ks. John Perricone. Jest autorem książki „Pochodnia nad otchłanią”.
fatherperricone/synodality-self-discovery-over-salvation
Synodalność: samopoznanie zamiast zbawienia
Jeśli chodzi o największe zagrożenie dla Kościoła dzisiaj, nie ma żadnych wątpliwości. Jest nim synodalność.
Synodalność stanowi pełne dojrzewanie modernizmu potępionego przez papieża św. Piusa X ponad sto lat temu. Mówiąc najprościej, modernizm i synodalność próbują przekształcić konkretny Depositum Fidei w plastyczną masę subiektywnych wrażeń. W tym miejscu dialektyka heglowska zastępuje precyzję wyznania wiary. Bardziej wrażliwe dusze uznałyby ten opis za zbyt surowy lub przesadzony, lecz oddaje on prawdę. Sam były prefekt Świętego Oficjum, kardynał Gerhard Müller, podsumował całe przedsięwzięcie synodalne druzgocącym aktem oskarżenia zatytułowanym Siedem grzechów przeciw Duchowi Świętemu: tragedia synodalna. Wbrew ludziom o słabych nerwach opowiadam się po stronie tego tytanicznego katolickiego intelektu.
Nadmiernie zintelektualizowane podejścia do tego problemu prowadzą jedynie do abstrakcyjnych rozwiązań proponowanych przez teologów z fajką w ustach, siedzących w wygodnych salonach wydziałowych. Syn Boży jednak nigdy nie operował abstrakcjami, dlatego Credo wyrażone jest z tak piorunującą jasnością. Herezja zawsze ukrywa się w cieniu rzekomych luk. Synodalność nie jest herezją, ponieważ nie posiada jej ciężaru gatunkowego. To czyni ją bardziej niebezpieczną, gdyż nie jest tak oczywista.
Synodalność nie traktuje prawdy poważnie. Czuje się lepiej w gnostycznym półświatku uprzywilejowanej wiedzy dostępnej dla nielicznych namaszczonych. Spróbuj podsłuchać „dialogi” synodalne. A jeszcze lepiej – zmusić się do lektury oficjalnych dokumentów inaugurujących nowy rok synodalny. Tam znajdziesz prawdziwą „gnosis”, którą potępiał św. Ireneusz w Adversus Haereses. Dziś nazwano by to mniej wzniosłym terminem: bełkotem słownym – nagromadzeniem dźwięków, które nic nie znaczą. Coś jak kalifornijskie ćwiczenia podnoszenia świadomości.
Tu właśnie leży problem: znaczenie. Znaczenie jest nagrodą za przyjęcie prawdy. Jest ono boleśnie konkretne, jak policzek wymierzony w twarz. Wrogowie prawdy kryją się w wysokiej trawie sztucznie tworzonych znaczeń, które zapewniają im osłonę w światach zbudowanych według ich własnych fantazji. Lewis Carroll ośmieszył to w Alicji w Krainie Czarów. George Orwell przeraził nas tym w Roku 1984. A Aldous Huxley nazwał to Nowym wspaniałym światem. Każdy z tych autorów ostrzegał przed porzuceniem wyżyn prawdy na rzecz twierdz zbudowanych z wymyślonych słów – i światów.
Czy synodalność można po prostu nazwać racjonalizmem? Niestety nie. Nawet to zgubne przedsięwzięcie, staczające się w króliczą norę rozumu pozbawionego prawdy, podejmuje przynajmniej jakąś próbę rozumowania. Synodalność – nie. Pływa ona w mętnych wodach samozadowolonej nowomowy. Zastępuje prawdę chwytliwymi sloganami, atrakcyjnymi dla rozchwianej elity znawców, użytecznymi dla bardziej „poważnego” grona, którego misją jest zapomnienie o boskiej misji Kościoła Chrystusowego.
W obliczu kultury zmierzającej ku moralnemu upadkowi Kościół powinien wołać: „I stworzył Bóg człowieka na swój obraz: na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyznę i niewiastę!”. Zamiast tego urzędnicy kościelni przekazują nam Fiducia Supplicans i otwierają Święte Drzwi w Rzymie dla grupy, która wypowiada wojnę Bożym zamysłom. Zamiast pozwolić nauce wykonywać jej rzetelną pracę polegającą na dochodzeniu do wniosków opartych na dowodach, Wikariusz Chrystusa błogosławi bryły lodu, odwołując się do nowo stworzonej kategorii moralnej zwanej „sprawiedliwością klimatyczną”. Jednocześnie poważnie wątpi w konieczność podjęcia działań wobec niewątpliwej niesprawiedliwości, jaką jest tłumienie tradycyjnej Mszy łacińskiej.
