Czy służba zdrowia w Polsce się załamie?

Czy służba zdrowia w Polsce się załamie?

18.07.2026 Tomasz Sommer nczas/czy-sluzba-zdrowia-w-polsce-sie-zalamie

NCZAS.INFO | Krach państwowej służby zdrowia jest bliski. Zdjęcie ilustracyjne. / Foto: wygenerowane przez AI (GROK)
NCZAS.INFO | Krach państwowej służby zdrowia jest bliski. Zdjęcie ilustracyjne. / Foto: wygenerowane przez AI (GROK)

Taki scenariusz zapowiada Łukasz Jankowski, szef Naczelnej Izby Lekarskiej. Na taki scenariusz wskazują też ujawniane obecnie liczby dotyczące różnych współczynników oraz zadłużenia szpitali, które rośnie w naprawdę szokującym tempie.

Tak zwane wymagalne zadłużenie szpitali (wymagające natychmiastowej spłaty, termin płatności już minął) już w tej chwili wynosi 5 mld zł. Tylko w pierwszym kwartale tego roku wzrosło o 800 mln zł. Kolejki na różne zabiegi, do specjalistów i do szpitali pęcznieją, a rośnie właściwie tylko jedno: koszty funkcjonowania systemu.

Pensje lekarzy osiągają jakieś zupełnie niebotyczne rozmiary. Innymi słowy, mamy sytuację, w której przeciętny Polak jest zdojony z pieniędzy na służbę zdrowia, nie dostaje usługi, ale za to lekarze – i pielęgniarki zresztą też – są wyjątkowo wysoko opłacani. Można wręcz powiedzieć, że dla lekarzy i pielęgniarek pacjent jest dziś w tym systemie elementem zbędnym, jeśli chodzi o leczenie, natomiast niezbędnym, jeśli chodzi o płacenie.

Doszło do paradoksalnej sytuacji: wyjątkowo wysokie ceny dotyczą usług, których po prostu nie ma. Owszem, są one dostępne dla pewnej grupy szybko i sprawnie, ale ta grupa to pacjenci VIP-owscy, ludzie mający jakieś powiązania z lekarzami.

W Polsce jest w tej chwili 142 tys. lekarzy. Do tego dochodzą pielęgniarki. Można szacować, że mniej więcej milion osób jest w bezpośrednim, rodzinnym związku ze służbą zdrowia i rzeczywiście ma dostęp do usług. Problem polega na tym, że w Polsce mieszka nie jeden milion lekarzy i ich rodzin, ale 38 milionów ludzi. Cała reszta ma już z tą służbą zdrowia, z dostępem do niej i z zabiegami bardzo duży problem. Podkreślmy, że sumy wydawane na ten system są rekordowe. W tym roku będzie to w granicach 250 miliardów złotych plus 70–80 miliardów w systemie prywatnym.

Wydaje się, że czas na prawdziwą ocenę tej sytuacji i na prawdziwą rewolucję. Dlatego chciałbym Państwu krótko opowiedzieć, jaki jest obecny stan rzeczy, jak do niego doszło i co można zrobić, żeby z tym absurdem skończyć.

Akcje nacisku na zwiększenie płac

Pierwszy mechanizm tego kryzysu polega na tym, że pieniądze w systemie zaczęły coraz słabiej wiązać się z realnym leczeniem pacjentów, a coraz mocniej z pozycją zawodową i polityczną grup, które potrafiły wymusić dla siebie uprzywilejowane warunki.

Po pierwsze mamy do czynienia z oderwaniem zarobków od jakichkolwiek zabiegów i jakiejkolwiek realnej pracy lekarskiej. W jaki sposób lekarze tego dokonali? Dokonali tego zadziwiającego dzieła poprzez trwającą dekadę akcję nacisku na zwiększanie płac.

Te naciski były prowadzone naprawdę na każdy możliwy sposób. Czytelnicy pamiętają zapewne miasteczka namiotowe, pamiętają zbieranie podpisów – w swoim czasie lekarze zebrali ich około 250 tysięcy – po to żeby ich płace zostały podwyższone. Jest dosyć łatwo takie podpisy zebrać, ponieważ lekarzy jest bardzo dużo. Wystarczy, że podpisze się lekarz, podpisze się żona i 300 tysięcy podpisów jest.

To jest bardzo duża, wpływowa grupa. Oprócz tego swoją rolę odegrały poszczególne związki zawodowe i poszczególne frakcje lekarzy – pamiętają Państwo choćby rezydentów. W ogóle kwestia rezydentów jest dla mnie jednym z największych i najgrubszych skandali, ponieważ jeżeli ktoś rzeczywiście chce być lekarzem, to musi tę rezydenturę odbyć. Jeżeli jest na takiej rezydenturze, to jest tak naprawdę na praktyce. No trudno, taki sobie zawód wybrał. Ta praktyka nie powinna być tak naprawdę płatna.

Ta praktyka powinna być darmowa, bo to przecież lekarzowi rezydentowi zależy na tym, żeby jeszcze czegoś się nauczyć. To jest zawód jak każdy inny. Oczywiście tworzy on pewną sytuację psychologiczną i roztacza wokół siebie aurę jakiejś szczególności, bo przecież bardzo często chodzi tu o życie człowieka, o operacje na jego ciele. Można więc powiedzieć, że pacjent nabiera wobec lekarza niemal mistycznego podejścia. Ale jeżeli rozebrać relację pacjent–lekarz z tej całej psychologii, z tego całego sacrum – zwłaszcza że sami lekarze dawno już zdjęli ze swojego zawodu owo sacrum i traktują pacjenta raczej jak skórę czy mięso – to wtedy mamy do czynienia po prostu z pewnymi usługami. Te usługi wymagają kwalifikacji, ale też nie przesadzajmy, że wszyscy lekarze są geniuszami albo osobami o jakichś szczególnych możliwościach intelektualnych. Tak niestety nie jest.

Ten zawód trzeba odmitologizować. To są ludzie jak wszyscy inni, którzy wykonują pewne rzemiosło i za to rzemiosło powinni otrzymywać wynagrodzenie proporcjonalne do wykonywanej pracy. Ale tak jak powiedziałem, z uwagi na ich strategiczne usytuowanie oraz na trwające dekadami naciski – często brutalne, często przybierające formę szantażu wobec polityków – doszło do tego, że te płace wystrzeliły.

Powiązanie zarobków ze współczynnikami gospodarczymi

Zaczęło się oczywiście od postulatów, żeby wiązać płace lekarskie z określonymi współczynnikami gospodarczymi – oczywiście w taki sposób, by znajdowały się powyżej tych wskaźników. Chodziło na przykład o to, aby wynagrodzenie lekarza było dwukrotnością średniej krajowej. I tam trwały dyskusje, czy ma to być 1.3, 1.7, 1.6 itp. średniej.

Innymi słowy, siadali sobie przedstawiciele tych zawodów i mówili: lekarz musi – nie wiadomo dlaczego – zarabiać 1,7 średniej krajowej. A wtedy ktoś liczył, liczył, liczył i wychodziło mu: nie, nie, nie, to jednak trochę za dużo pieniędzy, dajmy 1,62.

A ci mówili: nie, nie, nie, dajmy 1,67. I tak te dyskusje trwały w nieskończoność. Oprócz tego wymyślono jeszcze współczynniki związujące wydatki na opiekę zdrowotną z PKB.

Wydatki na opiekę zdrowotną miały być więc powiązane z PKB. I oczywiście koniecznie musiały osiągnąć 7 proc. Dlaczego akurat 7? Dlatego że ktoś sobie zerknął, jak to wygląda w innych krajach i wyszło mu, że w niektórych państwach jest to nawet 9–10 proc., na przykład w Stanach Zjednoczonych. W innych oczywiście jest mniej, ale na to już nie zwracamy uwagi. Zwracamy uwagę tylko na to, gdzie jest więcej. W związku z tym żądano, aby zwiększać wszystkie te wydatki właśnie do takiego poziomu.

Więc z jednej strony mieliśmy multiplikację średniej krajowej, z drugiej – stosunek wydatków do PKB, a oprócz tego jeszcze współczynniki związane z inflacją, naciski i zmiany urzędników w państwie. W pewnym momencie nikt już tak naprawdę nad tym wszystkim nie panował. Nikt nie wiedział, ile ci lekarze rzeczywiście zarabiają.

Tajemnica wokół zarobków

Proszę sobie wyobrazić, że od trzech miesięcy polski rząd stara się ustalić, ile zarabiają lekarze i nie jest w stanie tego zrobić. Dlaczego? Otóż oprócz tych współczynników, to rząd wstawił w wykonywanie zawodu lekarza, też poprzez presję samych lekarzy, a konkretnie pewnej szlachty lekarskiej, szereg różnych barier, który to szereg różnych barier sprawiał, że pewne dosyć wąskie grupy miały monopol na wykonywanie określonych czynności, a te czynności musiały być wykonywane we wszystkich szpitalach.

Zasób ludzi dopuszczonych do tych czynności był ograniczony. Dotyczyło to choćby anestezjologów, a później także różnych chirurgów, kardiologów czy ortopedów.

Doprowadzono do tego poprzez stawianie różnych ograniczeń: zaczęło brakować ludzi, ponieważ do pewnych czynności dopuszczeni byli tylko ci, którzy sami wcześniej zadbali o to, by dostęp do tych czynności był zamknięty dla osób bez określonych uprawnień. Potem mówili: skoro znaleźliśmy się w takiej sytuacji, możemy oczywiście robić – albo fingować robienie tych rzeczy w dziesięciu szpitalach. Będziemy tam obecni, ktoś tak naprawdę wykona za nas zabiegi, ale my będziemy je żyrowali, bo mamy administracyjne możliwości, żeby je wykonywać. Dzięki temu że podpiszemy się pod udziałem w danej czynności, a ktoś inny wykona ją za nas, wszystko będzie formalnie legalne. I nagle okazało się, że pojawiła się kwestia kontraktów.

