Słowa wagi ciężkiej, czyli czas mediów interpretacyjnych

Słowa wagi ciężkiej, czyli czas mediów interpretacyjnych

Jacek Tomczak myslpolska/slowa-wagi-ciezkiej-czyli-czas-mediow-interpretacyjnych

Używanie określenia „Pedofilia Obywatelska” na określenie formacji sprawującej rządy jest kolejnym przejawem degradacji języka debaty publicznej czasów plemienno-tiktokowych.

Spowszednienie takiego sposobu komunikowania się to wyrządzanie szkody – i to nie ludziom, których się deprecjonuje, lecz osobom poszkodowanym, samemu językowi, ale też tym, którzy go używają, często nieświadomie infekując własną wrażliwość żrącym kwasem. Zamiast myśleć jak obrazić przeciwnika, zastanówmy się czym jest to, do czego go porównujemy. Pedofilia to najcięższa i najohydniejsza ze zbrodni, to nie publicystyka. O wykorzystywaniu słów jako narzędzi władzy napisano tomy. Czym różni się zmiana znaczenia słów następująca w toku zaostrzania się polskiej walki „plemiennej” od tej opisywanej przez wybranych autorów?

Wspomnijmy choćby koncepcję “władzy kulturowej” włoskiego komunisty Antonio Gramsciego. Gramsci twierdził, że sprawowanie władzy przy pomocy tradycyjnych metod rządzenia nie jest konieczne, by wpływać na rzeczywistość, zaś olbrzymią rolę w osiąganiu tego celu odgrywa wprowadzanie do obiegu publicznego pojęć zdefiniowanych tak, jak chce oddziałujący.

Postmoderniści, odwołujący się do „teorii języka” francuskiego psychoanalityka Jacquesa Lacana twierdzili, że nie tylko ludzie wypowiadają słowa, ale też słowa mówią za nas. Język jest narzędziem władzy, przy pomocy którego opisujemy świat wartościując pojęcia i nawet nie jesteśmy świadomi czemu poszczególne z nich odbieramy pozytywnie, a inne negatywnie.

Przy całej odmienności wyżej zarysowanych koncepcji, w obydwu przypadkach przemyślenia autorów dotyczą redefiniowania pojęć, tak by – kolokwialnie pisząc – inaczej się ludziom kojarzyły.

Specyfika polskiej „wojny plemiennej” polega na tym, że zamach na język jest tu efektem, nie zaś intencją – zamiarem osób posługujących się skrajnymi pojęciami bądź skrajnymi skojarzeniami jest zaatakowanie przeciwnika. Efektywnie język, mając być środkiem komunikacji, staje się ofiarą takiej „komunikacji”.  W toku „wojny plemiennej” pojęcia odrywają się od tego co miały opisywać, szukają nowych znaczeń, a często zawłaszczane są przez tych, którym stworzenie nowej definicji pozwala politycznie zaistnieć. Są niebezpieczne, ale też często ranią nie tego, w kogo są wycelowane, lecz tego kogo krzywdę rozgrywają, tak naprawdę nieszczególnie się nią interesując.

Tak, jest zasadnicza różnica między potępieniem pedofilii a potępieniem politycznego przeciwnika przy użyciu pedofilii. I jednocześnie samo pojęcie „pedofilii” znaczy w obydwu przypadkach co innego.

Pedofilia to potworna zbrodnia, naruszenie najbardziej intymnej sfery najbardziej bezbronnych istot. Pedofilia to uśmiercenie za życia. Jednocześnie to coś tak obrzydliwego i mającego taki ciężar, że zwyczajnie nie da się go unieść, dźwignąć jego potęgi chcąc operować pojęciem je opisującym jako inwektywą. Nie da się przerzucać tego pojęcia “na prawo i lewo” nie wyzuwając go z treści, nie wypełniając go pustką, sprawiającą, że nadaje się jedynie do ubliżenia komuś. A jednak politycy nieodpowiedzialnie chcą udźwignąć ten ciężar, niczym anemik na zawodach kulturystycznych. To, że wskutek tego nurkują w akwenie złożonym z odchodów to najmniejszy problem. Przywykli. Warto tylko przypominać, że tak właśnie się dzieje. Tak, polityk używający pedofilii jako broni politycznej nie jest kimś potępiającym pedofilię, lecz kimś korzystającym z pedofilii.

