Strona Mirosława Dakowskiego
Odwiedza nas 119 gości
S T A R T
Thursday 09 April 2020 16:47:41.29.
migawki
 

Trzeźwi bądźcie i czuwajcie, bo przeciwnik wasz diabeł jak lew ryczący krąży, szukając, kogo by pożarł. Sprzeciwiajcie mu się mocni w Wierze, wiedząc, że to samo utrapienie spotyka braci waszych na świecie. A Bóg wszelkiej łaski, który wezwał was do swej wiecznej chwały w Chrystusie Jezusie, udoskonali, utwierdzi i ugruntuje utrapionych. 1P 1,5

===========
Nie toczymy bowiem walki przeciw krwi i ciału, lecz przeciw Zwierzchnościom, przeciw Władzom, przeciw rządcom świata tych ciemności, przeciw pierwiastkom duchowym zła na wyżynach niebieskich. Dlatego weźcie na siebie pełną zbroję Bożą, abyście w dzień zły zdołali się przeciwstawić i ostać, zwalczywszy wszystko. List do Efezjan, 6 – 12,13
       Czy głupota jest grzechem?
Laudetur Iesus Christus!  Chcą uderzyć w Wielki Czwartek, bo zauważyli, że nie ma oporu:  Ani MODLITWY.

Konieczne egzorcyzmy, bo to ewidentnie sprawa Złego. Jeden biskup je dziś [Wielka Środa] odprawia w intencji otrzeźwienia rządu i parlamentu. I będzie kontynuował w następnych dniach. Parę sekretariatów kurii metropolitalnych  ma wyłączone telefony z powodu wirusa [!!!] W innych – nie odbierają telefonów. Módlmy się. 

Wielki Czwartek, 14-ta: To jednak ośmielili się uderzyć w Pana Boga: zakazują Mszy, nawet na ledwo 50 osób, w Wielkanoc! Na Sądzie będzie im to policzone, a zapewne - i wcześniej.

 
N O W O Ś C I
W Y S Z U K I W A R K A
 
POLECANE
JUŻ po wyborach!! Drukuj Email
Wpisał: Mirosław Dakowski   
18.09.2007.

Mirosław Dakowski                Wygłoszone w radio Polonia 2000 w Chicago 18 września

JUŻ po wyborach!!

            Jak to? A tak to:

Obecnie cała kampania wyborcza polega

            - z jednej strony na obrzucaniu konkurentów błotem, wyrazami, i plotami/oszczerstwami

            - z drugiej – i dla nich ważniejszej – na przepychaniu się na pierwsze, mandatowe miejsca na listach.

            To są żniwa (pracowite, przyznaję) dla prezesów i liderów: Ileż zgarną zobowiązań, wdzięczności od szeregowców spośród kandydatów.

            Poczucie smaku powstrzymuje mnie przed wymienieniem różnych postaci tych zobowiązań. Zresztą znają je Państwo częściowo z łamów prasy, głównie brukowej. A ci wszyscy prezesi i samozwańczy mężowie stanu wiedzą przecież, jak można by tego uniknąć. Ale unikają - ujawnienia tej prostej wiedzy, chyba dosłownie, jak diabeł święconej wody. Bo wybór OSÓB przez wyborcę odebrałby im, liderom, tę czarowną możność panowania nad szeregowymi posłami (zwanymi później dietetycznymi), służącymi do naciskania guzików wg. ściąg przygotowanych przez GÓR? klubu.

            Dla otępionych przez telewizor mas pozostaje śledzenie cieni różnych intryg i kłótni. A to, z jakiej listy niejaki Mężydło obroni swe pierwsze miejsce na liście z Torunia. Może przejdzie do konkurencji (za co? za ile?). Czy mężem stanu będzie Rokita – samczyk czy jego żona? Nelly? Czy ta ostatnia wzmocni drużynę feministek zgromadzoną wokół pani prezydentowej – czy ją osłabi?  (z panią Olejnik, a może Olejniczak, pomyliło mi się). Czy ks. Roman Indrzejczyk z tejże drużyny (to taki ks. Cybula obecnej pary prezydenckiej) znów, jak przed rokiem (p. Więź, nr 7-8 z 2006) będzie bronił agentów, a w szczególności całokształtu osiągnięć TW Jankowskiego, czyli ks. prof. Michała Czajkowskiego lub podobnych stworzeń (creatura to przecież stworzenie...) ? To działania niesłychanie gorszące nie tylko dla uczciwego katolika, ale i dla średniego wyborcy-Polaka.

