USA: Esej o wielokulturowości, różnorodności i zniszczeniu cywilizacji zachodniej

Esej o wielokulturowości, różnorodności i zniszczeniu cywilizacji zachodniej

3 września 2026 Paul Craig Roberts

Zwolennicy wielokulturowości przedstawiają swój program jako zwiększanie różnorodności. Przez różnorodność rozumieją większe zróżnicowanie, a nie to, co przez to słowo rozumieją zwolennicy DEI [Diversity, Equity and Inclusion] — zastąpienie zasługi jakąś definicją przywileju, taką jak rasa, płeć czy preferencje seksualne.

Celem wielokulturowości jest miscegenacja (tzw. małżeństwa lub związki międzyrasowe). Rezultatem jest zanik różnorodności w mieszaninie zrodzonej bez historii, obyczajów, języka i religii. Abstrakcyjny uniwersalizm wielokulturowości pozostaje w sprzeczności z wieloaspektową rzeczywistością odmiennych kultur. Lud jest zakorzeniony w pierwotnym rodzie. Istnieje wspólna dusza, która trwa, i niezależnie od przystosowań zachodzących z biegiem czasu istnieje ciągłość. Łączą ich wspólna historia, przekonania i język.

Wielość ludów oznacza wielką różnorodność. Miscegenacja niszczy różnorodność. W jej miejsce pojawiają się nowi ludzie bez historii. Program miscegenacji został zinstytucjonalizowany w reklamie korporacyjnej, w rozrywce i w literaturze. Białe kobiety są pokazywane z czarnymi mężczyznami. Biali mężczyźni są pokazywani z Azjatkami i Latynoskami. Kim są dzieci? Ciągłość i poczucie więzi, jest czymś niezbędnym dla społeczeństwa i dla ludzkiego szczęścia. Amerykanie wyrażali niepokój, smutek i poczucie pogwałcenia, gdy wracali do swoich rodzinnych miejscowości i zastawali je jako terytoria okupowane, zamieszkane przez ludzi, o których nic nie wiedzieli. To samo poczucie straty odczuwa się, gdy wraca się na farmę dziadków, gdzie spędzało się wakacje, bawiąc się w strumieniach i zbierając jeżyny, winogrona a znajduje się na jej miejscu osiedle mieszkaniowe. 

Takie same rodzaje smutku i poczucia straty sprowadziły na nas projekty inżynierii społecznej białych liberałów. Władza Kongresu została osłabiona przez przekazanie jej agencjom regulacyjnym, które z kolei znajdują się w rękach interesów korporacyjnych, które mają regulować. Ochrona konstytucyjna została utracona w pogoni za liberalnymi programami „o dobrych intencjach” oraz „bezpieczeństwem narodowym”. Suwerenność amerykańska została naruszona przez porozumienia międzynarodowe służące utopijnym lub błędnym programom albo po prostu interesom finansowym. Charakter moralny został obniżony przez akceptację pornografii, perwersji seksualnych oraz ordynarnego języka pełnego słowa na „F”, używanego nawet wśród młodych dziewcząt.

Starsze kobiety mówią, że jednym ze skutków feminizmu jest to, iż dzisiejsze randkowanie i małżeństwo nie są tym, czym były kiedyś, lecz polegają na znalezieniu partnera seksualnego, który dostarcza orgazmów. Ludzie nie odczuwają już żadnej dumy ze swojego wyglądu i pokazują się publicznie ubrani w sposób, który zawstydziłby ich przodków. W ciągu mojego życia widziałem, jak dobroć Ameryki usycha. To, co przedstawia się jako postęp, często dokonuje się kosztem Konstytucji. Służby Ochrony Dzieci, których nie było w pierwszych dekadach mojego życia, postawiły się w miejsce władzy rodzicielskiej. Dwunastoletnie Amerykanki biorą tabletki antykoncepcyjne. Możemy powiedzieć, że technologia przyniosła degenerację, co byłoby przyznaniem, że technologia jest wrogiem sumienia moralnego — którym pod pewnymi względami rzeczywiście jest. Dzisiejsza technologia AI eliminuje ludzkie interakcje. Wyobraźmy sobie poczucie utraty więzi i wyobcowania wynikające z konieczności rozmawiania z robotycznymi głosami, z którymi nie można nawiązać ani empatii, ani zrozumienia.

Jako wieloletni przyjaciel libertarianizmu ze względu na jego obronę wolności oraz wieloletni obrońca kapitalizmu ze względu na jego dawną efektywność w alokacji zasobów przyznaję, że pogoń za zyskiem wytworzyła antyludzką technologię, która będzie wspierać i ułatwiać wielokulturowe odcinanie ludów od ich korzeni i pozostawi w miejsce ludzkich społeczeństw pozbawioną korzeni, niezdefiniowaną masę.

Technologia AI jest obca ludzkiemu społeczeństwu. Narzucają ją nam głupcy, którzy wierzą, że ich zyski wzrosną dzięki wyeliminowaniu ludzkiej pracy. Głupcy ci powinni zadać sobie pytanie, kto spośród bezrobotnych, których praca nie jest potrzebna, będzie kupował produkty ich maszyn?

Tego pytania się nie zadaje, podobnie jak nie zadaje się pytania: gdzie są te lepsze miejsca pracy, które rzekomo zajęły miejsce miejsc pracy w amerykańskim przemyśle? Ekonomiści akademiccy są zbyt zajęci debatowaniem nad właściwościami abstrakcyjnych modeli, aby w ogóle to zauważyć. Ważne pytanie brzmi: kto przygląda się kosztom antyludzkiej technologii, kosztom życia ludzi w świecie, w którym nie mają żadnego celu? Kolejne pytanie: w jaki sposób krótkoterminowa chciwość — zyski następnego kwartału — przejęła kontrolę nad gospodarczą organizacją amerykańskiej gospodarki? Jak ogromną porażkę ujawnia to w niezdolności naszych przywódców do myślenia poza zyskami następnego kwartału. Ta sama porażka przenika naszych teoretyków polityki, socjologów i filozofów.

Dlaczego społeczeństwo amerykańskie godzi się na to, by dominowała nad nim antyludzka technologia taka jak AI? Każdy, kto byłby skłonny zbadać takie pytanie, nie byłby w stanie uzyskać finansowania. Tak jak rząd Stanów Zjednoczonych nie jest w stanie wyplątać się ze swojej bezprawnej, niemoralnej pomocy dla wojny Izraela przeciwko Iranowi i muzułmańskiemu Bliskiemu Wschodowi, tak samo nie jest w stanie powstrzymać antyludzkiej technologii, która zastępuje kontakt ludzki kontaktem robotycznym. Już kilka lat temu mieliśmy japońskich mężczyzn poślubiających swoje robotyczne lalki seksualne. Dzisiaj historii naucza się jako dziejów białych grup etnicznych uciskających ludy kolorowe. Niegdyś nauczano jej jako dziejów formowania się ludu, jego rozwoju, ewolucji jego języka i przekonań, które uczyniły go ludem, jego sukcesów i porażek, jego wzlotu i upadku oraz jego wkładu w nieustanne wydobywanie się ludzkości z barbarzyństwa.

Dzisiaj świat zachodni pogrąża się w barbarzyństwie coraz bardziej honorowanym przez Trumpa, „New York Timesa”, CNN, NPR oraz moralnie skorumpowane partie polityczne w całym niegdyś cywilizowanym świecie zachodnim. Dawniej słowo „cywilizowany” miało szerokie znaczenie. Dzisiaj nie oznacza niczego poza społeczeństwem wysoko rozwiniętym technologicznie, niezależnie od tego, czy jest ono cywilizowane. Obserwując całkowity upadek cywilizacji zachodniej, jestem wdzięczny, że w moim wieku nie będę musiał doświadczyć ostatecznego załamania tak jak, w Obozie świętych (The Camp of the Saints),[Jean Raspail 'a md] stary francuski profesor Calgues, który patrzył, jak milion Hindusów na rozpadających się statkach zbliża się do niebronionego śródziemnomorskiego wybrzeża Francji. [Oni nie patrzyli, oni reagowali md]

Upadek może nadejść zarówno od wewnątrz, jak i z zewnątrz. Cywilizacja zachodnia przechodzi oba rodzaje upadku. Dyskutowanie o tym uznaje się za rasistowskie.

===============================

Głębokie to nie jest, ale miło, że już i prostaczkowie w Ameryce to zauważają. O Konecznym autor nie słyszał. Dobrze, że chociaż Raspaila przeczytał. MD

Kto ma władzę nad znaczeniem słów ten rządzi myślą, mową i uczynkiem

Kto ma władzę nad znaczeniem słów ten rządzi myślą, mową i uczynkiem

Autor: CzarnaLimuzyna , 29 sierpnia 2026

Dlaczego Polacy utracili rozum?

Temat ważny i naglący, a dysfunkcja dotyczy nie tylko Polaków, ale jest również dotkliwą bolączką całej ludzkości, idącą w parze z utratą moralnej busoli.

Niektórzy wyjaśniając skrótowo to zjawisko, mówią „Utrata Boga powoduje utratę rozumu”. Nie obejmuje to wszystkich przypadków, bo diabeł i pewna część jego akolitów utraciwszy Boga, nie straciła, szczególnie diabeł, inteligencji. Chyba że zróżnicujemy inteligencję z najwyższym przejawem rozumu czyli mądrością, która według św. Tomasza z Akwinu jest widzeniem świata z perspektywy celu ostatecznego i najważniejszego, jakim jest Bóg.

Okazuje się jednak, że i bez wiary można osiągnąć wysoki stopień mądrości. Przykładem jest niewierzący Bogusław Wolniewicz, który za pomocą logiki oddzielał fakty od złudzeń, którym ulegają głupcy.

Ze swojej brzytwy robią użytek cybernetycy wskazując tylko na jedną i tę samą – wspólną przyczynę zła i głupoty twierdząc, że są one (zło i głupota) konsekwencją braku lub zniekształcenia danych (informacji). W ten sposób redukują przyczynę jedynie do braku informacji.

Cybernetycy postrzegani przez swoich apologetów jako współcześni mistrzowie oświeconych umysłów osiągnęli jedynie poziom Sokratesa, który twierdził, że wystarczy znać dobro, aby je wybrać. Wiemy już, że nie odnosi się to do całej ludzkości. Wielu wybiera zło z powodu zła.

Cybernetycy wskazują, że przyczyna – błąd wejścia oznacza błąd wyjścia czyli wprowadzenie fałszywej informacji powoduje konsekwencję fałszywej reakcji – skutku w postaci fałszywych wyborów pomiędzy dobrem a złem oraz kłamstwem a prawdą.

Pokaż mi swój algorytm, a powiem ci kim jesteś czyli klatka dla Polaków

Gdybym oglądał telewizję, zniszczyłaby mi ona mózg. Jako filozof nie mogę ryzykować” – Tak mniej więcej brzmiały słowa ks. prof. Tadeusza Guza, które swego czasu usłyszałem. Chodzi oczywiście o media uprawiające propagandę, które stanowią w Polsce dominującą większość.

Słowa „gdybym oglądał telewizję…” wydały mi się wówczas przesadą, ale dziś, mając osobisty kontakt z katolikami, którzy nie stronią od tradycyjnej telewizji i mediów społecznościowych, wiem, że są prawdziwe.

To od wierzącej i praktykującej katoliczki, głosującej na Trzaskowskiego (!), usłyszałem, na własne uszy powszechnie używane przez lewactwo wyrażenia: Polacy też gwałcom oraz skrajna prawica. Po zadaniu pytania czym jest owa skrajna prawica usłyszałem: to ci, którzy nie szanują innych z powodu koloru ich skóry. Temat rozmowy obejmował swoim zasięgiem masowe napady i gwałty dokonywane również na dzieciach przez tzw. migrantów na zachodzie, szczególnie w Potwornej Brytanii.

Nazywanie rasistami ludzi, którzy nie życzą sobie intruzów z innej cywilizacji we własnym kraju jest częstym zabiegiem antypolskiej propagandy manipulującej znaczeniem słów i ich desygnatami. W przypadku mojej znajomej nie chodziło o jej złe intencję, bo ich nie ma, lecz właśnie o to, co jest nazywane, w zależności od stopnia dysfunkcji, ignorancją lub głupotą skostniałą z powodu poznawczej inercji.

Kto ma władzę nad znaczeniem słów ten rządzi myślą, mową i uczynkiem

Więcej na ten temat napisałem we wpisie: Antydiabelstwo i ksenofobia, wyrażając w nim rozczarowanie również i normalnymi – konserwatywnymi liderami opinii publicznej – komentatorami polskiej rzeczywistości, rzeczywistości, której ster trzymają, po raz kolejny w dziejach, wyznawcy totalitaryzmu.

Wyobraźnia nic nie kosztuje – ale rzeczywistość zawsze wystawia rachunek

Wyobraźnia nic nie kosztuje – ale rachunek zawsze wystawia rzeczywistość.

Autor: CSIS | Centrum Studiów Strategicznych i Międzynarodowych z Waszyngtonu, USA – Brzeziński na ceremonii wręczenia nagrody Distinguished Public Service Award. Pentagon. 10 listopada 2016 r., CC BY 2.0.

Wyobraźnia nic nie kosztuje – ale rzeczywistość zawsze wystawia rachunek.

Patrick Wood

Możesz wierzyć w co chcesz. Wiara nic nie kosztuje. Nic nie kosztuje posiadanie opinii, udostępnienie posta czy powtórzenie frazy, którą usłyszałeś od kogoś i która brzmiała uspokajająco.

Rzeczywistość tak nie działa. Rzeczywistość śledzi. Czeka. A potem wysyła rachunek.

Rachunek za ostatnie pięćdziesiąt lat dotarł w ciągu ostatnich pięciu lat. Większość ludzi go nie rozpoznała, ponieważ nigdy nie pokazano im samego rachunku. Pokazano im jedynie saldo zadłużenia.

Trzech mężczyzn opisało to, co miało nadejść. Pisali w latach 70. Nie zgadzali się między sobą co do Boga, co do ludzkości, co do tego, co należy zrobić. Właśnie ta różnica zdań jest sednem sprawy. Ludzie, którzy nie podzielają wspólnych fundamentalnych założeń, rzadko osiągają ten sam cel. Tym trzem się to udało.
Człowiek, który mierzył prędkość.

Alvin Toffler opublikował „Future Shock” w 1970 roku.1 Nie był osobą religijną. Był byłym marksistą, który został pisarzem ekonomicznym i lubił technologię.

Jego argument był prosty. Zmiany przyspieszały. Nie tylko nieznacznie. Bardzo szybko. A sama prędkość – niezależnie od tego, czy zmiany były dobre, czy złe – powodowała szkody.

Powiedział, że ludzie mają swoje granice. Przytłocz kogoś, kto jest w stanie znieść więcej zmian niż jest w stanie, a ten w przewidywalny sposób się załamie. Zaprzeczają temu, co go czeka. Trzymają się przeszłości, która nigdy nie istniała. Chowają się w wąskiej specjalizacji i odmawiają spojrzenia na cokolwiek innego. Albo w ogóle przestają myśleć i uciekają się do mistycyzmu.²

Toffler nazwał to szokiem przyszłości. Zapożyczył koncepcję medyczną z ówczesnych badań nad stresem³. Nikt nigdy nie zmierzył punktu krytycznego dla całej populacji. Toffler ekstrapolował badania dotyczące jednostek na całe narody. Była to jego własna ocena, a nie udowodniony fakt. Krytycy twierdzili tak w tamtym czasie.

Ale spójrz na listę jego objawów. A potem rozejrzyj się dookoła.

Toffler przewidział jeszcze coś innego. Powiedział, że trwałość umiera. Rzeczy, prace, miejsca i relacje będą poruszać się w naszym życiu szybciej. Przewidział przejście od posiadania do wynajmu. Nazwał to nowym nomadyzmem.

Miał rację. Po prostu myślał, że to się samo wydarzy.
Człowiek, który podał cenę,

Francis Schaeffer opublikował w 1976 roku książkę „Jak powinniśmy zatem żyć?”.⁴ Był duchownym prezbiteriańskim. Nie interesowały go przewidywania technologiczne. Przedstawił teologiczną argumentację na temat tego, z czego zrezygnował Zachód.

Schaeffer argumentował, że gdy społeczeństwo porzuca wszelkie ustalone standardy prawdy, dobra i zła, nie pozostaje mu nic, na czym mogłoby oprzeć swoje prawo, poza opiniami. Prawo staje się wówczas tym, co wolą osoby sprawujące władzę. Nazwał to prawem socjologicznym.

Potem zapytał, co wypełniło pustkę. Jego odpowiedzią była elita. Nie dyktator. Nie armia. Grupa dysponująca technicznymi umiejętnościami zarządzania, dysponująca narzędziami perswazji i kontroli, prezentująca się jako kompetentna i rozsądna.

Powiedział, że społeczeństwo to zaakceptuje, ponieważ społeczeństwo pragnie tylko dwóch rzeczy: osobistego pokoju i dobrobytu. Zostawcie mnie w spokoju i pozwólcie mi zachować komfort. Ludzie, którzy niczego więcej nie pragną, zamienią to na wszystko, bo nigdy niczego innego nie bronili.

Schaeffer wyjaśnił, że ta elita nie musi być zła. Wystarczy, że ujawnią się i zaoferują rozwiązanie sytuacji.
Mężczyzna, który już był w środku,

Zbigniew Brzeziński opublikował „Między dwoma wiekami” w 1970 roku – w tym samym roku co Toffler.⁵

Opisał społeczeństwo zmierzające ku większej kontroli. Opisał elitę nieskrępowaną tradycyjnymi wartościami. Pisał o ciągłym nadzorze nad obywatelami, gdzie akta każdej osoby są łatwo dostępne dla władz. Opisał, jak uczciwi, dociekliwi intelektualiści są wypierani przez ekspertów i specjalistów, którzy służą systemowi od wewnątrz.⁶

Pamiętajcie, mamy rok 1970. Nie ma internetu. Nie ma smartfonów. Nie ma brokerów danych.

Obrońcy Brzezińskiego twierdzą, że jedynie przewidział, a nie zalecał. Wystarczy przeczytać książkę, a ten argument ma swoje uzasadnienie. Chwilami jednak brzmi nieswojo.

Więc nie podejmuj decyzji na podstawie książki. Podejmuj decyzje na podstawie dowodów.

David Rockefeller przeczytał tę książkę. Komisja Trójstronna została założona w 1973 roku, a Brzeziński był jej pierwszym dyrektorem.⁷ Jimmy Carter był jednym z pierwszych członków. Carter został prezydentem w 1977 roku i mianował Brzezińskiego swoim doradcą ds. bezpieczeństwa narodowego.

Człowiek, który przewiduje kontrolowane społeczeństwo i jest tym zaniepokojony, pisze ostrzeżenie. Ten człowiek zorganizował ciało koordynujące.

Następnie, w kwietniu 1974 roku, Richard Gardner opublikował artykuł w „Foreign Affairs”, czasopiśmie Rady Stosunków Zagranicznych. Gardner był członkiem Rady Trójstronnej, a później ambasadorem Cartera we Włoszech. Napisał, że bezpośrednie podejście do porządku światowego utkwiło w martwym punkcie i że obejście suwerenności narodowej – jej fragmentaryczny demontaż – będzie skuteczniejsze niż frontalny atak.⁸

Nie ukrywał się. Upubliczniono to. To jest ta część, którą ludzie pomijają.

Obejście problemu nie musi być ukryte. Każdy element jest zbyt mały i zbyt nudny, by o niego walczyć. Standard techniczny. Zasada płatności. Klauzula w załączniku, której nikt nie czyta. Ukrywanie nie jest tajemnicą. Ukrywanie to nuda.

A społeczeństwo, oszołomione szokiem przyszłości, nie czyta załączników. Toffler wyjaśnił nam dokładnie dlaczego. Przytłoczeni ludzie wycofują się do swojej wąskiej strefy komfortu.
To, co wywołało oddźwięk, to…

Połącz te trzy elementy, a ostatnie pięć lat przestanie wydawać się zbiegiem okoliczności.

Toffler powiedział, że trwałość umrze. Własność jest teraz subskrypcją. Twoje oprogramowanie jest licencjonowane. Twoja muzyka i filmy są wypożyczane. Twój samochód ma funkcje, które producent może wyłączyć. Światowe Forum Ekonomiczne przedstawiło to na slajdzie: Nie będziesz niczego posiadał i będziesz szczęśliwy.⁹ Toffler myślał, że to się wkradnie. To zostało stworzone.

Schaeffer powiedział, że ludzie wymieniają wolność na osobisty spokój i dobrobyt. Zobaczcie, z czego społeczeństwo tak naprawdę zrezygnowało w zamian za wygodę i bezpieczeństwo. Bez zagrożenia. Na żądanie. Z radością.

Brzeziński opisał akta każdego obywatela, które są natychmiast dostępne. To już nie jest prognoza. To infrastruktura.

Istnieje również nowszy fragment, którego cała trójka nie dostrzegła w całości. Arthur C. Clarke napisał w 1973 roku, że każda wystarczająco zaawansowana technologia jest nieodróżnialna od magii.10 Dotarliśmy do celu. Sztuczna inteligencja jest używana codziennie przez setki milionów ludzi i prawie nikt z nich – w tym wielu, którzy ją tworzą – nie potrafi wyjaśnić, jak powstała konkretna reakcja. Istnieje cała dziedzina badań poświęcona temu zagadnieniu.11

To jest prawdziwa szkoda. Nie chodzi o to, że ludzie nie potrafią wyjaśnić działania maszyny. Chodzi o to, że nie ma już wspólnej metody rozwiązywania sporów na jej temat. Dwie osoby mogą się spierać całymi dniami o to, czy coś działa, i nic nie dowodzi, że któraś z nich się myli. To nie nauka. Taka jest natura magii.

To nie jest nic nowego w historii i powinno cię to bardziej martwić niż pocieszać. Teoria czterech humorów Galena dominowała w medycynie europejskiej przez około czternaście wieków. Lekarze, którzy ją stosowali, nie byli głupcami. Byli wykształceni, uczciwi i codziennie obserwowali swoich pacjentów. Brakowało im metody, która mogłaby im pokazać, że się mylą. System nie musi być prawdziwy, aby przetrwać. Wystarczy, że będzie niefalsyfikowalny.

A teraz połączmy to z Schaefferem. Powiedział, że społeczeństwo bez ustalonych standardów kończy z prawem opartym wyłącznie na preferencjach. Wersja techniczna dociera do tego samego punktu, ale z innej strony. Jeśli maszyny nie da się zweryfikować, a dowodów nie da się zbadać, autorytet automatycznie przechodzi w ręce tego, kto obsługuje system. Nie dlatego, że wygrał spór, ale dlatego, że nie ma już zewnętrznego punktu widzenia, z którego można by go wysunąć.

Wyobraźnia nic nie kosztuje. Dlatego się rozprzestrzenia.
Co dalej?

Wszystko, o czym mowa powyżej, jest udokumentowane – książki, dane, członkostwa, opublikowane artykuły. To, co poniżej, jest moją oceną i jako taką ją zaznaczam. To wnioski, a nie fakty. Oceńcie je ponownie za pięć lat.

Tempo wciąż przyspiesza. Zmierzona zdolność AI do wykonywania zadań podwoiła się w ciągu kilku miesięcy, a nie lat.12 Jeśli to się potwierdzi, choćby w przybliżeniu, to luka między tym, co systemy potrafią, a tym, co rozumie opinia publiczna, nie maleje. Pogłębia się z kwartału na kwartał.

Klasa zawodowa jest wydrążona. Brzeziński powiedział, że niezależny myśliciel zostanie zastąpiony przez specjalistów, którzy służą systemowi. Można się tego spodziewać w prawie, księgowości, programowaniu, radiologii i analityce – nie poprzez zwolnienie wszystkich naraz, ale poprzez ciche przekształcenie osądu w kontrolę. Jednostka pozostaje na swoim miejscu. Władza decyzyjna się zmienia.

Tożsamość staje się bramą. Zobacz, jak cyfrowa tożsamość i weryfikacja wieku rozprzestrzeniają się z kilku stron do większości, potem ze stron do usług, a potem z usług do pieniędzy. Każdy krok będzie drobny, techniczny i chroniony jako zabezpieczenie. To właśnie metoda Gardnera.

Pieniądze stają się programowalne. Stablecoiny i tokenizowane aktywa są teraz włączane do rozliczeń.111 Pytanie, na które należy zwrócić uwagę, nie brzmi, czy cyfrowy dolar zostanie ogłoszony, ale czy płatności będą warunkowe – zatwierdzane lub odrzucane – zgodnie z zasadami zapisanymi w niewidocznym miejscu.

Coraz mniej osób będzie szukać informacji. Toffler ostrzegał przed nadmiarem wyboru – zbyt wiele opcji prowadzi do paraliżu. Rynek rozwiązał ten problem, eliminując możliwość wyboru. Wyszukiwanie jest zastępowane pojedynczą odpowiedzią z systemu, który nie pokazuje swojej pracy i nie wskazuje źródła. Spodziewaj się, że bezpośredni ruch do niezależnych publikacji będzie nadal spadał, a powodem tego będzie poprawa doświadczenia użytkownika. Tak jest. To właśnie czyni to skutecznym.

Zasady pojawiają się w sytuacjach kryzysowych i nigdy nie znikają. To schemat, którego należy przestrzegać ponad wszystko. Milton Friedman ujął to jasno: Prawdziwa zmiana następuje w czasie kryzysu, a to, co zostaje przyjęte, to to, co już zostało napisane i jest dostępne.1⁴ Nie pytaj, kto wywołał kryzys. Zapytaj, kto miał gotowy dokument.

I punkt zaczepienia się sprawdza. Możesz nie być w stanie sprawdzić maszyny. Nadal możesz sprawdzić datę. Brzeziński pisał o natychmiastowych aktach dotyczących obywateli w 1970 roku. Gardner pisał o obwodnicy w 1974 roku. Schaeffer podał cenę w 1976 roku. Toffler zmierzył prędkość w 1970 roku.

Spójrz na to, co powiedzieli. Spójrz na to, co istnieje. Nie musisz znać się na technologii, żeby to zrobić. Wystarczy kalendarz.

To jest jedyny test, którego nikt nie może ci odebrać.

Wyobraźnia nic nie kosztuje. Nigdy nie kosztowała. Ale rachunek obowiązuje od 1970 roku i teraz jest dostarczany – w ratach – ludziom, którzy nie pamiętają, żeby cokolwiek zamawiali.

Przeczytaj dane. Następnie przeczytaj fakturę.

=====================================
Odnośniki

  1. Alvin Toffler, Szok przyszłości (Nowy Jork: Random House, 1970).
  2. Toffler, Szok przyszłości, o załamaniu adaptacyjnym i wzroście irracjonalności i okultyzmu w warunkach przeciążenia.
  3. Toffler oparł się na ogólnym zespole adaptacyjnym Hansa Selyego oraz badaniach Holmesa i Rahe nad zmianą życia z lat 60. XX wieku. Oba badania dotyczyły jednostek. Rozszerzenie teorii na całe populacje było wnioskiem samego Tofflera.
  4. Francis A. Schaeffer, Jak więc powinniśmy żyć? Rozkwit i upadek myśli i kultury Zachodu (Old Tappan, NJ: Fleming H. Revell, 1976) oraz towarzysząca mu seria filmów, zwłaszcza Odcinek 10.
  5. Zbigniew Brzeziński, Between Two Ages: America’s Role in the Technetronic Era (Nowy Jork: Viking Press, 1970).
  6. Brzeziński, Between Two Ages, o społeczeństwie technetronicznym, nadzorze i aktach obywatelskich oraz wypieraniu humanistycznego intelektualisty przez ekspertów i integratorów.
  7. Komisja Trójstronna została założona w 1973 roku z inicjatywy Davida Rockefellera, a Brzeziński był jej dyrektorem założycielem. Listy członków i dokumenty trójstronne Komisji zostały opublikowane.
  8. Richard N. Gardner, „Trudna droga do porządku światowego”, Foreign Affairs, kwiecień 1974.
  9. Światowe Forum Ekonomiczne, „8 prognoz dla świata w 2030 r.” (2016), źródło powszechnie stosowanej formuły własnościowej.
  10. Arthur C. Clarke, Profiles of the Future, wydanie poprawione (1973), Trzecie prawo.
  11. Obszar interpretowalności mechanistycznej istnieje właśnie dlatego, że wewnętrzne procesy myślowe dużych modeli nie są bezpośrednio czytelne, nawet dla ich twórców.
  12. METR, badania nad horyzontem czasowym dotyczące mierzonej zdolności sztucznej inteligencji do wykonywania zadań. Interwał podwojenia jest empirycznym trendem, a nie prawem, i może nie być prawdziwy.
  13. Zapoznaj się z ramami ustawy GENIUS Act dotyczącymi stablecoinów i powiązanymi z nimi pracami nad tokenizowanymi rozliczeniami, które są obecnie prowadzone w Stanach Zjednoczonych i państwach Zatoki Perskiej.

Źródło: Fantazja nic nie kosztuje, ale rachunek zawsze wystawia rzeczywistość

Paranoja czy spostrzegawczość? – recenzja

Paranoja czy spostrzegawczość? – recenzja

Autor: AlterCabrio, 19 sierpnia 2026

Analizując używany język, Crumb zastanawia się, kto dokładnie decyduje, jakie informacje są „oparte na faktach”, a jakie źródła „wiarygodne” lub „niewiarygodne” i na jakiej podstawie podejmowane są takie decyzje – zauważa, że ​​znów każe nam się ufać tak zwanym ekspertom.

Tłumaczenie: AlterCabrio – ekspedyt.org

Paranoja czy spostrzegawczość?

W lipcu wspomniałem mimochodem, że legendarny artysta kontrkultury Robert Crumb, mający obecnie prawie 83 lata, wypowiedział się na temat możliwych manipulacji przemysłowych stojących za katastrofą covid-19. [1]

Dalsze poszukiwania doprowadziły mnie do jego nowej książki z komiksami (pierwszej od 23 lat), która w języku angielskim nosi tytuł Tales of Paranoia. [2]

Ponieważ posiadam francuską wersję Chroniques de la Paranoia, nie mogę cytować Crumba, próbując absurdalnie przetłumaczyć jego słowa z powrotem na angielski, ale mogę opisać, co mówi. [3]

Jak wynika z tytułu książki, oprawa, jaką autor wybiera dla swoich ilustrowanych refleksji, polega na zastanowieniu się, czy mroczne podejrzenia krążące w jego głowie mają jakiekolwiek podstawy w rzeczywistości.

Zaczyna od przyznania się do własnej tendencji do „łączenia kropek” w pomysłowy sposób i zastanawia się, czy nie odziedziczył czegoś po swojej matce, która podobno kiedyś rozmontowała rodzinny telewizor, aby poszukać urządzenia podsłuchowego, które, jak myślała, umieścił w nim jej mąż.

Crumb szybko przechodzi jednak do sedna sprawy, sugerując, że „pandemia” była oszustwem przeprowadzonym przez wielkie koncerny farmaceutyczne i kompleks medyczno-przemysłowy.

Jak wszyscy sceptycy covid-19, przeprowadził własne poszukiwania. Na przykład cytuje artykuł z „The New York Times” ze stycznia 2018 roku, ostrzegający przed zagrożeniem globalną pandemią grypy i wzywający do zainwestowania ogromnych środków w badania nad szczepionką.

Na początku książki widzimy Crumba stawiającego czoła sprawiedliwemu gniewowi swojego przyjaciela lekarza z USA, który mówi mu, że covid nie jest kwestią polityczną, na temat której można wyrażać osobistą opinię, ale naukową, w której jego obowiązkiem jest zaufać ekspertom.

Rozmowa ta nie pozwala mu spać przez pół nocy, przewraca się z boku na bok i zastanawia się, czy nie stanie się celem ataków za podważanie oficjalnej wersji wydarzeń.

Pomimo, że te obawy i wątpliwości nie znikają całkowicie – zwłaszcza wątpliwości metafizyczne wyrażane w rozmowach sam na sam z Bogiem – seria komiksów ukazuje coraz większą pewność co do machinacji związanych z covid-19.

Wydaje się, że w procesie tym pomogła Rand Corporation, która w 2021r. opublikowała raport zatytułowany „Wykrywanie teorii spiskowych w mediach społecznościowych”. [4]

Analizując używany język, Crumb zastanawia się, kto dokładnie decyduje, jakie informacje są „oparte na faktach”, a jakie źródła „wiarygodne” lub „niewiarygodne” i na jakiej podstawie podejmowane są takie decyzje – zauważa, że ​​znów każe nam się ufać tak zwanym ekspertom.