Prawdziwym problemem staje się utrata rangi przez słowa, przez oderwanie od pierwotnego znaczenia. Pozbawia to ludzi możliwości opisu zjawisk potwornych przy pomocy adekwatnych pojęć. „Pedofilia” i inne słowa mające razić najmocniej przenoszą się do semantycznej pustki, gdy wykorzystywane są niczym czołg do walki z grupą nastolatków.

Źródła nienawiści

Warunki sprzyjające „wojnie plemiennej” powstają, gdy ludzie, którzy z jakichś powodów są bliżsi jednej bądź drugiej stronie zaczynają się radykalizować, choćby w poszukiwaniu poczucia przynależności. Z obserwatorów stają się kibicami. Z jednej strony, skłonni są przyjmować jako swoje najbardziej skrajne narracje, z drugiej strony – powtórzą po „swoich” każdy pogląd.  Temperaturę „wojny plemiennej” podgrzewa się przez tworzenie „mitów” w rozumieniu Carla Schmitta, czyli przenoszeniu kategorii religijnych na poziom polityki. „Mity” to opowieści, do których odwołanie wzmacnia poczucie grupowej tożsamości – w Polsce „mit smoleński” konfrontował się z mitem „walki o obalenie dyktatury”.

Ostrość konfliktu tworzącego “wojnę plemienną” wynika także z przeniesienia punktu ciężkości z wymiaru światopoglądowego na poziom personalny. To tworzy także jego specyfikę, w ramach której radykalizm łączy się z koniunkturalizmem, a fanatyzm z nihilizmem. Mnóstwo oskarżeń, mocnych słów, a jednocześnie pilnowanie swojego miejsca i swojej kariery, ataki frontalne i totalne, a zarazem nie aż tak duże różnice światopoglądowe.  Zbitka wyrazowa „sianie nienawiści” uległa degradacji do rangi sloganu, używanego często wobec ludzi domagających się po prostu odróżniania dobra od zła, poszkodowanych od katów, bohaterów od zdrajców. W tym ujęciu „siali nienawiść” ci, którzy odnosili politykę do wartości, nakazujących w niektórych sytuacjach bezkompromisowość.

Wobec faktu, iż słowo „nienawiść” przez wszystkie przypadki odmieniają zideologizowani tropiciele rozmaitych „izmów”, z „antysemityzmem” i „rasizmem” na czele, z obawy przed upodobnieniem się do nich część osób o prawicowych poglądach zaczęła przymykać oczy na destrukcyjne chamstwo i nienawiść, jakie wniosła do polskiej polityki choćby TVP Info za rządów Jacka Kurskiego. Oczywiście, brak krytyki tego co tam miało miejsce wynikał też zapewne z obawy przed “ustępowaniem pola” wspólnym przeciwnikom prawicy wszelkich odmian.

Taki styl wiadrami wylewa się dziś z pasków „informacyjnych” TV Republika. Narzucają one jedynie słuszną interpretację rzeczywistości w sposób tak ordynarny, że u człowieka ceniącego samodzielność myślenia wywołują wręcz sprzeciw na poziomie psychicznym. Telewizje informacyjne zastąpione zostały przez telewizje interpretacyjne.  Nie musi mnie nikt przekonywać, że z drugiej strony mamy rozmaitych amatorów politycznych polowań i prowokatorów w rodzaju Silnych Razem, Babci Kasi czy Giertycha, że poziom umysłowo-etyczny mainstreamu z pułapu Jerzego Turowicza, Czesława Miłosza i Leszka Kołakowskiego spadł kilka stopni poniżej zera, do wspólnego śpiewania “J…ć PiS” i zaczepiania Jarosława Kaczyńskiego, gdy chce oddać cześć swojemu bratu. Zapytam tylko: no i co z tego? Skoro taka jest koniunktura to wszyscy będziemy szambonurkami?

