Katolicka (etyczna) odpowiedź na kapitalizm

Katolicka (etyczna) odpowiedź na kapitalizm

Olaf Swolkień

Koniec historii, świat jednobiegunowy to pojęcia jakie zdominowały myślenie o polityce bezpośrednio po załamaniu ZSRR i rozpadzie bloku wschodniego. Odnosiły się przede wszystkim do geopolitycznego układu sił, w którym nastał czas amerykańskiej hegemonii oraz do demokracji liberalnej jako systemu polityczno-gospodarczego.

Wyzwanie tej wizji rzuciły kolejno Chiny na płaszczyźnie ustrojowo-gospodarczej oraz Rosja na polu militarnym. Potem zaczęły dołączać do nich inne państwa i w sensie geopolitycznym oraz w języku opisujących go politologów świat stał się wielobiegunowy.

Natomiast w dziedzinie czysto ekonomicznej szczególnie na Zachodzie nadal tkwimy w rzeczywistości uznawanej milcząco za bezalternatywną. Narastające lawinowo zadłużenie państw, toczona za kurtyną medialnego zgiełku wojna o prawo do tworzenia pieniądza z niczego, niespotykane w dziejach bogactwo prywatnych podmiotów zarządzanych przez anonimowych władców, toczący się przez świat walec technototalitaryzmu i inwigilacji, zapaść demograficzna pozostają nadal tematami, które w debacie publicznej, ale także w refleksji humanistycznej zajmują znacznie mniej miejsca niż sytuacje na frontach zastępczych wojen czy kreowane przez elity kontrolowane kryzysy. Tak jakby ekonomia nie miała związku z demografią, psychiką czy obyczajami.

„Prawdziwe” lewica i prawica piętnują seksualizację nowej lewicy, ale same nie wykreowały żadnej spójnej i głębokiej odpowiedzi na współczesne wyzwania. Wszystko co mają do zaoferowania to nostalgia albo do starych dobrych czasów ZSRR i PRL albo do „prawdziwego wolnego rynku” z czasów XIX-wiecznego angielskiego leseferyzmu. W efekcie również prawica doznała swego rodzaju seksualizacji a rebours, ochoczo wdając się w boje na polu obyczajowym i pomijając ekonomiczną stronę kryzysu.

Będąca inspiracją tego tekstu książka autorstwa E. Michaela Jonesa „Jałowy pieniądz. Historia kapitalizmu jako konfliktu między pracą a lichwą.” próbuje uniknąć takiego podziału poprzez powrót do traktowania ekonomii jako gałęzi etyki. Pokazuje kluczowe momenty historii Zachodu prowadzące do powstania obecnego systemu gospodarczego, przypominające fundamentalną prawdę mówiącą o tym, że ekonomia powinna być podporządkowana etyce.

To stwierdzenie od razu nasuwa skojarzenie z takimi myślicielami jak Max Weber, Karol Marks, czy niesłusznie mniej znany Werner Sombart, z którymi E. M. Jones wchodzi w bardzo inspirujący do krytycznego myślenia dialog. Co ciekawe problem poruszał także George Soros. Jednak znacznie rzadziej myślimy w tym kontekście o katolickim spojrzeniu na gospodarkę, którego zasadnicze elementy nie tylko, że uległy ostatnio zadziwiającemu rozmyciu, ale także zapomnieniu.

Czytając książkę E. M. Jonesa odczuwa się ogromny żal, że w momencie wychodzenia z gorsetu tzw. realnego socjalizmu i systemowego rabunku Polaków z tego co przez kilka dekad wspólnie wypracowali, tak rzadko odwoływano się poważnie do papieskich encyklik Rerum novarum, Quadragesimo  anno czy  Centesimus annus. Co ważniejsze zapomniano też o wcześniejszej i znacznie bardziej zasadniczej krytyce kapitalizmu do której amerykański autor powraca w swojej książce.

