Kamieni [milowych] kupa. Prorok jakiś – ki diabeł?

Iza 25 czerwiec 2022

Bartłomiej Sienkiewicz określił kiedyś projekty rządowe jako „…. i kamieni kupa”. Prorok jakiś – ki diabeł? 

Marek Suski nazwał ostatnio KPO skandalem. Suski reprezentuje poglądy wszystkich posłów, którzy -jak twierdzą -nie wiedzieli co w tym dokumencie naprawdę jest. 

Dokument w języku angielskim ( dobrze, że nie w niemieckim)  można znaleźć pod adresem  https://ec.europa.eu/info/system/files/com_2022_268_1_annex_en.pdf [a w języku krajowców – gdzie?? nie warto?? md]

Wśród kamieni milowych zastrzeżenia budzą przede wszystkim wymagania zmian nie mających nic wspólnego z polskim systemem sądownictwa, będącym podobno kamieniem (they multiply like rabbits).. obrazy dla wartości UE 

Na przykład kamień milowy nr E3G zakłada wejście w życie w 2024 roku aktu prawnego wprowadzającego opłatę rejestracyjną od pojazdów emitujących spaliny.

Kamień milowy nr E4G zakłada wejście w życie w 2026 roku aktu prawnego wprowadzającego podatek od własności pojazdów emitujących spaliny.

Czy ktoś pomyślał o prawdziwym a nie wydumanym wykluczeniu osób mieszkających w wiejskich osadach oddalonych od większych ośrodków, których nie będzie stać na zakup bardzo drogich samochodów elektrycznych ani  na ten podatek, więc nie będą mogli nawet dojechać do lekarza? 

Kamień milowy nr A71G zakłada wejście w życie w 2023 roku nowelizacji odpowiednich ustaw która zapewni objęcie składkami na ubezpieczenie społeczne wszystkich umów cywilnoprawnych (emerytalnych, rentowych, wypadkowych i chorobowych, niezależnie od uzyskanych dochodów z wyjątkiem „umów ze studentami poniżej 26 roku życia”.

Szkodliwość tej nowelizacji nie wymaga chyba komentarza.

Najistotniejsze jest jednak co innego. Sformułowania tego dokumentu są tak niejednoznaczne, że nikt nigdy nie będzie w stanie ustalić czy zostały spełnione wymagania w nim zawarte. Nie wiadomo na przykład czy podniesienie wieku emerytalnego ma być obligatoryjne czy jest to przywilej pragnących bez końca pracować emerytów.

Każdy kto przebrnie przez ten bełkot sam się przekona.  [A będą tacy, o naiwna??? I po co, jeśli penetracja Polski już nastąpiła?? md]

Uważałam zawsze, że język angielski dlatego stał się językiem nauk ścisłych, że jest precyzyjny.

Bardzo się pomyliłam. Nawet język potrafili zgwałcić.

Jutro, sobota – na ulicach stolicy, Warszawy demonstrują: zboczeńcy, ambasadorzy obcych państw i sataniści. My o 14:30 z procesją pokutną do sanktuarium Matki Bożej Łaskawej.

Jutro na ulicach stolicy, Warszawy demonstrują zboczeńcy, ambasadorzy obcych państw i sataniści.

My o 14:30 z procesją pokutną do sanktuarium Matki Bożej Łaskawej.

https://stronazycia.pl/pilne-trzaskowski-zakazal-modlitwy-bo-na-ulice-wyjda-satanisci/
Szanowny Panie, warszawski Sąd Apelacyjny nie uwzględnił naszego zażalenia i podtrzymał w mocy decyzję Rafała Trzaskowskiego bo zakazie dla naszej procesji modlitewnej, którą jutro planujemy na ulicach stolicy. Prezydent Warszawy, urzędnicy ratusza oraz sądy dwóch instancji uznały, że nasza pokojowa procesja modlitewna będzie rzekomo „stanowiła zagrożenie”. W tym samym czasie bez przeszkód maszerować będą po naszej stolicy, w ramach „parady równości”, aktywiści LGBT, ambasadorzy obcych państw, przedstawiciele wielkich korporacji oraz… członkowie międzynarodowej Świątyni Szatana, której jedną z głównych inicjatyw jest odprawianie „czarnych mszy” w intencji Polski (!!) i rewolucji antymoralnej, jaka dokonuje się w naszym kraju. Ale my i tak przejdziemy – zarejestrowaliśmy już nowe zgromadzenie (w innym trybie) i jutro będziemy modlić się na ulicach stolicy w intencji pokutnej za promocję zgorszenia i satanizmu.

Za wszelką cenę próbuje się wypchnąć nas z przestrzeni publicznej. Wszystko po to, aby propaganda cywilizacji śmierci mogła bez przeszkód infekować umysły Polaków. Jutro na ulicach Warszawy odbędzie się centralna „parada równości”, której organizatorzy i uczestnicy żądają (to słowo pada wprost) wprowadzenia w polskich szkołach i przedszkolach „edukacji seksualnej”, legalizacji aborcji w naszym kraju, zniesienia w Polsce instytucji rodziny jako małżeństwa mężczyzny i kobiety oraz wprowadzenia prawnej cenzury, która umożliwi blokowanie działań organizacji takich jak nasza Fundacja.

Wie Pan kto jutro przejdzie w tej „paradzie”?

 Ambasadorzy obcych państw, których przedstawicielstwa otwarcie domagają się zmiany porządku prawnego, kulturalnego i religijnego w Polsce. Ich działania koordynuje Ambasada USA, która na swoich polskojęzycznych stronach i profilach w mediach społecznościowych intensywnie promuje ideologię LGBT i świętuje czerwiec jako „miesiąc dumy gejowskiej”. Ambasada USA koordynowała także zebranie podpisu pod listem otwartym od 46 ambasadorów (m.in. Niemiec, Austrii, Hiszpanii, Francji, Włoch, Wielkiej Brytanii, Norwegii i Ukrainy), którzy popierają „uświadamianie opinii społecznej” w Polsce na temat LGBT, czyli mówiąc innymi słowami: propagandę cywilizacji śmierci przeprowadzaną w umysłach Polaków.

W warszawskiej „paradzie” pójdą także przedstawiciele największych na świecie korporacji finansowych, bankowych, farmaceutycznych, technologicznych i medialnych, m.in.: JP Morgan, Goldman Sachs, BNP Paribas, Credit Suisse, Nordea, Citi, Nat West, Accenture, HP, GlaxoSmithKline, Procter&Gamble, Maersk, Microsoft, Google i Netflix. Jeden z polskich aktywistów LGBT otwarcie przyznał w mediach społecznościowych, że bez wsparcia finansowego pochodzącego od tego typu instytucji, „parada równości” nie mogłaby się odbyć. Wielu Polaków, pod wpływem dezinformacji, myśli, że aktywiści LGBT i aborcjoniści wychodzą na ulice naszych miast „spontanicznie”, a ich ruch tworzony jest oddolnie. Nic bardziej mylnego – rewolucja antymoralna w Polsce od początku kierowana i finansowana jest z zagranicy.

W końcu, w jutrzejszej „paradzie równości” oficjalnie przejdą także przedstawiciele Świątyni Szatana (Global Order of Satan). To międzynarodowa organizacja satanistyczna. Jak piszą sataniści o sobie na swojej stronie, w związku z chrześcijańskim dziedzictwem Polski i wynikającym z niego oporem wobec ideologii LGBT i aborcji:

Globalny Porządek Szatana uznał, że ważne jest zajęcie stanowiska i okazanie wsparcia naszym przyjaciołom w Polsce, zarówno w społecznościach satanistycznych, jak i LGBTQ+.”

Wie Pan w jaki sposób okazują to „wsparcie”?

Poprzez odprawianie „czarnych mszy” w „intencji” Polski! W ten sposób udzielają „duchowego wsparcia” aktywistom cywilizacji śmierci, którzy organizują „parady równości” LGBT i proaborcyjne zamieszki na ulicach miast naszego kraju. Co więcej, jak informują sataniści na swoim oficjalnym, międzynarodowym profilu, cieszą się z tego, że w polskich mediach społecznościowych rośnie zainteresowanie ich uczestnictwem w jutrzejszej „paradzie”.

Nasza Fundacja głośno o tym wszystkim mówi i ostrzega Polaków przed rewolucją antymoralną, jaka dokonuje się w naszym kraju. Organizujemy także publicznie modlitwy różańcowe i procesje w intencji powstrzymania tego procesu. Dlatego chcą nas uciszyć i usunąć z przestrzeni publicznej.

Nie zamierzamy się jednak poddać i ulec prześladowaniom. Zgłosiliśmy już nowe zgromadzenie na jutro (sobota 25 czerwca), tylko w innym trybie.

Zaczynamy przy skrzyżowaniu ulic Marszałkowskiej i Widok (przed domami towarowymi) o 14:30, po czym udamy się z procesją pokutną do sanktuarium Matki Bożej Łaskawej na Starym Mieście.

Jeżeli nie może Pan do nas dołączyć, prosimy jutro o samodzielną modlitwę, najlepiej w gronie rodzinnym. Bardzo prosimy też o wsparcie finansowe, które jest kluczowe dla działania i funkcjonowania naszej FundacjiGigantyczne korporacje, międzynarodowe banki, wielkie firmy i liczne ambasady hojnie sponsorują gorszenie, zabijanie i deprawowanie Polaków. My możemy liczyć tylko na ludzi dobrej woli, którzy są świadomi sytuacji i decydują się zaangażować, stając po naszej stronie w walce z cywilizacją śmierci.

Numer konta: 79 1050 1025 1000 0022 9191 4667
Fundacja Pro – Prawo do życia
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków
Dla przelewów zagranicznych – Kod BIC Swift: INGBPLPW

Analogie historyczne: Wietnam, Afganistan, Ukraina.

Stanisław Michalkiewicz 23 czerwca 2022 http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5200

Kiedy przyglądamy się wojnie, jaką na Ukrainie Rosja prowadzi z Sojuszem Północnoatlantyckim oraz państwami zależnymi od USA, niepodobna powstrzymać się przed porównaniem jej do wojny wietnamskiej. Była ona ubocznym efektem dwóch doktryn; jednej sformułowanej przez prezydenta Dwighta Eisenhovera, pod nazwą „teorii domina”, a drugiej – sformułowanej przez sekretarza obrony w administracji prezydenta Kennedy’ego i Johnsona, Roberta McNamarę pod nazwą doktryny „elastycznego reagowania”. Teoria domina zakładała konieczność przeciwstawiania się ekspansji komunistycznej, zwłaszcza w krajach Trzeciego Świata, ze szczególnym uwzględnieniem Indochin, które stały się głównym terenem tej ekspansji po skomunizowaniu Chin. Klęska Francuzów pod Dien Bien Phu w roku 1954 była potwierdzeniem tej teorii, a w każdym razie – za takie potwierdzenie była uważana. [Wyjaśnię: Te łobuzy u władzy, nazywające się „politykami”, fałszują pojęcie „teoria”. Mianowicie teoria, w naukach ścisłych ma to sens, to „potwierdzona przez doświadczenie hipoteza”. Wszystko inne – to fantazje itp. MD]

Z kolei doktryna „elastycznego reagowania”, wychodziła z założenia, iż bezpośrednia konfrontacja militarna nuklearnych supermocarstw, grozi uruchomieniem „machiny Sądu Ostatecznego”, co oczywiście uniemożliwi osiągnięcie jakichkolwiek celów wojennych.

Tymczasem wojna – co zauważył pruski teoretyk wojskowości Karol von Clausewitz – jest tylko formą uprawiania polityki tyle, że innymi środkami – więc jeśli w jej następstwie nie można byłoby zrealizować już żadnego celu politycznego, nie miałaby ona żadnego sensu. Toteż Robert McNamara sformułował doktrynę „elastycznego reagowania”, której sens sprowadzał się do tego, by mocarstwa nuklearne powstrzymywały się nie tylko przed użyciem broni jądrowej, ale również – a może nawet przede wszystkim – przed atakowaniem terytorium przeciwnika, prowadząc działania wojenne na przedpolach, a więc terenach, które leżą możliwie blisko terytorium potencjalnego wroga i możliwie jak najdalej od terytorium własnego.

Wietnam, podobnie, jak dzisiaj Ukraina, stanowił świetne przedpole, toteż USA zastąpiły tam Francuzów tym chętniej, że w tamtych czasach popierały likwidowanie europejskich imperiów kolonialnych, by w dawnych koloniach usadowić się samemu. Początkowo zaangażowanie amerykańskie w Wietnamie było niewielkie, ale w miarę upływu czasu, a także w miarę przekształcania się tej wojny z operacji przeciwpartyzanckiej w konfrontację USA z całym Układem Warszawskim i Chinami na dodatek, rosła również skala bezpośredniego zaangażowania amerykańskiego, które w kulminacyjnym momencie sięgnęło ponad pół miliona żołnierzy, nie tylko amerykańskich, ale również – australijskich i nowozelandzkich. Wojna trwała całe lata i wprawdzie pokojowe porozumienie podpisane zostało w roku 1973, ale mimo prowadzonej później „wietnamizacji”, to znaczy, wzmacniania przez Amerykanów armii Wietnamu Południowego w miarę wycofywania wojsk amerykańskich – co obiecał Ryszard Nixon – zakończyła się dopiero w roku 1975, kiedy to w kwietniu padł Sajgon.

Generalnie wojna wietnamska zakończyła się porażką USA, podobnie, jak „operacja pokojowa” w Afganistanie, co i w pierwszym, jak i drugim przypadku zaowocowało krwawą łaźnią, jaką w Wietnamie urządzili swoim rodakom komuniści, a w Afganistanie – talibowie.

Wojna na Ukrainie najwyraźniej przechodzi w fazę przewlekłą, podobnie, jak wojna wietnamska i chociaż NATO unika bezpośredniego zaangażowania militarnego, ograniczając się do finansowego, wywiadowczego i propagandowego, a przede wszystkim – wspierania Ukrainy dostawami broni i amunicji, to w miarę przedłużania się działań wojennych, w wielu państwach Sojuszu narasta obawa zarówno przed przedłużaniem się wojny, jak i zwiększającymi się kosztami wspierania Ukrainy, a w przypadku niektórych członków NATO, przede wszystkim Niemiec i Francji – również przed wykorzystaniem przez USA pretekstu w postaci tej wojny, do mocnego chwycenia całej Europy za twarz.

W Polsce i republikach bałtyckich okazywanie takiego zaniepokojenia, jest surowo zabronione, ale i tutaj pojawiły się pewne wątpliwości, zwłaszcza z powodu powstrzymania się zachodnich sojuszników przed zrekompensowaniem Polsce dostaw dla Ukrainy broni i amunicji na kwotę ponad 2 miliardów dolarów.

Rzecz w tym, że USA maja na Ukrainie całkiem inny interes, niż Europa. O ile bowiem w interesie Stanów Zjednoczonych jest to, by ta wojna, w której Rosja boryka się tam z całym NATO, trwała jak najdłużej, prowadząc do nadwątlenia rosyjskich zasobów i rosyjskiej pozycji, o tyle w interesie państw Europy Zachodniej jest zakończenie jej możliwie jak najszybciej w taki sposób, by – jak to ujął prezydent Macron – pozwolić Putinowi wyjść z twarzą. Oznacza to ni mniej, ni więcej, jak oczekiwanie od Ukrainy, że pogodzi się z utratą 20 procent terytorium, a przede wszystkim – odcięciem od Morza Czarnego.

Prawdopodobnie z takim właśnie pomysłem przyjechali do Kijowa trzej pielgrzymi: francuski prezydent Macron, niemiecki kanclerz Scholz i włoski premier Dragi, którzy tę gorzką pigułkę podali prezydentowi Zełeńskiemu w opakowaniu w postaci oferty nadania Ukrainie statusu państwa „kandydującego” do Unii Europejskiej. Czy to kandydowanie zakończy się przyłączeniem Ukrainy do UE – to nie jest takie pewne, bo – jak podniosła Portugalia i Dania – gdyby nie wojna, nikt by poważnie o przyłączeniu Ukrainy do UE nie mówił, m.in. z uwagi na panującą tam korupcję i stan praworządności, który jest gorszy nawet od tego w Polsce.

Toteż kiedy wojna zakończy się pokojem – a, jak poucza historia, każda wojna kończy się pokojem – Ukraina, podobnie jak Mołdawia, prędko do Unii Europejskiej nie zostaną przyłączone. Oczywiście korupcja i stan praworządności są tu prawdopodobnie tylko pretekstem, bo tak naprawdę może chodzić o powrót do porządku lizbońskiego z listopada 2010 roku, której najważniejszym postanowieniem było proklamowanie strategicznego partnerstwa NATO-Rosja. Jak pamiętamy, najtwardszym jądrem tego partnerstwa było strategiczne partnerstwo niemiecko-rosyjskie, które nawet i teraz chyba wytrzymuje wszystkie próby niszczące, bo kamieniem węgielnym tego z kolei partnerstwa, jest podział Europy na strefę rosyjską i strefę niemiecką. Polska oczywiście należy do strefy niemieckiej, co niedawno w sposób dotkliwy przypomniały nam władze Unii Europejskiej, to znaczy Niemcy, które ani myślą pogodzić się z utratą wpływów politycznych w „swojej” części Europy tym bardziej, że wykorzystując pretekst w postaci wojny na Ukrainie, podjęły decyzję o podniesieniu niemieckiej Bundeswehry na wyższy poziom, co można uważać za punkt wyjścia do utworzenia upragnionych europejskich sił zbrojnych niezależnych od NATO, na czym Niemcom zawsze zależało.

Krótka smycz polskojęzycznych dziennikarzy.

Agnieszka Piwar https://www.bibula.com/?p=134714

Pamiętają Państwo białoruskiego dziennikarza-opozycjonistę Ramana Pratasiewicza? Ileż to było lamentowania w mediach, po tym jak został aresztowany podczas „międzylądowania” w Mińsku.

Jednak chwilę później dziennikarze w Polsce nagle morda w kubeł. Dlaczego? Były redaktor naczelny kanału Nexta na Telegramie szybko zaczął sypać, że polskojęzyczne władze łożyły mnóstwo forsy [wydartej z kieszeni polskiego podatnika], na dywersyjną działalność w sąsiednim państwie Białoruś.

Tymczasem Pratasiewicz ostatecznie nieźle się ustawił po stronie białoruskiej. Najpierw zmienił poglądy. Nie jestem pewna czy szczerze, gdyż takie typy raczej poglądów nie mają. Obecnie wygląda to mniej więcej tak, że z jego perspektywy Białoruś nie jest już be, a Zachód przestał być cacy. W międzyczasie rzucił dziewczynę Sofię Sapiegę, obywatelkę Rosji, która wraz z nim została zgarnięta z lotniska. I wreszcie ożenił się w obywatelką Białorusi.

Niewykluczone, że władze Białorusi uratowały życie Pratasiewiczowi. Znając bowiem jego przeszłość, z dużym prawdopodobieństwem można założyć, że gdyby nie tamto zatrzymanie na mińskim lotnisku, dalej wykonywałby on polecenia „polskich panów” i wzorem innych dywersantów z Białorusi zostałby znów najemnikiem. Być może Polacy wysłaliby go na Ukrainę, gdzie musiałby walczyć w interesie globalistów i korzennych oligarchów. I pewnie zginąłby tam w szeregach jakiegoś „Azowa” czy innego „Ajdaru”, w najlepszym wypadku trafiłby do rosyjskiej niewoli.

A jak się sprawy mają po drugiej stronie „żelaznej kurtyny”?

Właśnie dopadli Juliana Assange’a. Ten australijski aktywista, sygnalista, dziennikarz i programista jest symbolem walki o wolność słowa w Internecie. Założyciel, rzecznik i redaktor naczelny demaskatorskiego portalu WikiLeaks, ujawnił między innymi największe przekręty globalistów i zbrodnie wojenne Stanów Zjednoczonych. Jego przykład dobitnie pokazuje, że demokracja i wolność słowa na Zachodzie nie istnieją.