Innymi słowy, tych ludzi nie ma na etatach w poszczególnych jednostkach służby zdrowia, ale podpisują kontrakty. Potem w zasadzie ich tam nie ma: pojawiają się na chwilę, są pod telefonem albo przyjeżdżają wtedy, gdy trzeba. Mają w jednym szpitalu kontrakt na 50 tysięcy, w drugim na 50 tysięcy, w trzecim na 50 tysięcy, w czwartym etat, do tego przychodnię, funkcję w izbie lekarskiej – i nagle okazuje się, że zarabiają 4 miliony rocznie. Ja cały czas czekam na rekordzistę, bo skoro wiemy o kardiologu z Olsztyna, który w jednym miesiącu zarobił milion złotych – podobno w innych miesiącach mniej – to skłania mnie to do konstatacji, że jeśli dobrze poszukamy, okaże się, iż są lekarze zarabiający 10 milionów złotych rocznie.

Milionerzy jako radni

Co to tak naprawdę znaczy? Mamy oczywiście w Polsce około dwudziestu miliarderów. Mamy ludzi, którzy posiadają setki czy dziesiątki milionów złotych, ale to są z reguły osoby prowadzące jakiś biznes, działalność gospodarczą, która z jakiejś przyczyny okazała się zyskowna. Często pracują na te firmy przez całe lata, czasem przez pokolenia.

A tu nagle pojawiają się ludzie tacy jak domniemany dziesięciomilionowiec – przy czym cztero- i pięciomilionowców mamy już stwierdzonych – którzy przez dziesięć lat zarabiają 100 milionów złotych albo 50 milionów złotych, czyli tyle, ile właściciele wielopokoleniowych firm przez dekady.

Proszę sobie wyobrazić, że lekarz, który zarabia 5 milionów złotych rocznie, przez 30 lat zgromadzi 150 milionów złotych. Łatwo to przeliczyć. I wszystko to pochodzi wyłącznie z kieszeni podatnika.

Przecież dobrze wiadomo, że bodźcowanie pracowników pieniędzmi działa tylko do pewnego momentu. Mamy elastyczność popytu, mamy elastyczność podaży, ale mamy też elastyczność przychodów. Innymi słowy, każda następna złotówka jest dla danej osoby mniej warta. Dlatego dla biednych każdy grosz się liczy, a dla bogatych tysiące można wydawać i nie robi to żadnego wrażenia na tym bogatym. No bo jeżeli zarobi milion, to co to jest dla niego tysiąc? Jeżeli zarobi 10 milionów, to co to jest dla niego pół miliona?

W pewnym momencie takiego lekarza nie interesuje już leczenie. Jeśli chodzi o pieniądze, interesuje go co najwyżej utrzymanie status quo. Skupia się na tym, żeby mieć dostęp do tych pieniędzy – zwłaszcza jeśli dochodzi do tego jeszcze czynnik stabilizujący w postaci polityki. I stąd największymi milionerami w systemie leczniczym są radni – lekarze.

Dlaczego bycie radnym jest dla nich takim elementem stabilizującym karierę? Dlatego że szpitale – w tym idiotycznie skonstruowanym systemie – finansowane są ze wspólnego garnka jednej organizacji, czyli Narodowego Funduszu Zdrowia, ale formalnie ich własność jest z reguły samorządowa. Może to być samorząd na poziomie powiatowym, ale może być też inny poziom – w zależności od rodzaju placówki. Innymi słowy, jeżeli jesteś radnym w danym rejonie, to po pierwsze dobrze wiesz, dokąd płyną pieniądze, bo w ramach wykonywania obowiązków radnego takie informacje do ciebie docierają. Wiesz więc, gdzie się zahaczyć, żeby mieć odpowiedni dopływ pieniędzy. Co więcej, jeżeli jesteś radnym i jeszcze z układu, który w tym miejscu rządzi, to przecież nikt nie odmówi ci tych wszystkich posad, bo jesteś panem radnym. To ty decydujesz tak naprawdę o tych szpitalach, o ich losie i funkcjonowaniu.

Dlatego radni-lekarze, lekarze-radni natychmiast sytuują się we wszystkich możliwych placówkach. I mamy ludzi, którzy najwyraźniej posiadają zdolność bilokacji: jak teraz wiemy, zarabiają przeciętnie milion osiemset, milion siedemset, milion pięćset, dwa miliony, a rekordzista – cztery miliony. Ten rekordzista wzbogacił jeszcze szpitalny repertuar o własną przychodnię i załatwił dla niej kontrakciki. Bo proszę Państwa, w Polsce system działa tak, że przychodnie dostają pieniądze niezależnie od tego, czy ktoś się tam pojawi, czy nie – per capita. Wystarczy, że ktoś się do niej zapisze, a każdy człowiek: pan, pani, ja, jest do jakiejś przychodni zapisany. Gdy już jest zapisany, co miesiąc płyną tam pieniądze. Dlaczego te pieniądze nie płyną na moje konto – na moje konto pacjenta – żeby zbierał się tam kapitał pacjenta? Wtedy po pewnym czasie miałbym własny kapitał pacjenta i sam decydowałbym, gdzie te pieniądze wydam: w jakiej przychodni, w jakim szpitalu i tak dalej.

Może wtedy na SOR-ze, jeżeli przyjechałbym z tym moim kapitałem i powiedział: halo, halo, ja tu mam 100 tysięcy złotych, mogę u was wydać 20 tysięcy na SOR-ze, to wtedy nie usłyszałbym: „proszę czekać”, tylko: „ma pan 20 tysięcy, proszę natychmiast tutaj, szybka ścieżka, triaż pana nie obejmuje i pan wjeżdża”. System rynkowy, w którym pieniądze idą za pacjentem, został odwrócony. Pieniądze idą za radnym, za profesorem, za lekarzem, za pielęgniarką, za dopuszczonym do żłobu w określonej dziedzinie, a pacjent ma tylko płacić.

Szpitale na skraju przepaści

Nic więc dziwnego, że mamy dziś taką sytuację. Zacytuję Państwu jednego człowieka, który jest członkiem Rady Nadzorczej NFZ-u i od czasu do czasu pokazuje różne dane. Krótko mówiąc, jest świadkiem tego, co dzieje się w tym systemie, a te dane są naprawdę zupełnie szokujące. Pokazują, że król jest totalnie nagi. Weźmy przykład: od 1 stycznia 2026 roku rząd obniżył stawkę na wyżywienie pacjentów w szpitalach z 25 złotych 62 groszy do 20 złotych 90 groszy dziennie. I w szpitalu, w którym koordynator zarabia bimbaliony, podaje się takie śniadanko. To oczywiście symbol, ale przytoczę Państwu szokujące dane od Łukasza Kozłowskiego.

Łukasz Kozłowski to właśnie członek Rady NFZ-u, a oprócz tego członek Rady Nadzorczej ZUS-u i główny ekonomista Federacji Przedsiębiorstw Polskich. Obserwuję jego media społecznościowe od dłuższego czasu i widzę, że na liczbach się zna. Lekarze zarabiają bimbaliony, w lipcu dostali szokującą podwyżkę, a tymczasem początek tego roku przyniósł gwałtowny wzrost zaległości płatniczych publicznych szpitali.

W samym pierwszym kwartale 2026 roku, czyli w ciągu trzech miesięcy, zaległości płatnicze wzrosły o 830 mln zł. To 19,6 proc. kwartał do kwartału, a w ujęciu kwotowym najwyższy wzrost od 2003 roku, odkąd gromadzone są dane. Jeszcze całkiem niedawno te zaległości utrzymywały się na poziomie 2 mld zł, spadały nawet do 1,8–1,9 mld zł, ale od 2023 roku – nie bez powodu właśnie od tego momentu – zaczęły dynamicznie rosnąć. Teraz rosną już w sposób po prostu szokujący.

Dokładnie tak samo jak rosną pensje lekarzy. Całe to zadłużenie, cały wzrost pieniędzy wrzucanych do NFZ-u nie idzie na pacjentów, tylko na te nieszczęsne pensje lekarzy.

W momencie kiedy pikują zarobki lekarzy, podwyżki, kontrakty i nie wiadomo, co jeszcze, o 53 tysiące wzrosła liczba oczekujących w kolejce do ambulatoryjnej opieki specjalistycznej. To wzrost o 6,8 proc. w jednym kwartale. O 15 800 pacjentów zwiększyła się też kolejka w leczeniu szpitalnym, czyli – mówiąc potocznie – kolejka do szpitala.

W jednym kwartale wzrosła ona o 13,9 proc. A jeśli chodzi o wybrane świadczenia specjalistyczne – czyli dostęp do okulisty, ortopedy i innych specjalistów – liczba pacjentów w kolejce zwiększyła się o 140 300 osób. To aż 18,1 proc. w jednym tylko kwartale.

Mamy szokujący wzrost uposażeń lekarzy i jednocześnie szokujący spadek dostępności świadczeń. Im więcej pieniędzy w systemie, tym gorsza dostępność świadczeń. Pamiętają może Państwo występy Nitrasa z Arłukowiczem, kiedy mówili, że nie będzie żadnych kolejek, żadnych limitów, że będzie tak, jak mówił z kolei Hołownia: to lekarz będzie do Państwa dzwonił i pytał, jak się czujecie, oraz zapraszał do specjalisty, na zabieg czy na cokolwiek innego.

Nic takiego się nie stało. Stało się coś dokładnie odwrotnego. Jedynymi, którzy zyskali przez ostatnie trzy lata w służbie zdrowia, są lekarze. Tusk nie zlikwidował ustawy, która indeksuje pensje lekarzy na poziomie przekraczającym inflację o jakieś zupełnie niestworzone liczby. A za pensjami idą kontrakty, bo pensje są częścią koszyka świadczeń.

Mamy wyceny poszczególnych zabiegów i kiedy rośnie pensja, to oczywiście musi wzrosnąć także wycena. Pani, która jest teraz ministrem zdrowia, sama jest wychowanicą tego systemu. Sama była dyrektorką szpitala. To ona jest jedną z tych partyjniaczek, które na tym systemie zarabiają.

Jakie jest wyjście?

