Strona Mirosława Dakowskiego
Odwiedza nas 12 gości
S T A R T arrow O POLSKĘ arrow HISTORIE ponure, których skutki się wloką. arrow O nieudanym zamachu stanu w 1922 roku. Generał Haller nie ma córki!
Wednesday 20 January 2021 04:07:49.31.
migawki
 

My obecnie zachowujemy się często jak w ariergardzie pobitej armii, a przecież to Awangarda Zwycięstwa, kiedy nastąpi ten przełom - zależy od nas.

To całe aj-waj o szczepieniach celebrytów celowe: By ludziki poczuły zazdrość i zaczęły się pchać do szczepień.

Ja mam zamiar się zaszczepić. Ale tylko przez telefon. Tak, jak mnie leczą, tak będę się szczepił.

Yes! Yes! Yes! Polska ma pierwszą kobietę GMO! POLSKA WIELKI PROJEKT rozpoczęty!  

Była "pomroczność jasna", teraz jest "dobrowolność obowiązkowa"

Skuteczność penicyliny nie została udowodniona w kontrolowanych badaniach klinicznych, lecz w praktycznym jej stosowaniu w leczeniu rannych żołnierzy podczas II wojny światowej.

 
W Y S Z U K I W A R K A
O nieudanym zamachu stanu w 1922 roku. Generał Haller nie ma córki! Drukuj Email
Wpisał: Jędrzej Giertych   
21.07.2020.

 

 

O nieudanym zamachu stanu w 1922 roku.

Generał Haller nie ma córki!


Jędrzej Giertych, O Piłsudskim, wyd. OSTOJA 2013. str. 155 inn .

Zabójstwo prezydenta Narutowicza wywołało w Polsce powszechne oburzenie. Dla stronników Narutowicza było ono dowodem zbrodniczej politycznej nietolerancji. Dla stronnictw centrowych, a także i dla wielu członków prawicy było aktem odstręczającym od jakiegokolwiek współdziałania z rzekomymi sprawcami zabójstwa, „endekami” i burzącym solidarność prawicy i centrum. Ale i dla samej prawicy, a w szczególności dla jej głównego trzonu, „endeków”, zabójstwo Narutowicza było nie tylko wydarzeniem politycznie kłopotliwym, ale i powodem niejakich wyrzutów sumienia. Zastanawiano się, czy propaganda przeciwko Narutowiczowi jeszcze przed złożeniem przez niego prezydenckiej przysięgi nie była zbyt gwałtowna i czy to nie ta propaganda wywarła wpływ podburzający na niezrównoważonego zabójcę. Narodowcy skłonni byli ulegać, jeśli nie mniemaniu, to podejrzeniu, Że przecież jednak obóz narodowy jest w pewnym stopniu miotany był wątpliwościami, czy nie ponosi odrobiny winy za zbrodnie człowieka, który się deklarował jako narodowiec, a więc za którego należało jakoś poczuwać się do współodpowiedzialności. Co więcej, byli także i tacy narodowcy - najskrajniejsi którzy uważali, że co się stało, to się stało i nie trzeba się od tego odżegnywać, a przeciwnie trzeba popełniony czyn wziąć na swój rachunek, jako dzieło wprawdzie indywidualne, ale będące skrajnym wyrazem poglądów narodowych.

Obóz narodowy nagle okazał się w narodzie polskim (także i w Sejmie) osamotnionym. Opuszczony przez swoich sojuszników znalazł się w pozycji ugrupowania skrajnego, potępionego przez przeważającą część opinii publicznej i zachwianego w swej postawie, szarpanego wyrzutami sumienia, a w każdym rzeczywiście nie ponosi winy, a obok tego podmywanego przez wpływ swoich żywiołów skrajnych, uważających, że dobrze się stało i że Niewiadomski zrobił to, co zrobić należało.

Aż do wybuchu wojny nie zrodziło się w Polsce podejrzenie, że czyn Niewiadomskiego wcale nie był przejawem skrajnych skłonności obozu narodowego, ale był wynikiem perfidnej prowokacji, zwróconej przeciwko obozowi narodowemu, która była dziełem obozu piłsudczyków, a zapewne i osobiście samego Piłsudskiego. Dopiero po wojnie poujawniały się przede wszystkim na emigracji fakty świadczące o takiej prowokacji oraz zrodziło się rozumowanie, zestawiające okoliczności nowo odkryte lub nawet znane już przed wojną i prowadzące w sposób nieodparty do zrozumienia, kto Niewiadomskim manipulował i dlaczego.

