Renciści do roboty albo na emeryturę
16.06.2026 wolnemedia./rencisci-do-roboty-albo-na-emeryture
Do małego stowarzyszenia Łódź dla Ludzi, w którym działam, regularnie trafiają schorowani, poturbowani przez życie ludzie, których ZUS najpierw pozbawia środków do życia, a potem zrzuca na wątłe barki takich jak my. Chwilowa bieda bardzo szybko zamienia się tu w długi czynszowe, widmo eksmisji i bezdomność. Kocham ludzi niemal jak Piotr Ikonowicz, ale mimo wszystko wolałbym mieć mniej darmowej roboty społecznej. ZUS jednak konsekwentnie dba o to, żebym się nie nudził. Wyjaśniam dlaczego.
ZUS działa często tak, jakby z góry zakładał, że człowiek nie choruje naprawdę, tylko kombinuje. Schorowany obywatel nie jest w tej logice kimś, komu trzeba pomóc przetrwać kryzys zdrowotny, lecz podejrzanym, którego należy sprawdzać, przeciągać przez procedury i w razie potrzeby przywołać do porządku odmową. Państwo mówi mu: udowodnij, że naprawdę ledwo zipiesz. A potem udowodnij to jeszcze raz. I jeszcze raz, bo może akurat między jedną komisją a drugą wydarzył się cud i noga odrosła.
Mam zresztą coraz silniejsze wrażenie, że ludzi pozbawia się zasiłku chorobowego niemal taśmowo, według jakiegoś algorytmu albo co najmniej urzędniczej logiki hurtowej selekcji. Trudno inaczej wyjaśnić skalę tej bezduszności. ZUS sam chwali się rozbudowanym systemem kontroli prawidłowości orzekania o czasowej niezdolności do pracy, a tylko w pierwszym półroczu 2024 roku obniżono wypłaty zasiłków chorobowych i świadczeń rehabilitacyjnych 56,8 tysiącom osób. Problem w tym, że później niemała część takich ludzi wygrywa z ZUS-em w sądach.
Już kilka lat temu Prawo.pl opisywało, że w samym pierwszym półroczu 2022 roku ZUS uwzględnił roszczenia tylko w 2803 przypadkach na 41 124 załatwione odwołania, więc ogromna większość spornych spraw szła dalej. A dalej idą już tylko ci, którzy mają siłę, wiedzę i trochę pieniędzy, by się po drodze nie załamać. Reszta przegrywa nie dlatego, że nie miała racji, lecz dlatego, że nie miała zasobów.
Dla urzędnika to jest teczka. Dla człowieka to bywa katastrofa. Ktoś traci świadczenie albo miesiącami czeka na decyzję. Ktoś inny dostaje odmowę, choć ledwo chodzi, słabo widzi albo ma głowę w takim stanie, że nie bardzo jest w stanie ogarnąć, co właściwie dzieje się wokół niego. Taki człowiek nie trafia później do gabinetu ministra ani do telewizyjnego studia, gdzie eksperci opowiedzą o „racjonalizacji wydatków”. Trafia do nas. Siada i mówi, że nie ma z czego zapłacić czynszu. Że zalega już drugi miesiąc. Że przyszło pismo. Że może trzeba będzie pożyczyć. Że nie ma od kogo. Że może już nie da rady.
I wtedy okazuje się, jak wygląda prawdziwa „oszczędność” państwa. ZUS przyoszczędzi tu kilka tysiączków, może trochę więcej, za to potem cała reszta społeczeństwa ma sprzątać skutki. Lokator wpada w zaległości. Zaczyna się spirala długu. Pogarsza się zdrowie. Narasta lęk. Czasem dochodzi do odcięcia mediów, czasem do utraty mieszkania, czasem do pełnego rozkładu życia, którego potem nikt już nie umie posklejać. Tyle że w tabelkach wszystko się zgadza. Budżet niby odetchnął. A że człowiek właśnie zsunął się o kilka pięter niżej w hierarchii nędzy, to już szczegół.