Kilka dni temu brytyjski rząd zgodził się na ekstradycję Assange’a do Stanów Zjednoczonych, gdzie czeka go proces. Prokuratorzy w USA postawili 50-latkowi 17 zarzutów, za które łącznie grozi mu do 175 lat więzienia. W ostatnich latach trwało wielkie polowanie na Australijczyka, który musiał się ukrywać. W międzyczasie pojawiły się fałszywe oskarżenia o przestępstwa seksualne. Jego życie zostało zamienione w piekło.

Tymczasem polskojęzyczni dziennikarze jakoś nie okazują solidarności z australijskim dziennikarzem, który jest prześladowany na ujawnienie prawdy. Dlaczego tego nie robią? Ponieważ są przekupionymi obłudnikami.

Agnieszka Piwar

Za: Mysl Polska – myslpolska.info (22-06-2022) | https://myslpolska.info/2022/06/22/krotka-smycz-polskojezycznych-dziennikarzy/

Tadeusz Gołębiewski, ten od „1z10”. Twórca sieci hoteli.

Jeszcze milioner czy już bankrut? „Wstaję rano i [tego] nie wiem”.

[Nigdy nie byłem w hotelu Gołębiewski. Często za to oglądam „1z10”. Wielki szacunek dla tego przedsiębiorcy – i „spoczywaj w pokoju”. Takich tępią mafie – i socjaliści u władzy. M. Dakowski]

——————

https://finanse.wp.pl/jeszcze-milioner-czy-juz-bankrut-tadeusz-golebiewski-wstaje-rano-i-nie-wiem-6654458835151392a

– Wszystkie swoje obrazy w minionym roku wyprzedałem. A w kolekcji były i okazy po 400 tys. zł – wyjawia w rozmowie z Wirtualną Polską Tadeusz Gołębiewski, twórca sieci hoteli. Mówi wprost: – Dziś decyzji o budowie hotelu w Pobierowie bym nie podjął.

We wtorek, 21 czerwca 2022 roku, zmarł Tadeusz Gołębiewski. Założyciel sieci luksusowych hoteli oraz fabryki słodyczy TAGO miał 79 lat.

Przypominamy wywiad, którego biznesmen udzielił WP Magazynowi 25 czerwca 2021 roku.

***

Mateusz Ratajczak, Wirtualna Polska: Pomnik pan sobie buduje nad morzem?

Tadeusz Gołębiewski, twórca sieci hoteli Gołębiewski i firmy cukierniczej Tago: A jaki pomnik?! Tylko hotel.

(rozmawiamy na placu budowy hotelu w nadmorskim Pobierowie, a do rozmowy siadamy na styropianowych płytach, tuż obok jednego z wewnętrznych basenów, z widokiem na Bałtyk. Zanim Gołębiewski znajduje miejsce, zaczepia każdego napotkanego pracownika i pyta o robotę. Przez plac wędrujemy kilkanaście minut)

Chodzi pan w kółko po inwestycji i to wszystko sobie wyobraża? Tu będą baseny, tam będą leżaki, obok będą kasy, a za nimi szatnie? Tu sale konferencyjne, a tam pokoje?

Nikt takich szatni nie będzie mieć! Nikt w Polsce.

(mówi to, gdy akurat mijamy te pomieszczenia, a w zasadzie to wielką pustkę, gdzie szatnie kiedyś będą)

Nic nie muszę sobie wyobrażać, bo od miesięcy wiem, jak to będzie wyglądać – mam to w głowie, przed oczami. Płytki już dawno wybrałem. Materace i łóżka też już są gotowe, czekają na jednym z pięter. Cześć pokoi jest wytapetowana i gotowa do wyposażenia.

Co trzy tygodnie przylatuję tutaj i spędzam kilka dni. I tak chodzę po kilkanaście kilometrów, z dołu na górę, z góry na dół. Aż mnie nogi bolą. Niektórzy moi znajomi to się ze mnie śmieją, że sam wyglądam jak budowlaniec. A jak mam wyglądać na budowie? Jem w stołówce pracowniczej, śpię w hotelu pracowniczym, bo tak jest najwygodniej. Nie mam już zdrowia, żeby jeździć w kółko z hotelu na budowę i w drugą stronę. Wolę być na miejscu.

Tak wygląda budynek hotelu w Pobierowie. Przed płot budowy co chwilę podchodzą turyści Źródło: WP, fot: Mateusz Ratajczak

Ostatecznie jest pan przecież u siebie.

Jakby pan zgłodniał, to niech pan powie, pójdziemy do stołówki. Miejsce do spania też się znajdzie.

Przyjeżdża pan doglądać czy pośpieszać?

Jestem gospodarzem, muszę robić jedno i drugie.

Myślałem, że inwestor płaci i po prostu czeka na efekty. Nie musi sprawdzać, czy budowlańcy dobrze kładą pustaki lub jaką warstwę kleju mają.

Jak ma się portfel bez dna, to można tak funkcjonować. Można stworzyć zarząd, który to będzie prowadził, a inwestor w tym czasie może sobie odpoczywać na plaży i czekać miesiącami na efekty. Nie mam takiego komfortu. Muszę pilnować, muszę kontrolować, nie mogę wydawać na administrację, która zajmie się tym za mnie. Nie ma zarządu, jestem tylko ja. Chodzę i pytam.

W sumie na budowie pracuje teraz niespełna 300 osób, a było i 800. Robimy wolniej, bo nie ma pieniędzy. A jak nie ma pieniędzy, to musi pracować ograniczona liczba budowlańców. I dobrze mieć na to wszystko oko.

Żeby żaden grosik się nie zmarnował? Tego pan pilnuje?

Tak, tak, też! Banki w większości przez epidemię wstrzymały finansowanie inwestycji hotelarskich, więc działamy własnymi siłami. Co da się sfinansować, to finansujemy. Część materiałów była kupiona, część będzie później. Kiedyś.

Data otwarcia już jest?

W tej chwili trudno wyznaczyć jakikolwiek konkretny termin.

Po cichu nie marzy pan sobie, by to były przyszłe wakacje?

Nie, nie mam w tym zakresie żadnych marzeń. Otworzę, to otworzę, jak nie, to nie. Po co mam zakładać i się rozczarować? Miło jest spełnić swoje założenia, ale najgorzej jest się pomylić.

Nie miał pan myśli, że się wywróci na ten inwestycji? Przez epidemię wstrzymał pan budowę, reszta hoteli nie zarabiała.

No to co?

Jak to „no to co”?

A jakbym umarł na koronawirusa, albo ktokolwiek z mojej rodziny? To by była tragedia. Jak się biznes wywraca, to jaka to jest tragedia? Żadna, mówię panu. Przecież ja umiem pracować. Mam dwie ręce, żyję przecież tak jak każdy.

Jestem po studiach ekonomicznych, więc jakieś zajęcie na pewno by się dla mnie znalazło. „Emeryt-ekonomista z doświadczeniem szuka pracy” – tak bym o sobie napisał. Pewnie ktoś by się zainteresował moją wiedzą i umiejętnościami. A jak nie, to bym został po prostu na emeryturze. Płaciłem składki całe życie, to dziś Zakład Ubezpieczeń Społecznych coś mi tam wypłaca.

Pobierowo to pana największe biznesowe dziecko?

Pod względem skali tak.

Najdłużej wyczekiwane i ukochane?

W tej chwili przynoszące najwięcej problemów.

I jak każda poprzednia pana inwestycja – kontrowersyjne. Niektórzy powiedzą, że jest brzydki. Inni, że po prostu jest za duży i nie pasuje do otoczenia. Kolejni powiedzą, że lasy trzeba było wyciąć. A następni, że Tadeusz Gołębiewski po prostu powinien już skończyć swoją biznesową aktywność. ­­­

I co ja mogę odpowiedzieć na takie głosy?

Mogę zapytać, czy ładniejszy jest jeden hotel – taki jak mój – czy kolejne 200 różnokolorowych domków, a każdy wybudowany w innym stylu, które mogłyby powstać w tym miejscu? Co estetycznie jest lepsze? Ja powiem, że mój hotel. Inny powie, że te 200 pensjonatów. I tak możemy się kłócić.

To kwestia estetyki. A kwestia środowiska?

Przecież na tym terenie powstanie pięć razy więcej drzew niż zostało usuniętych pod budowę. A trzeba pamiętać, że tutaj nie było żadnego lasu, a teren wojskowy! Na nim było 40 budynków, różnej wielkości – to była jednostka wojskowa, która jeszcze nie tak dawno funkcjonowała.

Pojawią się drzewa, to pewne. Oczywiście wszystko powoli, bo jak mówiłem, chwilowo kwestie finansowe na to nie pozwalają. Sądzę jednak, że w pierwszej fazie pojawi się 2 tys. nowych roślin.

Obiecuje pan, że będzie więcej drzew, niż było?

To jest pewne. Nic nie muszę obiecywać.

Wie pan, w całym swoim życiu zasadziłem – na swoich inwestycjach, a wcześniej współpracując z lasami, blisko 40 tys. drzew. Ile drzew zasadziły osoby, które dziś krytykują tę inwestycję?

Te osoby są przekonane, że nie trzeba sadzić nowych i małych drzew, gdy mamy stare i rozwinięte.

Powtórzę to jeszcze raz – hotel w Pobierowie nie stoi w miejscu lasu, a w miejscu dawnej jednostki wojskowej, która była w pełni zabudowana, miała wewnętrzne drogi, baraki, inne budynki. Naprawdę, nie mówmy o tym, że tutaj był las, a Gołębiewski własnoręcznie go wykarczował, bo tak nie było. To były jakieś samosiejki, które raz były, raz ich nie było. Zresztą nie jest tajemnicą, jak wojsko traktuje własne tereny. Jak byłaby potrzeba, to też by wycięli wszystko.

Marny to argument, że ktoś inny też by teren wyczyścił.

Jak budujemy autostrady, to nie wycinamy drzew? Jak budujemy nowe tory, to nie wycinamy drzew? Niestety, ale rozwój ma swoją cenę. Grunt, by ją ograniczać lub po prostu naprawiać. A nowe nasadzenia taką naprawą są. Wiem, że ktoś powie, że to małe drzewka, a nie las. Wszystko jednak w swoim czasie.

A jakby pan pojechał do Pobierowa i gospodarzy innych hoteli zapytał o opinię na temat inwestycji? Pogoniliby?

A ja chętnie pojadę, często zresztą mnie zapraszają. Mieszkańcy Pobierowa w większości są zachwyceni tym, że pojawi się u nich nowy hotel, który będzie przyciągał turystów przez cały rok. W szczycie sezonu w każdej nadmorskiej budzie jest ruch. Gdy kończą się wakacje, to kończą się pieniądze.

Ludzie doskonale wiedzą, że duże hotele to miejsca organizacji konferencji, imprez, wydarzeń, które są rozłożone w czasie. My zarabiamy i oni zarabiają. Co to za biznes, który istnieje tylko dwa miesiące w roku? Jak się na takim utrzymać?

O ile ktokolwiek do nich przyjdzie, skoro pan chce oferować wszystko.

I naprawdę myśli pan, że nikt nie przejdzie się do miasteczka i nie zostawi tam pieniędzy? Zostawi. Do Pobierowa, w ten region, przyjeżdża w granicach 100 tys. osób w sezonie. Mieszkają wszędzie, gdzie się tylko da – w agroturystyce, pensjonatach, hotelikach, namiotach i na kempingach. I naprawdę 3 tys. miejsc, które będziemy oferować, wywraca wszystko? To jest nic.

3 tys. osób rozciągnięte w małych hotelach zmieściłoby się na 10 kilometrach nabrzeża. U nas jest to skoncentrowane, naprawdę można zadbać o czystość i ochronę środowiska.

Jako student podczas wakacji jeździłem na Mazury – mieszkałem oczywiście w namiocie. I nikt mi nie powie, że wtedy było czysto, a teraz jest gorzej. Ludzie rozbijali się wszędzie, z drzew robili sobie ogniska i zostawiali za sobą śmieci. Tak było. I od pierwszego dnia działalności hotelarskiej w Mikołajkach utrzymuję czystość na moim terenie. Porządkujemy, segregujemy, czyścimy.

Nie czuje się pan szkodnikiem? Wielu by tak pana nazwało.

Nie, nie czuję się szkodnikiem. Byłbym nim, gdybym wyciągnął ręce do państwa i powiedział: proszę mnie utrzymywać, proszę mi dać pieniądze, a ja będę sobie pił wódeczkę i leżał na kanapie. Gdybym w życiu nic nie robił, nic nie chciał robić i kazał innym mnie opłacać, to wtedy naprawdę czułbym się szkodnikiem.

Od kilkudziesięciu lat prowadzę własne firmy – jedną zajmującą się cukiernictwem (Tago – przyp. red.), drugą zajmującą się hotelarstwem. I naprawdę przez te wszystkie lata udowodniłem, że to jest wartość dodana. Oferuję nowe miejsca pracy, a jeszcze taka inwestycja to jest impuls dla rozwoju regionu. Bilans zysków i strat z działalności Tadeusza Gołębiewskiego moim zdaniem wskazuje na więcej zysków.

Wiem, że są tacy, którzy chętnie by mnie utopili w morzu. Albo w jeziorze.

Albo pozbyli się w górach. Tam też pan ma biznesy.

Zapominają jednak, że moje bankructwo to problem moich pracowników.

Fakty są jednak takie, że gdzie się Tadeusz Gołębiewski nie pojawi, tam pojawia się jakaś afera. W Karpaczu nadzór budowlany przekonywał, że wybudował pan zbyt wysoki budynek – o dwa pietra. Wyburzać pan nie musiał, bo zamienił piętra na szklany świetlik. Unikiem się udało.

Każdą krytykę przyjmuję z pokorą. Każda krytyka to wskazówka, że może coś powinienem był inaczej zrobić. Jeżeli urzędnicy i organy budowlane uznają, że gdzieś był błąd, to przyjmuję to do wiadomości, godzę się z tym. Muszą jednak mieć rację. Muszą udowodnić swoją rację. Ja nie mam problemu ze sprawami sądowymi. Jeżeli sąd rozstrzygnie, że coś zrobiłem źle, to przyjmę to do wiadomości. A jeżeli urzędnicy nie są w stanie wykazać, że coś zrobiłem źle, to jest to moja wina? Czy może potwierdzenie, że nie mieli słuszności?

A może po prostu jest pan cwaniakiem? Zawsze z urzędnikami się pan rozpycha, idzie pan na zwarcie. I ostatecznie wygrywa.

Cwaniakiem to pewnie każdego można nazwać, choć się nim nie czuję. A może jednak? (śmiech) Nie, raczej nie.

Nawet ministra kultury Bogdana Zdrojewskiego pan denerwował – i minister chciał rozbiórki części hotelu. Rozbiórki nie było.

Były za to sprawy sądowe, były w przypadku innych inwestycji odwiedziny nadzoru budowlanego i nic. Może czas przyjąć, że Gołębiewski nie jest taki zły?

Lub państwo jest tak nieskuteczne.

Lub Gołębiewski nie jest taki zły.

Może to dziwić, ale od lat mam prostą zasadę – nie spotykam się z urzędnikami. Gdy jest kontrola podatkowa, mam od tego księgowość. Gdy jest inna, mam od tego dział prawny. Sam unikam takich spotkań jak ognia, by nie być posądzonym o jakiekolwiek układy. A czasami ktoś zapraszał na kawę. Albo na wódeczkę, bo i takie zaproszenia były. Odmawiałem.

Taki widok jest z dachu budynku Źródło: WP, fot: Mateusz Ratajczak

Wielu zapraszało akurat na spotkanie przy alkoholu?

Lata temu na spotkanie, na wódeczkę, zapraszał mnie jeden z ministrów. Do spotkania nie doszło, a ten sam człowiek – już po latach – mi powiedział przy jakiejś okazji, że byłem jednym z niewielu dużych przedsiębiorców, który nigdy nie przyszedł do niego ze sprawą do załatwienia. Zawsze ktoś coś od niego chciał, a ja nie chciałem zupełnie nic. Nawet tej wódeczki czy tam kawy.

Już nawet nie pamiętam, czego miało dotyczyć to spotkanie. Mam prostą zasadę: z urzędnikami i politykami to mogę co najwyżej pogadać o pierdołach, a nie ważnych i biznesowych sprawach. Później będę się tłumaczył, że coś mi dali, załatwili, pomogli. Sam wypracowałem, bez nich.

A dużo spotkań o pierdołach przy wódeczce było?

Mam zdrowy organizm, jeżeli o to pan pyta.

A może pana problemem jest po prostu gigantomania? Od lat mówi się, że Gołębiewski ma manię wielkości, więc może czas się przyznać?

Jaka tam gigantomania… To jest spełnienie potrzeb klientów, czyli czysta kalkulacja biznesowa. Gdy buduje się mały obiekt, to można zaoferować niewiele atrakcji. Jeżeli chce się mieć masę atrakcji, to potrzebny jest duży obiekt, który to wszystko sfinansuje i utrzyma. Mały hotel nie utrzyma kilkunastu basenów w różnych rozmiarach, wodnych ślizgawek, plaży, basenów z ciepłą wodą morską i masaży. Po prostu to się nie spina finansowo. A tego właśnie oczekują Polacy – pełnej oferty, wielu atrakcji i najlepiej, by to wszystko było w jednym miejscu.

Nie jestem tutaj jednak żadnym wizjonerem albo wróżką. Tak to po prostu wygląda na całym świecie. I dlaczego w Polsce miałoby to wyglądać inaczej? Polacy chcą żyć i odpoczywać tak samo, jak robią to ich sąsiedzi. Nie oznacza to jednak, że nie są potrzebne małe i średnie hotele. Są, bo przecież klienci są różni. Nic mi jednak do tego, niech każdy prowadzi biznes tak, jak chce. Ja buduję akurat hotele duże.

I na tym kontrowersje się nie kończą. Były wójt gminy Rewal jest u pana dyrektorem budowanego hotelu. I niektórzy powiedzą, że w nagrodę, bo to za jego kadencji kupił pan te grunty.

Naprawdę? W nagrodę? Jeżeli ktoś sądzi, że praca w branży hotelarskiej jest fuchą marzeń, to się bardzo myli. Zapraszam, podzielimy się zadaniami.

Ten sam człowiek dziś musi się tłumaczyć z inwestycji poczynionych w gminie. I to tłumaczyć przed sądem, przy asyście prokuratora.

To, co dla pana jest minusem w CV, w moim odczuciu jest plusem.

Naprawdę? Pana dzisiejszy dyrektor hotelu zadłużył gminę Rewal na ponad 100 milionów złotych, a prokuratura sadza go na ławie oskarżonych. Wraz ze skarbnikami i pracownikami urzędu. I śledczy mówią tak: doprowadził do zagrożenia utraty płynności, było wiele nieprawidłowości. Gmina nie zbankrutowała, bo uratowała ją ogromna – warta 100 mln zł – rządowa pożyczka.

Naprawdę. Robert Skraburski jako wójt gminy inwestował i być może po prostu przeinwestował. Miał wizję i ją realizował. Być może za wiele chciał zrobić w jednym czasie, ale nie był żadnym łapówkarzem. To bzdury. A gmina wychodzi już na prostą, czyli szybko.

Potrzebny mi był w tej inwestycji człowiek, którego nie trzeba popychać, któremu nie trzeba pokazywać, jak działać i co ma robić. W tym układzie to ja jestem zabezpieczeniem przed nadmiernymi inwestycjami – ja wykładam pieniądze, ja ostatecznie decyduję. Jasno określiliśmy ramy współpracy.

O losie wójta zdecydowała ówczesna premier Beata Szydło. I powiedziała mu: do widzenia! Do gminy wprowadziła komisarza.

Każdy odpowiada za swoje wybory i decyzje. Jeżeli popełnię błąd, to za niego będę odpowiadał swoimi pieniędzmi.

A jeżeli ktoś powie, że znajomość Gołębiewskiego z byłym wójtem wygląda na łapówkarstwo?

