Trajdos: Agresja

Do niedawna tzw. demokracje liberalne na czele z USA prowadziły jawną i bezczelną krucjatę ideologiczną. Kto nie odpowiadał ich wzorcom i praktykom ustrojowym, mentalnym, obyczajowym – musiał być usunięty, a przynajmniej napiętnowany jako oczywiste zło.
Sypały się przewroty, zamachy, nagonki, sankcje, a w razie wyższej konieczności czyli głębszego strachu przed „zarazą” ideową – wojny prewencyjne. Narzucano „właściwe” rządy, tj. marionetkowe, skundlone, uległe, a najlepiej – korupcyjne. Za pomocą rozmaitych manewrów i kampanii ogłupiających osiągano trwałą degenerację obyczajową i triumf dewiacji wszelkich kategorii. Skuteczności tego pseudo-porządku upadłościowego pilnowała i pilnuje „tolerancja represywna” w stylu Marcusego.
W ostatnim czasie system przemocy globalnej został udoskonalony. Nadal obowiązuje ideologia degeneracyjna (szczególnie w Eurokołchozie), ale amerykański hegemon światowy w dobie Trumpa przyjął prostszą procedurę. Kto występuje przeciw interesom USA w skali globalnej lub Izraela w skali regionalnej (kryterium zagrożenia jest czysto uznaniowe) podlega wojennej likwidacji. Apelacji się nie uwzględnia. Stosowane jest agresja jawna, nawet bez opakowania w jakikolwiek sensowny pretekst. Sprawcy łamią z premedytacją wszelkie normy prawa międzynarodowego.
Trump zilustrował kilkakrotnie, jakimi metodami należy wprowadzić ten ład przemocy. W Wenezueli postanowił zniewolić kraj „tanimi” środkami: poprzez bandyckie porwanie prezydenta Nicolasa Maduro, a następnie opanowanie złóż i rafinerii nafty, czyli podstawowego źródła dochodu.
Motywy ideologiczne zostały na razie pod kocem. Najeźdźcy formalnie nie naruszyli poprzedniego ustroju (rodzimego socjalizmu wprowadzonego przez Zjednoczoną Socjalistyczną Partię Wenezueli PSUC od 1999 r.) i utrzymali praktycznie cały poprzedni aparat administracyjny. Jednak warunki postawione przez agresora: potulność i uległość rządu wenezuelskiego wobec Waszyngtonu oraz oddanie bogactwa narodowego w pacht koncernom USA oczywiście niweczą sens przetrwania poprzedniego systemu. Jest to neokolonializm w formie krystalicznej. Lud wenezuelski dlatego uparcie popierał Chaveza i Maduro przez 27 lat, bo wprowadzając państwowy monopol w przemyśle naftowym kierowali większość zysków na cele opieki społecznej, powszechnego zatrudniania i taniej edukacji. Tę politykę torpedowały kolejne sankcje i blokady USA, ale jednak trwała. Skoro obecnie nafta znalazła się w szponach agresora, rządy PSUC nie mają uzasadnienia. Przewiduję bunty biednych i głodnych, oczywiście daremne.
W wariancie brutalniejszym (Iran) złamanie oporu mężnego narodu i państwa wymaga dłuższej wojny ludobójczej. Cel ten sam: stworzenie władz marionetkowych o właściwym (dla agresorów) obliczu ustrojowym i przejęcie kolejnych bogactw naftowych. USA zupełnie jawnie zagarniają wszelkie możliwe zasoby energetyczne na świecie. W ordynarnej propagandzie ważne miejsce zajmuje odpowiednia nomenklatura. „Specjalna operacja wojskowa” Rosji na Ukrainie nazywana jest przez Zachód „zbrodniczą wojną”, a zbrodnicza wojna wywołana przez USA oraz Izrael w Iranie określana jest jako „operacja” lub „interwencja”. Orwellowskie ministerium prawdy działa bez zarzutu. Masy poddanych, pardon – obywateli „wolnego świata” przełkną każdą brednię.
Kompletny blamaż ONZ w obliczu tych jawnych agresji pozwolił Trumpowi na utworzenie podręcznej atrapy w postaci Rady Pokoju (?). Zgłosiły tam akces państwa o bardzo zróżnicowanych ustrojach oraz interesach. Wszystkie przypuszczają, że pod peleryną USA będzie bezpieczniej, a może nawet uda się coś zarobić. Np. bohatersko broniące niepodległości od 2010 r. Węgry Victora Orbána znalazły się tam dlatego, że administracja Trumpa na złość UE wsparła Fidesz także w perspektywie najbliższych wyborów. Moją uwagę wzbudziła obecność Alijewa z Azerbejdżanu i Paszyniana z Armenii. Kilkakrotnie pisałem o Armenii w „Myśli Polskiej” w ubiegłym roku. Jest to świetny przykład, czego można się spodziewać po Radzie Pokoju. Trump pyszni się wymuszeniem w 2025 r. „historycznego” pojednania między Armenią a Azerbejdżanem. Komentowałem to wydarzenie.
Polega ono na całkowitej kapitulacji Armenii pokonanej przez spółkę turecko-azerską. Musiała się zrzec praw do stratowanego wojną Arcachu (Górskiego Karabachu). Nie wolno jej przypomnieć o losie okręgu Nachiczewania, gdzie Azerowie wyczyścili nawet groby Ormian [sic]. Mało tego. Armenia akceptowała eksterytorialną de facto szosę nad Araksem na linii Azerbejdżan-Turcja, która odcina ją od dotąd życzliwego Iranu. Oto pokój w stylu Trumpa. Za to USA dostaną spory udział w nafcie Azerbejdżanu i swobodę w eksploatacji gospodarczej Armenii.
Najazdy na słabsze i mniejsze państwa będą zjawiskiem trwałym. Za uległością polityczną pójdzie zniewolenie gospodarcze. Rządy marionetkowe i neokolonialne szybko wyzbędą się iluzji, że parasol ochronny USA będzie wieczny. Nadejdzie gorzkie rozczarowanie. Liczne wydarzenia z XX w., o których pisałem kiedyś obszerniej, dowodzą, że Amerykanie porzucali nawet najwierniejszych protegowanych z zimną konsekwencją. Upartym miłośnikom sojuszy z USA dedykuję odnowę pamięci o losach wielu krajów w Indochinach, Chinach i Ameryce Łacińskiej. A jak zachowały się Stany Zjednoczone wobec arcy-wiernego prezydenta Egiptu Hosni Mubaraka w 2011 r.? Typowo. Jedna zasada będzie obowiązywać stale: kto chce być po prostu inny i niezależny, nawet jeśli nikomu nie zagraża – zostanie zgładzony.
Tadeusz M. Trajdos Emerytowany profesor IH PAN