Wszyscy żyjemy na Wyspie Epsteina.
Jak funkcjonuje grupa
trzymająca władzę nad światem?
13.02.2026 Jakub Wozinski nczas/wszyscy-zyjemy-na-wyspie-epsteina-jak-funkcjonuje-grupa-trzymajaca-wladze-nad-swiatem/

Ujawnienie trzech milionów stron akt sprawy Epsteina pozwoliło po raz pierwszy w tak wielkim zakresie prześledzić mechanizm funkcjonowania grupy trzymającej władzę nad światem. Tak – nad światem.
Dla większości mediów głównego nurtu 30 stycznia był dniem jak każdy inny. Obok informacji o arktycznych mrozach, zaprzysiężeniu polskich olimpijczyków czy o podpisaniu umowy o dostawie dronów dla polskiej armii, stacje telewizyjne, rozgłośnie radiowe oraz portale informacyjne przekazały także informację o ujawnieniu przez amerykański Departament Sprawiedliwości danych znanych jako „Akta Epsteina”.
Zwykła afera?
I co dalej? Nic szczególnego. Przez kolejne dni pojawiały się także czasem pojedyncze newsy o polskich wątkach sprawy Epsteina, zwyrodniałym księciu Andrzeju czy też związkach zwyrodnialca z Wojciechem Fibakiem. [A o ujawnionych faktach „sprzedaży” dziewic przez tego alfonsa szejkom- już wygumkowano. MD]
W końcu cała afera Epsteina to przecież nic więcej jak tylko kolejna afera pedofilsko-seksualna, prawda?
Gdyby wiodące media nie były podporządkowane środowiskom, do których przynależał Jeffrey Epstein, w głównych stacjach telewizyjnych mielibyśmy od wielu dni permanentne wydania specjalne niczym po atakach z 11 września 2001 r. Na czerwonych paskach umieszczano by kolejne szokujące doniesienia, a korespondenci z całego świata z wypiekami na twarzy przedstawialiby reakcje z całego świata.
Zamiast tego mamy przerażającą apatię medialną, którą można wytłumaczyć tylko tym, że afera Epsteina realizuje schematy, które w bankowości nazywa się too big to fail i too many to fail. Ta afera dotyczy zbyt potężnych i wpływowych środowisk, aby można było domagać się ich ukarania, a jednocześnie środowiska te są zbyt liczne, aby komukolwiek udało się osądzić wszystkich zamieszanych. W ten sam sposób, gdy dochodzi do kryzysu, sektor finansowy wytypowuje zawsze skromną grupę banków czy firm do odstrzału, a całej reszcie wszystko uchodzi na sucho.
Gdyby wiodące media informowały rzetelnie o aferze Epsteina, mielibyśmy do czynienia niemalże z wybuchem potężnej bomby jądrowej w samym środku zachodniego świata. To, do czego uzyskaliśmy dostęp, nie jest bowiem zaledwie kolejnym, niewiele wnoszącym zbiorem informacji, lecz swego rodzaju portalem umożliwiającym nam chwilowe wkroczenie do świata osób, które mają rzeczywiście największy wpływ na losy całego świata.
Afera globalistycznych elit
Choć bagatelizowanie potwornych krzywd, jakie wyrządzano dzieciom, kobietom, a nawet mężczyznom na Wyspie Saint James, może się wydawać nie na miejscu, to nie wątek przestępstw seksualnych jest tu najbardziej szokujący. Handel ludźmi, zmuszanie do prostytucji, sadystyczne gwałty i inne mrożące krew w żyłach akty, których dopuszczała się grupa osób związana z Epsteinem, są oczywiście czynami okropnymi i budzącymi przestrach, ale i one nie stanowią wcale sedna całego problemu.