A ma pan na to dowody? Jeżeli tak, to proszę je pokazać. Jeżeli nie, to nie ma o czym rozmawiać. Jeżeli popełnię błąd kadrowy, to ja za niego będę odpowiadał. Sam wybieram sobie współpracowników.

Przecież gdyby Gołębiewski popełnił jakikolwiek błąd prawny, dokonał jakiegokolwiek nadużycia, to by mnie rozszarpali. Wszyscy. I urzędnicy, i dziennikarze, i aktywiści.

Chętnych do pracy nie brakuje, więc wydaje mi się, że tak. Na budowie może 10 proc. pracowników to moi ludzie, reszta to osoby działające na rzecz podwykonawców.

[—–]

Wspólnie zdecydowaliśmy, że ruszymy z budową hotelu w Pobierowie, choć żona się nie zgadzała. Mówiła, że czas skończyć.

I co pan zrobił?

Zrobiliśmy głosowanie i przegrała.

Jaki był ostatni błąd Tadeusza Gołębiewskiego?

Nie budowałbym tego hotelu.

Tego, który pan przegłosował z żoną? W ogóle by pan go nie zaczął budować?

W ogóle. Leżałbym sobie dziś na Wyspach Kanaryjskich, pił zimne drinki i wydawał pieniądze na różne głupoty. Dziś myślę, że po tylu latach pracy po prostu mi się to należało – od samego siebie. Gdybym wiedział, jak będzie wyglądał ubiegły rok, to bym się tej inwestycji nie podjął. Gdybym wiedział, że czeka mnie 12 miesięcy nieustannej walki, to bym się tej inwestycji nie podjął. Nie wiedziałem.

Zawsze można zrezygnować. Sprzedać inwestycję, pójść na emeryturę.

W ciągu ostatniego roku spotkałem wielu takich, którzy mówili mi: Tadeusz, ja wciągam ciebie i twoją inwestycję w kilka minut, tyle mam pieniędzy, nawet przy sobie w portfelu. Takie to głupie gadanie i przechwałki małych, choć bogatych ludzi. Nie wiem, ile ofert odkupienia hoteli było poważnych, ile nie, bo żadnych nie rozpatrywałem. Mówiłem tylko „to kup!” i się głupie gadanie kończyło.

Większość osób nie potrafi powiedzieć sobie stop, koniec, dość. To łatwo przychodzi leniom, ale nie przedsiębiorcom. To sytuacja wymusza na nich koniec działalności: albo choroba, albo bankructwo, albo brak sił. W tej chwili mam siły, nie jestem bankrutem, więc działam.

Jak to jest możliwe, że ma pan dwa biznesy, całe życie zarabia i nie stworzył żadnej poduszki finansowej?

Jak to, na co wydaję pieniądze? Na kolejne inwestycje, na moje przedsiębiorstwa. Nie ma ludzi w Polsce, którzy byli przygotowani na rok bez biznesu, bez jakiejkolwiek działalności. I mało tego, taka poduszka nigdy wcześniej – i później – nie miałaby uzasadnienia. Po co zamrażać tak gigantyczne środki? W oczekiwaniu na pandemię? Tego nikt nie mógł przewidzieć.

Nigdy nie myślałem o sobie w kategoriach bogacza, milionera. Zawsze inwestowałem zarobione pieniądze. A to na hotele, a to na ich rozbudowę, a to na modernizację. Przecież żadna firma od pierwszego dnia nie jest taka, jak sobie jej właściciel ją wymarzył. To proces. I u mnie ten proces wciąż trwa.

A może jest pan zbyt łapczywy? Za wiele chce?

Zawsze chcę najlepiej, a nie więcej. Jeżeli chce się robić coś na wysokim poziomie, podbijać zagranicę, nie dawać się konkurencji, albo zagranicznym koncernom, trzeba robić lepiej, i lepiej, i lepiej.

[—-]

I tak właśnie pan myślał, zaczynając produkcję… wafli?

Od tego się zaczął Tadeusz Gołębiewski. Byłem na trzecim roku studiów w Szkole Głównej Planowania i Statystyki (dzisiejsza Szkoła Główna Handlowa – red.). I już wtedy wiedziałem, że muszę iść na swoje. Nie potrafiłem się rozpychać łokciami, a wtedy, by zyskiwać stanowiska i możliwości, trzeba było się nagimnastykować, uśmiechać do partii. To nie było dla mnie.

Mój ojciec był rolnikiem. Ja nie dopuszczałem myśli, że będę pracował jak on. Miałem za to wyuczony fach – cukiernictwo. Nie było mnie stać na narzędzia i maszyny, więc część zbudowałem przy okazji pracy u spawacza. Ja u niego dorabiałem, on mi pozwalał tworzyć. I tak powstały formy do wypieku wafli. Na bazie maszyn wyrzucanych przez przedwojenną fabrykę! Nie były najgorsze, dało się je uratować. I tak zaczęła się produkcja.

Wszystkiego w tych czasach brakowało, więc wafle zaczęły się rozchodzić na pniu. A były też jakościowo niezłe. I, co dla mnie ważne, tanie w produkcji. Przecież to tylko woda, soda i olej.

Jadłby pan dziś?

Pewnie. Były jednak mozolnie produkowane, a później musiałem je rozwozić rowerem. Szybko kupiłem sobie lepszy, żeby mi było wygodniej. A do wyrabiania masy używałem pralki Frani. Ktoś to jeszcze dziś ma?

Nie wiem, czy ma, ale Polacy na pewno pamiętają. A pan w niej wyrabiał ciasto?

Tak zaczynałem. Kilka lat później były andruty i rożki do lodów. I mogłem postawić prawdziwy zakład, a nie taką atrapę. Pieniądze trzeba inwestować. W Austrii znalazłem maszyny i nowe produkty. To były cukierki karmelowe i bezy. I chciałem je u siebie. Powoli, powoli ludzie poznawali Tago i Tadeusza Gołębiewskiego. Były momenty, że po towar w środku nocy przyjeżdżali. Byle mieć u siebie w sklepie!

A pana to cieszyło?

Jak cholera.

I pojawiły się pieniądze. Duże.

Nigdy tak na to nie patrzyłem. Inwestowałem, a jak było więcej, to odkładałem – kupowałem dolary i złoto. I tak sobie myślę, że bogatszy w życiu to nie byłem już chyba nigdy później. Nie wydawałem nic, bo się ukrywałem z tym. Bałem się, że PRL wszystko zabierze. Coś tam nawet zakopałem dla bezpieczeństwa, a pewnie już nigdy nie odnajdę. (śmiech)

Podróżowałem przynajmniej w tamtych latach. Tu Bułgaria, tu Rumunia, to nawet jakaś Grecja. I zamiast pod namiotem pierwszy raz spałem w hotelach.

Na zachodzie ludzie odpoczywali w innych warunkach, w innym świecie. Obiad? Na miejscu, a nie własnoręcznie gotowany. Mieli basen pod oknem zamiast wycieczki nad morze. Jak nie było pogody, to sobie szli na masaż. I poczułem, że przyjdzie czas na Polskę. System się zawali, Polacy będą zarabiać. Byłem gotowy. I w 1989 roku przyszła ustawa Wilczka – Polacy zaczęli handlować wszystkim, a ja wiedziałem, że czas ruszyć w nową stronę.

Źródło: WP, fot: Mateusz Ratajczak

Ziemi za darmo nikt nie oddawał.

Oj nie. W Giżycku mnie wyśmiali, w Mikołajkach musiałem swoje wychodzić. I wypić przy okazji, bo wtedy interesów bez alkoholu to się nie dało załatwiać.

Czyli jednak wódka z urzędnikiem była!

Ja piłem niewiele, a naczelnik sporo więcej. W efekcie zapominał o tym, co mu mówiłem. I tak w kółko. To była dla mnie lekcja. (śmiech)

W 1991 roku wystartowaliśmy w Mikołajkach: baseny, masaże i prawie 300 pokoi. Tylko klientów brakowało. Pojechałem do Niemiec, bo myślałem, że mnie Niemcy uratują. I uratowali! Na targi jeździłem i przekonywałem biura podróży, że tu w Polsce można dobrze odpocząć. Kiedyś to i 50 autokarów dziennie przyjeżdżało!

Nie tęsknię za nimi. Dziś mamy gości w większości z Polski, znają markę.

Autokary Niemców to jedno, ale tajemnicą nie jest, że w Mikołajkach to gangsterzy z Pruszkowa lubili się bawić. Lubili też luksus, a szukali go u pana.

Nie miałem świadomości, że to są bandyci.

Nie broili?

A to różnie. Dopóki nie wypili, to byli grzeczni. Najczęściej rozrabiali jacyś ochroniarze. Ale ja miałem swoich i to lepszych.

Lepszych?

Tak, zatrudniliśmy ochroniarzy z Rosji. Żadnych tam gangsterów, ale ludzi, którzy dużo widzieli i wiedzieli, jak zachować zimną krew, jak przekonać niegrzecznych do uspokojenia się. Raz nie upilnowali i jedna z pań postanowiła nogami grać na fortepianie. Rozwaliła. Panowie z Pruszkowa przeprosili, zapłacili. Lata 90. to były szalone czasy.

Czyli wiedział pan, jakich ma gości? I nie bał się?

Goście to goście. Większości rzeczy dowiedziałem się lata później. Nigdy interesów nie robiłem, wódki nie wypiłem, a i kawy też nie. Chcieli pieniądze pożyczać, gdy tylko dowiedzieli się, że jest gorsza sytuacja finansowa. A dość szybko się dowiedzieli. Ale nie pożyczyłem. Może i jest ze mnie prosty człowiek ze wsi, ale wiem, jak takie kredyty mogą się kończyć.

Helikopter pan sobie kupił. I do dziś wypominają.

Jak się ma firmy w całej Polsce i wszystkich chce się doglądać, to trzeba szukać oszczędności – czasowych. Dla mnie to jest jak samochód. Jest szybciej, łatwiej i wygodniej. Dziś zresztą nie wytrzymałbym zdrowotnie takich długich podróży. Z Karpacza do Mikołajek, z Mikołajek do Pobierowa? Musiałem mieć coś innego. Kiedyś latałem sam, dziś to już nie te lata.

Na coś wydaje pan pieniądze? Jakieś fanaberie? Samochody, egzotyczne wyjazdy?

Nie.

Sztuka?

Wszystkie obrazy, które posiadałem, w ostatnim roku wyprzedałem. A w kolekcji były i okazy po 400 tys. zł. Sprzedane, by ratować biznes. W kolekcji to i Wojciech Kossak był, ale też poszedł pod młotek. Obrazy sprzedane, złoto sprzedane. Obrączka mi tylko została.

Żona mogłaby się zdenerwować, gdyby pan sprzedał. Żadnych pasji?

Praca jest pasją!

A odpoczynek?

Odpoczywam przy pracy. Gorzej mi, gdy nie pracuję. Przez rok mało pracowałem i od razu podupadłem na zdrowiu.

Na salony się pan nie wybiera?

Nigdy. Jestem za stary, żeby się pchać na salony. I chyba na dobrą sprawę nie rozumiem tych celebrytów. Nie mam się czym popisywać. Coś mam, czegoś nie mam. Według mnie nie ma co podziwiać.

A jak przyjdzie kończyć działalność, bo zdrowie na więcej nie pozwoli?

To się skończę. Po prostu. Tadeusz Gołębiewski może kiedyś się skończyć.

Rodzina usłyszała już plan na taką ewentualność?

A po co? Wiedzą, jak prowadzić biznesy. Poradzą sobie.

Kilka lat temu byliśmy z całą rodziną w Dubaju. Chciałem trochę pobyć z nimi, a przy okazji sprawdzić, jak wyglądają najnowsze hotele. Dla inspiracji, trzeba podglądać światową konkurencję. Później mi wypominali, że to nie był żaden wyjazd, bo co dwa dni zmienialiśmy hotele. Myślałem, że sobie ze mnie żartują. Taka atrakcja! Tyle miejsc! Nie mają chyba większych pretensji, nie będą mi wypominać.

Trzaskowski zakazał modlitwy bo w sobotę 25 VI. na ulice wyjdą sataniści? „Każde dziecko ma prawo do seksualności.”

Bojówkarze, którzy dokonali napaści na naszych wolontariuszy, zostali specjalnie przeszkoleni z dokonywania aktów agresji w ramach warsztatów… sfinansowanych przez władze miasta Warszawa!

Mariusz Dzierżawski <pomagam@stopaborcji.pl

Szanowny Panie już w najbliższą sobotę odbędzie się w Warszawie największa w Polsce „parada równości” LGBT. Z tej okazji prezydent stolicy Rafał Trzaskowski zakazał naszej Fundacji organizowania procesji pokutnej za grzech sodomii na ulicach Warszawy w tym samym dniu. Gdy nam zabrania się modlić i ujawniać prawdę o deprawacji seksualnej dzieci, w „paradzie równości” oficjalnie wezmą udział członkowie… „Świątyni Szatana”! 
Co więcej, organizatorzy „parady” chwalą się tym, że uczestnikiem i promotorem warszawskiej „parady” był w przeszłości Volker Beck – niemiecki polityk, który domagał się legalizacji pedofilii! Większość naszego społeczeństwa w ogóle nie jest tego świadoma.
Warszawski Ratusz chce zakazać procesji
Na sobotę w godzinach 12:00-17:00 zaplanowaliśmy zgromadzenie w centrum Warszawy połączone z przemarszem ulicami miasta. Chcieliśmy zorganizować procesję pokutną w związku z publiczną promocją zgorszenia, połączoną z akcją informacyjną ostrzegającą Polaków przed tzw. „edukacją seksualną”. Trasa procesji nie koliduje z „paradą” LGBT, gdyż ma przejść innymi ulicami.
Dostaliśmy właśnie pismo od prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego, w którym informuje on nas, że zakazał nam organizacji tego wydarzenia. Wie Pan dlaczego? Trzaskowski sugeruje, że nasza procesja stanowi zagrożenie dla życia i zdrowia. Trudno chyba o bardziej absurdalny argument… Ewentualnymi agresorami mogliby być aktywiści cywilizacji śmierci. Dlaczego zatem to nam zakazuje się pokojowych zgromadzeń?
Skoro istnieje zagrożenie ze strony bandytów, to nimi trzeba zająć się w pierwszej kolejności, a nie tolerować ich działalność Wolontariusze naszej Fundacji nieustannie doświadczają realnego zagrożenia dla życia i zdrowia ze strony aktywistów radykalnej lewicy. W Warszawie przemoc wobec nas jest szczególnie duża i nasila się od 2020 roku, kiedy to aktywiści LGBT napadli w centrum stolicy na naszą furgonetkę i pobili naszego kierowcę. W trakcie ataku agresorzy nakleili na masce naszego samochodu nalepkę z tęczowym logiem „parady równości”.
Co więcej, jak ustalili dziennikarze, bojówkarze, którzy dokonali napaści na naszych wolontariuszy, zostali specjalnie przeszkoleni z dokonywania aktów agresji w ramach warsztatów… sfinansowanych przez władze miasta Warszawa! W ostatnich latach w Warszawie kilkadziesiąt razy (!) niszczono furgonetki należące do naszej Fundacji. Dwie furgonetki spalono na ulicach stolicy, a pożary stanowiły zagrożenie dla postronnych osób. Wielokrotnie napadano na naszych wolontariuszy, zakłócano nasze zgromadzenia i grożono naszym działaczom. W związku z tym, Rafał Trzaskowski to nam zakazuje działalności i modlitwy na ulicach Warszawy. W tym samym czasie organizatorzy „parady równości” informują, że ulicami stolicy przejdą razem z nimi członkowie „Świątyni Szatana” – międzynarodowej organizacji satanistycznej… W ramach naszego zgromadzenia, planowanego na sobotę, chcieliśmy nie tylko modlić się, ale również ostrzegać Polaków przed ogromnym zagrożeniem.
Organizatorzy sobotniej „parady równości” publicznie chwalą się na swojej stronie internetowej tym, że uczestnikiem i promotorem warszawskiej „parady” był w przeszłości Volker Beck – niemiecki polityk z partii Zielonych, który domagał się legalizacji pedofilii. Beck postulował w latach 80 tych zniesienie kar za seks z dziećmi, gdyż, jego zdaniem: każde dziecko ma prawo do seksualności.”  Beck był również współautorem książki o „seksualności pedofilskiej”. W tym samym czasie jego partia oficjalnie dążyła do legalizacji pedofilii w Niemczech. W swoim programie Zieloni opowiadali się za legalizacją stosunków seksualnych między dziećmi a dorosłymi i pochwalali tzw. „pozytywną pedofilię”, czyli seks za obopólną zgodą dziecka i dorosłego. Volker Beck jako europoseł w 2005 roku wziął udział w warszawskiej „paradzie równości” LGBT. Było to wtedy jedno z pierwszych tego typu wydarzeń w Polsce.
Już kilkadziesiąt lat temu podjęto oficjalne próby legalizacji pedofilii, nie tylko w Niemczech ale także w innych krajach. To jeden z efektów rewolucji seksualnej, która rozwijała się wtedy na Zachodzie. Postulat ten, wyrażany wprost, trafiał jednak na słuszny opór opinii społecznej i nie udało się go przeforsować. Dlatego jego zwolennicy zmienili taktykę. Tematy związane z seksualnością człowieka stanowiły sferę intymną. Rewolucjoniści moralni postanowili to zmienić i zaczęli oswajać dzieci z seksem od najmłodszych lat.Chodzi o to, aby dzieci jak najwcześniej rozpoczynały współżycie i żeby seks był banalną częścią ich życia, tak jak zabawa czy jedzenie. W tym celu w kolejnych państwach zaczęto wprowadzać do szkół i przedszkoli tzw. „edukację seksualną”, za pomocą której rozbudza się dzieci seksualnie i uczy je, że mają „prawa seksualne”. Międzynarodowe wytyczne, mówiące jak powinny przebiegać zajęcia „edukacji seksualnej”, opracowała Światowa Organizacja Zdrowia WHO we współpracy z Ministerstwem Zdrowia Niemiec.
Wedle tych standardów, dzieci w wieku 0-4 lat powinny otrzymywać informacje na temat radości i przyjemności z masturbacji, a dzieci w wieku 6-9 lat powinny rozumieć w jaki sposób wyraża się zgodę na seks. Wszystko po to, aby dzieci w wieku 12-15 lat nauczyły się „umiejętności negocjowania i komunikowania się w celu uprawiania bezpiecznego i przyjemnego seksu.” Z kolei na każdym etapie takiej „edukacji”, już od noworodka (!), należy pozytywnie nastawiać dzieci do „różnych stylów życia” i „norm związanych z seksualnością, jednym z oficjalnych żądań politycznych warszawskiej „parady równości”, która odbędzie się w sobotę, jest wprowadzenie do polskich szkół i przedszkoli tzw. „edukacji seksualnej”. 
We wcześniejszej warszawskiej „paradzie”  brał udział promotor pedofilii Volker Beck, czego nie kryją jej organizatorzy. To jednak jeszcze nie wszystko. Byłym rzecznikiem prasowym warszawskiej „parady równości” jest aktywista LGBT Mariusz Drozdowicz, który publicznie stwierdził, że: ja, dla przykładu, jestem transem i pedofilem. I spoko, żyje mi się z tym całkiem fajnie (…) Nie zgadzam się na zakaz mówienia o pozytywnej pedofilii.” Wynika z tego, że były rzecznik „parady” chciałby, aby w Polsce swobodnie toczyła się dyskusja na temat tzw. „pozytywnej pedofilii”, czyli seksu z dzieckiem odbywającego się za jego zgodą. Drozdowski otwarcie przyznawał też, że jest fanem gejowskiej pornografii, którą kolekcjonuje. Wedle jego relacji, uwielbia „szczupłych, młodych chłopców”, a na Facebooku podawał się za „opiekuna młodych chłopców odwiedzających jeden z warszawskich klubów”. W internecie ze szczegółami opisuje swoje fantazje seksualne i liczne relacje homoseksualne. Podobne rzeczy dzieją się nie tylko w stolicy. Grupa Stonewall to organizacja lobby LGBT, która odpowiada za „edukację seksualną” dzieci i młodzieży w szkołach na terenie Poznania i Wielkopolski. Jakiś czas temu Stonewall wydała, za pieniądze z budżetu miasta (!), broszurę pt. „Poznań w kolorach tęczy”. Publikacja otwarcie opisuje… orgie homoseksualne z udziałem młodych, kilkunastoletnich chłopców, którym oddają się środowiska stojące za „edukacją” seksualną dzieci i młodzieży w Polsce. Grupa Stonewall jest również organizatorem „parady równości” w Poznaniu.
Te środowiska mogą bez przeszkód oswajać Polaków, w szczególności dzieci i młodzież, z rozwiązłością seksualną i domagać się wprowadzenia w naszym kraju „edukacji seksualnej”. W tym samym czasie nam zabrania się ostrzegania przed tym zjawiskiem. Nie zamierzamy się jednak ugiąć i poddać. Polacy muszą dowiedzieć się, na czym tak naprawdę polega „edukacja seksualna”forsowana przez aktywistów LGBT i czemu służą „parady równości” organizowane na ulicach naszych miast. Pod wpływem zmasowanej propagandy, która sączy się z niemal wszystkich największych mediów, większość naszych rodaków nie ma pojęcia o zagrożeniu.
Pomimo prześladowań, zamierzamy być obecni na ulicach Warszawy i innych miast Polski. Będziemy używać wszystkich dostępnych środków, aby nie dać się usunąć z przestrzeni publicznej. Pomimo tego, że przeciwko nam są media, sprzedajni politycy, organizacje międzynarodowe, obce ambasady (aż 46 ambasad wyraziło poparcie dla działań aktywistów LGBT w Polsce) i sataniści, będziemy dalej walczyć o nasze dzieci. Aby móc działań, potrzebujemy Pana pomocy w organizacji kolejnych, niezależnych akcji informacyjnych z użyciem furgonetek, lawet, billboardów, plakatów, megafonów i internetu. W ten sposób trafiamy do Polaków z ostrzeżeniem, szczególnie w tych miastach, przez które przechodzą „parady równości”. W najbliższym czasie będzie to Warszawa oraz Poznań, Bielsko-Biała, Kielce i Pruszków. Na organizację akcji potrzebujemy ok. 13 000 zł.
Wie Pan kto oprócz satanistów i aktywistów LGBT oficjalnie weźmie udział w warszawskiej paradzie równości? Przedstawiciele m.in. JP Morgan, Goldman Sachs, BNP Paribas, Credit Suisse, Nordea, Citi, Accenture, HP, Microsoft i Google – czyli największych na świecie korporacji bankowych, finansowych i technologicznych. 
Tego typu instytucje gwarantują gigantyczne finansowanie postępów cywilizacji śmierci. My nie możemy liczyć nawet na ułamek takiego wsparcia.
Dlatego zwracam się do Pana z prośbą o przekazanie 35 zł, 70 zł, 140 zł, lub dowolnej innej kwoty, aby umożliwić organizację niezależnych akcji informacyjnych ostrzegających Polaków przed deprawacją seksualną ich dzieci. Możemy je prowadzić tylko dzięki stałemu i regularnemu wsparciu naszych Darczyńców. Numer konta: 79 1050 1025 1000 0022 9191 4667
Fundacja Pro – Prawo do życia
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków
Dla przelewów zagranicznych – Kod BIC Swift: INGBPLPW