Plan zamachowców był bardzo prosty: z powodu śmierci Narutowicza, spowodowanej przez „endeka” pojawi się w Warszawie, na znak oburzenia i protestu wielka manifestacja robotników socjalistycznych. Od manifestacji tej odłączy się przygotowana zawczasu bojówka, złożona z takich socjalistów, którzy byli w istocie członkami konspiracji piłsudczykowskiej i odwiedzi mieszkania polityków, zwłaszcza posłów sejmowych, narodowych i pokrewnych, wedle długiej dawno przygotowanej listy i wszystkich ich wymorduje. Wywoła to kilkudniowy okres anarchii i bezprawia.

Wtedy Piłsudski stanie na czele wojska i ogłaszając się dyktatorem, jako czynnik rzekomo neutralny w sporach między partią socjalistyczną a polityczną prawicą, przywróci porządek. Jakie metody prowokacji zastosowane były przez organizatorów krwawej intrygi, która miała doprowadzić do konfliktu w Sejmie, umożliwiającego Piłsudskiemu objęcie dyktatorskiej władzy, świadczy sprawa rzekomej siostry generała Józefa Hallera, znana w ogólnym zarysie jeszcze w okresie międzywojennym.

Gdy przyszły prezydent Narutowicz jechał otwartym powozem Alejami Ujazdowskimi w Warszawie w stronę Sejmu, po to, by oświadczyć, że wybór przyjmuje i by złożyć przysięgę Prezydenta i gdy powóz jego znalazł się akurat przed domem, w którym mieszkał generał Józef Haller, będący posłem do Sejmu i członkiem chrześcijańskiej demokracji, zbliżonym do „endeków”, na stopień tego powozu wskoczyła jakaś kobieta, wymyślając Narutowiczowi i ciskając W niego kulami śniegu. Zatrzymał ją policjant.

Wykrzyknęła wtedy, że jest córką generała Hallera i nie należy jej aresztować. Policjant odpowiedział jej, że generał Haller nie ma córki. Sprostowała wtedy, że jest nie córką, lecz siostrą generała. Policjant ją puścił. Podeszła wtedy do mieszkania generała i nacisnęła dzwonek. Gdy ją wpuszczono, rzuciła się do nóg generałowi, przepraszając go za to, że udała jego siostrę i wciągnęła go przez to w konflikt z Narutowiczem. Zbadana przez generała i jego adiutanta, przyznała się do rzucania kul śniegu i do tego, że jest córką komendanta policji. Generał kazał jej się wynosić, ale przedtem zapytał ją o nazwisko. Nie zapisał i nie zapamiętał tego nazwiska, ale wydaje mu się, że brzmiało ono jakby Giergielewiczówna. Generał Haller opisał ten incydent pokrótce w swoich pamiętnikach, a obszernie w ustnej rozmowie z księdzem Jarzębowskim, dyrektorem gimnazjum w Henley nad Tamizą, który relację generała Hallera na gorąco spisał, przy czym po śmierci ks. Jarzębowskiego relacja ta została ogłoszona drukiem.

Już w wiele lat po wojnie zostało ustalone, że kobieta, która się podawała za siostrę generała Hallera, została jednak w końcu przed udaniem się do mieszkania generała Hallera, czy też po nim zaprowadzona do komisariatu policji i tam ją wylegitymowano, stwierdzając, że nazywała się nie Giergielewiczówna, lecz Grochowiczówna i że była konfidentką policji. Zostało także ustalone, że poszło z nią razem do komisariatu policji kilku młodych ludzi, w czapkach studenckich, jednak nie studentów, którzy się wylegitymowali jako agenci policji. Do powyższych informacji, dotyczących Grochowiczówny i towarzyszących jej ubranych w czapki studenckie agentów policji, dodać trzeba dziwny fakt, że nie tylko Grochowiczówna, ale także i jacyś inni ludzie, ubrani w czapki studenckie, ale nie wyglądający na studentów rzucali w przyszłego prezydenta kulami ze śniegu i wykrzykiwali zniewagi pod jego adresem. Zapewne byli to ci agenci policji, którzy razem z Grochowiczówna udali się potem do komisariatu policji. Manifestacji studenckiej nieoczekiwanie nadano charakter zupełnie nie podobny do tego, co było jej treścią na początku.

