Strona Mirosława Dakowskiego
Odwiedza nas 38 gości
S T A R T
Friday 04 December 2020 00:53:59.31.
migawki
 

12.12.2020 Dzień wielkiej modlitw różańcowej za Polskę – procesje różańcowe w naszych parafiach.

Wezwanie do postu i modlitwy w czasie Adwentu 2020 roku

Ci niby-rządzący - prezes, premier [nie liczmy dokooptowanych urzędników, jak Niedzielski itp.] w panice miotają się, zachowują się jak przerażeni idioci czy wariaci podczas pożaru na strychu, gdy schody już się spaliły. Piszą o tym nawet ich sojusznicy. Kto wie, co - czy kto - ich tak przeraża? [proszę o krótkie sugestie, ale bez sloganów].

=================

Połajanki w łże-prawicy: - W negocjacjach nie można być, za przeproszeniem, "miękiszonem", trzeba być twardym, trzeba potrafić dbać o interesy własnego kraju, Polski - mówił Ziobro w kontekście prowadzonych przez premiera Morawieckiego negocjacji wokół budżetu UE i mechanizmu praworządności.

 
N O W O Ś C I
W Y S Z U K I W A R K A
 
POLECANE
Protest euro-posłów w sprawie super-państwa Drukuj Email
Wpisał: Urszula KRUPA i Witold TOMCZAK   
17.10.2007.

Urszula KRUPA  i Witold TOMCZAK

      Bruksela, Lizbona, 17-19 października 2007

Pan Lech Kaczyński

Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej

Pan Jarosław Kaczyński

Prezes Rady Ministrów Rzeczypospolitej Polskiej

            Panie Prezydencie!

            Panie Premierze!

            Wobec szczytu lizbońskiego i nacisków na Polskę o przyjęcie rozwiązań projektowanego Traktatu Reformującego, pragniemy po raz kolejny wyrazić przekonanie o szkodliwości samego projektu przekształcenia organizacji międzynarodowej, którą jest Wspólnota i Unia Europejska, w kontynentalne super-państwo, któremu Polska miałaby być poddana.

            Ten projekt, przekreślający wielopokoleniowe wysiłki Polaków dążących do odzyskania i zachowania niepodległości Polski i suwerenności Państwa Polskiego, jest niedopuszczalny także w świetle Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej. W perspektywie zaś europejskiej prowadzi do trwałego naruszenia praw wielu narodów, które to prawa nie są niczym innym, niż prawami człowieka podniesionymi na poziom życia wspólnotowego.

            Doceniając wysiłki zmierzające do zachowania znaczącej pozycji Polski w podejmowaniu decyzji wspólnotowych, pragniemy zwrócić uwagę, że nawet zachowanie nicejskiej proporcji głosów nie byłoby dostateczną rekompensatą za poddanie Polski władzy europejskiego super-państwa. Tym bardziej, że żądanie ustąpienia przez Polskę z gwarancji nicejskich – i to w krótkim czasie po tym, jak łudzono Polaków tymi gwarancjami dla zdobycia ich poparcia dla akcesji do Unii - nie jest niczym innym, niż przejawem złej wiary europejskich partnerów Polski.

Narody Europy powinny usłyszeć od przedstawicieli Polski, że zasadniczym celem wspólnotowym powinno być zachowanie praw narodów w warunkach integracji, a nie budowanie nowego Lewiatana, grożącego eksplozją nowego totalitaryzmu.

Przestrzegamy też przed przyjmowaniem złych dla Polski rozwiązań pod warunkiem ich czasowego zawieszenia. To prawda, że w historii Unii Europejskiej dziesięć lat to bardzo wiele. Kto jednak, jeżeli nie politycy odpowiedzialni za Polskę, powinien pamiętać, że z perspektywy dziejów naszej Ojczyzny, dziesięć lat, to bardzo niewiele. Przecież i w krótszych okresach naszych dziejów wyrządzano Polsce szkody na miarę kataklizmów.

            Panie Prezydencie!

            Panie Premierze!        

