Nie jest bezpiecznie
Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!” 9 czerwca 2026 michalkiewicz
Gdyby w naszym nieszczęśliwym kraju istniała opinia publiczna, to bym napisał, że niedawne fałszywe alarmy o podrzutkach i pożarach, opinią tą wstrząsnęły. Ponieważ jednak mam wrażenie, iż opinia publiczna w naszym nieszczęśliwym kraju chyba nie istnieje, to tak nie napiszę. Jakże bowiem mówić o opinii publicznej, kiedy środowisko mikrocefali, niekiedy nawet szalenie utytułowanych, siorbie swą intelektualną zupę z kotła, zgotowanego przez Judenrat „Gazety Wyborczej” i w rezultacie, zgodnie z dominującym w tym środowisku instynktem stadnym, wydaje z siebie zbiorowe kwiki, albo nawet wycia, jeśli tylko coś „nie mieści im się w głowie”?
Jest to tym ciekawszy fenomen, że wspomniane środowisko skupia osobników bardzo zadowolonych ze swego rozumu, czego dowody co i rusz składa zażywająca wielkiej sławy („wielka sława to żart; książę błazna jest wart, złoto toczy się w krąg, z rąk do rąk, z rąk do rąk” – słyszymy w „Baronie Cygańskim”) pani Joanna Szczepkowska?
Z aktorami w ogóle jest problem, bo gdy na przykład deklamują Szekspira, to wszystko jest w porządku i niekiedy nawet wzbudzają zachwyt – ale kiedy zaczynają deklamować własne teksty, to z reguły wygląda to znacznie gorzej. Niestety również i wtedy oczekują zachwytu i oklasków, a kiedy ich nie otrzymują, to zwalają winę na „przypadkowe społeczeństwo” – jak mawiał „Drogi Bronisław”, czyli pan prof. Bronisław Geremek, którego pani Magdalena Albright, co to nie była do końca pewna, czy jest Czeszką, czy może Serbką, awansowała do rangi naszego „skarbu narodowego”.
Wróćmy jednak do wspomnianych fałszywych alarmów, które trwają podobno od dłuższego czasu, ale rozgłos przyniosło im dopiero wtargnięcie policji razem z drzwiami do mieszkania pana red. Tomasza Sakiewicza, w którym – no właśnie! – Według fałszywych pogłosek policja znalazła tam złowrogiego Zbigniewa Ziobrę, który w ramach bilokacji znalazł się w mieszkaniu pana red. Sakiewicza, by omówić z nim szczegóły swojej kolaboracji z telewizją „Republika”. Policja oczywiście rzuciła się na niego i założyła mu kajdanki – ale w tym momencie, na oczach osłupiałych policjantów, przemienił się on w asystentkę pana red. Sakiewicza – jednak kajdanki, będące własnością państwową i policyjną – w metamorfozie udziału już nie wzięły i ku konfuzji policjantów, pozostały na rękach asystentki.
Wybuchł straszliwy skandal, ale to był dopiero wstęp, bo następny fałszywy alarm dotyczył podrzutka w domu Naczelnika Państwa Jarosława Kaczyńskiego. Wprawdzie ochrona nie wpuściła policji do środka, ale policjanci, nauczeni doświadczeniem zdobytym w mieszkaniu pana red. Sakiewicza, przekopali podobno cały ogródek w nadziei, że znajdą tam jeśli nawet nie złowrogiego Zbigniewa Ziobrę, to przynajmniej pana Marcina Romanowskiego, który nie wiadomo, gdzie właściwie jest, więc dlaczego nie miałby zejść do podziemia w ogródku? Oczywiście niczego nie znaleźli, ale ta sprawa już wkrótce zeszła na plan dalszy, bo w znanym na całym świecie z niezawisłości sądowej wolnym mieście Gdańsku rozległy się aż dwa fałszywe alarmy.
Pierwszy – że w mieszkaniu należącym do matki pana prezydenta Karola Nawrockiego wybuchł pożar, a drugi – że ukrywa się tam podrzutek, co to pragnie targnąć się na własne życie. Straż pożarna i policja weszły do mieszkania razem z drzwiami i futryną – ale okazało się, że ani pożaru, ani podrzutka tam nie ma – że nie ma tam w ogóle nikogo! Zapanowała tedy szalenie kłopotliwa sytuacja – również w najwyższych kręgach Volksdeutsche Partei. W związku z tym obywatel Tusk Donald skrytykował te „prowokacje” i surowo przykazał swojemu ministrowi-policmajstrowi, panu Kierwińskiemu, żeby wywąchał, kto te prowokacje urządza, zdemaskował go i w ogóle. Sprawa zrobiła się prestiżowa, bo skoro fałszywe alarmy objęły mieszkanie rodziny pana prezydenta, to któż w tej sytuacji może czuć się bezpiecznie?