Ale w tym samym dniu co ta manifestacja, w niewiele godzin, a może tylko minut po owym zajściu na Alejach Ujazdowskich z rzekomą siostrą generała Hallera nastąpił inny fakt niewyjaśniony, robiący wrażenie umyślnej, niegodziwej prowokacji. Na Placu Trzech Krzyży pojawiła się bojówka PPS, złożona jak pisze socjalistyczny polityk Józef Żmigrodzki w swoich wspomnieniach z „kilkuset” robotników i studentów socjalistycznych. Starła się ona ze studentami korporantami. A wtedy ktoś spośród korporantów wystrzelił z rewolweru do idącego na czele socjalistów Jana Kałuszewskiego, który dźwigał socjalistyczny sztandar. Kałuszewski został trafiony w pierś i w kilka dni potem umarł. W kilka dni potem, w dniu zabójstwa prezydenta Narutowicza odbywał się pogrzeb tego Kałuszewskiego, w którym wzięło udział wedle oceny wyżej wymienionego Żmigrodzkiego sto tysięcy ludzi.

Zadziwiające jest, że nie przeprowadzono śledztwa, które by ustaliło, kto do Kałuszewskiego strzelał. Korporanci nie byli grupą organizacyjnie liczną i na ogół znali się między sobą. Jeśli zabójcą był korporant, nie było rzeczą trudną ustalić, kto to był. A może to nie był korporant ani student? Może i on był noszącym czapkę korporancką nie studentem, a prowokatorem policyjnym? Zapewne nie dowiemy się tego nigdy. W każdym razie sprawa jest dziwna.

A było to w czasie, gdy urzędował w Polsce pozaparlamentarny „rząd zaufania marszałka Piłsudskiego”, na którego czele stał Julian Nowak. To są okoliczności uboczne i niejasne. Ale jasnym jest, że agenci policyjni działali w kierunku zaostrzenia manifestacji wzywających profesora Narutowicza do nieprzyjęcia wyboru na prezydenta, a znana po nazwisku agentka policyjna Grochowiczówna, nie tylko robiła to samo co jej koledzy, ale przedsięwzięła zadziwiającą intrygę, usiłującą skompromitować generała Hallera przez przypisanie jego siostrze robienia awantur ulicznych, przed mieszkaniem tego generała, skierowanych przeciw człowiekowi obranemu na prezydenta. Jakiemu celowi miała służyć ta intryga? Po co ją zrobiono? Niejakim wytłumaczeniem jest fakt, że w następnych dniach prasa socjalistyczna w Polsce przeprowadziła wielką kampanię przeciwko generałowi Hallerowi, którego siostra rzekomo popełniła ordynarne awantury na ulicy, atakując przyszłego prezydenta Rzeczypospolitej. Generał Haller oskarżył krakowski dziennik socjalistyczny „Naprzód” przed sądem o oszczerstwo i bez trudu uzyskał dla „Naprzodu” wyrok skazujący.

Okazało się, że prawdziwa, jedyna siostra generała Hallera, nauczycielka na Śląsku, w ogóle w danym dniu nie była w Warszawie, a przebywała na Śląsku. Dlaczego przypisano jej robienie w Warszawie awantur?

Zapewne po to, by stworzyć pretekst do późniejszego „.ukarania” generała Hallera przez oburzony tłum, to znaczy przez ową bojówkę, która miała polityków narodowych wymordować. Wszystko powyższe to są wiadomości o prowokacji w związku z manifestacjami studenckimi w dniu 11 grudnia, a więc jeszcze przed zamordowaniem 16 grudnia Narutowicza.

Nasuwają one podejrzenie, że obóz Piłsudskiego organizujący te prowokacje szykował przy pomocy zuchwałego kłamstwa, jakieś intrygi, które miały spowodować oburzenie opinii publicznej przeciwko endekom. Sprawa policjantki Grochowiczówny była w podstawowym zarysie znana już w okresie międzywojennym.