            A co zrobił w polityce pożytecznego pan Gowin? Co nas obchodzą jakieś kłótnie wewnątrz-partyjne w Krakowie? Czy pan Borusewicz kiwnie się wte czy wefte? A pan Płażyński będzie wańką- wstańką? I na którym boku się ocknie? To wszystko podaje się nam na poziomie rozważań przed paru laty, ilu kochanków miała t.zw. lady Diana i czy naraz, czy po kolei.    Tyle emocji wyborczych dają nam, owieczkom nasi poganiacze!

            Walki o najlepsze miejsca przy stole (czyt. korycie) politycznym zastąpiły walkę na argumenty, na programy. Zauważmy, że grupy partyjniackie już zupełnie otwarcie zarzuciły dyskusję i argumenty programowe. Jeszcze AWS spisał… zbiór życzeń politycznych i gospodarczych i nazwał to programem. Mnie nie zdziwiło już jednak przed ok. 10-ciu laty, że t.zw. Maniuś (Krzaklewski) w rok po końcu rządów AWS-u nie wiedział, nie pamiętał, co było umieszczone w programie AWS-u.

            Teraz fasada realnej władzy pokruszyła się na tyle, że spece od PR-u (pijaru!) partyj nie wymuszają na swoich pracodawcach nawet pozoru dyskusji programowej. Uważają, że jesteśmy już na tyle skołowani, że damy się zaciągnąć do którejś owczarni – by dać głos.

Beeee!!

            Natykamy się na głuchotę rządzących. Głuchotę, która jest uzyskiwana przez naszych milusińskich z pierwszych stron gazet nader prostym sposobem: zatykaniem uszu pięściami, a gdy trzeba – również zamykaniem oczu.

            Główny wniosek, jaki grupy partyjnych (ale leninowskiego, wodzowskiego typu) wyciągnęły w swoim czasie z ośmieszenia i degrengolady PZPR-u jest taki, że ci obecni prezesi uciekają od słowa PARTIA. Zauważmy, że mamy w Polsce:

Akcje, Ligi, Porozumienia, Platformę, Unie, LiD-y , PiS-y, Zrzeszenia, Prawicę (Rzeczypospolitej), Stronnictwa, ale nie mamy PARTII!!

W kraju, gdzie władzę dzierżą, przy jawnym gwałceniu zasad demokracji (nawet tych dętych) właśnie partie...

            Cała ta sytuacja przypomina mi piękny transparent w Dubnej (to takie miasteczko fizyków w Rosji, pozostałość po szaraszce Berii) w latach 70-tych: Stalinskaja konstitucja w million raz boleje diemokraticzna samoj diemokraticzoj burżuaznoj konstitucji!

Zmieniony ( 07.10.2007. )
 
Mimo wszystko BOJKOT Drukuj Email
Wpisał: Mirosław Dakowski   
03.09.2007.

wygłoszony w Radio Polonia2000 Chicago, 3 września '07

Mirosław Dakowski 

Mimo wszystko BOJKOT

            Rozpoczęły się już dla mnie (i innych osób uznawanych za niezależne) ciężkie czasy: rozpaczliwe telefony trzech typów:

1)      Panie profesorze, Na kogo głosować (często z łagodną sugestią.. bo np. ten Z. jest taki przystojny i stanowczy..). Odpowiadam: Każdy, kto zagłosuje na Z (albo na Y, czy X) będzie oszukany (dla bardziej upartych i sfrustrowanych: wydymany!) w każdej wersji ordynacji pseudo-proporcjonalnej, partyjniackiej. Nie głosować na nikogo! Ależ:  Na jaką partię?  Na żadną!! Tak mało od nas, wyborców, zależy, i to jedynie przed pójściem do urny, że tylko BOJKOT MOŻE ICH OTRZEźWIĆ.