Mowa tu przede wszystkim o myśli niemieckiej zawartej w dziełach takich autorów jak biskup Moguncji Wilhelm Emmanuel von Ketteler (na zdjęciu poniżej), który był inspiracją dla Leona XIII, o pracach jezuity Heinricha Pescha mającego swój intelektualny udział w powstaniu encykliki Quadragesimo anno, o dorobku pisma „Civilta Cattolica”, w którym na temat katolickiego stosunku do ekonomii publikował Georg Ratzinger – stryjeczny dziadek późniejszego papieża, czy bardziej współcześnie o pracach i polityce twórcy powojennego włoskiego cudu gospodarczego Amintore Fanfaniego.

Ich nazwiska są mało znane, a dzieła są do dzisiaj często nietłumaczone na polski i w konsekwencji nieobecne w narodowym spojrzeniu na gospodarkę. Jest smutnym i zadziwiającym paradoksem, że w nominalnie katolickim kraju wielu polityków i partii z nazwy prawicowych, a nawet odwołujących się do katolicyzmu, zamiast gospodarki opartej na katolickim spojrzeniu lansowało i lansuje gospodarcze ideologie nawiązujące nie tylko do cywilizacji żydowskiej, ale wywodzące się z myśli antykatolickiej, skrajnie materialistycznej i de facto neopogańskiej.

Młodzi prawicowcy znają nazwiska Adama Smitha, Augusta von Hayeka, Ludwiga von Misesa czy Miltona Friedmana, ale o gigantach myśli katolickiej nie słyszeli, a gdyby znali treść tego co pisali, z dużym prawdopodobieństwem w ślad za swoimi starszymi guru odrzucili by je z pogardą jako złe, bo lewicowe lub o zgrozo socjalistyczne.  Znaczący i  szkodliwy dla Polaków udział mają w tym środowiska tzw. wolnorynkowców, które bazując na ogólnej niewiedzy oraz własnej intelektualnej nieuczciwości, arbitralnie przywłaszczyły sobie monopol na tak zwaną prawicowość i wciągnęły w zakres tego pojęcia coś co jest gospodarczym odpowiednikiem wszystkiego co najbardziej „postępowe” w dziedzinie obyczajowej.  Inaczej mówiąc wmówiono Polakom, że z moralnego zła może powstawać dobro, a będący wobec konkurencji i pracowników wilkiem, ale dbający o rodzinę przykładny ojciec może uchodzić za wzór cnót „konserwatywnego liberała”.

Ten błąd założycielski uczynił z nich faktycznych pożytecznych idiotów partyjnej nomenklatury, która o wiele lepiej rozumiała działanie realnego kapitalizmu. Nic lepiej nie oddaje tej prawdy niż wypowiedź późniejszego prezydenta 3 RP przy okrągłym stole, który w reakcji na zamiar powołania kas oszczędnościowych SKOK z oburzeniem stwierdził: „przecież była umowa, że banki bierzemy my.”

„Jałowy pieniądz” to  fascynująca, oparta na ogromnej erudycji, przypominająca mnóstwo zapomnianych faktów historia powstawania kapitalizmu, która jednak w odróżnieniu od czysto historycznych ujęć ukazuje ścisły związek przemian gospodarczych z religią, obyczajami, filozofią i ludzką naturą, w której 8 duchów zła stale toczy bój z praktycznym rozumem i boskimi przykazaniami.

  1. M. Jones zaczyna swą historię od wieku XIV i kwestionuje przyjmowany za pewnik demonizowany obraz Średniowiecza. A był to okres, którego przynajmniej trzy zasadnicze rysy powinny budzić uznanie. Są to potępienie lichwy, odejście od niewolnictwa i szacunek dla pracy fizycznej. Warto przypomnieć, że na ten ostatni wyróżnik cywilizacji łacińskiej kładł nacisk Feliks Koneczny. To wtedy powstała katolicka filozofia i pisma normujące takie fenomeny jak sprawiedliwa płaca, własność, sprawiedliwe umowy, wolność, relacje jednostki z państwem. Nie przeszkadzało to wcale postępowi materialnemu, rozwojowi handlu i bankowości. To wówczas włoscy bankierzy i handlowcy wynaleźli zasadę podwójnego zapisu, zaczęli na większą skalę posługiwać się kredytem i innymi mechanizmami, pozwalającymi ograniczyć kłopotliwy transport złota, na którym oparty był ówczesny pieniądz.

