Amerykańska prowincja w Polsce

Amerykańska prowincja w Polsce

Amerykańska opcja w Polsce nie jest zwykłą opcją polityczną. Ma ona bowiem również wymiar cywilizacyjny oraz kulturowy, czego świadectwem jest amerykanizacja polskiej kultury i jednocześnie towarzysząca jej makdonaldyzacji, czyli  ujednolicanie z innymi kulturami prowadzące do utraty jej narodowego, tożsamościowego charakteru.

Fenomen opcji amerykańskiej polega jednak na czym innym. Ma ona bowiem nie poddające się racjonalizacji podłoże psychologiczne i ukształtowanie mentalne, ukierunkowane na kopiowanie amerykańskich wzorców. Jest stanem emocji i umysłu opierającym się na wierze w mit Ameryki jako imperium dobra. Z tej świeckiej wiary w opcji amerykańskiej zrodziło się przekonanie, że Stanom Zjednoczonym wolno prawie wszystko – przy założeniu, że jej głównemu „sojusznikowi”, czyli Izraelowi wolno absolutnie wszystko.

Nie oczekujmy więc, że ludzie opcji amerykańskiej – uzależnieni obecnie od nieprzewidywalności prezydenta Donalda Trumpa – poddadzą jakiejkolwiek analizie krytycznej jego wojenną politykę. Że poddadzą w wątpliwość sens ponownego – u boku Izraela – uderzenia na Iran, rozpoczętego w czasie rozmów amerykańsko-irańskich. Ich wiara w Amerykę to przecież świecka quasi-religia, której wyznawców łączy ślepe posłuszeństwo wobec zamorskiego przywódcy. Czyni ono z ludzi tej opcji w Polsce – aktywnych w niemal wszystkich partiach, z wyjątkiem obu Konfederacji – amerykańską prowincję quasi-zakonną, analogiczną do lokalnych prowincji zakonnych utrzymywanych w dyscyplinie posłuszeństwa wobec centralnej władzy danego zgromadzenia.

Prowincja w językach nowożytnych Zachodu – do którego zalicza się przecież  Polska – ma wiele znaczeń: od terytorialno-geograficznych i administracyjnych (np. wspomniana prowincja zakonu), poprzez geopolityczne i geoekonomiczne do cywilizacyjno-kulturowych i socjologicznych. W każdym przypadku oznacza jakieś oddalenie od centrum czy też stolicy w odniesieniu do imperium, zaś w dwu ostatnich opóźnienie, zacofanie, nieudolne kopiowanie.

W historii kultury polskiej prowincja odegrała ważną rolę tylko w jednej epoce – w XIX wieku, na który przypadł okres romantyzmu, a następnie pozytywizmu. Na wschodnich rubieżach I Rzeczypospolitej – podlegających zaborowi rosyjskiemu – rolę centralnych ośrodków, skutecznie konkurujących z Warszawą, odegrały wówczas Lwów i Wilno, które utrzymały swoją pozycję również w odrodzonej Polsce aż do wybuchu II wojny światowej. Ta prowincja, utożsamiana w dyskursie zarówno naukowym, jak i politycznym z kresami, wydała wybitnych twórców kultury polskiej z Mickiewiczem i Słowackim na czele, uczonych, polityków, działaczy patriotycznych i społecznych. Po dzień dzisiejszy aktualne jest pytanie: na czym polegał fenomen polskiej prowincji kresowej? Szczególnie aktualna jest wciąż ta sama odpowiedź: na zachowaniu wolności umysłu będącej gwarantem zachowania tożsamości narodowej, a nade wszystko jej dwóch fundamentalnych wektorów: kulturowego i religijnego.

Gdy porównujemy tę chlubną przeszłość narodu polskiego, z goryczą i wstydem przyznać musimy, że w tym wypadku nie dorównujemy naszym przodkom. Dobrowolne zwasalizowanie Polski wobec USA i UE oraz ich zbrojnego ramienia, jakim jest NATO – nie tylko polityczne i ekonomiczno-gospodarcze, ale również kulturowe – jest faktem. Niestety, faktem jest również i to, że nie zabory i nie komunizm odebrały nam duszę, ale obecna, degradująca zależność od Zachodu kontrolowanego przez USA. Uderzające w trwaniu tej zależności jest zachowanie proamerykańskich elit. Politycy, media i środowiska opiniotwórcze nie tylko ścigają się w jej zwiększeniu, ale ponadto chlubią się nią i coraz częściej dają temu wyraz. Ostatnio wykorzystali atak Izraela i USA na Iran nie po to, aby wreszcie nie stracić okazji, żeby zamilczeć – jak  prezydent Francji Jacques Chirac skomentował dołączenie Polski w 2001 r.  do amerykańskiej koalicji w inwazji na Irak – ale po to, aby publicznie ścigać się w wyrażeniu poparcia dla tej haniebnej agresji na niezagrażający Ameryce irański naród – zakorzeniony w starożytnej Persji.