2)      Panie, niech pan propaguje Samoobronę (uparcie i stanowczo namawia mnie do tego od pewnego czasu miła pani słuchaczka z Chicago), lub LPR, lub „Kaczorów”. Na szczęście NIKT nie usiłuje mnie skłaniać do propagowania żydo-komuny ani Partii Agentów, to już nieźle świadczy o mych rozmówcach).  Odpowiadam: Już nigdy w życiu nie będę pomagał jakimkolwiek wodzom, prezesom, czy wschodzącym gwiazdom oraz podobnej żywiole. To se ne vrati!! Bo oni wszyscy świadomie [czasem mniej świadomie, może to pomroczność jasna, zgadzam się] działają na szkodę Polski, a dla swej własnej satysfakcji, pieniędzy i dla przeżycia orgazmu władzy. To ostatnie jest najważniejsze. Wont, dość.

3)      Panie, reprezentuję Partię Zbawienia Polski (lub są to reprezentanci innych partii o podobnych cechach: kilku-osobowe, skłócone z podobnymi grupami, bez pieniędzy, a program złożony ze sloganów miłych dla ucha patrioty). Oferuję panu pierwsze miejsce na liście, wpisanie JOW do naszego programu (też na pierwszym miejscu!). Odpowiadam: Każda partia, by się przebić w bagnie pseudo-proporcjonalności, potrzebuje ok. $ 60 mln. na starcie, a potem co roku po $ 40 mln. Czy Panowie tym dysponują? Tu Rozmówca albo się oburza (szczerze!), mówi: Pan jest pazerny, albo się śmieje. Jeśli zobaczył również swoją śmieszność, to śmiejemy się razem. Jeśli tylko moją – to sprawa gorzej rokuje... Po drugie: mój rozmówca (prezes zwykle) obiecuje, że wpisze JOW. A szczery i światły ruch miałby to wpisane od dawna, od początku. A tak jest to obietnica – kolejny serdelek przed-wyborczy, do nie-spełnienia.

 
Summa: Nigdy w życiu już więcej nie zagłosuję, nie poprę, nie doradzę, na kogo dać głos, póki nie wymusimy na łobuzach trzymających władzę wbrew woli narodu – poddania się, otrzeźwienia, pokory, poczucia służby. Wymusić JOW.

            I Was, mych czytelników, proszę o całkowity bojkot Partyjniactwa.

            O raju, przecież musimy głosować! - męczą się i płaczą ci bardziej patriotycznie wyrobieni rodacy. Na uwagi nasze, woJOWników, że należy żądać ordynacji JOW, a nie ciągle dawać władzę tym przyssanym do koryta, odpowiadają:


Zmieniony ( 18.09.2007. )
Czytaj całość…
 
Koniec wojny? Drukuj Email
Wpisał: Ks. Karol Stehlin FSSPX   
26.08.2007.

Ks. Karol Stehlin FSSPX, artykuł wstępny z sierpniowego n-ru Zawsze Wiernych.

Koniec wojny?

Drodzy Czytelnicy!

Jak pisze w swoim liście do wiernych przełożony generalny naszego Bractwa, motu proprio rozpoczynające się od słów Summorum Pontificum napełnia nas wielką radością i wdzięcznością. Cieszymy się dlatego, że Ojciec Święty zakończył tym aktem smutny czas wielce poniżających kłamstw i niesprawiedliwości. Przez 15 lat (1969–1984) Msza Wszechczasów była de facto zabroniona, a kapłani i wierni, którzy nie chcieli zrezygnować z tego największego skarbu naszej religii, bywali często dotkliwie prześladowani. Chcąc dalej korzystać z tego skarbu, trzeba było zejść do współczesnych katakumb. Msza Wszechczasów przetrwała praktycznie tylko w wynajmowanych salach, piwnicach i prowizorycznych kaplicach. Jedynymi seminariami na świecie, które kontynuowały kształcenie alumnów dla tej Mszy św. i w których ta Msza została zachowana, były seminaria „wyklętego” Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X. Jedynymi zgromadzeniami zakonnymi, które zachowały tę Mszę, były wspólnoty zakonne zachowujące tradycyjną obserwancję i dlatego pozbawione uznania ze strony oficjalnych władz. Tymczasem w kościołach nie zostawiono ani odrobiny miejsca dla tej Mszy. Nierzadko nie poprzestano na wstawieniu stołu, ale także usunięto ołtarze, często mające wielką wartość artystyczną. To było po prostu barbarzyństwo. Tabernakula przeniesiono na ściany lub do bocznych kaplic. Same świątynie stały się, niemal z zasady, miejscem strasznych i gorszących eksperymentów liturgicznych, które papież w towarzyszącym motu proprio liście tak wyraźnie potępił. Po 1984 r. sytuacja uległa poprawie jedynie symbolicznie.