Kres tej epoce położył tzw. renesans zakodowany w powszechnej świadomości jako pozytywne przebudzenie po „wiekach ciemnoty i zacofania”, a będący w dużej mierze powrotem do pogaństwa w dziedzinie obyczajowości, ale także, bo duchy zła działają w ściśle opisanych sekwencjach, do rządów chciwości w gospodarce. Zepsucie obyczajów już w XV wiecznych Włoszech szło w parze z pobłażaniem lichwie, a lichwiarze tak jak obecnie finansowali i wchodzili w polityczno – ekonomiczny sojusz z ówczesnymi odpowiednikami dzisiejszych piewców ideologii LGBT. Zaciekle zwalczali zarówno pracujących nad moralną odnową duchownych jak i katolickie banki oferujące pożyczki na niski procent.

Zajmujący się lichwą Żydzi oferowali gojom i biedocie pożyczki na 47%, a „banki pobożne” na 5%. Tym co zmuszało ubogich do zaciągania pożyczek było odejście od zasady sprawiedliwej płacy, która w katolickiej nauce zawsze oznaczała pensję pozwalającą pracującemu zarobkowo mężczyźnie na utrzymanie własne oraz żony i dzieci, a sama praca nie była traktowana jedynie jak towar. Osłabienie wpływu Kościoła i demoralizacja hierarchów sprawiły jednak, że również chrześcijańscy bogacze woleli żyć z lichwy niż zajmować się produkcją i płacić godziwe pensje. W tym miejscu pojawia się ważny motyw podkreślany także przez E. M. Jonesa: to zbyt niskie, niesprawiedliwe wynagrodzenia za pracę idą w parze z interesami lichwiarzy. Pracownicy, którzy otrzymują za pracę sprawiedliwe zarobki, nie muszą jak radził prezydent Komorowski „brać kredytu i zmieniać pracy” lub wyjeżdżać za chlebem do innych krajów.

Takie stanowisko autor uzasadnia ekonomicznie i politycznie: płaca nie powinna być traktowana jako koszt, ale element obiegu gospodarczego, który w skali narodu utrzymuje się w swego rodzaju cyklu zamkniętym, sprzyjając spójności społecznej i podnoszeniu ogólnego poziomu życia. Rozumiał i realizował to z dobrym skutkiem np. Henry Ford. E. M. Jones przypomina zapomnianą i oczywistą prawdę o tym, że podstawą dobrobytu są praca i moralność, a nie kapitał.

Aby to uzmysłowić wystarczy wyobrazić sobie dwie społeczności w dziewiczym terenie: w jednej jest dużo tzw. kapitału, a nawet złota, ale nikt nie pracuje i nie istnieją zasady moralne, w drugiej rządzi zasada ora et labora, a potem zastanowić się co w niedługim czasie stanie się z nimi oboma. Wiara w moc i potrzebę kapitału i to jeszcze obcego aby rozwinąć rodzimy przemysł, handel i inne działy gospodarki, to kolejny mit nie mający uzasadnienia w historycznej praktyce, ale znakomicie paraliżujący próby wybicia się na niezależność ekonomiczną, a w konsekwencji polityczną. Potwierdza to współczesny ekonomista Richard Werner analizując sukcesy gospodarcze Japonii i Chin.

W wywiadzie dla Tuckera Carlsona R. Werner opowiada jak Deng Xiaoping szukając recepty na sukces gospodarczy usłyszał od Japończyków to co rozumiał wspomniany reprezentant strony rządowej przy okrągłym stole w 1989 r. : „twórzcie własne banki, najlepiej liczne i lokalne”. Znamienne, że CIA usiłowała groźbami zapobiec rozpowszechnianiu jego prac w USA. Polskie tłumaczenie książki R. Wernera „Stracone stulecie. Trzy teorie bankowości i niezbity dowód.” autorstwa Krzysztofa Lewandowskiego  jest dostępne online.