Kaczyński ma tak fatalna rękę do kadr, że nawet co do samego siebie się pomylił

Matka Kurka https://www.kontrowersje.net/kaczynski-ma-tak-fatalna-reke-do-kadr-ze-nawet-co-do-samego-siebie-sie-pomylil/

Kaczyński „rezygnuje ze służby dla Polski, żeby służyć partii” i to nie moje słowa, ale oficjalne stanowisko byłego „wicepremiera do spraw bezpieczeństwa”. Gdyby ktoś nie kojarzył, że taki wicepremier o tak dziwnym tytule, który specjalnie dla niego został stworzony, w ogóle istniał, to śpieszę poinformować, że istniał i nazywał się Jarosław Kaczyński.

Ostatni raz z powagi państwa w podobny sposób zakpił ten sam polityk Jarosław Kaczyński i sprawa również dotyczyła wicepremiera powołanego na siłę. Było to w 2006 roku, kiedy to najpierw prezes PiS zdecydował o dymisji śp. wicepremiera Andrzeja Leppera, uznając go za „człowieka o marnej reputacji”, a potem w nocy Lepper ponownie został powołany na to samo stanowisko. W tamtym czasie jeszcze jakoś dało się to usprawiedliwić, PiS nie miał żadnego wyboru i musiał się dogadywać z „ludźmi o marnej reputacji”, żeby utrzymać większość w sejmie.

W 2021 roku, gdy Jarosław Kaczyński obejmował stanowisko wicepremiera o egzotycznym tytule, nie istniała najmniejsza konieczność, aby taki ruch wykonywać. PiS miał większość i mógł w dowolny sposób zapewniać bezpieczeństwo państwa, bez tworzenia groteskowych stanowisk w rządzie. Stało się inaczej i nikt od początku nie krył po co ten cały cyrk został uruchomiony?!

Kaczyński miał być policjantem pilnującym, aby się Morawiecki z Ziobrą nie pozagryzali. Niczemu innemu to nie miało służyć, ale i to się Kaczyńskiemu kompletnie nie udało. W efekcie podał się do dymisji i ponownie, z pełną bezczelnością, podał partyjniackie powody swojej decyzji:

„To nie tak, że przeceniam swoją rolę, chodzi po prostu o to, że partia musi odzyskać werwę, bo zbliża się ten czas, który dla każdej partii politycznej na świecie jest najważniejszy. Wybory są po to, aby uzyskać dobry wynik wyborczy, a jeśli chodzi o PiS, to tym dobrym wynikiem wyborczym będzie ich wygranie i możliwość sprawowania władzy, oczywiście w koalicji Zjednoczonej Prawicy.”

Jestem pod wrażeniem politycznego realizmu, ale w treści tej krótkiej wypowiedzi zwiera się też definicja tego, co z się z człowiekiem i politykiem Kaczyńskim stało. Najkrócej mówiąc Jarosław Kaczyński upadł i nie sądzę, żeby się już podniósł. Zaledwie kilka zdań pokazuje, o co temu politykowi chodzi i co mu spędza sen z powiek. Kaczyński ma dwa priorytety: utrzymanie swojej pozycji w partii i wzmocnienie pozycji partii, by ta była zdolna do utrzymania władzy.

W zasadzie jest to kwintesencja polityki, jeśli się pozbędziemy wszelkich złudzeń i naiwności, ale przyznacie Szanowni Rodacy, że mimo wszystko robi wrażenie. Oto człowiek, który tysiące razy opowiadał o służeniu Polsce i zdobywaniu władzy po to, żeby Polskę zmieniać, zrezygnował z pracy dla Polski na zaszczytnym stanowisku wicepremiera i postanowił poświecić się partii, żeby ta zdobyła władzę dla samej władzy.

Choćbym nie wiem ile sentymentów i pozytywnych wspomnień zachował w pamięci, a były takie momenty, kiedy Kaczyńskiemu i PiS chciało się pomagać, to nie jestem w stanie obronić tego cynicznego i jednocześnie żałosnego zachowania.

Polityk zawsze bierze odpowiedzialność za swoje decyzje, o Kaczyńskim od zawsze się mówiło, że jego największą wadą jest fatalna ręka do kadr. Dziś ten zarzut potwierdził się z całą mocą, bo trudno o bardziej dobitny obraz niż Kaczyński, który swoją postawą przyznaje, że pomylił się co do siebie samego.

Przykro się na to wszystko patrzy i chociaż cały przebieg „kariery” wicepremiera Jarosława Kaczyńskiego przewidziałem od początku do końca, to nie czuję żadnej satysfakcji. Co jakiś czas Polska dostaje kolejną szansę od opatrzności albo w świeckiej wersji od losu, ale zazwyczaj są to krótkie chwile, po których niezmiennie się okazuje, że do polityków i partii to nasza ukochana Ojczyzna nie ma szczęścia. Miał Kaczyński do dyspozycji prawie wszystkie narzędzia, żeby Polska, była Polską, ostał mu się ino sznur, którym będzie odzyskiwał werwę partyjną.

Rząd przygotowuje sobie grunt pod szybkie, tanie i bezproblemowe wywłaszczenia.

RÓWNIE WAŻNE JAK PROTEST:

https://www.facebook.com/groups/NieDlaCPK/permalink/778692473494795/

Po cichutku, ale nie po malutku, rząd przygotowuje sobie grunt pod szybkie, tanie i bezproblemowe wywłaszczenia. Nie ogranicza się w tym też za bardzo – zmiany w ustawie o gospodarce nieruchomościami dotyczą wywłaszczeń nie tylko pod CPK i KDP, ale tak ogólnie, pod wszystkie cele publiczne.

Czyli jak ktoś w przyszłości będzie wywłaszczany pod cokolwiek – to już na znacznie gorszych warunkach.

Jest to kolejny krok (po ograniczeniu swobodnego obrotu ziemią rolną kilka lat temu) w konsekwentnym dążeniu do ograniczania konstytucyjnego prawa do własności w Polsce.

Na sejmowych stronach znajduje się gotowy, świeżutki projekt zmian w ustawie o gospodarce nieruchomościami. Dowiadujemy się z niego m.in. że:

Już na 100% likwidowana jest tzw. zasada korzyści stosowana do tej pory, będąca jedyną szansą na uzyskanie odszkodowania pozwalającego ułożyć sobie życie w innym miejscu. O tym, że rynkowa wartość nieruchomości (która ma być podstawą wyliczenia wysokości odszkodowania) na terenach, na których obrót nieruchomościami został praktycznie zamrożony, spada i będzie spadać wspominać już chyba nie trzeba… Tak po prostu jest, a spółka CPK zaciera ręce z radości.

W projekcie ustawy w zawiły sposób przedstawione są sposoby obliczania rozmaitych “bonusów” mających rzekomo zrekompensować utratę prawa do zasady korzyści. Niestety to zwykła zasłona dymna – oprócz rzadkich przypadków – odszkodowania będą zdecydowanie niższe. Zresztą nie kryje się z tym partia rządząca, z dumą przedstawiająca wyliczenia, pokazujące jak skarb państwa ma na tym spektakularnie “zaoszczędzić”.

Bardzo interesujący jest rozdział 2.5 uzasadnienia – „Zgodność zmian dot. wywłaszczenia z Konstytucją RP i Konwencją o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności”. W rozdziale tym autor doskonale sam sobie przeczy przytaczając różne definicje słusznego odszkodowania gwarantowanego w Konstytucji RP. Zmiany wprowadzone do omawianej ustawy sprawiają, że proponowany sposób wyliczania odszkodowania za wywłaszczenie nie spełnia żadnej z tych definicji. Czyli jest niezgodny z Konstytucją RP. Ale kto by się tym przejmował…

Projekt zmian dotyczy również bezpośrednio ustawy o CPK z 2018r – wprowadzane zmiany dają spółce dość szeroką dowolność w ustalaniu wysokości odszkodowań…w górę! Daje to wspaniałe możliwości do spekulacji ziemią i wypłacania “wybrańcom” odszkodowań wyższych niż wyliczonych wg ustawy o gospodarce nieruchomościami. Kim będą wybrańcy, którzy skorzystają na tych zmianach? Czas pokaże…

Temat ten polecamy uwadze zaangażowanych w naszą sprawę posłów:

Dlaczego Polacy zgłupieli? Oto jeden z głównych powodów: Gwałt na pojęciach.

Dlaczego Polacy zgłupieli? Oto jeden z głównych powodów

Autor: CzarnaLimuzyna, 21 czerwca 2022

https://www.ekspedyt.org/wp-content/uploads/2017/10/Escher_optical-illusion.jpg

Od wielu lat namawiam do nazywania rzeczy po imieniu. Teoretycznie jest to możliwe, lecz do zastosowania tej zasady w praktyce potrzebna jest wiedza – znajomość CAŁEJ prawdy o danym zjawisku, idei lub wydarzeniu politycznym.

Fałszywe słowa, fałszywe nazwy zawierają w sobie truciznę, której połknięcie częściowo paraliżuje nam rozum. Odrobinkę. W przypadku połknięcia większej ilości kłamstw paraliżuje bardziej. Trudniej nam się myśli, trudniej dokonuje analiz, jesteśmy bardziej podatni na manipulacje, a kolejne trucizny zatruwają nam nie tylko rozum, ale serca i dusze.

Doskonałym przykładem fałszu jest nazwa instytucji politycznej zwanej Unią Europejską. Nazwa ta jest z pewnego istotnego punktu widzenia całkowicie fałszywa. Geograficznie jest to obszar położony na kontynencie europejskim, lecz pod innymi względami nazwa nie odpowiada prawdzie.

W 2017 roku „UE” ogłosiła oficjalnie, że aktualnie jej programową wytyczną jest i pozostanie ideologia komunistyczna. Trudno w to uwierzyć, ale większość ludzi nie wie tego do dzisiaj.

Z historii wiemy, że żadna odmiana komunizmu nie jest lepsza od nazizmu. Może natomiast być z nim skonfliktowana, często pozornie, zazwyczaj tylko w warstwie werbalnej.

Unia jest również organizacją faszystowską spełniającą klasyczną definicję w teorii oraz realizującą tę ideologię w praktyce. „Nic bez Unii, nic poza Unią, nic przeciwko Unii”.

Każda ideologia totalitarna zawiera w sobie domieszkę komunizmu, faszyzmu, a nawet nazizmu pojmowanego jako gwarantowana prawnie dominacja klas panujących – narodów, ras oraz grup uprzywilejowanych. W unii posteuropejskiej i nie tylko, wbrew plotkom, narodem obranym, obranym za przewodni nie są Eskimosi, lecz Żydzi. Niżej w hierarchii stoją kolorowi, a potem osobnicy odbiegający od normy.

Czy antyeuropejskie działania można nazwać europejskimi?

Bardzo często słyszymy sformułowanie „wartości europejskie”. Warto napisać czym są. W praktyce unia anty-europejska zajmuje się:

  • systematycznym odbieraniem wolności i innych podstawowych praw.
  • okradaniem obywateli z równoległym ograniczaniem prawa do dysponowania własnymi pieniędzmi /majątkiem/.
  • wspomaganiem procederu zabijania dzieci nienarodzonych na żądanie.
  • inwigilacją i cenzurą pod płaszczykiem bezpieczeństwa i poprawności – zgodności z neomarksistowskim standardem – tzw. praworządnością, której mają pilnować urzędnicy nowego prawa /sędziowie z unijnym certyfikatem/.
  • Zarządzaniem procesem niszczenia moralności i umiejętności logicznego myślenia poprzez finansowe wspieranie inicjatyw de-edukacyjnych –  ogłupiających  – demoralizujących, a w końcowym etapie różnych form depopulacji.
  • [ – Wydzieliłbym: nachalnym wciskaniem [to o wiele więcej, niż „promowanie”] zboczeń seksualnych, rozpusty, satanizmu. md]

Inne słowa i sformułowania… jest ich mnóstwo, lecz pozostawiam to pole wolnym dla Czytelników. Dopiszę tylko jedno w kontekście powyższego. “Zjednoczona prawica”. Fejkowa nazwa lewicowej, a co za tym idzie zdegenerowanej koterii, która swoją teoretyczną niezgodę i teoretyczny opór wobec unii okazuje w praktyce: na klęcząco lub pełzając. Podobny rozdźwięk pomiędzy teorią a praktyką występuje na każdym kroku. Wystarczy zacytować głównego Sromotnika (m.in. od sromoty), który powiedział niedawno:

Bez Śp. Lecha Kaczyńskiego nie moglibyśmy doprowadzić do tego, że dzisiaj Polska jest dużo sprawiedliwsza, silniejsza i lepsza. Broniona jest suwerenność, podmiotowość…

Cytat równie prawdziwy jak deklarowany “patriotyzm” i “prawicowość” członków tej antypolskiej w praktyce, formacji.

Czy będziemy musieli się modlić do polakożerców Andrzeja Szeptyckiego i Andrija Bandery?

[Artykuł z 2017r., ale… niestety aktualny, więc przypominam. Mirosław Dakowski]

Greckokatolicki metropolita lwowski Andrzej Szeptycki znalazł się wśród ośmiorga sług Bożych, których dekrety o heroiczności cnót zatwierdził 16 lipca papież Franciszek.   — Oznacza to, że już wkrótce może on zostać zaliczony w poczet błogosławionych.  — Z kolei 27 lipca poinformowano, że za wstawiennictwem metropolity Szeptyckiego miał się dokonać cud. — Tego rodzaju wydarzenie w zasadzie bezpośrednio umożliwia beatyfikację, jednak musi to zostać zatwierdzone przez Watykan. / Kresy.pl (29 lipca 2015)

W latach 1900-1944 arcybiskupem grekokatolickim (ukraińskim) Lwowa był Andrzej Szeptycki – Polak-renegat i nieprzejednany wróg Polski i Polaków, współtwórca i ojciec duchowy nacjonalizmu ukraińskiego,

— człowiek, który po napadzie Niemiec na Związek Sowiecki 22 czerwca 1941 roku, w imieniu swoim i narodu ukraińskiego skierował do Hitlera własnoręcznie podpisaną deklarację chęci uczestnictwa w budowaniu „nowego porządku w Europie”, a po zdobyciu przez Wehrmacht Kijowa wysłał do Hitlera list z gratulacjami;

— później, — w 1943 roku   —  do  ukraińskiej Dywizji SS Galizien delegował 20 kapelanów greckokatolickich i nigdy nie potępił ludobójstwa ludności polskiej —  przez bandycką Ukraińską Powstańczą Armię, złożoną głównie z jego wiernych (Wikipedia).

Dlatego, kiedy Ukraińcy na emigracji rozpoczęli starania w Watykanie o wyniesienie   Szeptyckiego na ołtarze,   —  ówczesny prymas Polski, kard. Stefan Wyszyński dwukrotnie,   w 1958 i 1962 roku zablokował w Watykanie jego proces beatyfikacji   — (Dwie twarze abp Szeptyckiego, wywiad z Andrzejem A. Ziębą „Rzeczpospolita” 29.11.2009).

Pisałem już w KWORUM o abp Andrzeju Szeptyckim („Abp Andrzej Szeptycki – patron renegatów i ludobójców?” 6.10.2012).

Jednak później znalazłem dwie dodatkowe informacje niepochlebnie świadczące o nim i jego współpracownikach.

Pierwsza to ta, że   — nie tylko reprezentantem arcybiskupa Andrija Szeptyckiego w rozmowach z niemiecką antypolską organizacją HAKATA w zaborze pruskim —  (o której wyjątkowo podłej antypolskiej działalności uczy się w szkole młodzież polska) — przed I wojną światową był ks. Włodzimierz Hanyckyj,  — ale także, i to na pewno   — z inicjatywy Szeptyckiego, zapoczątkował te kontakty i do końca był głównym łącznikiem (Stanisław Stroński Pierwsze lat dziesięć (1918-1928) Lwów 1928, str. 41-47).

A druga to ta, że — sekretarz arcybiskupa Szeptyckiego z okresu II wojny światowej,  —  ks. Josyp Kładoczny, który był konfidentem Gestapo, — pod koniec   1942   roku przybył do Warszawy z pełnomocnictwem od Szeptyckiego do nawiązania kontaktów z polskimi działaczami konspiracyjnymi.

Wszystkie   osoby, z którymi się kontaktował, zostały później aresztowane, — w tym Władysław Minkiewicz, M. Rettinger, redaktor „Czasu” Jan Moszyński i R. Żurowski oraz jego żona i córki.

Moszyński przesłał gryps z Pawiaka do rodziny, w którym podał, że — zadenuncjował ich wszystkich ks. Kładoczny (A. Kubasik, Arcybiskupa Andrzeja Szeptyckiego wizja ukraińskiego narodu, państwa i cerkwi, Lwów–Kraków 1999).