Państwowej służby zdrowia nie da się oczywiście uleczyć. Dlaczego się nie da? Dlatego że świadczenie zdrowotne jest czymś, czego popytu nie da się w pełni zaspokoić. Każdy może przecież znaleźć u siebie jakiś problem medyczny. Jeśli nie poważny, typu onkologiczny czy sercowy, to przynajmniej kosmetyczny. Jeśli mamy w konstytucji zapisane, że służba zdrowia jest rzekomo za darmo, czyli że państwo ma to jakoś załatwić, to musiałoby to oznaczać, że nie 7 proc. PKB, nie 8 proc. PKB, nie 10 proc. PKB, tylko 100 proc. PKB powinno być przeznaczone na służbę zdrowia.

A tak naprawdę i tak by tych pieniędzy nie wystarczyło. To oczywiście absurd. Krótko mówiąc, trzeba zacząć ten system powoli prywatyzować.

Trzeba zacząć od drobnych kroków: pieniądze muszą iść za pacjentem, a nie za lekarzem. Pieniądze muszą iść za chorym, a nie za pielęgniarką. Pieniądze muszą iść za tym, kto idzie po świadczenie, a nie za kolejnym papierkiem, który stanowi barierę administracyjną i tworzy grupy uprzywilejowanych lekarzy z dostępem do systemu, bo ten papierek w jakiś sposób sobie załatwili.

Co więcej, pacjent musi dostawać te pieniądze w zależności od tego, ile płaci. Nie może być tak, że niektórzy mają łatwiejsze ścieżki za te same pieniądze, bo są krewnymi, radnymi albo znajomymi królika. Pełne świadczenia dotyczące najpoważniejszych schorzeń – takich jak choroby onkologiczne czy kardiologiczne – powinny być dostępne na zasadach pełnej transparentności i pełnej równości dostępu.

Innymi słowy, musi skończyć się faworyzowanie lekarzy, ich rodzin i polityków. Oczywiście te pierwsze kroki można wykonać szybko i stosunkowo łatwo, ale to jest tylko coś w rodzaju aspiryny na przeziębienie. Żeby naprawdę wyjść z tego przeziębienia, musi zmienić się wszystko – przede wszystkim ekspozycja na czynniki, które to przeziębienie powodują.

A głównym czynnikiem, który tę chorobę powoduje, jest oczywiście to, że służba zdrowia jest państwowa. Musi więc dojść do prywatyzacji systemu i prywatyzacji składek. Dopiero w takim systemie, w którym pacjent jest w centrum, ponieważ to są jego pieniądze i za te pieniądze ktoś go leczy, cokolwiek może się uzdrowić.

Ale tak jak mówię, z uwagi na różne okoliczności tego systemu nie da się go sprywatyzować jednym strzałem. Te resztki systemu trzeba jednak uzdrowić poprzez radykalne zmniejszenie pensji lekarzy, radykalne ograniczenie różnego rodzaju układów nepotystycznych – czyli wyrzucenie wszystkich partyjniaków z zarządów szpitali, stopniowe przechodzenie na wykonywanie usług przez podmioty zewnętrzne działające na rynku, a na końcu doprowadzenie do zasadniczej reformy polegającej na tym, że pacjenci płacą sami za siebie.

Renciści do roboty albo na emeryturę

Renciści do roboty albo na emeryturę

16.06.2026 wolnemedia./rencisci-do-roboty-albo-na-emeryture

Do małego stowarzyszenia Łódź dla Ludzi, w którym działam, regularnie trafiają schorowani, poturbowani przez życie ludzie, których ZUS najpierw pozbawia środków do życia, a potem zrzuca na wątłe barki takich jak my. Chwilowa bieda bardzo szybko zamienia się tu w długi czynszowe, widmo eksmisji i bezdomność. Kocham ludzi niemal jak Piotr Ikonowicz, ale mimo wszystko wolałbym mieć mniej darmowej roboty społecznej. ZUS jednak konsekwentnie dba o to, żebym się nie nudził. Wyjaśniam dlaczego.

ZUS działa często tak, jakby z góry zakładał, że człowiek nie choruje naprawdę, tylko kombinuje. Schorowany obywatel nie jest w tej logice kimś, komu trzeba pomóc przetrwać kryzys zdrowotny, lecz podejrzanym, którego należy sprawdzać, przeciągać przez procedury i w razie potrzeby przywołać do porządku odmową. Państwo mówi mu: udowodnij, że naprawdę ledwo zipiesz. A potem udowodnij to jeszcze raz. I jeszcze raz, bo może akurat między jedną komisją a drugą wydarzył się cud i noga odrosła.

Mam zresztą coraz silniejsze wrażenie, że ludzi pozbawia się zasiłku chorobowego niemal taśmowo, według jakiegoś algorytmu albo co najmniej urzędniczej logiki hurtowej selekcji. Trudno inaczej wyjaśnić skalę tej bezduszności. ZUS sam chwali się rozbudowanym systemem kontroli prawidłowości orzekania o czasowej niezdolności do pracy, a tylko w pierwszym półroczu 2024 roku obniżono wypłaty zasiłków chorobowych i świadczeń rehabilitacyjnych 56,8 tysiącom osób. Problem w tym, że później niemała część takich ludzi wygrywa z ZUS-em w sądach.

Już kilka lat temu Prawo.pl opisywało, że w samym pierwszym półroczu 2022 roku ZUS uwzględnił roszczenia tylko w 2803 przypadkach na 41 124 załatwione odwołania, więc ogromna większość spornych spraw szła dalej. A dalej idą już tylko ci, którzy mają siłę, wiedzę i trochę pieniędzy, by się po drodze nie załamać. Reszta przegrywa nie dlatego, że nie miała racji, lecz dlatego, że nie miała zasobów.

Dla urzędnika to jest teczka. Dla człowieka to bywa katastrofa. Ktoś traci świadczenie albo miesiącami czeka na decyzję. Ktoś inny dostaje odmowę, choć ledwo chodzi, słabo widzi albo ma głowę w takim stanie, że nie bardzo jest w stanie ogarnąć, co właściwie dzieje się wokół niego. Taki człowiek nie trafia później do gabinetu ministra ani do telewizyjnego studia, gdzie eksperci opowiedzą o „racjonalizacji wydatków”. Trafia do nas. Siada i mówi, że nie ma z czego zapłacić czynszu. Że zalega już drugi miesiąc. Że przyszło pismo. Że może trzeba będzie pożyczyć. Że nie ma od kogo. Że może już nie da rady.

I wtedy okazuje się, jak wygląda prawdziwa „oszczędność” państwa. ZUS przyoszczędzi tu kilka tysiączków, może trochę więcej, za to potem cała reszta społeczeństwa ma sprzątać skutki. Lokator wpada w zaległości. Zaczyna się spirala długu. Pogarsza się zdrowie. Narasta lęk. Czasem dochodzi do odcięcia mediów, czasem do utraty mieszkania, czasem do pełnego rozkładu życia, którego potem nikt już nie umie posklejać. Tyle że w tabelkach wszystko się zgadza. Budżet niby odetchnął. A że człowiek właśnie zsunął się o kilka pięter niżej w hierarchii nędzy, to już szczegół.

Najbardziej obrzydliwe jest to, że ten mechanizm uderza przede wszystkim w ludzi najsłabszych. Nie w cwaniaków z kancelariami i znajomościami, tylko w ludzi schorowanych, samotnych, często kiepsko wykształconych, czasem nieumiejących dobrze czytać urzędowego bełkotu. Państwo doskonale wie, kogo najłatwiej przycisnąć. Wie też, że część takich ludzi odpadnie po drodze. Nie odwoła się. Nie zdąży. Załamie się. Zniknie z pola widzenia. A wtedy można już ogłosić sukces w zwalczaniu nadużyć.

I tu dochodzimy do drugiego absurdu, opisanego ostatnio w „Wyborczej”. Polski system zaczyna skręcać w stronę sytuacji, w której dla części ludzi bardziej opłaca się przejść na rentę niż na emeryturę. Nie dlatego, że renta jest jakimś luksusem, tylko dlatego, że emerytura bywa liczona w sposób skrajnie nieprzyjazny człowiekowi. W nowym systemie, za który możecie podziękować Balcerowiczowi i całej tej reformującej Polsce z kalkulatorem zamiast serca, emerytura to po prostu zgromadzony kapitał podzielony przez średnie dalsze trwanie życia. Im dłużej według tablic GUS masz jeszcze żyć, tym niższe może wyjść świadczenie. Renta z tytułu niezdolności do pracy wyliczana jest inaczej: obejmuje nie tylko okresy składkowe i nieskładkowe, ale także tak zwany staż hipotetyczny, czyli lata „doliczane” do pełnych 25 lat stażu, liczone do wieku 60 lat. To właśnie ten mechanizm sprawia, że dla części ludzi renta może okazać się relatywnie korzystniejsza od emerytury.

Chyba nie muszę Czytelnikom dodawać, że w I kwartale 2025 roku rentę z tytułu niezdolności do pracy pobierało przeciętnie już tylko 499,3 tysiąca osób. To najniższy poziom w historii naszej, jakże wolnej, Ojczyzny. Po prostu renty się wygasza. I jeszcze powiedzą nam, że to w imię sprawiedliwości.

To zresztą pięknie pokazuje chorobę całego państwowego myślenia. Zamiast uznać, że emerytury są dla wielu ludzi żałośnie niskie, zaraz znajdzie się tłum mądrali, którzy ogłoszą, że trzeba „uszczelnić system”, bo obywatele znów coś kombinują. W Polsce, gdy człowiekowi bardziej opłaca się zachorować niż zestarzeć, elity nigdy nie oskarżają systemu. Winny jest zawsze obywatel. Ten sam, którego wcześniej latami karmiono śmieciówkami, marnymi płacami i opowieścią, że jakoś to będzie.

Z perspektywy takiego stowarzyszenia jak nasze wygląda to jeszcze prościej. My widzimy nie „świadczeniobiorców”, lecz ludzi, którym system właśnie podciął nogi. Widzimy, jak decyzja z ZUS-u uruchamia lawinę: od braku pieniędzy na leki, przez zaległy czynsz, po realne ryzyko bezdomności. Widzimy też, ile dodatkowej roboty społecznej produkuje ten cały bezduszny mechanizm. Trzeba tłumaczyć, pisać, interweniować, szukać pomocy, czasem po prostu siedzieć z kimś i próbować go poskładać, bo państwo właśnie zrobiło z niego wrak.