Prowincjonalne umysły

Określenie amerykańskiej opcji w Polsce mianem prowincji ma wielowymiarowe znaczenie – polityczne, kulturowe, intelektualne, czy wreszcie moralne. Wszystkie determinują stan umysłów tej opcji. Prowincjonalne umysły – są nie tylko niesamodzielne i leniwe, ale również niedouczone, zdolne jedynie do bezkrytycznego kopiowania amerykańskiego wzorca.  Powielają na wszystkie sposoby zdyskredytowaną ideologicznie matrycę transatlantyzmu i podtrzymują irracjonalną wiarę w pochodzący z czasów zimnej wojny mit dobrego po wsze czasy amerykańskiego imperium. Wymienionych wektorów swojego prowincjonalnego myślenia nie weryfikują na poziomie różnych danych zmieniającej się rzeczywistości naszych czasów.

Gwarantem myślenia prowincjonalnego jest bowiem  rutyna i infantylne oczekiwanie na nagrodę stolicy imperium. I wystarczy im, że prezydent USA wymieni w jakimś przemówieniu nazwisko polskiego prezydenta K. Nawrockiego albo „wylewnie uściśnie” dłoń kierownika ambasady polskiej w Waszyngtonie Bogdana Klicha – jak to miało miejsce po wygłoszeniu ostatniego orędzia do narodu – aby w prowincji nad Wisłą zapanował entuzjazm i licytacja między jej stronnictwami: komu bardziej ufa amerykański przywódca;  czy też: kto z nas jest bardziej proamerykański. Już wszyscy wiedzą, że polskie partie polityczne – z wyjątkiem Konfederacji Korony Polskiej i Konfederacji, która stara się pod tym względem zachować neutralność – są proamerykańskie, z tą tylko różnicą, że w okupującym  scenę polityczną duopolu PiS jest zwasalizowany wobec Waszyngtonu bezpośrednio, natomiast PO za pośrednictwem Niemiec uzależnionych od każdej administracji Białego Domu.

Wyścigi prowincjonalnych umysłów o pierwszeństwo w zasługach dla USA już nie robią żadnego wrażenia na przeciętnym polskim wyborcy, który przesuwa swoje poparcie ze zgranych w proamerykańskim programie partii na aspirujące do przejęcia władzy obydwie Konfederacje. Amerykańskiej prowincji w Polsce jest coraz trudniej panować nad wyzwalającymi się z amerykańskiego marzenia umysłami Polaków.

Już tak łatwo jak przed dziesięciu laty – gdy rząd Beaty Szydło skutecznie zahipnotyzował polskie społeczeństwo i za jego przyzwoleniem zainstalował w Polsce pierwszą bazę USA – nie uda się nam wmówić, że 10 tysięcy, a nawet pięciokrotnie więcej amerykańskich żołnierzy zapewni nam bezpieczeństwo. Że jakiś Fort Trump stanie się cudowną kopułą chroniącą nas przed znienawidzoną przez prowincjonalne umysły  Rosją.

Odpowiedź Iranu na amerykańsko-izraelski atak na początku marca otrzeźwiła w Polsce wielu, z wyjątkiem proamerykańskiego establishmentu. Iran – co jest nowością w historii wojen proxy Waszyngtonu na Bliskim Wschodzie – zaatakował bazy amerykańskie w krajach arabskich. Dlaczego w starciu USA – NATO z Rosją Kreml miałby postąpić inaczej i w czarodziejski sposób oszczędzić Polskę, która do tego starcia dąży ze wszystkich sił? Przeciętny umysł otrząśnie się z tej hipnozy, w jaką wprowadziła Polaków amerykańska prowincja i zacznie formułować pytanie: jak długo obce bazy będą stacjonować w Polsce, bo irański precedens sprawił, że stały się dla nas niebezpieczne. Co więcej,  w polskich umysłach może zrodzić się konkluzja, że po akcji w Wenezueli i Iranie zagrożeniem dla światowego pokoju stały się USA. Prowincjonalne umysły z góry wykluczają takie wyzwalające Polaków myślenie i stygmatyzują je – oczywiście w rusofobicznym amoku – jako oddziaływanie rosyjskiej propagandy.

Programowy nihilizm

Działalność amerykańskiej prowincji jest  sprzeczna nie tylko z chrześcijańskimi wartościami moralnymi, ale również z polskim etosem narodowo-patriotycznym. I na  nic się tu zdadzą spektakularne wystąpienia jej polityków w kościołach i sanktuariach narodowych, promowanie przez katolickie media – z toruńskimi na czele. Liczą się konkretne czyny, akty polityczne, gesty, wpisy w internecie etc. Wszystkie razem są wyrazem zgody na łamanie prawa międzynarodowego przez USA i na amerykańskie wojny proxy, na wyniszczanie całych narodów przez neokolonizacyjną politykę Waszyngtonu, na bezprawne, trwające od dziesięcioleci sankcje wobec Kuby i Iranu, czy wreszcie na popieraną przez amerykańskich przywódców  ludobójczą działalność Izraela w Strefie Gazy, a ostatnio w Iranie.

