PRZEDRZEŹNIACZE

https://www.oficyna-aurora.pl/aktualnosci/przedrzezniacze,p1782238598

Tytułowe przedrzeźniacze, to rodzina ptaków z rzędu wróblowatych, których cechą charakterystyczną jest zdolność do naśladowania odgłosów innych ptaków oraz różnych   dźwięków. Nazwą tego gatunku CIA określiła rozpoczęte w  latach 50. tajne przedsięwzięcie, które miało na celu pozyskiwanie dziennikarzy w celu wywierania wpływu na media oraz opinię publiczną, zarówno w USA, jak i na całym świecie. Poświęcając zasady etyki i demokracji, którymi epatowali politycy, rządowa agencja, w ramach operacji „Mockingbird” kontrolowała narrację w większości mediów, zarówno w prasie, jak i rodzącej się wówczas telewizji. Oficjalnie, chodzić miało o walkę z ówczesnym wrogiem Ameryki, jakim w czasach zimnej  wojny, był ZSRR i płynąca zza żelaznej kurtyny propaganda. 

W rzeczywistości, nie chodziło o zimnowojenny epizod i ścieranie się wpływów wywiadowczych w dążeniu do równowagi sił, a o możliwość oddziaływania na świadomość odbiorców amerykańskiego przekazu. Rzecz całą ujawnił słynny reporter Carl Bernstein, w r. 1977, na łamach Rolling Stone, w artykule „CIA i media”. Pisał w nim, że operacja miała na celu finansowanie licznych zagranicznych serwisów prasowych, czasopism i gazet, nie tylko angielskojęzycznych, ponieważ zapewniały one doskonałą przykrywkę dla agentów wywiadu.  Amerykanie dowiedzieli się wtedy, że na liście płac CIA znajdowało się wielu dziennikarzy, w tym laureaci nagrody Pulitzera, a w ich pozyskiwaniu nie powstrzymywano się od zastraszania i szantażu. W większości przypadków jednak, wykorzystywano naturalne ludzkie słabości i wystarczało, że agencja podczas rekrutacji proponowała dziennikarzom dostęp do ekskluzywnych treści, czy wyłączność na dany temat, co gwarantowało szybką karierę, a co za tym szło, popularność i dostatnie życie. Nie ograniczano się do współpracy z ludźmi pióra, czy kamery, ale zacieśniano relacje z kierownictwem mediów, wpływając przez to na odgórną politykę redakcji. W ten sposób agencja miała też sposobność blokowania wiadomości, które mogłyby być szkodliwe dla interesów amerykańskich. 

W r. 2007 odtajniono 700 stron dokumentów dotyczących zaangażowania CIA w skandale i operacje z lat 70., które opatrzono nazwą „The Family Jewels” (rodzinne klejnoty). Do operacji „Mockingbird” odniesiono się w nich tylko jeden raz, ujawniając stosowanie przez kilka miesięcy podsłuchów u dwóch dziennikarzy. Przyznano, że miało to miejsce w okresie od 12 marca do 15 czerwca 1963 r., a w wyniku tej działalności zdobyto dowody na pozyskiwanie przez nich informacji od kilkunastu senatorów, członków Kongresu, pracowników rządowych, w tym tych usytuowanych w Białym Domu, biurze wiceprezydenta i zastępcy prokuratora generalnego. Nie podano daty zakończenia tego procederu. Potwierdza to oczywiście podejrzenie, że agencja nie zaprzestała aktywności na tym polu i nadal chroni swe aktywa.

Należy pamiętać o tym, że w połowie ubiegłego wieku media stały się rzeczywistą czwartą siłą w państwie, a popularyzacja telewizji, wprowadziła tę siłę do salonów milionów odbiorców. Świetnie to podsumował w niedawnym felietonie prof. Adam Wielomski, który pisząc o wpływie środków masowego przekazu na odbiorców, stwierdził, że „nikt już dziś chyba nie wierzy – a była to złudna wiara bardzo popularna w XIX wieku – że zadaniem mediów jest rzetelne informowanie opinii publicznej o tym, co dzieje się w kraju i na świecie. Już w XIX stuleciu zdawano sobie sprawę, że media nie informują, lecz kreują informacje, manipulują nimi i urabiają opinię publiczną zgodnie z wolą swoich właścicieli lub podążając za nastrojami mas w celu podwyższenia sprzedawalności. Wraz z pojawieniem się radia i telewizji proces ten przekroczył pozór informowania. (…) Kontrola nad telewizją to nie tylko kwestia programów informacyjnych, których upolitycznienie jest aż nazbyt skrajnie widoczne. To przede wszystkim możliwość ustawicznego przemycania własnych treści światopoglądowych i ideologicznych”. 