Opisuje także, w jaki sposób raport identyfikuje cztery rodzaje „teorii spiskowych” [5] – te dotyczące wizyt istot pozaziemskich, te dotyczące zagrożeń związanych ze szczepionkami, te dotyczące pochodzenia covid-19 i te ostrzegające przed zaplanowanym ludobójstwem białej rasy.

Wskazuje również, w jaki sposób kwestionowanie programu dotyczącego covid-19 jest zgrabnie wciśnięte między „szalone” teorie dotyczące UFO i „skrajnie prawicowe” teorie rasowe w ramach manewru okrążającego, którego celem jest zdyskredytowanie poprzez skojarzenie.

Aby zobrazować skalę tajemniczych sieci rządzących naszym światem zza kulis, skupia się na jednej osobie, którą nazywa jedynie „Kobietą z głębokiego państwa”, wyjaśniając, że nie chce, aby mogła go pozwać!

Pokazawszy nam, jak grupa zwolenników teorii „zaufaj nauce” [trust the Science] oskarżyła go o przejście na „ciemną stronę”, ponieważ zaufał swojemu mózgowi, Crumb kończy, poświęcając całą stronę na wymienienie niektórych z wielu organizacji, które, jak twierdzi, wzbudzały w nim strach i szerzyły paranoję.

Należą do nich CIA, Mossad, AIPAC, Rezerwa Federalna, Bank Światowy, Blackrock, przemysł naftowy, przemysł farmaceutyczny, przemysł 5G, Google, Facebook, Microsoft, GAVI, Wellcome Trust, WHO, WEF, [6] Fundacja Billa Gatesa, [7] Fundacja Carnegie [8] i Fundacja Rockefellera… [9]

Wiele lat temu wielkie wrażenie zrobiła na mnie pewna karykatura, na którą natknąłem się w jednym z amerykańskich magazynów anarchistycznych, które wówczas uwielbiałem czytać – teraz nie mam pojęcia, w którym.

Pokazano stopniowe pojawianie się tego, co nazywamy „cywilizacją”, w małym zakątku USA: na 12 klatkach widzimy, jak idylliczny zakątek wsi przekształca się w brzydką plątaninę budynków, dróg i przewodów napowietrznych.

Zawsze miałem to z tyłu głowy i stanowiło to wizualną podbudowę mojego osobistego pojmowania całej tej ohydnej agendy „rozwoju”. [10]

Natknąłem się na nią ponownie w sieci, kiedy szukałem ilustracji do wzmianki o Crumbie, ponieważ okazało się, że to on ją narysował w 1979r. Nosi tytuł „Krótka historia Ameryki”.

To, co tam zrobił, było ogromnym krokiem wstecz w stosunku do naszego społeczeństwa, od wszystkich szczegółów, które zaśmiecają nasze umysły i blokują naszą wizję, aż po wykazanie z rzadką jasnością, na czym to wszystko naprawdę polega.

Dostrzeżenie szerszego obrazu kryjącego się za „nowoczesnością” nie było niczym bardziej szalonym niż dostrzeżenie szerszego obrazu kryjącego się za covidem.

Nie mamy tu do czynienia z „paranoją”, lecz z wnikliwością.

________________

Paranoia or perceptivity?, Paul Cudenec, August 7, 2026

Więcej: Paul Cudenec

Pozostańmy ludźmi

Caitlin Johnstone caitlinjohnstone/lets-stay-human

Pozostańmy ludźmi

Próbują uczynić nas gorszymi. Te miliarderskie korporacje, produkujące sztuczną inteligencję, czerpią zyski, czyniąc z nas gorszych ludzi.

Caitlin Johnstone

W sieci pojawił się niepokojący wpis na Twitterze autorstwa dyrektora generalnego OpenAI, Sama Altmana, w którym zaleca on rodzicom, aby wprowadzali informacje o zainteresowaniach i planach dnia swoich dzieci do ChatGPT, tak aby program mógł codziennie tworzyć spersonalizowane podcasty, których dzieci będą mogły słuchać w drodze do szkoły.

Twórca Gravity Falls, Alex Hirsch, opublikował viralową odpowiedź: „A co, gdybyś po prostu porozmawiał ze swoimi dziećmi?”

To szaleństwo, ale tak jest.

==================================================

Próbują uczynić nas gorszymi. Te miliarderskie korporacje, produkujące sztuczną inteligencję, czerpią zyski, czyniąc z nas gorszych ludzi.

Chcą, żebyśmy stali się mniej ludzcy. Mniej połączeni. Mniej kreatywni. Mniej zdolni. Mniej mądrzy. Mniej inteligentni. Chcą zaniknąć naszej zdolności do mówienia, pisania, badania, nawiązywania relacji, rysowania, tworzenia muzyki i pielęgnowania bliskich relacji z najważniejszymi osobami w naszym życiu, a potem sprzedać nam to wszystko za pomocą jakiegoś chatbota.

Cały ich model biznesowy opiera się na przekształceniu nas w grupę narcyzów z zupą mózgową, którzy nie potrafią zarządzać własnym życiem i relacjami, a następnie na tym, by byli dla nas podporą, której używamy, aby zrekompensować sobie to samookaleczenie.

Produkt, który nam sprzedają, to nie sam chatbot. Prawdziwym produktem, który sprzedają, jest wolność od dyskomfortu poznawczego i emocjonalnego. Od dyskomfortu związanego z nauką nowych umiejętności. Od dyskomfortu związanego z rozwojem osobistym. Od dyskomfortu związanego z podejmowaniem ryzyka. Od dyskomfortu związanego z przekroczeniem tej onieśmielającej pustej strony, aby coś napisać. Od dyskomfortu związanego z koniecznością myślenia o innych ludziach i brania pod uwagę ich zainteresowań i uczuć. Od dyskomfortu związanego z koniecznością interakcji z innymi ludźmi i być może powiedzenia czegoś niewłaściwego. Od dyskomfortu związanego ze skokiem w nieznane.

Ale wszystkie najlepsze rzeczy w życiu znajdują się po drugiej stronie dyskomfortu. Miłość. Romans. Intymność. Sztuka. Kreatywność. Rozwój. Uzdrowienie. Wznoszenie się ponad nasze ograniczenia. Wyzwolenie się z iluzji ego. Wszystkie one wymagają od nas przebicia się przez dyskomfort do skarbu po drugiej stronie. Awersja do dyskomfortu to awersja do spełnionego życia na tej planecie.

Ale właśnie do tego namawiają nas firmy tworzące chatboty. Zachęcają nas do spędzenia życia zwiniętego w bezsilne kłębki emocjonalnego niemowlęctwa i intelektualnej stagnacji, żeby móc sprzedawać nam maszyny, które działają jak cyfrowe protezy dla świętych części nas samych, które amputowaliśmy.

Nie możemy pozwolić im nam tego zrobić. Musimy pozostać ludźmi. Musimy mocno trzymać się wszystkich tych cennych aspektów naszego człowieczeństwa, które próbują wydrzeć i uczynić towarem.

Pozostańmy więc ludźmi.

Spójrzmy prawdzie w oczy.

Stawmy czoła naszym lękom.

Podejmijmy to ryzyko.

Powiedzmy osobie, którą kochamy, że nam się podoba.

Chodźmy się pocałować.

Pozwólmy sobie złamać serca.

Przeczytajmy tę książkę.

Napiszmy ten wiersz.

Nauczmy się rysować.

Nauczmy się surfować.

Nauczmy się grać na saksofonie.

Nauczmy się wielu nowych rzeczy.

Poznajmy bliżej ludzi w naszym życiu.

Pielęgnujmy nasze relacje.

Uleczmy nasze rany.

Stańmy się lepszymi ludźmi.

Zanurzmy nasze palce głęboko w ziemi i poczujmy te cudowne ziemskie ciała w każdej chwili.

Próbują odciągnąć nas od naszego człowieczeństwa, dlatego musimy zanurzyć się w nim jeszcze głębiej.

W miarę jak sytuacja staje się coraz bardziej dystopijna, samo trzymanie się swojego człowieczeństwa staje się aktem buntu.

Sztuczne „inteligencja” pożera KULTURĘ

Giganci AI

masowo wykupują

i niszczą stare książki.

Trwa wielkie skanowanie

Sztuczna inteligencja zastępuje naszą własną

Krzysztof Sulikowski geekweek/sztuczna-inteligencja/news-giganci-ai-masowo-wykupuja-i-niszcza-stare-ksiazki

Giganci na rynku AI znaleźli nowe źródło danych: używane książki drukowane. Z powodu wyczerpania zasobów internetu firmy skupują z antykwariatów całe palety tomów. Prowadzone jest tzw. skanowanie destrukcyjne, co oznacza, że po zakupie książki są niszczone, a ich strony – wgrywane do modeli językowych (LLMs) jako unikalny, „nieskażony” ingerencją algorytmów tekst. Szacuje się, że z rynku zniknęły już 3 mln woluminów. Precedensowe wyroki w USA uznały ten proceder za legalny, co budzi obawy wokół prywatyzacji dziedzictwa kulturowego, cenzury i utraty pamięci zbiorowej.


Sztuczna inteligencja wchłonęła już niemal całą wiedzę z internetu. Teraz jej twórcy masowo skanują i niszczą książki

Sztuczna inteligencja wchłonęła już niemal całą wiedzę z internetu. Teraz jej twórcy masowo skanują i niszczą książki



W skrócie

  • Firmy technologiczne wykupują używane książki z rynku wtórnego, by poprzez destrukcyjne skanowanie pozyskiwać nieskażone dane tekstowe dla modeli sztucznej inteligencji.
  • Twórcy AI wybierają książki z ery analogowej, ponieważ wyczerpały się zasoby internetu, a dane w sieci są zanieczyszczone treściami generowanymi przez same algorytmy.
  • Amerykański sąd uznał destrukcyjne skanowanie za dozwolony użytek, lecz w Unii Europejskiej legalność tego procederu pozostaje niejasna ze względu na inne ramy prawne.

==============================================================

Twórcy AI na potęgę skanują i niszczą książki


Branża sztucznej inteligencji znalazła nowe źródło danych: fizyczne, używane książki. Antykwariusze w Niemczech, Szwajcarii i Austrii odnotowują niespotykaną dotąd falę masowych zamówień. Firmy technologiczne oraz działający na ich zlecenie pośrednicy skupują tysiące tomów z rynku wtórnego, które następnie są skanowane destrukcyjnie. Szacuje się, że w samych Niemczech wykupiono już około 700 tys. woluminów, a w skali globalnej liczba ta sięga 3 mln. Ma to na celu trenowanie modeli językowych – dostarczanie sztucznej inteligencji nowej wiedzy, która nie była dostępna w internecie.

Wybór książek nie jest przypadkowy. Kupujący celowo sięgają po literaturę faktu wydawaną od lat 70. XX r. Przedmiotem zainteresowania są głównie opracowania naukowe, prawo, językoznawstwo, ekonomia czy historia regionalna. Z reguły nabywany jest dokładnie jeden egzemplarz danego tytułu – zazwyczaj ten, który przez lata zalegał na półkach z powodu niskiego popytu.

Po przejęciu książek trafiają one do wyspecjalizowanych zakładów. Tam ich grzbiety są obcinane przez maszyny gilotynowe, co umożliwia błyskawiczne skanowanie stron w urządzeniach o wydajności 80-120 stron na minutę. Zdigitalizowany tekst trafia bezpośrednio do baz danych modeli AI, a kartki są natychmiast przekazywane do utylizacji i recyklingu. Skanować można też bez niszczenia książek, ale trwa to wolniej. Warto przy tym zauważyć, że nie mamy tu do czynienia z klasyczną digitalizacją książek rozumianą jako udostępnianie ludziom ich cyfrowych kopii. Ich zawartość będzie dostępna jedynie dla modeli i to one będą mogły w oparciu o nią udzielać odpowiedzi na zapytania użytkowników.

Wyczerpanie zasobów cyfrowych. Sztuczna inteligencja zjada papier [to pożera Kulturę, synku.. md]


Przyczyną, dla której twórcy sztucznej inteligencji zaczęli sięgać po papier, jest wyczerpanie otwartych zasobów internetu. Dotychczasowa baza treningowa oparta na ogólnodostępnych stronach WWW, portalach społecznościowych czy Wikipedii została wykorzystana niemal w całości. Co więcej, współczesny internet jest w coraz większym stopniu zanieczyszczony treściami wygenerowanymi przez same modele AI.

Karmienie algorytmów ich własną produkcją prowadzi do zjawiska określanego jako „zapadanie się modelu” (ang. model collapse) i drastycznego spadku jakości generowanych odpowiedzi. O zjawisku tym pisaliśmy w GeekWeeku w kontekście samoutwierdzania się modeli w przekonaniu, że pewne sformułowania, takie jak „to nie X, to Y” są na tyle naturalną konstrukcją w ludzkiej komunikacji, że dobrze jest wrzucać ją do niemal każdego akapitu.

Książki wydane w tzw. erze analogowej, przed epoką powszechnej cyfryzacji, a szczególnie przed 2022 r., czyli publicznym debiutem ChatGPT, stanowią unikalny, nieskażony zasób zweryfikowanej wiedzy, ciągłej narracji i specjalistycznej terminologii. O ile dzieła z domeny publicznej zostały zdigitalizowane już wcześniej przez projekty w rodzaju Google Books, o tyle literatura objęta prawami autorskimi z drugiej połowy XX r. nie posiadała dotąd legalnych wersji cyfrowych.

Dla zachodnich laboratoriów technologicznych (a przynajmniej tych, które nie korzystały z pirackich baz książek – o czym pisaliśmy w GeekWeeku) zbiory te stały się pożądanym, nieznanym dotąd rezerwuarem unikalnych danych, szczególnie cennych dla języków innych niż angielski.

Amerykański precedens i niepewna sytuacja prawna w Europie


Rodzi się pytanie, czy to wszystko jest zgodne z prawem. Warto tu przywołać orzeczenie amerykańskiego sądu federalnego w sprawie Bartz v. Anthropic z 2025 r. Sędzia uznał, że fizyczne nabycie książki, jej zniszczenie i zachowanie jedynie cyfrowej kopii na potrzeby szkolenia AI mieści się w ramach doktryny dozwolonego użytku (ang. fair use) prawa autorskiego USA.

Skoro cyfrowy zapis nie trafia do ponownego obiegu jako zastępstwo książki, a jedynie służy do celów edukacyjnych maszyny, ma on charakter transformatywny. Twórcy modelu Claude zapłacili wprawdzie 1,5 mld USD w ramach ugody dotyczącej wcześniejszego korzystania z pirackich bibliotek cyfrowych, jednak ich „Project Panama”, obejmujący masowy wykup i destrukcję dzieł, zyskał podkładkę prawną.

Sytuacja wygląda inaczej w Unii Europejskiej. Prawo europejskie nie posiada tak elastycznej konstrukcji jak fair use. Unijna dyrektywa DSM wprawdzie wprowadziła wyjątek dotyczący „wykopywania” tekstów i danych (ang. text and data mining), lecz przyznaje twórcom prawo do sprzeciwu. W przypadku starszych pozycji, często wyczerpanych lub wydanych przed wejściem w życie dyrektywy, mechanizm zgłaszania sprzeciwu jest trudny do wyegzekwowania, a legalność pozyskiwania takich danych pozostaje spornym zagadnieniem prawnym.

Zagrożenie dla dziedzictwa kulturowego i prywatyzacja wiedzy


W perspektywie wiedzy, jaką dysponuje już sztuczna inteligencja, 3 mln książek to ok. 300 mld tokenów tekstu, czyli zaledwie kilka procent zbiorów danych, na których uczą się najnowsze modele. Wartość stanowi jednak unikalność tych treści. Giganci technologiczni skanują m.in. niskonakładowe dysertacje, monografie czy lokalne publikacje historyczne, wydawane w nakładach rzędu 300-500 sztuk. Niektóre z nich to tzw. białe kruki, które mogą bezpowrotnie zniknąć z rynku w formie papierowej, czym firmy skupujące książki na palety zdają się jednak nie przejmować.

Niszczenie ostatnich krążących po rynku egzemplarzy usuwa je z publicznego obiegu antykwarycznego. Choć papier trafi na makulaturę, wiedza zapisana na kartkach nie zniknie całkowicie, lecz raczej przenosi się do nowego medium. Z jednej strony mamy tu do czynienia z postępem w dostępie do wiedzy, jako że zamiast długich poszukiwań w antykwariatach czy bibliotekach będziemy mogli paroma kliknięciami uzyskać informacje z tych książek. Przynajmniej w optymistycznym założeniu. To bardziej pesymistyczne jawi się raczej jako regres – powrót do kultury oralnej, w której wiedza była przekazywana ustnie, a po drodze przekręcana. Coś zostało ujmowane, coś dopowiedziane i tak powstawał głuchy telefon.

Sztuczna inteligencja, choć jest obecnie prawdopodobnie najwyższą z ludzkich technologii, jeśli chodzi o informatykę, nie jest wolna od tych bolączek ery przedpiśmiennej. Wciąż nierozwiązanym problemem pozostają halucynacje AI, czyli skłonność modeli do zmyślania i przekręcania danych. Ponadto odbiorcy tych treści uzyskują do nich dostęp w sposób zapośredniczony. Model nie wypluwa cytatów ani nie udostępni e-booka do pobrania, co wynika z ochrony praw autorskich. Będzie nam mógł opowiedzieć, co w danej książce się znajduje – lecz swoimi słowami i w swojej interpretacji, która może odbiegać od oryginału. Powstaje więc ryzyko błędów, ale także celowych manipulacji.

Francuski filozof Michel Foucault postawił znak równości między władzą a wiedzą. Mimo deklarowanej przez twórców AI neutralności (którą także można rożnie interpretować) modele mogą zamiast rzetelnej wiedzy przekazywać informacje ocenzurowane i przekształcone zgodnie z interesami korporacji, a ich weryfikacja może być trudna lub niemożliwa, jeśli nie będzie dostępnych autentycznych, niezmienionych kopii książek, z których czerpały one wiedzę. Tym samym literatura przejdzie z przestrzeni dobra wspólnego do zamkniętych, prywatnych baz danych wielkich korporacji. Bez odgórnych regulacji wymuszających na firmach udostępnienie cyfrowych kopii publicznym bibliotekom, znaczna część unikalnego dziedzictwa kulturowego i naukowego XX w. może zostać bezpowrotnie odcięta od społeczeństwa, trafiając w ręce prywatne.

Rok 1984 czy Nowy wspaniały świat?


Komu ten nowy stan rzeczy jest na rękę, a u kogo rodzi obawy? Sytuacja jest dość złożona. Na tym procederze najwięcej zyskają antykwariusze, którzy w końcu mają zbyt na tomy zbierające kurz na półkach. Dla osób robiących research – zwykłych użytkowników, ale też pracowników naukowych czy dziennikarzy – może to być wygodny i tańszy sposób niż polowanie na fizyczne czy cyfrowe kopie tekstów (o ile założymy, że dane z AI będą rzetelne, a narzędzie będzie darmowe, co nie jest wcale takie oczywiste w dłuższej perspektywie).

Skanowanie destrukcyjne i przenoszenie książek do baz wiedzy dużych modeli językowych (LLM-ów) może rodzić obawy osób, którym zależy na zachowaniu dziedzictwa kulturowego ludzkości – jako że pismo jest jednym z kluczowych atrybutów cywilizacji, a książki przez wieki cieszyły się szacunkiem. Nie znaczy to jednak, że każdy zadrukowany papier przedstawia ogromną wartość poznawczą czy literacką ani że należy darzyć go uwielbieniem na modłę bibliofilską. Książki – jak każdy inny tekst kultury – także przecież nieraz zawierają przekłamania albo są tandetnymi szmirami pisanymi (lub coraz częściej generowanymi przez AI) tylko dla zysku. Poza oczywistym sentymentem problemem jest jednak możliwy brak danych referencyjnych – oryginalną treść „tylko do odczytu” przejmą kapryśne algorytmy i nie będzie można samodzielnie sprawdzić, co dokładnie napisał autor.

Pytanie, czy w ogóle na to sprawdzanie ktoś będzie miał ochotę. Poza kurczącym się gronem czytelników weryfikujących informacje (w tym poprzez omawiane przez nas w GeekWeeku narzędzia do fact-checkingu) niestety coraz więcej odbiorców treści zadowala się tym, co narzuca im się jako pierwsze w sieci. Pisał o tym choćby Kai Strittmatter w książce Chiny 5.0. Jak powstaje cyfrowa dyktatura, gdzie opisywał, jak większość studentów nawet nie uruchomiła przekazanego im narzędzia VPN, by móc czytać artykuły z zagranicznych portali, a większości ludzi wystarczą „kuratowane” przez partyjnych cenzorów treści z chińskiego internetu. Ponadto z uwagi na brak dostępu do treści pisanych (choćby o masakrze na Placu Tian’anmen) zbiorowa pamięć ulega zatarciu. Autor przywoływał także porównanie obaw George’a Orwella i Aldousa Huxleya. Ten pierwszy obawiał się, że książki będą cenzurowane lub usuwane z obiegu, a drugi – że nikomu to nie będzie przeszkadzać. W Chinach spełniły się te oba czarne scenariusze, ale czy u nas nie dzieje się podobnie?

Proceder, który stał się udziałem twórców przyszłej superinteligencji – technologii przewyższającej zdolnościami intelektualnymi całą ludzkość – można rozpatrywać w odniesieniu do literackich dystopii, takich jak Rok 1984 Orwella, Nowy wspaniały świat Huxleya czy 451 stopni Fahrenheita Bradbury’ego, i dyskutować, która z tych wizji pasuje najbardziej. Zapewne każda z nich przewidziała w pewnym stopniu to, co dzieje się obecnie z piśmiennictwem. Swoje trzy grosze dorzucił także polski autor Jacek Dukaj, który jeszcze przed erą LLM-ów w eseju Po piśmie prognozował kryzys tradycyjnie rozumianego pisma i rosnącą rolę nowych mediów cyfrowych podających wiedzę w dość zdegenerowanej formie.

Postęp nie zawsze oznacza zmianę na lepsze, a kurczowe trzymanie się przeżytków również nie zawsze chroni przed złem i zepsuciem. Mapy w telefonie świetnie zastąpiły te papierowe, a komputery – maszyny do pisania i liczydła.

Ale gdy chwiejna cyfrowa pamięć zastępuje tę wydrukowaną i niedającą się poprawiać, a sztuczna inteligencja zastępuje naszą własną, to stąpamy już po naprawdę niepewnym gruncie.

Zaćmienie duszy

Zaćmienie duszy

Autor: AlterCabrio , 18 lipca 2026

Projekt materialistyczny, pomimo wszystkich swoich błyskotliwych osiągnięć, opiera się na nierzeczywistości – iluzji, że sens jest drugorzędny, że dusza to przesąd, a miłość i cel to jedynie produkty uboczne materii. Te nierzeczywiste fundamenty nie są w stanie podtrzymać rozkwitającej kultury. Są zagrożone przez własną pustkę, a to z kolei zagraża nam.

Tłumaczenie: AlterCabrio – ekspedyt.org

Grafika: AI

Zaćmienie duszy

Ludzkość się rozpada. W ciągu zaledwie kilku pokoleń – zaledwie stulecia – byliśmy świadkami gwałtownego spadku jakości naszego wspólnego życia. To, co kiedyś było światem rzemiosła, więzi i cichej spójności moralnej, ustąpiło miejsca stworzonej przez maszyny uniformizacji, moralnemu dryfowi, nędzy środowiska, powszechnemu uzależnieniu i wszechobecnej duchowej pustce.

Symptomy są wszechobecne: narkotyki zalewają społeczności, śmieci zatykają krajobrazy, etyka traktowana jak osobliwy relikt, rodziny się rozpadają, a relacje sprowadzane są do transakcji. Wielu wyczuwa rozkład, ale trudno im zidentyfikować jego przyczynę. Przyczyna jest prosta, lecz głęboka: przestaliśmy cenić to, co realne. Zamieniliśmy świadomą relację z duszą na zwykłe rzeczy.

To nie tylko nostalgia za wyidealizowaną przeszłością. Przez większość historii ludzkości codzienne życie było przesiąknięte ludzką obecnością i intencjami. Dziecięcego konika na biegunach nie zamawiano w magazynie, lecz rzeźbiono ręcznie – być może przez rodzica lub wiejskiego rzemieślnika. Domy powstawały pod wprawnymi rękami murarzy, cieśli i kamieniarzy, którzy włożyli w swoją pracę lata wrodzonej wiedzy i osobistego zaangażowania.

Te dzieła niosły w sobie coś szczególnie potężnego: energię skupionej uwagi, zamiłowanie do rzemiosła i poczucie uczestnictwa w większej historii. Nawet prymitywne schronienia – kryte strzechą chaty wczesnych społeczności – budowano w kontekście pokrewieństwa, wzajemnego zaufania i odczuwalnej więzi ze światem żywych. Dusza w sposób widoczny przepływała przez proces tworzenia.

W rzeczywistości wszystkie obiekty materialne w boskim wszechświecie posiadają duszę – są częścią jednej, zjednoczonej, żywej macierzy. Jednak ludzie łatwiej docierają do tej duszy i rozpoznają ją poprzez bezpośredni kontakt z naturą – zwłaszcza z innymi istotami żywymi, ale także z szerszym światem przyrody, roślinami, zachodami słońca, rzekami, a nawet starożytnymi skałami. W naszym ludzkim świecie przedmioty wykonane ręcznie z tych naturalnych materiałów niosą ze sobą szczególnie silny rezonans duszy.

Te ręcznie wykonane przedmioty pełnią funkcję pomostów, niosąc ze sobą ślad zarówno boskiego stworzenia, jak i ludzkiej duszy.

Technologia przyspieszyła proces trwający od ponad stu lat. Maszyny zdominowały produkcję. Wydajność i skala zwyciężyły, zapewniając obfitość i jednorodność. Choć te przedmioty nie są pozbawione duszy, często brakuje im intymnego, ludzkiego dotyku, który sprawia, że ​​boska obecność staje się dla nas bardziej dostępna. Większość ludzi nie dostrzega już różnicy, a jednak coś istotnego uległo osłabieniu.

Masowo produkowany fotel może działać identycznie jak ręcznie robiony fotel bujany, ale ma w sobie mniej skoncentrowanego ludzkiego serca i artyzmu, które pomagają nam odczuwać głębszą energię. Siedzimy w nim bez subtelnego, nieświadomego pożywienia, które płynie ze świadomości, że inna dusza świadomie włożyła w jego powstanie całą siebie. Nasze niematerialne serce – nasze głębsze „ja” – jest częściowo głodne.

Ta materialistyczna zmiana odzwierciedla głębszy błąd filozoficzny. Przyjęliśmy światopogląd, który postrzega wszechświat jako arbitralny produkt ślepej przyczyny i skutku. Bez wiary w celowe stworzenie – czy to ujęte w Boga, sensowny kosmos, czy też celową inteligencję – życie sprowadza się do czystej biologii: organizmy konsumują zasoby, konkurują i rozmnażają się, aż do wygaśnięcia. Sens, cel i transcendencja stają się iluzjami lub w najlepszym razie produktami ubocznymi ewolucji. W takim kosmosie to, co namacalne i mierzalne, naturalnie zyskuje pierwszeństwo. Pieniądze, dobra materialne, status i przyjemność stają się miarą udanego życia. Niewidzialne wymiary – miłość, wierność, współczucie, piękno, odwaga moralna – tracą nad nami kontrolę.

Konsekwencje rozchodzą się kaskadowo. Jeśli życie jest z natury materialne, rodzina i relacje tracą swój święty ciężar. Stają się one opcjonalnymi układami, cenionymi jedynie o tyle, o ile zapewniają wygodę lub przyjemność. A jednak to właśnie w tych więziach dusza najpełniej przebywa: w niewidzialnych realiach zaangażowania, szacunku, otwartości i wspólnego cierpienia.

Kiedy priorytetowo traktujemy to, co fizyczne, a nie to, co relacyjne, podważamy samo podłoże sensu. Życie nastawione na dobro, troskę o innych i łagodzenie cierpienia wydaje się bezcelowe, gdy najwyższym dobrem jest zdobywanie dóbr materialnych. Bez wiary w coś większego niż świat fizyczny (jak Bóg, sensowny wszechświat czy wyższy cel), ludzie przestają odczuwać głęboki powód, by postępować etycznie i moralnie. Po co poświęcać się dla bliźniego, obcego czy przyszłych pokoleń, skoro ostatecznie nic nie ma znaczenia poza ciałem i jego pragnieniami?

Im bardziej oddalamy się od świadomej relacji z przesiąkniętą duszą twórczością i więzią, tym bardziej się rozpadamy. Społeczność rozpływa się w materialistycznym narcyzmie. Praca traci swoją godność jako powołanie i staje się jedynie pracą. Sztuka, architektura i przedmioty codziennego użytku stają się coraz brzydsze i bardziej jednorazowe. Otaczamy się artefaktami, które utrudniają odczuwanie duszy i zastanawiamy się, dlaczego czujemy się puści.

Niedożywiona dusza zaczyna wyrażać swoje zaniedbanie poprzez cień: uzależnienie, rozpacz, okrucieństwo i nihilizm. Jak przypomina nam myśl Junga, to, co nieświadome, nie znika – ono wybucha.

W swej istocie diagnoza ta jest zgodna z głęboką zasadą duchową, często przedstawianą jako: Nic rzeczywistego nie może być zagrożone. Nic nierzeczywistego nie istnieje. Jest to fundamentalna nauka Kursu Cudów (A Course in Miracles, ACIM), duchowego tekstu opublikowanego w 1976 roku. Została ona podyktowana psycholog Helen Schucman, która twierdziła, że ​​był to wewnętrzny głos pochodzący od Jezusa. Wers ten podsumowuje główną ideę Kursu: tylko to, co pochodzi od Boga/miłości/ducha, jest prawdziwie rzeczywiste i wieczne; wszystko inne (strach, ego, świat materialny) jest iluzją.

Projekt materialistyczny, pomimo wszystkich swoich błyskotliwych osiągnięć, opiera się na nierzeczywistości – iluzji, że sens jest drugorzędny, że dusza to przesąd, a miłość i cel to jedynie produkty uboczne materii. Te nierzeczywiste fundamenty nie są w stanie podtrzymać rozkwitającej kultury. Są zagrożone przez własną pustkę, a to z kolei zagraża nam.

Odwrócenie tego zaćmienia nie wymaga odrzucenia technologii ani powrotu do przednowoczesnych trudności. Wymaga ponownego oszacowania wartości. Musimy świadomie przywrócić świadomość duszy obecnej we wszystkim, zwracając szczególną uwagę na te drogi – naturę i ludzkie dzieło – poprzez które najłatwiej odczuwamy żywą obecność Boga.

Zaczyna się to od małych aktów: wyboru rękodzieła, kiedy to możliwe, spędzania czasu na łonie natury, głębokiego inwestowania w rodzinę i społeczność, ukierunkowania naszego celu na służbę i rozwój duszy oraz odzyskania poczucia sacrum w stworzonym świecie. Kontynuuje się to poprzez odnowę kulturową: wspieranie artystów, rzemieślników i budowniczych, którzy wypełniają swoją pracę obecnością; kształcenie w kierunku mądrości, a nie tylko użyteczności; oraz pielęgnowanie życia wewnętrznego poprzez refleksję, marzenia, relacje i etyczną praktykę.

Ludzkość nie rozpada się tylko pod wpływem sił zewnętrznych. Rozpada się, gdy zapominamy, kim jesteśmy – ucieleśnionymi duszami poruszającymi się po pełnym znaczenia kosmosie, a nie zwykłymi konsumentami w stworzonej przez maszyny próżni. Krzesło produkowane masowo może bujać się tak samo, ale ręcznie wykonane łatwiej przenosi żywy ślad innego serca, a przez to boskości.

Tylko jedno karmi to, co prawdziwie trwa. Przed nami pozostaje wybór: czy będziemy cenić to, co realne, czy nadal budować nasz świat z tego, co nierealne? Los duszy ludzkości wisi na włosku.

________________

The Eclipse of the Soul, Todd Hayen, Jul 18, 2026

Słowa wagi ciężkiej, czyli czas mediów interpretacyjnych

Słowa wagi ciężkiej, czyli czas mediów interpretacyjnych

Jacek Tomczak myslpolska/slowa-wagi-ciezkiej-czyli-czas-mediow-interpretacyjnych

Używanie określenia „Pedofilia Obywatelska” na określenie formacji sprawującej rządy jest kolejnym przejawem degradacji języka debaty publicznej czasów plemienno-tiktokowych.