Zauważmy dwupoziomowy świat synodalności. „Publiczna” fasada niekończącego się dialogu bez prawdy. Pod nią kryje się twarda represja wszystkiego, co uznane zostanie za „zbyt nieelastycznie” katolickie. W tym wirującym, oderwanym od rzeczywistości świecie synodalności nie istnieją już kary, ponieważ każde szczerze wyznawane stanowisko jest święte – z wyjątkiem jednego: tego, co kiedyś uważano za święte, jak prawo moralne i niezmienne doktryny Kościoła.
Synodalność redefiniuje wiarę jako podróż ku samorealizacji, zamiast stromego podejścia na wzgórze Kalwarii. Zamiast pełnego miłości rozważania porywających prawd objawienia Bożego, zaprasza do jałowego tworzenia nowych „ścieżek znaczenia”.
Synodalność głosi, że nie mamy odpowiedzi, lecz jedynie niekończące się samopoznanie. Jedna z dużych archidiecezji niedawno zleciła badanie, dlaczego umiera. Unikając tego dosadnego określenia, w duchu synodalnym nazywa swoją dramatyczną sytuację „zmieniającym się krajobrazem”.
Podaje, że od 1998 roku:
uczestnictwo we Mszy spadło o 53%
liczba chrztów spadła o 61%
liczba małżeństw spadła o 75%
liczba Mszy pogrzebowych spadła o 56%
Ocena ta staje się jeszcze bardziej niepokojąca, gdy archidiecezja ujawnia, że ma tylko 127 kapłanów poniżej 50. roku życia, a do 2044 roku będzie miała mniej niż 131 proboszczów dla swoich 212 parafii.
Każdy trzeźwo myślący obserwator nazwałby te dane marszem ku śmierci. Nie synodalista, który widzi w tym kolejny krok ku „Punktowi Omega” większego dialogu. W obliczu tak alarmujących danych, co zaleca archidiecezja? Jaśniejsze nauczanie wiary? Nie. Większy nacisk na sakrament spowiedzi? Nie. Więcej modlitwy, ofiary i powrót do tradycyjnych praktyk pobożności? Nie. Różaniec i pogłębienie nabożeństwa do Matki Bożej? Nie. Wzywanie aniołów stróżów i modlitwa do św. Michała Archanioła? Nie. Co proponuje? Synodalność. A potem jeszcze więcej synodalności. A potem jeszcze więcej. To jak gaszenie pragnienia słoną wodą.
Ten ślepy zaułek nie jest zaskoczeniem. To ta sama synodalność, która niedawno opublikowała zdjęcie kilku osiemdziesięciolatków z umierającego zgromadzenia zakonnego, którzy z radością podpisywali swój akt zgonu, uśmiechając się szeroko do kamery.
Synodalność sprawia, że świat postrzega Kościół jako winny głębokiego braku powagi. Kiedyś nawet nasi wrogowie podziwiali męczenników, którzy przyjmowali śmierć, zamiast ustąpić choćby o jotę z dziedzictwa Kościoła. Dziś widzą Kościół, którego znakiem rozpoznawczym jest kompromis.
Nie obawiając się, że zabrzmię jak ktoś niedoceniający „dwuznaczności”, powiem: synodalność jest największym zagrożeniem, przed jakim stoi Kościół w XXI wieku. Współczesna inteligencja katolicka, jak i znaczna część wyższego duchowieństwa, mogą się z tym nie zgodzić, lecz — niezależnie od zasady post hoc, ergo propter hoc — obecny kryzys Kościoła na wszystkich kontynentach wydaje się dokonywać pod ich nadzorem.
Mówiąc wprost: synodalność zajmuje się promowaniem salonowych gier, zamiast ratowaniem dusz.
Hm. Ratowanie dusz. Kiedy ostatni raz katolik słyszał to wyrażenie? To kolejna ofiara synodalności.