Jeśli zatem w motu proprio stwierdzono, iż Msza Wszechczasów nigdy nie została zabroniona, a każdy kapłan miał i ma prawo ją odprawiać, to papież przez to uznał również dwa fakty:

Po pierwsze, że nasza argumentacja, którą w owych czasach zupełnie ignorowały albo z góry odrzucały wszystkie władze kościelne, była jednak słuszna. Argumenty zawarte w analizie o. Rajmunda Dulaca Zakres obowiązywania bulli Quo primum tempore św. Piusa V zostały milcząco potwierdzone. Zarówno bullę, jak i wspomnianą analizę można znaleźć m.in. w książce W obronie Prawdy Katolickiej.

Po drugie, że wszystkie, liczne oświadczenia konferencji episkopatów, poszczególnych biskupów, a nawet rzymskich kurialistów, odrzucające wierność Mszy Wszechczasów jako postawę naganną, były błędne, a wynikające z tych oświadczeń kary kościelne, autorytarne zakazy oraz oskarżenia o nieposłuszeństwo — niesprawiedliwe.

W 1984 r. papież Jan Paweł II wobec determinacji tradycyjnych środowisk katolickich ustanowił dokumentem Kongregacji Kultu Bożego Quattuor abhinc annos oficjalną możliwość odprawiania tradycyjnej Mszy św. na zasadzie indultu. Cztery lata później ukazał się list apostolski Ecclesia Dei, w którym — obok godnej najwyższego ubolewania deklaracji o rzekomej ekskomunice — potwierdzono indult z 1984 r. Jednak fakt, że zgodę na Mszę Wszechczasów traktowano jako wyjątek, był wielką niesprawiedliwością. Indult jest bowiem wyjątkowym zezwoleniem na coś, co normalnie jest zakazane. Prawodawca w normalnych warunkach nie wydałby go, ale czyni to, ponieważ uznaje, że sytuacja jest wyjątkowa i chce uniknąć większego zła. Jeśli na przykład jakiś zakonnik ma problemy z przełożonymi, to aby nie doszło do samowolnego porzucenia klasztoru, można mu dać indult przebywania przez jakiś czas poza murami klasztoru. Motu proprio kończy również z tą niesprawiedliwością, chociaż boli nas, że Msza Wszechczasów została uznana za „nadzwyczajny” wyraz modlitwy Kościoła, podczas gdy Msza Pawła VI za „zwyczajny”.

W tym kontekście warto zauważyć, że chociaż de iure prawdziwe jest twierdzenie papieża w liście towarzyszącym motu proprio, iż „ten Mszał nie został nigdy prawnie zniesiony, a w konsekwencji, co do zasady, był zawsze dozwolony”, to jednak praktyka była zupełnie inna. Przypomnijmy choćby wypowiedź samego papieża Pawła VI, który na konsystorzu 24 maja 1976 r. jednoznacznie stwierdził: „prosimy wszystkich naszych synów i wszystkie wspólnoty katolickie, by celebrować z zapałem i godnością obrządki odnowionej liturgii. Przyjęcie nowego ordo Missae nie zależy od wolnej decyzji kapłanów lub wiernych. Novus ordo został promulgowany, aby zastąpić to, co stare”.