Potem jeszcze znajdzie się jakiś mędrzec, który powie, że organizacje społeczne są od tego, żeby pomagać. Owszem, są. Tylko nie po to, żeby łatać dziury wywiercone przez instytucje publiczne. Nie po to, żeby przejmować skutki urzędniczego okrucieństwa albo systemowej paranoi. My naprawdę moglibyśmy zajmować się sensowniejszą robotą niż gaszenie pożarów wzniecanych przez państwo we własnych obywatelach.

Dlatego wyjaśniam to nie tylko z obywatelskiego obowiązku, ale też z czystego egoizmu. Naprawdę wolałbym, żeby do naszego stowarzyszenia zgłaszało się mniej ludzi doprowadzonych decyzjami ZUS-u do nędzy, długu i rozpaczy. Ale żeby tak było, państwo musiałoby wreszcie przestać traktować chorobę i biedę jak podejrzaną fanaberię. I zacząć traktować ludzi jak ludzi.

Na to się jednak nie zanosi.

Autorstwo: Damian Duszczenko
Źródło: Nie.com.pl, Lewica.pl

Lipa

Oto dwudziesty czwarty w tym roku SOBOTNIK.

Z pozdrowieniami

Małgorzata Todd www.mtodd.pl

Lipa 24/2026(778)     

     Zdążyliśmy się przyzwyczaić, do tego, że oświadczenia Tuska, nieważne czego by dotyczyły, to zawsze wielka lipa. Ludzie prawi nie potrafią tego zaakceptować i nadal się oburzają. A ci od lewizny wszelakiej, uważają, że tak trzeba, bo „populistów” należy oszwabiać na każdym polu i nieustannie.

     Lipy jako drzewa (są apolityczne), niezależnie od tego, czy są sprowadzane z Niemiec za ciężkie pieniądze, czy krajowe, kierują się swoją naturą, nie bacząc na ważną rolę w kalendarzu, jaką przyszło im pełnić. A przecież to od nich właśnie nadano nazwę siódmemu miesiącowi roku. Bo w tym właśnie miesiącu kwitły lipy dostarczając pszczołom nektar przerabiany przez nie na miód lipowy. Teraz, nie wiedzieć czemu, lipom zaczęło się spieszyć. Kwitną o miesiąc wcześniej, niektóre nawet pod koniec maja.

     Natomiast dlaczego spieszy się oszustom wyłudzającym pieniądze, nie trudno zgadnąć. Chcą je po prostu mieć. Władza może się zmienić i żegnaj dojna krowo. Obecnie, taka państwowa instytucja jaką jest ZUS ubzdurała sobie, że czegoś tam nie zapłaciłam przed dziesięciu laty. Oni nie reagowali o czasie, a teraz naliczają mi odsetki za każdy dzień zwłoki, bo jak widać, ich przedawnienie nie obowiązuje. Obawiam się, że gdybym nawet zaczęła zbierać plastykowe butelki, wzorem tak zwanej „klasy średniej”, nie uchroni mnie to przed bankructwem i bezdomnością. No chyba, że przewidziana jest dla mnie jakaś przytulna cela z wiktem i opierunkiem…

=====================================

Instrukcja obsługi

       ‒ Co sądzisz o takiej instrukcji „obsługi” podejrzanego? – spytała Małgorzata. 
       ‒ Chodzi o kolejność działań? ‒ upewnił się DUCH CZASU.
       ‒ Właśnie. Najpierw zakłada się takiej osobie kajdanki, a później żąda okazania dowodu osobistego.
       ‒ Sprytne. Za Stalina najpierw człowieka kneblowano, a później kazano mu zeznawać. 


Polska płaci Emerytury i Renty Sowieckim Ukraińcom z KGB , SBU I GRU , Milicji

Polska płaci Emerytury i Renty Sowieckim Ukraińcom z KGB , SBU I GRU , Milicji

goralo-baca123

https://www.salon24.pl/u/maximilianschonbucher/1477194,polska-placi-emerytury-i-renty-sowieckim-ukraincom-z-kgb-sbu-i-gru-milicji


Pracowali w Sowiecko-Komunistycznym ZSSR w aparacie przemocy jak KGB czy byli oficerami , żołnierzami Armii Czerwonej okupującej Polskę… Mordowali , więzili, katowali Polaków od 1945-1992 w ramach Związkowej Komunistycznej Republiki Ukraińskiej…

Od 2018 do 2024 Polska wypłaciła ukraińskim ” rolnikom ” rent rolniczych na sumę 11 milionów 754 tysięcy złotych i emerytur  rolniczych na sumę 10 milionów 250 tysięcy złotych…

To nie wszystko…

Lawinowo rośnie liczba Ukraińców, którzy pobierają polskie emerytury pracownicze… wśród których jest wielu mieszkających lub 1 raz w m-cu  przyjeżdżających odebrać pensję wspomnianych Sowiecko-Ukraińskich bandytów z Ukraińskiej Milicji, KGB , Czerwonej Armii Sowieckich służb  wojskowych  GRU…

Polska staje się dla nich senioralnym eldorado!

Z najnowszych danych wynika, że rok do roku jest ich więcej o kilka tysięcy. W grudniu 2024 r. ponad 20 tys. cudzoziemców, w zdecydowanej większości Ukraińców, otrzymało emerytury i renty z ZUS, na łączną sumę ok. 27,6 mln zł (jest to pula miesięczna !!!!!). W analogicznym okresie 2023 r. świadczenia te wypłacano 15,3 tys. osób (21,5 mln zł), a w 2022 r. – 12,2 tys. osób (16,5 mln zł).

Wychodzi na to, że co roku ZUS wydaje z tego tytułu co najmniej o 5 mln zł więcej. Najliczniejszą nację podlegającą u nas ubezpieczeniom społecznym stanowią Ukraińcy 787,5 tys., a także Białorusini 134,9 tys. i Gruzini 25,7 tys. (dane na koniec 2024 r.).

Eksperci prognozują, że zjawisko będzie narastać, a za 10–20 lat Polska stanie się senioralnym eldorado dla naszych sąsiadów zza wschodniej granicy. Jeśli np. Ukrainiec w wieku senioralnym zamieszka w Polsce, to  ZUS ma obowiązek wypłacać mu różnicę między emeryturą pobieraną z Ukrainy a minimalną polską. Takie ,,wyrównania” to niebagatelne kwoty. Minimalna emerytura ukraińska wynosi obecnie od 2725 do 3370 hrywien (od ok. 260 do 320 zł). Oznacza to dopłatę rzędu ponad 1,5 tys. zł miesięcznie. 

Tak my Polacy utrzymujemy komunistycznych , ukraińskich oprawców z których zapewne wielu mordowało naszych braci na Wołyniu , Podolu i Małopolsce.

Coraz więcej cudzoziemców w systemie ubezpieczeń.

Coraz więcej cudzoziemców w polskim systemie ubezpieczeń społecznych

Maciej Pawlak


https://filarybiznesu.pl/finanse/coraz-wiecej-cudzoziemcow-w-polskim-systemie-ubezpieczen-spolecznych/a28316

W ostatnich 7 latach w Polsce zaszły istotne zmiany związane z rosnącą obecnością cudzoziemców zarówno na rynku pracy, jak i w systemie ubezpieczeń społecznych. Jak dalej pisze Dominika Prudło w Tygodniku Gospodarczym Polskiego Instytutu Ekonomicznego, liczba cudzoziemców zgłoszonych do ubezpieczeń emerytalno-rentowych wzrosła ponad dwukrotnie z 570 tys. w 2018 r. do 1,2 mln w 2025 r.

Tym samym udział cudzoziemców w ogólnej liczbie ubezpieczonych wzrósł z 3,6 proc. w 2018 r. do 7,7 proc. w 2025 r. Dynamiczne przyrosty notowano zwłaszcza w latach 2021-2022, gdy liczba ubezpieczonych cudzoziemców rosła r/r aż o 21 proc. Równolegle wyraźnie zwiększyła się liczba cudzoziemców ubezpieczonych z tytułu prowadzenia pozarolniczej działalności – z 17,8 tys. osób na koniec 2018 r. do 83,2 tys. osób w czerwcu 2025 r., co oznacza niemal 5-krotny wzrost. W 2025 r. osoby te stanowią 6,9 proc. wszystkich ubezpieczonych cudzoziemców.

Co więcej struktura obywatelstwa ubezpieczonych cudzoziemców w Polsce ulega zmianie. Zmniejszył się udział obywateli państw Unii Europejskiej – z 6,3 proc. w 2018 r. do 3,4 proc. w 2024 r. Wzrósł zaś udział osób spoza UE, które obecnie stanowią już 96,6 proc. wszystkich zgłoszonych do ubezpieczeń. Najsilniejszą dynamikę przyrostu odnotowano w przypadku obywateli Kolumbii, wśród których liczba ubezpieczonych zwiększyła się aż 75-krotnie w porównaniu z 2018 r., co wynika z niskiej bazy w 2018 r. Największymi grupami cudzoziemców objętych ubezpieczeniami emerytalno-rentowymi pozostają jednak niezmiennie Ukraińcy (818 tys. osób) oraz Białorusini (136 tys. osób).

Jak zaznacza ekspertka, obecność cudzoziemców coraz wyraźniej zaznacza się w strukturze środków gromadzonych w systemie ubezpieczeń społecznych. We wrześniu 2018 r. na kontach i subkontach cudzoziemców w ZUS zapisanych było łącznie 12,9 mld zł, co odpowiadało zaledwie 0,45 proc. ogółu środków zgromadzonych w systemie. Liczba kont cudzoziemców wynosiła wówczas 1,5 mln, a ich udział w całości kont ubezpieczonych sięgał 5,8 proc.