Wyrażamy nadzieję, iż patriotyzm  polskich przywódców nie pozwoli uwikłać naszej Ojczyzny w decyzje, za które boleśnie będą płacić kolejne polskie pokolenia.

Jako polscy Eurodeputowani uczestniczący w  spotkaniach politycznych podczas szczytu w Lizbonie  będziemy obserwować działania Polskiego Rządu  i wspierać  decyzje  dobre dla Polski i Narodów Europy. 

Zmieniony ( 17.10.2007. )
 
Świetlik i okolice Drukuj Email
Wpisał: ciotunia   
16.10.2007.

„Świetlik” i okolice

      Z okazji startu Macieja Płażyńskiego w wyborach, tym razem pod barwami PiSu, w gazetach pojawiły się ponownie hagiograficzne teksty na temat spółdzielni pracy „Świetlik” –zauważyła nie bez ironii ciocia Irenka. Swego czasu jako socjolog obserwowałam te początki niezupełnie bezstronnie, bo trudno było mi się oprzeć urokowi młodych chłopaków spuszczających się ( jak sami mówili) na linie z najwyższych budynków, a w wolnych chwilach oddających się z wdziękiem rekreacji.

            Niektórzy z nich poprzestawali na procentach, niektórzy upodobali sobie trawkę czyli grass, a niektórzy podobno nawet twardsze stymulatory dobrego nastroju. W każdym razie nieźle przygrzewali, więc poznać ich poglądy i różne drobne tajemnice mogli praktycznie wszyscy, nie tylko doświadczeni funkcjonariusze. Wystarczyło bywać na różnych mniej czy bardziej otwartych imprezach. Oczywiście najważniejsze sprawy omawiano w kuchni lub w łazience, ale przy pewnym poziomie procentów trudno przestrzegać konspiracyjnych zasad, a knucie przechodzi gładko w panel polityczny czy nawet rodzaj Hyde parku Zebranie prawie całej trójmiejskiej opozycji( jak owce w zagrodzie) w jednej firmie miało dla esbecji bezsporne zalety i takie były zapewne przyczyny praktycznego monopolu tej firmy na rynku i innych przywilejów, których młodzi ludzie w swym zaślepieniu i samouwielbieniu bynajmniej nie dostrzegali. Uważali, że są tak wspaniali i nie do zastąpienia, że nawet komunistyczne władze zmuszone są pogodzić się z ich ogromnymi zarobkami i jawnym lekceważeniem przez nich instytucji państwowych. Na własne oczy widziałam pracownicę Urzędu Skarbowego z dobrotliwym przyzwoleniem akceptującą księgowość firmy, prowadzoną jako zbiór luźnych kartek wypełniających ogromne pudło po telewizorze. Swoją drogą, po tak przeprowadzonej kontroli, młoda kobietka dzielnie balowała z alpinistami (przemysłowymi) w sopockich nocnych klubach, więc być może wzięli ją na urok osobisty.

