozmaicie. Wszyscy którzy ją do tego namawiali będą się kiedyś smażyć w piekle.

Drugim pięknym był Waldemar Baszanowski. Mistrz sztangi, guru elegancji trudnej sztuki dźwigania, człowiek –uśmiech. Kolega, który studiował w warszawskiej AWF wspominał, że Baszanowski chodził zawsze uśmiechnięty. Z racji uprawianej dyscypliny widywałem go częściej, ale nigdy na pomoście. Gdy na dobre wszedłem w sport, on już był za jego metą. Nie pamiętam, aby podniósł głos, nie pamiętam, aby się kiedykolwiek zdenerwował. Miał klasę, której nie musiał w ogóle eksponować, po prostu ją miał. Nie tylko tę sportową, klasę tak w ogóle. Widziałem w sieci kilka relacji z zawodów, w których startował. Były to sprawozdania telewizji ZSRR. Z jak wielkim szacunkiem rosyjscy komentatorzy traktowali naszego mistrza, jak zachwycali się każdym podejściem mimo, że wygrywał z ich zawodnikami. Ale o Waldemarze Baszanowskim nie dało się mówić inaczej jak z szacunkiem i zachwytem. Niestety ostatnie pożegnanie Mistrza nie miało zbyt uroczystego charakteru. W tym czasie Amerykanie zabili Bin Ladena i ta śmierć dla naszych mediów była ważniejsza. Baszanowski był jak Szewińska laboratoryjnym wręcz wzorcem skromności. Odszedł więc skromnie, bez wielkich mów, oficjeli asysty i medialnych wspomnień. Cicho i w cierpieniu zamknął po sobie drzwi.

Jak dobrze, że są jeszcze okazje, aby używać pięknych słów, opisywać pięknych ludzi i cieszyć się, że z nami byli. Tych dobrych słów całkiem nie zużyliśmy.

Daj Boże będą nam jeszcze często potrzebne.

Zmieniony ( 11.09.2019. )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Top! Top!

Nasza strona korzysta z plikow cookies w celu gromadzenia anonimowych statystyk, jesli nie blokujesz tych plikow, to zgadzasz sie na ich uzycie oraz zapisanie w pamieci urzadzenia. Mozesz samodzielnie zarzadzac plikami cookies w ustawieniach przegladarki.