Spowszednienie takiego sposobu komunikowania się to wyrządzanie szkody – i to nie ludziom, których się deprecjonuje, lecz osobom poszkodowanym, samemu językowi, ale też tym, którzy go używają, często nieświadomie infekując własną wrażliwość żrącym kwasem. Zamiast myśleć jak obrazić przeciwnika, zastanówmy się czym jest to, do czego go porównujemy. Pedofilia to najcięższa i najohydniejsza ze zbrodni, to nie publicystyka. O wykorzystywaniu słów jako narzędzi władzy napisano tomy. Czym różni się zmiana znaczenia słów następująca w toku zaostrzania się polskiej walki „plemiennej” od tej opisywanej przez wybranych autorów?

Wspomnijmy choćby koncepcję “władzy kulturowej” włoskiego komunisty Antonio Gramsciego. Gramsci twierdził, że sprawowanie władzy przy pomocy tradycyjnych metod rządzenia nie jest konieczne, by wpływać na rzeczywistość, zaś olbrzymią rolę w osiąganiu tego celu odgrywa wprowadzanie do obiegu publicznego pojęć zdefiniowanych tak, jak chce oddziałujący.

Postmoderniści, odwołujący się do „teorii języka” francuskiego psychoanalityka Jacquesa Lacana twierdzili, że nie tylko ludzie wypowiadają słowa, ale też słowa mówią za nas. Język jest narzędziem władzy, przy pomocy którego opisujemy świat wartościując pojęcia i nawet nie jesteśmy świadomi czemu poszczególne z nich odbieramy pozytywnie, a inne negatywnie.

Przy całej odmienności wyżej zarysowanych koncepcji, w obydwu przypadkach przemyślenia autorów dotyczą redefiniowania pojęć, tak by – kolokwialnie pisząc – inaczej się ludziom kojarzyły.

Specyfika polskiej „wojny plemiennej” polega na tym, że zamach na język jest tu efektem, nie zaś intencją – zamiarem osób posługujących się skrajnymi pojęciami bądź skrajnymi skojarzeniami jest zaatakowanie przeciwnika. Efektywnie język, mając być środkiem komunikacji, staje się ofiarą takiej „komunikacji”.  W toku „wojny plemiennej” pojęcia odrywają się od tego co miały opisywać, szukają nowych znaczeń, a często zawłaszczane są przez tych, którym stworzenie nowej definicji pozwala politycznie zaistnieć. Są niebezpieczne, ale też często ranią nie tego, w kogo są wycelowane, lecz tego kogo krzywdę rozgrywają, tak naprawdę nieszczególnie się nią interesując.

Tak, jest zasadnicza różnica między potępieniem pedofilii a potępieniem politycznego przeciwnika przy użyciu pedofilii. I jednocześnie samo pojęcie „pedofilii” znaczy w obydwu przypadkach co innego.

Pedofilia to potworna zbrodnia, naruszenie najbardziej intymnej sfery najbardziej bezbronnych istot. Pedofilia to uśmiercenie za życia. Jednocześnie to coś tak obrzydliwego i mającego taki ciężar, że zwyczajnie nie da się go unieść, dźwignąć jego potęgi chcąc operować pojęciem je opisującym jako inwektywą. Nie da się przerzucać tego pojęcia “na prawo i lewo” nie wyzuwając go z treści, nie wypełniając go pustką, sprawiającą, że nadaje się jedynie do ubliżenia komuś. A jednak politycy nieodpowiedzialnie chcą udźwignąć ten ciężar, niczym anemik na zawodach kulturystycznych. To, że wskutek tego nurkują w akwenie złożonym z odchodów to najmniejszy problem. Przywykli. Warto tylko przypominać, że tak właśnie się dzieje. Tak, polityk używający pedofilii jako broni politycznej nie jest kimś potępiającym pedofilię, lecz kimś korzystającym z pedofilii.

Prawdziwym problemem staje się utrata rangi przez słowa, przez oderwanie od pierwotnego znaczenia. Pozbawia to ludzi możliwości opisu zjawisk potwornych przy pomocy adekwatnych pojęć. „Pedofilia” i inne słowa mające razić najmocniej przenoszą się do semantycznej pustki, gdy wykorzystywane są niczym czołg do walki z grupą nastolatków.

Źródła nienawiści

Warunki sprzyjające „wojnie plemiennej” powstają, gdy ludzie, którzy z jakichś powodów są bliżsi jednej bądź drugiej stronie zaczynają się radykalizować, choćby w poszukiwaniu poczucia przynależności. Z obserwatorów stają się kibicami. Z jednej strony, skłonni są przyjmować jako swoje najbardziej skrajne narracje, z drugiej strony – powtórzą po „swoich” każdy pogląd.  Temperaturę „wojny plemiennej” podgrzewa się przez tworzenie „mitów” w rozumieniu Carla Schmitta, czyli przenoszeniu kategorii religijnych na poziom polityki. „Mity” to opowieści, do których odwołanie wzmacnia poczucie grupowej tożsamości – w Polsce „mit smoleński” konfrontował się z mitem „walki o obalenie dyktatury”.

Ostrość konfliktu tworzącego “wojnę plemienną” wynika także z przeniesienia punktu ciężkości z wymiaru światopoglądowego na poziom personalny. To tworzy także jego specyfikę, w ramach której radykalizm łączy się z koniunkturalizmem, a fanatyzm z nihilizmem. Mnóstwo oskarżeń, mocnych słów, a jednocześnie pilnowanie swojego miejsca i swojej kariery, ataki frontalne i totalne, a zarazem nie aż tak duże różnice światopoglądowe.  Zbitka wyrazowa „sianie nienawiści” uległa degradacji do rangi sloganu, używanego często wobec ludzi domagających się po prostu odróżniania dobra od zła, poszkodowanych od katów, bohaterów od zdrajców. W tym ujęciu „siali nienawiść” ci, którzy odnosili politykę do wartości, nakazujących w niektórych sytuacjach bezkompromisowość.

Wobec faktu, iż słowo „nienawiść” przez wszystkie przypadki odmieniają zideologizowani tropiciele rozmaitych „izmów”, z „antysemityzmem” i „rasizmem” na czele, z obawy przed upodobnieniem się do nich część osób o prawicowych poglądach zaczęła przymykać oczy na destrukcyjne chamstwo i nienawiść, jakie wniosła do polskiej polityki choćby TVP Info za rządów Jacka Kurskiego. Oczywiście, brak krytyki tego co tam miało miejsce wynikał też zapewne z obawy przed “ustępowaniem pola” wspólnym przeciwnikom prawicy wszelkich odmian.

Taki styl wiadrami wylewa się dziś z pasków „informacyjnych” TV Republika. Narzucają one jedynie słuszną interpretację rzeczywistości w sposób tak ordynarny, że u człowieka ceniącego samodzielność myślenia wywołują wręcz sprzeciw na poziomie psychicznym. Telewizje informacyjne zastąpione zostały przez telewizje interpretacyjne.  Nie musi mnie nikt przekonywać, że z drugiej strony mamy rozmaitych amatorów politycznych polowań i prowokatorów w rodzaju Silnych Razem, Babci Kasi czy Giertycha, że poziom umysłowo-etyczny mainstreamu z pułapu Jerzego Turowicza, Czesława Miłosza i Leszka Kołakowskiego spadł kilka stopni poniżej zera, do wspólnego śpiewania “J…ć PiS” i zaczepiania Jarosława Kaczyńskiego, gdy chce oddać cześć swojemu bratu. Zapytam tylko: no i co z tego? Skoro taka jest koniunktura to wszyscy będziemy szambonurkami?

Zastrzeżenie, które muszę poczynić, by precyzyjniej wskazać o co mi chodzi dotyczy Grzegorza Brauna. Otóż, jak wspomniałem, nienawiść eskaluje, gdy walka przenosi się do wymiaru personalnego. Ideologiczne uzasadnienia są wtedy często jedynie racjonalizacją osobistej wrogości. Poglądy na poszczególne sprawy zmieniają się – niezmienna pozostaje tylko osobista wrogość. Polityk-relatywista w kwestii światopoglądu jest politykiem-fundamentalistą, gdy dotyczy to osobistej nienawiści. „Nienawiść” przypisywana Braunowi jest czym innym niż nienawiść Jacka Kurskiego, Łukasza Mejzy czy Dominika Tarczyńskiego. Z jednej strony, nie udawajmy, że tej pierwszej nie ma, z drugiej strony – nie mylmy jej z wyrazistością, połączoną z walką o sprawy. Walka o sprawy, najbardziej wyrazista nawet to co innego niż walka z ludźmi i atakowanie dzieci Tuska czy “dziadek z Wehrmachtu”. Odróżnianie tego na co człowiek wpływ ma od tego za co odpowiedzialności ponosić w żadnym przypadku nie może jest kluczowe.

Wartki wir szmba

„Pedofilia obywatelska” biła po oczach w każdym miejscu internetu, może poza sferą ciekawych podcastów, które mają po kilkaset odtworzeń – no i poza dark netem, bo tam równają do polskich polityków. „Pedofilia obywatelska” znalazła się w tytule programu „Salonik dziennikarski Ziemkiewicza” w TV Republika, o „pedofilii obywatelskiej” mówił Radosław Fogiel w „Śniadaniu Rymanowskiego”. Ci, którzy zdawali się tamować wartki prąd wyrzygu poddali mu się, stając do licytacji. Hulaj dusza, „jechać z k….i”!

Problem w tym, że ci, którzy chcą szokować po raz kolejny, orientują się, że teraz już nic nie szokuje. Skoro codziennie wprowadza się „stan wojenny”, skoro przeciwnik to uosobienie Stalina i Hitlera, skoro „puste łby”, „mordy zdradzieckie”, „tłuszcza” i „wataha” to nasi oponenci to nie wiadomo co jeszcze można wymyśleć, by stać się doskonalszym rzeźnikiem. Wiadomo, że należy informować o przynależności politycznej osoby skazanej wyrokiem sądu. Ludzie mają prawo wiedzieć – tak samo, nie powinni być zbywani poprawnymi politycznie informacjami o „wzroście przestępczości wśród mieszkających w Polsce osób rosyjskojęzycznych”. Wiadomo, że partia powinna zająć stanowisko i nie unikać tematu. Wiadomo też, że identycznego zabiegu dokonywali ludzie z lewej strony, wrzeszcząc o „pedofilach w sutannach”, jakby rozradowani, że nienawiść do Kościoła katolickiego znalazła uzasadnienie.

Rzecz w tym jakie wnioski należy wyciągnąć z podanych informacji. Opinia publiczna ma skłonność do oceniania intencji i zamierzonych działań przez pryzmat skutku. O co chodzi?  To trochę jak z dyrektorem więzienia, który wypuścił na przepustkę więźnia, który w jej trakcie zabił. Więzień miał dobrą opinię w więzieniu, bywał dziesiątki razy na przepustkach, w trakcie których zachowywał się bez zarzutu – jednocześnie setki więźniów, którym ten dyrektor w przeszłości wydał przepustki zachowywało się podczas ich odbywania prawidłowo. Opinia publiczna niewątpliwie zaatakowałaby dyrektora za przyczynienie się do zabójstwa.

Faktycznie jednak nie można byłoby mieć do niego pretensji. Jakkolwiek źle by to nie brzmiało, to się po prostu zdarza – tak jak uderzenia piorunów się zdarzają. Dyrektora należy oceniać przez pryzmat tego co mógł zrobić i czego nie zrobił oraz – ewentualnie – na ile kierował się osobistymi sympatiami przy podejmowaniu decyzji.  Partię i jej kierownictwo można oceniać negatywnie, jeśli zbojkotowali otrzymywane sygnały, tym bardziej jeśli kryli człowieka, wobec którego prokuratura formułowała zarzuty. Nie da się natomiast nikogo potępiać dlatego, że w jego otoczeniu znalazł się ktoś kto w tym czasie powinien być za kratami. Odwrócona logika “zdjęcia z papieżem” służy propagandystom, ze szkodą dla prawdy.

Analityk w świecie pejzażystów

Być może – nie można być tego pewnym, bo takie myślenie nigdzie się nie uzewnętrzniło – operujący pojęciem „pedofilia obywatelska” przypuszczają, że partie takie, jak Koalicja Obywatelska są bardziej żyzną glebą dla ludzi, którzy krzywdzą dzieci. Jednocześnie o skłonności ludzi do takich racjonalizacji, mylonych z wyszukiwaniem przyczyn świadczą tezy o Kościele jako rugującym życie seksualne, a zatem rzekomo wyzwalającym skłonności pedofilskie.  Nie żebym traktował taką tezę jakoś poważnie, ale warto poświęcić jej chwilę, choćby z uwagi na jej domniemaną obecność w myśleniu tych co pedofilię używają jako szabelkę. Jakie mogłoby być źródło takiego myślenia? Takie partie są bezideowe, ich głównym celem jest władza – a jednocześnie gloryfikują „nowoczesność” pojmowaną jako przekraczanie granic, wydobywanie się z pęt tradycji. Czyli – puszczanie hamulców jest po prostu łatwiejsze niż gdzie indziej.

Oczywiście, wyciąganie bardzo konkretnych wniosków na podstawie tak mglistych przesłanek samo w sobie jest błędne. Wnioskowanie ze skutku na przyczynę jest błędne, bo określony skutek może mieć mnóstwo przyczyn.  Przede wszystkim jednak, pedofilia jest zjawiskiem unikalnym, wyjątkowo odrażającym. Zaryzykujmy tezę, że o ile zabójstwa są skutkiem doprowadzonych do skrajności i przekraczających jakąkolwiek skalę agresywnych instynktów człowieka, o tyle pedofilia jest czymś „innym” – nie tyle rozwinięciem jakiejkolwiek ludzkiej cechy, co absolutnym zaprzeczeniem człowieczeństwa. Opisywanie jej przyczyn przez odniesienie do zwykłych, czyli przeciętnych cech ludzkich, środowiskowych, społecznych jest skazane na popełnienie błędu poznawczego.

Powiedział kiedyś Janusz Korwin-Mikke – cytuję z pamięci – że lewica kieruje się sympatiami, a prawica zasadami. Czyli – prawicowa optyka na rzeczywistość ma zapobiegać postawieniu osobistego podejścia do tego czy innego człowieka ponad tym co powinno normować i porządkować świat. Nie muszę chyba dodawać czemu o tym wspominam – to jasne, że te przemyślenia bardziej niż do tej czy innej partii odnoszą się do mechanizmów i zasad tworzących życie publiczne. Wielu ludzi zastanawia się co w praktyce oznaczać powinien realizm polityczny, jakie niesie on implikacje, jak poszczególne przejawy naszego działania mogą służyć jego wspomaganiu. Jak korzystać z realizmu politycznego, by nie stał się on „fobią” bądź „filią”?

Po pierwsze, myśleć w kategoriach związków przyczynowo-skutkowych i uzyskać odporność na to co określę jako myślenie “moralistyczno-magiczne”, czyli pełne atrap moralności, nadęcia, a zarazem niedookreślenia. Po drugie, oceniać konkretne sytuacje, koncentrować się na szczególe, bez popełniania błędu polegającego na błyskawicznej „teleportacji” z całego obrazu na jego mały fragment – i w drugą stronę.

Oczywiście, trzeba tu podkreślić, że sami politycy Koalicji Obywatelskiej w całej sytuacji zachowywali się wcale nie tak, jakby przeszkadzało im polityczne wykorzystywanie pedofilii – lecz jakby przeszkadzało im polityczne wykorzystywanie pedofilii wtedy, gdy zwraca się to przeciwko nim.  Samo pojęcie „politycznego wykorzystywania tragedii” jest przywoływane na tyle często, że powoduje to problem z odróżnieniem dwóch, zupełnie innych sytuacji. W pierwszej – takiej jak ta tu opisywana – używa się do uderzenia w przeciwnika faktów, które zaistniały nieopodal niego, z którymi jednakże nic go nie łączy i którym nie miał możliwości zapobiec. W drugiej sytuacji oskarżany polityk lub partia popełnili czyny lub dopuścili zaniechań, które miały wpływ na zaistnienie tragedii lub utrudniły jej wyjaśnienie.

W tym sensie pretensje do Donalda Tuska i jego partii o ich postawę przed i po tragedii w Smoleńsku, czyli o korespondencję z Władimirem Putinem na temat tego kto uczestniczyć powinien w obchodach zbrodni katyńskiej oraz o oddanie śledztwa Rosjanom są czym innym niż mówienie o „pedofilii obywatelskiej”. Oczywiście, przykładów “wykorzystywania tragedii” i kontrprzykładów wskazujących realne błędy popełnione w związku z tragedią jest całe mnóstwo. Zdecydowanie warto te dwie sytuacje odróżniać. Również dlatego, by – tak to ujmę – nie wykorzystywać politycznie hasła o “wykorzystywaniu politycznym”.

Naprawdę nie da się inaczej?

Nie da się inaczej? Bo przecież żyjemy w czasach Tik-toka, memów, informacji znikających szybciej niż się pojawiają?  Wydaje mi się, że niektórzy politycy nie tylko potrafią inaczej, często z nienajgorszymi skutkami. Oni byliby też mentalnie i etycznie niezdolni do zdobycia certyfikatu szambonurka. Nie każdy, będąc otoczony zbrodniarzami wojennymi zacznie strzelać do cywilów – i nie każdy poruszający się po świecie „wojny plemiennej” uzna za właściwe nazywanie przeciwników „pedofilami”.

Można nie zgadzać się z Krzysztofem Bosakiem czy Markiem Jurkiem w tysiącu spraw, sam byłem oburzony relatywizacją żydowskiego ludobójstwa w Gazie dokonywaną przez tego ostatniego. Jednocześnie, jeśli ktoś serio odwołuje się do polityki opartej o wartości, jeśli ktoś wierzy, że konserwatyzm to nie tylko zbiór haseł, ale całościowa, wielowymiarowa postawa to sposób uprawiania polityki Bosaka czy Jurka będzie mu bliższy niż Kurskiego, Mejzy czy Tarczyńskiego. Ci ostatni to personifikacje twardogłowych, prostaczkowatych (pamiętajmy, by “prostaka” odróżniać od “prostego człowieka”!) krzykaczy, sprowadzających prawicowy światopogląd do nienawiści do Tuska. Oraz oczywiście do roli ideowej nadbudowy do robienia kariery.

W Kanale Zero pokazano rozmowę z córką zwyrodnialca z Kłodzka, który dostał wyrok 25 lat pozbawienia wolności za pedofilię i zoofilię. Ten Coś, dwunóg człekopodobny, sprawca horroru z Kłodzka miał podręcznikowe cechy psychopaty. Wywoływał uzależnienie emocjonalne, straszył, że najbliżsi dziewczyny zginą, jeśli nie będzie się ona poddawać jego odrażającym praktykom, zakładał podsłuchy, montował urządzenia pozwalające ustalić lokalizację najbliższych mu osób. Dodajmy, że policjant, który zapoznawał się z materiałem dowodowym w tej sprawie musiał zacząć chodzić do gabinetu psychologicznego.

Te najbardziej podstawowe, a zarazem najważniejsze cechy, które czynią nas ludźmi uaktywniają się, gdy przeszywa nas ból i współczucie dla zwykłej, młodej dziewczyny, dojrzałej ponad wiek dojrzałością smutną i bolesną. Współczucie dla jej bezsilności, samotności, heroizmu w obronie najbliższych (by zwyrodnialec koncentrował się na niej i nie krzywdził innych – jak dziś wiemy, i tak krzywdził). Współczucie dla krzywdy zwielokrotnionej – przecież psychicznym i fizycznym torturom towarzyszyło poczucie nabywanego piętna, świadomość wyboru między samotnością w cierpieniu a krzywdą najbliższych.

Zastanówmy się nad wiarygodnością, autentycznością, szczerością oburzenia. Otóż, trudno uznać je za wynikające z prawdziwego odróżniania dobra od zła wtedy, kiedy nie idzie z nim w parze wrażliwość na krzywdę. Tak, wrażliwość na krzywdę jest punktem wyjścia do oburzenia czynem, często również do oburzenia osobą sprawcy. Oczywiście, relacja między oceną czynu a oceną człowieka to temat na osobne rozważania – na ile nasze czyny nas tworzą, a na ile są efektem chwilowych słabości, okoliczności (i jak odróżnić jedne od drugich).

Co najistotniejsze, potępianie zła musi wynikać z odczuwania dobra i wrażliwości na nie – w przeciwnym przypadku zatraca wymiar moralny i staje się plotką, atakiem, propagandą, nienawiścią. Obawiam się, że rodzima „klasa polityczna” doszła w zacietrzewieniu do pułapu, na którym wrażliwość odbiera się jako słabość.

Zdolność zrozumienia i refleksji nad bólem ofiary jest warunkiem niezbędnym, by potępienie dla sprawcy miało wymiar autentycznie moralny i zarazem moc rażenia. Tylko człowiek uwewnętrzniający choć w części cierpienie skrzywdzonego zachowuje „łączność” między potępieniem a systemem wartości – tylko ktoś taki działa w imię etyki, w oparciu o odróżnianie dobra od zła. Samo potępianie zła, bez wrażliwości na krzywdę, tego niezbędnego komponentu dobra staje się odruchem krzykacza albo – w gorszym przypadku – wyrachowanego politycznego gracza. Taki ktoś nie jest zdolny zrozumieć co właściwie potępia.

Dziewczyna, z którą przeprowadzona została rozmowa, jak i inne skrzywdzone przez zwyrodnialca z Kłodzka osoby są najważniejszymi ludźmi w tej historii – i nad nimi trzeba się pochylić w pierwszej kolejności, jeśli nie chce się całej sprawy traktować instrumentalnie.  Jeśli „lepszość” którejś ze skonfliktowanych stron (tych, którzy używają epitetu „pedofil” i tych, którzy są nim określani) miałaby mieć jakieś oparcie to musiałoby ono tkwić w zrozumieniu i odczuwaniu krzywdy, której druga strona nie próbuje pojąć. Rzecz w tym, że człowiekowi mającemu takie cechy nie o „lepszość” chodzi. Deklarowana „lepszość” tych, którzy oskarżają przeciwników o bycie „pedofilami” tkwi natomiast w czymś od nich zupełnie niezależnym – w nie znalezieniu się w liczącej 20 tysięcy członków partii, której jedna działaczka dostała wyrok w procesie o pedofilię. Przypadek nie buduje „lepszości”. Szczęśliwy traf nie jest źródłem dumy. Człowiek z wyczuciem podchodzący do takich historii nie będzie zachowywał się tak, jakby się mu one opłacały, jakby tak naprawdę większa liczba ofiar umożliwiała skuteczniejszy atak polityczny.   Takie historie nikomu się nie opłacają.

Jacek Tomczak

Myśl Polska, nr 15-16 (12-19.04.2026)

Planowa produkcja analfabetów? Szokujące? 

Planowa produkcja analfabetów? Szokujące teorie.

Wysłane przez: Marucha w dniu 2026-03-21 marucha/planowa-produkcja-analfabetow-szokujace

[Szokujące – chyba dla totalnie odklejonych od rzeczywistości indywiduów… – admin]

Czy na świecie mamy do czynienia z systemem „celowego obniżania poziomu poznawczego dzieci, planowej produkcji półanalfabetów sterowalnych emocjonalnie i likwidacji elity intelektualnej”? Taka teza pojawia się w popularnym wpisie opublikowanym w serwisie społecznościowym X.

Jak zwraca uwagę jego autor, Krzysztof Szczawiński, „od ok. 2012–2015 we wszystkich krajach Zachodu obserwujemy spadek umiejętności matematycznych, spadek rozumienia tekstu, spadek myślenia logicznego”.

To pierwsza generacja, która będzie mniej lotna od swoich rodziców – zwraca uwagę.

Zjawisko to najmocniej uwidoczniło się w USA, Kanadzie, UK, Francji, Niemczech, Skandynawii, z kolei nie obejmuje państw Azji Wschodniej (Chiny, Korea, Japonia, Singapur).

To jest efekt zmian systemowych w edukacji – uważa Szczawiński.

Zmiany te mają obejmować m.in. dostosowywanie poziomu edukacji do najsłabszych uczniów, a nie najsilniejszych, degradację programów nauczania.

W matematyce: mniej dowodów, algebry, geometrii, mniej logiki formalnej, a więcej „kontekstów życiowych”…W językach: mniej analizy tekstu, gramatyki, składni, a więcej „interpretacji emocjonalnej” – wylicza Szczawiński.

Zauważa, że kosztem logiki, precyzji, dyscypliny i rygoru intelektualnego dominuje w edukacji empatia, wrażliwość, komunikacja, współpraca, inkluzywność, czy samoocena. [czyli sralizm-mazgalizm – admin]

Coraz większy odsetek absolwentów nie rozumie dłuższych tekstów, nie potrafi logicznie argumentować, nie potrafi rozwiązywać problemów, myśli narracyjnie, nie analitycznie. W UE 30–45% młodych dorosłych to funkcjonalny analfabetyzm… To nie „wyzwanie edukacyjne”, tylko katastrofa cywilizacyjna – stwierdza.

Zdaniem Szczawińskiego takie działania mają być podejmowane nieprzypadkowo.

Społeczeństwo inteligentne, logiczne, zdolne do abstrakcji, jest trudne do kontroli narracyjnej. Społeczeństwo poznawczo słabe, emocjonalne, reaktywne, jest idealne do zarządzania strachem, winą i moralnym szantażem. Dlatego produkcja głupoty jest racjonalną strategią władzy miękkiej – podkreśla.

Informacje o spadku wyników, na które powołuje się Szczawiński, można było rzeczywiście w ostatnich latach odnaleźć w fachowych raportach. Choćby w ramach programu międzynarodowej oceny uczniów (lepiej znanego jako PISA) w 2022 r. odnotowano „bezprecedensowy spadek wyników” we wszystkich regionach OECD. W porównaniu z wcześniejszą edycją z 2018 r. średni wynik w czytaniu spadł o 10 punktów, a w matematyce o prawie 15 punktów. Spadek wyników z matematyki był szczególnie widoczny w krajach takich jak Niemcy, Islandia, Holandia, Norwegia i Polska, które odnotowały spadek o 25 punktów lub więcej, jak podało OECD.

Jako jeden z istotnych czynników podawano wówczas pandemię COVID-19 i jej wpływ na naukę, ale już wówczas wskazywano, że to tylko część przyczyny, ponieważ spadki wyników z matematyki i nauk ścisłych były widoczne już przed 2018 r.

„COVID prawdopodobnie odegrał pewną rolę, ale nie przeceniłbym jej” – powiedział w 2022 roku dyrektor ds. edukacji OECD Andreas Schleicher. „Istnieją podstawowe czynniki strukturalne, które są znacznie bardziej prawdopodobne jako trwałe cechy naszych systemów edukacyjnych, które decydenci powinni naprawdę potraktować poważnie”. [Nie COVID, do k… nędzy, ale sposób jego „zwalczania”!!! – admin]

Na te problemy zwracał uwagę też w swoim artykule z 2024 roku prof. Enrico Colombatto z Uniwersytetu w Turynie.

Główne pytanie wynikające z wyników badania PISA dotyczy jakości i charakterystyki dzisiejszych systemów edukacyjnych, zwłaszcza w świecie zachodnim. Do końca lat 60. XX wieku powszechnie uważano, że edukacja powinna wyposażać młodych ludzi w odpowiednią wiedzę z zakresu języka i literatury, historii, geografii, matematyki i nauk ścisłych. (…) Nacisk kładziono na umiejętności poznawcze (czyli przyswajanie systematycznej wiedzy), umiejętności ilościowe, zdolność rozwiązywania problemów oraz abstrakcyjne i logiczne rozumowanie. Obecnie takie systemy oceniania są uważane za dyskryminujące, upokarzające i wywołujące stres – zauważył.

Włoski naukowiec ocenił, że zmiany, jakie dokonano we współczesnej edukacji, doprowadziły do pogorszenia jej jakości.

Pewną rolę odegrał również szybki postęp technologiczny. Z jednej strony technologia zwiększa wydajność pracy, a rozszerzone możliwości kształcenia rekompensowały braki w umiejętnościach. Z drugiej jednak strony uczniowie używają smartfonów i laptopów do celów niezwiązanych z nauką podczas zajęć i łatwo się rozpraszają, wykonując zadania szkolne. Wciągający świat zaawansowanych technologicznie gadżetów wydaje się utrudniać młodemu pokoleniu koncentrację, zapamiętywanie, robienie notatek, opracowywanie fragmentarycznej wiedzy oraz samodzielne rozwijanie krytycznego myślenia i umiejętności językowych – dodał.

Źródło: x.com, weforum.org, gisreportsonline.co
https://prawy.pl/

Fetor dusz

Fetor dusz

Autor: wawel , 1 września 2025

[Poniższy wpis częściowo nawiązuje do tekstu Dlaczego brak piękna niszczy społeczeństwo

========================

Św. Hildegarda z Bingen w jednym ze swoich tekstów używa zwrotu “smród duszy” “śmierdząca dusza”. Takie wyeksponowanie słowa “smród” zda się uszkadzać nasze poczucie przyzwoitości. “Jak tak można!” – mówimy. Wzdrygamy się. Jak przyzwoitki. Przyzwoitki które śledzą “życie” “celebrytów”. Tropią życie osobiste “gwiazd”. “Gwiazdami” nazywamy byle łachudrę, co to nauczył się uczyć scenopisów na pamięć, kręcić kuprem na “wybiegach”, szarpać druty, łgać w żywe oczy w programach “informacyjnych”. Kim jest aktualny partner gwiazdy X? Co zrobiła na wakacjach gwiazda Y? Gdzie mieszka dawna gwiazda i jak się szpetnie postarzała? Łykamy gówna. Sycąc się tym, że nie tylko my spsieliśmy, że oni też. I oglądamy. Gówno wpływa przez oczy. Oglądamy, patrzymy, wytrzeszczamy gały. I rżymy ze śmiechu. “Ale pieprznął na ziemie! Haha!” Ale go wyrolowali! Ale cymbał! Hihi! Podlożony pod obrazki oślinione śmierdzącymi “uczuciami” (metamorfozami najprostszych instynktów) śmiech zaraża nas i też rżymy. Zaraźliwość fetorem. Wirus gównianej “satysfakcji”.

Albo toniemy w podziwie: “Pięknie wygląda!” Ale suknia! Ile to musiało kosztować! Wspaniałe! Jaką piękną ma posiadłość! W najlepszej dzielnicy. Widziałaś kto był na jej zaręczynach z najwyższym koszykarzem z NBA? A jechali konno. Owinięci w aksamit. A widziałaś jej najnowszy film? Cały w różu. Szok. A jak ona świetnie udaje dziecko w tej roli. Pewnie będzie Oskar…

Czy naprawdę zwierzęta są też aż tak “walnięte”? Jeżdżą ryczącymi motorami po osiedlu nocą? By pokazać. Pokazać SIĘ. Pokazać nie wiadomo co niewiadomo komu. Pokazać gówno… Pokazać tym gówniarzom.

Ja wam pokażę! Nie podskoczycie mi! Gówno mi zrobicie!

Czerwone dywany Hollywood. Udawacze za dacze. Beverly Hills. Gówniane raje i my w roli podglądaczy zza płotu. Czasem nagle poczujemy się głupio, gdy ukryte szambo gwiazd się wyleje. Prezenter molestował dziesiątki dzieci, raper kierował gangiem narkotykowym i gangiem wykorzystującym seksualnie. Piosenkarz o pięknym głosie gwałcił. Kopacz wybitny lub wrzucacz do kosza rąbał kraj na miliony podatków. Strasznie inteligentny i moralizujący reżyser – pedofilił… Na chwilę się oburzamy. Następnego dnia kupujemy “Z życia gwiazd”.

Smród. Śmierdzimy na kilometry. Nie wiedząc o tym. Nie czując swojego smrodu ani naszych idoli.

Robimy falę! Rączki w górę i skandujemy!

Śmierdzące fałszem na kilometry słowa polityków. Subkultura strupkultura, trupkultura… Omijam śmierdzące dusze, miałaś rację, Hildegardo…

Płyną potoki guana przez nasze smartfony, laptopy i telewizory. Przez nasze myśli, uczucia i życie. Przez nasze serca. Czy to jeszcze serca? Czy wysypiska?

“Swifties” – jest takie hasło nawet w Wikipedii: “Swifties are the fandom of the American singer Taylor Swift. Regarded by journalists as one of the largest and most devoted fanbases in music, Swifties are known for their high levels of participation, community, and cultural impact on the music industry and popular culture. They are a subject of widespread coverage in the mainstream media.”

Jedna z największych i najbardziej oddanych grup fanów. Jest szeroko komentowana w mediach głównego nurtu. Dziennikarze uważają fanów Swift za niezwykle wpływowy blok wyborczy.  Fani atakują werbalnie osoby, w tym celebrytów, które oczerniały Swift. Analizy kulturowe opisywały Swifties jako niezwykłą wspólnotę zainteresowań , subkulturę i niemal meta-świat. Według Dictionary.com termin “Swiftie” często sugeruje, że dana osoba jest „bardzo namiętnym i lojalnym fanem, a nie tylko okazjonalnym słuchaczem”.