            Przeświadczenie, że niezwykle wysokie zarobki dzielni alpiniści zawdzięczają swoim wyjątkowym kwalifikacjom (przede wszystkim intelektualnym) owocowało głęboką pogardą, czy raczej pełną politowania wyższością, z jaką odnosili się oni do lekarzy, nauczycieli czy urzędników, których miesięczne pobory zarabiali w jeden dzień. Głębokie przeświadczenie, że taki stan będzie trwał wiecznie sprawiło, że mniej roztropni nie oszczędzali i nie utworzyli własnych firm. Po roku 89 znaleźli się oni w pułapce, gdyż zarobki w branży usług wysokościowych spłaszczyły się choćby w związku z dopuszczeniem do rynku licznej i bardziej fachowej konkurencji. Ci, którzy nie załapali się do elit władzy musieli zarabiać teraz na chleb jako fizole, a niektórzy zeszli wręcz na poziom meneli. Już w czasach „Świetlika” a później „Gdańska” wyłoniła się w spółdzielni (za sprawą Macieja Płażyńskiego) kasta wyższa - ludzie opłacani z zarobionych przez spółdzielnię pieniędzy, ale na tyle nie lubiący wysiłku fizycznego, że wymyślali sobie jakieś inne niezwykle ważne zajęcie, na przykład promocję firmy. Numerem 1 wśród nich był Walendziak, który nigdy nie pracował na linie, Mariusz Wilk, który pracował bardzo krótko i Donald Tusk, który pracował dość długo choć nie bardzo chętnie, natomiast bardzo chętnie odkrył w sobie powołanie do spraw wyższych. Biblią Donalda i jego otoczenia były książki Ortegi y Gasseta. Jak prawdziwi neofici, w tych nieco przestarzałych i banalnych dla uniwersyteckiego socjologa pozycjach, znajdowali potwierdzenie dla swych poglądów wielokrotnie formułowanych podczas „nocnych rodaków rozmów. Zgodnie z tymi poglądami obywatele kraju czyli masy to głupi bezmyślny tłum, którym trzeba dla jego własnego dobra umiejętnie sterować. W swych rozważaniach a raczej rojeniach środowisko „Świetlika” tworzyło klan, rodzaj rycerstwa. Kryterium przynależności do najwyższej, rycerskiej kasty był brak lęku wysokości umożliwiający pracę na linie. Kastę niższą, rodzaj giermków, tworzyli tak zwani „dołowi”- osoby, którym brak obycia z ekspozycją, wiek albo tusza uniemożliwiały pracę na wysokości. Dołowi byli nieźle opłacani, ale mieli oczywiście gorszą pozycję towarzyską i społeczną - myślimy tutaj o społeczności „Świetlika”.

             Zabawne było, że we wzajemnych relacjach ci czciciele skrajnie liberalnych wręcz libertariańskich poglądów, negujący (w przeświadczeniu, że zawsze będą finansową elitą) sens rent i emerytur, przypominali raczej parodię gminy chrześcijańskiej. Dotowali mniej zaradnych, mniej pracowitych czy obciążonych rodziną, a także tych, którzy mając piach w rękawach udawali elitę intelektualną. Przywileje socjalne dla swoich i bezwzględne prawa rynku dla obcych - takie poglądy i praktyka charakteryzują socjologicznie rzecz biorąc grupy interesu, mafie i bardzo często polityczne partie. Doły ( nie „dołowi”) „Świetlika” bez przekonania protestowały przeciwko hojności zarządu w finansowaniu Wilka, Walendziaka czy potem Tuska ze swych ciężko zarobionych pieniędzy. Ostatecznie forsy było dużo i na wszystko starczyło.

            Teraz dawny zarząd „Świetlika” to polityczna elita kraju natomiast dawne doły nadal pracują na linie, lecz teraz za realne, wyznaczone przez konkurencyjny rynek a nie monopolistyczne, stawki. Upadł mit o niezwykłej zaradności i niezbędności. Upadły rojenia o wiecznej przynależności do finansowej elity. Spolaryzowały się poglądy polityczne. Kiedy niedawno podczas klubowej imprezy jeden z fizoli umknął ręki obecnemu wodzusiowi mówiąc „odejdź bo zrzygam”, w obronie rzucił się wściekle z pięściami Zbyszek, niegdyś uroczy luzak (ach jak ci chłopcy zbrzydli i spowszednieli). Kiedy w środowisku rozeszła się plotka, że jakiś fizol opisuje w pamiętniku imprezy narkotykowe, w których uczestniczył wodzuś, odwiedziło fizola dwóch smutnych panów w garniturach radząc żeby dla dobra rodziny zweryfikował pamięć i dysk komputera. Czy młodzieńcze doświadczenia z trawką mają jakieś znaczenie? Być może nie, a zresztą taka przeszłość jest w obecnym świecie polityki prawie normą. Jedni lewicowali inni grzali a potem wyrośli na statecznych obywateli. Gorzej, że nieznany mocodawca panów w garniturach usiłuje wymusić na kolegach ... rodzaj kultu jednostki. Być może dlatego, że jak twierdzą niektórzy, problemy przywódcy są nadal aktualne, a niedawno w TV był po prostu na haju.