Te fakty rzucają dodatkowy cień na abpa Szeptyckiego.

Jeśli  nawet nie brał w tym wszystkim udziału, — co jest mało prawdopodobne, —  to   sam fakt, że w jego najbliższym otoczeniu byli kapłani, którzy zamiast służyć Bogu służyli szatanowi, — stawia Szeptyckiego w złym świetle.

To na pewno nie kandydat na ołtarze!

Ukraińcy i Ukraińska Cerkiew grekokatolicka — (jej poprawna nazwa powinna brzmieć Ukraińska Cerkiew Prawosławna Podległa Watykanowi, gdyż dzisiaj jest to wyznanie, obrzęd i tradycja czysto prawosławna) — nie dają za wygrane.

Prośbą i groźbą (szantażem) domagają się od Watykanu wyniesienia Szeptyckiego na ołtarze.

Watykan uległ tym nachalnym naciskom i  —  27 czerwca 2001 roku usłyszeliśmy słowa adresowane do Ukraińców: 

— „Jak moglibyśmy nie wspomnieć dalekowzrocznej i gruntownej działalności pasterskiej Sługi Bożego, metropolity Andrzeja Szeptyckiego, którego proces beatyfikacyjny posuwa się do przodu, i którego mamy nadzieję oglądać pewnego dnia w chwale świętych?”

[UWAGA! — To pontyfikat „Wielkiego Świętego JP II” — przyp. m.j]

Biskupi polscy, — z których większość jeśli nie wszyscy zapewne nie wiedzą kim był Szeptycki, tym razem nie protestują. — Co więcej, arcybiskup krakowski, kard. Stanisław Dziwisz wziął udział w zorganizowanej przez Ukraińców w 2009 roku konferencji ukraińsko-polskiej o „świętości” Szeptyckiego.

[Nieuki i nie-Polacy… nie wiedzą, nie wiedzą  (bo Polacy wiedzą) — i nie ma im kto powiedzieć …  —  jak ze Stalinem, taki był dobry i nic nie wiedział — przyp. m.j

Widać jednak, że sam Bóg czuwa, aby do tego nie doszło. — Bowiem kluczowymi momentami procesu beatyfikacyjnego są stwierdzenie heroiczności cnót Sługi Bożego oraz kanoniczne stwierdzenie, że za jego wstawiennictwem dokonał się co najmniej jeden cud. Lata lecą i lecą – to już 13 lat od zapowiedzi watykańskiej, a tego cudu jakoś nie ma i nie ma! Taki to był „sługa boży”! Watykan zdaje sobie bardzo dobrze sprawę z tego jak wielkie oburzenie na świecie wywoła komunikat zapowiadający beatyfikację Szeptyckiego.   — Bo prawdziwej historii Szeptyckiego nie jest dzisiaj w stanie zmienić nawet sam Bóg, bo wówczas przystał by być Bogiem.

[ cud to żaden problem … dzisiaj… właśnie się „zdarzył” … — zob. Andrzej Szeptycki znalazł się wśród ośmiorga sług Bożych, których dekrety o heroiczności cnót zatwierdził 16 lipca papież Franciszek.   — Oznacza to, że już wkrótce może on zostać zaliczony w poczet błogosławionych.  — Z kolei 27 lipca poinformowano, że za wstawiennictwem metropolity Szeptyckiego miał się dokonać cud. — Tego rodzaju wydarzenie w zasadzie bezpośrednio umożliwia beatyfikację, / Kresy.pl (29 lipca 2015)  — przyp. m.j

Bezczelność ukraińska i Ukraińskiej Cerkwi grekokatolickiej jest bezgraniczna.

Otóż w 2009 roku centrum kanonizacji Ukraińskiej Cerkwi Greckokatolickiej rozpoczęło starania w Watykanie także o  beatyfikację ks. Andrija Bandery (Tatiana Serwetnyk Błogosławiony Bandera? „Rzeczpospolita” 18.4.2009).

Andrij Bandera (1882-1941) to —  ojciec Stepana Bandery (1909-1959), który był terrorystą (takim prawdziwym), twórcą ukraińskiej nacjonalistycznej frakcji banderowskiej OUN-B, odpowiedzialnej za rzeź Polaków na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej w latach 1943-45 (100 000 ofiar).

Tymczasem prezydent Ukrainy Wiktor Juszczenko 20 stycznia 2010 podpisał dekret którym Stepanowi Banderze nadano pośmiertnie tytuł Bohatera Ukrainy.

— Stawia mu się pomniki (np. wielki we Lwowie, nazwa ulice jego imieniem, Poczta Ukraińska wypuściła znaczek pocztowy itd.).

Z biogramu opublikowanego w Wikipedii nie widać, aby Andrij Bandera zasłużył sobie na wyniesienie go na ołtarze.   — Bo aresztowanie go przez NKWD i śmierć w więzieniu to stanowczo za mało.

Takich męczenników było miliony i nikomu nie przychodzi do głowy wyniesienie ich na ołtarze.

A adwocatus diaboli nie będzie spał.

Wyciągnie, bo wyciągnąć to musi, że Andrij Bandera, z którego biogramu dowiadujemy się, że chociaż był księdzem, —  był także wściekłym nacjonalistą (co już samo w sobie jest grzechem!), wychował także swego syna na wściekłego nacjonalistę („niedaleko pada jabłko od jabłoni”).

Bo na to jakimi jesteśmy w życiu na duży wpływ wychowanie w rodzinie. Gorzej, ten syn stał się ludobójcą!!!

O co chodzi w tym wszystkim Ukraińcom i Ukraińskiej Cerkwi grekokatolickiej.

Chodzi tylko i wyłącznie o to, że ew.   — wyniesienie na ołtarze Andrija Bandery sprawi, że ich bohater narodowy Stepan Bandera znajdzie się w blasku chwały swego „świętego” ojca, że — świat zapomni o jego – ich ukochanego ponad wszystko pupilka – zbrodniach.

__________________

Marian Kałuski, Australia Kworum 2014/08/22

Polska zamierza zaakceptować kult Bandery

Witold Jurasz https://wiadomosci.onet.pl/swiat/polska-zamierza-zaakceptowac-kult-bandery-wczesniej-byl-gwaltowny-opor/qvtmc8k

Według informacji uzyskanych przez Onet z dwóch niezależnych źródeł w dyplomacji, władze Polski podjęły decyzję, żeby w relacjach z Ukrainą wyciszyć spór o gloryfikację Stepana Bandery i przestać przeciwko temu kultowi protestować. To mina podłożona pod stosunki polsko-ukraińskie.

Foto: Sergei Supinsky / AFP Demonstracja z okazji rocznicy urodzin Stepana Bandery, 1 stycznia 2022

Polska miałaby od tej chwili ograniczyć się do sprzeciwu wobec kultu naczelnego dowódcy Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA) Romana Szuchewycza oraz dowódcy UPA na Wołyniu Dmytro Klaczkiwskiego ps. Kłym Sawur, bezpośrednio odpowiedzialnych za mordowanie Polaków

  • Rola Bandery różni się od tej dwójki tym, że Bandera w czasie rzezi na Wołyniu siedział w niemieckim obozie. Ponosi natomiast odpowiedzialność polityczną i moralną. Ale nie znaczy to, że Bandera nie ma polskiej krwi na rękach. Był na wolności, gdy OUN dokonał pogromów Żydów we Lwowie w 1941 r. Zamordowani wówczas Żydzi byli jednocześnie Polakami
  • Rząd PiS najpierw w 2015 r. sprowadził całokształt relacji polsko-ukraińskich do sprawy Bandery. Teraz popada w drugą skrajność, całkowicie ten problem odrzucając

Informacje Onetu wydaje się potwierdzać wywiad szefa Kancelarii premiera ministra Michała Dworczyka, który w rozmowie z tygodnikiem „Sieci” zadaje pytanie „czy sami Ukraińcy będą potrafili uznać oczywiste dla nas czerwone linie i nie gloryfikować zbrodniarzy odpowiedzialnych bezpośrednio za mordowanie Polaków, takich jak np. Kłym Sawur?”

Żeby dobrze zrozumieć ten najbardziej kontrowersyjny element stosunków polsko-ukraińskich, trzeba przypomnieć kilka wydarzeń z II wojny światowej.

UPA i rzeź wołyńska

Ukraińska Powstańcza armia (UPA) była zbrojnym ramieniem banderowskiej frakcji Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (tzw. OUN-B). UPA w latach 1943-1944 przeprowadziła masową akcję eksterminacyjną Polaków zamieszkujących Wołyń oraz Galicję (Małopolskę) Wschodnią, czyli sąsiadujące z Wołyniem województwa lwowskie, tarnopolskie i stanisławowskie. Rzeź wołyńska (w potocznym tego słowa rozumieniu, bo obejmującą wszystkie ww. ziemie) pochłonęła od minimum 70 do nawet ponad 100 tys. ofiar. Dokładnej liczby zamordowanych nigdy nie ustalono, a pomiędzy historykami toczy się na ten temat spór.

Szerszym kontekstem dla Wołynia było złe traktowanie mniejszości ukraińskiej przez władze II Rzeczpospolitej. Ukraińcy byli w 20-leciu międzywojennymi obywatelami drugiej kategorii, choć stanowili ok. 15 proc. ogółu ludności, a w południowo-wschodnich województwach byli większością. Powyższe nijak nie może być jednak usprawiedliwieniem dla masowych mordów.

Działania UPA miały tymczasem charakter masowego ludobójstwa na Polakach. Mordowano cywilów, kobiety, dzieci, starców, wybijane były całe wsie. W niewyobrażalnie nieraz bestialski sposób.

To prawda, że polskie podziemie dokonało szeregu akcji odwetowych, w których również ginęli niewinni ludzie. Ale nie ma pomiędzy tymi działaniami znaku równości. Zbrodnie polskiego podziemia miały nieporównywalnie mniejszą skalę, były reakcją na działania UPA i przede wszystkim ich celem nie była eksterminacja całej ludności ukraińskiej.

Najtrudniejszy problem

Kwestia Rzezi Wołyńskiej jest i pozostaje najtrudniejszym zagadnieniem w relacjach polsko-ukraińskich i jest najeżona kluczowymi detalami.

W Ukrainie po pomarańczowej rewolucji rozwijany jest kult UPA. Wprawdzie chodzi w nim głównie o antysowieckie działania armii, ale nie zmienia to faktu, że mamy do czynienia z kultem organizacji, która dopuściła się masowych mordów na Polakach.

Równocześnie trzeba też pamiętać, że kult ten nigdy nie przyjął masowego charakteru, a tzw. banderowcy (czy też politycy ukraińskiej skrajnej prawicy) nigdy nie dominowali w ukraińskiej polityce. W istocie nie odgrywali i nie odgrywają w niej żadnej większej roli.

Na dodatek prezydent Zełenski oraz kilku innych czołowych ukraińskich polityków mają żydowskie korzenie. To o tyle ważne w tej układance, że UPA mordowała także Żydów. Twierdzenie, że Ukraina jest państwem banderowskim (lub neonazistowskim), jest w takiej sytuacji absurdalne.

Swoje interesy ma też w tej sytuacji oczywiście Rosja, która próbuje usprawiedliwiać bandycką napaść na Ukrainę tym, że jest to państwo banderowsko-nazistowskie. Określenie to jest nieprawdziwe, ale utrudnia naszej dyplomacji jakiekolwiek podnoszenie kwestii gloryfikacji Bandery przez Ukraińców.

Za co odpowiada Bandera

Wydaje się, że z punktu widzenia nie tylko samej Polski, ale zwykłej prawdy historycznej nie da się zaakceptować pomników takich niewątpliwych zbrodniarzy jak wspomniani wyżej Szuchewycz czy też Kłym Sawur, którzy ponoszą bezpośrednią i niepodlegającą dyskusji odpowiedzialność za ludobójstwo dokonane na Polakach.

Sytuacja ze Stepanem Banderą jest bardziej skomplikowana. Bandera od 1941 do 1944 r. przebywał początkowo w niemieckim więzieniu, a następnie obozie koncentracyjnym (w wypadku tego ostatniego warunki, w których przebywał różniły się jednak zasadniczo od tych, które zazwyczaj kojarzymy z obozami koncentracyjnymi i przypominały bardziej komfortowy areszt). Pomiędzy historykami toczy się spór, czy Bandera w tym okresie miał kontakt ze swoją organizacją, a tym samym czy miał wpływ na eksterminację Polaków. Ale nawet jeśli nie miał, to ponosi za tę eksterminację polityczną i moralną odpowiedzialność. Dokonało jej w końcu zbrojne ramię założonej przez niego organizacji. Poza tym, Bandera zbrodni tej nigdy choćby jednym słowem nie potępił.

Mina pod relacjami z Ukrainą

Akceptacja przez polski rząd kultu Bandery jest błędem z kilku powodów.

Po pierwsze, kult Bandery prędzej czy później doprowadzi do zadrażnień w relacjach polsko-ukraińskich. Heroizacja Bandery to w istocie mina podłożona pod relacje polsko-ukraińskie. Nie ma bowiem żadnych wątpliwości, że Rosjanie będą próbowali eksploatować ten temat. Nie ma też żadnych wątpliwości, że w samej Polsce również nie brak polityków i sił politycznych, które będą żywiły się tym zagadnieniem.

Po drugie, akceptacja kultu Bandery napędzać będzie antysemityzm w Polsce. Już teraz słychać głosy dobiegające ze skrajnej prawicy, że Polska przyjmując inne normy w stosunku do takich zbrodni, jak ta w Jedwabnem i inne dla zbrodni popełnianych na Polakach, w istocie pokazuje swój brak suwerenności. Od tego do opowieści o Żydach rządzących światem naprawdę niedaleko.

Po trzecie, wycofanie się Polski ze sprzeciwu w stosunku do heroizacji Bandery może zagrozić istotnej z punktu widzenia Polski kooperacji w tym zakresie z Izraelem, z którym polska dyplomacja działała wspólnie, sprzeciwiając się kultowi UPA. O ile bowiem można dyskutować na temat odpowiedzialności Bandery za masowe zbrodnie na Polakach, to już nie ma żadnej wątpliwości, że był on na wolności wtedy, kiedy doszło do dwóch kolejnych pogromów Żydów we Lwowie w czerwcu i lipcu 1941.

Pogromy te miały miejsce przy życzliwej postawie, a nawet za zachętą Niemców – na tej samej zasadzie, co dokonywane przez Polaków w tym samym dokładnie czasie pogromy Żydów na Podlasiu – ale nie zmienia to faktu, że ich organizatorami była Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów, na czele której stał Bandera, który zresztą mordowania Żydów również nigdy nie potępił.

Izrael kultu Bandery nigdy nie zaakceptuje. A trzeba pamiętać, że mordowani we Lwowie Żydzi byli jednocześnie Polakami. Bandera, ponosząc odpowiedzialność już za tę jedną zbrodnię, ma na rękach krew tak żydowską, jak i polską.

Kompromis moralny bez korzyści

Przede wszystkim jednak rezygnacja ze sprzeciwu wobec kultu Bandery jest przykładem kompromisu moralnego, którego w polityce zagranicznej nie należy podejmować. W dyplomacji robi się czasem rzeczy moralnie niesłuszne po to, by uzyskać coś innego i na tyle ważnego, że w bilansie zysków i strat owo ustępstwo moralne staje się nieistotne. Czasem charakter moralny mają zyski i tym samym ustępstwo moralne w jednej sprawie, kompensowane jest wygraną w innej.

W tym wypadku nic takiego nie ma miejsca. Polska słusznie popiera Ukrainę w jej wojnie z Rosją i powinna to robić dalej. Nie musi natomiast jednocześnie zmieniać stosunku do Bandery.

Oba nasze kraje potrzebują siebie nawzajem. Ukrainie zależy na Polsce z oczywistych względów. Ale także Polsce zależy na Ukrainie, bo w naszym interesie jest, aby Ukraina nie przegrała trwającej od ponad trzech miesięcy wojny.

To wszystko jednak nijak od naszego stosunku do Bandery nie zależy.

Zawsze ten sam błąd

Rządy PiS w 2015 r. zaczęły się od gwałtownego zaostrzenia relacji z Ukrainą na tle kultu Stepana Bandery i innych liderów UPA. W lutym 2017 r. Jarosław Kaczyński w wywiadzie dla tygodnika „Do Rzeczy” stwierdził, że „Ukraina z Banderą do Europy nie wejdzie”. W lipcu tego samego roku ówczesny szef polskiej dyplomacji Witold Waszczykowski stwierdził, że Polska jest z powodu polityki historycznej Kijowa gotowa wręcz zawetować członkostwo Ukrainy w Unii Europejskiej.

Teraz PiS poszedł w drugą skrajność. Michał Dworczyk we wspomnianym wyżej wywiadzie dla „Sieci” tworzy fałszywą alternatywę. Oto Polska ma mieć rzekomo tylko dwie możliwości. Albo „postawić to (kult UPA – red.) jako warunek zaporowy, co może zablokować możliwości poważniejszej współpracy w przyszłości”, albo dla odmiany ograniczyć się do sprzeciwu jedynie wobec gloryfikacji Kłyma Sawura. Powyższy dylemat jest całkowicie fałszywy. Polska nie powinna i nie musi robić ani jednego, ani drugiego.

Patrząc na politykę zagraniczną PiS trudno nie odnieść wrażenia, że polega ona, nie tylko zresztą w tej sprawie, na płynnym przechodzeniu z jednej skrajności do drugiej. Takie działanie w polityce zagranicznej zawsze oznacza tylko jedno: niedojrzałość. Nieodpowiedzialną skrajnością i wyrazem niedojrzałości było uczynienie całokształtu relacji polsko-ukraińskich zakładnikiem Bandery. Równie nieodpowiedzialne i niedojrzałe jest całkowite zarzucenie problemu kultu tej postaci.

PiS, nie po raz pierwszy niestety pokazuje, że w polityce zagranicznej popełnia jeden i zawsze ten sam błąd. Najpierw licytuje tak wysoko jak się tylko da, a że zawsze przelicytowuje, to na końcu mówi pas i nie ugrywa niczego.

Greckokatolicki biskup błog. Grzegorz Chomyszyn – a Szeptycki i Bandera.

„Okazał się prorokiem” – wywiad z ks. prof. Stanisławem Nabywańcem

[Umieszczam w związku z informacjami (czerwiec 2022) o wymuszaniu „świętości” a-bpa Szeptyckiego i – w którejś cerkwi prawosławnej na Ukrainie – jakiegoś Bandery. MD]

Styczeń 2017 https://kresy.pl/wydarzenia/greckokatolicki-biskup-grzegorz-chomyszyn-okazal-sie-prorokiem-wywiad-z-ks-prof-stanislawem-nabywancem-2/

Z ks. prof. dr hab. Stanisławem Nabywańcem, kierownikiem Zakładu Historii Nowożytnej i Dziejów Kościoła Uniwersytetu Rzeszowskiego, rozmawia dr Adam Kulczycki.

– Jest Ksiądz Profesor po lekturze książki błogosławionego męczennika Grzegorza Chomyszyna „Dwa Królestwa”. Czym jest ta publikacja dla badaczy historii Kościoła?

– Lektura tej publikacji jest bardzo ciekawa ale nie tylko dlatego, że zaspokaja ona ciekawość. Jej wartość polega na tym, że jest ona swego rodzaju świadectwem świadka opisywanych czasów. Świadka nie przypadkowego, ale żywo zainteresowanego i dobrze poinformowanego o tym co wokół niego działo się. Jest to publikacja źródłowa. Biskup Chomyszyn nawiązał w swych wspomnieniach do św. Augustyna, który w swym dziele „De civitate Dei” wskazał na istnienie dwóch królestw. Królestwa Bożego i królestwa tego świata, królestwa opartego na ludzkiej przemyślności, ludzkich kalkulacjach i tym samym noszącym pietno ludzkiej niedoskonałości, ludzkich dramatów i tragedii.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Bł. bp Grzegorz Chomyszyn – niechciany ukraiński prorok

– Publikacja wywołała spore zamieszanie w środowisku Kościoła greckokatolickiego, gdyż ksiądz biskup Chomyszyn odnosi się w niej do wzrastającego agresywnego nacjonalizmu ukraińskiego, który zaowocował między innymi okrutnym ludobójstwem na Wołyniu. Czy tego należało się spodziewać?