A i “naukowcy” nie zasypiają gruszek w popiele. Też grzebią w gównie. Wygrzebują swoje. Badają i tworzą :). Stworzyli pojęcie  “kolektywna efervescencja”, czyli fakt że “społeczność lub społeczeństwo może czasami zjednoczyć się i jednocześnie komunikować tę samą myśl i uczestniczyć w tym samym działaniu. Takie wydarzenie wywołuje wówczas efervescencję zbiorową, która pobudza jednostki i służy jednoczeniu grupy.” Naukowcy jak muchy na gnojowniku. Na żerowisku. ” “Pojedziemy na łów, na łów, Towarzyszu mój!” Niestrudzenie monitorują prędkość z jaką ludzkość zdąża do piekła…

Oddanie fanów. Szerokie komentarze. W mediach. Z fanów utworzymy blok wyborczy. Fani atakują. Bo mają wspólnotę zainteresowań. Mają wspólną namiętność. Są lojalni bez granic. Fani atakują fanów. Namiętnie. Jak dwie kupy wijących się koncertowo robaków walczących o swój udział w pożywnej gnojówce. W oparach smrodu.

Śmierdzące dusze od łykania smrodu.

Stado. Kupa, mrowie, rój, chmara, wataha, tabun, hałastra, zgraja, czereda, motłoch. Rzesza.

Smród, smród Über Alles. Über Alles in der Welt. The Star-Spangled Banner.

image

Elity prawdziwe kontra fałszywe

Elity prawdziwe kontra fałszywe – kto zadecyduje o przyszłości Polski i świata?

Stanisław Bukłowicz elity-prawdziwe-kontra-falszywe

Współczesny świat nie patrzy przychylnie na klasy wyższe. Przeciwnie, są one postrzegane jako nieprzystające do dzisiejszych czasów. Jednak równość to utopia. W rzeczywistości nie wybieramy między równością a nierównością, lecz między elitami prawdziwymi a fałszywymi.

Społeczeństwa cywilizacji zachodniej (i nie tylko) od starożytności opierały się na przywództwie warstw wyższych. Czy mowa o starożytnym Rzymie, średniowiecznych monarchiach organicznych czy oświeconym feudalizmie, społecznościami zarządzały elity. W obecnej, demokratycznej epoce władza klas wyższych jest bardziej ukryta, ale jest równie, a nawet bardziej realna niż dawniej.

Hiszpański filozof José Ortega y Gasset w książce „Bunt mas” rozważał rolę wyższych warstw w społeczeństwie:

„(…) elita, w przeciwieństwie do mas, nie jest biernym, mechanicznym tworem, lecz dynamiczną rzeczywistością, która wyłania się dzięki twórczej sile jednostek. To nie kwestia urodzenia, lecz zasługi. Elity budują cywilizację, kulturę i wartości, które transcendują ich indywidualną egzystencję, przekształcając je w dobro wspólne”.

Socjolog podkreślił również, że „w rzeczywistości społeczeństwo jest zawsze rządzone przez elity – jedyną różnicą jest to, czy są to elity prawdziwe, zasłużone i twórcze, czy też przypadkowe, bierne i zdegenerowane”.

Tradycyjne elity i służba publiczna

Elity „prawdziwe, zasłużone i twórcze” to te tradycyjne, można powiedzieć – naturalne. Ich etos opiera się na służbie społeczności. Bazuje między innymi na słowach Chrystusa: „największy z was niech będzie waszym sługą. Kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony” [Mt 23].

Zatem wbrew komunistycznym podręcznikom do historii, tradycyjne elity w zdrowej formie nie były grupą wyzyskiwaczy. Z ich przywilejami korespondowały obowiązki, takie jak obrona kraju, zarządzanie dobrami oraz troska o wspólnotę lokalną – zadania często uciążliwe i niebezpieczne.

W tradycyjnych społecznościach to warstwy wyższe musiały podejmować ryzyko bólu, śmierci i niewygód związanych ze służbą wojskową. W czasach pokoju działalność wojskową zastępował duch służby publicznej. Jeszcze w przedwojennej Polsce normą było poświęcenie się dla dobra ojczyzny, co niekiedy wiązało się z dobrowolnym celibatem czy innymi wyrzeczeniami.

W dawnej Rzeczypospolitej jednym z przykładów służby publicznej elit był Wielki Kanclerz Koronny Andrzej Zamoyski – autor „Zbioru praw sądowych”. To jeden z głównych reformatorów przedrozbiorowej Polski; starał się doskonalić prawo oraz administrację, m.in. poprzez swoje dzieło „Zbiór praw sądowych”.

Istotną rolę społeczną pełniły także damy – arystokratki poświęcające się szerzeniu kultury. I tak na przykład w XVIII wieku taką postacią była Elżbieta Sieniawska – arystokratka i mecenas sztuki. Hojnie wspomagała odbudowę pałaców, wspierała artystów i inne osobistości kultury. Z kolei Izabela Czartoryska, żona Adama Kazimierza Czartoryskiego, umacniała swoją działalnością tożsamość narodową podczas zaborów. Określana mianem matki kultury narodowej, organizowała w puławskim pałacu spotkania służące właśnie rozwijaniu rodzimej kultury.

Tradycyjne, naturalne elity dążyły również do intelektualnej i kulturowej doskonałości. Jej zewnętrznym przejawem były dobre maniery, stanowiące wyraz piękna i ogłady. Tak zrodził się brytyjski etos gentlemana czy też kodeks dobrych manier – savoir-vivre, będący zewnętrzną manifestacją etosu służby publicznej i troski o dobro wspólne.

Myślenie długofalowe

Kolejną cechą charakterystyczną tradycyjnych elit było myślenie w kategoriach długoterminowych. Członek tradycyjnego rodu postrzegał siebie jako część większej całości i myślał o trwałym dobru rodziny. „Jego pradziad dostrzegał go z daleka wśród mgieł, gdy pracował, robił oszczędności i zachowywał tradycje. Z drugiej strony, on teraz patrzy w tym samym kierunku, do przodu: myśli, zamierza i buduje dla prawnuka, dla tych, którzy są jeszcze gdzieś daleko, na linii horyzontu” – pisał w XIX wieku ksiądz Henri Delassus w książce „Duch rodzinny w domu, społeczeństwie i państwie”.

Używając terminologii ekonomicznej, przedstawiciele tradycyjnych elit cechują się niską preferencją czasową. Potrafią myśleć o przyszłości, dbać o majątek rodzinny i przekazywać tradycje. Wraz z własnością przekazują także rodzinne wartości, obejmujące specyficzny dla danej rodziny rodzaj służby patriotycznej czy religijnej.

Przekazywanie talentów i profesji

Rodzinne tradycje to często także talenty i zawody. Mogą to być wielopokoleniowe przedsiębiorstwa lub przekazywane z generacji na generację zawody i umiejętności. Doskonałym przykładem są wybitni muzycy, często synowie muzycznych rodów. Ich osiągnięcia były owocem genów i wychowania w tradycyjnie muzycznych rodzinach. Jeden z największych geniuszy muzycznych wszech czasów Jan Sebastian Bach pochodził z rodziny zajmującej się muzyką od pokoleń. Jego ojciec, Johann Ambrosius Bach, był muzykiem, kompozytorem oraz nauczycielem muzyki. Przodkowie Bacha pełnili funkcje organistów, kapelmistrzów oraz kompozytorów.

Również Johann Strauss pochodził z rodziny muzycznej – jego ojciec o tym samym imieniu zajmował się komponowaniem. To samo należy powiedzieć o Wolfgangu Amadeuszu Mozarcie. Ojciec kompozytora, Leopold, był cenionym nauczycielem muzyki, który poświęcił się między innymi kształceniu syna. To tylko kilka przykładów przekazywania profesji z pokolenia na pokolenie.

Elity fałszywe

Współczesne elity lub raczej pseudoelity kierują się całkowicie odmiennymi „wartościami”. Uprzywilejowana pozycja w społeczeństwie służy im jedynie do realizacji ich własnych interesów. Etos służby społeczeństwu to dla nich pojęcie zupełnie obce, a zamiast wspierać dobro wspólne, chętnie korzystają z zasobów państwa.

Elity demokratyczno-oligarchiczne ukrywają przed społeczeństwem istnienie hierarchii. Głosząc hasła równościowe i starając się w blasku fleszy upodobnić do mas, zabiegają o ich przychylność, a jednocześnie żyją w luksusie. Wszystko to dzieje się jednak za zamkniętymi drzwiami.

Fałszywe elity nie są związane z żadną wspólnotą – ani lokalną, ani narodową, ani religijną. Oderwane od swoich korzeni, nie dbają o dobro wspólne. Etos rycerski całkowicie zamarł, a etos gentlemana istnieje jedynie na pokaz. Za zamkniętymi drzwiami zdegenerowane, demokratyczno-oligarchiczne elity dają upust chamstwu, posługują się rynsztokowym językiem, który przychodzi im z naturalną łatwością, czego dowodzą choćby powszechnie znane ujawnione nagrania z podsłuchów w restauracji „Sowa&Przyjaciele”.

Przykłady nadużyć pseudoelit

Przykładów degeneracji fałszywych, współczesnych elit jest aż nadto. Kryzys finansowy z 2008 roku pokazał chciwość oligarchów na publiczne pieniądze. Banki inwestycyjne, które swoją nieodpowiedzialną polityką wywołały kryzys na rynku nieruchomości, otrzymały rządową pomoc (bailouty), podczas gdy miliony ludzi straciły domy i oszczędności.

Również korporacje – elity biznesu – często kierują się wyłącznie dobrem własnym, a nie publicznym. Na przykład podczas pandemii COVID-19 Pfizer wykorzystywał swoją przewagę rynkową, wymuszając na rządach skrajnie niekorzystne warunki. Z kolei Johnson&Johnson produkował puder zawierający rakotwórczy składnik, który doprowadził do rozwoju raka jajnika u wielu kobiet. W 2018 roku ujawniono, że firma już od lat 70. XX wieku wiedziała o problemie, lecz skrzętnie ukrywała ten fakt przed opinią publiczną.

W Polsce takich przypadków działania przez pseudoelity na szkodę dobra publicznego jest też wiele. Chociażby afera reprywatyzacyjna w Warszawie, gdzie urzędnicy, prawnicy i biznesmeni przejmowali nieruchomości na podstawie fałszywych dokumentów. Albo afera z 2009 roku, która pokazała współpracę polityków z branżą hazardową. Klasycznym przykładem (jednym z wielu) zawłaszczania dobra publicznego dla prywatnych korzyści może być działalność marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego, który wykorzystywał rządowy samolot do celów prywatnych – dla siebie i rodziny.

Współczesne demo-oligarchiczne elity charakteryzuje zatem dążenie do osiągnięcia jak największych własnych korzyści kosztem dobra publicznego. To zupełne przeciwieństwo ideału tradycyjnych, naturalnych elit, które kierowały się etosem służby.

Fałszywe elity są pozbawione ducha służby publicznej, a kierują się wyłącznie powierzchownym egoizmem. Nie myślą w kategoriach długofalowych. Jako politycy dążą wyłącznie do zwycięstwa w najbliższych wyborach, jako biznesmeni – do szybkiego zysku. Jako głowy rodzin chcą wprawdzie „ustawić” swoje dzieci, lecz trudno tu mówić o przekazywaniu jakichś wyższych wartości. Tym bardziej że nowoczesne fałszywe ,,elity” to często chodzący w garniturach od Armaniego nuworysze, którym i tak wystaje słoma z butów.

Remedium – odtworzenie naturalnej arystokracji

Mamy więc do wyboru rządy naturalnych elit lub elit zdegenerowanych. Wszak podziału na elity i lud nie da się wyeliminować. I nic w tym złego. „Ludzie, ogólnie rzecz biorąc, potrzebują zarządzania” – pisze Roger Scruton w artykule „W obronie elitaryzmu”, opublikowanym pierwotnie na łamach portalu Future Symphony Institute.

Nierówność społeczna jest czymś naturalnym. Ludzie różnią się pod względem siły fizycznej, zdolności umysłowych i uposażenia genetycznego. Nawet w małych grupach wyłania się hierarchia oparta na charyzmie i umiejętnościach. Potwierdza to zasada Pareto, zgodnie z którą 20 procent ludzi kontroluje 80 procent zasobów (niekiedy te proporcje są znacznie bardziej nierówne).

Egalitaryzm jest więc jedynie fasadą dla rządów pseudoelit. Aby je obalić, trzeba powrócić do naturalnego ładu, na którego szczycie znajdą się prawdziwe elity – dbające o dobro wspólne, myślące długoterminowo i przekazujące tradycyjne wartości oraz majątek z pokolenia na pokolenie. Współczesny świat, mimo wszystko, pozwala na odtworzenie takiej warstwy. Tego zadania mogliby podjąć się zwłaszcza (choć nie tylko) młodzi ludzie, myślący o założeniu rodziny, studiujący, rozważający wybór drogi zawodowej. Czy jednak znajdą się wśród nich tacy śmiałkowie?

Stanisław Bukłowicz

Bambizm w oknie Overtona. Jak zmienić postrzeganie.

[md. nie wiedziałem. Otóż:Okno Overtonasposób, zasada, opisująca, jak zmienić postrzeganie przez społeczeństwo kwestii, które są społecznie nieakceptowane]

Bambizm w oknie Overtona

By  Jerzy Karwelis on 27 lipca, 2024, wpis nr 1283

Był ulubieńcem salonów, dopóki im nie podpadł. Jak to z salonami – stało się to nagle, za to reakcja była przemożna. Jak zwykle ze smyczy została spuszczona cała sfora, jak widać gotowa, w blokach startowych. Do tego dołączyło pospolite ruszenie pożytecznych idiotów i były autorytet zarył w piachu postępactwa.
Mowa o profesorze Bralczyku i reakcji na jego rozmowę dotyczącą języka. Do tej pory profesorowi udawało się wyslalomować od konfliktu z poprawnością, również w języku, ale tylko dlatego, że sprytnie omijał zastawione pułapki i pola minowe nowego zestawu rewolucyjnych norm językowo-politycznych. Coś pan z mikołajową brodą tam kokietował o tym jak trzeba mówić, by nas słuchano. Przez salon, nie dość jak widać zweryfikowany, uważany był za naszego, a tu taka niespodzianka.
Co powiedział oskarżony? Sporo. Wystarczająco, by zrzucić go w czeluści przyszłego ostracyzmu. Nie podobają mu się feminatywy, ale głównie podpadł za podejście do zwierząt. Te okazało się niepoprawne politycznie, gdyż zakwestionował jasny dla wielu fakt,  że zwierzęta umierają zamiast zdychać, mają włosy zamiast sierści, czy twarz zamiast pyska. Reakcja wygląda na tzw. gównoburzę, obyczajową wrzutkę, mającą przykryć kolejne blamaże rządzących, ale kryją się za nią pewne ważne wnioski.
Przesilenie
Zazwyczaj jest to tak, że pewne zjawiska, głównie stymulowane, żyją sobie podskórnie, nanizywane na percepcję neurolingwistyki, aż dochodzi do przesilenia, gdzie o do tej pory o ukrywanych sprawach mówi się wprost. Ujawniają się tuszowane różnice, wyskakują jak diabeł z pudełka apologeci nowego, padają tezy do tej pory rewolucyjne, ale już w otoczce: „to co, nie wiedzieliście, że jest inaczej”? Słynne okno Overtona przesuwa się na kolejny etap i do tej pory nieakceptowalne społecznie tezy stają się otwarcie głoszone, zaś zdezorientowany widz boi się, że jak nie kupi nowości, to znajdzie się w rejonach bojkotowanego obskurantyzmu. Na zakompleksionych, wykształconych ponad swoją inteligencję, to działa jak nic. I z tymi zwierzątkami mamy to samo.
Nagle się to-to pokazało w pełnej krasie, że tak obelżywie jak Bralczyk, to o petach nie można i mamy świadectwa tego wszędzie. To po prostu kolejne przesilenie, nie zaraz tam rewolucja, która zmieni wszystko. Lewactwo jak miłość: cierpliwe jest. To kolejny kroczek niedostrzegalnego procesu przesuwania granic. Dwa kroki wprzód, jeden krok wstecz. Złudzenie wycofania się i powrotu do rozsądku, ale w sumie w bilansie – jeden krok do przodu.Zagadnienie ma kilka warstw. Załatwmy się z najprostszymi. Lewstream zabrnął w pompowanie profesora Bralczyka zbyt daleko, żeby odrzucić go w całości, zwłaszcza jego naukowość. Oni mówią, że to, co on twierdzi (a do tej pory było to bezdyskusyjne), to nie nauka (w tym wypadku językoznawstwo), ale jego prywatna opinia. Ma więc do niej prawo (ludzkie paniska!), tak jak – jako człowiek, bo nie naukowiec – ma prawo się mylić. I myli się. A więc mamy tu do czynienia z zabiegiem oddzielenia wiedzy od osoby, co wydaje się dość ekwilibrystycznym chwytem, jak zobaczymy – nie jedynym. W ogóle ta szerokość akcji antybralczykowej, wielogłos (od celebrytów, poprzez psiarzy aż do postępackich naukowców), ale także „wielokanałowość” przekazu świadczy o akcji zorganizowanej. Nie to, że się tam oni na profesora czaili, ale jak podpadł, to ktoś dał sygnał do przećwiczonej nagonki.
I ogary ruszyły w las.Bralczyk zbłądzixAle wróćmy do indywidualistycznej perspektywy, do której sprowadzono Bralczyka. Żadnej nauki, ale w kwestii feminatywów, które go rażą (osobiście oczywiście) to też mu się dostało. No, bo jak to, że nie pasi? Ma pasować. Ale w tym wszystkim, w tych żądaniach zawiera się natychmiastowa sprzeczność. Nie mówię tu o materii języka, którą gwałci takie postępactwo. No, bo jak podejść do pani reżyserki, czy pani kierującej autobusem, by nie popaść w śmieszność? Przecież te słowa w feminatywnych formach są już w języku „zajęte” i mają całkowicie inne, obsadzone znaczenie. Stąd te wygibasy o „osobach kierujących”, „pilotujących”, czy „reżyserujących”. To „osobowanie” ma jeszcze inny, rozpaczliwy cel. Jest to wyjście z pułapki zastawionej przez język na tzw. osoby niebinarne. No, bo, taki polski, szczególnie z osobową odmianą, to już by tych siedemdziesięciu kilku pci (liczba wciąż rośnie) nie podźwignął. Tykamy więc od „osób”, by uniknąć permutacji odmian, których śmieszną próbą jest „iksowanie”. Czytałem ostatnio (oczywiście w gazecie dla trzecioklasistów!) o kimś kto poszdłx do szkoły, by walczyć o swoje prawa. Na języku to gwałt, a więc zastrzeżenia Bralczyka nie mają charakteru osobistego, choć on w tej perspektywie o tym mówi, ale mają walor ściśle naukowy. Zaraz wyłuszczę dlaczego.Sam jestem po studiach filologicznych i kwestie językowe interesują mnie od dawna, zwłaszcza w zakresie w jakim wymuszane zmiany w języku powodują szerokie oddziaływanie na społeczeństwo. I obecnie jesteśmy świadkami osmatycznej rewolucji w tym w względzie, od czasu do czasu – jak pisałem – wzmacniane tylko kamieniami milowymi, które są kolejnymi etapami przesuwania okna Overtona, co ma prowadzić społeczeństwo od początkowego odrzucenia do akceptacji dotąd niewyobrażalnych rzeczy. Wszystko to odbywa się za pomocą języka, owe programowanie neurolingwistyczne oddziałuje na społeczność przemożnie i jest może najbardziej wyrafinowanym, bo niewidocznym, narzędziem wykuwania nowej przyszłości.Odbywa się to za pomocą słabo społecznie detektowalnej przemocy językowej. Po prostu wprowadza się nowe pojęcia, ale częściej – zmienia znaczenie pojęć już istniejących. Pisałem już kiedyś o „karierze” słowa Murzyn, co do którego Bralczyk też podpadł. Problem w tym, że użycie danego słowa może zmieniać kontekst i nabierać innej konotacji (np. negatywnej), ale jest to proces obiektywny, raczej długotrwały. Idee postępackie dawno już upatrzyły sobie w języku narzędzie niewidzialnej przemocy i chcą tym procesem zawiadywać, zarówno co do tempa, jak i kierunku. Rewolucja Francuska zmieniła nazwy miesięcy, bo przecież po niej świat zaczął się od początku, rewolucja Październikowa wprowadziła w życie nie tylko nowomowę, przeczutą geniuszem Orwella, ale także weszła w życie prywatne. Pojawiły się rewolucyjne imiona, jak Traktor, zaś bliźniaki nazywano Rewa (to chłopak) i Lucja (to dziewczynka). To były sztuczne twory, wmuszane ówczesnym rozumieniem poprawności politycznej. Nie przez przypadek właśnie pojęcie „poprawności politycznej” nie jest wcale związane z polityką, tylko z językiem.
Uzus na wojnie
Dziś też jesteśmy świadkami takiego procesu, choć trzeba mieć wytrwane ucho, by to zauważyć. A właściwie ucho nierozemocjonowane. Weźmy taki przykład, jak używanie przyimka „w” Ukrainie czy „na” Ukrainie. U fachowców, wyraźnie rozgrzanych politycznie sprawa jest jasna. „w Ukrainie”, jak mówimy o państwie, „na Ukrainie”, jak mówimy o regionie. Hmmm… . Ale eksperci uważają tak od kiedy… Ukraina została zaatakowana. Chce się tym sposobem, mówiąc „w Ukrainie”, przydać temu krajowi powagi państwowości. Za to, że walczą i że ich popieramy. Językowo. A to lingwistycznie taktyczna bzdura.Jeszcze raz – język się zmienia, ale obiektywnie, użytkownicy poprzez stosowanie innych kontekstów danych słów sami decydują, ale w swej masie, o tym, że staje się ta nowa forma normą i przechodzi do słowników. Nie decyduje o tym polityk, czy dziennikarz, choćby się jak najbardziej starali. A starają się. Taka „nadgorliwość” mści się sztucznością i w rezultacie odrzuceniem. Nie ma politycznej taktyki w języku. No dobra – powiedzmy, że jak utrzymują znawcy, że „w Ukrainie” się mówi jako o państwie, zaś „na Ukrainie” jako o regionie. To znaczy, że istnieje Ukraina jako region i jako państwo, a więc tak samo istnieje i… Polska. Też może być uznana przez kogoś jako region. Ok, niech będzie, że „na”, jak znowu utrzymują eksperci, mówi się o przestrzeni, która kiedyś należała do Polski, dziś jest zaś osobnym państwem. Stąd „na Słowacji”, czy „na Węgrzech”? Te kraje też się ostają „na” drugiej lidze, jak mniemam, zaś Ukraina „awansowała”. Ok, ale co Węgrzy nam zawinili, że się nie załapali? Słowacy? A czemu Ukraina „awansowała”? No, nie ma innego wytłumaczenia, niż to, że dlatego że walczy. A co to za argument językowy? Nic podobnego: „w” czy „na” ma służyć do przyimkowego rozpoznania gościa. Jesteś za Ukrainą czy możeś putinowską onucą, która (mimo, że język tak każe) odrzuca zawarte
w konstrukcjach językowych ambicje państwowe walecznych Ukraińców.No dobra, powiedzmy, że nagradzamy wojenny trud Ukraińców w sferze językowej. A co będzie, jak Ukraina podpisze pokój? Dalej będzie „na”, czy „w” Ukrainie? A co będzie, jak Ukraina się dogada z Putinem, na tyle, że zmontuje wrogą nam koalicję? Niemożliwe? A czemóż? I co wtedy? Będziemy dalej językowo podkreślać jej zaprzańską wtedy państwowość? A co jeśli Ukraina utraci swoją państwowość? Będzie więc jakimś regionem,
a więc „na Ukrainie”, a może będziemy na złość Ruskim pisać i mówić „w Ukrainie”, a takim jak najbardziej państwowym Węgrom będziemy wciąż wymyślać od „na Węgrzech”? Za co? No chyba nie za Orbana. Tak to w – niegwałconym języku – nie działa.
Przemoc językowa
Ale wyniki przemocy językowej są przemożne, zwłaszcza wśród „wykształconych ponad własną inteligencję”. Bo ci prości, to tak łatwo nie łapią tych nowinek, choć jak już złapią – to nie masz ratunku. Nowe znaczenia pojęć i same nowe pojęcia są wszechobecne. Oddychamy nimi bez maski refleksji i prędzej czy później dotrą do mózgów większości. I je zmienią. Gdyż językowy sposób opisu świata rzutuje na sposób jego postrzegania. Rzeczy nienazwane dla mózgu nie istnieją – są jakimiś przeczuciami. I nowe znaczenia produkują na początku nowe okulary, przez które stopniowo patrzy się na świat. Potem mózg już to łapie jako świat rzeczywisty i na przykład zabranie takiemu operowanemu okularów mediów wcale nie powoduje, że „przejrzy na oczy” i zobaczy prawdę. Nie, on już bez okularów propagandy będzie uważał świat przedstawiony za realny. Co do refleksji, to dylemat – przyznać się przed samym sobą, że żyłem w ułudzie albo uznać tę wizję świata za właściwą, ba – moją własną, do której sam doszedłem, powoduje, że wybiera się to drugie. Nawet, gdyby efekty takiego błędnego trwania miały szkodzić zoperowanemu. Widać to było klinicznie w czasie wyborów, kiedy mieszkańcy Worka Turoszowskiego zagłosowali za partiami, które obiecały zamknąć ich jedyne źródło dochodów.Chaos w języku powoduje naturalne zmniejszenie się pola do wymiany, dialogu, dyskusji.
Przeinaczone pojęcia powodują, że strony nie mogą się dogadać, nawet jeśli mają na to ochotę. A mają coraz rzadziej, zamknięte we własnych bańkach uzgodnionych słowników pojęć jak cepy. W dodatku braki w komunikacji powoli powodują przeniesienie się racjonalnej komunikacji w wymianę emocji, deklaracji pozbawionych treści, potwierdzenia hasłami przynależności do bańkowego plemienia. W związku z tym rozsądek jest wymieniany na emocje, co prowadzi nas do kolejnego wątku Bralczykowego – zwierzęcego.
Językowy bambizm
Profesor bowiem zakwestionował w sumie zrównanie językowe człowieka i zwierzęcia. Język polski, bogaty fleksyjnie, przeprowadza bardzo ścisłe rozgraniczenie pomiędzy sferą ludzką a zwierzęcą. I to nie tylko w rzeczonym rozróżnieniu pomiędzy „zdychać”, czy „umierać”. Mamy to np. w odmianie rzeczowników, gdzie w liczbie mnogiej zwierzęta przyjmują formę niemęskoosobową. Gdyby stado wilków składało się z samych samców, to i tak będziemy o nich mówili, że „wilki zaatakowały”, nie zaś „zaatakowali”. Tak mówi język,
ale to w rewolucyjnych czasach nie wystarcza. Mamy bowiem ruszyć z posad bryłę świata, co dopiero język.Co to jest? To jest bambizm językowy. Przypomnę, z tekstu, który pisałem o bambizmie, że chodzi tu o upodobnianie zwierząt do ludzi. Jelonek Bambi, z dzisiejszego niespodzianie progresywistycznego Disneya, miał już wizualne cechy ludzkie. Duże, śliskie oczy, malutki nosek dziecka, jasna rzecz, że gadał jak dzieciak itd. Wtedy miało to za cel zhumanizować bajki, przybliżyć dzieciom zwierzęta jako przyjaźnie podobne.
Ale dziś to już co innego. Chodzi o rodziców, o to, żeby człowieka zbliżyć do zwierzęcia. Jest to tzw. dyskryminacja pozytywna, jedyna dozwolona przez postępactwo dyskryminacja. Aby doprowadzić ludzkość (i jak widać nie tylko) do bożka równości, kiedy nie można wywyższyć poniżanych (tu zwierzęta) należy zastosować proces odwrotny – zamiast wywyższenia poniżonych trzeba poniżyć tych uznanych za wywyższonych.
Efekt będzie taki sam, tylko o poziom niżej. Zamiast wyrównać do góry – obniży się w dół i wszyscy (?) będą szczęśliwi, bo równi. Cóż, że o poziomy niżej, ale dla bożka równości zrobimy wszystko.
Stąd to dzisiejsze boje o to, że psy umierają, mają buzię, jeśli już nie twarz. Stąd te małżeństwa ze zwierzętami, walka o ich prawa, uznawanie za uchodźców (tak, tak!) i wszystkie te wygibasy. Na razie brzmią radykalnie i głupio, ale okno Overtona nie z takimi sprawami sobie radziło. Dość przypomnieć posła, który zastąpił Brauna z list Konfederacji, który po medialnej operacji na mózgu stwierdził, że jest za związkami partnerskimi, bo po co komuś utrudniać życie?
Mamy za sobą miliony takich przemian, właśnie pod presją wciskanych pojęć, branych najpierw za podstawę do dyskusji, później za całkiem rozsądne i akceptowalne. Za przykład może posłużyć dzisiejszy język Kościoła. Pełno tam nowomowy, w której Kościół się kompletnie zagubił, bo jak tu optować za prawami człowieka, skoro jest się (a właściwie ma być) depozytariuszem jedynych praw – boskich, tylko przeniesionych w sferę ludzką?
Choinka
Po co to jest, bo te wszystkie wolty muszą mieć jakiś szerszy podkład niż samo wariactwo promilowych problemów psychicznych? To wielowarstwowa sprawa. Zacznijmy jak od ubierania choinki – od góry, przejdźmy później do kolejnych poziomów, coraz dłuższych gałęzi. Mamy więc czubek. Z gwiazdą. To gwiazda dobrej, bo nowej nowiny. Świat jest źle zorganizowany, opresyjny, przeludniony i samobójczy. Na to złożyły się wieki niekontrolowanego, anty-rozwojowego procesu posuwania się dziejów. Niekoniecznie do przodu. Jesteśmy przeludnieni, konfliktowi, destrukcyjni. Pora to zmienić. Aby zaś to zamienić, oprócz tego, że należy wszystkie rządy oddać oświeconej i samo-mianowanej elicie, to trzeba zlikwidować przyczyny tego stanu. A więc podstawy znanej nam cywilizacji zachodniej. Wymienię: religia, rodzina, narody, własność, państwowość, pożeranie zasobów w gonitwie za konsumpcją, ba – prawo do życia, wreszcie – źle używaną, bo źle rozumianą wolność.W tym zestawie, w kontekście Bralczyka mówimy nie o zwierzętach, ale o… rodzinie.
Rodzina jest do rozwalenia, zaś te wszystkie psiecka to tylko erzace resztek tęsknoty za macierzyństwem. Resztek, gdyż medialnie macierzyństwo, a już wielodzietność to w ogóle, są passe. Rodzina jest więc na wszelkie sposoby rozmontowywana. Od tego, że coraz częściej zajmuje się nimi, wedle regulacji, dodajmy, państwo. W takim USA, jeśli wygra Kamala, to się dokończy proces, że z pomocą szkoły nieletnie dziecko będzie mogło przeprowadzić zmianę własnej płci, o czym rodzić dowie się po fakcie.
A jak zaszumi, to pójdzie do kicia, albo mu zabiorą dziecko.
Małżeństwa zostały zastąpione kontraktami, które (jak we Francji) można jednostronnie odwołać listem poleconym. Kobietom mąci się w głowach ułudą samorealizacji w formacie wino-kot-koleżanki-kariera. Faceci to szowinistyczne męskie świnie, do cyckania
na kasę, bez żadnych praw, nawet do własnego dziecka, kiedy się mama przełączy na nowy, męski model.I kto by się chciał w takiej sytuacji wybrać w ryzykowną rodzinną podróż?To czyni kolejny, szerszy poziom gałęzi naszej choinki. Produktem tej socjotechniki jest człowiek samotny. Czyli często bez właściwości, częściej – z osobowością płynną, łatwą do formowania. Nie ma bowiem taki kontaktów z rodziną, szerzej – społecznością, która może jakoś zareagować kiedy nasz Janusz czy Janka odjedzie. Taki ktoś jest bezradny wobec oddania własnej tożsamości na łaskę, częściej niełaskę, propagandy postępactwa:
że po prostu „róbta co chceta”, a tak naprawdę reprodukujcie powtarzalne do znudzenia postawy akceptacji własnego nieuświadomionego niewolnictwa. I jest to niewolnik doskonały, gdyż nałożone mu na nadgarstki kajdany uważa za unikatowe klejnoty własnej, wywalczonej wolności.
Demografia psiamatek
Trzeci aspekt jest najprostszy. To depopulacyjna demografia. Takich ludzi będzie coraz mniej. Ludzi w ogóle też. Nie wiadomo czy psidzieci czy kotoci też? Może to one przejmą świat? A taki ma być nowy obraz świata. Mniej liczny. Ta depopulacyjna moda rozkręca się na wiele sposobów: atrofia rodziny, macierzyństwa, buntowanie dzieci wobec rodziców, rozzuchwalanie dzieci, kult singielstwa, seks jako ulżenie sobie, nie zaś forma budowania więzi, hedonizm, będący w konflikcie z rodziną i budowaniem wspólnoty, asertywność wobec innych, brak wartości innych niż materialne, wreszcie ejdżyzm, państwowe usługi eutanazji, procedury leczenia, coraz gorsza służba zdrowia i elitaryzujące się ubezpieczenia. Wszystko to „robi” na zmniejszenie się populacji, nie mówiąc już o bezpośrednich próbach wprost, takich jak pandemia. Dla depopulacji działa również zastąpienie dzieci przez psy-kotki. Temu mają służyć kontestowane przez Bralczyka (i mam nadzieję, że nie tylko)
językowe zabiegi zmierzające do zrównania człowieka i zwierzęcia.Mamy być podobną do zwierzęcej paczką instynktów, najwyżej emocji. A więc równi zwierzętom będziemy się przechadzać wśród katedr wybudowanych przecież nie przez „braci naszych mniejszych”. A propos – to słowa świętego Franciszka, od którego imię wziął nas obecny papież. Co on (święty Franciszek, nie papież) powiedziałby na to dzisiaj? Przecież jego uwznioślenie zwierząt do braci naszych to nie była żadna dyskryminacja pozytywna, tylko wskazanie na Dzieło Boże, które stworzyło świat bogaty w wiele form, należących do Boga. Królem stworzenia, nawet u św. Franciszka, był i jest człowiek, któremu Bóg nakazał (nie – pozwolił!) czynić sobie ziemię poddaną. U Franciszka nie było tu sprzeczności, tak jak i nie ma jej w świecie – żyjemy obok siebie, ze swoimi rolami, jako suma istnień powołanych przez Boga w dziele stworzenia.
I tego się trzymajmy.I nic tu nie pomogą płaczki z przychodni weterynaryjnych, które w zamykających się na zawsze oczach pudelka widzą człowieczy poziom cierpienia, które widzą twarz w mordzie swego psa jako jedynego życiowego partnera, ani doświadczone psiamatki, które tłumaczą profesorowi, że w życiu nie dosięgnie takiego poziomu relacji jak psiamatki i czworonożnego pupila. Tak, ma pewnie rację – w życiu ani profesor, ani większość ludzi nie dojdzie do takiego poziomu relacyjnego i społecznego wyalienowania, by mylić erzace relacji międzyludzkich z posiadaniem psa.
A teraz idę wyprowadzić z Krystyną jej suczkę na spacer. Bez histerii, że idziemy pochodzić z członkiem rodziny. Na smyczy. Bez przesady. Tak daleko (chyba) nie zaszliśmy.
Napisał Jerzy Karwelis
Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

Amerykanizacja czyli taran globalizacji

Amerykanizacja czyli taran globalizacji Autor: AlterCabrio , 24 lipca 2024

«A my – cóż – jesteśmy narodem szczególnie podatnym na takie łzawe bzdury. Ten infantylny sposób myślenia o polityce był tym, co tak naprawdę zawsze doprowadzało nas i nasze państwo do upadku – zarówno w roku 1795, jak i 1939. Dlatego, że podczas gdy inne państwa toczą bezwzględną, odrzucającą jakiekolwiek emocje i sentymenty rozgrywkę, my wolimy pławić się w bajaniach o „wolności naszej i waszej” (wasza, co ciekawe, zdaje się być zawsze na pierwszym miejscu) i samobójczym winkelriedyzmie.»