            Najgorsze jest jednak to, że w pełnym hipokryzji, zdominowanym przez głupawe media świecie, różne niesmaczne choć bez znaczenia incydenty, jak awantura w knajpie czy kłótnia jakiegoś  posła z prostytutką, urastają do rangi światowego problemu, natomiast niezauważone i bez komentarza pozostaje działanie na szkodę kraju czyli zdrada stanu.

[Dopisane 13 maja 2008: Dziś "odpalono", świadomie i z wyrachowaniem,  sprawę orgietek narkotykowych w grupie "Świetlika". Może dlatego, że takie zdjęcia chodzą już po kraju, miały być opublikowane... Zupełnie na luzie odpowiedział na takie pytania p. premier D. Tusk (że młodość, że ciężkie warunki, że musi się wyszumieć).. Pani Środa, a jakże, rozgrzeszyła. Przewiduje ona, że zwiększy to poparcie dla takiej władzy.. Pisze ona: Nie sądzę zatem, by informacja o tym, że premier Tusk miewał w czasach młodości przygody z alkoholem lub z trawką, miała stać się rysą na jego wizerunku. Fajno... Adm.]

Zmieniony ( 13.05.2008. )
 
JUŻ po wyborach!! Drukuj Email
Wpisał: Mirosław Dakowski   
18.09.2007.

Mirosław Dakowski                Wygłoszone w radio Polonia 2000 w Chicago 18 września

JUŻ po wyborach!!

            Jak to? A tak to:

Obecnie cała kampania wyborcza polega

            - z jednej strony na obrzucaniu konkurentów błotem, wyrazami, i plotami/oszczerstwami

            - z drugiej – i dla nich ważniejszej – na przepychaniu się na pierwsze, mandatowe miejsca na listach.

            To są żniwa (pracowite, przyznaję) dla prezesów i liderów: Ileż zgarną zobowiązań, wdzięczności od szeregowców spośród kandydatów.

            Poczucie smaku powstrzymuje mnie przed wymienieniem różnych postaci tych zobowiązań. Zresztą znają je Państwo częściowo z łamów prasy, głównie brukowej. A ci wszyscy prezesi i samozwańczy mężowie stanu wiedzą przecież, jak można by tego uniknąć. Ale unikają - ujawnienia tej prostej wiedzy, chyba dosłownie, jak diabeł święconej wody. Bo wybór OSÓB przez wyborcę odebrałby im, liderom, tę czarowną możność panowania nad szeregowymi posłami (zwanymi później dietetycznymi), służącymi do naciskania guzików wg. ściąg przygotowanych przez GÓR? klubu.

            Dla otępionych przez telewizor mas pozostaje śledzenie cieni różnych intryg i kłótni. A to, z jakiej listy niejaki Mężydło obroni swe pierwsze miejsce na liście z Torunia. Może przejdzie do konkurencji (za co? za ile?). Czy mężem stanu będzie Rokita – samczyk czy jego żona? Nelly? Czy ta ostatnia wzmocni drużynę feministek zgromadzoną wokół pani prezydentowej – czy ją osłabi?  (z panią Olejnik, a może Olejniczak, pomyliło mi się). Czy ks. Roman Indrzejczyk z tejże drużyny (to taki ks. Cybula obecnej pary prezydenckiej) znów, jak przed rokiem (p. Więź, nr 7-8 z 2006) będzie bronił agentów, a w szczególności całokształtu osiągnięć TW Jankowskiego, czyli ks. prof. Michała Czajkowskiego lub podobnych stworzeń (creatura to przecież stworzenie...) ? To działania niesłychanie gorszące nie tylko dla uczciwego katolika, ale i dla średniego wyborcy-Polaka.