– Można powiedzieć, że greckokatolicki biskup Grzegorz Chomyszyn okazał się prorokiem. Prorokiem podobnym do biblijnego proroka Jeremiasza, który przestrzegał swego króla i swój naród przed zgubnymi skutkami postępowania swoich królów, przywódców Izraela i swego narodu. Jeremiasz wswej księdze zawarł napomnienia i groźby dla Izraelitów, zapowiedzi upadku państwa i niewoli, na skutek ich błędów i grzechów. Również biskup Chomyszyn starał się przestrzec przed zgubnymi i dramatycznymi skutkami szowinizmu ukraińskiego propagowanymi przez środowiska związane z Organizacją Ukraińskich Nacjonalistów, realizujących ideologię Dymitra Doncowa, zawartą w wydanej w 1926 r. książce Nacjonalizm oraz w tzw. dekalogu ukraińskiego nacjonalisty,opracowanym przez studenta wydziału filozoficznego Stepana Łenkawskiego w 1929 r., do którego to „dekalogu” wstęp napisał Dmytro Doncow. Siódmy punkt „dekalogu” głosił: Nie zawahasz się spełnić największej zbrodni, kiedy tego wymaga dobro sprawy.

W dalszej jego części Łenkawski apelował, by nienawiścią oraz podstępem przyjmować wrogów narodu ukraińskiego i rozszerzenia siły, sławy, bogactwa i obszaru państwa ukraińskiego nawet drogą ujarzmienia cudzoziemców. To okrutny makiawelizm nakazujący realizować program nacjonalistów wszelkimi środkami. Tymi okrutnymi też. Takiego programu nie mógł zaakceptować katolicki biskup, który miał obowiązek zweryfikować ideologię nacjonalistów w świetle Ewangelii i Dekalogu. Stąd też sprzeciw Chomyszyna wobec nacjonalizmu. Poddał też krytyce postawę swego zwierzchnika duchowego, metropolitę Andrzeja Szeptyckiego. Trudno sobie wyobrazić, by wykształcony, obyty w świecie Szeptycki nie był w stanie właściwie rozpoznać, ocenić i podjąć właściwe kroki potępiające szowinizm ukraińskich nacjonalistów. Tymczasem pozwalał im działać pod swoim bokiem, jako że wynajmowali oni pomieszczenia na świętojurskim wzgórzu, w zabudowaniach należących do siedziby metropolity greckokatolickiego. Pozwoli Pan, że doniosę się tutaj do wydarzenia z ostatnich dni. Podczas spotkania autorskiego w siedzibie Wydawnictwa i księgarni Libra w Rzeszowie z okazji wydania publikacji książki ,,Cerkwie i ikony Łemkowszczyzny” zabrał głos greckokatolicki ksiądz, dr Miron Michajliszyn, zwracając się do mnie z nazwiska, wobec zgromadzonych tam kilkudziesięciu osób, mówiąc, że metropolita A. Szeptycki propagował modlitwę do Miłosierdzia Bożego, jeszcze wtedy, gdy była ona zakazana przez władzę kościelną. Chciał tym samym podkreślić rys miłosierdzia u Szeptyckiego, i pokazać miłosierne oblicze metropolity. Ponieważ słowa ks. Mirona odbiegały od tematyki spotkania, a także stan mówcy nie stwarzał okoliczności do podjęcia dialogu „na żywo”, stąd też chciałbym uczynić to tutaj. Księże Doktorze, nie wystarczyło modlić się do Miłosierdzia Bożego. Metropolita Szeptycki jako chrześcijanin, jako biskup i zwierzchnik Kościoła greckokatolickiego powinien do modlitwy dołączyć także czyny miłosierdzia i wezwanie swego duchowieństwa i swych wiernych do miłosierdzia. Czy wzywał swych wyznawców i współrodaków z wyboru do okazania miłosierdzia polskim duchownym i wiernym Kościoła katolickiego, gdy atakowano ich w kościołach podczas niedzielnych Mszy św., gdy w bestialski sposób ich mordowano, niszczono ich mienie, zmuszano do ucieczki. Co uczynił z przypominającego gest miłosierdzia chrześcijańskiego, gdy płonęły polskie kościoły wypełnione modlącym się ludem Bożym, gdy mordowano bezbronnych, palono całe wsie, niszczono dobytek, szerzono terror? Wydany w listopadzie 1942 r. list „Ne ubij” (Nie zabijaj) był tak ogólny, że mógł być wydany w każdym innym momencie, by przypomnieć wiernym o obowiązku zachowania piątego przykazania. Metropolita nie nazwał zła po imieniu, nie wskazał sprawców, ani ofiar. Miał zatem rację biskup Chomyszyn poddając surowej krytyce pobłażliwość metropolity Szeptyckiego wobec ideologii i działań szowinistycznych ukraińskich nacjonalistów.

– Książka ukazała się m.in. pod redakcją księdza greckokatolickiego Ihora Pełechatyja, redaktora naczelnego pisma „Nowa Zorja”, który dekretem przełożonych został pozbawiony pełnionych funkcji. Jak Ksiądz Profesor ocenia te fakty?

– Ponieważ dekret ten wydany został po wydaniu „Dwu carstw”, można domyślać się, że w ten sposób dzisiejsza Cerkiew greckokatolicka na Ukrainie wyraziła dezaprobatę wobec wydania tej książki. Nie mogąc już powstrzymać ujawnienia prawdy, zastosowano ten środek wobec tego, kto tej prawdzie pozwolił ujrzeć światło dzienne. Należy wyrazić przekonanie, że rekurs ks. Ihora Pełhatego wniesiony do metropolity większego Kościoła greckokatolickiego spowoduje uchylenie dekretu metropolity stanisławowskiego (iwanofrankowskiego) przez najwyższego zwierzchnika Cerkwi katolickiej na Ukrainie.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: List otwarty ojca Ihora Pełehatego – redaktora i wydawcy wspomnień bł. Grzegorza Chomyszyna

– Ważnym aktorem w procesie wydania książki jest też dr hab. prof. KUL Włodzimierz Osadczy, dyrektor Ośrodka Badań Wschodnioeuropejskich – Centrum UCRAINICUM Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II. Wydawcą publikacji jest Ośrodek Badań Wschodnioeuropejskich – Centrum UCRAINICUM Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II i Klub Inteligencji Katolickiej w Lublinie. To stanowi poważny argument w rękach hierarchii greckokatolickiej, która zarzuca Kościołowi rzymskokatolickiemu wtrącanie się w sprawy Kościoła greckokatolickiego. Czy tak, to należy rozumieć?

– To Polaków, polskich księży i polskich wiernych Kościoła katolickiego w największej mierze dotknęło szaleństwo szowinizmu ukraińskiego w wykonaniu nacjonalistów ukraińskich, w większości wiernych Kościoła greckokatolickiego, dlatego Kościół katolicki w Polsce ma moralne prawo do ukazania prawdy o tym, co doprowadziło do ludobójstwa ludności polskiej na Wołyniu, w Małopolsce Wschodniej oraz w Bieszczadach i Beskidzie.

Czytaj również: Lwów: awantura na promocji pamiętników bpa Chomyszyna. Polski biskup obrzucony obelgami

– Co dobrego wynika z ukazania się publikacji błogosławionego męczennika Grzegorza Chomyszyna „Dwa Królestwa”?

– Ukazanie się wspomnień biskupa Chomyszyna wskazuje, że nie wszyscy Ukraińcy, nie wszyscy duchowni greckokatoliccy dali się omotać amokowi, szaleństwu nacjonalistycznego szowinizmu. Byli ludzie myślący, byli hierarchowie, duchowni i wierni, którzy ewangelię i prawo Boże dane na Synaju uważali za właściwy kierunek postępowania a nie nacjonalizm Doncowa czy tzw. dekalog Łenkawskiego. To pozwala sądzić, że i dzisiaj w narodzie ukraińskim i w Cerkwi greckokatolickiej wierność Ewangelii odniesie zwycięstwo nad wskrzeszaniem upiora szowinizmu w wydaniu Dmytra Doncowa, Stepana Bandery, Eugena Konowalca, Stepana Łenkawskiego, Romana Szuchewycza czy Andrija Melnyka. Publikacja książki „Dwa królestwa” pomoże zapewne wielu dokonać właściwego wyboru, opowiedzenia się za prawem miłości chrześcijańskiej.

– Dziękuję Księdzu Profesorowi za rozmowę.

Ks. dr hab. prof. UR Stanisław Nabywaniec [życiorys – w oryginale. MD]

Książka błogosławionego męczennika Grzegorza Chomyszyna „Dwa Królestwa” ukazała się pod redakcją ks. Ihora Pełechatyja, redaktora naczelnego pisma „Nowa Zorja”, i dr hab. prof. KUL Włodzimierza Osadczego.Wydawcą publikacji jest Ośrodek Badań Wschodnioeuropejskich – Centrum UCRAINICUM Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II i Klub Inteligencji Katolickiej w Lublinie. Praca „Dwa Królestwa” bł. bpa Grzegorza Chomyszyna jest źródłem dla badaczy historii Kościoła greckokatolickiego w pierwszej połowie XX w., a także życia społeczno-politycznego Ukraińców w Polsce. Przedstawia fakty i opinie autora nt. procesów zachodzących w tym środowisku, zawiera przemyślenia i rady hierarchy dotyczące nurtów religijnych, politycznych, światopoglądowych ścierających się w burzliwych latach emancypacji narodowej i odnajdywania się w nowych okolicznościach historycznych jego wiernych. „Dwa Królestwa” to pamiętniki duchownego, które przetrwały II wojnę światową i po wielu latach ujrzały światło dzienne. Były greckokatolicki biskup stanisławowski był zwolennikiem umacniania jedności kościoła unickiego z Rzymem i jednocześnie porozumienia między Polakami a Ukraińcami.

Kim był błogosławiony biskup Grzegorz Chomyszyn?

70 lat temu, 28 grudnia 1945 roku zmarł (w więzieniu NKWD) w Kijowie, w wieku 78 lat (ur. 25 III 1867), Bł. Grzegorz [Hrihoryj] Chomyszyn, biskup greckokatolicki, męczennik; w latach 1902-04 rektor seminarium duchownego we Lwowie, od 1904 ordynariusz stanisławowski; przyjmując specyfikę Cerkwi greckokatolickiej i upatrując jej misję w doprowadzeniu schizmatyków do jedności z Kościołem pod przewodnictwem papieża, starał się ograniczać separatyzm w obrzędowości oraz wpływy moskalofilstwa i prawosławia; zastąpił w liturgii słowo „prawosławny” [chrześcijanin] terminem „prawowierny”, popularyzował kult Najświętszego Sakramentu, święto Bożego Ciała i kult św. Jozafata Kuncewicza; wprowadził w diecezji obowiązkowy celibat księży; zwalczał szowinistyczny i zbrodniczy nacjonalizm ukraiński, popierał zaś Ukraińską Katolicką Partię Ludową (UKNP); współpracował też z konserwatystami i monarchistami polskimi (Jan Bobrzyński, „Nasza Przyszłość”); aresztowany po raz pierwszy przez NKWD w 1939 roku, lecz wówczas zwolniony, ponownie aresztowany w kwietniu 1945, zmarł w więzieniu łukianowskim; beatyfikowany (wraz z 28 innymi męczennikami greckokatolickimi) przez papieża Jana Pawła II 27 czerwca 2001 roku.

„Wyborcza” o skutkach maskowania i izolacji: „Straciliśmy odporność”

https://nczas.com/2022/06/20/szok-i-niedowierzanie-wyborcza-o-skutkach-maskowania-i-izolacji-stracilismy-odpornosc/
Łódzki oddział „Gazety Wyborczej” donosi, że wśród Polaków szerzą się infekcje, a lekarze rodzinni mają pełne ręce roboty. Zupełnie inaczej niż do tej pory bywało wiosną. Co więcej, lekarze, na których powołuje się gazeta, przyznają bowiem, że m.in. noszenie masek doprowadziło do obniżenia odporności.

Jeszcze niespełna trzy miesiące temu, gdy „minister pandemii” znacząco luzował nakaz maskowania w miejscach publicznych, dziennikarze „Gazety Wyborczej” „przestrzegali” swoich czytelników przed pochopnym ściąganiem maski.

Teraz jednak, powołując się na tego samego lekarza, donoszą, że przez nakaz maskowania i izolację Polacy mają obniżoną odporność. Czyżby zmieniała się właśnie mądrość etapu?

Jeden z lekarzy, którego cytuje „Gazeta Wyborcza” z poradni na łódzkich Bałutach, przyznał, że obecnie „sytuacja wygląda trochę jak jesienią, w sezonie infekcyjnym”. Jest bowiem dużo pacjentów – zarówno dzieci, jak i dorosłych. Lekarze z Łodzi podkreślają, że w ubiegłym roku w czerwcu było o kilkanaście do kilkudziesięciu procent mniej pacjentów z różnymi infekcjami górnych dróg oddechowych. Główne problemy, z jakimi Polacy zwracają się do lekarzy, to kaszel, katar czy ból gardła. Rośnie także odsetek stwierdzonych angin.

– Zazwyczaj o tej porze roku rzeczywiście jest spokój i sporadyczne zachorowania. Ostatnie tygodnie były jednak naprawdę ciężkie i to zarówno po stronie dorosłych, jak i po pediatrycznej. Teraz sytuacja odrobinę się uspokoiła, ale naprawdę jest dużo gorzej niż kiedykolwiek o tej porze roku – powiedział cytowany przez „Wyborczą” dr Michał Matyjaszczyk.

Dalej czytamy, że zdaniem lekarza „straciliśmy odporność”. Co więcej, jako przyczynę, „z której strony by tego nie analizować”, wskazuje on „pandemię”. – Z powodu izolacji i noszenia maseczek nie budowaliśmy naturalnej odporności, bo ekspozycja na jakiekolwiek wirusy była mocno ograniczona. Mamy naprawdę sporo do nadrobienia – ocenił.

Lekarz zapewnia też, że Polacy „muszą się wychorować” jak przedszkolaki, żeby odbudować odporność. Jednak jeszcze pod koniec marca dr Matyjaszczyk grzmiał, że „to nie jest czas” na ściąganie maski.

– Ja będę maseczkę nosił dla bezpieczeństwa własnego i innych, choć jej nie lubię, jest niewygodna i parują od niej okulary. Wam też radzę nosić – powiedział wówczas.

Gazeta powołuje się także na słowa dr. Pawła Grzesiowskiego, jednego z pandemicznych ekspertów. Już jesienią 2021 roku wspominał on o „epidemii wyrównawczej”.

– Natura nie znosi próżni i przyszedł czas na epidemię wyrównawczą tych chorób, których przez izolację było mniej – wskazał.

Źródło: lodz.wyborcza.pl

Россия поставила Литве ультиматум.O Ultimatum tut. „Info” – milczy.

Россия поставила Литве ультиматум из-за ситуации с грузами для Калининградской области

htts://topwar.ru/198007-rossija-postavila-litve-ultimatum.html

Россия оставляет за собой право на действия по защите своих национальных интересов. В случае, если Литва в ближайшее время не разблокирует транзит в Калининград, будут предприняты необходимые меры. Об этом говорится в заявлении российского МИДа.
Россия поставила Литве ультиматум, заявив, что имеет право на защиту своих интересов, нагло нарушенных Вильнюсом. Сегодня, 20 июня, в МИД России была вызвана временная поверенная в делах Литвы Виргиния Умбрасене, которой вручили соответствующую ноту.

(…) если в ближайшее время грузовой транзит между Калининградской областью и остальной территорией Российской Федерации через Литву не будет восстановлен в полном объеме, то Россия оставляет за собой право на действия по защите своих национальных интересов – говорится в заявлении внешнеполитического ведомства России.

Ранее Литва ввела запрет на транзит товаров, находящихся под санкциями ЕС, через свою территорию в Калининград. В Кремле это решение уже назвали беспрецедентным и нарушающим международное право. В Совете Федерации попытку блокады Калининграда признали нарушением суверенитета России и основанием для очень жестких и абсолютно законных действий в отношении Литвы. В случае, если Евросоюз не сможет повлиять на Вильнюс, Россия будет решать возникшую проблему сама.

По мнению экспертов, Литва, нарушив право России на доступ к своей территории, фактически дала России право на решение этого вопроса любыми способами, включая военный. Действия Вильнюса уже назвали самоубийственными, способными развязать военный конфликт на Балтике.

=======================

A w tut Prasie – na razie CISZA. Tylko TVPInfo napisało: MSZ Rosji zażądało w poniedziałek od Litwy natychmiastowego zniesienia „wrogich restrykcji”. „Jeśli w najbliższym czasie tranzyt towarów między obwodem kaliningradzkim a resztą Federacji Rosyjskiej przez Litwę nie zostanie w pełni przywrócony, Rosja zastrzega sobie prawo do podjęcia działań w celu ochrony swoich interesów narodowych” – napisano. [ominęli słowa: „włączając działania wojenne” ]

Przeczołgiwanie bez czołgów

je vote pour le plus bete

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)  •  19 czerwca 2022 http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5198

Wprawdzie pan prezydent Duda właśnie podpisał ustawę przewidującą likwidację Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego i inne przedsięwzięcia z zakresu funkcjonowania sądownictwa w naszym bantustanie, ale wygląda na to, że mimo wywieszenia białej flagi na znak kapitulacji przed niemieckim szantażem finansowym, wojna hybrydowa, jaką Niemcy prowadzą przeciwko Polsce od początku 2016 roku na tym się nie zakończy.

Oto Parlament Europejski, najwyraźniej pobudzony przez belgijskiego „byłego człowieka” nazwiskiem Guy Verhofstadt, właśnie – jeśli można użyć takiego sformułowania – „zdelegalizował” Trybunał Konstytucyjny w Warszawie, a także – znienawidzoną „nową” Krajową Radę Sądownictwa. Na razie tedy Niemcy rzuciły Polskę na kolana, ale najwyraźniej postanowiły wkrótce ją przeczołgać, a na koniec – wytarzać w smole i pierzu. Toteż pan prezydent Duda będzie wciągał białą flagę jeszcze wiele razy – bo tak właśnie jest w przypadku ulegania szantażowi.

Jakby tego było mało, pan prezydent Duda właśnie z goryczą ujawnił, że Polska przekazała Ukrainie broń za ponad 2 mld dolarów, ale obiecanych czołgów od Niemiec jak nie ma, tak nie ma. Podobno przyczyna jest taka, że – w odróżnieniu od mężnych Czechów, którzy w zamian za czołgi wysłane na Ukrainę jakieś czołgi od Niemiec dostali – nasz nieszczęśliwy kraj żadnej umowy nie podpisał, zadowalając się obietnicą, jak to się mówi, „na gębę”. Toteż kiedy nasi mężykowie stanu zaczęli się dopominać o czołgi, niemiecki kanclerz zrobił wielkie oczy i wprawdzie nie zapytał naszych dygnitarzy, od kiedy mają te objawy, ale uprzejmie złożył to na karb „nieporozumienia”. Na razie tedy nasza niezwyciężona armia, na skutek transferu broni na Ukrainę, została – jak mówią gitowcy – „z fiutem w garści”, ale widocznie taki los wypadł nam.

Tymczasem wojna na Ukrainie przechodzi w stan przewlekły, co wiele państw NATO zaczyna zniechęcać do futrowania Ukrainy pieniędzmi i bronią. Taka sytuacja zaczyna niepokoić prezydenta Zełeńskiego, który nie tylko czyni gorzkie wyrzuty Zachodowi, ale postanowił też podkręcić Amerykański Komitet Żydowski, żeby ten z kolei podkręcił administrację prezydenta Józia Bidena. I tak chyba się stało, bo właśnie sekretarz obrony, pan Lloyd Austin oświadczył, że Ukraina otrzyma wkrótce broń, która pozwoli jej na „pokonanie Rosji”. Ciekawe co to może być za broń, bo skoro Stany Zjednoczone mają ją na składzie, to dlaczego do tej pory Rosji jakoś nie pokonały?