Kościół przez całe Średniowiecze nauczał, że bogacenie się poprzez lichwę jest działaniem grzesznym i zaprzeczającym naturze, a dobrobyt i szczęście dają praca i wysokie morale. Nie oznacza to zakazu udzielania pożyczek, jednak pożyczający musi w takim wypadku nie tylko czynić to na godziwy procent, ale przede wszystkim dzielić z pożyczkobiorcą ryzyko finansowe. Istnieje też zasadnicza różnica między lichwiarzem a przedsiębiorcą. Panująca dzisiaj w umysłach i w gospodarczej praktyce zasada, że „pieniądz rodzi pieniądz” niczym biblijne owce Labana, o których E. M. Jones wspomina analizując przesłanie „Kupca weneckiego” jest niemoralna, sprzeczna z naturą, a w praktyce prowadzi do monstrualnych różnic w bogactwie  i głębokich podziałów społecznych. Kolejnym po włoskim renesansie przełomowym dla historii tworzenia kapitalizmu momentem była reformacja, a szczególnie jej angielska odmiana.

W przeciwieństwie do znanej tezy M. Webera, E. M. Jones utrzymuje, że to nie etyka protestancka stworzyła kapitalizm, ale że kolejność była odwrotna. To angielscy wigowie po rabunku dóbr kościelnych i zakonnych stworzyli religię z fetyszem indywidualnego bogacenia się jako dowodu bożego wybraństwa, z czasem wzmocnioną przez oderwane od moralności wzorujące się na fizyce rzekomo obiektywne, bo zmatematyzowane prawa ekonomii, co stanowiło religijną i ideologiczną pieczęć gwarantującą na poziomie świadomościowym, że to co zagrabione nie będzie podlegać rewindykacji.

Kolejnym elementem tej świadomościowej okupacji są tzw. rządy prawa rozumianego jako efekt woli dobrze kontrolowanej i manipulowanej większości. Amerykanin przypomina, że klasztory w poprzedniej epoce pełniły funkcję dzisiejszych państw opiekuńczych w zakresie edukacji, sztuki, pomocy ubogim, chorym i starym, niosły rozwój gospodarczy i postęp technologiczny nie wymagający obcego kapitału.

Próbą powrotu do takiego modelu były jezuickie Redukcje w Ameryce Południowej, których konkurencja zarówno w kwestii podejścia do Indian jak i w tworzeniu alternatywnego modelu życia była na tyle groźna, że poprzez polityczne naciski doprowadzono do kasaty całego zakonu. „Święte prawo własności” i bezwzględne dotrzymywanie umów stały się praktyczną konsekwencją tego, że pierwszy milion w dziejach nowoczesnego kapitalizmu rzeczywiście ukradziono. W Polsce po 1989 r. byliśmy świadkami bliźniaczo podobnych procesów, w których członkowie nomenklatury, która miała dosyć dotychczasowych ideologicznych ograniczeń odegrali rolę landlordów grodzących wspólne grunty w XVI wiecznej Anglii. Ideologia leseferyzmu, antypaństwowa i antyspołeczna fobia szerzona przez popularnych publicystów szukających łatwego poklasku na fali odreagowywania absurdów  poprzedniej epoki, dostarczyła im potrzebnego ideologicznego alibi.

Anglia stosowała podobny schemat w polityce międzynarodowej. Jej okręty rabowały statki hiszpańskie, gwarantowały stosowanie ówczesnego odpowiednika sankcji gospodarczych, ale ta sama Anglia z misjonarskim zapałem eksportowała ideologię wolnego handlu, który ponoć ma służyć wszystkim po równo, a „kwatera główna reformacji stała się bazą mesjanistycznego kapitalizmu”. Nakładała się na to prawidłowość, według której „gdy państwo kapitalistyczne jest beznadziejnie zadłużone, jedynym sposobem na wydostanie się z długów jest kradzież”.