W tym miejscu wymienić trzeba jeszcze jeden grzech amerykańskiej prowincji w Polsce, obciążenie szczególnie ważne dla katolików: cicha zgoda na dokonywaną od lat przez tandem Izrael – USA eliminację chrześcijaństwa i chrześcijan na Bliskim Wschodzie. Towarzyszy jej  tresura Polaków w ramach walki z antysemityzmem, ukierunkowana na wygaszenie ich zainteresowania Ziemią Świętą i w ostateczności odcięcie się od niej. W ramach tej tresury Polacy mają się bać stawiania pytań w rodzaju: Czyja jest Ziemia Święta? Dlaczego w Boże Narodzenie w Betlejem nie ma chrześcijan? Kiedy będziemy znowu pielgrzymować do miejsc upamiętniających narodziny, życie i męczeńską śmierć Jezusa Chrystusa? O problemach zawartych w tych pytaniach obecnie się nie mówi, tych problemów nie porusza nawet hierarchia kościelna kibicująca amerykańskiej prowincji.

Wspólnicy Trumpa i Netanjahu  

Na gruncie chrześcijaństwa, które przez wieki wyznaczało na Zachodzie normy etyczne w życiu zarówno pojedynczych osób, jak i całych narodów, każda forma poparcia ludobójstwa – nawet symboliczna, nawet będąca tylko milczeniem wobec jego zaistnienia – oznacza współudział w nim, moralne wspólnictwo. Ludzie amerykańskiej opcji w Polsce nawet nie zadrżeli  przed ewentualnym zarzutem takiego wspólnictwa. Nikt nie zabrał głosu, gdy amerykańsko-izraelscy agresorzy w ludobójczym ataku na irańską szkołę podstawową dla dziewcząt w Minabie uśmiercili ponad 160 osób – niewinnych uczennic, nauczycieli, rodziców. Nikt nie wyraził żalu z tego powodu, nikt nie przesłał rodzinom ofiar wyrazów współczucia. Opcja amerykańska zamilkła również wtedy, gdy w kolejnym ludobójczym ataku na, tym razem na irański kompleks sportowy, zginęło 20 irańskich siatkarek.

Cynizm moralny tej opcji zdumiewa tym bardziej, że wszyscy pamiętamy oburzenie jej polityków, gdy w 2022 roku banderowska Ukraina ogłosiła, że Rosja dokonała ludobójstwa w Buczy. Mimo, iż na żądanie Moskwy Kijów do tej pory nie przedstawił imiennej listy ofiar – na wzór listy katyńskiej –  amerykańska prowincja w Polsce jednomyślnie wydała w tej sprawie wyrok: to było na pewno ludobójstwo Rosji – która notabene zdecydowanie twierdzi, że było ono upozorowane. Opcja amerykańska oczywiście potępiła Moskwę i kolejny raz Władimira Putina, demonstrując spektakularnie swoje uwrażliwienie moralne na tego typu zbrodnie. W przypadku amerykańsko-izraelskiego ludobójstwa zademonstrowała natomiast  nie tylko to, że jest po stronie ludobójców, ale również i to, że akceptuje  ich normy postępowania na arenie międzynarodowej, przyjmuje je za swoje.

To są normy dżungli, umożliwiające bezkarne zabijanie niewinnych cywili, a także panowanie w świecie w oparciu o prawo silniejszego oraz szybszego w likwidacji przeciwnika. Agresorzy amerykańsko-izraelscy nie zawahali się również zademonstrować prawa dżungli w tym drugim przypadku i z cynicznym zacięciem zlikwidowali irańskiego przywódcę Chameneiego oraz najważniejszych polityków z jego otoczenia. I jeszcze mają odwagę przekonywać opinię publiczną, że jest to jedyny sposób na „zmianę reżimu” w Iranie, otwierający jego naród na „amerykańską demokrację”.

Trumpowskie prawo silniejszego w  polityce międzynarodowej pozwala na przeprowadzenie analogii między dżunglą amerykańskiego prezydenta i dżunglą GUŁagu, który 100 lat temu zaistniał na jej prawach. Najwybitniejsze  dzieła rosyjskiej literatury łagrowej – Aleksandra Sołżenicyna i Warłama Szałamowa – pokazują, czym się kończy budowa świata opartego na prawach dżungli: zezwierzęceniem człowieka, zarówno kata, jak i ofiary. Szałamow, który dłużej od Sołżenicyna był więźniem GUŁagu – ponad 20 lat – pokazuje, że łagrowe doświadczenie jest doświadczeniem dna w życiu ludzkim. Jego bohaterowie mówią, że jednak o wiele gorsze dla człowieka jest to, że może przyjąć normy dżungli za swoje.

Najwyższą stawką w obecnej zagrywce polityków amerykańskiej opcji  w Polsce jest właśnie duchowa walka o to, aby polski naród przyjął normy dżungli za swoje.

Prof. Anna Raźny Myśl Polska, nr 11-12 (15-22.2026)