Zmieniony ( 26.08.2007. )
Czytaj całość…
 
Z prądem, czyli cenzura w TV Puls Drukuj Email
Wpisał: ks. Isakowicz Zaleski   
25.08.2007.

ks. Isakowicz Zaleski 

Z Jego strony Isakowicz.pl : 

Z prądem, czyli cenzura w TV Puls   2007-08-25

 

...najbardziej zaskoczyła mnie informacja o zdjęciu z anteny TV Puls wywiadu z moją skromną osobą. Wywiad ten nakręcił pan Jerzy Zalewski (nie mój krewny, jedynie zbieżność nazwisk) w ramach cyklu "Pod prąd". W cyklu tym, cieszącym się dobrą opinią wśród telewidzów, poruszane są z zgodnie z nazwą - ciekawe, choć często trudne, współczesne tematy oraz ukazywane są sylwetki niepokornych. Na nagranie specjalnie pojechałem do Warszawy, poświęcając na to całą niedzielę. Wiedząc, że Puls jest telewizją katolicką, koszty podróży pokryłem z własnej kieszeni. Nie upominałem się też o żadne honorarium. Poczęstowany zostałem jedynie kawałkiem pizzy. Trzeba przyznać, że Jerzy Zalewski był dobrze przygotowany, a wywiad dotyczył  Ormian, osób niepełnosprawnych i XX-lecia Fundacji im. Brata Alberta. Wspomniana była też sprawa mojej książki. Zarząd telewizji nie dopuszczając do emisji zarzucił, że wywiad ten nie jest zgodny ... z wartościami chrześcijańskimi. Poszło o zaledwie kilka zdań, w których powiedziałem, że wśród biskupów są osoby przeciwne lustracji. Wypowiedź ta była zgodna z prawdą, o czym można się osobiście przekonać.

Ojcowie franciszkanie, którzy ponoć nadal mają realny wpływ na działanie owej telewizji, do tej pory nie byli łaskawi poinformować mnie osobiście o całej sprawy. Nie wiem więc, czy przy zastosowaniu cenzury zadziałała zasada "Bardziej papiescy niż sam papież", czy też naciski inwestującego w TV Puls magnata medialnego Ruperta Murdocha. Jedno jednak jest pewne, że zarząd anteny powinien zmienić nazwę programu z tytułu "Pod prąd" na tytuł "Z prądem". Tak byłoby bardziej uczciwiej wobec telewidzów. W ramach tego cyklu, aby nie podpaść  nikomu, a zwłaszcza Murdochowi, powinno zająć się takimi bezpiecznymi kwestiami jak np. co papież je na śniadanie? lub, jakich kwiatów płatki dzieci rzucają na procesji? A oprócz tego oczywiście na antenie dużo sacro-polo i seriali sprzed 30 lat.

 
 
Wybory jako placebo Drukuj Email
Wpisał: Konrad Turzyński   
24.08.2007.
Konrad Turzyński

Wybory jako placebo


Polska to dziwny kraj... Nawet w skróconej o połowę kadencji parlamentarnej potrafią zmieścić się dwa rządy. Tak było w latach 1989-91, ponownie w latach 1991-93. Gdy w 1993 roku po raz pierwszy nastała koalicja
PZPR + ZSL, kadencja trwała, ile miała trwać, ale mieliśmy w niej aż trzy rządy z trzema kolejnymi premierami. Dlaczego środkowy spośród nich przestał pełnić ten urząd, pamiętamy dość dobrze, bo to było dosyć niecodzienne wydarzenie... Ale dlaczego zaczął? To jest: dlaczego przestał pełnić tę funkcję jego bezpośredni poprzednik, skoro był taki "młody i dobrze zapowiadający się"? Pewnie istnieje więcej niż jedna odpowiedź na to pytanie i trudno wśród nich wyznaczyć tę najwłaściwszą, ale mniejsza o to.