Tym, co ostatecznie i niezbicie odsłoniły akta Epsteina, jest istnienie nieformalnej grupy trzymającej władzę nad światem, a przynajmniej światem zachodnim. Sam Jeffrey Esptein był zapewne zaledwie wysokim przedstawicielem tego grona, oddelegowanym do werbowania znanych osób i tworzenia kompromatów na ich temat. Niewykluczone, że on sam był od samego początku przez kogoś szantażowany w związku z perwersyjnymi skłonnościami. Jego wypowiedzi świadczyły jednak o tym, że czuł się przedstawicielem społeczności stojącej ponad zwykłymi śmiertelnikami (słowo „goj” pojawia się w korespondencji przynajmniej kilkanaście razy).
Najważniejsze jest zdanie sobie sprawy z tego, że nie powinno się w zasadzie mówić o „aferze Epsteina”, ale o aferze światowych elit. Epstein stanowi wspólny mianownik całego grona widziany z perspektywy organów ścigania, ale bohaterami całej kabały są m.in. Jeff Bezos, Sergey Brin, Elon Musk, Susan Wojcicki, Bill Clinton, Peter Thiel, Larry Summers, Ehud Barak, Bill Gates, Jens Stoltenberg czy też członkowie rodzin królewskich z Norwegii, Danii i Wielkiej Brytanii.
Współuczestnikami orgii nie byli magazynier, nauczyciel WF-u i listonoszka z Pcimia Dolnego, lecz prezesi i właściciele największych spółek świata, wiodący politycy, prawnicy, celebryci i członkowie królewskich rodów.
Świat jako Wyspa Epsteina
Przeglądając wyrywkowo zgromadzone akta, można dojść do mylnego wniosku, że sprawiedliwości stało się zadość, bo prawda wyszła wreszcie na jaw. Niestety uzyskana przez miliony zwykłych Kowalskich wiedza na temat grupy trzymającej władzę nad światem nie zmienia niemal nic. Środowiska, o których wiedzę dostarczyła nam afera Epsteina, są zwyczajnie zbyt potężne i zbyt rozproszone po całym świecie, aby ktokolwiek był je w stanie kiedyś rozliczyć. Nie dojdzie nigdy do żadnych „procesów norymberskich” dla pedofilskich, globalistycznych elit, ponieważ w świecie zachodnim nie istnieje żadna siła zdolna im się realnie przeciwstawić.
Płynie z tego smutny wniosek, że niestety wszyscy żyjemy na wielkiej wyspie Epsteina. Wiemy, że grasują po niej zwyrodnialcy, którzy są bezkarni, ale wiedza ta jest właściwie bezużyteczna. Niektóre ofiary Epsteina od pewnego momentu również wiedziały już, w jakim celu trafiały na wyspę Little Saint James, a nawet dzieliły się tą wiedzą z otoczeniem, lecz organy ścigania zajęły się całą sprawą na poważnie dopiero w 2018 r. W naszym zbiorowym przypadku organy ścigania jednak nie zareagują, ponieważ grupa trzymająca władzę jest zbyt potężna.
Dla zwykłych gojów ujawnienie kolejnej transzy akt Epsteina stanowi wielką sensację, ale warto mieć świadomość, że niektórzy czują się zapewne oburzeni. Dla przykładu rabin Asher Federman, reprezentujący Chabad Lubavitch of the Virgin Islands (położonego w prostej linii ok. 3 km od Little Saint James) jest zapewne skonfundowany tym, że ujawniono zawartość jego prywatnej korespondencji. W swoim mailu do Jeffreya Epsteina z 1 kwietnia 2014 r. określa go „wyjątkowo hojnym” i proponuje swoje odwiedziny na wyspie. Każdy z nas wie, jak to dobrze mieć sąsiada: zawsze można od niego pożyczyć sól albo po prostu sobie z nim uciąć pogawędkę. I myślę, że tak właśnie wyglądały relacje między ludźmi na Wyspach Dziewiczych, zanim zaczęli się nimi zajmować zwolennicy spiskowych teorii dziejów. Spokojne życie, pełne rozmów i czerpania radości z piękna otaczającej przyrody. I komu to przeszkadzało?