Od tamtego czasu skala ta uległa znacznej zmianie. Do końca 2024 r. liczba kont cudzoziemców wzrosła niemal trzykrotnie (do 4,2 mln), co przełożyło się już na 13,8 proc. ogólnej liczby kont prowadzonych przez ZUS. Liczba kont dotyczy zarówno osób obecnie zgłoszonych do ubezpieczenia, jak i tych, które pracowały w Polsce w przeszłości. Kwota zapisana na kontach i subkontach cudzoziemców wyniosła 73,3 mld zł i odpowiadała 1,62 proc. kwoty zapisanej na kontach ogółu ubezpieczonych.

W opinii Dominiki Prudło znaczenie cudzoziemców dla stabilności finansów Funduszu Ubezpieczeń Społecznych systematycznie rośnie. W 2018 r. roczny przypis składek na ubezpieczenia emerytalne i rentowe opłacanych za obcokrajowców wynosił 4,3 mld zł, co stanowiło 2,6 proc. całości wpływów do FUS. Sześć lat później, w 2024 r., było to już 18,5 mld zł i blisko 6 proc. wszystkich składek.

Oto pałace ZUS – ranking najbardziej okazałych gmachów ZUS. Tak wyglądają budynki, w których decydują o Twojej emeryturze

Oto pałace ZUS – ranking najbardziej okazałych gmachów ZUS.

Tak wyglądają budynki, w których decydują o Twojej emeryturze

Julia Muc 22 lipca 2025, https://chorzow.naszemiasto.pl/oto-palace-zus-ranking-najbardziej-okazalych-gmachow-zus-tak-wygladaja-budynki-w-ktorych-decyduja-o-twojej-emeryturze/ar/c1p2-27801657

Ten budynek wygląda jakby zaprojektował go student architektury po trzech nieprzespanych nocach i jednej lampce absurdu. Szklany czołg przyszłości, który miał być planetarium, a skończył jako urząd, w którym dowiesz się, że jednak nie masz ciągłości ubezpieczenia. Forma jak z filmów sci-fi, ale treść… klasyczna: „proszę złożyć wniosek osobiście, w czterech egzemplarzach, najlepiej w 2002 roku”. Na pierwszy rzut oka to centrum nauki. Na drugi – to ZUS. I wtedy wszystko zaczyna boleć. Bo tu właśnie tkwi geniusz tej architektury – rozmach tylko pozornie odwrotnie proporcjonalny do tego, co dostajesz w środku. A jednak jakoś to wszystko się spina. Jak życie z ZUS-em.
Miejsce 1: ZUS Chorzów
Miejsce 2: ZUS Kłobuck
Miejsce 3: ZUS Katowice

Zobacz galerię (23 zdjęcia)

Zanim wejdziesz z wnioskiem w dłoni, zatrzymaj się i rozejrzyj. Budynki ZUS w całej Polsce to żywe pomniki architektury lat 90. — beton, przyciemniane szyby, ciężkie daszki. Wszystko toporne, masywne, bez cienia lekkości. I może właśnie o to chodzi. Bo trudno o lepszą oprawę dla miejsca, w którym dowiadujesz się, że na emeryturę to jeszcze nie teraz.

Pałace ZUS, czyli ranking najbardziej okazałych gmachów ZUS – kliknij TUTAJ i zobacz zdjęcia

ZUS jak z pocztówki z końca świata. Gdyby architektura mogła mówić, powiedziałaby: „Witamy w rzeczywistości”

Rozbuchane daszki, przydymione szybki, labirynty korytarzy. Architektura ZUS-ów wygląda jak projekt dystopijnego uniwersum lat 90., ale przecież właśnie dlatego tak dobrze oddaje naszą relację z tą instytucją. Gdyby ktoś chciał zaprojektować przestrzeń dla absurdu – to już zostało zrobione.

Ranking ZUS-ów(23 zdjęcia)

Oto ZUS. Budynek, który mówi wszystko, zanim zdążysz cokolwiek załatwić

Nadmuchany rozmach, monumentalizm z odzysku i korytarze, które kończą się ścianą. ZUS-y w całej Polsce wyglądają tak, jakby miały udowodnić, że forma może odzwierciedlać funkcję. Tyle że zamiast „opieki społecznej”, czujesz „społeczne zawieszenie w próżni”.

Gdziekolwiek nie wejdziesz – czujesz się jak w PRL-u na sterydach lub w biurowcu z alternatywnej rzeczywistości, w której Kafka robił doktorat z ergonomii. A przecież to tylko siedziby Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Tylko albo aż – bo każda z nich jest jak architektoniczny komentarz do egzystencjalnego pytania, które najlepiej zadał Tymon Tymański w zespole Kury. Kto pamięta?

ZUS jako instytucja i ZUS jako budynek. I wszystko się zgadza

Tymon na legendarnym „Polovirusie” śpiewał w „Dlaczego”:

„Dlaczego pracujemy i po co ZUS płacimy?”

I choć było to dekady temu, pytanie pozostaje aktualne. Odpowiedź częściowo znajdziemy… w estetyce tych obiektów. Miejsca te nie udają – są szczere do bólu. Monumentalne jak absurd, który trzeba przeżyć, by w ogóle je zrozumieć.

ZUS-y nie próbują być modne. One nie muszą.
Ich przekaz jest prosty: „przetrwanie ponad wszystko”. I właśnie dlatego tak bardzo pasują do tego, jak widzimy tę instytucję – coś między koniecznością a opowieścią o niespełnionym śnie o państwie opiekuńczym.

Centrala ZUS w Warszawie? Pentagon po miesiącu w Polsce

Główna siedziba ZUS w stolicy? Tego nie da się nie zobaczyć. Wygląda jak Pentagon po doświadczeniu wszystkich faz transformacji ustrojowej i reformy emerytalnej. Rozległa, chłodna i niezaprzeczalnie monumentalna – równie gotowa na audyt, co na inwazję… biurokracji.

Najważniejsze wiadomości z kraju i ze świata

Dalszy ciąg artykułu pod wideo ↓

To właśnie tam podejmuje się decyzje, które potem docierają do Białegostoku, Prudnika czy Jastrzębia-Zdroju, pakowane w koperty z logo, które widzisz częściej niż własne odbicie w lustrze. Wszystko się tu spina. Architektoniczny i życiowy postmodernizm.

Prudnik, Zamość, Jelenia Góra. ZUS w małym mieście, forma w rozkwicie

Nie trzeba jednak jechać do stolicy, żeby poczuć architektoniczną potęgę tej instytucji. ZUS w Zamościu? Przypomina muzeum postmodernizmu. Białystok? Wygląda, jak skocznia im. Adama Małysza. Jelenia Góra? To już właściwie zamek.

A przecież to tylko okienko, do którego przychodzisz zapytać, czemu świadczenie nie wpłynęło.

W takich miejscach czujesz, że nie jesteś tu po to, żeby cokolwiek załatwić. Jesteś po to, żeby zrozumieć – ten budynek, ten urząd, to całe doświadczenie.

To nie żart. To ZUS

Czy to źle? Nie. Przeciwnie – te budynki są jak rzeźby społeczeństwa. Pomniki kompromisów, zawieszonych nadziei i uporu urzędników. Tylko tutaj kafelki z 1997 roku mogą koegzystować z komputerem z 2012 i formularzem z 1984.

To nie są pomyłki. To świadoma estetyka. ZUS nie udaje, że będzie miło. I w tym jest uczciwy. A jego architektura? Jest równie nieugięta jak system, który reprezentuje. Piękne jak okręt, jak konie w galopie.

Zobacz nasz ranking najbardziej spektakularnych ZUS-ów w Polsce

W galerii przedstawiamy najbardziej reprezentatywne, dziwaczne, monumentalne i zaskakująco konsekwentne siedziby ZUS w województwie śląskim. Na deser i porównawczo: kilka fenomenalnych przykładów z Polski. Niektóre z nich trudno zapomnieć. Innych nie da się zlokalizować bez mapy. Wszystkie jednak coś mówią – i o nas, i o państwie, które je zbudowało.

Julia Muc

Rewolucja przeciw złodziejstwu już trwa. Ale w USA. Zróbmy w Polsce!!

DOGE po polsku. Rewolucja przeciw złodziejstwu już trwa

17.02.2025 Tomasz Sommer https://nczas.info/2025/02/17/doge-po-polsku-rewolucja-przeciw-zlodziejstwu-juz-trwa/

Gdyby rok temu ktoś powiedział, że zaraz po wyborach w Stanach Zjednoczonych zacznie się wielka dekomunizacja, to chyba nie byłoby nikogo, kto nie zacząłby się pukać w czoło. Tymczasem fakty są takie, że ta dekomunizacja, prowadzona przy pomocy super-urzędu DOGE właśnie na naszych oczach, czyli jak to się obecnie mówi: „w czasie rzeczywistym” – trwa. Polska powinna pójść tą samą drogą.

Amerykańskiej dekomunizacji przyświeca świadomość, że głównym celem rządu i jego kontrahentów jest osobisty zarobek uczestników tych organizacji, więc rząd powinien działać tylko tam, gdzie jest absolutnie i bez wątpliwości potrzebny. Im w danej dziedzinie jest mniej potrzebny, tym więcej marnotrawi.

Pierwsze urzędy idą pod nóż

– Marnotrawstwo każdego urzędu oceniam na średnio 25 proc. – twittował szef DOGE Elon Musk. – 15 proc. to zwykłe marnotrawstwo, a 10 proc. to korupcja. Oznacza to, że likwidacja 25 proc. wydatków jest możliwa od ręki. Natomiast zdecydowana większość urzędów jest po prostu niepotrzebna, więc budżet można zmniejszyć znacznie bardziej radykalnie – konkludował.

Pierwsza duża instytucja, jaka poszła pod nóż, to USAID, która, jak się okazało, zajmowała się głównie sponsoringiem lewactwa na całym świecie, w tym w Polsce, za bagatela 60–80 miliardów dolarów rocznie.

– Cięcia będą szły nie w dziesiątki, nie w setki miliardów, tylko w biliony dolarów – zapowiada Musk, który chce zmniejszyć amerykańskie wydatki budżetowe w ciągu dwóch lat o 30–50 proc. Czy podobny proces możliwy jest w Polsce?