Zastrzeżenie, które muszę poczynić, by precyzyjniej wskazać o co mi chodzi dotyczy Grzegorza Brauna. Otóż, jak wspomniałem, nienawiść eskaluje, gdy walka przenosi się do wymiaru personalnego. Ideologiczne uzasadnienia są wtedy często jedynie racjonalizacją osobistej wrogości. Poglądy na poszczególne sprawy zmieniają się – niezmienna pozostaje tylko osobista wrogość. Polityk-relatywista w kwestii światopoglądu jest politykiem-fundamentalistą, gdy dotyczy to osobistej nienawiści. „Nienawiść” przypisywana Braunowi jest czym innym niż nienawiść Jacka Kurskiego, Łukasza Mejzy czy Dominika Tarczyńskiego. Z jednej strony, nie udawajmy, że tej pierwszej nie ma, z drugiej strony – nie mylmy jej z wyrazistością, połączoną z walką o sprawy. Walka o sprawy, najbardziej wyrazista nawet to co innego niż walka z ludźmi i atakowanie dzieci Tuska czy “dziadek z Wehrmachtu”. Odróżnianie tego na co człowiek wpływ ma od tego za co odpowiedzialności ponosić w żadnym przypadku nie może jest kluczowe.

Wartki wir szmba

„Pedofilia obywatelska” biła po oczach w każdym miejscu internetu, może poza sferą ciekawych podcastów, które mają po kilkaset odtworzeń – no i poza dark netem, bo tam równają do polskich polityków. „Pedofilia obywatelska” znalazła się w tytule programu „Salonik dziennikarski Ziemkiewicza” w TV Republika, o „pedofilii obywatelskiej” mówił Radosław Fogiel w „Śniadaniu Rymanowskiego”. Ci, którzy zdawali się tamować wartki prąd wyrzygu poddali mu się, stając do licytacji. Hulaj dusza, „jechać z k….i”!

Problem w tym, że ci, którzy chcą szokować po raz kolejny, orientują się, że teraz już nic nie szokuje. Skoro codziennie wprowadza się „stan wojenny”, skoro przeciwnik to uosobienie Stalina i Hitlera, skoro „puste łby”, „mordy zdradzieckie”, „tłuszcza” i „wataha” to nasi oponenci to nie wiadomo co jeszcze można wymyśleć, by stać się doskonalszym rzeźnikiem. Wiadomo, że należy informować o przynależności politycznej osoby skazanej wyrokiem sądu. Ludzie mają prawo wiedzieć – tak samo, nie powinni być zbywani poprawnymi politycznie informacjami o „wzroście przestępczości wśród mieszkających w Polsce osób rosyjskojęzycznych”. Wiadomo, że partia powinna zająć stanowisko i nie unikać tematu. Wiadomo też, że identycznego zabiegu dokonywali ludzie z lewej strony, wrzeszcząc o „pedofilach w sutannach”, jakby rozradowani, że nienawiść do Kościoła katolickiego znalazła uzasadnienie.

Rzecz w tym jakie wnioski należy wyciągnąć z podanych informacji. Opinia publiczna ma skłonność do oceniania intencji i zamierzonych działań przez pryzmat skutku. O co chodzi?  To trochę jak z dyrektorem więzienia, który wypuścił na przepustkę więźnia, który w jej trakcie zabił. Więzień miał dobrą opinię w więzieniu, bywał dziesiątki razy na przepustkach, w trakcie których zachowywał się bez zarzutu – jednocześnie setki więźniów, którym ten dyrektor w przeszłości wydał przepustki zachowywało się podczas ich odbywania prawidłowo. Opinia publiczna niewątpliwie zaatakowałaby dyrektora za przyczynienie się do zabójstwa.