«Już Platon dostrzegał, że moralna deprawacja młodzieży poprzez sztukę jest z punktu widzenia funkcjonowania społeczeństwa zjawiskiem szczególnie niebezpiecznym, gdyż człowiek młody ze względu na brak życiowego doświadczenia jest często niezdolny do wyrobienia właściwego osądu, stąd też postawę destrukcyjną może powziąć za pożądaną. Liberalizm i relatywizm tworzą z kolei pod taką deprawację idealny grunt.»

−∗−

Amerykanizacja, czyli taran globalizacji

American way of life stanowiła formę kolonizacji ideologicznej i kulturowej. Chodziło o uformowanie na modłę amerykańską nowego, koczowniczego konsumenta, uzależnionego od boskiego rynku, oraz stworzenie Europy na wzór Stanów Zjednoczonych, korzystając z faktu iż po wojnie Europa stała się niczym tabula rasa” – pisał niegdyś Phillippe de Villiers.

Od wojny minęło już prawie 80 lat. Tabula rasa została zapisana. To, co przez wieki stanowiło fundament europejskiej tożsamości, odeszło w niepamięć i zostało wyparte przez ideologie. Liberalizm i neomarksizm tak bardzo przeżarły umysły współczesnych Europejczyków, że nie potrafią oni dzisiaj właściwie zdefiniować tego, co prawdziwie europejskie. Tożsamość europejska rozmyła się, a w jej miejsce podstawiono tożsamość nową – unijną – która jest tak naprawdę tej pierwszej zaprzeczeniem. W całym tym procesie kluczową rolę odegrała amerykanizacja, pełniąca funkcję tarana globalizacji.

Amerykanizacja a globalizacja

Ponad rok temu opublikowałem na naszym portalu tekst pt. ‘Amerykanizacja, czyli zalew antykultury’. Opisałem wówczas, w jaki sposób zaimplementowano proces amerykanizacji w polskiej przestrzeni publicznej po roku 1989, wskazując na to, że jako społeczeństwo wychodzące z bloku post-komunistycznego, okazaliśmy się na amerykanizację szczególnie podatni. Tym razem chciałbym ten wątek uzupełnić o przemyślenia związane z rolą, jaką zjawisko amerykanizacji odgrywa w procesie galopującej społeczno-kulturowej globalizacji, która jest z kolei jednym z podstawowych narzędzi ekspansji ideologii globalizmu. Aby to zjawisko lepiej zrozumieć, należy przyjrzeć się temu, co stało się z Europą po roku 1945.

Punktem wyjścia niech będzie dla nas słownikowa definicja pojęcia globalizacji:

globalizacja, charakterystyczne i dominujące w końcu XX i na początku XXI w. tendencje w światowej ekonomii, polityce, demografii, życiu społecznym i kulturze, polegające na rozprzestrzenianiu się analogicznych zjawisk, niezależnie od kontekstu geograficznego i stopnia gospodarczego zaawansowania danego regionu. (Encyklopedia PWN)

Jakież to „analogiczne zjawiska” rozprzestrzeniały się „niezależnie od stopnia gospodarczego zaawansowania danego regionu”? Odpowiedź jest bardzo prosta. Nie istnieje, nie istniała i zapewne nigdy nie będzie istniała jedna kultura czy też cywilizacja globalna, toteż nie mogliśmy mieć do czynienia z jej eksportem. To, co w słownikowej definicji zostało ujęte jako „analogiczne zjawiska”, to tak naprawdę w sferze społeczno-kulturowej zjawisko zalewu całego globu przez nowoczesną kulturę amerykańską (w tym przez dominujący w niej współcześnie post-modernistyczny prąd o odcieniu jednoznacznie antykulturowym). Stąd też zjawisko globalizacji na poziomie kulturowym jest równoznaczne ze zjawiskiem amerykanizacji. Współczesna globalizacja odbywa się praktycznie tylko i wyłącznie poprzez amerykanizację.

Realpolitik, czyli jak kolonizować frajerów

Żeby zrozumieć jak głęboko amerykanizacja na płaszczyźnie kulturowej „przeorała” Europę musimy cofnąć się do roku 1945, bowiem to wtedy tak naprawdę rozpoczyna się proces dynamicznej kolonizacji Starego Kontynentu przez Amerykę. Z jednej strony kolonizacja ta obejmuje obszar gospodarki – wyniszczone państwa europejskie zostają finansowo uzależnione od amerykańskiej kroplówki firmowanej nazwiskiem gen. George’a Marshalla. Oficjalny kanał, którym Amerykanie przesyłają ogromne zasoby do Europy, nie jest jednakże jedynym – szereg „fundacji”, instytucji stanowiących de facto przykrywkę dla działalności tajnych służb, wspiera na terytorium Europy szereg inicjatyw o charakterze politycznym – co ciekawe, jedynie takich, które promują i realizują ideę Europy „zjednoczonej”.

Dziś odgórnie narzucona narracja przedstawia nam Plan Marshalla jako wspaniałomyślny gest naszych atlantyckich braci, którzy odbudowali Europę z gruzów jedynie z odruchu dobrego serca i współczucia dla swojej „starszej siostry”. Tak naiwny, infantylny punkt widzenia, może przyjmować jedynie człowiek, który nie rozumie podstawowej zasady światowej polityki – żadne poważne państwo niczego i nigdy nie robi bezinteresownie.

A my – cóż – jesteśmy narodem szczególnie podatnym na takie łzawe bzdury. Ten infantylny sposób myślenia o polityce był tym, co tak naprawdę zawsze doprowadzało nas i nasze państwo do upadku – zarówno w roku 1795, jak i 1939. Dlatego, że podczas gdy inne państwa toczą bezwzględną, odrzucającą jakiekolwiek emocje i sentymenty rozgrywkę, my wolimy pławić się w bajaniach o „wolności naszej i waszej” (wasza, co ciekawe, zdaje się być zawsze na pierwszym miejscu) i samobójczym winkelriedyzmie. Potrafimy nawet posunąć się do rozbrojenia własnej armii i utrzymywania na koszt polskiego podatnika milionów obywateli obcego państwa za pośrednictwem świadczeń socjalnych, podczas gdy w zamian nie potrafimy nawet poprosić (!) o spełnienie tak minimalnego cywilizacyjnie standardu jak ekshumacja zwłok naszych pomordowanych rodaków. Tylko jak tutaj negocjować, kiedy społeczeństwo marzące o zbawianiu wszystkich narodów poza własnym, którego zmysł polityczny ukształtowały media z obcym kapitałem, nie rozumie nawet, co jest w jego własnym interesie?

Zostawmy jednak „daremne żale” na boku i przyjmijmy punkt widzenia państw poważnych – finansowanie cudzych przedsięwzięć, inwestowanie w rozwój innych państw, czy też – być może przede wszystkim – uzależnienie innych państw od ogromnych kredytów, to narzędzia, które imperia wykorzystują do tego, by swoje tereny kolonialne trzymać w szachu. Elity amerykańskie miały doskonałą świadomość tego, że dysproporcja sił jaka powstała między Stanami Zjednoczonymi a Europą Zachodnią po II wojnie światowej, stwarza im historyczną szansę takiego uzależnienia kontynentu europejskiego, które otworzy możliwość ogromnej gospodarczej ekspansji, a ta zawsze przynosi multum korzyści natury politycznej.

Amerykanizacja na poziomie społeczno-kulturowym była jedynie projektem ubocznym całego tego procesu, lecz nie – jak mogłoby się wydawać – spontanicznym, a równie precyzyjnie zaplanowanym, jak wszystkie działania Stanów Zjednoczonych na pozostałych poziomach.

De-europeizacja Europy

Od samego powstania Stanów Zjednoczonych Ameryki istniały fundamentalne różnice pomiędzy kulturą, która kształtowała się za oceanem, a szeroko rozumianą kulturą europejską o wielusetletniej tradycji. Różnice te uwidaczniały się z jednej strony na poziomie ustrojowym – Stany Zjednoczone powstały jako państwo poprzez odrzucenie tego, co stanowiło przez wieki element tradycji politycznej niemal wszystkich państw europejskich – monarchii. Z drugiej strony protestantyzm, stanowiący rdzeń mentalności pierwszych pokoleń Amerykanów, wykształcił w tym narodzie cechę skrajnego pragmatyzmu, a to z kolei umożliwiło błyskawiczny rozwój mechanizmów wolnorynkowych, co stworzyło idealny grunt pod dynamiczną ekspansję ideologii liberalnej, będącej dzisiaj kluczem w rozprzestrzenianiu się kultury amerykańskiej w Europie. Odwrócenie tego procesu – demonarchizacja i liberalizacja Europy – zaczęło się na szeroką skalę już po I wojnie światowej.

Dzisiaj odczarowanie liberalizmu pozostaje jednym z największych problemów na drodze do jakiegokolwiek uzdrowienia Europy z jej rozlicznych śmiertelnych chorób. To liberalizm stał się jednym z podstawowych narzędzi w procesie „de-europeizacji” Europy, czyli procesu roztapiania tożsamości europejskich narodów poprzez dekonstrukcję tradycyjnych form życia społecznego i postawienie na piedestale jednostki, której sens egzystencji sprowadzono do prymitywnej konsumpcji.

Liberalizm stawiający w centrum jednostkę w oderwaniu od wspólnoty jest całkowitym wykoślawieniem tradycji europejskiej – tradycji cywilizacji łacińskiej, która, owszem, pod wpływem czynnika chrześcijańskiego upodmiotowiła jednostkę bardziej niż jakakolwiek inna cywilizacja, ale nigdy nie odrywała jej od wspólnoty i nie stawiała w centrum wraz z jej abstrakcyjnym prawem do wolności absolutnej (która w optyce liberalnej przyjmuje formę wolności „od”, prowadzącą do totalnego wypaczenia tego pojęcia, w odróżnieniu od racjonalnego pojęcia wolności „do”).

Ekspansja liberalizmu w Europie po roku 1945, a w Polsce i innych państwach post-komunistycznych Europy Środkowo-Wschodniej po roku 1989, dokonała na przestrzeni kilku pokoleń całkowitej redefinicji tego, co europejskie. Prawo rzymskie, filozofia grecka i chrześcijaństwo – filary cywilizacyjne Europy – zostały wyparte w tak dalekim stopniu, że wielu Europejczyków nie posiada na ich temat żadnej wiedzy. Dominacja liberalizmu, w którym absolutyzacja pojęcia wolności musi prowadzić do likwidacji wszelkich barier wolność ograniczającą, działała na europejskie społeczeństwa niczym rozpuszczalnik – z jednej strony liberalizm rozpuszczał tradycyjne zasady moralne poprzez ustanowienie prymatu relatywizmu w sferze etycznej (jednostka sama decyduje o tym co jest dobre, a pojęcie ‘dobra’ przestaje być obiektywne i uniwersalne), a z drugiej strony rozpuszczał stanowiące fundament europejskości wielusetletnie tożsamości narodowe, unicestwiając przy okazji różnorodność narodowych kultur poprzez gloryfikację jednostki i jej oderwanie od odpowiedzialności i obowiązków względem narodu, którego jest ona częścią.

Warto w tym miejscu pochylić się nad wspomnianą kwestią różnorodności narodowych kultur. Jest to pojęcie szczególnie istotne ze względu na to jak podstępnie współczesne elity globalistyczne oraz eurokratyczne się nim posługują. Różnorodność rozumują oni de facto jako likwidowanie różnic – euro-globalistyczna różnorodność ma polegać na całkowitej akceptacji różnorodności na poziomie indywidualnym, przy jednoczesnej likwidacji różnorodności na poziomie zbiorowym (społeczeństw i kultur). To, co charakteryzuje dziś wszystkie działania ONZ i Unii Europejskiej – zarówno na poziomie politycznym, jak i społeczno-kulturowym – to przymusowa i bezwarunkowa unifikacja, nieustanne dążenie do zaprowadzania ujednoliceń we wszystkich obszarach życia ludzkiego (co jest swoją drogą charakterystyczne dla wszystkich aparatów politycznych o charakterystyce totalitarnej). Tymczasem bogactwo cywilizacyjne Europy wzięło się między innymi właśnie z różnorodności, ale nie takiej, którą rozumujemy jako mieszaninę pozbawionych tożsamości jednostek, lecz wspólnotę narodów i ich kultur – połączonych wspólnym dziedzictwem, ale niezależnych od siebie i rozwijających się w różnych kierunkach. Narody rozwijające się obok siebie, ale nie w stanie izolacji, lecz objęte pewnym wspólnym polem wzajemnych oddziaływań, jakie stanowiła cywilizacja łacińska, były w stanie wykrzesać z siebie różnorodne, wspaniałe warianty tejże cywilizacji, czyli poszczególne narodowe kultury. Ten naturalny porządek rzeczy burzy od kilkudziesięciu lat eurokratyczny bizantynizm.

Amerykanizacja jako globalna unifikacja wzorców kulturowych

Idealne warunki do ekspansji amerykańskiej kultury zrodziły się w roku 1945. Zrujnowana wojną Europa zastygła na pewien czas w szoku po wydarzeniach, które miały miejsce na jej terenie. Gospodarcza ruina siłą rzeczy ukierunkowała wysiłki społeczeństw europejskich w stronę odbudowy. W tym samym czasie Ameryka nie próżnowała, pełniąc rolę czynnego kreatora nowego europejskiego ładu politycznego – ustanowiony wówczas na terenie Europy demoliberalizm wrył się tak głęboko w społeczną świadomość Europejczyków, że są oni bardziej przekonani, że to „jedyny słuszny ustrój” niż czerwoni towarzysze lat 50. i 60.

Podobnie też przez cały czas wojny funkcjonował w Ameryce przemysł medialno-rozrywkowy, który wykorzystał 6 lat wojennej zawieruchy na zdystansowanie całej światowej konkurencji – zarówno pod względem finansowym, jak i technologicznym. Tego dystansu, który narodził się wówczas, nie zniwelowano już nigdy. Stworzyło to elitom amerykańskim niespotykaną do tej pory możliwość ekspansji kulturowej, a rozbita Europa stała się idealnym dla tejże ekspansji łupem. Tabula rasa, jak ujął to de Villiers.

Pojęcie soft power odgrywa w polityce międzynarodowej szczególną rolę i elity amerykańskie lat 40. i 50. miały tego doskonałą świadomość. O wiele łatwiej jest narzucić hegemonię polityczną, jeżeli przy okazji narzuci się innym hegemonię kulturową. Ludzie, którzy daną kulturę lubią, są mniej skłonni do przeciwstawiania się jej rozpowszechnianiu. A rozpowszechnianie się danej kultury, to z kolei rozpowszechnianie także wzorców myślenia i postępowania.

O tym jak zabójczo skuteczna okazała się ta strategia, niech świadczy fakt, że dzisiaj – 80 lat później – przeciętny Europejczyk lepiej zna kino amerykańskie i muzykę amerykańską niż swoje własne kino i muzykę (z literaturą jest pewien problem, o którym wspomnę później). Ale jak może być inaczej – rzeknie z drugiej strony Homo europaeus – skoro „moja” kultura jest całkowicie nieatrakcyjna i nie potrafi z amerykańską konkurować? Słuszna to uwaga, lecz pomija jeden, kluczowy w całej sprawie aspekt – jak do tego doszło, że kultury europejskie stały się niezdolne do konkurowania z kulturą amerykańską?

Otóż odpowiedź jest banalna – kultury europejskie, za wyjątkiem francuskiej (Francja to bodajże jedyny kraj europejski, który po wojnie swój język i kulturę przed amerykańskim zalewem starał się chronić poprzez regulacje prawne) – zamerykanizowały się. Europejscy twórcy, z nielicznymi wyjątkami, przestali tworzyć własne formy w sztuce, lecz zaczęli biernie małpować dominujące wzorce, gdyż z komercyjnego punktu widzenia było to po prostu najbardziej opłacalne.

Powojenna europejska kinematografia nie była w stanie konkurować z kinematografią amerykańską, posiadającą nieporównywalnie większą liczbę środków i narzędzi do realizowania bardziej zaawansowanych technicznie produkcji. Po II wojnie światowej Hollywood i kino amerykańskie zalewają swoimi produkcjami cały świat, powodując całkowitą utratę jakiejkolwiek kulturowej równowagi w zachodniej hemisferze, a mówimy tutaj o płaszczyźnie absolutnie kluczowej w kontekście kształtowania świadomości i postaw. Film z wielu przyczyn – także na poziomie psychologicznego odbioru – stanowił bowiem w okresie powojennym (i pod pewnymi względami jest tak aż do dnia dzisiejszego) główne narzędzie oddziaływania kulturowego na społeczeństwa. Dysproporcja, chociażby w potencjale generowania produkcji filmowych, stała się w krótkim czasie tak ogromna, że zalew amerykańskiego kina stał się nieodzowny.

Warto jednakże dodać, że mówiąc o kinie amerykańskim, musimy wyszczególnić dwa zasadnicze okresy – przed rokiem 1966 oraz po roku 1966. Od momentu, w którym w Hollywood przestał obowiązywać kodeks Haysa, regulujący aspekty moralne powstających filmów, mamy do czynienia z galopującą degrengoladą poziomu moralnego produkcji filmowych i sprowadzenia kina jako takiego do poziomu sztuki prymitywnej, czyli antysztuki. Nie oznacza to jakkolwiek, że po roku 1966 nie powstawały w amerykańskiej kinematografii dzieła wybitne – zasadniczy problem tkwi gdzie indziej, a stała się nim masowa produkcja dóbr kultury. Produktem ubocznym umasowienia zawsze staje się prymitywizacja. Toteż z biegiem lat, im więcej filmów produkowało Hollywood, tym niższy stawał się ich poziom.

Odbiorcami kultury stały się bowiem już nie tylko klasy wyższa i średnia, lecz także niższe warstwy społeczne, kulturowo niewyrobione, których oczekiwania nie przekraczały poziomu „mięsa i krwi”. To niestety spowodowało dostosowanie przekazu, formy i treści, właśnie do tychże warstw, gdyż one – ze względu na swoją liczebność – zapewniały produkcjom największe dochody. Rafał Ziemkiewicz bardzo celnie spostrzegł swego czasu, że o ile niegdyś ludzie z niższych sfer dowiadywali się poprzez sztukę, o tym jak żyją ludzie ze sfer wyższych i próbowali ich naśladować, o tyle teraz, to ludzie z wyższych warstw społecznych oglądają filmy o warstwach niższych i w rezultacie się do nich upodabniają (vide oszałamiające sukcesy prymitywnych filmów Vegi).

Dysproporcja zarysowała się także na rynku muzycznym – możliwości produkcyjne amerykańskiego przemysłu rozrywkowego, w porównaniu z europejskim przemysłem były nieporównywalnie większe. Stąd też wraz z rozwojem technologii radiowej, a potem także Internetu, muzyka amerykańska – często skrajnie prymitywna w formie i treści, co wyraża się w niezrozumiałych przez odbiorców tekstach – stała się tak naprawdę muzyką o charakterze globalnym.

Jedynie literatura nie uległa w tak dużym stopniu zalewowi amerykanizacji. Wiąże się to chociażby z faktem, że literatura, jako sztuka o wiele starsza niż film i muzyka współczesna, została do Ameryki poniekąd „eksportowana”, toteż literatura amerykańska bazuje na europejskiej tradycji literackiej i stanowi – w pewnym sensie – jej odgałęzienie. Ponadto obszar literatury, z natury bardziej elitarny, ze względu na oporność mas niechętnych do wysiłku intelektualnego, z jakim wiąże się lektura, z punktu widzenia amerykańskiego nie miał aż tak dużego znaczenia, gdyż siłą rzeczy posiadał zbyt ograniczony obszar oddziaływania. Dzisiejszy Homo europaeus to w swojej masie analfabeta drugiego rzędu – człowiek, który posiada zdolność do czytania i pisania, lecz z niej nie korzysta.

Re-polonizacja?

Kultura ma to do siebie, że ciągnie ludzi w górę, pomagając im rozwijać się intelektualnie, moralnie oraz duchowo. Antykultura z kolei ciągnie ludzi w dół, deprawując ich intelektualnie, moralnie i duchowo, poprzez gloryfikację prymitywnych form i prymitywnych treści, które nie niosą ze sobą żadnej wartości wyższej, lecz jako takie są jedynie pozorowane. Zasadniczy problem naszych czasów polega na niezdolności odróżnienia kultury od antykultury przez człowieka współczesnego.

Oddziaływanie kultury (lub antykultury) na kształtowanie ludzkich postaw jest ogromne i stąd też ogromne znaczenie dla rozwoju jednostki ma to, jakie treści kulturowe ją otaczają. Dzisiejsza młodzież dorasta w otoczeniu większego natłoku treści antykulturowych niż jakiekolwiek inne pokolenie w historii. Doskonale potrafią to wykorzystywać promotorzy rozmaitych ideologii – niewspomniany w tym tekście potężny przemysł seriali telewizyjnych, który przeniósł się dziś praktycznie całkowicie do internetu, pełni dzisiaj dokładnie tę jedną, fundamentalną funkcję – poprzez przekaz podprogowy (którego nie jest w stanie wychwycić jednostka pozbawiona wiedzy na temat sposobu konstruowania narracji i treści propagandowych przez nią wyrażanych) kształtuje świadomość i postawy młodych ludzi, prawie zawsze w obliczu braku świadomości ich rodziców.

Już Platon dostrzegał, że moralna deprawacja młodzieży poprzez sztukę jest z punktu widzenia funkcjonowania społeczeństwa zjawiskiem szczególnie niebezpiecznym, gdyż człowiek młody ze względu na brak życiowego doświadczenia jest często niezdolny do wyrobienia właściwego osądu, stąd też postawę destrukcyjną może powziąć za pożądaną. Liberalizm i relatywizm tworzą z kolei pod taką deprawację idealny grunt.

Realna batalia o tożsamość toczy się dzisiaj w kontekście pokoleń właśnie dorastających, stąd też tak kluczowym obszarem dla środowisk globalistycznych stała się edukacja. Nacisk na wprowadzanie odgórnych, „globalnych” wytycznych w systemach edukacji nigdy nie był tak silny, jak aktualnie, co pokazuje zresztą skala przygotowywanych przez ONZ oraz UNESCO i implementowanych przez UE projektów znakomicie opisanych na naszej stronie w innym tekście. Tamą w tym obszarze powinno być ustanowienie w narodowej edukacji dogmatu o hierarchizacji kultur – w pierwszej kolejności system edukacji powinien zapewniać wiedzę o kulturze własnej, następnie o kulturze spokrewnionej, a dopiero potem o kulturach obcych. Choć funkcjonujący system teoretycznie do pewnego stopnia trzymał się tej hierarchii, to w praktyce – patrząc na stan wiedzy o kulturze i historii własnego narodu ludzi, którzy przeszli przez system edukacji III RP – wiele z tego nie wyniknęło. Teraz jakkolwiek, w obliczu likwidacji polskiej edukacji przez wywodzącą się z czerwonej dynastii „informatyczkę” z wykształcenia, musimy w tej kwestii używać czasu przeszłego.

Więcej na ten temat w tekście: Likwidacja polskiej szkoły – już za 2 lata

O tym jak głęboki jest nasz tożsamościowy kryzys, niech świadczy fakt, że wielu kwestionuje dzisiaj sens nauczania w szkołach tego, co stanowi fundament, być może najmocniejsze ogniwo naszej kultury – literatury. Tymczasem to właśnie jej potężna siła oddziaływania pomogła Polakom przetrwać zabory i nie pozwoliła na to, abyśmy rozdarci przez trzy mocarstwa rozmyli się w morzu Niemców i Rosjan. Nie potrzebujemy wyrzucania z kanonu lektur Sienkiewicza, Mickiewicza, Słowackiego – wręcz przeciwnie: potrzebujemy re-polonizacji polskiej przestrzeni publicznej, polskiej kultury i polskiej edukacji, tak samo jak Europa potrzebuje re-europeizacji. A re-europeizacja Europy to powrót do korzeni – zaakceptowania faktu, że odrzucając cywilizacyjny fundament w postaci prawa rzymskiego, greckiej filozofii i chrześcijańskiej nauki moralnej na rzecz prowadzących donikąd ideologii osnutych złowrogim cieniem nihilizmu, Europa przestaje być Europą.

I tak jak od cytatu zacząłem, tak na cytacie zakończę, odwołując się ponownie do Phillippe’a de Villiers: „[…] Homo europaeus nie jest człowiekiem o określonej kulturze, nie włada określonym językiem, nie czerpie z bogatego i cennego dziedzictwa cywilizacyjnego – jest to człowiek znikąd, człowiek abstrakcyjny, człowiek, za którym nie stoi człowieczeństwo”. Czyż nie tak właśnie wygląda ostateczny produkt liberalizmu i relatywizmu?

________________

Amerykanizacja, czyli taran globalizacji, Dominik Liszkowski, 24 lipca 2024

O sztucznych słowach i wywoływanych przez nie emocjach

Słownik człowieka myślącego

CzarnaLimuzyna , 30 maja 2024 ekspedyt/o-sztucznych-slowach-i-wywolywanych-przez-nie-emocjach

Wpis o sztucznych słowach. Sztuczne słowa są dostępne w wielu smakach. Dominują dwa podstawowe. Sztuczna słodycz mająca wywoływać pozytywne wrażenie, a także sztuczna gorycz mająca wywoływać mdłości. Analogicznie do sztucznej żywności są to puste kalorie i efekty, których końcowym produktem są emocje.

Zaczynamy od “Wielkiego Resetu”…

Wielki Reset, w praktyce Wielkie Zniszczenie. Wielki reset ma polegać na wywłaszczeniu i wysiedleniu – przeniesieniu człowieka z obszaru realnego czyli z przyrody do rezerwatów i do przestrzeni wirtualnej, do e-przestrzeni. Przyroda ma być obszarem zamkniętym i chronionym, a przyszły wzorowy obywatel ma funkcjonować w obozie koncentracyjnym (miastach 15-minutowych). Obszarem rekreacji ma być wirtualna rzeczywistość. Działalność gospodarcza ma być ograniczona, częściowo zakazana i koncesjonowana w oparciu o przepisy klimatyczne i sanitarno – dietetyczne.

Neutralność światopoglądowa. Sztuczne określenie opisujące postawę, która nie występuje samoistnie-w sposób naturalny. Można ją porównać do wymuszonej neutralności moralnej, neutralności naukowej. Człowiek normalny- moralny i rozumny nigdy nie jest neutralny-obojętny wobec dobra i zła, wobec prawdy i kłamstwa. Państwo neutralne światopoglądowo nie istnieje. Konsekwencją wprowadzenia państwa neutralnego światopoglądowo jest jego uwiąd, brak państwa i prawa z wytworzoną dzięki temu anarchią i anomią. Instytucje państwowe stają się zbędne. „Państwo” i jego prerogatywy stając się neutralne przestają działać. Na miejscu państwa pojawia się inny hegemon. Aktualnie miejsce państwa polskiego jest systematycznie zajmowane przez agendy obcych interesów, którym tradycyjnie najgorliwiej służą środowiska lewicowe. Projekt zmian w polskiej Konstytucji i ustawy o TK piszą m.in. eksperci Fundacji Sorosa.

Proces cały koordynowała Fundacja Batorego, także przepisy wprowadzające ustawę o TK oraz wreszcie ustawa, która ma na celu dokonanie nowelizacji konstytucji…

– powiedział niedawno w ostatnim swoim ministerialnym wcieleniu Che Guevara z korporacji, Bodnar

Oczywiście, w praktyce neutralność światopoglądowa jest szyldem za którym kryje się światopogląd lewicowy, który sam w sobie neutralny nie jest, światopogląd silnie zaangażowany- niszczący fundament cywilizacji: normy moralne, prawne, naukowe. Światopogląd lewicowy oparty na politycznej poprawności. Chodzi o poprawność lewicową sprzeczną z poprawnością opartą o normy cywilizacji łacińskiej czyli prawicową.

Mając na uwadze powyższe należy stwierdzić, że lewicowa poprawność polityczna zasługuje na miano NIEPOPRAWNOŚCI. Nie można przecież konstruować „poprawności” w oparciu o negację norm i wartości funkcjonujących od samego początku cywilizacji, tworzących się w naturalny sposób od zarania ludzkości. Nagminne łamanie norm przez morderców, złodziei, zboczeńców, oszustów nie unieważnia normy. Również powód (prawdziwy lub zmyślony) dla którego dana norma jest łamana nie stanowi uzasadnienia dla ich złagodzenia, a taką „logiką” posługują się pod szyldem humanizmu i melioryzmu (wiara, że człowiek jest dobry) rzekomo „neutralni światopoglądowo” lewacy.

Prawa człowieka. I znów musimy uściślić, bo chodzi o coś wymyślonego, specyficznie lewicowego, o nowe przywileje nadawane przez lewicę moralnym degeneratom- prawo do popełniania występków, a nawet zbrodni z zabójstwem włącznie. Taką zbrodnią jest mordowanie nienarodzonych i nie zmieni tego żadna ustawa.