Gdy jednak koalicja "
czerwono-zielona" trwała i trwała, rozlegały się głosy za skróceniem kadencji. Chociaż uczuciowo było mi szczególnie daleko do Czerwonych i do Zielonych, sam pomysł kolejnego skrócenia kadencji parlamentu wydawał mi się bardzo niefortunny. Owszem, trzeci z owych premierów wielu rodakom naraził się swoimi nieopatrznymi słowami na temat nieubezpieczania się rolników od skutków powodzi... Na ogół jednak rozlegały się głosy "odsunąć ... od władzy!". I ― odsunięto. Następna kadencja trwała znowu pełne 4 lata, koalicja, u jej początku zawiązana, została rozwiązana (z woli "większego" koalicjanta ― tak to w każdym razie wyglądało...), a mimo tego parlament i rząd dotrwały do przepisowego terminu. Owszem, także wtedy wołano, że trzeba "posprzątać po ...", a ten, kto najgłośniej wołał, kręcił na siebie samego bicz udzielając pouczeń, po czym poznaje się mężczyznę. Domaganie się skrócenia kadencji za czasów rządu prof. Buzka również uważałem za demagogiczny postulat (tym bardziej, że wysuwała go strona, która była nań głucha, gdy o 4 lata wcześniej była jego adresatką).

I znowu w 2001 r. nastali
Czerwoni z Zielonymi. Tym razem koalicja rozpadła się z woli koalicjanta większego, premierów było nawet dwóch, a mimo tego do pełnych 4 lat dotrwała, chociaż również do skrócenia tej kadencji nawoływali – znowu niesłusznie, wedle mnie ― co bardziej niecierpliwi... Wreszcie rozległy się "wszystkie srebrne dzwony" i zaczęła się kolejna kadencja. Koalicja w niej istniejąca nie zawsze nazywała się koalicją (czasem np. "paktem stabilizacyjnym"). Chociaż jesteśmy dopiero przed półmetkiem kadencji, przeżywała już rozmaite zaskakujące wstrząsy: a to trudną do wyjaśnienia zmianę na stanowisku premiera (trudną, bowiem w ciągu kilkunastu lat demokracji w Polsce nie było zwyczaju, że lider najsilniejszego ugrupowania w parlamencie zostaje premierem ― gdy tak bywało, stanowiło to dwa wyjątki, w 2001 i w 2006 r., a nie regułę, o której świadczyło dziesięciu innych dotychczasowych premierów), a to wyrzucenie ew. przyjęcie na powrót najbardziej niesfornego koalicjanta...

Najnowszy wstrząs wziął się z tego, że "w kręgu podejrzeń" znalazł się pewien polityk, który miał pomóc w tzw. "odrolnieniu" jakiegoś kawałka polskiej ziemi. Gdyby nasz kraj był normalnym tj. kapitalistycznym krajem, to taki problem nie miałby szansy zaistnieć! Po prostu nie istniałoby ani "odrolnienie", ani "dorolnienie", ani nic podobnego. Jeśli jakiś grunt jest prywatny, to właściciel i tylko on decyduje, co tam zrobi: czy będzie na nim pasł kozy, hodował sałatę lub kukurydzę, czy może urządzi pole golfowe, kopalnię torfu, hotel albo szkołę. I tylko, gdyby szkodził, zagrażał albo uprzykrzał życie innym, np. dozwalał emitować: hałas, trucizny, nieznośne odory, szkodliwe promieniowania, to urzędnicy i sędziowie mogliby wtrącać się w to, co on (ten właściciel) na swoim gruncie robi ― zgodnie z zasadą, że "wolność mojej pięści kończy się tam, gdzie zaczyna się nos mojego bliźniego". Jednak jeśli kompetencja władzy publicznej sięga dalej, to znaczy to, że "właściciel" nie jest właścicielem, że faktycznym właścicielem jest suweren (cesarz, książę, chan, serenissima repubblica,
narodnaja riespublika itp. konstrukcja prawna), a ten niby-właściciel jest tylko dzierżawcą albo użytkownikiem, obowiązanym jeszcze za to płacić trybut suwerenowi. Jak w feudaliźmie. Albo jak w socjaliźmie, który ― jak wiadomo ― "przezwycięża problemy nie znane poza nim".

Czytaj całość…
 
«« start « poprz. 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 nast. » koniec »»

Pozycje :: 401 - 450 z 534
Top! Top!

Nasza strona korzysta z plikow cookies w celu gromadzenia anonimowych statystyk, jesli nie blokujesz tych plikow, to zgadzasz sie na ich uzycie oraz zapisanie w pamieci urzadzenia. Mozesz samodzielnie zarzadzac plikami cookies w ustawieniach przegladarki.