Zmniejszyć budżet o połowę

Oczywiście jest to nie tylko możliwe, ale natychmiast potrzebne. Zwłaszcza gdy w tym roku okazało się, że rząd właściwie nie panuje już na budżetem, więc lekką ręką zaprojektował astronomiczny wręcz deficyt na poziomie ok. 50 proc. zaplanowanych przychodów. Szczegółowe obliczenia możliwych redukcji budżetu prezentowaliśmy w „Najwyższym CZAS!”–ie kilka razy, ostatnio piórem Tomasza Cukiernika. W warunkach polskich redukcję budżetu można by wprowadzić oczywiście najłatwiej podczas projektowania nowego budżetu, czyli niejako z góry.

Technika Muska jest jednak inna niż zmiany poprzez nowe budżetowanie. DOGE działa poprzez analizowanie działania poszczególnych instytucji i zamrażanie ich szkodliwych czy nieefektywnych działań. Rzeczywiście, może się okazać, że taka taktyka „aktywnego audytu” jest znacznie skuteczniejsza, bo przecież urzędy, które nie zostaną zmienione strukturalnie, gdy tylko nacisk na nie ustanie, natychmiast zaczną znowu się rozrastać. Innymi słowy, trzeba w nich zbudować mechanizm wydajności, a te, które są całkowicie bezużyteczne, po prostu zlikwidować całkowicie.

Jak się odbywa owo „zaszczepianie wydajności”? Ekipa Muska z zewnątrz porównuje zadania zlecone danej instytucji do wykonywanych przez nią działań i eliminuje działania, które ze zleceniami nie mają nic albo mało wspólnego, wraz z przypadającymi na nie budżetem i personelem. Jeśli zadania jakiejś instytucji nie są wykonywane w ogóle, ma ona być likwidowana w całości.

Jak to może działać w Polsce

Jak taki proces może działać w Polsce? W analogiczny sposób. Jeśli polski DOGE zajmie się np. Uniwersytetem Warszawskim, instytucją o budżecie 2,2 mld złotych, to musi stwierdzić, czy poszczególne wydziały realizują cele naukowe, czy polityczne i te polityczne zamknąć. Następnie sprawdzić, dlaczego uniwersytet o największej w Polsce renomie finansuje się sam tylko na poziomie niewiele ponad 4 proc., wreszcie przeanalizować stan majątkowy uczelni – przede wszystkim pod względem wykorzystania posiadanych nieruchomości. Taki audyt z całą pewnością wykaże, iż nieruchomości są źle wykorzystywane. W sumie odpolitycznienie, uelastycznienie i właściwe skosztorysowanie działania tej uczelni może zapewne bez większego problemu zmniejszyć dopłaty do niej o kilkadziesiąt procent.

Podobnie jest z niemal wszystkimi instytucjami polskiego państwa. Warto przy okazji przypomnieć, że obecnie w jego strukturze istnieje instytucja, która może wykonywać nieco zbliżone działania – tą instytucją jest NIK. Jednak tzw. wnioski pokontrolne prezentowane przez NIK realnie są tylko postulatami, które nie mają wpływu na rzeczywiste działanie instytucji, a ich kierownictwo realnie może je po prostu zignorować.

Od DOGE do likwidacji podatków dochodowych

Polski DOGE powinien rozpocząć działania od odpolitycznienia instytucji nauki i kultury. W tych sferach oszczędności można jednak zaoszczędzić tylko kilkadziesiąt miliardów złotych. Ich odpolitycznienie jest konieczne. Ważne jest jednak, że to tam produkowana jest socjalistyczna i komunistyczna propaganda, która wpływa potem na politykę państwa. Po odcięciu lewackiej propagandy od finansowego i instytucjonalnego zaplecza należy przejść do cięć w sferach najbardziej koszto-chłonnych – czyli w sferze „socjalu”, służby zdrowia oraz obronności. Te trzy działy obecnego państwa kosztują podatników w obecnym budżecie ponad 400 miliardów. Znaczące zmniejszenie tego obciążenia może nastąpić tylko poprzez likwidację głównych transferów socjalnych, takich jak np. 800 plus. Ważne jest także stopniowe przerzucenie kosztów obsługi długu na funkcjonariuszy i członków partii, które ten dług zaciągnęły. W 2025 r. koszt obsługi długu publicznego to aż 75,5 miliarda zł, co stanowi ponad 12 proc. przychodów. Te pieniądze powinni spłacać ci ludzie, którzy ten dług zaciągnęli.

Obniżenie wydatków budżetowych o mniej więcej połowę spowoduje, że będzie można w pierwszym kroku całkowicie zlikwidować podatki dochodowe, czyli PIT i CIT, natomiast w kolejnym kroku znacznie obniżyć VAT. Docelowo podstawowym podatkiem powinna być akcyza, a dodatkowym, podatek od sprzedaży. Likwidacja ogromnej biurokracji związanej podatkami dochodowymi oraz oczywiście samego podatku, nie tylko pozostawi w kieszeniach podatników ok. 200 miliardów złotych, ale spowoduje także uwolnienie rąk do pracy, które obecnie związane są czynnościami urzędniczymi.

Stopniowa likwidacja ZUS

Oczywiście likwidacja podatków dochodowych musi być połączona ze zmianą sposobu finansowania ZUS–u, który jest obecnie powiązany z podatkami dochodowymi. Można to uczynić w dwóch krokach: najpierw zaproponować chętnym rezygnację z ZUS–u w zamian za zaprzestanie pobierania składek, co pociągnie za sobą finansowanie świadczeń z ZUS tylko ze składek tych, którzy pozostaną w systemie. Docelowo ubezpieczenia emerytalne powinny być tylko dobrowolne i kapitałowe, bez gwarancji państwowych.

Rewolucja przeciw złodziejstwu już trwa

Oczywiście scenariuszy dekomunizacji państwa może być wiele i mitem jest twierdzenie, że da się je szczegółowo i z góry zaplanować – jest to bowiem popadanie w błąd gospodarki planowanej. Właśnie dlatego skuteczność działania DOGE musi wynikać właśnie z każdorazowego rozeznania sytuacji. Jednak to rozeznanie musi być oparte o dwie podstawowe zasady: jeśli instytucja nie realizuje celów, musi zostać w całości zlikwidowana, jeśli zaś generuje bezsensowne koszty, to musi być pozbawiona środków, które takie bezsensowne wydatki umożliwiają. A zarówno katalog celów instytucjonalnych, jak i ogólny budżet państwa, muszą być radykalnie ograniczone.

Rewolucja przeciwko wielkiemu państwu podatkowemu się rozpoczęła. Czas, by Polska się w nią włączyła.

W Polsce 27% mężczyzn i 6% kobiet nie dożywa emerytury, czyli o tym skąd PiS bierze na 13 i 14 emerytury i na futrowanie „gości”.

27% mężczyzn w Polsce i 6% kobiet nie dożywa emerytury, czyli o tym skąd PiS bierze na 13 i 14 emerytury i na futrowanie „gości”.

Skąd PiS bierze na 13 i 14 emerytury i jak tzw. „fałszywa pandemia Covid” znacząco poprawiła i nadal poprawia finanse ZUS, a pośrednio także NFZ.

W Polsce umiera rocznie ok 400 tys. Polaków, z czego ok. połowa czyli 200 tys. to mężczyźni. Ponieważ według GUS ok. 27 %. z nich , czyli ok. 55 tys. nie dożywa emerytury i umiera w wieku średnio ok. 53 lat, to oznacza, że ZUS zabiera ich, zbierane przez 28 lat składki (przy założeniu, że zaczęli pracę w wieku 25 lat) na emeryturę. W przybliżeniu, zagarniany przez ZUS kapitał zmarłych mężczyzn wynosi ok. 15-20 miliardów rocznie. 
Dodatkowo, ponieważ mężczyźni żyją na emeryturze średnio ok. 13,5 roku, a ZUS liczy im 17,5 roku, ZUS zagarnia każdego roku 4-letnie składki blisko 150 tys. mężczyzn co daje kwotę ok. 15 miliardów zł.  Czyli rocznie ZUS zagarnia ok. 30-35 miliardów. 
Koszt 13 i 14 emerytur w poprzednich latach oscylował w granicach 22 miliardów. W tym roku będzie to prawdopodobnie ok. 33-35 miliardów.  Dodatkowe emerytury dostają nawet ci co mają ją w wysokości ponad 5 tys. miesięcznie.
W tym samym czasie w Polsce żyje na granicy ubóstwa ok. 1,5 miliona wdów, które po odejściu małżonka, same, z jednej emerytury muszą pokryć koszty mieszkania, życia i leczenia, które do momentu zgonu były pokrywane z 2 emerytur. 
Oprócz w/w zdarzeń, bardzo korzystny wpływ na finanse ZUS miała i nadal ma tzw. „fałszywa pandemia Covid”. Według różnych szacunków z powodu zamknięcia podczas tej fałszywej pandemii szpitali, wstrzymania operacji planowych, uniemożliwienia dostępu do diagnostyki, leków, wizyt itd. zmarło w Polsce przedwcześnie ok 150-250 tys. osób, głównie seniorów.
Zakładając, że było to 200 tys. i ci „nadwyżkowo” zmarli żyli średnio połowę tego, co mieli jeszcze przeżyć oznacza to, że ok. 200 tys. mężczyzn i kobiet zmarło przedwcześnie w średnio wieku ok. 70-72 lata. Jak łatwo policzyć dzięki tym 200 tys. przedwczesnych zgonów ZUS „wzbogacił się” o ok. 30 miliardów.
Jeśli więc ktoś się zastanawiał, skąd ta tzw. „dobra zmiana” bierze pieniądze na 13 i 14 emerytury, to mam nadzieję, że teraz już poznał odpowiedź. 
Oprócz nader korzystnego wpływu na finanse ZUS fałszywa pandemia miała (i nadal ma) nader korzystny wpływ na finanse NFZ. 
Po pierwsze, w wyniku masowego opróżnienia szpitali z naprawdę chorych Polaków w celu zrobienia miejsca dla chorych na fikcyjną chorobę Covid-19 (która, ponieważ nie ma swoistych symptomów jest z definicji niemożliwa do zdiagnozowania), wstrzymania operacji, planowych, diagnostyki, ograniczenia wizyt w POZ itd., NFZ osiągnął w roku 2020 i 2021 gigantyczne oszczędności finansowe rzędu minimum 20-30 miliardów. 
Po drugie, w powodu odcięcia Polaków od diagnostyki podczas tzw. „fałszywej pandemii” do lekarzy onkologów zgłaszają się chorzy z chorobami nowotworowymi w tak zaawansowanych stadium rozwoju, że nie nadają się do leczenia. Leczenie to koszt dla NFZ – brak leczenia = brak kosztów.
Po trzecie Polskę (i cały świat też, ale to tajemnica) zalewa fala tzw. „turbonowotworów”, udarów, zawałów, której to fali tzw. „eksperci” nie są w stanie wyjaśnić. Turbonowotwory potrafią rozwinąć się u całkowicie zdrowego człowieka i zabić go nawet w dwa, trzy miesiące. Krótka choroba, czy nagłe zejście, to niskie koszty dla NFZ.
I po czwarte, choć od końca „fałszywej pandemii” minęło już półtora roku ( 24 lutego, to dzień w którym „doktor” Putin zaczął likwidować w Polsce tzw. „pandemię Covid” i którą w mniej więcej tydzień skutecznie zlikwidował) Polacy nadal żyją krócej niż w 2019 roku, co w przypadku seniorów oznacza, że umierają szybciej, a to znacząco się przekłada na oszczędności NFZ.
Według tabel ZUS, polski 65 – letni senior w 2019 miał przed sobą jeszcze średnio ponad 217 miesięcy życia, gdy w 2023 ma tylko 210 miesięcy, czyli o ponad 3% krócej. Ponieważ wiadomo, że ok. 90% wydatków na zdrowie jest ponoszone w wieku starczym, można przyjąć, że ponad 3 % skrócenie życia polskich seniorów przekłada się na 3% oszczędności NFZ na leczeniu Polaków, co daje kwotę ok. 4 miliardów rocznie.