Mowa nienawiści. Termin nienowy, lecz budzący wśród prawicy wyuczoną bezradność. Tzw. ustawa o mowie nienawiści (aktualnie procedowana) jest niczym innym jak prawem do okazywania nienawiści wszystkim osobom mówiącym prawdę oraz prawem do ich prześladowania. Lewica w ten sposób rozwija postulat Szkoły Frankfurckiej „tolerancji represywnej” przyznając sama sobie prawo do nienawiści i prześladowania ludzi normalnych.

Ten kolejny wynaturzony przywilej można porównać do prawa będącego podarowaniem brzytwy przysłowiowej małpie, a rezygnując z tej alegorii- do nadania złodziejom „prawa” prześladowania osób okradanych. Typowa lewicowa przewrotność, która w swojej zbrodniczej bezczelności dorównuje bolszewickim praktykom w czasach pierwszej komuny.

Nowelizacja ma ułatwić lewicy okazywanie nienawiści i „uprawomocniać” stosowanie terroru zaostrzonej, omówionej już, „poprawności politycznej”.

Część druga: Inne słowa

W tej części proponuję załączone poniżej bardzo dobre omówienie dokonane przez Magdalenę i Adama Wielomskich z krótkim streszczeniem, na wstępie.

Nienormalność, niemoralność jest maskowana wieloma słowami. Pojawiły się następujące słowa i określenia: z użyciem słówka post – postprawda, postchrześcijaństwo, ponadto – zrównoważony rozwój, dewzrost, sex workerka, pracownica seksualna zastępujące adekwatną prostytutkę, dziwkę i wulgarną, lecz prawdziwą kurwę. Padły też zaczerpnięte z antykultury uśmiechniętych: aktywiszcze, psiecko, pscórka, psyn, matka psyna.

Słowo post symbolizuje negację i zerwanie z tradycją. Zanegowanie dziedzictwa jest określane neologizmami. Słowem, którym można w wielu przypadkach zastąpić słówko „post” jest moim zdaniem słowo „anty”. Antychrześcijaństwo jest nazwane postchrześcijaństwem. Zbydlęcenie na poziomie moralnym lub satanizm w formie ideologii maskowane są posthumanizmem lub transhumanizmem. Postprawdę powinniśmy, bez zbędnych udziwnień, nazywać nieprawdą lub kłamstwem. Sama prawda jest także bardzo często określana przez współczesnych politruków mianem dezinformacji, ruskiej propagandy, antysemityzmu. Tego wątku, szanując inteligencję czytelników, nie muszę chyba rozwijać.
Trzy podejścia do biologii, przyrody

Magdalena Wielomska przywołała książkę ks. Tadeusza Ślipki „Bioetyka”

Antropocentryczne – bezmyślna eksploatacja
Biocentryczne – panteistyczny kult wykorzystywany do budowania totalitaryzmu
Podejście chrześcijańskie – człowiek panuje i korzysta z przyrody w sposób rozumny

W tym kontekście Wielomska przypomniała refleksję Chestertona „przyroda nie jest naszą matką, bo my (ludzie) i ona (przyroda) mamy jednego Ojca, Boga”.

Nowe słowa w propagandzie globalistów

Duchowość to nie ezoteryka – tylko rozum!

Duchowość to nie ezoteryka – tylko rozum!

Filip Obara pch/duchowosc-to-nie-ezoteryka-tylko-rozum

Słowo duchowość kojarzy się współczesnemu człowiekowi z medytacją i wschodnimi wierzeniami. Ale problem ten występuje nawet u katolików! Wydaje nam się, że duchowość to coś trudno uchwytnego – niemal eterycznego – podczas gdy zdrowa nauka o człowieku upewnia nas, że duchowym nazywamy przede wszystkim to, co… rozumne!

Żyjemy w czasach ogromnego zamętu nie tylko religijnego, ale dotyczącego samego pojęcia duchowości. Przyczyną tego stanu rzeczy jest nieznajomość tego, jak dusza została przez Stwórcę „skonstruowana”. Ale – co istotne dla osób niewierzących – nauka ta bynajmniej nie została wynaleziona przez Kościół, lecz pochodzi od najwybitniejszych greckich filozofów, nieznających nawet Starego Testamentu i żyjących wiele wieków przed Chrystusem!

Wiedza o tym, że jesteśmy istotą psychofizyczną i o tym, jak zbudowana jest i jak działa nasza dusza, to wiedza absolutnie nieodzowna (przynajmniej na ogólnym poziomie), abyśmy mogli prawidłowo funkcjonować w życiu osobistym i w społeczeństwie.

Kiedyś zajmowała się tym psychologia, której nazwa została zaczerpnięta od greckiego psyche i oznaczała po prostu naukę o duszy. W czasach nowożytnych psychologia przestała być całościową nauką o człowieku, a została sprowadzona do roli badania behawioralnych i biochemicznych uwarunkowań ludzkich zachowań. Stopniowo wypierano też samo pojęcie ludzkiej duszy, które odkryli poganie wyłącznie przy pomocy przyrodzonego rozumu.

Kryzys wiedzy o duszy kryzysem człowieczeństwa

Człowiek jest jednością psychofizyczną. Zarówno wprowadzanie dualizmu, jak i negowanie wartości jednego z tych dwóch elementów – duszy (ateizm) bądź ciała (gnoza) – prowadzi do poważnych błędów w rozumieniu człowieczeństwa, a w konsekwencji do błędów w postępowaniu.

Arystoteles wskazywał, że dusza jest zasadą bytu, przyczyną wszelkiego ruchu w istocie żywej i wyróżniał trzy rodzaje dusz: roślinną, zwierzęcą i ludzką. Tylko ta trzecia jest duszą rozumną, zdolną do moralnego rozeznawania pomiędzy dobrem i złem oraz do abstrakcyjnego myślenia, dzięki któremu panujemy nad światem przyrody nawet pomimo mniejszej siły fizycznej niż wiele zwierząt.

Gdy mówimy o duszy ludzkiej, to w dalszej kolejności wyróżniamy: duszę wegetatywną (a więc funkcje odpowiedzialne za czynności fizjologiczne, ale również za rozmnażanie), duszę zmysłową (funkcje odpowiedzialne za „przerabianie” bodźców zmysłowych) i duszę myślącą (a więc po prostu rozum odpowiedzialny za działanie duchowe). Wyróżniamy ponadto trzy władze duszy (rozum, wolę i pamięć), pomiędzy którymi występują określone zależności. Znajomość tych zależności jest niezbędna dla prawidłowego rozwoju duchowego i moralnego człowieka.

Na podstawie tych rozgraniczeń możemy mówić o niższej i wyższej istocie człowieka, co również jest niesłychanie ważne i co w łopatologiczny wręcz sposób wyłożył Sokrates, mówiąc: Podczas gdy inni żyją, aby jeść, ja jem, aby żyć. Tak więc nauka o duszy porządkuje nam w głowie hierarchię, wedle której sprawy niższe powinny być podporządkowane sprawom wyższym (czyli na przykład uczucia i emocje winny być podporządkowane rozumnemu osądowi).

Ciekawe uwagi na temat rozumności, jako najważniejszej cechy ludzkiej duszy czynił Jan Szkot Eriugena, irlandzki uczony z IX wieku, który w swoim systemie filozoficznym odnosił się wprawdzie bardziej do Platona niż Arystotelesa, a Kościół nie zaaprobował wszystkich jego pism, niemniej w tej kwestii zauważył prymat rozumu w definiowaniu duchowej natury człowieka. Jego poglądy streszcza Adam Grzegorzyca w artykule Koncepcja ludzkiej duszy i problem animacji w systemie filozoficznym Eriugeny (Studia Philosophiae Christianae UKSW, 57, 2021, 1): Dusza jest istotą człowieka. Istotą duszy jest intelekt. Przejawem aktywności intelektu jest ludzki rozum. Istnienie duszy powoduje, że człowiek odkrywa, iż został stworzony do poznawania niepoznawalnego, własnego intelektu i Boga. 

Zaraz omówię po kolei wszystkie władze duszy, ale najpierw przywołam artykuł Henryka Majkrzaka z Rocznika Tomistycznego (II, 2022). Autor cytuje Arystotelesa, który podkreślał, że „musimy umieścić badanie duszy w rzędzie naczelnych nauk” i wskazuje na obecny w naszych czasach „kryzys wiedzy na temat duszy człowieka”.

Mówiąc wprost, człowiek nie zna samego siebie i to na poziomie najbardziej podstawowym (nie indywidualnym, lecz w obszarze natury, która jest wspólna dla wszystkich). To rodzi konkretne problemy i wpływa na dezorganizację całego naszego życia. Gdy zaś sięgniemy do myśli starożytnej, zrozumiemy, jak wielką głupotą i jakim złem jest celowe sprowadzanie na ludzkość ignorancji w tak ważnej kwestii!

Nawet najwybitniejsze umysły potrzebowały trochę czasu, by skodyfikować naukę o duszy. Sokrates zauważył, że dusza rozumna jest tym, co odróżnia człowieka od zwierząt. Platon snuł rozważania o duszy uwięzionej w ciele i dopiero jego uczeń, a zarazem najwybitniejszy umysł starożytności – Arystoteles – znacznie trafniej zdefiniował, czym jest dusza. Zrozumiał on, że dualizm platoński jest niezgodny z rzeczywistością i opisał duszę z grubsza tak, jak streściłem to powyżej. Tę naukę przejęło chrześcijaństwo, idąc jeszcze dalej i stwierdzając nieśmiertelność duszy oraz jej zdolność samoistnego funkcjonowania pomimo śmierci ciała.

Nowożytni anty-filozofowie włożyli wiele trudu w to, by zaćmić i wypaczyć zdrową naukę na temat duszy, ale nawet w epoce współczesnej znaleźli się tacy, którzy zwracali uwagę na skutki tego pojęciowego zamętu. Wydaje nam się, że wiemy coraz więcej, ale popadamy przy tym w paradoks nieznajomości własnej natury, o czym pisał Heidegger. To on, jak wskazuje Majkrzak, „zauważył, że żadna epoka nie wiedziała mniej niż nasza o tym, kim jest człowiek, który za naszych dni stał się wielkim problemem”.

Jeżeli według Cassirera nie odnajdziemy nici Ariadny (którą podarowała Tezeuszowi, aby mógł wyjść z labiryntu po zabiciu Minotaura) w bogactwie współczesnych informacji, która pozwoli na wyjście z tego labiryntu, to pozostaniemy zagubieni, bo nie odnajdziemy również i prawdziwego poznania o charakterze ogólnym ludzkiej kultury. Autor niniejszej publikacji twierdzi, że tą nicią Ariadny jest dusza człowieka z jej władzami! – podkreśla Majkrzak.

Oderwanie od zdrowej nauki na temat duszy, a wręcz oparcie całej nauki wyłącznie o to, co da się poznać empirycznie (sprowadzenie wszystkich nauk do metodologii nauk przyrodniczych!) doprowadziło, jak zwraca uwagę Majkrzak, do dwóch wypaczeń myśli o człowieku: z jednej strony idealistycznego heglizmu, a z drugiej materialistycznego marksizmu.

Po zerwaniu kontaktu z rzeczywistością, filozofia zbliżyła się do ideologii. Zaczęto głosić, że nie ma takich obiektywnych wartości, jak: prawda, dobro i piękno. W materializmie, marksizmie, kolektywizmie i freudyzmie zaczęto człowieka mylić ze zwierzęciem, a w indywidualizmie, liberalizmie i postmodernizmie z bogiem. Obecnie jesteśmy świadkami poniżania zdolności poznawczych rozumu i pomniejszania wartości zdrowego rozsądku – dodaje.

Zależność woli od rozumu

Odnośnie do woli psychologia mówi o takich dysfunkcjach jak abulia (brak motywacji, woli działania czy też po prostu chęci życia, tudzież „zanik woli”), jak też głębiej – o zaburzeniach dysocjacyjnych. Te drugie dotykają samego rdzenia ludzkiej tożsamości (dochodzi do zaburzenia kontaktu z rzeczywistością i do różnych zaburzeń osobowościowych), ale ich skutkiem może być również pewna niedyspozycja władzy, jaką jest wola. Jak bowiem mamy czegoś zdecydowanie chcieć i być w stanie to osiągnąć, jeżeli nie wiemy, kim jesteśmy i tracimy osadzenie w rzeczywistości? Z kolei ze stricte duchowego punktu widzenia, możemy mówić nie tylko o zniewoleniach, ale po prostu o słabości woli, a także o uwikłaniu jej w gąszczu sprzecznych pragnień (np. gdy nawracamy się i zaczynamy pragnąć świętości, ale całe nasze dotychczasowe ukształtowanie kieruje nas do innych przedmiotów).

Osoby mające problem ze efektywnym korzystaniem z własnej woli znajdą nieocenioną pomoc w omawianej tu nauce na temat duszy. Jest bowiem prawidłem znanym od tysiącleci, że wola jest w swym działaniu zależna od rozumu. To rozum dostarcza woli rozeznania pomiędzy dobrem a złem, tak by człowiek mógł pragnąć tego, co uznaje za dobre (korzystne) dla siebie, a następnie uaktywnia się wola, dzięki której może wykonać to, co rozpoznał jako odpowiednie do wykonania.

Co istotne, „ćwiczenie” rozumu jest jednocześnie ćwiczeniem woli. Gdy wzmacniamy sferę poznania, choćby przez dobre lektury filozoficzne i teologiczne, to automatycznie (choć pośrednio) wzmacniamy również wolę. Jak zwraca uwagę św. Tomasz, władze duszy są źródłem działania, więc żadne zaklinanie rzeczywistości, coachingi i inne czary-mary, nie dadzą nam tyle, co lektura Sumy Teologicznej i innych kanonicznych dzieł na temat natury ludzkiej i natury otaczającego świata! Dlaczego Suma? Ponieważ „tylko całościowa nauka na temat człowieka, którą opracował św. Tomasz z Akwinu, może stanowić lekarstwo na współczesny kryzys człowieczeństwa”, jak podkreśla cytowany wcześniej Majkrzak.

Próba poprawy swojej psychicznej kondycji bez znajomości realiów naszej ludzkiej konstrukcji i prawideł funkcjonowania, to tak jakby chcieć naprawić samochód, poprzez naciskanie, pukanie i ruszanie różnych części, których przeznaczenia i wzajemnych zależności nie znamy. Próba rozwoju duchowego bez dopuszczenia do swej duszy światła rozumu, to tak, jakbyśmy chcieli posprzątać i odnowić jakieś pomieszczenie po ciemku.

Rozwinięciem tej podstawowej nauki będą dalsze zagadnienia, których zaadoptowanie może nam pomóc. Zdrowa filozofia i antropologia tomistyczna dostarczają nam szeregu prawd na temat naszej natury, naszych uczuć, na temat miłości i innych pobudek, dla których działamy i podejmujemy relacje z innymi ludźmi; dowiemy się wiele na temat szczęścia, uczynków ludzkich, nie wspominając o cnotach oraz o całej nauce społeczno-politycznej, która uporządkuje nasze rozumienie życia publicznego. Efektem zdobywania tej wiedzy jest porządkowanie nie tylko systemu pojęć, ale także własnego wnętrza, co usprawnia procesy decyzyjne i pomaga zapanować nad niepożądanymi skłonnościami.

Jest oczywiste, że zaburzenia psychiczne obejmują nierzadko również sferę neurologiczną, dlatego w pewnych przypadkach powinniśmy odwołać się do farmakologii. Równie istotne pozostaje korzystanie z pomocy kompetentnego terapeuty, niemniej kształtowanie rozumu zgodnie z wzorcami czerpanymi z rzeczywistości (z filozofii realistycznej, a nie z teorii psychologicznych czy wychowawczych) i wzmacnianie w ten sposób woli powinno być podstawą dla innego rodzaju interwencji.

Pamięć jako władza duszy

Pamięć opisywana jest jako miejsce przechowywania form poznawczych, które św. Tomasz określa wręcz skarbcem (thesaurus). W kontekście prawidłowego rozwoju władz duszy zwróćmy uwagę na pedagogiczny funkcjonowania pamięci. Jak zwraca uwagę Grzegorz Grochowski (Rola nauczania pamięciowego na katechezie w kontekście ustaleń psychologii pamięci, Studia Redemptorystowskie nr 12, 479-493, 2014), rodzice zastanawiają się nad ilością formuł i modlitw, których dzieci muszą się wyuczyć przed pierwszą Komunią Świętą, utyskując nieraz, że jest ich za dużo. Tymczasem, jak zwraca uwagę autor, to właśnie pamięciowe opanowanie tych „formuł” otwiera drogę do lepszego przeżywania wiary i sakramentów.

Oczywiście, wszystko musi być dostosowane do wieku, gdyż w przypadku wczesnej Komunii Świętej jest mniej do wyuczenia na pamięć: 10 przykazań Bożych, 6 prawd wiary, 5 warunków dobrej spowiedzi, 7 sakramentów, a najważniejsze jest rozumienie, czym jest Najświętszy Sakrament, czym jest Msza Święta – że jest ofiarą i dlaczego była ona konieczna, co to jest łaska uświęcająca itd.

Grochowski zwraca uwagę na znaczenie „pamięci semantycznej” dla kształtowania naszego życia religijnego (udział w liturgii, codzienna pamięć o Bogu, kontemplowanie tajemnic Różańca Świętego itd.), ale odnosi się to nie tylko do tej sfery. Psychologowie odkryli, że umysł asymiluje zdobywane przez siebie informacje o rzeczywistości, budując uporządkowaną siatkę skojarzonych ze sobą pojęć, sądów, mniemań, faktów i innych elementów wiedzy. Pamięć semantyczna przypomina swego rodzaju pajęczynę, w której można dostrzec punkty węzłowe – są nimi stwierdzenia i pojęcia o charakterze ogólnym, fundamentalnym, kluczowym – czytamy.

Stąd tak kluczowa rola ukształtowania systemu pojęć, zanim przejdziemy do zdobywania szerszej wiedzy na temat świata. Rozum służy do zrozumienia tych pojęć, a w pamięci tworzy się system pojęć pozwalający następnie rozumieć świat przez pryzmat zdrowych zasad. Z kolei św. Jan od Krzyża w swojej Drodze do Górę Karmel opisuje proces oczyszczenia pamięci z błędnych pojęć, jakie zapisał w nas świat. Efektem tego procesu (który Święty nazywa nocą duszy jako że na tym etapie drogi do zjednoczenia z Bogiem umartwiamy wyższą część naszej natury) jest przyjęcie nowych, w pełni nadprzyrodzonych kategorii pojęciowych.

Przy tej okazji warto zahaczyć o zagadnienie, jakim jest stosunek pamięci i technologii. Rzecz oczywista, ale warto przypomnieć. Jeszcze mój dziadek opowiadał mi, że w gimnazjum maszerowali po szkolnym boisku recytując z pamięci fragmenty przemów Cycerona po łacinie, a w ogóle im dalej sięgniemy w przeszłość, tym rola pamięci będzie większa. Nie wspominając o czasach starożytnych, gdy przekazywano sobie z pokolenia na pokolenie epickie poematy o bohaterstwie i cnotach oraz inne utwory i podania.

Dziś telefon pamięta za nas. W czasach mojego dzieciństwa z miasta dzwoniło się przy pomocy żetonów, a potem kart magnetycznych. Adresownik z numerami telefonu gdzieś tam sobie w szufladzie leżał, ale prawdziwą książką telefoniczną były… nasze głowy! Znało się na pamięć numery nie tylko do rodziny, ale i do przyjaciół, znajomych, osiedlowej wypożyczalni VHS, ulubionych sklepów itd. Kilkadziesiąt numerów w pamięci podręcznej było standardem! Można powiedzieć, że technologia wyręcza nas w używaniu władz duszy. Nie tylko pamięci, ale i rozumu (przetwarzanie informacji zamiast myślenia) i woli (marazm i apatia wywołane bezrefleksyjnym wchłanianiem bodźców z ekranu).

Wiarę też przeżywamy rozumem!

Jest to zaledwie drobny zarys podstaw wiedzy o człowieku, ale dla sporej części populacji treści tu przedstawione stanowią rzecz zapomnianą albo przynajmniej mocno nieuporządkowaną. Wyrugowuje się tę wiedzę bądź spycha ją na margines jakichś przestarzałych wierzeń religijnych, podczas gdy religia jest tylko jednym z ujęć tego tematu, który był dobrze znany najwybitniejszym filozofom i stanowił antropologiczny filar naszej cywilizacji. Tylko z tą wiedzą możemy zacząć poważnie myśleć o przezwyciężeniu problemów psychicznych i społecznych oraz o tym, co modnie dziś nazywa się rozwojem osobistym.

Na koniec należy koniecznie zauważyć jeszcze jedną rzecz. Otóż, całą narrację utrzymałem w kontekście z grubsza niereligijnym, aby pokazać jak podstawowa jest ta wiedza. Ale odnosi się ona w takim samym stopniu do przeżywania wiary. Jak upewnia nas katolicka definicja, wiara jest to przyjęcie rozumem prawd, które Bóg objawił i przez Kościół do wierzenia podał. Stąd ważny i chyba dziś nie zawsze oczywisty wniosek, że wiarę przeżywamy właśnie w sferze intelektu, a nie w sferze jakichś bliżej nieokreślonych „doświadczeń religijnych” czy tym bardziej uczuć.

Filip Obara

Wolność wyzwolona i zniewolenie

Wolność wyzwolona i zniewolenie Autor: AlterCabrio , 5 maja 2024

Toteż młodzieńcy płci obojga chętnie odrzucają to, co było pewnikiem jeszcze niedawno i rzucają się w wir nowego życia. A tam – niewyczerpane źródło, wręcz gejzer przyjemności i wrażeń, uwolniony od jakiegoś tam Boga, księdza, ojca, nauczyciela, autorytetu, Ojczyzny, obowiązków stanu, norm i zasad. Tam każdy może być, kim chce i robić to, czego pragnie.

−∗−

Wolność wyzwolona i zniewolenie

Nie zamierzam wdawać się w dywagacje nad rodzajami wolności, bo trudno tu będzie o zgodną definicję, a i format publicystyczny do tego niezbyt się nadaje. Przyjmuję upraszczając rozumienie zwykłego człowieka, który nie namyślając się wiele odpowie: „abym mógł robić to, co chcę”. W czym ten młody dziś człowiek zagrożenie upatrzy, z łatwością możemy zgadnąć. Państwo, system (nienazwany i nierozumiany, utożsamiany z państwem), Kościół Katolicki, religia katolicka, społeczeństwo patriarchalne, nacjonalizm, szkoła, rodzina, konwenanse, zasady. Innymi słowy, to, co nakłada na naszą młodą osobę jakieś ograniczenia moralne, obyczajowe i prawne.

Pytanie, skąd młode osoby o tym wiedzą, ma łatwą odpowiedź. Wymienione instytucje społeczne są widzialne, łatwe do wskazania i dotyczą każdego, w mniejszym lub większym zakresie. Młodzi ludzie od wieków trochę się buntowali, ale jak podrośli wchodzili w określone przez te porządki role, kontynuując pracę pokoleń. Jednak od pewnego czasu jest inaczej. Naturalna ciągłość zostaje osłabiona lub przerwana, a pomiędzy młodymi a instytucjami społecznymi pojawiło się jakieś pęknięcie, poszerzające się do rozmiarów przepaści. Jeśli chcemy cokolwiek przepowiadać o przyszłych losach naszych społeczności, musimy wiedzieć, skąd się to wzięło i dlaczego.

Pęknięcie pojawiło się wraz z rozwojem kultury masowej. Wcześniejsze dynamiczne zmiany, towarzyszące rewolucji przemysłowej i produkcji masowej, powstanie nowych klas społecznych, rozwój zdolności wytwórczych, rozwój komunikacji, postęp jakości życia, nowe możliwości techniczne – to wszystko dało się jeszcze uporządkować według tradycyjnego systemu wartości, zreformowanego w duchu katolickiej nauki społecznej. Teraz natomiast kolejny stopień postępu naukowo-technologicznego ludzkości wydaje się usuwać wszystkie wcześniejsze normy, zwyczaje i zasady. Młodzi ludzie są bombardowani informacją, że wszystko zmienia się tak głęboko i szybko, że już nic nie będzie takie, jak było, dlatego nie należy się przywiązywać do dawnych sposobów myślenia, tylko kreatywnie tworzyć nowe, a dawne normy, zwyczaje i zasady są tylko przeszkodą na drodze postępu, stereotypami dawnych czasów, konstruktami starców z przeszłości, którzy wciąż chcą drżącą, zimną ręką trzymać młodych w kościstym uścisku, byle tylko zachować resztkę dawnej władzy. Cóż ma więc czynić młody człowiek? Rozerwać niewolne okowy, zrzucić panowanie dawnych autorytetów, które nic nie wiedzą o współczesności i nie są w stanie pojąć przyszłości, która już puka do naszych drzwi.

Według globalnych ustawiaczy przyszłości tzw. „globalna społeczność” zmaga się z problemami, których nie umieli rozwiązać ludzie, dysponujący wcześniejszą wiedzą i poprzednimi sposobami myślenia.

Dlatego aby rozwiązać problemy nierówności społecznych, praw kobiet, praw mniejszości, praw wszelkich grup dyskryminowanych i defaworyzowanych, praw zwierząt, usunąć wszelkie cierpienie na świecie, usunąć populizm, faszyzm i dezinformację i odeprzeć nadciągającą katastrofę klimatyczną, trzeba pozbyć się dawnych sposobów myślenia, dawnych instytucji i systemów wartości, które one wyrażają. Należy więc odrzucić państwo narodowe, Kościół Katolicki, etykę chrześcijańską, normalne społeczeństwo, normalną rodzinę, wiedzę w głowie i logiczne myślenie. To są bowiem stereotypy, sztuczne konstrukty, które trzymają dziś młodego człowieka w niewoli, przez które taki nie może być tym, kim chce, i kreatywnie w kooperacji ze wszystkimi rozwiązywać problemów przyszłości.

Toteż młodzieńcy płci obojga chętnie odrzucają to, co było pewnikiem jeszcze niedawno i rzucają się w wir nowego życia. A tam – niewyczerpane źródło, wręcz gejzer przyjemności i wrażeń, uwolniony od jakiegoś tam Boga, księdza, ojca, nauczyciela, autorytetu, Ojczyzny, obowiązków stanu, norm i zasad. Tam każdy może być, kim chce i robić to, czego pragnie. Młody człowiek dowiaduje się o ograniczeniach starego świata i możliwościach nowego poprzez kulturę masową, która dociera doń przez wszelkie możliwe media, z których najważniejszym jest osobisty smartfon, mały, płaski przedmiocik z ekranikiem. Taka niepozorna rzecz, która zmieniła świat bardziej niż bomba atomowa.

Kultura masowa od swych początków była wykorzystywana do szerzenia idei, przekonań, informacji i wiedzy, pożądanych przez tego, kto miał na nią wpływ. Początkowo wpływ ten miała głównie władza państwowa, jako jedyna potęga tak wielka. Jednak myśl ludzka pracowała. Marksiści ze Szkoły Frankfurckiej opracowali metody rozbicia społeczeństwa od wewnątrz i przejęcia nad nim władzy. Szkoła z Birmingham rozpracowała sposoby, jak do tego używać kultury masowej. Postmodernizm stworzył zaawansowane narzędzia rozbioru sposobów opisu rzeczywistości i komunikacji międzyludzkiej, a następnie sformułował nowe cele ideologiczne w postaci tzw. sprawiedliwości społecznej, nakazującej normalnemu społeczeństwu poddać się każdej nienormalności. Zabiegi te wytworzyły narzędzia do podboju narodów, pojmowanych jako społeczności. Skoro są narzędzia, pojawi się też ręka dzierżąca. I taka ręka jest, i działa.

Jeszcze zanim powstał dorobek myśli, tworzący narzędzia podboju, ręce były już gotowe. Od XIX w. rosły zyski, majątki i wpływy korporacji. Uzyskały one wpływ na państwa, naukę, system edukacji, kulturę masową, organizacje ponadnarodowe. Potencjał Wall Street wsparty został przez możliwości Doliny Krzemowej, co dało synergię kapitału i technologii, prowadzącą do niespotykanej dotąd kapitalizacji rynkowej. Oligopole finansowo-technologiczne zyskały tak wielkie wpływy światowe, że ich potęga przerosła już większość państw. Można dziś powiedzieć, że to państwa stały się sługami korporacji, a ich wpływ na rzeczywistość jest tak ogromny, że trudny do wyobrażenia przez ludzi, którzy nie podejmą specjalnych trudów, aby go prześledzić. Korporacje te mają pod swą władzą rządy, organizacje ponadpaństwowe, banki, fundusze inwestycyjne, wielkie firmy, naukę, kulturę masową, środki komunikacji, media, Internet. Mają więc władzę ogromną, ale nie absolutną. Brakuje jeszcze, aby nowi władcy świata uzyskali władzę nad ludzkimi umysłami, przekonaniami, zamierzeniami, pragnieniami, potrzebami, zachowaniami. Na przeszkodzie stają wyznawane wciąż wartości, posiadane przekonania, istniejąca wiedza, umiejętność logicznego myślenia, wiedza ogólna i szczegółowa, rozeznanie dobra i zła, odporność psychiczna, umiejętność samodzielnej pracy. Dlatego właśnie młodych ludzi nakłania się, a wręcz zmusza do całkowitego zerwania z przeszłością, co jest mu przedstawiane jako wyzwolenie z więzów, uwolnienie potencjału, pełną wolność wyboru różnorodnych możliwości, słowem, wolność wyzwoloną.

Praca nad wmówieniem młodym ludziom określonej wizji wolności trwa od lat 50-tych XX w. i miała kilka faz i obszarów, które uruchamiano w zależności od dostępnej technologii, stanu przerobienia umysłów i postępu zawłaszczania kolejnych dziedzin życia. Wpierw oddziaływano przez kino, potem przez radio, następnie telewizję, kolorową prasę, komputery, a obecnie najsilniejszym narzędziem, formatującym umysły i zmieniającym zachowania miliardów ludzi na świecie jest mały, niepozorny przedmiocik z ekranikiem, zwany smartfonem. W nim młodzi użytkownicy i użytkowniczki, pożądający natychmiastowej, niewymagającej myślenia rozrywki, pragnący kontaktów międzyludzkich bez ludzi, zdeterminowani przez neurony, domagające się ruchomych obrazków, dostarczających strzałów dopaminy poznają świat, a raczej taką jego wizję, jakiej chcą właściciele ogromnych kapitałów, do których należą też media i ich aplikacje. Stąd właśnie płyną wskazania dla młodych, jak mają zbawiać świat i dbać o swój dobrostan. Wydaje się powszechnie, że tam wszystko dzieje się samo, a dobór treści na ekranikach jest przypadkowy. Taką narrację utrzymują globalni kapitaliści, nie chcąc, by niewolnicy ekraników zrozumieli, jak bardzo są manipulowani migającymi, kolorowymi treściami. O ich doborze decydują bowiem algorytmy, a te są dokładnie programowane przez konkretnych ludzi, zatrudnianych przez globalnych kapitalistów.

Problemem młodych ludzi i w ogóle całej ludzkości jest to, że cała wizja świata na ekranikach wraz z problemami, wskazanymi tam jako rzeczywiste jest kreacją, narracją, ułudą, fikcją. To, co jest w głowach większości młodych ludzi to albo jazgotliwa sieczka, albo system globalnych oszustw. Rzucani na front walki o przyszłość planety i sprawiedliwość globalną, mają zniszczyć państwo narodowe, religię chrześcijańską i właściwy jej system wartości wraz z całym Kościołem, normalne społeczeństwo, normalną rodzinę, normalne nauczanie, własność prywatną, przyrodzoną tożsamość. W zamian jest im obiecywana wolność wyboru wszystkiego. Nieszczęśni nie widzą, że niszczą właśnie to, co może im zapewnić i obronić wolność realną.

Im więcej wolno w sferze obyczajowej, tym na więcej ludzie sobie pozwalają. Gdy usunięte zostają hamulce moralne i obyczajowe, wolno wszystko. Następuje wyzwolenie, i odtąd już nikt niczego nie musi, ale każdy wszystko może. Dawniej różnym ludziom różnych rzeczy robić nie wypadało, na przykład nie wypadało kobietom upijać się w sztok i ruszać w miasto, nie wypadało zmieniać partnerów seksualnych jak prezerwatyw, nie wypadało dojrzałej kobiecie zachowywać się jak podfruwajka. Nie wypadało mężczyźnie zachowywać się jak sztubak, nie wypadało postępować po chamsku i agresywnie, szczególnie wobec kobiet. Nie wypadało łajdaczyć się i tracić honor. Nie wypadało robić z gęby cholewy, roztkliwiać się nad sobą i być mamisynkiem. Nie wypadało też kraść i gwałcić.