            A co zrobił w polityce pożytecznego pan Gowin? Co nas obchodzą jakieś kłótnie wewnątrz-partyjne w Krakowie? Czy pan Borusewicz kiwnie się wte czy wefte? A pan Płażyński będzie wańką- wstańką? I na którym boku się ocknie? To wszystko podaje się nam na poziomie rozważań przed paru laty, ilu kochanków miała t.zw. lady Diana i czy naraz, czy po kolei.    Tyle emocji wyborczych dają nam, owieczkom nasi poganiacze!

            Walki o najlepsze miejsca przy stole (czyt. korycie) politycznym zastąpiły walkę na argumenty, na programy. Zauważmy, że grupy partyjniackie już zupełnie otwarcie zarzuciły dyskusję i argumenty programowe. Jeszcze AWS spisał… zbiór życzeń politycznych i gospodarczych i nazwał to programem. Mnie nie zdziwiło już jednak przed ok. 10-ciu laty, że t.zw. Maniuś (Krzaklewski) w rok po końcu rządów AWS-u nie wiedział, nie pamiętał, co było umieszczone w programie AWS-u.

            Teraz fasada realnej władzy pokruszyła się na tyle, że spece od PR-u (pijaru!) partyj nie wymuszają na swoich pracodawcach nawet pozoru dyskusji programowej. Uważają, że jesteśmy już na tyle skołowani, że damy się zaciągnąć do którejś owczarni – by dać głos.

Beeee!!

            Natykamy się na głuchotę rządzących. Głuchotę, która jest uzyskiwana przez naszych milusińskich z pierwszych stron gazet nader prostym sposobem: zatykaniem uszu pięściami, a gdy trzeba – również zamykaniem oczu.

            Główny wniosek, jaki grupy partyjnych (ale leninowskiego, wodzowskiego typu) wyciągnęły w swoim czasie z ośmieszenia i degrengolady PZPR-u jest taki, że ci obecni prezesi uciekają od słowa PARTIA. Zauważmy, że mamy w Polsce:

Akcje, Ligi, Porozumienia, Platformę, Unie, LiD-y , PiS-y, Zrzeszenia, Prawicę (Rzeczypospolitej), Stronnictwa, ale nie mamy PARTII!!

W kraju, gdzie władzę dzierżą, przy jawnym gwałceniu zasad demokracji (nawet tych dętych) właśnie partie...

            Cała ta sytuacja przypomina mi piękny transparent w Dubnej (to takie miasteczko fizyków w Rosji, pozostałość po szaraszce Berii) w latach 70-tych: Stalinskaja konstitucja w million raz boleje diemokraticzna samoj diemokraticzoj burżuaznoj konstitucji!

Zmieniony ( 07.10.2007. )
 
Mimo wszystko BOJKOT Drukuj Email
Wpisał: Mirosław Dakowski   
03.09.2007.

wygłoszony w Radio Polonia2000 Chicago, 3 września '07

Mirosław Dakowski 

Mimo wszystko BOJKOT

            Rozpoczęły się już dla mnie (i innych osób uznawanych za niezależne) ciężkie czasy: rozpaczliwe telefony trzech typów:

1)      Panie profesorze, Na kogo głosować (często z łagodną sugestią.. bo np. ten Z. jest taki przystojny i stanowczy..). Odpowiadam: Każdy, kto zagłosuje na Z (albo na Y, czy X) będzie oszukany (dla bardziej upartych i sfrustrowanych: wydymany!) w każdej wersji ordynacji pseudo-proporcjonalnej, partyjniackiej. Nie głosować na nikogo! Ależ:  Na jaką partię?  Na żadną!! Tak mało od nas, wyborców, zależy, i to jedynie przed pójściem do urny, że tylko BOJKOT MOŻE ICH OTRZEźWIĆ.

2)      Panie, niech pan propaguje Samoobronę (uparcie i stanowczo namawia mnie do tego od pewnego czasu miła pani słuchaczka z Chicago), lub LPR, lub „Kaczorów”. Na szczęście NIKT nie usiłuje mnie skłaniać do propagowania żydo-komuny ani Partii Agentów, to już nieźle świadczy o mych rozmówcach).  Odpowiadam: Już nigdy w życiu nie będę pomagał jakimkolwiek wodzom, prezesom, czy wschodzącym gwiazdom oraz podobnej żywiole. To se ne vrati!! Bo oni wszyscy świadomie [czasem mniej świadomie, może to pomroczność jasna, zgadzam się] działają na szkodę Polski, a dla swej własnej satysfakcji, pieniędzy i dla przeżycia orgazmu władzy. To ostatnie jest najważniejsze. Wont, dość.