W Unii Europejskiej służy temu ideologia klimatyzmu, w imię której zmusza się Polaków do wymiany systemu energetycznego oraz domowego ogrzewania, co Mateusz Morawiecki trafnie opisał używając metafory kopania i zasypywania rowów. Royal Navy wymuszała też egzekucję lichwiarskich umów międzynarodowych, a w kraju nowa władza ściągała podatki na spłatę odsetek dla Rotszyldów i Banku Anglii.

Tak powstawał model realnego  kapitalizmu czyli w ujęciu E. M. Jonesa: system zorganizowanej lichwy gwarantowanej przez państwo. Nierówności i brutalność nowego ustroju w samej Wielkiej Brytanii były tak jak w Polsce po 1989 r. łagodzone emigracją, do której zmuszano np. miliony Irlandczyków, najpierw w latach nieurodzaju skazując ich na głód w imię dogmatu, że państwu nie wolno ingerować w życie gospodarcze.

Angielska ideologia wolnego handlu napotkała w XIX w. polityczny opór. W Niemczech dzięki pracy Johanna Gottlieba Fichtego „Zamknięte państwo handlowe”, potem za sprawą Aleksandra Hamiltona w Stanach Zjednoczonych. Następnie pojawiła się korzystająca z doświadczeń amerykańskich praca F. Lista „Narodowy system ekonomii politycznej” pokazująca, że wolny handel służy państwom i narodom już uprzemysłowionym, a szkodzi tym, które mają ambicje by do tego grona dołączyć. Analizowałem ją w MP nr 15-16, 12-19.04.2026 r.

Zwieńczeniem tego procesu było odrodzenie katolickiej refleksji ekonomicznej. E. M. Jones wskazuje też na głęboko zakorzenione w germańskiej kulturze tradycje wspólnotowości, praktykę zrzeszania się w gildie i inne formy zawodowej wspólnoty, które pomogły sformułować pozytywną odpowiedź na ideologię leseferyzmu. Bezpośrednim bodźcem była rewolucja przemysłowa z towarzyszącymi jej: ruchem ludności ze wsi do miast i idącymi za tym procesami rozpadu więzi społecznych, fatalnymi warunkami życia oraz demoralizacją wielkoprzemysłowych robotników.

Ukoronowaniem działań na rzecz wypracowania praktycznej odpowiedzi na cywilizacyjny kryzys było w Niemczech dzieło wspomnianego biskupa Moguncji W. E. von Kettelera, który w pracy „Chrześcijaństwo i kwestia robotnicza” pisał: „Obecnie nie sposób dalej się łudzić, cała materialna egzystencja stanu robotniczego, czyli przytłaczającej większości ludności współczesnego państwa, a także egzystencja robotniczych rodzin, codzienny problem zdobycia chleba dla mężczyzny, kobiety i dziecka jest funkcją rynku oraz cen towarów. Nie znam nic bardziej godnego pożałowania niż to właśnie. Jakież uczucia musi ta sytuacja wywoływać w ludziach biednych, których cała egzystencja, wszystkie ich potrzeby i wszystko, co darzą miłością, uzależnione jest od przypadkowości cen obowiązujących na rynku. Ten rynek niewolników liberalnej Europy powstał i funkcjonuje wedle wzorców ustanowionych przez humanitaryzm, oświecony antychrześcijański liberalizm i masonerię.” Było to wezwanie do powrotu do zdrowego rozsądku, respektowania potrzeby stabilizacji i ekonomicznego bezpieczeństwa. W doprowadzonej do skrajności konkurencji dostrzegał także drogę do tryumfu szpetoty i tandety, co łączyło go z prekursorami prawdziwej ekologii. Biskup von Ketteler wydobył także ze skarbca katolickiej myśli pełne mądrości podejście do fetyszu wolności pisząc: „Nadużywanie wolności przybiera postać nieposłuszeństwa i gniewu skierowanego przeciw sprawiedliwym prawom oraz prawowitej władzy. Chrześcijaństwo uznaje to za grzech. Wolność także może być nadużywana w tak skrajny sposób, że prowadzi to do ogólnego upadku, a wówczas z konieczności potrzebne staje się jej przeciwieństwo.”

