Zasada przyczynowości
Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!” • 1 stycznia 2026 michalkiewicz
Co się kryje za zasłoną przyszłości? Od niepamiętnych czasów ludzie chcieli tam zajrzeć – ale to nie jest prosta sprawa. Albo snuli domysły na podstawie bredzenia damy odurzonej wyziewami z głębi ziemskich czeluści, albo próbowali wyśledzić przyszłość z lotu ptaków, ewentualnie z wnętrzności zwierząt zarżniętych ku czci jakiegoś bóstwa – ale nie każdy mógł się tego podjąć, bo to była straszliwa wiedza. Wprawdzie nie tak straszliwa, jak współczesne nauki moczopłciowe, którymi obłąkani docenci duraczą młodzież w parkach jurajskich zwanych pretensjonalnie „uniwersytetami”, ale też budziła szacunek. Toteż odgadywaniem przyszłości zajmowali się augurowie. Wreszcie ktoś wpadł na pomysł, że wszystko jest zapisane w górze, czyli w gwiazdach – i tak powstała astrologia, która również i dzisiaj nie narzeka na brak entuzjastów, zwłaszcza wśród tak zwanych „racjonalistów” – tych samych, co to propagują „Wielką Lechię”. Tu augurów nie potrzeba, bo do wróżenia z gwiazd, czy kart wystarczy tupet. Przekonałem się o tym we wczesnej młodości, gdy pewna Cyganka zaproponowała, że powróży mi z kart. – Z kart, to każdy głupi potrafi – powiedziałem odbierając jej karty. – Niech mi Cyganka powróży bez kart. I powróżyła: „będziesz żył aż do śmierci, aż ci się zawierci” – powiedziała. Każdy przyzna, że to już jest coś. A tu jeszcze, za czasów sowieckich, wśród racjonalistów pojawiła się nowa szkoła odkrywania przyszłości, zalecająca bardzo prostą metodę: wystarczy trochę poczekać.
Ciekawość przyszłości wzrasta zwłaszcza na przełomie lat, czyli w okresie, gdy nasz nieszczęśliwy kraj trwa pogrążony w świątecznej nirwanie. Uprzejmość nakazuje, by wszystkim życzyć wszystkiego najlepszego. Tak bywało do tej pory nawet w Sejmie, gdzie urządzane były „opłatki”, podczas których nad uczestnikami unosiły się gęste opary obłudy. Ciekaw jestem, czy teraz też ta tradycja będzie kontynuowana, czy też ze względu na „rozliczenia”, będące jedynym instrumentem uwodzenia swoich wyznawców przez vaginet obywatela Tuska Donalda, zostanie zerwana, niczym zapalanie Chanuki w Pałacu Namiestnikowskim. Tymczasem Nowy Rok to tylko takie administracyjne makagigi, mające odzwierciedlać zjawiska kosmiczne w postaci obiegu Ziemi dookoła Słońca – i takie tam. Okazuje się, że nie ma niczego, z czego biurokratyczne gangi nie potrafiłyby wycisnąć szmalcu – „tak, jak za okupacji z Żyda”.
Coś jednak musi być na rzeczy, a przynajmniej musiało być, skoro węgierski premier, Paweł hrabia Teleky w liście do Adolfa Hitlera z 24 lipca 1939 roku wspomina o „narodach przewidujących”. („Sytuacja w Europie wciąż jest poważna. Narody przewidujące zaczynają gromadzić zasoby materialne i moralne, aby być gotowym na wszelki wypadek”). Ten hrabia Teleky był człowiekiem poważnym – nie tak, jak nasi ówcześni Umiłowani Przywódcy, którzy w maju 1939 roku deklamowali w Sejmie o „honorze” – a już we wrześniu, jak tylko spadły pierwsze niemieckie bomby, czmychnęli za granicę „szlakiem Marszałka”. Kiedy hrabiemu Teleky zawaliła się jego polityka, to zamiast przedstawiać niezależnym mediom „zakłamane swoje racje” – jak to czynią współcześni statyści – zwyczajnie się zastrzelił. Dzisiaj takich polityków chyba już nie ma; dobrze, jak który nie kradnie – w odróżnieniu od kolaborantów ukraińskiego prezydenta Zełeńskiego, który z miedzianym czołem jeździ po Europie, próbując naciągnąć tamtejszych „chętnych” na kolejne przekazy dla tamtejszych parchów-oligarchów pod pretekstem wojny. Tymczasem „koalicja chętnych” nie bardzo może zmłotować belgijskiego premiera, którego upatrzyła sobie na frajera – tym bardziej, że właśnie powstała „koalicja niechętnych”, którzy o żadnym przekazywaniu ukraińskim parchom-oligarchom zamrożonych ruskich aktywów nie chcą słyszeć.