Potwierdza to podejrzenia, że USA wolą jednak wojować z Rosją do ostatniego Ukraińca, a jakby Ukraińców zabrakło – to do ostatniego Polaka – i tak dalej. Jak to mówią, trudno mieć o to do nich pretensję, tak, jak trudno mieć pretensję do garbatego, że ma proste dzieci i można tylko żałować, że nasi mężykowie stanu przez ponad 20 lat nie nauczyli się sztuki wykorzystywania uczestnictwa Polski w NATO dla wzmacniania siły własnego państwa. Widocznie jednak w Szkole Liderów przy Departamencie Stanu, którą – z wyjątkiem Kukuńka – ukończyli prawie wszyscy nasi Umiłowani Przywódcy, takich rzeczy nie uczą. Pewne światło na tę zagadkę rzucił Książę-Małżonek, ni stąd ni zowąd oświadczając, że Zachód powinien wyposażyć Ukrainę w głowice jądrowe. I pomyśleć, że taki jegomość piastował w naszym nieszczęśliwym kraju stanowisko ministra obrony i ministra spraw zagranicznych w sposób nie zwracający niczyjej uwagi.

Ale ostateczne zwycięstwo, które Ukrainie przysługuje, jak psu buda, to rzecz jedna, a przyłączenie jej do Unii Europejskiej, to rzecz druga. O to właśnie zabiegali nasi mężykowie stanu, najwyraźniej pragnąc, żeby Ukraińcom było tak samo dobrze, jak nam. Toteż do Kijowa przybyła niedawno z pielgrzymką Nasza Złociutka Pani Urszula von der Layen, przynosząc prezydentowi Zełeńskiemu skrzydlatą wieść, że Ukraina może zyskać status „państwa kandydującego”. Oznacza to, że ten kraj będzie musiał przejść dodatkową drogę krzyżową, ale w końcu dostąpi wiecznej szczęśliwości, która jest udziałem takiej na przykład Polski. Jednak to dopiero początek tej Via Dolorosa, o czym prezydenta Zełeńskiego prawdopodobnie uświadomią trzej następni pielgrzymi w osobach francuskiego prezydenta Marcona, niemieckiego kanclerza Scholza i włoskiego premiera Dragiego. Nawiasem mówiąc, ten premier Dragi tuż przed pielgrzymką do Kijowa odbył pielgrzymkę do Izraela, gdzie naradzał się nad sprawami ukraińskimi.

Ciekawe, że Hitlerowi nawet nie przyszło do głowy, by w sprawie przejęcia kontroli nad Ukrainą radzić się Żydów – ale być może właśnie dlatego tę kontrolę tak prędko utracił, co pokazuje, że pokojowa metoda budowy IV Rzeszy jest znacznie skuteczniejsza, bo przejęcie kontroli dokonuje się na prośbę samych zainteresowanych i ku ich zadowoleniu, przynajmniej początkowo. Nawiasem mówiąc, to jest woda na młyn antysemitników, co to uważają, że Żydzi rządzą światem. To naturalnie absolutna nieprawda, ale skoro i premier Dragi i sekretarz obrony Lloyd Austin akurat tam ładują akumulatory, to może jednak coś jest na rzeczy?

Jak tam będzie, tak tam będzie, a tymczasem nasi Umiłowani Przywódcy z rządu „dobrej zmiany” nie ustają w rozwijaniu polityki rozrzutności. Właśnie ogłoszono, że rząd wprowadzi dopłaty do węgla. W rezultacie inflacja powoli podpełza ku 20 procentom, co zaniepokoiło nawet Naczelnika Państwa, który na jednym z mityngów zauważył, że stoimy „w rozkroku”. Ów „rozkrok” polega na tym, że rozrzutność pociąga za sobą inflację, ale z drugiej strony w przyszłym roku są wybory, więc jakże tu nie praktykować rozrzutności?

Ale w kołach rządowych jakiś przytomny jegomość zauważył, że niezadowolenie z inflacji demonstrują te same środowiska, które wcześniej zajmowały stanowisko antyszczepionkowe. Krótko mówiąc – agenci Putina – którzy chcieliby wprowadzić zamęt do nienagannie sprawowanych rządów „dobrej zmiany”. Toteż Naczelnik Państwa poinformował, że rząd pracuje nad ustawą o ochronie ludności. Zostanie w związku z tym utworzony kolejny pozabudżetowy Fundusz Ochrony Ludności w wysokości ponad 3 miliardów złotych. Dzięki temu już wkrótce można będzie rozbudować aparat wyborczy, a ludność będzie chroniona jak nigdy dotąd – zwłaszcza przed agentami Putina.

Co tu dużo gadać; możemy uważać się za szczęściarzy, zwłaszcza, gdy tę ochronę jakoś przeżyjemy.

W tej sytuacji mogłoby się wydawać, że przelicytować Naczelnika Państwa w rozrzutności niepodobna, ale okazuje się, że wcale nie. Oto pani Marianna Schreiber, która wcześniej próbowała wygartywać z różnych kominów i nawet fotografowała się na golasa, teraz postanowiła służyć Polsce w specjalnie w tym celu założonej przez siebie partii „Mam Dość”. Zaproponowała, by Polska jak najszybciej przystąpiła do unii walutowej, wymieniając złotówki na euro w proporcji jeden do jednego. Widocznie jednak zbawienne pomysły mnożą się jej w głowie, niczym „koncepcje” u Kukuńka, toteż ostatnio zapowiedziała, że gdy tylko obejmie władzę, to zaraz każdemu 18-latkowi wypłaci 30 tys. złotych i wprowadzi regulowane ceny mieszkań. Jestem pewien, że z tym programem triumfalnie wejdzie do Sejmu, bo przecież wcale nie jest głupsza od innych, a wielki francuski polityk Jerzy Clemenceau przy głosowaniach stosował takie właśnie kryterium: „je vote pour le plus bete”, co sie wykłada, że głosuję na najgłupszego.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Rzeczywistość ze snu budzi

Izabela BRODACKA 19 czerwiec 2022

Jedną z najważniejszych inicjatyw rządów „dobrej zmiany” była próba naprawy zdegenerowanego systemu prawnego. Systemu do którego nie mieli zaufania obywatele naszego kraju. Systemu, w którym sędziowie są „niezależni” to znaczy nie podlegają kontroli i ocenie. Mają prawo bezkarnie ukraść staruszce 50 złotych i nałogowo kraść elektronikę w sklepach. Mają prawo arbitralnie wycenić kamienicę w warszawie na 50 złotych i potwierdzić prawomocność jej odkupienia za tę sumę od osoby z demencją. Mają prawo jeździć w stanie nietrzeźwym a nawet przejechać na pasach dziecko, bo chroni ich immunitet. Mieli również prawo wyrwać dziecko z prawdziwej rodziny tylko dlatego, że w domu jest biednie, albo fruwają muszki owocówki i oddać je nie wiadomo komu. Na szczęście tego już nie mogą bo rządy dobrej zmiany zabroniły odbierania dzieci biednym rodzinom. To udało się przeprowadzić. Natomiast głęboka reforma systemu sprawiedliwości zupełnie się nie udała. Przeszkodziło w tym przede wszystkim zawetowanie przez prezydenta Dudę pierwszej,  reformującej system prawny ustawy. 

Kilka dni temu sprzedaliśmy naszą suwerenność za miskę soczewicy, to znaczy za 36 miliardów euro, a raczej za obietnicę wypłacenia tych pieniędzy gdy zostaną spełnione żądania UE zwane kamieniami milowymi. Powinno się je raczej nazwać kamieniami do  trumny. 

Jest to sygnał dla UE że może nam tę miskę stawiać przed nosem i od nosa odsuwać. Jak psu, którego się uczy warowania lub dawania głosu na rozkaz. Może też  wydawać  nam soczewicę małymi porcjami gdy na rozkaz zaszczekamy, albo padniemy plackiem przed panem. 

UE realizując swój plan utworzenia jednego federalnego państwa pod przewodnictwem Niemiec, czyli IV Rzeszy, prowadzi z Polską bezwzględną wojnę nie przebierając w środkach. Plan zagłodzenia Polski realizowany jest przez odmowę wypłacenia należnego nam bezwarunkowo funduszu na KPO podczas gdy  my będziemy spłacać związane z europejskim planem odbudowy cudze zadłużenia. Podobnie jak płacimy składki na UE, a za to nakłada ona na nas gigantyczne kary, choćby za kontynuowanie wydobycia w kopalni Turów.  Częścią planu  dyscyplinowania Polski przez zagłodzenie jest również wprowadzenie do Polski 4 milionów uchodźców i obarczenie nas kosztami utrzymania tych uchodźców.

Dawno skończyły się czasy gdy śmieszyły nas idiotyzmy UE takie jak normy dotyczące krzywizny banana, czy zaliczanie ślimaków do ryb, a marchewki do  owoców. Takie „wartości” UE bylibyśmy w stanie zaakceptować czy tolerować  tak jak toleruje się głupoty opowiadane przez nastolatki gdy ma się nadzieję, że kiedyś dorosną i zmądrzeją.  O wiele groźniejszy w skutkach okazał się „zielony ład” postulujący odejście od energetyki węglowej.  Zaowocował zamykaniem kopalń, zakazem palenia drewnem w kominkach i programem przestawiania ogrzewania na gaz. Dodajmy -na  rosyjski gaz. 14 maja bieżącego roku, czyli już w trakcie wojny na Ukrainie, weszła w życie znowelizowana uchwała antysmogowa dla Mazowsza. Zgodnie z jej zapisami, od października 2023 r. mieszkańcy stolicy nie mają prawa palić węglem w piecach i kominkach.

Rzeczywistość nas obudziła.  Znikają gdzieś plakaty z hasłem „ „zlikwiduj kopciucha” . Po węgiel pod kopalniami (na przykład pod kopalnią Sośnica) ustawiają się wielokilometrowe kolejki ciężarówek. Oczekiwanie na węgiel kierowcy oceniają na dwa tygodnie. Cena tony węgla  wzrosła o 275% ( od 800zł do  3000zł). Podobno 100 000 osób na sekundę usiłuje kupić węgiel przez Internet.  Agencja rezerw  strategicznych ogłasza, że ma zamiar sprowadzać węgiel  dosłownie z antypodów. Dosłownie bo z Australii i Wenezueli.  Rozważane jest zamrożenie cen węgla ( czyli psucie rynku) przez państwo oraz pomoc społeczna dla najuboższych, których nie będzie stać na ogrzewanie w zimie.  Poza tym rząd zachęca do zbierania chrustu w lesie.  Bareja by tego nie wymyślił. Niektóre nadleśnictwa wprowadziły już limity na ilość zebranego chrustu.  Na przykład do 30 merów sześciennych.  Czy czekają nas kartki na chrust i szyszki?  A może na szczaw i pokrzywy rosnące w rowach, oraz mirabelki na miedzach?. 

Bezwarunkową miłość do Unii Europejskiej deklarują co chwila politycy wszystkich partii. Jak mantrę. Podobnie jak dawniej (ale nie tak dawno, żeby tego nie pamiętać) naukowcy deklarowali swoją miłość do marksizmu i leninizmu. Pamiętam pewnego pana profesora, który w swojej znakomitej zresztą książce na temat dydaktyki fizyki zacytował jedno wybrane z poglądów Lenina zdanie. „Nieskończone są możliwości elektronu”– raczył podobno stwierdzić Lenin. Bez tego zdania nie byłby możliwy- jak sądzę – rozwój mechaniki kwantowej. Albo nie wydano by panu profesorowi książki. Albo pan profesor uważał, zupełnie zresztą niesłusznie, że bez tego zdania nie wydadzą mu książki. Ten sam pan profesor relacjonował w swojej książce poglądy Kuhna na temat rewolucji naukowych sformułowane w książce „ Struktura rewolucji naukowych”. Kuhn twierdził, że uprawiający naukę instytucjonalną  ( nazywał ją normal science) zajmują się wyłącznie usuwaniem anomalii, czyli wyjaśnianiem w ramach pewnego paradygmatu faktów  sprzecznych z tym paradygmatem. Jeżeli tych anomalii zbierze się wystarczająco dużo, przychodzi  czas na rewolucję naukową. Jako jeden z przykładów Kuhn opisywał tak zwany „ przewrót kopernikański”.

Otóż jak mi się wydaje nasz pan profesor, choć sam o tym pisał,  nie doceniał siły paradygmatu.  W czasach kiedy wydawał swoją książkę powoływanie się na marksizm a w szczególności na poglądy Lenina czy Stalina w nauce nie było już konieczne czy wymagane. A jednak ta służalczość tak głęboko utkwiła w podświadomości pana profesora, że posługiwał się poglądem Lenina jak zaklęciem otwierającym mu drzwi do świata nauki. 

Obecnie deklarowanie nieodwracalnego związania z UE jest zaklęciem otwierającym drzwi do świata polityki i chyba czas z tym skończyć.

A dowcipni internauci kolportują wierszyk: „Kiedy został jej amantem, to pierścionek dał z brylantem,  Rzekła- brylant to rzecz gustu, lepiej byś nazbierał chrustu”.  

Państwo „przede wszystkim powinno zająć się nieprzeszkadzaniem”.

Mentzen: „Mnóstwo ludzi zastanawia się, co…”

https://nczas.com/2022/06/18/mentzen-mnostwo-ludzi-zastanawia-sie-co/
Trudne czasy tworzą silnych ludzi, silni ludzie tworzą dobre czasy, dobre czasy tworzą słabych ludzi, a słabi ludzie tworzą trudne czasy – pisze w swoich mediach społecznościowych Sławomir Mentzen – wiceprezes partii KORWiN i ekspert Konfederacji ds. ekonomii.

Sławomir Mentzen zauważa, że „mnóstwo ludzi zastanawia się, co państwo powinno z tym zrobić, jak może pomóc ludziom zmierzyć się z kryzysem”.

Według wiceprezesa partii KORWiN państwo „przede wszystkim powinno zająć się nieprzeszkadzaniem”.

Trudne czasy tworzą silnych ludzi, silni ludzie tworzą dobre czasy, dobre czasy tworzą słabych ludzi, a słabi ludzie tworzą trudne czasy. Jesteśmy niestety na ostatnim etapie tego cyklu, w trakcie największego kryzysu gospodarczego za naszego życia. Prawdopodobnie świat czeka stagflacja. Połączenie recesji i wysokiej inflacji. Tak źle nie było w czasie bańki dotcomów dwadzieścia lat temu, tak źle nie było podczas kryzysu finansowego 14 lat temu. Trzeba to sobie szczerze powiedzieć – będzie bardzo źle. Na giełdach mamy krach. Inflacja szaleje, na Zachodzie dochodząco do poziomów niewidzianych od 50 lat. Czekają nas spektakularne wydarzenia gospodarcze. Upadną wielkie firmy, niektóre państwa ogłoszą bankructwo. Pogorszy się standard życia. Winter is coming.

Mnóstwo ludzi zastanawia się, co państwo powinno z tym zrobić, jak może pomóc ludziom zmierzyć się z kryzysem. Tu niestety nie ma prostych, szybkich i łatwych rozwiązań. Trzeba będzie to przecierpieć. Będzie bolało. I to trzeba ludziom powiedzieć wprost, żeby mogli się do tego przygotować. Stanisław Mackiewicz kiedyś napisał: „Wiem, że jest to ciężkie i niepopularne, ale nie należę do tych, którzy twierdzą, że patriotyzm polega na okłamywaniu polskiego społeczeństwa i utrzymywaniu go w stanie ciągłej iluzji”. Podzielam ten pogląd, dlatego mówię wprost. Niestety nie będzie łatwo. Niezależnie od tego, kto będzie w przyszłości rządził.

Rząd PiS od lat udaje, że każdy problem można rozwiązać poprzez przekazanie gdzieś dodatkowych pieniędzy, poprzez stworzenie kolejnego funduszu, systemu dopłat, zwrotów i rekompensat. To jest kompletnie bez sensu. To tylko przedłuża kryzys. Gospodarka musi się jak najszybciej dostosować do nowej sytuacji, do nowego poziomu kosztów, do nowej struktury popytu. Gospodarstwa domowe muszą jak najszybciej zrozumieć, że trzeba będzie zupełnie inaczej dzielić swój budżet i wydawać mniej na niepotrzebne rzeczy. Przedsiębiorcy muszą jak najszybciej zareagować i nauczyć się żyć w nowym świecie. Im Twoja firma lub firma w której pracujesz, zajmuje się dostarczaniem mniej niezbędnych do życia produktów i usług, tym większa szansa, że będziesz miał problemy. Będzie znacznie mniej pieniędzy i ludzie zaczną wydawać je znacznie rozsądniej. Każdy nowy państwowy program dopłat spowalnia ten mechanizm. Po co mam się dostosowywać do nowych warunków, jeżeli państwo pomoże mi w działaniu, tak jakby nic się nie zmieniło?

To co może zrobić państwo? Przede wszystkim powinno zająć się nieprzeszkadzaniem. Okłamywanie ludzi, że będzie dobrze, tworzenie jakichś historii dla idiotów, że za inflację odpowiada Putin, a naszymi problemami budżetowymi powinni zająć się Norwegowie, mąci tylko w głowach i utrudnia dostosowanie się do nowych realiów. Następnie państwo powinno ułatwić działanie przedsiębiorcom. Firmy muszą być bardziej elastyczne, działać i inwestować szybciej. Regulacje w tym przeszkadzają. Przykład. Elon Musk zbudował ostatnio fabrykę w Teksasie w 18 miesięcy. Twierdzi, że w Kalifornii dłużej by mu zajęło uzyskanie pozwoleń na jej budowę. Dlatego fabryka powstała w Teksasie, a nie w Kalifornii. W Polsce dokładnie z tych samych powodów nie powstało wiele inwestycji.

Kapitał będzie uciekał z miejsc, gdzie jest ryzykownie, szukając bezpieczeństwa. Mamy za granicą wojnę, do tego zupełnie nieprzewidywalny rząd, tragiczny system podatkowy, niesprawne sądownictwo, przestarzałe regulacje. Nasze państwo robi wiele, żeby nie przyciągać kapitału i inwestycji. W całej Unii Europejskiej relacja inwestycji do PKB niższa niż w Polsce jest tylko w Grecji. Bez inwestycji nasza wydajność pracy, konkurencyjność i poziom życia nie będą rosły. Z przyczyn geograficznych ryzyko mamy na lata znacznie podwyższone. Musimy to zrekompensować firmom zmniejszając ryzyko regulacyjne i bariery inwestycyjne.

Należy odejść od paradygmatu, w którym państwo ma rozwiązywać problemy przez ciągłe dopłaty i rekompensaty. Państwo powinno się skupić na niewywoływaniu problemów. To państwo jest problemem. I nie mówię tu tylko na naszym państwie. To rządy rozpoczęły szaleńczą politykę lockdownów, zamykania granic, przerywania łańcuchów dostaw. To banki centralne zalały cały świat pustym pieniądzem, żeby złagodzić wywołany tym kryzys. Obecna inflacja jest tego konsekwencją. To samo się nie stało. Oni cały czas próbują walczyć z konsekwencjami własnych decyzji, własnych błędów.

Mieliśmy okres szaleństw. Rządom zaczęło się wydawać, że już zawsze będzie świetnie. Pieniądz będzie tani, nie będzie wojen, kryzysów ani prawdziwych problemów. Zachód zajmował się wieloma wydumanymi problemami, ignorując te prawdziwe. Walką z energetyką jądrową, z węglem, uzależnianie się od rosyjskiego gazu, walka z samochodami spalinowymi, cała ta europejska polityka klimatyczna zmierzająca do odcięcia się od najtańszych źródeł energii. Zakrojone na szeroką skalę programy socjalne, bajanie o uniwersalnym dochodzie podstawowym, czterodniowym tygodniu pracy, mieszkaniach za darmo. Wychowywanie kolejnych roczników młodych ludzi w przekonaniu, że nie muszą ciężko pracować, bo państwo się nimi zajmie. Czy na pewno w nowych warunkach Europę na to stać?