Te zakorzenione w nauce Arystotelesa słowa znalazły potwierdzenie w przebiegu największych współczesnych rewolucji, gdzie po okresie anarchicznego rozpasania następowała tyrania i terror. W historii kapitalizmu taką prowadzącą do tyranii reakcją na potworności XIX wiecznej ekonomii był socjalizm, który w ujęciu E. M. Jonesa jest naturalną reakcją i dzieckiem liberalizmu, a „idea rewolucyjna jest religijną pociechą dla ziemskiej klęski”. Katolicka reakcja na XIX wieczny kapitalizm uratowała Niemcy przed rewolucją, która miała zniszczyć Rosję i doprowadzić do ludobójstwa warstw tzw. wrogów klasowych.

Zamiast zrodzonej z nienawiści rewolucji kościół wychodząc z zasad etyki i praktycznego rozumu doprowadził do realnej poprawy losu milionów ludzi poprzez dialog zarówno z wrogą sobie władzą Bismarcka jak i z niemieckimi socjalistami, którzy ku oburzeniu fanatyków w rodzaju Lenina woleli działać zachowując cnoty umiaru i roztropności. Symbolem tych zmian są ubezpieczenia społeczne wprowadzone przez Otto von Bismarcka, określane słusznie praktycznym chrześcijaństwem. Efektem tego był autentyczny cywilizacyjny postęp i poczucie narodowej solidarności, które w początku XX wieku uczyniło z Niemiec potęgę w każdej dziedzinie. Niemiecka wspólnotowa odpowiedź na angielski indywidualistyczny liberalizm odżywała w kolejnych epokach i zawsze prowadziła do gospodarczej prosperity. Także we współczesnej niemieckiej konstytucji własność prywatna w łączy się z obowiązkami.

Osobny wątek pracy E. M. Jonesa to historia pieniądza poczynając od złotej waluty do współczesnego pieniądza fiducjarnego. W wypadku tego ostatniego jeszcze bardziej rośnie znaczenie cnót jego emitentów takich jak przezorność i roztropność, które muszą chronić gospodarkę i oszczędności przed inflacją. Z drugiej strony szczególnej wagi nabiera postulat podporządkowania konsumpcji zasadom moralnego ładu, co obala  wolnorynkowy mit o rzekomym dobrodziejstwie rządów konsumentów. Dogmatyczni wolnorynkowcy potrafią twierdzić, że ten sam lud jest głupi w wyborach politycznych, ale mądry w konsumenckich.

Ważnym elementem dzieła E. M. Jonesa jest analiza wpływu na gospodarkę cywilizacji żydowskiej, co wraz z lichwą zniknęło z współczesnego nauczania kościoła. Po części stało się tak na skutek tego, że część krytyków zaczęła błędnie traktować zagadnienie w kategoriach rasowych zamiast jak przez poprzednie wieki gospodarczo – religijnych. Takie podejście paradoksalnie zbliżyło ten typ tzw. antysemitów do piewców leseferyzmu bo „kapitalizm jest dla ekonomii tym czym darwinizm dla biologii. Nie jest odzwierciedleniem myśli ekonomicznej, ale jej ideologiczną deformacją”.

Przytoczone w książce E.M. Jonesa stanowisko myśli katolickiej sięgające czasów znacznie dawniejszych niż współczesne i posługujące się językiem pozbawionym politycznie poprawnych niedomówień, mogłoby być ważnym i brakującym elementem debaty publicznej pozwalającym wyjść poza nieaktualne etykiety, sztuczne podziały, lepiej opisać współczesność i dać bardziej zgodną z naturalnymi potrzebami odpowiedź na zagrożenia jakie ze sobą niesie.

Olaf Swolkień

Myśl Polska, nr 29-30 (19-26.07.2026)

Niedobór czy nadmiar?

Niedobór czy nadmiar?