Mniejsza jednak z tymi przepychankami, bo ciekawsze jest pytanie, czy skoro premier Teleky pisał do Hitlera o „narodach przewidujących”, to czy możliwe jest przewidywanie przyszłości? Na to pytanie musimy odpowiedzieć twierdząco. Świat funkcjonuje bowiem według zasady przyczynowości, która głosi, że z określonych przyczyn muszą wystąpić określone skutki. Ta zasada przyczynowości jest bardzo dobra, a żeby się o tym przekonać, spróbujmy sobie wyobrazić, że jej nie ma. Świat jawiłby się nam wtedy jako chaotyczne kłębowisko, o którym niczego nie moglibyśmy powiedzieć, więc ani nie moglibyśmy opisać świata, ani – tym bardziej – odkryć żadnych praw nim rządzących. Tymczasem dzięki zasadzie przyczynowości możemy i jedno i drugie, to znaczy możemy korzystać z rozumu, który w przeciwnym razie w ogóle nie byłby nam potrzebny, więc pewnie byśmy go nie mieli, jak niektórzy Wielce Czcigodni posłowie w Sejmie.
Czy Polacy są „narodem przewidującym”? To nie jest takie pewne, bo na przykład brytyjski premier Winston Churchill charakteryzował nasz naród jako „lekkomyślny”. Wiedział, co mówi, bo przecież najlepszym dowodem naszej lekkomyślności było to, że zaufaliśmy właśnie jemu. Najciekawsze jest jednak to, że to doświadczenie niczego nas nie nauczyło i nadal pokładamy zaufanie jak nie w jednym cudzoziemskim dygnitarzu, to w drugim. Nic więc dziwnego, ze w tej sytuacji nasz nieszczęśliwy kraj został członkiem „klubu trzeciego miejsca” – czego znakomitą ilustracją był wyjazd obywatela Tuska Donalda do Helsinek, gdzie namawiał się z przedstawicielami mocarstw bałtyckich i Finlandii – jakby tu nastraszyć zimnego ruskiego czekistę Putina.
Najgorsze są nieproszone rady, ale skoro sytuacja w Europie znowu staje się „poważna”, to radziłbym, żeby w charakterze środka odstraszającego ukazać Putinowi panią Kaję Kallas w całej straszliwej postaci. Jeśli ona nie odstraszy Putina, to już nie wiem, co go odstraszy – żeby ogłosił bezwarunkową kapitulację – bo czyż w przeciwnym razie pokój na Ukrainie będzie „sprawiedliwy”? Wbrew pozorom nie jest to pomysł zły, bo ludowe przysłowie poucza, że gdy nawet diabeł nie może, to babę pośle, więc użycie pani Kai Kallas w charakterze środka odstraszającego, byłoby jak najbardziej uzasadnione.
Jakże jednak ma być inaczej z naszym nieszczęśliwym krajem, skoro lekkomyślnie wysuwamy do kierowania państwem osoby możliwie jak najgłupsze? Nie będę wymieniał żadnych nazwisk, bo jeden proces przed nienawistnym sądem mi wystarczy – ale jestem pewien, że każdy wie, o kogo chodzi. Wie – ale gdy chodzi o powierzanie misji sterowania państwem, notorycznie kieruje się lekkomyślnością, jakby nie zdawał sobie sprawy z istnienia zasady przyczynowości. Tymczasem ona jest i działa tak, jak prawo grawitacji – a w tej sytuacji skutki tej przyczyny prędzej czy później muszą się objawić i nic nam nie pomoże skamlanie po kościołach do Pana Jezusa, żeby „uczynił z nami cud”. Nie po to bowiem Stwórca Wszechświata ustanowił zasadę przyczynowości, żeby potem zawieszać ją na każdą prośbę narodów lekkomyślnych.
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.