Bolszewizm zmienił skórę. Siedem jego dzisiejszych wcieleń
15 sierpnia 2026 pch24./bolszewizm-zmienil-skore-7-jego-dzisiejszych-wcielen

Bolszewicką Rosję rozbiliśmy pod Warszawą sto sześć lat temu, a jej późniejsze wcielenie — Związek Sowiecki — rozpadło się w 1991 roku. A jednak bolszewizm nie zniknął. Powrócił w nowej formie, po cichu, podstępnie: w słowach, w szkolnych podręcznikach, w sposobie postrzegania człowieka. Ale po kolei.
1. Nowy człowiek
Lew Trocki w „Literaturze i rewolucji” zapowiadał, że zwykły zjadacz chleba wzniesie się kiedyś na poziom Arystotelesa, Goethego i Marksa. Rewolucja wierzyła, że nowego człowieka można ukształtować. I właśnie ta pokusa wróciła. Dziś ludzkie ciało uznaje się za projekt, a płeć za kwestię wyboru. Najlepiej widać to na przykładzie ideologii gender.
Benedykt XVI już w grudniu 2012 roku, w przemówieniu bożonarodzeniowym do Kurii Rzymskiej, ostrzegał: „Człowiek kwestionuje swoją naturę. Jest on teraz jedynie duchem i wolą. (…) Tam, gdzie wolność działania staje się wolnością czynienia siebie samego, nieuchronnie dochodzi do zanegowania Stwórcy”.
Ideologia ta to ten sam bolszewicki sen w nowych szatach. To wiara, że nie ma żadnej natury danej z góry, a człowiek jest tylko tworzywem, które należy przerobić zgodnie z jedynie słuszną i postępową ideą.
2. Wszystko staje się polityką
W dawnych, normalniejszych czasach polityka trzymała się swojego miejsca. Rządzący zajmowali się wojną i pokojem, traktatami, sądami, podatkami — i na tym koniec. Reszta życia należała do człowieka, do rodziny, instytucji religijnych i wspólnoty sąsiedzkiej.
Bolszewicka rewolucja oznaczała kres tej prywatności. Rodzina, szkoła, sztuka, nauka, sport, nawet zwykły dowcip zostały z dnia na dzień poddane ideologicznemu terrorowi. Odtąd każdy musiał dopasować się do jedynie słusznego wzorca.
Z tego korzenia wyrosło słynne hasło Nowej Lewicy: „to, co osobiste, jest polityczne”. Prywatności już nie ma. Dlatego najgorętsze spory toczą się dziś już nie o cła czy granice, lecz o obyczaje, o rodzinę, o aborcję, związki jednopłciowe. Całe nasze życie staje się areną walki. Trudno o wyraźniejszy znak zbolszewiczenia.
3. Walka z rodziną
Rewolucja od samego początku niechętnie patrzyła na rodzinę. Miała w tym swój powód. Rodzina wszak rodzi lojalność mocniejszą niż jakakolwiek partia — bo człowiek prędzej odda życie za najbliższych niż za komitet centralny. Taka wierność była dla rewolucji solą w oku. Należało więc ją rozmontować.
I bolszewizm zabrał się do tego z pełnym rozmachem. Sowiecki kodeks z 1918 roku rozluźnił przepisy o małżeństwie. Rozwód załatwiało się odtąd błyskawicznie, a komunistyczna rewolucjonistka Aleksandra Kołłontaj wieszczyła, że rodzina lada moment obumrze sama, jak przeżytek minionej epoki. Dwa lata później, w 1920 roku, Rosja jako pierwszy kraj świata zalegalizowała aborcję. Z kolei Pawlika Morozowa — chłopca, który doniósł na własnego ojca — Sowieci ogłosili bohaterem narodu. Stawiali mu pomniki, jego imieniem nazywali szkoły i pionierskie drużyny. Z donosu na ojca uczynili cnotę.
I niech nikt nie sądzi, że to tylko przebrzmiała historia sprzed wieku. Takich Pawlików nie brakuje i dziś — tyle że zamienili pionierski mundurek na modny hasztag, a swoją gorliwość zakamuflowali miękkim językiem wrażliwości.
Na Zachodzie niszczenie rodziny szło wolniej, lecz zaczęło się już od czasów rewolucji francuskiej. Państwo liberalne uznało, że liczy się jednostka, a nie ród. W odpowiedzi na rzeczywiste nadużycia władzy ojcowskiej ukształtował się system, w którym mężczyzna jest z definicji podejrzany i stanowi zagrożenie. Bolszewizm dokończył tylko brutalnie to, co liberalizm zaczął ostrożnie.
4. Nowy proletariat
Marksistowska wizja świata była prosta. Z jednej strony kapitalista i wyzyskiwacz. Z drugiej — wyzyskiwany robotnik. Czarne i białe, kat i ofiara. Robotnicy mieli dobrowolnie iść na barykady i przeprowadzić ogólnoświatową rewolucję.
To jednak nie zadziałało. Robotnicy w systemie kapitalistycznym zaczęli się stopniowo bogacić. Zamiast budować barykady, cieszyli się z poprawiających się warunków pracy, brali kredyty, zakładali rodziny i chodzili do kościołów.
Rewolucja musiała więc poszukać sobie nowego pokrzywdzonego. I znalazła. Dziś w roli uciśnionych są wszelkie mniejszości, zwierzęta, a nawet sama planeta Ziemia.