Ale rzecz bardzo ważna został ujawniona już po wojnie. Okazało się mianowicie, że w kołach wojskowych, najwidoczniej w Oddziale Drugim Sztabu, złożonym ze stronników i współkonspiratorów Piłsudskiego, wiedziano co najmniej na kilka godzin przed zabójstwem Narutowicza, że będzie on zamordowany. Znano nawet nazwisko zabójcy, Eligiusza Niewiadomskiego.

W dniu zabójstwa prezydenta Narutowicza, ale na kilka godzin przed tym zabójstwem, wyjeżdżał z Warszawy do Torunia senator ksiądz prałat Feliks Bolt, członek Stronnictwa Narodowego. Gdy pociąg stał jeszcze na dworcu w Warszawie i gdy ks. Bolt znajdował się w tym pociągu w przedziale zarezerwowanym dla posłów i senatorów, do przedziału tego weszli dwaj oficerowie w mundurach i powiedzieli księdzu Boltowi, że nie powinien z Warszawy wyjeżdżać, gdyż prezydent Rzeczypospolitej, Narutowicz został zamordowany i sytuacja polityczna wymaga, by był on w Warszawie obecny.

Było to na kilka godzin przed aktem zabójstwa. Ksiądz Bolt zlekceważył tę wiadomość i pozostał w pociągu, a oficerowie z pociągu wysiedli. Ale w kilka godzin potem pociąg dojechał do Torunia i właśnie wtedy nadeszła do Torunia wiadomość, że prezydent Narutowicz rzeczywiście został zamordowany. Owi oficerowie to byli zapewne funkcjonariusze Oddziału II. Ksiądz Bolt zachował potem w tajemnicy wiadomość o owym wtajemniczneniu jakichś wojskowych w zamiar zamachu na prezydenta, uważał bowiem, że bezpieczniej będzie tej tajemnicy nie zdradzać. Powierzył jednak tę tajemnicę generałowi Józefowi Hallerowi. W czasie wojny zginął w niemieckim obozie koncentracyjnym. Generał Haller ujawnił tę tajemnicę po wojnie w Londynie.

Jeszcze w czasie procesu zabójcy, Eligiusza Niewiadomskiego, zgłoszona została do sądu wiadomość, że w dniu zabójstwa prezydenta, ale na kilka godzin przed faktem, były adwokat i redaktor dwóch wychodzących w Sosnowcu pism, Władysław Ludwik Evert, dowiedział się, że ma być wykonany zamach na prezydenta Narutowicza, który ma być zamordowany przez malarza Eligiusza Niewiadomskiego. Zamierzano początkowo przesłuchać w tej sprawie obecnego w Warszawie ojca Władysława Ludwika Everta, przemysłowca i prezesa ewangelickiego konsystorza, Józefa Everta, który tę sprawę zna. Ze strony obrony wysunięto pogląd, że jeśli ktoś ma być w tej sprawie przesłuchany, to raczej Władysław Ludwik Evert, a nie jego ojciec Józef Evert, który wie o sprawie tylko z drugiej ręki. Wymagałoby to przerwy w rozprawie na jeden lub kilka dni celem sprowadzenia świadka z Sosnowca. Sąd postanowił świadka tego nie przesłuchiwać. Sprawa została zbagatelizowana: powszechnie uważano wiadomość za tak nieprawdopodobną i tak dla procesu nieistotną, że nie zasługuje ona na odroczenie rozprawy. Opisano jednak debatę przed sądem na temat powołania tego świadka w drukowanym protokole rozprawy.

Po wojnie sprawdzono jednak kilka rzeczy, które nadały wiadomości podawanej przez Józefa Everta cechę wiarogodności. Po pierwsze okazało się, że Władysław Ludwik Evert był związany z Oddziałem II. W latach 1913 i 1914 współpracował w Krakowie ze Strzelcem, w roku 1917 należał w Moskwie do POW, poczynając od roku 1927 był przez siedem lat naczelnym redaktorem dziennika „Polska Zbrojna”, czołowego organu piłsudczyków wojskowych. Tak więc obracał się wśród kół obozu piłsudczyków i jest nieprawdopodobne, by zdobyte przez niego wiadomości o projektowanym zamachu na życie Prezydenta pochodziły z kół narodowych.