Faktycznie jednak nie można byłoby mieć do niego pretensji. Jakkolwiek źle by to nie brzmiało, to się po prostu zdarza – tak jak uderzenia piorunów się zdarzają. Dyrektora należy oceniać przez pryzmat tego co mógł zrobić i czego nie zrobił oraz – ewentualnie – na ile kierował się osobistymi sympatiami przy podejmowaniu decyzji.  Partię i jej kierownictwo można oceniać negatywnie, jeśli zbojkotowali otrzymywane sygnały, tym bardziej jeśli kryli człowieka, wobec którego prokuratura formułowała zarzuty. Nie da się natomiast nikogo potępiać dlatego, że w jego otoczeniu znalazł się ktoś kto w tym czasie powinien być za kratami. Odwrócona logika “zdjęcia z papieżem” służy propagandystom, ze szkodą dla prawdy.

Analityk w świecie pejzażystów

Być może – nie można być tego pewnym, bo takie myślenie nigdzie się nie uzewnętrzniło – operujący pojęciem „pedofilia obywatelska” przypuszczają, że partie takie, jak Koalicja Obywatelska są bardziej żyzną glebą dla ludzi, którzy krzywdzą dzieci. Jednocześnie o skłonności ludzi do takich racjonalizacji, mylonych z wyszukiwaniem przyczyn świadczą tezy o Kościele jako rugującym życie seksualne, a zatem rzekomo wyzwalającym skłonności pedofilskie.  Nie żebym traktował taką tezę jakoś poważnie, ale warto poświęcić jej chwilę, choćby z uwagi na jej domniemaną obecność w myśleniu tych co pedofilię używają jako szabelkę. Jakie mogłoby być źródło takiego myślenia? Takie partie są bezideowe, ich głównym celem jest władza – a jednocześnie gloryfikują „nowoczesność” pojmowaną jako przekraczanie granic, wydobywanie się z pęt tradycji. Czyli – puszczanie hamulców jest po prostu łatwiejsze niż gdzie indziej.

Oczywiście, wyciąganie bardzo konkretnych wniosków na podstawie tak mglistych przesłanek samo w sobie jest błędne. Wnioskowanie ze skutku na przyczynę jest błędne, bo określony skutek może mieć mnóstwo przyczyn.  Przede wszystkim jednak, pedofilia jest zjawiskiem unikalnym, wyjątkowo odrażającym. Zaryzykujmy tezę, że o ile zabójstwa są skutkiem doprowadzonych do skrajności i przekraczających jakąkolwiek skalę agresywnych instynktów człowieka, o tyle pedofilia jest czymś „innym” – nie tyle rozwinięciem jakiejkolwiek ludzkiej cechy, co absolutnym zaprzeczeniem człowieczeństwa. Opisywanie jej przyczyn przez odniesienie do zwykłych, czyli przeciętnych cech ludzkich, środowiskowych, społecznych jest skazane na popełnienie błędu poznawczego.

Powiedział kiedyś Janusz Korwin-Mikke – cytuję z pamięci – że lewica kieruje się sympatiami, a prawica zasadami. Czyli – prawicowa optyka na rzeczywistość ma zapobiegać postawieniu osobistego podejścia do tego czy innego człowieka ponad tym co powinno normować i porządkować świat. Nie muszę chyba dodawać czemu o tym wspominam – to jasne, że te przemyślenia bardziej niż do tej czy innej partii odnoszą się do mechanizmów i zasad tworzących życie publiczne. Wielu ludzi zastanawia się co w praktyce oznaczać powinien realizm polityczny, jakie niesie on implikacje, jak poszczególne przejawy naszego działania mogą służyć jego wspomaganiu. Jak korzystać z realizmu politycznego, by nie stał się on „fobią” bądź „filią”?

Po pierwsze, myśleć w kategoriach związków przyczynowo-skutkowych i uzyskać odporność na to co określę jako myślenie “moralistyczno-magiczne”, czyli pełne atrap moralności, nadęcia, a zarazem niedookreślenia. Po drugie, oceniać konkretne sytuacje, koncentrować się na szczególe, bez popełniania błędu polegającego na błyskawicznej „teleportacji” z całego obrazu na jego mały fragment – i w drugą stronę.