3)      Panie, reprezentuję Partię Zbawienia Polski (lub są to reprezentanci innych partii o podobnych cechach: kilku-osobowe, skłócone z podobnymi grupami, bez pieniędzy, a program złożony ze sloganów miłych dla ucha patrioty). Oferuję panu pierwsze miejsce na liście, wpisanie JOW do naszego programu (też na pierwszym miejscu!). Odpowiadam: Każda partia, by się przebić w bagnie pseudo-proporcjonalności, potrzebuje ok. $ 60 mln. na starcie, a potem co roku po $ 40 mln. Czy Panowie tym dysponują? Tu Rozmówca albo się oburza (szczerze!), mówi: Pan jest pazerny, albo się śmieje. Jeśli zobaczył również swoją śmieszność, to śmiejemy się razem. Jeśli tylko moją – to sprawa gorzej rokuje... Po drugie: mój rozmówca (prezes zwykle) obiecuje, że wpisze JOW. A szczery i światły ruch miałby to wpisane od dawna, od początku. A tak jest to obietnica – kolejny serdelek przed-wyborczy, do nie-spełnienia.

 
Summa: Nigdy w życiu już więcej nie zagłosuję, nie poprę, nie doradzę, na kogo dać głos, póki nie wymusimy na łobuzach trzymających władzę wbrew woli narodu – poddania się, otrzeźwienia, pokory, poczucia służby. Wymusić JOW.

            I Was, mych czytelników, proszę o całkowity bojkot Partyjniactwa.

            O raju, przecież musimy głosować! - męczą się i płaczą ci bardziej patriotycznie wyrobieni rodacy. Na uwagi nasze, woJOWników, że należy żądać ordynacji JOW, a nie ciągle dawać władzę tym przyssanym do koryta, odpowiadają:


Zmieniony ( 18.09.2007. )
Czytaj całość…
 
Koniec wojny? Drukuj Email
Wpisał: Ks. Karol Stehlin FSSPX   
26.08.2007.

Ks. Karol Stehlin FSSPX, artykuł wstępny z sierpniowego n-ru Zawsze Wiernych.

Koniec wojny?

Drodzy Czytelnicy!

Jak pisze w swoim liście do wiernych przełożony generalny naszego Bractwa, motu proprio rozpoczynające się od słów Summorum Pontificum napełnia nas wielką radością i wdzięcznością. Cieszymy się dlatego, że Ojciec Święty zakończył tym aktem smutny czas wielce poniżających kłamstw i niesprawiedliwości. Przez 15 lat (1969–1984) Msza Wszechczasów była de facto zabroniona, a kapłani i wierni, którzy nie chcieli zrezygnować z tego największego skarbu naszej religii, bywali często dotkliwie prześladowani. Chcąc dalej korzystać z tego skarbu, trzeba było zejść do współczesnych katakumb. Msza Wszechczasów przetrwała praktycznie tylko w wynajmowanych salach, piwnicach i prowizorycznych kaplicach. Jedynymi seminariami na świecie, które kontynuowały kształcenie alumnów dla tej Mszy św. i w których ta Msza została zachowana, były seminaria „wyklętego” Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X. Jedynymi zgromadzeniami zakonnymi, które zachowały tę Mszę, były wspólnoty zakonne zachowujące tradycyjną obserwancję i dlatego pozbawione uznania ze strony oficjalnych władz. Tymczasem w kościołach nie zostawiono ani odrobiny miejsca dla tej Mszy. Nierzadko nie poprzestano na wstawieniu stołu, ale także usunięto ołtarze, często mające wielką wartość artystyczną. To było po prostu barbarzyństwo. Tabernakula przeniesiono na ściany lub do bocznych kaplic. Same świątynie stały się, niemal z zasady, miejscem strasznych i gorszących eksperymentów liturgicznych, które papież w towarzyszącym motu proprio liście tak wyraźnie potępił. Po 1984 r. sytuacja uległa poprawie jedynie symbolicznie.