Co jest ważniejsze? Na co powinniśmy wydawać swoje pieniądze? Na żywność, ogrzewanie i mieszkanie, czy na podatki mające finansować wielkie ideologiczne lewicowe projekty?

Odpowiedź jest oczywista. Albo skończymy z szaleństwami, ukrócimy zbędne wydatki i pozwolimy firmom budować dobrobyt, albo będziemy latami grzęznąć w kryzysie. Musimy wziąć się do ciężkiej i wydajnej pracy. Musimy znowu stać się silni, pracowici i wydajni, bo dobre czasy same nie przyjdą. Trzeba je znowu zbudować.

Kaliningrad w potrzasku – czy Litwa? Kto kogo za łeb trzyma?

….powiedziała dość….

https://www.money.pl/gospodarka/kaliningrad-w-potrzasku-litwa-powiedziala-dosc-6781098668620672a.html

Litwa poinformowała Rosję, że od soboty blokuje przewóz dużej części dóbr do i z Kaliningradu w związku z zachodnimi sankcjami nałożonymi na Moskwę za agresję na Ukrainę. Gubernator Obwodu się odgraża, a Reuters informuje, że posunięcie naszego sąsiada może doprowadzić do eskalacji konfliktu na linii Putin-NATO.

Litwa po ponad trzech miesiącach w Ukrainie wojny postanowiła uderzyć w Kaliningrad. W piątek nasz sąsiad poinformował Kreml, że ogranicza import i eksport z Obwodem. Gubernator Obwodu Kaliningradzkiego Anton Alichanow powiedział, że ograniczenie wpłynie na ok. połowę produktów importowanych i eksportowanych z Rosji przez Litwę.

Litwa ogranicza handel z Obwodem Kaliningradzkim

– Uważamy, że jest to najpoważniejsze naruszenie prawa do swobodnego tranzytu do i z Obwodu Kaliningradzkiego – przekonywał Alichanow w nagraniu, dodając, że władze będą naciskać na zniesienie tych środków. Dodał, że wśród towarów, których to dotyczy, są materiały budowlane, cement i wyroby metalowe.

Blokada zaczęła się od soboty. Litewskie MSZ nie chciało komentować tej sprawy. „Posunięcie to może zwiększyć i tak już wysoki poziom napięć między Rosją a NATO w związku z rosyjską inwazją na Ukrainę pod koniec lutego” – pisze Reuters. Jak informuje agencja, kolejowa obsługa pasażerów z Rosji do Kaliningradu odbywa się przez terytorium Litwy bez zmian, samoloty latają nad Bałtykiem, bo przestrzeń powietrzna UE jest dla Rosji zamknięta.

Więcej statków. Ruch w Obwodzie Kaliningradzkim zamarł

Anton Alichanow powiedział, że jeśli Obwód nie będzie w stanie szybko doprowadzić do zniesienia blokady, zacznie dyskutować o potrzebie większej liczby statków do przewozu towarów do Rosji.

Nie lepiej sytuacja wygląda w przypadku naszej relacji z północnym sąsiadem. Jak pisaliśmy w money.pl na początku kwietnia, wojna w Ukrainie całkowicie zamroziła stosunki między Obwodem Kaliningradzkim a Polską. Rosjanie nie przyjeżdżają już na zakupy do naszego kraju, zniknęły reklamy w języku rosyjskim, a ruch na granicy niemal zupełnie zamarł.

– Mieliśmy duży asortyment premium tylko dla Rosjan. Teraz to wszystko się skończyło – mówił money.pl pan Mariusz, były pracownik sklepu meblarskiego w Bartoszycach.

====================================

mail: Chyba nikomu nie trzeba wyjaśniać, co to oznacza.
Dmytro Kuleba minister spraw zagranicznych Ukr…j, wystąpił z pismem do Mateuszka, o deportacje na Ukrainę, wszystkich mężczyzn, obywateli Ukrainy, w wieku od 18 do 60 lat. Najwyraźniej kończy im się żywa siła i na gwałt potrzebują nowej

Nakaz pływania z Kamieniami Milowymi u szyi. Czy premier M. Morawiecki naprawdę jest aż tak bezczelnym kłamcą?

krzysztofjaw – 17 Czerwca, 2022 https://niepoprawni.pl/blog/krzysztofjaw/czy-premier-m-morawiecki-naprawde-jest-az-tak-bezczelnym-klamca

Kiedyś – t.j. 25.01.2020 roku i odnosząc się też do moich wcześniejszych tekstów – napisałem o M. Morawieckim:

„Mateusz Morawiecki w Davos rozmawiał z szefową YouTube i  raczył był napisać na Facebooku: „Wpis z cyklu: Polaków można spotkać wszędzie. Chyba wszyscy w Polsce wiedzą co to jest YouTube, ale pewnie nie wszyscy wiedzieli, że jego szefową jest Suzanne Wójcicki.  Na pewno Was zaskoczę, ale Susan jest moją daleką kuzynką z serca Świętokrzyskiego – jej rodzina mieszkała w Piotrowicach a moja rodzina w Nawarzycach i znały się świetnie. Te relacje potwierdziliśmy już na wielu przykładach. Spotkaliśmy się właśnie w #Davos. I wszystkich serdecznie pozdrawiamy” [1].

Onegdaj też stwierdził, że: „”członkowie jego rodziny” byli w stanie przeżyć niemiecką okupację dzięki pomocy polskich rodzin, lecz „żadna z tych osób, które narażały swoje życie nie została zaliczona w poczet tych najbardziej uhonorowanych, wielkich bohaterów – Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata””. „W ten sposób Mateusz Morawiecki poinformował o żydowskich korzeniach swojej rodziny, co w polskiej polityce zdarza się rzadko. Albo wicepremier ma odwagę ignorować antysemickie uprzedzenia, albo te uprzedzenia w Polsce słabną, także w środowisku politycznym polityka. A może i jedno, i drugie”.

Wspomnę tylko, że nasz premier przez wiele lat był prezesem jednego z największych polskich banków a wszyscy na świecie wiedzą, że takie lukratywne stanowiska w sektorze banksterskim mogą mieć tylko rodowici Żydzi lub też korzeniami z tymi Żydami „zjednoczonymi”.

Czy mi to przeszkadza? Raczej nie, bo takie są fakty… Oczywiście zawsze podchodzę z pewną dozą podejrzliwości do ludzi, którzy mają żydowskie pochodzenie lub też są filosemitami. Jednocześnie jednak – mimo krytycyzmu – uważam, że można być zawsze osobą, która jest przychylna Polsce.

Swego czasu pisałem o M. Morawieckim: „Jego życiorys zawodowy jest wszakże ściśle związany z UE oraz III RP i dotychczas świetnie – jako przedstawiciel „banksterstwa” – radził sobie w tym szemranym środowisku. Stąd rodzi się wiele uzasadnionej krytyki M. Morawieckiego wskazującej, że jest on zwolennikiem i beneficjentem europejskiej idei wielopłaszczyznowej i ponadnarodowej integracji państw w ramach UE. Wskazuje się w tym kontekście, że: ukończył on „unijne” studia w Hamburgu, bankową karierę rozpoczynał w Deutsche Bundesbank w Niemczech, był związany z Central Connecticut State University i  w 1998 roku został zastępcą Dyrektora Departamentu Negocjacyjnego i Akcesyjnego w Urzędzie Komitetu Integracji Europejskiej, czyli przygotowywał Polskę do członkostwa w UE. W sferze zarzutów wobec M. Morawieckiego jest też sprawowanie przez niego funkcji prezesa zarządu „banksterskiego” BZWBK czy ścisłe związki z Konfederacją Lewiatan, kojarzoną ze spec-kreatorami III RP i np. nazwiskami takimi jak Kostrzewa czy Bochniarz. Dla wielu ostatecznie przesądzającym o negatywnej ocenie M. Morawieckiego jest jego udział w Radzie Gospodarczej premiera D. Tuska. Wielu też wskazuje jednak, że swoje osiągnięcia zawodowe zawdzięcza tak naprawdę talentowi, wiedzy, doświadczeniu i ciężkiej pracy w niesprzyjającym mu – z powodu własnej opozycyjnej działalności jak również takowej jego ojca K. Morawieckiego – otoczeniu. Poza tym podkreśla się zaangażowanie finansowe jego banku (BZWBK) w różnorakie przedsięwzięcia patriotyczne w Polsce, których nikt nie chciał współfinansować… ani rząd PO-PSL ani też żadne gospodarcze podmioty państwowe czy prywatne”.

Pisałem to niespełna pięć lat temu i przez ten czas premier M. Morawiecki okazał się być jednak dobrym premierem, ale czy jego korzenie nie wpłyną niekorzystnie dla Polski w świetle ustawy 447 JUST? A poza tym, czy mając takie rodzinne konotacje nie powinien wpłynąć na cenzorską politykę YouTube, która na ten przykład zabrała telewizji internetowej wRealu.24 możliwość zarobkowania na reklamach?” [1].

Zacytowałem powyższe obszerne fragmenty mojego tekstu, aby przedstawić fakt, że od samego początku byłem trochę nieufny wobec premiera M. Morawieckiego, chociaż nieraz go nawet chwaliłem. Sądzę, że w ogóle zwolennicy PiS (a do takich się zaliczam) dalej mają mieszane odczucia wobec premiera i w dobrej wierze  oraz na zasadzie chciejstwa chcą wierzyć w jego dobre intencje… bo wierzy w niego J. Kaczyński. 

Ale… ostatnie tygodnie i miesiące zasiały chyba w zwolennikach partii rządzącej wiele wątpliwości, które szczególnie dotyczą tzw. Krajowego Planu Odbudowy (KPO) i warunków wobec Polski (nazywanych w UE „kamieniami milowymi”), które UE postawiła wobec naszego kraju, i które musimy spełnić, aby otrzymać jakiekolwiek pieniądze z unijnego Funduszu Odbudowy. 

Okazało się bowiem, że tych warunków unijnych („kamieni milowych”) nie jest tylko trzy, które dotyczą wymiaru sprawiedliwość (a tak myślała cała opinia publiczna w Polsce), a przeszło 160 a nawet 200 czy więcej.

Musimy je wszystkie spełnić, żeby dostać choć pierwszą transzę wypłaty z unijnego FO, którą przewidziano dopiero na wrzesień 2022 roku. A te „kamienie milowe” to dosłownie „ukamienowanie Polski”. Są tam zapisy tak szczegółowe i tak pozatraktatowe, że aż „włos się jeży na głowie”. Ozusowanie wszystkich umów o pracę, podwyższenie wieku emerytalnego (sic!) czy wprowadzenie podatków za korzystanie z samochodów spalinowych (na benzynę i ropę) i tzw. „zielone zapisy”. To tylko malutki wycinek tych warunków. Można o nich przeczytać w dwóch dokumentach [2], [3]. 

Szerzej o tym pisałem w tekście: „Rządowe animozje w sprawie KPO – Czy jest to „ukamienowanie” Polski?” [4]. 

Wobec tych aż tak dużych wątpliwości myślałem, że rząd podejmie nad nimi dyskusję z polskim społeczeństwem. Liczyłem na wytłumaczenie dlaczego zgodziliśmy się na te warunki i może na jakąś obietnicę, że nie prowadzą one do utraty naszej suwerenności i niepodległości. Że może jednak jest jakieś wyjście z tych „unijnych więzów” a rząd w jakiś cudowny sposób przechytrzył lewackie elity unijne. 

Ale niestety – i piszę o tym ze smutkiem – w tym obszarze nic się nie wydarzyło a wprost przeciwnie. 

Dziś odbywa się zlot Klubów Gazety Polskiej i w czasie jego trwania padło pytanie jednego z australijskich przedstawicieli tych klubów: „Czy kamienie milowe oznaczają koniec z suwerennością Polski?”. 

Proszę dobrze sobie przyswoić co premier M. Morawiecki odpowiedział na to pytanie: „Właśnie dziś, kiedy pieniądz jest tak drogi dla Polski, musimy rynkom finansowym płacić gigantyczne pieniądze, to dziś te pieniądze z KPO są potrzebne, by zabezpieczyć naszą suwerenność (…) Wszyscy, którzy próbują rozpętać histerię wokół tzw. kamieni milowych mylą się i nie tylko są w błędzie, ale leją wodę na młyn ruskiej propagandzie. Wiecie dlaczego? Bo suwerenność możemy utracić także poprzez gigantyczny kryzys gospodarczy, który doprowadzi do załamania. A pieniądze zewnętrzne, które są grantowe, unijne, za nie nie płacimy. Nie musimy płacić odsetek, ani ich zwracać. One są potrzebne na inwestycje. Łatwiej będzie nam wyjść obronną ręką z tych tarapatów (…) Proszę wszystkich członków Klubów. Pamiętajcie – KPO wzmacnia nasze bezpieczeństwo czy suwerenność. 99 procent tych kamieni milowych jest absolutnie w interesie Polski!”. 

Powiem szczerze. Po tej wypowiedzi krew we mnie zawrzała. 

Po pierwsze: pieniądze z FO są tylko w części grantowe a reszta to pożyczki.

Po drugie: gdyby jakiś kraj unijny nie mógł spłacić tych pożyczek to m.in. Polska będzie musiała je w jakiejś części je spłacać.

Po trzecie: UE narzuca nam w „kamieniach milowych” konieczność narzucenia dodatkowych unijnych podatków (np. za samochody spalinowe), na co się zgodziliśmy.

Po czwarte: tak naprawdę 99% tych „kamieni milowych” zmniejsza naszą suwerenność a nie odwrotnie jak – powiem to dosadnie – kłamie premier M. Morawiecki. 

Czy można być aż tak aroganckim i bezczelnym kłamcą? I to wobec patriotów z Klubów Gazety Polskiej? I ten żenujący argument o krytykach jako „ruskich onucach”…

[1] https://krzysztofjaw.blogspot.com/2020/01/m-morawiecki-nic-nie-dzieje-si…(link is external)

[2] KPO – wersja polska: projekt z kwietnia 2021 roku, 498 stron – https://gfx.biznes.radiozet.pl/var/radiozetbiznes2/storage/original/appl…(link is external)..

[3] KPO – wersja angielska: „aneks” z 01.06.2022 roku, 239 stron – https://ec.europa.eu/info/system/files/com_2022_268_1_annex_en.pdf -(link is external) tak naprawdę do tego dokumentu należy się dziś odnosić, bo de facto to w tym dokumencie zapisano te setki „kamieni milowych”, 

[4] https://krzysztofjaw.blogspot.com/2022/06/rzadowe-animozje-w-sprawie-kpo…(link is external)

[5] https://niezalezna.pl/446753-premier-morawiecki-o-kamieniach-milowych-kp…(link is external)

Polak potrafi, pod warunkiem, że nie jest politykiem albo dziennikarzem

Matka Kurka https://www.kontrowersje.net/polak-potrafi-pod-warunkiem-ze-nie-jest-politykiem-albo-dziennikarzem/

Napiszę wprost, że po wczorajszym felietonie przeczytałem kilka skrajnie głupich komentarzy, które zarzucały mi propagowanie „pedagogiki wstydu”. Naprawdę nie wiem, jak bardzo trzeba mieć złe intencje albo jak bardzo wyłączyć myślenie, aby pisać podobne bzdury. Od lat zwalczam propagandowe schematy, które robią z Polaków tłuszczę, co to pije, kradnie i załatwia się po krzakach nad Bałtykiem. Od lat piszę o polskim fenomenie, jakiego nie ma na całym świecie, Polak potrafi w beznadziejnych warunkach osiągnąć tyle, czego Niemiec nie zdoła w komfortowych.

Za komuny nie było ani pieniędzy, ani materiałów budowlanych, a jednak ludzie hurtowo stawiali domy jednorodzinne. Pod zaborami i za okupacji potrafiliśmy zorganizować całe państwo, łącznie z edukacją i to wyższą. Umiejętności Polaków w zakresie inżynierii, informatyki, czy architektury, to towar poszukiwany na całym świecie. Polak jest niezniszczalną potęgą!

Rzecz w tym, że i felieton i opisana rzeczywistość nie dotyczyła Polaków, jako takich, ale dwóch specyficznych grup społecznych, które od lat ciągną Polskę na dno: politycy i dziennikarze. Jesteśmy w takim miejscu, w jakim jesteśmy nie dlatego, że Polak jest głupszy od Niemca, czy Francuza, ale dlatego, że polski polityk i polski dziennikarz jest 100 razy głupszy od niemieckich i francuskich.

Przegraliśmy wszystko na Ukrainie wyłącznie z tego jednego powodu. Politycy i to wszystkich opcji, razem z dziennikarzami wszystkich opcji, opowiadali niestworzone brednie o polskiej roli. Zapłaciliśmy za ten stek bzdur gigantyczną cenę i to jeszcze nie koniec. Efekt będzie taki, że Polacy znów będą „dźwigać plecak kamieni”, jak to mawiał klasyk z Nowogrodzkiej. Czy sobie poradzą? Z całą pewnością, jednak to niekończąca się opowieść! Przez wieki drepczemy w miejscu, budujemy swoje, durni politycy niszczą, co zbudowaliśmy i znów odbudowujemy. Od wojny domowej na Ukrainie powinniśmy się trzymać jak najdalej, najprostsza na świecie strategia. Może nie tak daleko jak Węgry, bo to przy naszym geopolitycznym położeniu byłoby zbyt daleko posuniętą obojętnością, ale z powodzeniem mogliśmy i powinniśmy naśladować Niemcy.

Dało się to wszystko przeprowadzić banalnymi narzędziami, po prostu nie wyłazić przed szereg, trzymać się za plecami NOTO i UE, oczywiście traktując to jako alibi, a nie realne oddanie władzy. Co zrobili politycy i dziennikarze? Dokładnie odwrotnie, czyli największą głupotę podpartą groteskowymi wizjami mocarstwowej Polski, która będzie za chwilę rządzić Europą. Za te żałosne wizje, kompletnie pozbawione jakichkolwiek racjonalnych podstaw, już spłynęły słone rachunki, ale te największe dopiero są wypisywane. Jesteśmy pracowitym i niezniszczalnym narodem, niestety nieustannie ogłupianym i prowadzonym na manowce przez „elity”. Po buńczucznych deklaracjach Kaczyńskiego i PiS, zostały pielgrzymki na kolanach do UE i TSUE. Morawiecki bez żadnej dyplomacji i zahamowań mówi, że za polski wymiar sprawiedliwości nie chce umierać, co nie może być inaczej odczytane niż uznanie zwierzchnictwa Brukseli. I w takiej pozycji, z taką flagą, z której odcięto czerwień, mamy „rządzić w Europie”?!

Nad Polakami nie mam najmniejszego zamiaru się znęcać, nie widzę zresztą do tego większych podstaw, może poza jedną – nieuleczalna naiwność. Natomiast to jak Polska jest zarządzana przez „elity” polityczne i medialne, w moim krótkim podsumowaniu i tak wybrzmiało łagodnie. Od 2015 roku PiS przeprowadziło jedną mądrą inwestycję, to jest przekop mierzei. Była szansa na zbudowanie drugiej, czyli nowego źródła dostaw gazu dla Polski i Europy, ale to Morawiecki rozłożył koncertowo. Poza jakimiś śmiesznymi fabrykami samochodów na baterie, w dodatku w sferze projektów, nie ma niczego, co pozwoliłoby Polsce rozwinąć skrzydła. Zamiast drugiego Centralnego Okręgu Przemysłowego Morawiecki podpisał cyrograf na „zielony ład” i „zieloną mobilność”. Takie są fakty, takie są „zdolności” i „ambicje” polskich (?) polityków. Długo wierzyłem, że PiS to inna jakość i przez pierwsze dwa lata tak było, teraz to jest ta sama „polityka brzydkiej panny” i nawet „patriotyczne” pyskowanie coraz ciszej słychać.