Oczywiście, trzeba tu podkreślić, że sami politycy Koalicji Obywatelskiej w całej sytuacji zachowywali się wcale nie tak, jakby przeszkadzało im polityczne wykorzystywanie pedofilii – lecz jakby przeszkadzało im polityczne wykorzystywanie pedofilii wtedy, gdy zwraca się to przeciwko nim.  Samo pojęcie „politycznego wykorzystywania tragedii” jest przywoływane na tyle często, że powoduje to problem z odróżnieniem dwóch, zupełnie innych sytuacji. W pierwszej – takiej jak ta tu opisywana – używa się do uderzenia w przeciwnika faktów, które zaistniały nieopodal niego, z którymi jednakże nic go nie łączy i którym nie miał możliwości zapobiec. W drugiej sytuacji oskarżany polityk lub partia popełnili czyny lub dopuścili zaniechań, które miały wpływ na zaistnienie tragedii lub utrudniły jej wyjaśnienie.

W tym sensie pretensje do Donalda Tuska i jego partii o ich postawę przed i po tragedii w Smoleńsku, czyli o korespondencję z Władimirem Putinem na temat tego kto uczestniczyć powinien w obchodach zbrodni katyńskiej oraz o oddanie śledztwa Rosjanom są czym innym niż mówienie o „pedofilii obywatelskiej”. Oczywiście, przykładów “wykorzystywania tragedii” i kontrprzykładów wskazujących realne błędy popełnione w związku z tragedią jest całe mnóstwo. Zdecydowanie warto te dwie sytuacje odróżniać. Również dlatego, by – tak to ujmę – nie wykorzystywać politycznie hasła o “wykorzystywaniu politycznym”.

Naprawdę nie da się inaczej?

Nie da się inaczej? Bo przecież żyjemy w czasach Tik-toka, memów, informacji znikających szybciej niż się pojawiają?  Wydaje mi się, że niektórzy politycy nie tylko potrafią inaczej, często z nienajgorszymi skutkami. Oni byliby też mentalnie i etycznie niezdolni do zdobycia certyfikatu szambonurka. Nie każdy, będąc otoczony zbrodniarzami wojennymi zacznie strzelać do cywilów – i nie każdy poruszający się po świecie „wojny plemiennej” uzna za właściwe nazywanie przeciwników „pedofilami”.

Można nie zgadzać się z Krzysztofem Bosakiem czy Markiem Jurkiem w tysiącu spraw, sam byłem oburzony relatywizacją żydowskiego ludobójstwa w Gazie dokonywaną przez tego ostatniego. Jednocześnie, jeśli ktoś serio odwołuje się do polityki opartej o wartości, jeśli ktoś wierzy, że konserwatyzm to nie tylko zbiór haseł, ale całościowa, wielowymiarowa postawa to sposób uprawiania polityki Bosaka czy Jurka będzie mu bliższy niż Kurskiego, Mejzy czy Tarczyńskiego. Ci ostatni to personifikacje twardogłowych, prostaczkowatych (pamiętajmy, by “prostaka” odróżniać od “prostego człowieka”!) krzykaczy, sprowadzających prawicowy światopogląd do nienawiści do Tuska. Oraz oczywiście do roli ideowej nadbudowy do robienia kariery.

W Kanale Zero pokazano rozmowę z córką zwyrodnialca z Kłodzka, który dostał wyrok 25 lat pozbawienia wolności za pedofilię i zoofilię. Ten Coś, dwunóg człekopodobny, sprawca horroru z Kłodzka miał podręcznikowe cechy psychopaty. Wywoływał uzależnienie emocjonalne, straszył, że najbliżsi dziewczyny zginą, jeśli nie będzie się ona poddawać jego odrażającym praktykom, zakładał podsłuchy, montował urządzenia pozwalające ustalić lokalizację najbliższych mu osób. Dodajmy, że policjant, który zapoznawał się z materiałem dowodowym w tej sprawie musiał zacząć chodzić do gabinetu psychologicznego.