Wszelka cnota staje się podejrzana. Bywa, że w konkursach piękności decyduje kryterium rasy, a nie urody. W Eurowizji liczy się poprawność polityczna, nie talent. Ostatnim niechlubnym hitem jest uznanie świadectw z czerwonym paskiem za przejaw dyskryminacji.
Dekoracje się zmieniły, ale sztuka wciąż ta sama. Znów dzieli się ludzi na świętych i potępionych, na katów i ofiary. A kto nie chce w tym uczestniczyć, zostaje skazany na ostracyzm.
Walka klas trwa nadal. Tyle że jej sednem nie jest już portfel, lecz tożsamość.
5. Nowomowa
Nowomowę już wiele lat temu świetnie opisał Orwell. Kto rządzi słowami, ten rządzi myślami. Nie trzeba zakazywać myślenia — wystarczy odebrać słowa, którymi się myśli. Sowieci to potrafili. Dziś robi się to subtelniej, ale cel jest ten sam.
Weźmy, na przykład, feminatywy. Niby drobiazg, niby uprzejmość — „psycholożka”, „ministra”. Tyle że za tymi końcówkami kryje się cały światopogląd. Mężczyzna i kobieta przestają się dopełniać, a zaczynają konkurować — nawet w gramatyce. Język, który przez wieki budował zgodę, wykorzystuje się dziś do wojny płci.
Do tego dochodzi jeszcze „wata słowna” ukrywająca prawdę. Alkoholik to dziś „osoba w kryzysie alkoholowym”, śmierć cywilów to „ofiary uboczne”, a kłamstwo to „mijanie się z prawdą”. Przykłady można by mnożyć. Niekiedy nowomowa, wbrew deklarowanym intencjom, degraduje człowieka, sprowadzając go do biologii (kobieta stała się „osobą menstruującą”).
6. Gospodarka, czyli socjalizm w szatach kapitalizmu
Sto lat temu państwo trzymało ręce przy sobie. Jeszcze przed I wojną światową i tuż po niej daniny u nas i na Zachodzie sięgały dziesięciu, najwyżej dwudziestu procent tego, co ludzie wytworzyli. Resztą każdy gospodarował po swojemu — odkładał, inwestował, budował, pozostawiał w spadku dzieciom. Dziś urzędnik sięga po blisko połowę owoców naszej pracy, a prawie nikogo już to nie dziwi. Przywykliśmy, jak przywyka się do bólu, który narasta powoli.
A przecież nikt tego nie wymyślił wczoraj. To receptury klarownie spisane przez Karola Marksa w „Manifeście komunistycznym”, punkt po punkcie: progresywne podatki, utrudnianie dziedziczenia, państwowa kontrola pieniądza. Czyta się to dziś nie jak manifest sprzed wieku, lecz jak spis treści naszego własnego życia.
Regulacje mówią ci, czym wolno dojechać do pracy i czym ogrzać własny dom. Są strefy, do których nie wjedziesz, bo twoje auto urzędowo uznano za niewłaściwe. Są unijne plany rozpisane na lata — jak żywcem przepisane z szablonu sowieckich pięciolatek, tylko ładniej oprawione.
A na deser — ESG, czyli społeczna odpowiedzialność biznesu pod dyktando wielkich korporacji w rodzaju BlackRock. To nic innego jak perfidny pomysł, by prywatną firmę zmusić do realizacji celów, których sama nigdy by sobie nie wybrała. Celem biznesu nie jest już zysk akcjonariuszy, który można osiągnąć dzięki zaspokajaniu potrzeb klientów. Jest nim cała gama projektów środowiskowych, społecznych, równościowych i tym podobnych. Kto ich nie wdraża, naraża się na kary od państwa i wykluczenie z grupy firm „poprawnych politycznie”, w które inwestują fundusze społecznie odpowiedzialne — a stanowią one coraz większą część całego rynku.
7. Świeckie zbawienie
I tak oto dochodzimy do sedna sprawy. Bo rewolucja, choć mówi o podatkach, prawach i postępie, gra o coś znacznie większego. Pragnie samozbawienia człowieka — i to już tutaj, na ziemi. A skoro raj czeka tuż za rogiem, to koszty, choćby były najwyższe, nagle stają się nieważne. Tak właśnie bolszewicy uzasadniali własną przemoc. Dziś w ten sposób uzasadnia się wszelkiej maści absurdalne i często wprost nieludzkie pomysły.
Taka wiara nie może się obejść bez wroga. Skoro ziemski raj wciąż nie nadchodzi, ktoś musi być temu winny. Trzeba więc znaleźć heretyka, żeby go napiętnować. Trzeba mieć wroga ludu, na którego zrzuci się każdą porażkę. Stąd ten wieczny podział na czystych i brudnych, na swoich i wyklętych. I ta sama obietnica co zawsze: jeszcze tylko jeden zryw, jeszcze tylko jedna ofiara i „krwawy skończy się trud”.
Tyle że do historii nie da się w ten sposób dopisać szczęśliwego zakończenia. Bolszewickie i neo-bolszewickie dążenia do budowy doczesnej utopii wymagają stosowania ciągłej przemocy wobec niedoskonałej ludzkiej natury i zawsze umacniają totalitaryzm.
Raju na ziemi nie da się bowiem zbudować. Ale piekło – jak najbardziej.
Stanisław Bukowicz