Po wtóre stała się publicznie znana zadziwiająca przygoda księdza Bolta. Okazało się, że na kilka godzin przed zamachem wiedziano o tym mającym nastąpić zamachu w jakichś kołach wojskowych w dwóch miejscach, w drugim wypadku na pewno, a w pierwszym przypuszczalnie należących do obozu piłsudczyków i najwidoczniej do Oddziału II. Okazało się także, że w owym drugim wypadku piłsudczykowskie koła wojskowe znały nazwisko przyszłego zabójcy: Eligiusz Niewiadomski. Zostało także ustalone, że sprawa zaniechania przesłuchania p. Everta na procesie Eligiusza Niewiadomskiego zdecydowana została w gronie ludzi, których większość stanowili członkowie masonerii: masonami byli zarówno Józef Evert i jego syn Władysław Ludwik Evert, jak prokurator Kazimierz Rudnicki oraz powód cywilny, adwokat Franciszek Paschalski.

Co więcej, ujawnione zostało po wojnie, że na dzień 16 grudnia projektowany był zamach stanu, który miał odsunąć od władzy mający przeciwną Piłsudskiemu większość sejm oraz oddać tę władzę o charakterze dyktatorskim Piłsudskiemu Częścią tego zamachu miało być wymordowanie wedle przygotowanej listy licznego zastępu polityków przeciwnych Piłsudskiemu. Rzezi miała dokonać bojówka, wchodząca w skład Polskiej Partii Socjalistycznej, ale w istocie złożona z członków konspiracji piłsudczykowskiej. Dowiedzieli się o tych planach czołowi politycy socjalistyczni, z Ignacym Daszyńskim na czele i plany te sparaliżowali, uważając je za niedopuszczalne oraz za szkodliwe, zarówno dla Polski, jak dla partii PPS.

W rezultacie władzę w Polsce objął rząd generała Sikorskiego, przeciwny „endecji”, ale zarazem przeciwny planom zamachowym obozu piłsudczyków. Rząd ten miał po swojej stronie zarówno sejmową lewicę, jak i te stronnictwa centrowe, a nawet prawicowe, które się odsunęły od „endecji” i były na „endecję” oburzone z powodu przypisywanej jej winy za zamordowanie prezydenta Narutowicza. Rząd generała Sikorskiego, powołany do władzy tego samego dnia, w którym zamordowany został prezydent Narutowicz i rozegrała się walka zakulisowa o wymordowanie polityków narodowych i o zamach stanu Piłsudskiego (16 grudnia 1922), sprawował potem rządy w Polsce przez niecałe 5 miesięcy (do 26 maja 1923). Był to rząd pozaparlamentarny o obliczu lewicowym i centrowym. Ale był to rząd zwrócony przeciwko zamiarom dyktatorskim Piłsudskiego.

Został zastąpiony po pięciu miesiącach przez rząd Wincentego Witosa, na nowo pogodzonych narodowców i ludowców, oparty o prawicową i centrową większość parlamentarną. Zasiadali w nim obok premiera ludowca Witosa, narodowcy Marian Seyda (minister spraw zagranicznych, zastąpiony potem na końcowe blisko siedem tygodni przez Romana Dmowskiego), Głąbiński (min. oświecenia, zastąpiony potem przez Stanisława Grabskiego), Władysław Grabski (min. skarbu, zastąpiony potem przez Kucharskiego), Goscicki (min. ] rolnictwa, zastąpiony potem przez Chłapowskiego; ludowcy Kiernik ? (sprawy wewnętrzne) i Osiecki (reformy rolne), chrześcijańscy demokraci Korfanty (zdrowie) Nowodworski (sprawiedliwość) i inni. Rząd ten urzędował przez niecałe 7 miesięcy, do 14 grudnia 1923 roku.

Tak więc zamach stanu Piłsudskiego w roku 1922 się nie udał. Powstało po tym zamachu poróżnienie na czas pewien narodowców z ludowcami Witosa oraz wielkie skompromitowanie narodowców, oskarżanych przez większą część opinii publicznej o spowodowanie pośrednio, zamordowania prezydenta Narutowicza.

Zmieniony ( 21.07.2020. )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Top! Top!

Nasza strona korzysta z plikow cookies w celu gromadzenia anonimowych statystyk, jesli nie blokujesz tych plikow, to zgadzasz sie na ich uzycie oraz zapisanie w pamieci urzadzenia. Mozesz samodzielnie zarzadzac plikami cookies w ustawieniach przegladarki.