Te najbardziej podstawowe, a zarazem najważniejsze cechy, które czynią nas ludźmi uaktywniają się, gdy przeszywa nas ból i współczucie dla zwykłej, młodej dziewczyny, dojrzałej ponad wiek dojrzałością smutną i bolesną. Współczucie dla jej bezsilności, samotności, heroizmu w obronie najbliższych (by zwyrodnialec koncentrował się na niej i nie krzywdził innych – jak dziś wiemy, i tak krzywdził). Współczucie dla krzywdy zwielokrotnionej – przecież psychicznym i fizycznym torturom towarzyszyło poczucie nabywanego piętna, świadomość wyboru między samotnością w cierpieniu a krzywdą najbliższych.

Zastanówmy się nad wiarygodnością, autentycznością, szczerością oburzenia. Otóż, trudno uznać je za wynikające z prawdziwego odróżniania dobra od zła wtedy, kiedy nie idzie z nim w parze wrażliwość na krzywdę. Tak, wrażliwość na krzywdę jest punktem wyjścia do oburzenia czynem, często również do oburzenia osobą sprawcy. Oczywiście, relacja między oceną czynu a oceną człowieka to temat na osobne rozważania – na ile nasze czyny nas tworzą, a na ile są efektem chwilowych słabości, okoliczności (i jak odróżnić jedne od drugich).

Co najistotniejsze, potępianie zła musi wynikać z odczuwania dobra i wrażliwości na nie – w przeciwnym przypadku zatraca wymiar moralny i staje się plotką, atakiem, propagandą, nienawiścią. Obawiam się, że rodzima „klasa polityczna” doszła w zacietrzewieniu do pułapu, na którym wrażliwość odbiera się jako słabość.

Zdolność zrozumienia i refleksji nad bólem ofiary jest warunkiem niezbędnym, by potępienie dla sprawcy miało wymiar autentycznie moralny i zarazem moc rażenia. Tylko człowiek uwewnętrzniający choć w części cierpienie skrzywdzonego zachowuje „łączność” między potępieniem a systemem wartości – tylko ktoś taki działa w imię etyki, w oparciu o odróżnianie dobra od zła. Samo potępianie zła, bez wrażliwości na krzywdę, tego niezbędnego komponentu dobra staje się odruchem krzykacza albo – w gorszym przypadku – wyrachowanego politycznego gracza. Taki ktoś nie jest zdolny zrozumieć co właściwie potępia.

Dziewczyna, z którą przeprowadzona została rozmowa, jak i inne skrzywdzone przez zwyrodnialca z Kłodzka osoby są najważniejszymi ludźmi w tej historii – i nad nimi trzeba się pochylić w pierwszej kolejności, jeśli nie chce się całej sprawy traktować instrumentalnie.  Jeśli „lepszość” którejś ze skonfliktowanych stron (tych, którzy używają epitetu „pedofil” i tych, którzy są nim określani) miałaby mieć jakieś oparcie to musiałoby ono tkwić w zrozumieniu i odczuwaniu krzywdy, której druga strona nie próbuje pojąć. Rzecz w tym, że człowiekowi mającemu takie cechy nie o „lepszość” chodzi. Deklarowana „lepszość” tych, którzy oskarżają przeciwników o bycie „pedofilami” tkwi natomiast w czymś od nich zupełnie niezależnym – w nie znalezieniu się w liczącej 20 tysięcy członków partii, której jedna działaczka dostała wyrok w procesie o pedofilię. Przypadek nie buduje „lepszości”. Szczęśliwy traf nie jest źródłem dumy. Człowiek z wyczuciem podchodzący do takich historii nie będzie zachowywał się tak, jakby się mu one opłacały, jakby tak naprawdę większa liczba ofiar umożliwiała skuteczniejszy atak polityczny.   Takie historie nikomu się nie opłacają.

Jacek Tomczak

Myśl Polska, nr 15-16 (12-19.04.2026)