Dziś wypada wszystko każdemu i każdej. Obyczaj ani norma religijna nie strzegą już ludzi przed ludźmi. Nastała wolność wyzwolona, więc ludzie, którzy się uwolnili uważają, że wolno im wszystko, chyba że jest jakaś bariera fizyczna. Taką barierą jest chociażby nieuchronność kary za czyn zabroniony. Wymaga to jednak sprawnego aparatu służb, które tych zakazów będą strzec i egzekwować konsekwencje. Takie podejście wymaga więc aparatu inwigilacji i represji, który będzie sprawny, czyli nie tylko, że ukarze po fakcie, ale zabezpieczy przed faktem. Dawniej nie było to możliwe, więc na straży ludzi musiały stać normy religijne i obyczajowe. Po ich zniesieniu na straży bezpieczeństwa muszą więc stanąć służby państwowe, wyposażone w aparat przymusu, śledzące, inwigilujące, podsłuchujące, obserwujące, tak, aby w każdej chwili móc wkroczyć w czasie rzeczywistym i uniemożliwić czyn zabroniony przez prawo. Wymaga to więc również ciągłego poszerzania katalogu czynów niedozwolonych, podlegających ściganiu.

Stąd właśnie bierze się lewicowa koncepcja gwałtu, według której każde zachowanie mężczyzny wobec kobiety jest molestowaniem i może zostać odczytane jako przemoc seksualna. Dlatego też głosicielki tego konceptu chcą całą sferę kontaktów damsko-męskich objąć skrupulatną kontrolą państwa, szczególnie w sferze seksualnej. Nawet pożycie małżeńskie ma zostać objęte ścisłym monitoringiem, ponieważ może tam dochodzić do przypadków gwałtu małżeńskiego. Służby muszą mieć taką wiedzę i taką sprawczość, aby móc w każdej chwili wkroczyć między mężczyznę i kobietę, by uniemożliwić gwałt lub nawet zwykłe molestowanie. I wyzwoleni od religii i obyczaju swobodni ludzie akceptują coraz większą ingerencję lewicowych mechanizmów w swoje życie prywatne, sięgającą stref najbardziej intymnych, jednocześnie oburzając się na Kościół, że mówi im, co mają robić.

Inny ciekawy przykład wyzwolonej wolności obraca się wokół dobrostanu. Jest to temat na osobny artykuł, nadmienię tylko, że dla wyzwolonych ludzi celem życia nie są żadne dobra wyższe, żadne zbawienie duszy, nic z tych rzeczy. Dla nich najważniejszy jest ich własny dobrostan, czyli poczucie psychofizyczne stanu, który uważają za optymalny, do czego jest niezbędna wyzwolona wolność. Ale żeby korzystać z wolności do dobrostanu, trzeba dobrze czuć się fizycznie, trzeba mieć zdrówko, więc trzeba być bezpiecznym od morowego powietrza. I właśnie w imię swojego bezpieczeństwa i dobrostanu ci najbardziej wyzwoleni ludzie dobrowolnie zamknęli się do więzień domowych na rok cały lub dłużej. Bo mieli do tego wolność, której też domagali się dla innych, a to w imię bezpieczeństwa, aby nie mogli chodzić ci, co powietrze morem zatruwają. Ci najbardziej wyzwoleni, którzy odrzucili naród i wiarę, bo im wolność uskuteczniać przeszkadzały, w imię swej wolności sami zamknęli się do więzień, płacąc jeszcze za to. I dotąd jeszcze wolności swej głośno bronią, pod celą siedząc.

Każde takie wkroczenie w obszar wolności realnej wymaga licznych służb inwigilacji, kontroli i przymusu, a także specjalistycznej aparatury. Im więcej pilnowania, tym więcej ludzi potrzeba. Im więcej ludzi zatrudniają, tym więcej pilnować można, kolejne wyspy wolności są więc pochłaniane przez wiecznie głodnych kolejnej porcji władzy urzędników i innych pilnowaczy. Już C. Northcote Parkinson o tym pisał w słynnym „Prawie Parkinsona”. Ci wszyscy pilnowacze są skuteczni, bo mają kogo, co i czym pilnować, bo narzędzia nowe wciąż dostają, od tych, co potrafią je tworzyć i z nich korzystać, czyli od właścicieli ogromnych kapitałów. Od tych samych, którzy smartfoniki z aplikacjami wcisnęli w rękę każdemu młodemu i młodej. „Teraz się wyzwalajcie, a my wam tak śrubę przykręcimy, że ani piśniecie, ale w końcu sami chcieliście, a jeszcze nam płacicie za to” – mówią już coraz bardziej bez ogródek ustami Hararich i Schwabów.

Mamy więc wyzwalanych, którzy są pewni swej samodzielności i sprawczości w samowyzwalaniu. Nie dostrzegają jednak tego, że w istocie ich wyzwolenie nie jest spontaniczne, lecz dyktowane, kierowane, bodźcowane, wpisane w globalną strategię przejmowania władzy absolutnej. Uwadze wyzwalanych umyka też zakres wyzwolenia. Wydaje im się bowiem, iż jest ono pełne, do wszystkich różnorodnych możliwości. Tymczasem wolno robić wszystko, pod warunkiem, że jest to wpisane w globalne strategie zrównoważonego rozwoju. Jak w fabryce Forda – każdy, pod warunkiem, że czarny (w sensie dosłownym – według krytycznej teorii rasy dobry może być tylko ten, kto jest mentalnie czarny). W szczególności wyzwolonym do wolności globalnej nie wolno wybrać ani drogi katolickiej, ani narodowej, ani broń Boże patriarchalnych wzorców postępowania. Wyzwolony człowiek nie może robić tego, co chce, ale to, czego chcą zamaskowani wyzwalacze.

Ta ich wyzwolona wolność w miejsce usuniętych: tradycji, obyczaju, religii, tego, co wypada, co nie wypada wprowadza nowe życie, które oficjalnie w pełni wolne jest, ale w istocie podlega stopniowo coraz bardziej drobiazgowym regulacjom, ogarniającym kolejne obszary życia, w stopniu tak głębokim, jak w najbardziej totalitarnych ustrojach, a nawet bardziej, bo tamci takiej technologii nie mieli. Bo też ten ustrój, który ma powstać w rozwinięciu wyzwolonej wolności jest totalitaryzmem, jakiego świat nie widział – totalitaryzmem pełnej kontroli całego życia we wszystkich przejawach – totalitaryzmem pełnego przepływu danych, pełnej wiedzy systemu o ludziach, pełnej kontroli systemu nad ludźmi. Przyszłością świata wyzwolonej wolności będzie wolność robienia tylko tego, tylko wtedy, tylko w taki sposób, tylko w takim zakresie, który zostanie zaakceptowany przez system. Jest to w istocie chiński model kontroli społecznej, tyle, że na Zachodzie jest wprowadzany w inny sposób. W Chinach ludzie akceptują jawną kontrolę ruchu ciał, bo przywykli przez wieki. Na Zachodzie to samo globalny kapitał chce osiągnąć przez kontrolę umysłów.

Jakże skromnie przy tym wyglądają ograniczenia normalnego społeczeństwa, narodu i państwa, rodziny i Kościoła, odrzucone przez wyzwolonych ludzi. Tu daje się tylko ogólne instrukcje, nie chcąc wcale wtrącać się w szczegóły ani ludziom życia kontrolować. Tu ludzie pilnują się sami, ponieważ Boga się boją, a innych szanują, bo bliźniego swego jak siebie samego. Pracę także cudzą cenią, wartość swojej własnej znając, przykazane mając, że z pracy rąk swoich żyć mają, kraść więc im nie wolno.

Także samo ani zabierać, ani pożądać cudzego, ani gwałcić, ani molestować, ani żony ni męża zdradzać. Przemocy unikają, lecz gdy groza, wtedy do obrony dzielnie stanąć mają. Człowiek ma wolność robienia tego, co chce, ale powstrzymuje go opinia innych ludzi i lęk przed karą po śmierci. Porównajcie sobie teraz obydwa zakresy wolności i mechanizmy kontroli społecznej.

Trzeba, aby wreszcie tym ludziom zachłyśniętym nowościami ktoś powiedział, co tu jest nowe, co stare, co dobre, co złe, i co prawdziwą wolnością jest, a co zniewoleniem.

_____________

Wolność wyzwolona i zniewolenie, Bartosz Kopczyński, 21 czerwca 2023

Nikomu nieznana feministka zamiast Szekspira, czyli o zmianach w „podstawie programowej”.

Nikomu nieznana feministka zamiast Szekspira, czyli o zmianach w podstawie programowej”. pch24.pl/feministka-zamiast-romea-i-julii

Ministerstwo Edukacji Narodowej nie próżnuje i robi, co może, aby zająć nam umysły i czas, dbając zapewne w ten sposób o rozwój intelektualny społeczeństwa. Najpierw Barbara Nowacka włożyła kij w mrowisko, zapowiadając zlikwidowanie prac domowych, teraz jej resort ostro zabrał się za zmiany w podstawie programowej. Ponieważ zapowiadała otwartość na konsultacje, to i otworzyła 12.02 pre-konsultacje, które trwały całe siedem dni. To zdecydowanie za mało, aby w godziwy, spokojny sposób podjąć refleksję nad tak ważnymi zmianami. Nie składamy jednak broni.

Bardzo wielu nauczycieli, rodziców, działaczy podjęło rękawicę i przeanalizowało propozycje zmian w podstawach programowych  oraz wyraziło swoją opinię. W poniedziałek (19.02) przedstawiciele organizacji pozarządowych (m.in. nasze Stowarzyszenie „Nauczyciele dla Wolności”) wzięli udział w zorganizowanych przez MEN konsultacjach on-line zmian w podstawach. Są one mocno krytykowane. Czego dotyczą w zakresie nauczania języka polskiego?

Nie trzeba rozumieć ani literatury, ani  medialnego świata

Wesprzyj nas już teraz!

25 zł

50 zł

100 zł

Choć otoczeni jesteśmy przez media, reklamy, telewizyjne seriale, resort nie uważa za potrzebne uczenie dzieci i młodzieży korzystania z tych dobrodziejstw współczesności. Z podstawy programowej postanawia usunąć zapisy, które obejmują umiejętność identyfikowania i rozumienia zarówno tekstów publicystycznych  (SP IV-VI I 2.1), dzieł filmowych (SP IV-VI I 2.9),  jak i reklam – i to zarówno w szkole podstawowej (SP VII-VIII III 1. 8) , jak i konsekwentnie w średniej (LO III 1.8 zakres podstawowy). Uczeń nie będzie już ćwiczył rozpoznawania i rozróżniania środków perswazji i manipulacji w tekstach kultury reklamowych oraz nie będzie określał ich funkcji. Nie podejmie również refleksji nad pragmatycznym i etycznym wymiarem obietnic składanych w tekstach reklamy.

Ponadto nie potrzebne jest już według ministerstwa określanie cech stylu wypowiedzi internetowych oraz wartościowanie wypowiedzi tworzonych przez internautów (LO II 2.8 zakres rozszerzony). Jak widać, uczniowie zostaną pozbawieni umiejętności krytycznego przyjmowania otaczającej ich medialnej rzeczywistości. Nie rozpoznają kłamstwa ani manipulacji, czyli uwierzą we wszystko, co przekażą im media. Chyba skądś to znamy… Resort postanowił postawić kropkę nad i, po prostu nie dać młodzieży skutecznego narzędzia w walce o uczciwość medialnego przekazu. Nikt nie będzie przecież podcinał gałęzi, na której siedzi…

Lek na eskalację agresji?

Dużo mówi się o problemach psychicznych dzieci i młodzieży, o braku umiejętności społecznych, o zachowaniach depresyjnych i agresywnych, o spektrum autyzmu. Rośnie nam społeczeństwo pełne deficytów emocjonalnych, któremu władze celowo chcą także obniżać  poziom intelektualny poprze forsowanie edukacji włączającej vel dostępnej dla wszystkich. Jakie lekarstwo na to proponuje MEN? Otóż będzie to rezygnacja z ćwiczenia umiejętności reagowania na przejawy agresji językowej, np. poprzez zadawanie pytań, proszenie o rozwinięcie lub uzasadnienie stanowiska, wykazywanie sprzeczności wypowiedzi (LO III 2.3 zakres podstawowy). Młodzi ludzie niewspierani w nabywaniu takich umiejętności na agresję słowną odpowiedzą agresją… ale niekoniecznie li tyko językową. Autorzy zmian zrezygnowali również z zapisu o rozpoznawaniu elementów erystyki w dyskusji oraz ocenianiu ich pod względem etycznym (LO III 1.9 zakres podstawowy). Szkoda, że nie ułatwia się młodzieży podjęcia refleksji nad sposobami rozwiązywania sporów i udowadniania swoich racji.

A miało być mniej wiedzy encyklopedycznej…

Ministerstwo chce być nowoczesne i hołduje wielu nowym ideologiom. A jednak rezygnuje z refleksji nad funkcjonalnością języka (SP IV-VI II 1.7 i II 1.11), a także unika zachęty do pogłębionej lektury tekstów literackich i odnoszenie ich do własnego doświadczenia (SP IV-VI I 1.16). Czy wrażliwy, mądry absolwent, który potrafi rozpoznać konteksty kulturowe i historyczne utworów literackich (SP VII-VIII I 1) nie jest w obszarze zainteresowań resortu?

Czy przygotuje do życia…?

Szkoła to tylko pewien etap w życiu człowieka, który po ukończeniu szkoły średniej wkracza w świat ludzi dorosłych, podejmuje obowiązki zawodowe, staje się samodzielny. Rynek pracy wymaga od młodego pracownika pewnych określonych umiejętności. Najpierw trzeba znaleźć pracę, aplikując na odpowiednie stanowisko, składając CV, list motywacyjny, uczestnicząc w rozmowie kwalifikacyjnej. Potem czekają nas często publiczne wystąpienia, udział w projektach, wygłaszanie referatów czy też demonstrowanie prezentacji lub towarów klientowi.

Wszystkie te umiejętności można by przynajmniej w jakiejś mierze wyćwiczyć w szkole, gdyby… ktoś nie wykreślił z podstawy programowej prób recytacji (SP VII-VIII I 1.12), które mają już przepaść na wieki w całym cyklu kształcenia po klasie III szkoły podstawowej.  Gdyby pozostawiono chociaż egzemplifikację form uczestnictwa w projektach i konkursach, czyli umiejętność tworzenia różnorodnych prezentacji, projektów wystaw, realizacji krótkich filmów z wykorzystaniem technologii multimedialnych (SP VII-VIII IV 4). Niestety wszystkie te atrakcyjne dla młodego człowieka formy odejdą w zapomnienie razem z recytacją… To może chociaż nauczymy dzieci pisać CV, list motywacyjny, życiorys czy protokół, jak miało to miejsce do tej pory? Niestety i tu się zawiedziemy. Wszystkie formy mają zniknąć z podstawy programowej (SP VII-VIII II 2.1, LO III 2. 5 zakres podstawowy).

Trzeba zrobić cięcia!?

Z pewnością trzeba jakoś zmienić podstawę programową. Nie jest to jednak takie łatwe, jak się wydaje autorom zmian. A może w gruncie rzeczy jest to od dawna planowane lub sterowane działanie, gruntownie przemyślane przez speców od sterowania umysłami? Jakie teksty znikną ze szkolnych ław?

„Nam strzelać nie kazano, wstąpiłem na działo…” – tak, tak wszyscy to znamy. To przecież „Reduta Ordona”! A to? „Tato nie wraca ranki i wieczory, We łzach go czekam i trwodze…” – no oczywiście, „Powrót taty”! I do kompletu zagadka: „Ach, to była dziewica, To Litwinka, dziewica-bohater, Wódz Powstańców – …”? Wszyscy wiemy jak dokończyć ten fragment, wszyscy rozpoznaliśmy poprzednie utwory. To nas łączy, daje wspólnotę doświadczeń literackich, a zarazem uczy piękna języka, Mickiewiczowskiego wiersza, rytmu, średniówki. I tego właśnie zostaną pozbawione polskie dzieci. I nie będzie też Zosi Bobrówny, która ma się od kwiatków nauczyć śpiewać na polecenie Juliusza Słowackiego… W szkole podstawowej dzieci w ogóle nie poznają poezji tego wieszcza narodowego i nie usłyszą o Norwidzie, który tęskni do kraju tego… Bo może nie wszyscy, którzy urzędują na Szucha podzielają tę tęsknotę… Plan unifikacji europejskich systemów nauczania w ramach Europejskiego Obszaru Edukacji stoi za plecami naszych narodowych wieszczów i czeka na zmianę warty…

Fragmentaryzacja pereł literatury i wstydzenie się noblistów

Rzeczą mocno zaskakującą jest fakt, że polscy uczniowie przez cały okres edukacji nie będą mieli okazji przeczytać całego „Pana Tadeusza”. Fragmenty poznają w szkole podstawowej i fragmenty w średniej. Nikt nie określa jednak, ile ich ma być i konkretnie jakie. Nauczyciel nie będzie musiał wcale wybrać „Inwokacji”… Jak zrozumieć geniusz Mickiewicza bez znajomości całego tekstu? Jak ukazać piękno języka, zamysł artystyczny, jak odkryć tę „polskość ukrytą w trzynastozgłoskowcu i średniówce”?

W dziedzinie literatury przyznano Polakom 5 nagród Nobla. Nobliści to m.in. Henryk Sienkiewicz i Władysław Reymont. Jakie jest to symptomatyczne, że właśnie ich utwory mają znaleźć się poza kanonem lektur obowiązkowych! „Quo vadis”, które walnie przyczyniło się do otrzymania nagrody Nobla i zostało przetłumaczone na 57 języków, stanie się lekturą uzupełniającą. „W pustyni i w puszczy” będzie czytane tylko we fragmentach (jakich?, ilu? – tego nie wiadomo). A „Chłopi”, których ekranizacja zdobyła potrójne Złote Lwy i którego światowa premiera odbyła się podczas Prezentacji Specjalnych Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Toronto, gdzie publiczność przyjęła obraz owacją na stojąco, zostali przesunięci na listę lektur zakresu rozszerzonego, czyli pozna to dzieło zaledwie część młodzieży. Czy my się naprawdę musimy wstydzić noblistów? Czy to nie powinien być nasz „towar eksportowy”, ale znany też przez wszystkich Polaków?

Wyrzucone hymny

W 1927 roku do miana hymnu narodowego pretendowała „Rota” Marii Konopnickiej. Podobną funkcje spełniał wcześniej „Hymn do miłości Ojczyzny” Ignacego Krasickiego – oba utwory, choć na inny sposób, przepojone miłością i przywiązaniem do ojczystego kraju. I chyba ta miłość zbyt gorąca, jednoznaczna, nie pasuje do współczesnych standardów, więc hymny odkładamy do lamusa. Nie pozna ich już w myśl zmian w podstawie programowej polskie dziecko. Maria Konopnicka w ogóle zniknie z ławy szkolnej i przejdzie na emeryturę, a Krasicki, ten wszechstronnie utalentowany „książę poetów” będzie musiał zadowolić się jedynie kilkoma bajkami w klasach IV-VI. W liceum i technikum ponadto uczniowie na poziomie podstawowym mają nie czytać „Legendy o świętym Aleksym”, fragmentów „Kronik” Galla Anonima, fragmentów „Pamiętników” Jana Chryzostoma Paska, „Konrada Wallenroda”. Za trudne, za święte, za polskie….

Zamiast Romea i Julii „osoba autorska”

Wisienką na torcie tych wszystkich zmian jest propozycja nowej lektury uzupełniającej w szkole średniej. Nowej w sensie dosłownym, gdyż pozycja ta została wydrukowana zaledwie dwa miesiące temu (sic!). Skąd wzięła się Maria Halber, autorka nowej lektury pt. „Strużki”? Skoro trafiła do podstawy programowej, jest z pewnością uznanym autorem ze znacznym dorobkiem literackim… Przecież MEN na pewno nie bierze pierwszej lepszej książki z półki. Skądś jednak wytrzasnął Marię Halber, mało znaną poetkę, która po raz pierwszy sięgnęła po prozę i napisała „Strużki”. Czy podstawa programowa to od dziś miejsce na debiuty literackie? Jak to jest, że wyrzucona została z niej tragedia Szekspira o znanych na całym świecie kochankach z Werony, wpisana w kod kulturowy literatury europejskiej od niemal 500 lat, a zagościła debiutancka powieść „osoby autorskiej”, która chce zmieniać „kolektywną wyobraźnię” i jak sama mówi, „jest zaangażowana politycznie”?

Cóż więc mamy w ramach odchudzania podstawy programowej? Mniej refleksji, brak narzędzi i nową autorkę w zamian za Szekspira. Bilans niezbyt korzystny… Walczymy jednak dalej, bo to o nasze dzieci chodzi!

Agnieszka Pawlik-Regulska

Seks-edukacja zamiast matematyki i polskiego?

Ordo Iuris
Szanowny Panie,w tych dniach rozpoczyna się najważniejsza walka o edukację i wychowanie młodego pokolenia. Bez zawahania można powiedzieć, że od siły i skali naszej reakcji zależeć będzie los Polski w kolejnych dekadach XXI wieku.
Ministerstwo Edukacji Narodowej przedstawiło propozycje drastycznego „odchudzenia” podstawy programowej w szkołach na każdym poziomie edukacji. Deklarowanym celem jest zapewnienie „czasu na spokojniejszą i bardziej dogłębną realizację tych zagadnień, które w podstawie programowej pozostaną”. 
Oczywisty sprzeciw budzą radykalne cięcia w przedmiotach ścisłych, wprowadzane bez zrozumienia podstawowych pojęć z zakresu matematyki i fizyki… co doprowadzi do pozbawienia naszych dzieci umiejętności zrozumienia coraz bardziej złożonego otoczenia.
Jednak prawdziwa katastrofa dzieje się w zakresie nauk humanistycznych. Wystarczy pokrótce zapoznać się z propozycjami Ministerstwa, by dostrzec, że wykreślane tematy nie są przypadkowe, ale zmierzają do wyobcowania młodych Polaków z narodowej historii i kultury.
Jednak nie wszystkie zajęcia mają zostać „odchudzone”. 
Część czasu zabranego z lekcji matematyki, polskiego i historii dzieci mają poświęcić na… wulgarną edukację seksualną.W szkole „zreformowanej” przez – znaną z aborcyjnej aktywności – minister Barbarę Nowacką pominięte lub okrojone miałyby być między innymi tematy dotyczące konfliktu Polski z Cesarstwem Niemieckim, wojen polsko-krzyżackich, konfederacji barskiej, powstania wielkopolskiego, powstań śląskich, obrony Polski przed napaścią hitlerowskich Niemiec w 1939 roku, mordowania Polaków przez niemieckich i sowieckich okupantów, ratowania Żydów przez Polaków w trakcie II Wojny Światowej czy walki „Żołnierzy Wyklętych” z Sowietami.Spośród celów nauczania historii ma zostać wykreślone dążenie do rozbudzania w uczniach „poczucia miłości do ojczyzny przez szacunek i przywiązanie do tradycji i historii własnego narodu oraz jego osiągnięć, kultury i języka ojczystego”. Ministerstwo chce wykreślenia z listy lektur nielicznych dzieł św. Jana Pawła II i bł. kard. Stefana Wyszyńskiego, usunięcia tematów dotyczących prześladowań Kościoła w okresie stalinowskim czy wzmianki o postaci św. Maksymiliana Kolbe.Sprzeciwiając się pomysłom minister Nowackiej – we współpracy z licznymi ekspertami i organizacjami specjalizującymi się w systemie edukacji – opracowaliśmy analizę poświęconą propozycjom zmian w podstawie programowej, którą przekazaliśmy ministerstwu i nagłośniliśmy w mediach.
Resortowe zmiany w programie szkół eksperci podsumowali jako:
depolonizację
dechrystianizację
dehumanizację
deprawacjęi
degradację 
całego systemu edukacji.Wskazane zmiany – w połączeniu z zapowiedzianą likwidacją prac domowych – doprowadzą do obniżenia poziomu nauczania, skutkując drastycznym zmniejszeniem wiedzy uczniów i ich zdolności do krytycznego, samodzielnego myślenia.Tzw. prekonsultacje do propozycji zmian w podstawie programowej zakończyły się 19 lutego. Obecnie czekamy na projekt rozporządzenia MEN w sprawie nowej podstawy programowej. Dokument musi zostać skierowany do konsultacji społecznych.Gdy to się stanie – będziemy nie tylko służyć merytoryczną analizą prawną wszystkich proponowanych projektów, ale także przeprowadzimy mobilizację wszystkich przejętych losem naszych dzieci, bo tylko masowy sprzeciw Polaków może zmusić rząd Tuska do wstrzymania antynarodowej i antychrześcijańskiej rewolucji w edukacji.Aby wesprzeć działania Instytutu Ordo Iuris, proszę kliknąć w poniższy przyciskBroniąc polskiej szkoły, zabraliśmy głos w konsultacjach nad projektem rozporządzenia w sprawie likwidacji prac domowych. W przedstawionej ministerstwu analizie wykazaliśmy, że forma i zakres zmian wprowadzanych w dokumencie narusza obowiązujące przepisy rangi ustawowej i konstytucyjnej. Ponadto, zniesienie prac domowych może skutkować pogłębieniem różnic w wynikach w nauce osiąganych pomiędzy uczniami, którzy mają dobre stopnie i tymi, którzy potrzebują dodatkowej motywacji – np. w formie pracy domowej – aby powtórzyć materiał omawiany na lekcji. Pogłębią się także różnice pomiędzy szkolnictwem publicznym, a odpłatnym i oferującym więcej godzin zajęć szkolnych szkolnictwem prywatnym.Wobec tych radykalnych zmian rodzi się podejrzenie, że „odchudzenie” podstawy programowej ma na celu zrobienia miejsca dla zajęć wulgarnej edukacji seksualnej.Tym bardziej, że sama Minister Nowacka zapowiedziała, że w ramach nowego programu „edukacji prozdrowotnej” wszystkim polskim uczniom przekazywana będzie wiedza „nie tylko nowoczesna, ale również wolna od uprzedzeń i ideologii”. Cóż miałoby to oznaczać w praktyce?Odpowiedzi na to pytanie udzielił Rzecznik Praw Pacjenta Bartłomiej Chmielowiec, który pisał do minister Nowackiej by „edukacja zdrowotna” stała się okazją „na poruszenie między innymi kwestii takich jak seksualność, profilaktyka związana ze zdrowiem psychicznym, szacunek dla osób LGBT i ich seksualności”.
Po co nowy przedmiot? To proste. Tylko w ten sposób rząd może uczynić wulgarną edukację seksualną przedmiotem obowiązkowym. W przypadku odmowy posłania dziecka na deprawacyjne warsztaty rodzicom grozić będą kary za… uchylanie się od realizacji obowiązku szkolnego.Przewidując nadchodzącą promocję wulgarnej edukacji seksualnej, przygotowaliśmy cykl esejów poświęconych edukacji seksualnej, publikowanych co tydzień od grudnia na stronie Instytutu Ordo Iuris. Zawierają wiele szokujących faktów dotyczących genezy i założeń edukacji seksualnej oraz przykładów jej wdrażania w państwach Europy zachodniej.Lektura tych tekstów na pewno otworzy oczy wielu osobom, które nie są świadome tego, czym dziś jest w praktyce permisywna edukacja seksualna intensywnie promowana na Zachodzie.W ramach zakończenia całego cyklu publikacji, zorganizowaliśmy debatę ekspertów, w której obok prawników Ordo Iuris udział wzięli także ginekolog i położnik – prof. Bogdan Chazan, była małopolska kurator oświaty – Barbara Nowak, psycholog z Instytutu Ona i On – Agnieszka Marianowicz Szczygieł i autorka podręczników do wychowania do życia w rodzinie oraz była przewodnicząca Zespołu Opiniodawczo-Doradczego MEN – Teresa Król.Prawnicy Ordo Iuris są w nieustannej gotowości, aby interweniować wszędzie tam, gdzie genderowi aktywiści będą usiłowali wejść do szkół wbrew woli rodziców albo gdzie będą zmuszali nauczycieli do przekazywania uczniom wulgarnych i ideologicznych treści. Żadna rodzina oraz żadne dziecko nie pozostaną bez naszego wsparcia.Obrona polskiej edukacji jest kluczowa dla uratowania młodego pokolenia Polaków przed wyobcowaniem z narodowej kultury i chrześcijańskiego dziedzictwa oraz genderową demoralizacją. Głęboko wierzę w to, że – z pomocą ludzi takich jak Pan – jesteśmy w stanie zatrzymać ideologiczną rewolucję w polskiej szkole.
Propozycje minister Nowackiej uderzają w polski system edukacjiPragnąc, aby polskie dzieci nadal uczyły się w polskiej szkole o polskich bohaterach i arcydziełach narodowej literatury – wspólnie z organizacjami zajmującymi się sprawami oświatowymi oraz ekspertami w tej dziedzinie – przygotowaliśmy analizę zaproponowanych przez ministerialnych ekspertów zmian do podstawy programowej.W dokumencie wskazaliśmy, że usuwanie z lekcji historii odniesień do ważnych dla naszego Narodu postaci i wydarzeń jest szkodliwe. 
Wbrew deklaracjom autorów zmian, nie skutkuje to redukcją treści, ale zmianą charakteru nauczania historii. Obecnie uczniowie poznają dzieje Polski poprzez postacie historyczne. Dzięki temu historia jest przedmiotem żywym i zrozumiałym. Jeśli proponowane zmiany wejdą w życie, uczniowie mogą nie usłyszeć o Zawiszy Czarnym, o. Augustynie Kordeckim – obrońcy jasnogórskiego klasztoru w trakcie potopu szwedzkiego czy wymienionym w hymnie narodowym, uczestniku wojen XVII-wiecznych, hetmanie Stefanie Czarnieckim. Z programu mają zniknąć tematy dotyczące bohaterstwa Polaków w trakcie II wojny światowej, np. obrony Westerplatte, Wizny i Warszawy oraz bitwy nad Bzurą i pod Kockiem. Z wcześniejszych okresów historii Polski pominięte w podstawie programowej miałyby zaś być nawet takie wydarzenia jak zwycięstwo grunwaldzkie czy hołd pruski.W złożonej do MEN analizie dowodzimy, że podobne zmiany zanegują wychowawczy cel historii, sprowadzając ten przedmiot do suchej faktografii. Będzie to sprzeczne z celami edukacyjnymi wyrażonymi w preambule ustawy Prawo oświatowe, która stanowi, że „kształcenie i wychowanie służy rozwijaniu u młodzieży poczucia odpowiedzialności, miłości Ojczyzny oraz poszanowania dla polskiego dziedzictwa kulturowego”.Podkreślamy konieczność utrzymania w podstawie programowej powszechnie lubianych i wykorzystywanych podczas uroczystości szkolnych pieśni patriotycznych, które stanowią niezwykle cenny łącznik międzypokoleniowy pomiędzy Polakami z różnych epok. Wskazujemy, że wbrew zaleceniom ministerialnych ekspertów polska epopeja narodowa „Pan Tadeusz” powinna być nadal znana polskim maturzystom w całości, a nie tylko we fragmentach, gdyż od lat stanowi fundament polskiej tożsamości. Wskazujemy, że młodzi Polacy powinni mieć w szkole możliwość poznania twórczości św. Jana Pawła II i bł. kard. Stefana Wyszyńskiego, których dzieła obecnie znajdują się na liście lektur uzupełniających.Drastyczne okrojenie programu nie ominęło też matematyki, która jest królową nauk, czy fizyki, która pozwala zrozumieć świat.
Zamiast tego minister Nowacka chce wprowadzić do szkół nowy przedmiot w postaci „edukacji zdrowotnej”, w ramach którego może dojść do próby wprowadzenia do polskich szkół wulgarnej edukacji seksualnej oraz oswajania naszych dzieci z propagandą lobby LGBT. Niestety, o ile obecnie na przekazywanie dzieciom treści związanych z wrażliwą tematyką psychoseksualną trzeba uzyskać zgodę ich rodziców, o tyle uczestnictwo w lekcjach nowego przedmiotu będzie obowiązkowe.Brak naszej stanowczej reakcji na to zagrożenie może doprowadzić do sytuacji, w której polscy rodzice, którzy odmówią posyłania swoich dzieci na takie zajęcia będą represjonowani i karani. W Niemczech od lat za odmowę posłania dziecka na lekcje wychowania seksualnego grozi kara grzywny, a w przypadku odmowy jej zapłacenia aresztu. W niektórych przypadkach dzieci są z tego powodu zabierane z domu, a rodzice tracą prawo do opieki nad nimi.Aby wesprzeć działania Instytutu Ordo Iuris, proszę kliknąć w poniższy przyciskPolska edukacja zostanie podporządkowana UE?Zapowiadane przez minister Nowacką zmiany w podstawie programowej przedmiotów szkolnych, zmierzające do przemiany polskiej tożsamości w tożsamość ogólnoeuropejską, wychodzą naprzeciw projektowanym przez eurokratów zmianom w traktatach europejskich. Ich częścią jest między innymi poszerzenie kompetencji UE w zakresie edukacji.Omawiamy to zagrożenie w naszym raporcie „Po co nam suwerenność?”, gdzie wskazujemy, że zwolennicy Państwa Europa chcą, aby ten kluczowy obszar – edukacja – został przeniesiony ze strefy wyłącznych kompetencji państw członkowskich UE do strefy kompetencji dzielonych. 
W praktyce oznaczałoby to przyznanie UE pierwszeństwa w decydowaniu o tym, czego mają się uczyć polskie dzieci. W rezultacie to, czy w programie edukacji uczylibyśmy się o narodowej kulturze i historii, nie zależałoby od wybranych przez Polaków posłów i ministrów, ale niewybieralnych unijnych urzędników, którzy nie musieliby się liczyć z naszym zdaniem.Mogłoby to doprowadzić do sytuacji, w której zmierzający do pogłębienia integracji eurokraci nakazaliby Polakom skoncentrowanie na uczeniu wspólnej, europejskiej historii, obejmującej tematy takie jak „Europejczycy w czasach konfliktów narodowych” czy „dzieje integracji europejskiej”, traktując po macoszemu lub całkowicie pomijając omówienie historii własnego narodu. Podobnie mogłaby zostać potraktowana nauka własnego języka, która zostałaby okrojona kosztem języków największych państw UE.Unifikacja systemów edukacji krajów UE umożliwi ponadto radykałom odgórne narzucenie Polakom i innym konserwatywnym narodom naszego regionu wprowadzenie do szkół – i to od najmłodszych klas – obowiązkowych zajęć wulgarnej edukacji seksualnej.
Kto stoi za permisywną edukacją seksualną?Aby uświadomić Polakom zagrożenia związane z permisywną edukacją seksualną – określaną przez jej zwolenników jako wszechstronna lub kompleksowa – opracowaliśmy cykl esejów, w których przeanalizowaliśmy założenia tego modelu, jego genezę, sposób realizacji, metody działania edukatorów seksualnych oraz możliwe konsekwencje jej wdrażania dla dzieci i młodzieży.W eseju poświęconym genezie współczesnej edukacji seksualnej wskazujemy na prekursorów permisywnego – tj. zezwalającego na niemal zupełną swobodę w postępowaniu i zachowaniu – modelu edukacji seksualnej. Jednym z nich jest współtwórca marksistowskiej szkoły frankfurckiej Herbert Marcuse, który w książce „Eros i cywilizacja”, twierdził, że „dopiero urzeczywistnienie i wydobycie erotycznej natury człowieka (…) da ludzkości prawdziwe wyzwolenie”. Przeciwników rewolucji seksualnej uznawał za faszystów. Innym z ojców wulgarnej edukacji seksualnej był amerykański entomolog Albert Kinsey, który twierdził, że człowiek jest istotą seksualną od urodzenia, dlatego nawet najmniejsze dzieci mają prawo do czerpania przyjemności ze swojej seksualności. Swoje twierdzenia Kinsey oparł na wynikach badań przeprowadzanych na dzieciach (w tym na niemowlakach!) dopuszczając się przy tym kryminalnym nadużyć seksualnych.Na koncepcje głoszone przez seksedukatorów wpływ miał także niemiecki psycholog i zdeklarowany homoseksualista Helmut Kentler, który w swojej książce „Wychowanie seksualne” jako cele pedagogiki seksualnej wymieniał między innymi onanizowanie dzieci od najmłodszych lat, łagodzenie tabu kazirodztwa między rodzicami i dziećmi czy wprowadzanie zabaw seksualnych w przedszkolach i szkołach. Kentler twierdził, że „stosunki pederastyczne mogą bardzo pozytywnie wpływać na rozwój osobowości chłopca”. Swoje teorie wcielił w życie organizując, trwający trzy dekady, tzw. eksperyment Kentlera, w ramach którego, przy wsparciu niemieckich urzędników, dzieci z domów dziecka były oddawane pod opiekę osobom podejrzewanym lub skazanym za przestępstwa pedofilskie. Po latach okazało się, że uczestniczące w eksperymencie dzieci były maltretowane i wykorzystywane seksualnie przez swoich opiekunów oraz samego Kentlera.W naszej publikacji wskazujemy, że bazująca na teoriach wymienionych autorów permisywna edukacja seksualna nie uznaje tematów tabu ani dolnej, sztywnej granicy inicjacji seksualnej. W parze z tym idą między innymi zalecenia Światowej Organizacji Zdrowia z 2010 r., które wprost mówią o tym, że małe dzieci już wieku 0-4 lat powinny być uczone na temat masturbacji. Uczestnictwo w takich zajęciach wyrabia w młodych ludziach błędne przekonanie, że zamiast panować nad własnymi popędami, należy im ulegać.