Jeśli zatem w motu proprio stwierdzono, iż Msza Wszechczasów nigdy nie została zabroniona, a każdy kapłan miał i ma prawo ją odprawiać, to papież przez to uznał również dwa fakty:

Po pierwsze, że nasza argumentacja, którą w owych czasach zupełnie ignorowały albo z góry odrzucały wszystkie władze kościelne, była jednak słuszna. Argumenty zawarte w analizie o. Rajmunda Dulaca Zakres obowiązywania bulli Quo primum tempore św. Piusa V zostały milcząco potwierdzone. Zarówno bullę, jak i wspomnianą analizę można znaleźć m.in. w książce W obronie Prawdy Katolickiej.

Po drugie, że wszystkie, liczne oświadczenia konferencji episkopatów, poszczególnych biskupów, a nawet rzymskich kurialistów, odrzucające wierność Mszy Wszechczasów jako postawę naganną, były błędne, a wynikające z tych oświadczeń kary kościelne, autorytarne zakazy oraz oskarżenia o nieposłuszeństwo — niesprawiedliwe.

W 1984 r. papież Jan Paweł II wobec determinacji tradycyjnych środowisk katolickich ustanowił dokumentem Kongregacji Kultu Bożego Quattuor abhinc annos oficjalną możliwość odprawiania tradycyjnej Mszy św. na zasadzie indultu. Cztery lata później ukazał się list apostolski Ecclesia Dei, w którym — obok godnej najwyższego ubolewania deklaracji o rzekomej ekskomunice — potwierdzono indult z 1984 r. Jednak fakt, że zgodę na Mszę Wszechczasów traktowano jako wyjątek, był wielką niesprawiedliwością. Indult jest bowiem wyjątkowym zezwoleniem na coś, co normalnie jest zakazane. Prawodawca w normalnych warunkach nie wydałby go, ale czyni to, ponieważ uznaje, że sytuacja jest wyjątkowa i chce uniknąć większego zła. Jeśli na przykład jakiś zakonnik ma problemy z przełożonymi, to aby nie doszło do samowolnego porzucenia klasztoru, można mu dać indult przebywania przez jakiś czas poza murami klasztoru. Motu proprio kończy również z tą niesprawiedliwością, chociaż boli nas, że Msza Wszechczasów została uznana za „nadzwyczajny” wyraz modlitwy Kościoła, podczas gdy Msza Pawła VI za „zwyczajny”.

W tym kontekście warto zauważyć, że chociaż de iure prawdziwe jest twierdzenie papieża w liście towarzyszącym motu proprio, iż „ten Mszał nie został nigdy prawnie zniesiony, a w konsekwencji, co do zasady, był zawsze dozwolony”, to jednak praktyka była zupełnie inna. Przypomnijmy choćby wypowiedź samego papieża Pawła VI, który na konsystorzu 24 maja 1976 r. jednoznacznie stwierdził: „prosimy wszystkich naszych synów i wszystkie wspólnoty katolickie, by celebrować z zapałem i godnością obrządki odnowionej liturgii. Przyjęcie nowego ordo Missae nie zależy od wolnej decyzji kapłanów lub wiernych. Novus ordo został promulgowany, aby zastąpić to, co stare”.


Zmieniony ( 26.08.2007. )
Czytaj całość…
 
«« start « poprz. 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 nast. » koniec »»

Pozycje :: 401 - 450 z 536
Top! Top!

Nasza strona korzysta z plikow cookies w celu gromadzenia anonimowych statystyk, jesli nie blokujesz tych plikow, to zgadzasz sie na ich uzycie oraz zapisanie w pamieci urzadzenia. Mozesz samodzielnie zarzadzac plikami cookies w ustawieniach przegladarki.