Najbardziej obrzydliwe jest to, że ten mechanizm uderza przede wszystkim w ludzi najsłabszych. Nie w cwaniaków z kancelariami i znajomościami, tylko w ludzi schorowanych, samotnych, często kiepsko wykształconych, czasem nieumiejących dobrze czytać urzędowego bełkotu. Państwo doskonale wie, kogo najłatwiej przycisnąć. Wie też, że część takich ludzi odpadnie po drodze. Nie odwoła się. Nie zdąży. Załamie się. Zniknie z pola widzenia. A wtedy można już ogłosić sukces w zwalczaniu nadużyć.
I tu dochodzimy do drugiego absurdu, opisanego ostatnio w „Wyborczej”. Polski system zaczyna skręcać w stronę sytuacji, w której dla części ludzi bardziej opłaca się przejść na rentę niż na emeryturę. Nie dlatego, że renta jest jakimś luksusem, tylko dlatego, że emerytura bywa liczona w sposób skrajnie nieprzyjazny człowiekowi. W nowym systemie, za który możecie podziękować Balcerowiczowi i całej tej reformującej Polsce z kalkulatorem zamiast serca, emerytura to po prostu zgromadzony kapitał podzielony przez średnie dalsze trwanie życia. Im dłużej według tablic GUS masz jeszcze żyć, tym niższe może wyjść świadczenie. Renta z tytułu niezdolności do pracy wyliczana jest inaczej: obejmuje nie tylko okresy składkowe i nieskładkowe, ale także tak zwany staż hipotetyczny, czyli lata „doliczane” do pełnych 25 lat stażu, liczone do wieku 60 lat. To właśnie ten mechanizm sprawia, że dla części ludzi renta może okazać się relatywnie korzystniejsza od emerytury.
Chyba nie muszę Czytelnikom dodawać, że w I kwartale 2025 roku rentę z tytułu niezdolności do pracy pobierało przeciętnie już tylko 499,3 tysiąca osób. To najniższy poziom w historii naszej, jakże wolnej, Ojczyzny. Po prostu renty się wygasza. I jeszcze powiedzą nam, że to w imię sprawiedliwości.
To zresztą pięknie pokazuje chorobę całego państwowego myślenia. Zamiast uznać, że emerytury są dla wielu ludzi żałośnie niskie, zaraz znajdzie się tłum mądrali, którzy ogłoszą, że trzeba „uszczelnić system”, bo obywatele znów coś kombinują. W Polsce, gdy człowiekowi bardziej opłaca się zachorować niż zestarzeć, elity nigdy nie oskarżają systemu. Winny jest zawsze obywatel. Ten sam, którego wcześniej latami karmiono śmieciówkami, marnymi płacami i opowieścią, że jakoś to będzie.
Z perspektywy takiego stowarzyszenia jak nasze wygląda to jeszcze prościej. My widzimy nie „świadczeniobiorców”, lecz ludzi, którym system właśnie podciął nogi. Widzimy, jak decyzja z ZUS-u uruchamia lawinę: od braku pieniędzy na leki, przez zaległy czynsz, po realne ryzyko bezdomności. Widzimy też, ile dodatkowej roboty społecznej produkuje ten cały bezduszny mechanizm. Trzeba tłumaczyć, pisać, interweniować, szukać pomocy, czasem po prostu siedzieć z kimś i próbować go poskładać, bo państwo właśnie zrobiło z niego wrak.
Potem jeszcze znajdzie się jakiś mędrzec, który powie, że organizacje społeczne są od tego, żeby pomagać. Owszem, są. Tylko nie po to, żeby łatać dziury wywiercone przez instytucje publiczne. Nie po to, żeby przejmować skutki urzędniczego okrucieństwa albo systemowej paranoi. My naprawdę moglibyśmy zajmować się sensowniejszą robotą niż gaszenie pożarów wzniecanych przez państwo we własnych obywatelach.
Dlatego wyjaśniam to nie tylko z obywatelskiego obowiązku, ale też z czystego egoizmu. Naprawdę wolałbym, żeby do naszego stowarzyszenia zgłaszało się mniej ludzi doprowadzonych decyzjami ZUS-u do nędzy, długu i rozpaczy. Ale żeby tak było, państwo musiałoby wreszcie przestać traktować chorobę i biedę jak podejrzaną fanaberię. I zacząć traktować ludzi jak ludzi.
Na to się jednak nie zanosi.
Autorstwo: Damian Duszczenko
Źródło: Nie.com.pl, Lewica.pl