Piskorski: Błędne kalkulacje
Mateusz Piskorski myslpolska/piskorski-bledne-kalkulacje
W pewnym sensie mógłbym powiedzieć, że triumfuję: moja prognoza zrealizowała się w pełni, a nawet z nawiązką. Nigdy szczególnie nie zachwycałem się postacią Donalda Trumpa.
Od samego początku traktowałem jego fenomen jako wybuchową syntezę prostackiego populizmu (w negatywnym tego słowa znaczeniu), narcyzmu i innych problemów osobowościowych oraz mentalności nowojorskiego biznesowego cwaniaka. To z definicji nie może być materiał na polityka tradycyjnego, szanowanego i dającego się traktować poważnie. Widocznie społeczeństwu amerykańskiemu to jednak nie przeszkadza, podobnie jak społeczeństwu ukraińskiemu – komik przebrany za prezydenta, a polskiemu – burzyciel polskiej pamięci z IPN jako głowa państwa.
Powiedzmy sobie jednak szczerze: to nie Donald Trump decyduje o rozpoczynaniu kolejnych agresji amerykańskich na świecie, to nie on wskazuje kogo ze światowych przywódców porwać, a kogo od razu zabić. Robi to klasa rządząca, której sam Trump jest posłuszną, może czasem tylko pociesznie się zacinającą marionetką. Kręgi rządzące Stanów Zjednoczonych skalkulowały, że nie opłaca im się samoograniczanie do półkuli zachodniej. Uwierzyły, że mogą zagrać o pełną stawkę, przynajmniej w jednym obszarze – surowców energetycznych.
No i zagrały, czego świadkami jesteśmy na Bliskim Wschodzie. Amerykanie chcą przejąć na zasadzie niemalże monopolistycznej światowe rynki ropy naftowej i gazu. Dlatego agresja na Iran była nieunikniona – wynikała z aktualnego układu sił grup interesów w Stanach Zjednoczonych. Kalkulacja zakładająca, że Donald Trump będzie prezydentem amerykańskiej zgody na świat wielobiegunowy i bardziej sprawiedliwy układ w stosunkach międzynarodowych zawiodła. Była bowiem od samego początku obciążona błędnym założeniem, że mocarstwem amerykańskim rządzić będą politycy wybieralni (a za nimi opinia publiczna oraz wyborcy), a nie trwałe struktury klasy realnie rządzącej.
Te ostatnie również jednak dokonały błędnej kalkulacji. Ich błąd polegał na nadmiernej pewności siebie, zakładającej, że scenariusz wenezuelski – szybka operacja specjalna prowadząca do zmiany władzy na podporządkowaną całkowicie Waszyngtonowi – jest możliwy do zrealizowania w innych częściach naszego globu. Ta błędna kalkulacja zadziwia, biorąc pod uwagę fakt, że u boku Amerykanów w koalicji zwanej przez wielu komentatorów koalicją Epsteina (jedną z niewątpliwych funkcji obecnej agresji amerykańskiej jest medialne przykrycie przykładu rozkładu i degeneracji elit rządzących bawiących się przez lata w najlepsze na prywatnej wyspie nowojorskiego stręczyciela i handlarza żywym towarem) są Izraelczycy.
Ci ostatni znani byli z dobrego rozpoznania wywiadowczego całego Bliskiego Wschodu, w tym Iranu. Powinni byli zatem wiedzieć, że system władzy w Teheranie ma zaprogramowane mechanizmy kryzysowe, które nie pozwalają na jego anihilację prostym ruchem w postaci zabójstwa formalnej głowy polityczno-religijnej teokratycznej republiki.
Aż dziw bierze, że nie wzięto pod uwagę pewnych powszechnie znanych faktów na temat państwowości irańskiej i modelu jej funkcjonowania. Chyba że założymy, że to nie żaden błąd Izraela, lecz świadoma próba wciągnięcia przezeń do długotrwałej wojny na Bliskim Wschodzie sojusznika zza oceanu. Zawiódł jednak nie tylko czynnik ludzki. W programowaniu agresji na Iran kluczową rolę odgrywać miała sztuczna inteligencja. To jej algorytmy ustalały cele ataku, odporność struktury militarnej na uderzenie i jej zdolność do odwetu. Tu też okazało się, że rzeczywistość irańska nie jest możliwa do interpretacji i zrozumienia przez najbardziej nawet zaawansowane narzędzia analityczne.
Często spotyka się twierdzenia, że najważniejsza bitwą tzw. Zachodu z resztą świata jest konflikt toczący się od ponad czterech lat na Ukrainie. Teraz o palmę pierwszeństwa rywalizować będzie z nim bliskowschodni kocioł, który zagotował dla świata Waszyngton z Tel Awiwem. W desperacji oba te ośrodki odwołują się do sił nadprzyrodzonych i argumentacji religijnej – żydowskiego mesjanizmu i chrześcijańskiego syjonizmu. Obawiam się jednak, że i to im nie pomoże.
Mateusz Piskorski Myśl Polska, nr 11-12 (15-22.03.2026)