To, co oszczędza NFZ na leczeniu krócej żyjących, polskich seniorów natychmiast wydaje na leczenie „ukraińskich gości”. Według Ministerstwa Zdrowia koszty leczenia „ukraińskich gości” wynoszą właśnie ok. 4 miliardów rocznie. Szacunek ten jest zaniżony prawdopodobnie co najmniej 2-3 krotnie, ale wydaje się, że na obecną chwilę na większe finansowanie leczenia „ukraińskich gości” polscy seniorzy jeszcze nie są gotowi. 

W ZUS-ie w cztery lata na nagrody i premie wydali 1,82 miliarda zł.

W ZUS-ie w cztery lata na nagrody i premie wydali 1,82 miliarda złotych

Konrad Bagiński 12 lutego 2023, https://innpoland.pl/190832,zus-w-4-wydal-1-8-miliarda-zl-na-nagrody-i-premie

W ciągu ostatnich 4 lat Zakład Ubezpieczeń Społecznych wydał na premie i nagrody dla swoich pracowników ponad 1,82 mld zł. Absolutny rekord został pobity w 2021 roku, gdy na te cele poszło ponad 670 milionów. Wtedy na każdego zatrudnionego przypadło po prawie 16 tysięcy.

  • Warszawska centrala Zakładu Ubezpieczeń Społecznych przy ul. Szamockiej
  • ===================================
  • W 4 lata ZUS wydał na nagrody i premie dla swoich pracowników ponad 1,8 mld zł
  • Na pieniądze pracownicy ZUS nie mogli narzekać szczególnie w roku 2021
  • Wtedy na nagrody dla nich poszło ponad 670 mln zł, prawie 16 tys. zł na głowę
  • ZUS jest za to oszczędny, jeśli chodzi o kwestie reprezentacji

Od 2019 do 2022 roku włącznie ZUS wydał prawie 236 mln zł na nagrody i premie dla kadry kierowniczej liczącej ponad 2900 osób. W rekordowym 2021 roku kierownicy dostali średnio po prawie 25 tys. zł na głowę. W ciągu ostatnich 4 lat ich premie i nagrody nie schodziły poniżej 13 tys. zł rocznie.

To wszystko wynika z danych, jakie INNPoland.pl udostępniła posłanka Hanna Gill-Piątek. Dane otrzymała z samego ZUS w odpowiedzi na swoje pismo. Dane nie są pełne, jak przyznaje ZUS. Wysokość premii i nagród przypisana do roku 2022 nie obejmuje wypłat zrealizowanych w 2023 r. oraz m.in. premii za IV kwartał 2022 r.

Skąd tak wysoka kwota na nagrody w 2021 roku? ZUS twierdzi, że w 2021 roku fundusz wynagrodzeń osobowych został dodatkowo zasilony „środkami na nagrody indywidualne o kwotę 200 mln zł”. Stąd m.in. wzięło się 670 milionów na premie i nagrody.

W tym roku statystyczny pracownik ZUS dostał prawie 16 tys. zł ekstra. Tak się jednak składa, że w 2021 roku pracownicy ZUS grozili strajkiem. Czy to dlatego ich premie poszybowały w górę?

W tym samym roku świetnie obłowiła się kadra kierownicza. Zgarnęła nagrody i premie o łącznej wartości ponad 80 mln zł. Wyszło prawie 25 tysięcy na głowę. W latach 2019, 2020 i 2022 na nagrody i premie dla kadry kierowniczej szło odpowiednio prawie 49, prawie 67 i prawie 41 milionów. Dawało to rocznie ponad 13, prawie 19 i prawie 14 tys. zł na głowę.

ZUS podkreśla, że zatrudnia łącznie ponad 42 800 osób, z czego ponad 2900 osób na stanowiskach kierowniczych.Reprezentacja też kosztuje

Jak wynika z odpowiedzi ZUS na pismo posłanki Hanny Gill-Piątek, Zakład Ubezpieczeń Społecznych nie ma osobnego funduszu reprezentacyjnego i okolicznościowego. I raczej nie szasta pieniędzmi na takie cele.

ZUS w zeszłym roku wydał niecałe 3,4 mln zł na reprezentację i ubrania dla pracowników. Z tej sumy prawie 2,9 miliona poszło na ubrania: apaszki, krawaty, naszywki z logo ZUS i ekwiwalent pieniężny za strój służbowy. Niecałe 550 tysięcy ZUS wydał na udział w targach i konferencjach oraz przyjmowanie zagranicznych delegacji.

A jak zarabia się w ZUS-ie?

W 2021 r. przeciętne całkowite miesięczne wynagrodzenie w ZUS wynosiło 6412,13 zł i było wyższe o 523,13 zł od przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw bez wypłat nagród z zysku. Przeciętne wynagrodzenie zasadnicze z angaży na dzień 31 grudnia 2021 r. wyniosło 4855 zł – to dane z MRiPS.

Resort podał je, kiedy pracownicy ZUS grozili strajkiem. Co ciekawe, pierwsze poważnie brzmiące informacje o możliwym strajku generalnym w ZUS-ie pojawiły się w roku 2021. Czy wysokie nagrody miały zniechęcić pracowników do strajku?

[—]

Piramida finansowa ZUS z gigantyczną dziurą. Żyć nie… – umierać! …

Piramida finansowa ZUS z gigantyczną dziurą. Żyć nie – umierać…

Premier Mateusz Morawiecki. / Foto: PAP Shawn Thiew i Facebook/Goorsky

Obecnie 85% wydatków funduszu jest pokrywane ze składek. Do 2027 r. ten wskaźnik może się obniżyć do 76%.

Niemal dwukrotnie więcej niż dziś może dopłacać w kolejnych latach budżet państwa do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych – wynika z najnowszej prognozy analityków ZUS, o której pisze czwartkowy „Dziennik Gazeta Prawna”.

„Przez ostatnich kilka lat stale rosła liczba osób, za które są opłacane składki emerytalno-rentowe. W efekcie do kasy ZUS z budżetu centralnego trzeba było dorzucać coraz mniej. Analiza zakładu do 2027 r. pokazuje, że ten trend ma się wkrótce zmienić” – czytamy w „DGP”.

Gazeta podaje, że trend zmieni się w dużej mierze z powodu zmian demograficznych, bo w starzejącym się społeczeństwie więcej osób będzie z rynku pracy wychodziło, niż się na nim pojawiało.

„Powojenne roczniki wyżu demograficznego osiągają wiek emerytalny i tym samym zaczną pobierać świadczenia” – tłumaczy prezes ZUS Gertruda Uścińska cytowana przez „DGP”. Gazeta podkreśla, że do tego trzeba dodać prognozy wzrostu bezrobocia.

„W wariancie optymistycznym liczba odprowadzających składki skurczy się o 42 tys.; w pesymistycznym – aż o 431 tys. Tendencja ta będzie na tyle silna, że nie powstrzyma jej nawet rosnąca imigracja zarobkowa. Jednocześnie znacząco wzrośnie liczba osób pobierających świadczenia (emerytów i rencistów) – szacunki mówią od 125 tys., do 223 tys. osób. W tej sytuacji wydolność Funduszu Ubezpieczeń Społecznych spadnie” – przestrzega dziennik.

„DGP” podał, że obecnie 85 proc. wydatków funduszu jest pokrywane ze składek. „Ale do 2027 r. ten wskaźnik może się obniżyć do 76 proc. To oznacza, że budżet państwa będzie miał wyższe wydatki – mogą wzrosnąć z 75 mld zł w przyszłym roku do aż 143 mld w 2027 r.” – podano.

Polski Ład: Jak – zgodnie z prawem – nie płacić składek ZUS i daniny solidarnościowej.