Pomysłodawcą operacji „Mockingbird” był Dyrektor Centrali Wywiadu i pierwszy cywilny szef CIA – Allen Dulles, którego życiorys mógłby stać się scenariuszem dla  kilkudziesięciu filmów sensacyjnych, czy politycznych thrillerów. Jednak osobą odpowiedzialną za jej wdrożenie i nadanie właściwego dla agencji biegu, był główny taktyk Firmy (jak ją między sobą nazywali jej pracownicy) – Frank Wisner, który, podobnie, jak jego szef, rozpoczynał karierę jeszcze w Biurze Służb Strategicznych (OSS), a następnie współtworzył CIA. To on, budując z mediów potężny instrument wpływu, pozyskał czołowe nazwiska z amerykańskiego świecznika informacyjnego, w którym główne pozycje zajmowały The New York TimesTime Magazine, czy The Washington Post. W odróżnieniu od swego zwierzchnika, który zmarł w sposób naturalny, Wisner w wieku 56 lat, popełnił samobójstwo.

O tym, że „przedrzeźniacze” funkcjonują nadal, nikogo nie trzeba przekonywać. Po śmierci swych mocodawców,  przez wszystkie kolejne lata tuszowali rządowe afery, fałszowali tło  przewrotów, kolorowych rewolucji i zabójstw politycznych. Doświadczenie w manipulowaniu odbiorcą globalnym zdobywali podczas kampanii wyborczych, konfliktów zbrojnych, relacjonowania aktów terroru. Często byli ich współtwórcami. Do źródeł mogących mieć szczególne znaczenie dawano dostęp najbardziej zaufanym, choć czasem nawet oni nie mieli  prawa relacjonowania zdarzeń. Tak było choćby w przypadku zamachów z 11 września 2001 roku, kiedy na miejsce zbrodni dopuszczono tylko reporterów wojskowych, a i to z szeregów Marynarki Wojennej, której rola w historii USA jest uprzywilejowana. Wspominałem o tym opisując rzekome uderzenie samolotu pasażerskiego w budynek Pentagonu, w książce „Projekt Phoenix”.

„Na trawie, która nie została nawet pognieciona, leżał jeden element, przypominający wyglądem część samolotu B 757, linii American Airlines. Był to  kawał blachy. Spełniał dwojaką rolę. Pochodził z poszycia B 757, a jednocześnie część ocalałego malowania wskazywała na przynależność do American Airlines. Czy jednak taki dowód można przyjąć bez zastrzeżeń? Jest coś, co sugeruje, że tę część po prostu tam podrzucono. Tego dnia, wiał niewielki wiatr z północnego zachodu. Blacha leżała natomiast ponad 30 metrów na północ (!) od miejsca eksplozji. Można oczywiście założyć, że rzuciła ją tam siła wybuchu. Ale dlaczego tylko ją? Cała reszta leżała przy samym budynku. Masa szczątków drobnych i znacznie lżejszych. Ten największy znalazł się najdalej od Pentagonu. W miejscu doskonale widocznym dla przypadkowych widzów. Jako jedyny, znalazł się na okładkach wszystkich gazet. Pierwszy sfotografował go Mark D. Faram, fotograf wojskowy, który opowiadał później, że dostrzegł ten kawał blachy wkrótce po swoim przybyciu na miejsce zdarzenia, jakieś 10 minut po eksplozji. Fotografię powielili inni. Szybko znalazła się na okładce Newsweek’a i innych pism. Kawałek blachy spełnił swoje zadanie”. 

Rola dziennikarzy w kreowaniu otaczającej nas rzeczywistości, jest nie do przecenienia. Dostrzegamy to wyraźnie także na naszym podwórku, gdzie dominuje przekaz tabloidowy, koncentrujący uwagę widzów i czytelników na kwestiach trzeciorzędnych, zasypując informacyjnymi śmieciami zagadnienia dla nas żywotne. Wolne, nieskrępowane media, stanowią o rzeczywistej sile państwa, stanowią fundament demokracji, oczywiście pojmowanej zgodnie z jej definicją. Ograniczanie przepływu informacji, kreowanie ich na doraźne potrzeby aktualnie rządzących, wcześniej czy później prowadzi do utraty zaufania dla takiej formy przekazu, co unaoczniły i nam efekty działalności przedrzeźniaczy w Polsce.

Sławomir M. Kozak