Czego seksedukatorzy chcą „uczyć” nasze dzieci?W esejach obnażamy fałszywą narrację radykałów, którzy chcą seksualizować dzieci między innymi pod pretekstem… przeciwdziałania dyskryminacji. Dowodzimy, że nieodłączną częścią składową forsowanej przez genderystów edukacji seksualnej jest oswajanie dzieci z niemal całkowitą swobodą zachowań seksualnych.
 Sekedukatorzy redukują ludzką seksualność do sfery przyjemności. Pomijają przy tym jej funkcję prokreacyjną a nawet więziotwórczą, roztaczając przed młodymi ludźmi wizję świata, w którym poczęcie dziecka jest problemem, niepożądanym efektem ubocznym współżycia seksualnego, zagrażającym wygodnemu stylowi życia, samorealizacji i dalszemu korzystaniu z „praw seksualnych”. W tej perspektywie zabicie dziecka nienarodzonego jest ukazywane jako rozwiązanie problemu oraz element tzw. praw reprodukcyjnych i seksualnych.
Dowodzimy, że wulgarna edukacja seksualna przekazuje dzieciom fałszywe twierdzenia ideologii gender, w myśl których o płci człowieka nie decydują fakty biologiczne, ale subiektywne odczucie, które – jak pokazują liczne przykłady osób po przejściu chirurgicznej „korekty płci”, żałujących swojej decyzji – może się zmieniać. Edukacja ta promuje także wysoce ryzykowny styl życia subkultury LGBT oraz homoseksualne praktyki. Kontakt z tego typu treściami wywiera negatywny wpływ na młodych ludzi, mogąc wywołać poczucie zagubienia, dezorientację oraz wątpliwości co do swojej tożsamości psychoseksualnej.W cyklu „O czym nie powiedzą edukatorzy seksualni?” omawiamy przykłady materiałów, gier, zabaw i podręczników, które są wykorzystywane w ramach zajęć edukacji seksualnej. Opisujemy między innymi niemiecki poradnik, który zaleca, aby w ramach zabawy małe dzieci wzajemnie poruszały się na czworaka jak psy i wzajemnie wąchały swoje części ciała – w tym miejsca intymne. Przywołujemy stworzony na zlecenie austriackiego Ministerstwa Edukacji, Sztuki i Kultury film instruktażowy dla młodzieży w wieku 12-18 lat, w którym prezentowane są animacje seksualne. Oglądająca go nastolatka usłyszy, że „od czternastych urodzin życie seksualne prowadzisz na własną odpowiedzialność. Od tej pory uważana jesteś za dojrzałą seksualnie. Rodzicom nic do tego i możesz sypiać z kim chcesz”. W publikacji zwracamy także uwagę na treści, na jakie mogą trafić dzieci w polskim internecie. Piszemy między innymi na temat publikacji Grupy Ponton, na której stronach internetowych możemy znaleźć zachęty do oglądania pornografii czy na treści publikowane przez Fundację SEXEDPL, założoną przez modelkę Anję Rubik, spotkaniem z którą nie tak dawno chwaliła się w mediach społecznościowych obecna minister edukacji Barbara Nowacka. Młodzi ludzie przeczytają tam między innymi na temat tego, jak przygotować się do seksu analnego, jak dbać o higienę gadżetów erotycznych oraz dowiedzą się, że decydując się na kolczyk w łechtaczce, można „zapewnić sobie dodatkowe bodźce nie tylko w trakcie pieszczot i stosunku, ale także podczas samego chodzenia”.
Pokazujemy efekty wulgarnej edukacji seksualnej
W naszym cyklu omawiamy też możliwe negatywne skutki poddawania dzieci genderowej seksualizacji. Przywołujemy przykłady krajów zachodnich, gdzie coraz więcej młodych ludzi podejmuje ryzykowne praktyki seksualne propagowane przez lobby LGBT. Wskazujemy, że pomiędzy 2015 a 2020 rokiem w Wielkiej Brytanii odsetek takich osób wzrósł z 3,3% do 8% w przedziale wiekowym 16-24 lata. Z kolei w USA, pomiędzy rokiem 2012 a 2017, odsetek dorosłych osób deklarujących się jako „LGBT” wzrósł z 3,5% do 4,5%, przy czym wzrost nastąpił niemal wyłącznie w najmłodszej badanej grupie ludzi urodzonych pomiędzy 1980 i 1999 rokiem.Zwracamy także uwagę na lawinowy – rzędu od kilkuset do nawet kilkunastu tysięcy procent (USA 175%, Kanada 438%, Finlandia 543%, Holandia 804%, Wielka Brytania 2 353%, Włochy 7 100%, Australia 12 550%, Szwecja 19 600%) – wzrost zaburzeń tożsamości płciowej wśród młodzieży w krajach, które wprowadziły permisywistyczną edukację seksualną. Niestety znaczna część z tych dzieci nie otrzymuje fachowej pomocy psychologicznej, ale trafia w ręce „specjalistów”, którzy afirmują ich zaburzenia. W rezultacie dzieci otrzymują hormony płci przeciwnej i są poddawane nieodwracalnym, okaleczającym operacjom, które mają na celu zafałszowanie ich płci biologicznej.Uzupełnieniem naszego cyklu esejów jest dziesięć rozmów z ekspertami w tej wrażliwej tematyce, które ukazały się na naszym profilu w serwisie YouTube

Jeśli zapowiadane przez rząd Donalda Tuska zmiany w podstawach programowych wejdą w życie, młodzi Polacy nie poznają w szkołach kluczowych informacji na temat naszej narodowej kultury i historii. Ograniczona zostanie także ich wiedza w zakresie matematyki, fizyki, nauk przyrodniczych. W efekcie jeszcze łatwiej będą poddawani manipulacji i populistycznym hasłom lewicowych rewolucjonistów.W to miejsce wejdzie permisywna, wulgarna edukacja seksualna, w ramach której uczniowie będą zapoznawani z propagandą lobby LGBT. W rezultacie młode pokolenie zostanie zdemoralizowane, czego konsekwencje będą tragiczne. Nie mogąc do tego dopuścić, robimy wszystko, co w naszej mocy, by zatrzymać tę ideologiczną rewolucję w polskim systemie edukacji. Każde z naszych działań wymaga jednak zabezpieczenia określonych środków.
Stały monitoring prac rządu i Sejmu wymaga codziennego zaangażowania naszych analityków, którzy na bieżąco sprawdzają praktyczne skutki wdrażania proponowanych zmian prawa. Miesięczny koszt tej aktywności to co najmniej 6 000 zł. Pozwala nam to jednak na szybką reakcję za każdym razem, gdy radykałowie usiłują zmieniać prawo, aby dostosować je do swoich poglądów.Opracowanie każdej analizy to – w zależności od stopnia złożoności problemu oraz zakresu proponowanych zmian – koszt od 8 000 do nawet 15 000 zł.Podjęcie interwencji w obronie praw rodziców do wychowywania dzieci w zgodzie z własnymi przekonaniami lub w obronie nauczycieli, którzy nie chcą przekazywać swoim uczniom ideologicznych i wulgarnych treści to koszt niekiedy przekraczający nawet 10 000 zł. Spodziewamy się, że wskutek zapowiedzianego przez minister Nowacką otwarcia szkół na wulgarnych edukatorów seksualnych w najbliższych miesiącach, będziemy mieli szereg takich zgłoszeń.
Dlatego bardzo Pana proszę o wsparcie Instytutu kwotą 80 zł, 130 zł, 200 zł lub dowolną inną, dzięki czemu prawnicy Ordo Iuris będą skutecznie bronić polskich szkół przed depolonizacją, dechrystianizacją, dehumanizacją, deprawacją i degradacją.
Z wyrazami szacunkuAdw. Jerzy Kwaśniewski - Prezes Instytutu na Rzecz Kultury Prawnej Ordo IurisP.S. W dobie totalnej degradacji systemu szkolnictwa i edukacji w Polsce, nie możemy ograniczać się tylko do działalności reaktywnej. Musimy również sami wychodzić z inicjatywami konkretnych alternatyw edukacyjnych. Właśnie dlatego powołaliśmy do życia uczelnię Collegium Intermarium, która jest dziś oazą normalności w czasach szaleńczej, ideologicznej rewolucji. W Collegium Intermarium dążymy do powrotu do idei klasycznych uniwersytetów i klasycznego, wszechstronnego wykształcenia.

Aktualnie na Collegium Intermarium trwają zapisy na Studium Filozofii Realistycznej, w ramach którego będzie można zapoznać się z dziedzictwem europejskiej filozofii klasycznej. Koszt kursu to 1600 zł, ale dla sympatyków Instytutu Ordo Iuris przygotowaliśmy ofertę, dzięki której na hasło Ordo Iuris można będzie zapisać się na kurs w promocyjnej cenie 890 zł.
P.P.S. Chciałbym także zaprosić Pana na Mszę św. w intencji Darczyńców Instytutu Ordo Iuris, która zostanie odprawiona w środę 6 marca o godz. 18:00 w kościele pw. Wszystkich Świętych przy pl. Grzybowskim 3/5 w Warszawie. 
Działalność Instytutu Ordo Iuris możliwa jest szczególnie dzięki hojności Darczyńców, którzy rozumieją, że nasze zaangażowanie wymaga regularnego wsparcia.Ustaw stałe zlecenie i dołącz do naszej misji.
Dołączam do Kręgu Przyjaciół Ordo Iuris
 Instytut na rzecz Kultury Prawnej Ordo Iurisul. Zielna 39, 00-108 Warszawa +48 793 569 815 www.ordoiuris.pl

Cięcia w programach szkolnych. Prof. Nowak wzywa do stworzenia edukacyjnej alternatywy. Tajne komplety?

Prof. Nowak piętnuje cięcia w programach szkolnych i wzywa do stworzenia edukacyjnej alternatywy 

https://pch24.pl/prof-nowak-pietnuje-ciecia-w-programach-szkolnych-i-wzywa-do-stworzenia-edukacyjnej-alternatywy/


Profesor Andrzej Nowak wezwał polskich patriotów, ludzi dobrej woli, do współpracy w tworzeniu równoległego względem oficjalnego, systemu edukacji – dla zniwelowania przygotowywanych przez rząd Tuska drastycznych cięć w programach szkolnych.  

Krakowski historyk wygłosił w Domu Pielgrzyma „Amicus” na warszawskim Żoliborzu wykład zatytułowany „Niepodległość: walka, ofiara, rezygnacja”. Długie fragmenty swojego wystąpienia poświęcił szczegółowemu wyliczeniu zmian, które resort edukacji kierowany przez Barbarę Nowacką chce wprowadzić w programach szkolnych. Modyfikacje polegają przede wszystkim na drastycznych cięciach istotnych faktów i umiejętności, które mają za zadanie posiąść uczniowie.

Wyliczenie zostało zwieńczone dramatycznym apelem, który profesor Nowak wystosował do wszystkich, którym droga jest sprawa ocalenia polskiego ducha i państwowości.

– Teraz potrzebny jest cały system równoległej edukacji; historii i języka polskiego na pewno. System zupełnie równoległej edukacji. Musimy to zbudować. Nie tylko domowe nauczanie – bo nie każdy ma to szczęście mieć rodziców, którzy mogą mu przekazać pewną wiedzę, wychowanie patriotyczne. Ale musimy stworzyć system edukacji, przygotować całe lekcje – przekonywał krakowski historyk.

– To jest apel do takich ludzi jak ja, czyli do historyków, do polonistów, ale do wszystkich Państwa, do tych, którym zależy, żeby Polska była, wśród innych narodów Europy. Musimy pomyśleć nad tym, a później szybko zabrać się do pracy, zorganizować ten system równoległego nauczania. Bo nie mam złudzeń, jestem przekonany, że te zmiany, które teraz, za chwilę zaczynają być wprowadzane, będą kontynuowane. Raczej nie spodziewam się – i obym się mylił – że ten system runie bardzo szybko. Życzę, żeby to się stało, ale nie spodziewam się, żeby to się stało w najbliższych miesiącach, czy nawet w najbliższych kilku latach. Bardzo bym chciał się mylić – zastrzegł naukowiec.

Zanim został wygłoszony cytowany tu apel, badacz dziejów Polski, a przy tym wybitny publicysta wypunktował konkretne propozycje cięć w programach szkolnych.

– Usunięto przykłady Witolda Pileckiego, św. Maksymiliana Kolbe. Usunięto Zawiszę Czarnego, zwycięstwo grunwaldzkie, przeora Kordeckiego, hetmana Czarnieckiego, Danutę Siedzikównę „Inkę”. Wykreślono, cytuję, „dokonania Bolesława Krzywoustego” i „konflikt z cesarstwem niemieckim”. Nie było żadnych konfliktów, nie było Bolesława Krzywoustego. Wykreślono obowiązek „umieszczenia w czasie wydarzeń związanych z relacjami polsko-krzyżackimi”. Nie było żadnej wojny z Krzyżakami, po prostu nie było tego problemu – przybliżał autor wykładu filozofię przyświecającą autorom zmian.

– Wykreślono, z niezwykłą czujnością cenzorską, „związki Polski z Węgrami” – nie było związków Polski z Węgrami w XIV wieku. Usunięto „charakterystykę polityki zagranicznej ostatnich Jagiellonów ze szczególnym uwzględnieniem powstania Prus Książęcych”. Koniec. O co chodzi? Oczywiście, nie było hołdu pruskiego, nie było czegoś takiego – wymieniał profesor.

Kolejne fragmenty, których resort Barbary Nowackiej nie chce widzieć w podstawie programowej, to: – „Uczeń charakteryzuje projekty reform ustrojowych Stanisława Leszczyńskiego i Stanisława Konarskiego”. Usunięto również: „Omawia zjawiska świadczące o postępie gospodarczym, rozwoju kultury i oświaty”. Nie, w XVIII wieku nie było żadnych polskich projektów reform i nie było żadnego postępu, Polska jest zacofana – to jest oczywiste – mówił wykładowca.

Polscy uczniowie nie dowiedzą się też na temat wkładu naszych rodaków w niepodległość Stanów Zjednoczonych.

– Nie było Kościuszki, nie było Pułaskiego. Usunięto zapis: „Charakteryzuje cele i konsekwencje Konfederacji Barskiej” – oczywiście Konfederacji Barskiej nie mogło być. Usunięto: „opisuje okoliczności utworzenia Legionów Polskich oraz omawia ich historię”. Wykreślono: „opisuje powstanie Księstwa Warszawskiego, jego ustrój i terytorium”. Usunięto: „wskazuje na mapie podział polityczny ziem polskich po kongresie wiedeńskim”. A więc o co tutaj chodzi? Nie było rozbiorów, nie było podziału tego państwa. O to chodzi w tym cytacie – wskazać na mapie podział polityczny ziem polskich, że byli jacyś rozbiorcy. Nie było żadnych rozbiorców, nie było rozbiorów – wyliczał.

W przekonaniu MEN nie ma potrzeby by polscy uczniowie poznawali fakty dotyczące np. traktatów w Locarno i włoskiego faszyzmu.

– Dlaczego? Od razu wyjaśnię. Locarno to był układ z 1925 roku, w którym państwa zachodnie zgodziły się na układ z Niemcami Weimarskimi, w którym uznano nienaruszalność granic zachodnich – czyli granicy Niemiec z Francją i Belgią – i naruszalność granic wschodnich Niemiec. Czyli, de facto państwa zachodnie otworzyły możliwość agresji czy rewizji granic – może tak powiedzmy, ostrożniej – Niemiec z Polską i Czechosłowacją. A dlaczego nie ma włoskiego faszyzmu? Tu odpowiedź jest banalna. Bo tylko w Polsce był faszyzm – w Polsce narodził się faszyzm. Mussolini nie ma tu znaczenia – wskazywał profesor Andrzej Nowak.

Z propozycji nowej podstawy zniknęła kwestia podawania przez ucznia przykładów szczególnego bohaterstwa Polaków, jak obrona poczty w Gdańsku, walki o Westerplatte, obrona wieży spadochronowej w Katowicach, bitwy pod Mokrą i Wizną, bitwa nad Bzurą, obrona Warszawy, obrona Grodna, bitwa pod Kockiem.

Zniknęło objaśnienie przyczyn i rozmiarów rzezi wołyńskiej na Kresach. W to miejsce pojawia się „konflikt polsko-ukraiński”. – Już nawet nie ma mowy o ludobójstwie, ale nie było nawet rzezi. Był konflikt polsko-ukraiński. Niektórzy mówią, że podstawa programowa to nic ważnego, nauczyciele mają pewne minimum swobody, mogą korzystać z niej, z różnych podręczników. Otóż podstawa programowa ma zasadnicze znaczenie – wskazywał prelegent.

 Bo nawet jeżeli są teraz jeszcze dostępne podręczniki – te starsze, nie tylko z okresu rządów Prawa i Sprawiedliwości, gdzie była mowa o tych rzeczach, które tu zostały skasowane. Ale podstawa programowa wytycza kierunek, zgodnie z którym teraz pisze się nowe podręczniki, które będą gotowe dla klasy zaczynającej swoją edukację 1 września 2024 roku i w następnych latach. One będą już napisane zgodnie z tym schematem. Dlaczego? Bo wydawcy chcą zarobić, a żeby zarobić, muszą zyskać akceptację resortu edukacji. Ministerstwo, zgodnie z formularzem, sprawdza w pierwszej kolejności zgodność podręcznika z podstawa programową. Jak się nie zgadza, to podręcznik nawet nie idzie do recenzji. Jest wyrzucany do kosza w ministerstwie. To jest kierunek zmian – przybliżał szczegóły rewolucji oświatowej profesor Andrzej Nowak.

Źródła: You Tube/asco.tv, wPolityce.pl, PCh24.pl

Zmiany w podstawie programowej w szkołach są… wstrząsające. HISTORIA.

https://pressmania.pl/zmiany-w-nowej-podstawie-programowej-w-polskich-szkolach-sa-wstrzasajace/

Autor: Piotr Wasilewski
Suwalczanin, ekonomista, autor publikacji naukowych i koordynator projektów społecznych.

Zmiany w nowej podstawie programowej w polskich szkołach są… wstrząsające. To będzie długi wątek, ale bardzo ważny, bo mający wpływ na miliony młodych Polaków.

12 lutego Ministerstwo Edukacji Narodowej opublikowało projekt zmian w podstawie programowej. Głównym założeniem jest usunięcie 20% treści. Jakie treści usunięto, jakie przeformułowano? Zapraszam do przeczytania wątku na temat zmian w przedmiocie: HISTORIA

➕Na początku jeden „plus”: autorzy zmian nie ukrywają swoich intencji i w dosyć przystępny sposób pokazują, co zamierzają usunąć z podstawy programowej. Dzięki temu w symboliczny sposób możemy zobaczyć… przekreślone słowa. Duża część usuniętych treści przyprawia o zawrót głowy.

Co się zmienia? Po kolei:

HISTORIA:

1️⃣❌Uczniowie nie dowiedzą się już o: 

– bitwie pod Grunwaldem (jednej z największych bitew świata w średniowieczu, którą pokazuje najbardziej znany polski obraz Jana Matejki), 

– hetmanie Stefanie Czarnieckim (a po co nam wiedzieć kim był człowiek, o którym mowa w hymnie państwowym?)

– Ince (młodej dziewczynie, która niespełna 80 lat temu w heroiczny sposób oddała życie za Polskę, wg autorów nowej podstawy jak widać to za mało)

– pielgrzymkach św. Jana Pawła II do Polski (tych najbardziej przełomowych, których władze komunistyczne w Polsce niezwykle się bały, bo wiedziały jak ogromny mają wpływ na zmiany w Polsce)

2️⃣❌Polscy uczniowie nie będą też mieli okazji dowiedzieć się o tak „błahych” wydarzeniach jak:

– chrzest Polski (po co młodzi ludzie mają wiedzieć, że początki państwa polskiego ściśle wiążą się z religią?)

– dokonania w dziedzinie polityki wewnętrznej i zagranicznej Jagiellonów w XV wieku (jeszcze skojarzy się młodym ludziom z serialem TVP i zaczną się fascynować historią Jagiellonów, a „tego nie chcemy”!)

– twórczość Mikołaja Reja i Jana Kochanowskiego (w końcu po co wiedzieć, „iż Polacy nie gęsi, iż swój język mają”?)

– dokonania Stefana Batorego (jeszcze dowiedzą się o pokonaniu Rosjan i odzyskiwaniu zabranych Polsce terytoriów, a duma z Polski nie jest pożądana przez nowe władze)

– najważniejsze bitwy XVII wieku (hołd ruski, bitwa pod Kłuszynem, potop szwedzki, bitwa pod Wiedniem, która ocaliła Europę – „a komu to potrzebne?”)

3️⃣❌Historia relacji z 🇩🇪Niemcami jest od samego początku, jakby to powiedzieć, dosyć specyficznie „uporządkowana”:

– nie dowiemy się już o wojnach z Niemcami na początku funkcjonowania państwa polskiego (chyba że Bolesław Chrobry poszerzał terytorium Polski w ramach negocjacji wewnątrz Trójkąta Weimarskiego)

– Krzyżacy stają się takim fajnym zakonem wcale nie mającym konfliktów z Polską, a Konrad Mazowiecki za ich sprowadzenie otrzymał „only love reactions”

– nie dowiemy się już o… kulturkampf Bismarcka, którego polityka w Niemczech trwa do dzisiaj. Co ciekawe, jedyna zmiana ortograficzna autorów nowej podstawy to zmiana słowa: „germanizacja” na „Germanizacja”. W końcu do sąsiada, który nas „Germanił” należy podchodzić za ten czyn z należytym szacunkiem

– Bitwa o Westerplatte? Obrona Warszawy w 1939? Obrona poczty gdańskiej? Bitwa pod Wizną? – nowa podstawa programowa wymazuje te wydarzenia z pamięci

– w nowej podstawie usunięto też wiedzę o… Powstaniu Wielkopolskim i powstaniach śląskich oraz o polskości na Warmii i Mazurach

– z podstawy programowej wylatuje ten ważny fragment nakłaniający do debaty na temat należnych Polsce reparacji wojennych: „uczeń opisuje zniszczenia i ograbienie Warszawy przez Niemców dokonane od września 1939 roku do stycznia 1945 roku (m.in. Zamek Królewski, Pałac Saski, archiwa, biblioteki, muzea, majątek prywatny). „

PS. Kiedyś obecny europoseł PO Andrzej Halicki mówił o pisaniu podręczników do historii dla polskich uczniów razem z Niemcami. Najwidoczniej nie był to żart i właśnie się materializuje.

4️⃣❌Co ciekawe, odwrotną tendencję niż do Niemców, zastosowano w stosunku do USA. Niesamowita koincydencja z prowadzoną obecnie przez Rząd RP polityką międzynarodową:

– nie dowiemy się już o konstytucji amerykańskiej i o… trójpodziale władzy (niektórzy posłowie w końcu nie wiedzą o tym „drobnym szczególe” jakim jest odróżnienie władzy wykonawczej od ustawodawczej, po co mają o tym wiedzieć uczniowie?)

– dosłownie skreślono taki oto dotychczasowy zapis w podstawie programowej: „uczeń przedstawia wkład Polaków w walkę o niepodległość Stanów Zjednoczonych ” (po co pokazywać wkład Polaków w historię największego mocarstwa świata?)

– usunięto również taki punkt: „uczeń przedstawia i sytuuje w czasie i przestrzeni proces rozpadu Układu Warszawskiego i odzyskanie suwerenności przez Polskę 1989” (Jak można zrozumieć obecny stan naszego kraju bez wiedzy o tym, co się wydarzyło w 1989 roku? „Nie wiem, choć się domyślam” – jak powiedziałby Tadeusz Sznuk)

5️⃣❌Ta zmiana zasługuje na oddzielny wątek, bo jest ściśle związany z tym, co obecnie dzieje się w Polsce w temacie dużych inwestycji. Tyle mówimy o CPK, elektrowni atomowej, ogromnych inwestycjach takich jak fabryka Intela, prawda?

– aby uczeń nie znał ważnego kontekstu, usuwa się z podstawy programowej wiedzę o… największych inwestycjach II RP: młodzi Polacy nie dowiedzą się o porcie w Gdyni, o Centralnym Okręgu Przemysłowym i o magistrali węglowej. Niebywałe, a jednak.

6️⃣❌Niezwykle ważna i do bólu skandaliczna zmiana dotycząca II wojny światowej. Nowa podstawa programowa umniejsza rolę Polaków ratujących Żydów z Holokaustu.

Autorzy nowej podstawy proponują następującą zmianę:

„Uczeń zna przykłady bohaterstwa Polaków ratujących Żydów z Holokaustu” -> „Uczeń charakteryzuje postawy Polaków wobec Żydów” 

Stąd już prosta droga do „polskich obozów śmierci”. Historia Ireny Sendlerowej, Żabińskich i rodziny Ulmów oraz innych „Sprawiedliwych wśród Narodów Świata” oczywiście usunięta. Po co młody Polak ma wiedzieć, że tylko w Polsce za pomoc Żydom groziła kara śmierci, a Polacy pomagali na ogromną skalę? „To niedobra jest wiedzieć”

7️⃣❌Nowa podstawa programowa proponuje również UWAGA zmianę zapisu: „rzeź wołyńska” na „konflikt polsko-ukraiński”. Jeśli „krwawa niedziela”, w czasie której mordowano siekierami i gwałcono jest częścią „konfliktu” jak to określa dzisiaj Ministerstwo 

Edukacji Narodowej, to jest to po prostu zakłamywanie historii

8️⃣❌W przypadku omawiania przebiegu i bohaterów powstań oraz innych wydarzeń historycznych wykreślono znajomość elementów związanych z danym regionem. Historia regionalna jest w nowej podstawie „zaorana”. Tak bardzo walczyliśmy kilka lat temu jako Rada Dzieci i Młodzieży Rzeczypospolitej Polskiej o wzmocnienie roli historii regionalnej (żeby młodzi ludzie znali historię regionu, z którego pochodzą i na którym mieszkają). Wtedy się udało. Dzisiaj historia regionu jest wymazywana. PS. Wczoraj Minister Barbara Nowacka usunęła Radę Dzieci i Młodzieży RP… Po co młodzi ludzie mają mieć wkład w to, czego będą się uczyć??? Uwag nie zgłoszą, bo ich zlikwidowano.

9️⃣❌Z nowej polskiej szkoły zgodnie z propozycją podstawy programowej polski znikną i zostaną umniejszone też takie wydarzenia i postacie jak:

– Maksymilian Maria Kolbe

– Witold Pilecki

– Muzeum Powstania Warszawskiego

– Muzeum Auschwitz Birkenau 

– Polskie Cmentarz Wojenny w Katyniu

– związki Polski z Węgrami w XIV i XV wieku

– okoliczności utworzenia Legionów Polskich 

– Żołnierze Niezłomni (Wyklęci) – o ich pamięć tak walczyli młodzi ludzie w Polsce jeszcze 10 lat temu…

– rasistowska i antysemicka polityka Niemiec hitlerowskich przed II wojną światową

– Jan Karski

– Władysław Sikorski

– Radio Wolna Europa

– ksiądz Jerzy Popiełuszko

🔟❗️Tak, to długi post, a dotyczy zmian w podstawie programowej tylko jednego przedmiotu. Jest jeszcze szansa, aby te zmiany nie weszły w życie. Do 19 lutego można wyrazić swój sprzeciw (link w komentarzu). 

❗️Nie zmarnujmy szansy wyrażenia swojego zdania!

❗️Nie pozwólmy na zatarcie pamięci o tych, którzy walczyli o naszą wolność!

❗️Nie pozwólmy zakłamywać historii!

TAK – edukacja w Polsce wymaga zmian, ale na pewno nie takich wypaczających historię Polski i świata!