Prowadzenie działalności w formie jednoosobowej spółki komandytowo-akcyjnej to w nowych warunkach Polskiego Ładu ciekawe rozwiązanie. Brak oskładkowania ZUS, w tym składką zdrowotną, jak i nieobarczenie daniną solidarnościową to korzyści .

https://www.podatki.egospodarka.pl/174205,Polski-Lad-jak-zgodnie-z-prawem-nie-placic-skladek-ZUS-i-daniny-solidarnosciowej-od-dzialalnosci,1,69,1.html

Obowiązujący od 1 stycznia 2022 r. Polski Ład zakłada nowe zasady obliczania składki zdrowotnej. Przedsiębiorcy opodatkowani według skali podatkowej lub podatkiem liniowym zapłacą składkę proporcjonalną do uzyskanego z działalności gospodarczej dochodu, a ryczałtowcy – od osiągniętych przychodów. Dodatkowo od nowego roku 9% składki zdrowotnej zapłacą zwolnieni z niej dotąd prezesi i członkowie zarządów spółek, pełniący swoje funkcje z powołania. Oznacza to dla nich realną utratę 9% zarobków, bądź też wzrost kosztów po stronie spółki, przejmującej na siebie ciężar zrekompensowania tej straty. Polski Ład pozostawia jednak możliwość prowadzenia działalności w zgodzie z prawem, bez konieczności opłacania składek ZUS – w postaci jednoosobowej spółki komandytowo-akcyjnej. Ta struktura organizacyjna pozwala również nie zapłacić tzw. daniny solidarnościowej.

Obowiązujący od 1 stycznia 2022 r. Polski Ład zakłada nowe zasady obliczania składki zdrowotnej. Przedsiębiorcy opodatkowani według skali podatkowej lub podatkiem liniowym zapłacą składkę proporcjonalną do uzyskanego z działalności gospodarczej dochodu, a ryczałtowcy – od osiągniętych przychodów. Dodatkowo od nowego roku 9% składki zdrowotnej zapłacą zwolnieni z niej dotąd prezesi i członkowie zarządów spółek, pełniący swoje funkcje z powołania. Oznacza to dla nich realną utratę 9% zarobków, bądź też wzrost kosztów po stronie spółki, przejmującej na siebie ciężar zrekompensowania tej straty. Polski Ład pozostawia jednak możliwość prowadzenia działalności w zgodzie z prawem, bez konieczności opłacania składek ZUS – w postaci jednoosobowej spółki komandytowo-akcyjnej. Ta struktura organizacyjna pozwala również nie zapłacić tzw. daniny solidarnościowej.

Jednoosobowa spółka komandytowo-akcyjna


Nic nie stoi na przeszkodzie, by w spółce komandytowo-akcyjnej (dalej również jako „SKA”) funkcję zarówno komplementariusza, jak i akcjonariusza pełniła jednocześnie ta sama osoba fizyczna.

Choć w tej kwestii istnieją rozbieżności interpretacyjne w doktrynie, to należy podzielić stanowisko Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Gliwicach, który w wyroku z 3 czerwca 2013 r., odnosząc się do sytuacji gdy ten sam podmiot był jednocześnie jedynym komplementariuszem i stuprocentowym akcjonariuszem spółki komandytowo-akcyjnej, orzekł: „…żaden przepis prawny zawarty w systemie prawa obowiązującego nie uniemożliwia powstania spółki ska w kształcie wyżej opisanym; żaden przepis prawny nie powoduje ex lege wyeliminowania z obrotu prawnego takiej spółki…” (sygn. akt I SA/Gl 1328/12).

Zgodnie bowiem z art. 125 Kodeksu spółek handlowych spółka komandytowo-akcyjna (SKA) to spółka osobowa, mająca na celu prowadzenie przedsiębiorstwa pod własną firmą, w której wobec wierzycieli za zobowiązania spółki odpowiada bez ograniczenia co najmniej jeden wspólnik (komplementariusz), a co najmniej jeden wspólnik jest akcjonariuszem. Spółka powstaje z chwilą wpisania do rejestru, w oparciu o sporządzony w formie aktu notarialnego statut, podpisany przez wszystkich komplementariuszy, występujących wówczas w roli założycieli spółki.

Wspólnik jednoosobowej spółki komandytowo-akcyjnej


W art. 6 Ustawy z dnia 13 października 1998 r. o systemie ubezpieczeń społecznych definiującym podmioty podlegające obowiązkowemu ubezpieczeniu emerytalnemu i rentowemu nie ma mowy o wspólniku spółki komandytowo-akcyjnej. Jak wynika z ust. 1 pkt 5 tego artykułu, ubezpieczeniu podlegają osoby fizyczne, które na terytorium RP są osobami prowadzącymi pozarolniczą działalność oraz osobami z nimi współpracującymi, a w myśl art. 8 ust. 6 pkt 4 i 4a za osobę prowadzącą pozarolniczą działalność uważa się:

  • wspólnika jednoosobowej spółki z ograniczoną odpowiedzialnością oraz wspólników spółki jawnej, komandytowej lub partnerskiej;
  • akcjonariusza prostej spółki akcyjnej wnoszącego do spółki wkład, którego przedmiotem jest świadczenie pracy lub usług.


Również art. 66 ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych nie wymienia wspólnika SKA jako płatnika składki zdrowotnej. Wskazuje on jedynie, że obowiązkowi tego ubezpieczenia podlegają członkowie rad nadzorczych, a od 1 stycznia 2022 r. również osoby powołane do pełnienia funkcji na mocy aktu powołania, które z tego tytułu pobierają wynagrodzenie.

Jednoosobowa spółka komandytowo-akcyjna bez składek ZUS, w tym składki zdrowotnej


Z kolei przepisy KSH jedynie w określonych przypadkach nakazują powołanie rady nadzorczej w spółce komandytowo-akcyjnej. Przepis art. 142 § 1 ustanawia taki obowiązek tylko dla S.K.A., w których liczba akcjonariuszy przekracza dwadzieścia pięć osób. Wniosek: prowadzący działalność w formie jednoosobowej spółki komandytowo-akcyjnej nie podlega obowiązkowemu ubezpieczaniu społecznemu ani zdrowotnemu. Oczywiście może do tych ubezpieczeń przystąpić dobrowolnie.

Polski Ład, spółka komandytowo-akcyjna a danina solidarnościowa


Przedsiębiorcy działający w oparciu o strukturę S.K.A. nie zapłacą też daniny solidarnościowej. Spółki komandytowo-akcyjne opodatkowane są na podstawie art. 30a ustawy o PIT, a przepis ten nie został wymieniony w art. 30h tej ustawy jako podstawa ustalania daniny solidarnościowej, którą stanowi 4% nadwyżka ponad 1 mln zł sumy dochodów podlegających opodatkowaniu na zasadach określonych w art. 27 ust. 1, 9 i 9a, art. 30b, art. 30c oraz art. 30f po ich odpowiednim pomniejszeniu.

Opodatkowanie spółki i komplementariusza


Pozbawiona osobowości prawnej spółka komandytowo-akcyjna posiada zdolność prawną, czyli zdolność do nabywania praw i zaciągania zobowiązań, i jest podatnikiem podatku dochodowego od osób prawnych (CIT). Stąd też przy wypłacie zysków z działalności spółki na rzecz wspólników zobowiązana jest do opodatkowania ich:

  • 9% CIT w przypadku tzw. małych podatników (a więc nieprzekraczających 2 mln euro rocznego progu przychodowego) lub
  • 19% CIT w przypadku pozostałych podatników.


Działalność w formie S.K.A. opodatkowana jest dla jej wspólników podwójnie, bowiem wypłacona im dywidenda powoduje po ich stronie konieczność odprowadzenia 19% podatku PIT (jeśli wspólnik jest osobą fizyczną) lub CIT (jeśli jest osobą prawną).

Jednak zgodnie z art. 30a ust. 6a ustawy o PIT zryczałtowany podatek od przychodów uzyskiwanych przez komplementariusza z tytułu udziału w zyskach spółki pomniejsza się o kwotę odpowiadającą iloczynowi procentowego udziału komplementariusza w zysku tej spółki i podatku należnego od dochodu tej spółki. Oznacza to, że w okresie 5 kolejnych lat podatkowych (art. 30a ust. 6c) komplementariusz S.K.A. będzie mógł pomniejszyć swój podatek o wyliczoną według ww. zasad kwotę podatku zapłaconego przez spółkę. W konsekwencji może się okazać, że w ogóle nie zapłaci podatku dochodowego od uzyskanej dywidendy.

Opodatkowanie akcjonariusza


Na poziomie opodatkowania akcjonariusza jedynie wspólnik będący płatnikiem CIT mógłby – przy spełnieniu określonych przesłanek – korzystać ze zwolnienia z opodatkowania wypłacanych mu zysków. Mówiąc o jednoosobowej S.K.A., w której komplementariuszem i akcjonariuszem jest ta sama osoba fizyczna, wspomniane zwolnienie nie wystąpi. Przesądza o tym przepis art. 5b ust. 2 ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, zaliczający uzyskiwane przez akcjonariusza w S.K.A. przychody do źródła z pozarolniczej działalności gospodarczej, podlegające opodatkowaniu na zasadach ogólnych lub podatkiem liniowym.

Niemniej, zgodnie z art. 147 § 1 KSH, komplementariusz oraz akcjonariusz uczestniczą w zysku spółki proporcjonalnie do wniesionych do niej wkładów, chyba że statut stanowi inaczej. Przepis ten nie narzuca więc, w jakich wysokościach wspólnik ma uczestniczyć w podziale zysku w roli komplementariusza, a w jakich w roli akcjonariusza.

Podsumowanie


Prowadzenie działalności w formie jednoosobowej spółki komandytowo-akcyjnej to w nowych warunkach Polskiego Ładu ciekawe rozwiązanie. Brak oskładkowania ZUS, w tym składką zdrowotną, jak i nieobarczenie daniną solidarnościową to korzyści przemawiające za funkcjonowaniem firmy w tej strukturze. Każdy przypadek powinien być jednak analizowany indywidualnie i odnoszony do konkretnych okoliczności otwierania S.K.A. Pozwoli to z jednej strony na zminimalizowanie potencjalnego ryzyka, które może wiązać się z przeformułowaniem jednoosobowej działalności gospodarczej w jednoosobową spółkę komandytowo-akcyjną, a z drugiej na wybranie najkorzystniejszej dla siebie formy prowadzenia działalności w nowym porządku podatkowo-prawnym.