„To tylko moja praca” – największa iluzja odpowiedzialności
8.06.2026 Zbigniew Jacniacki wolnemedia/to-tylko-moja-praca-najwieksza-iluzja-odpowiedzialnosci
Ile razy przeczytałeś lub usłyszałeś: „To nic osobistego. To tylko moja praca”? To jedno z najgroźniejszych zdań w historii. Mówili je poborcy podatków, żołnierze, cenzorzy i donosiciele. Dziś mówią je menedżerowie zwalniający ludzi dla wyników albo urzędnicy odsyłający człowieka z kwitkiem, bo brakuje jednego papierka. Sens zawsze jest ten sam: „Nie krytykuj mnie. Ja tylko wykonuję polecenia”.
Prawo czasem to akceptuje. Świadomość nigdy. Nie istnieje przełącznik „praca – życie prywatne”. Nie da się przez osiem godzin krzywdzić ludzi, a wieczorem wrócić do domu jako niewinna osoba.
Największe tragedie świata nie były dziełem potworów. Tworzyli je zwykli ludzie, powtarzający „Takie są procedury”, „Takie były rozkazy” czy „To jest moja praca”. Każde z tych zdań jest próbą zrzucenia odpowiedzialności na kogoś innego. Można przenieść władzę. Można przenieść polecenie. Można przenieść odpowiedzialność na papierze. Nie można przenieść skutków własnych czynów.
Europejska ucieczka: spowiedź bez naprawy
W naszej kulturze istnieje jeszcze jedna wersja tej samej ucieczki. Brzmi: „Wyspowiadałem się”.
Kościół naucza, że prawdziwa pokuta wymaga zadośćuczynienia. Ukradłeś – oddaj. Oszukałeś – napraw szkodę. Skrzywdziłeś – napraw krzywdę.
Proste? Proste. Problem polega na tym, że przez stulecia znacznie więcej mówiono o biciu się w piersi niż o zadośćuczynieniu. W praktyce wielu ludzi uwierzyło, że wystarczy wyznać winę, odmówić kilka modlitw i sprawa jest zamknięta. Naprawa szkody zniknęła. Został rytuał.
Co ciekawe, sama instytucja Kościoła często stosowała wobec siebie dokładnie tę samą zasadę. Gdy wybuchają skandale, słyszymy: „Przepraszamy”, „Wyrażamy ubolewanie”, „Popełniono błędy”.
A gdzie zadośćuczynienie? Gdzie naprawa szkód wyrządzonych przez stulecia prześladowań, przymusowej chrystianizacji, inkwizycji czy niszczenia rodzimych kultur? [tu już dał głos” propagandzie. md]
Przeprosiny są. Czy naprawa szkód się pojawiła?
Powstaje więc wygodny podział: wierny ma naprawiać krzywdy, instytucja ma zwołać konferencję prasową. Przeprosiny nie są zadośćuczynieniem.
Irytacja jako mechanizm obronny
Ten sam mechanizm działa w codziennym życiu. Ktoś mówi: „Przepraszam”, „Wybacz”, „I’m sorry”. I często jest zdziwiony albo nawet oburzony, gdy słyszy, że to dopiero początek. Jakby samo słowo miało usunąć skutki wcześniejszych działań.
Przeprosiny są ważne. Ale nie naprawiają szkody. Nie odbudowują zaufania. Nie cofają tego, co się wydarzyło. Prawdziwa odpowiedzialność zaczyna się od pytania: „Co mogę zrobić, żeby to naprawić?”.
Rachunek, którego nie da się unieważnić
Świadomości nie interesują umowy, stanowiska, sutanny, pieczątki ani rozgrzeszenia. Interesuje ją tylko jedno: co zrobiłeś drugiemu człowiekowi.
Możesz powtarzać: „To była moja praca”, „Takie były rozkazy”, „Wyspowiadałem się”, „Przeprosiłem”. Ale jeśli nie naprawiłeś krzywdy, rachunek pozostaje otwarty.
Żaden autorytet, żadna instytucja i żaden przełożony nie mogą go unieważnić.
Jedno pytanie
Najważniejsze pytanie nie brzmi: „Czy miałem do tego prawo?”, lecz: „Czy chcę być człowiekiem, który robi takie rzeczy?”. To właśnie tego pytania najczęściej unikamy. Bo łatwiej powiedzieć: „Taki mam zawód”, „Tego ode mnie wymagano”, „Odmówiłem Zdrowaśkę”, niż spojrzeć w lustro i przyznać, że każda decyzja współtworzy nas samych.
Prawo może cię uniewinnić. Kościół może cię rozgrzeszyć. Szef może cię pochwalić. Ale konsekwencje i tak pozostaną twoje.
Umowa o pracę nie jest umową na wynajem sumienia. Spowiedź nie jest kasownikiem skutków. W polu świadomego istnienia nie ma ucieczki. Są tylko konsekwencje. I wcześniej czy później każdy spotyka własne.
Autorstwo: Zbigniew Jacniacki
Źródło: WolneMedia.net