I o to właśnie chodzi – bo zwracam uwagę, że wspomniane fałszywe alarmy zbiegły się w czasie z zapowiedzią pana prezydenta, że jak tylko dostanie opinie od marszałków Sejmu i Senatu, to zaraz opublikuje „Aneks” do „Raportu o Rozwiązaniu Wojskowych Służb Informacyjnych”. Na tę deklarację zareagował pan generał Marek Dukaczewski, który warknął, że taki czyn miałby charakter „antypaństwowy”. Słysząc taką poważną zastawkę, pan marszałek Czarzasty nawet nie odważył się otworzyć worka z Pandorą, a posągowa Małgorzata Kidawa-Błońska odmówiła wydania opinii.
W tej sytuacji nie pozostawało nic innego, jak stworzyć poczucie zagrożenia – że nikt nie jest bezpieczny. Dla starych kiejkutów to żaden problem; wystarczy jeden telefon do konfidentów: wiecie, rozumiecie, konfidencie, wykonajcie fałszywe alarmy – a my dopilnujemy, żeby nawet najbardziej energiczne śledztwo nie doprowadziło nikogo po nitce do kłębka. Drugi telefon mógł być skierowany do pana ministra Kierwińskiego: wiecie, rozumiecie, Kierwiński, wy w sprawie tych fałszywych alarmów tak pokierujcie energicznym śledztwem, żeby się okazało, że do komisariatów i straży pożarnej dzwonił Putin. Zrozumiano? Bo inaczej z wami będzie brzydka sprawa!
Zwracam uwagę, że jak tylko rozdzwoniły się fałszywe alarmy, to sprawa publikacji „Aneksu” została w jednej chwili ucięta, jakby ręką odjął. Któż bowiem może zagwarantować, że zamiast poprzedzać wtargnięcie policji fałszywymi alarmami, nieznani sprawcy nie wtargną do niechby nawet objętego „ochroną kontrwywiadowczą” mieszkania i nie urządzą tam wołynki? Pamiętamy wszak, jak ochrona pana prezydenta Dudy dopuściła do pojmania panów Kamińskiego i Wąsika nie w jakimś mieszkaniu, tylko w Pałacu Namiestnikowskim, gdzie schronili się oni w przekonaniu, ze gdzie jak gdzie, ale tam jest bezpiecznie. Tymczasem okazało się, że nigdzie nie jest bezpiecznie, jeśli tylko stare kiejkuty tak postanowią.
Skoro tedy pan prezydent Karol Nawrocki zdradził zamiar ujawnienia największej tajemnicy III Rzeczypospolitej – że, podobnie jak za pierwszej komuny, również i za demokracji, najtwardszym jądrem systemu jest po staremu bezpieka, której nikt nie kontroluje, więc ma ona ostatnie słowo we wszystkich sprawach. Wprawdzie WSI już oficjalnie nie istnieją od września 2006 roku, ale ta oficjalna nieobecność jest tylko wyższą formą obecności. Chodzi o agenturę zwerbowaną już w „wolnej Polsce”, przy pomocy której stare kiejkuty mogą ręcznie sterować nie tylko całym państwem, ale również – całym życiem publicznym, bo agentura jest szersza i to znacznie od oficjalnego aparatu państwowego. Jeśli komuś potrzeba poszlaki, to proszę bardzo!
Właśnie niedawno Sejm wybrał Krajową Radę Sądownictwa, głosując na kandydatów zaproponowanych przez Stowarzyszenie Sędziów Polskich „Iustitia” i stowarzyszenie ”Themis”. To pierwsze powstało w 1990 roku, kiedy tylko rozwiązała się PZPR, będąca transmisją bezpieki do sądownictwa, a to drugie – nawet w nazwie nawiązuje do operacji „Temida”, którą prowadziła ABW we celu werbunku agentury w środowisku niezawisłych sędziów.
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.