16.07.2026 Grzegorz Ćwik wolnemedia.net/niedobor-czy-nadmiar

Jednym z najważniejszych filarów społecznej akceptacji neoliberalizmu jest jego mitologia. Kapitalizm bowiem wykracza zdecydowanie poza bycie tylko koncepcją czy systemem ekonomicznym lub gospodarczym. Mark Fischer pisze wprost o „Realizmie kapitalistycznym”, to jest kulturowej władzy neoliberalizmu, która powoduje, że ustrój ten traktowany jest jako nie posiadający alternatywy, konieczny, niemożliwy do zastąpienia i podważenia. W tym ujęciu realizm kapitalistyczny to prawdziwa, zgodna z arcykapłanem liberalizmu Fukuyamą, koncepcja końca historii – kapitalizm nastąpił po ustrojach feudalnych, autorytarnych czy niewolniczych, ale po nim nie będzie już nic innego i nowego.

Tak skonstruowany realizm kapitalistyczny posiada oczywiście swoją sferę symboliczną i aksjologiczną, neoliberalną mitologię. I musi tak być, bo przecież przeciętny człowiek często nie poparłby wprost idei wolnorynkowej wyłożonej wprost. Ale jej konkretne mity, „prawdy” i obiegowe opinie – już jak najbardziej. Niekiedy zresztą, a nawet całkiem często, mitologia neoliberalna urasta do miana naukowych (czy raczej „naukowych”) koncepcji, a te szybko stają się „obiektywne” i powszechnie obowiązujące, także w świecie akademickim. Znaleźć je można jako powszechnie akceptowane twierdzenia w podręcznikach, skryptach i codziennych dyskusjach ekspertów.

Jednym z największych takich mitów, wręcz konstruujących i będących jednym z filarów neoliberalizmu, jest definicja ekonomii. Otóż w każdej szanującej się wyższej szkole handlu, biznesu etc. dowiemy się, że ekonomia to sztuka wykorzystania i zarządzania zasobami w warunkach deficytu. Twierdzenie to, niby mające wyłącznie wartość naukowej definicji, w gruncie rzeczy jest ideowym manifestem oraz kierunkowskazem systemu, który z samej definicji opiera się na rosnących nierównościach, drenażu publicznych finansów i usług, oraz coraz większym kumulowaniu kapitału, a przez to władzy, przez wielki kapitał.

A co jeśli ekonomia to tak naprawdę sztuka zarządzania nadwyżkami – i to coraz większymi?

To, że w skali państw, regionów i wreszcie całego świata panuje nierówność, jedni mają więcej, inni mniej, jest sytuacją trwającą od zawsze. Absolutną równość i pełne zrównanie majątkowe ani nie jest możliwe, ani do końca pożądane. Czy chcemy ostatecznie, aby lekarz ratujący życie zarabiał mniej niż np. patoinfluencer?

Nierówności takie mają jednak pewne ramy – nie tylko Globalne Południe jest biedniejsze niż Bogata Północ, ale w ramach tejże Północy jedni mają więcej, inni mniej, a do tego na wszystko, w skali globalnej, nakłada się rosnąca wszechwładza korporacji.

A skoro rozpatrujemy całość globalnie, to zacznijmy od podstaw. Ile jest bogactwa na świecie i jak to się matematycznie rozkłada?

Profesor Ladislau Dowbor, powołując się na analizę UBS, podaje, że globalny majątek gospodarstw domowych szacowany jest łącznie na 463,6 bln dolarów i znajduje się w rękach 5,3 mld dorosłych na naszej planecie. Skumulowany majątek osobisty na świecie wynosi około 87 tys. dolarów na osobę dorosłą. W przypadku rodziny składającej się z dwóch dorosłych osób byłoby to 174 tys.

Co to znaczy? Wybitny ekonomista nie ma złudzeń: „Po raz pierwszy w historii ludzkości mamy wystarczająco dużo dla każdego, nie licząc wartości infrastruktury”.

Potwierdzają to dane dotyczące światowego PKB. Jeśli sumę tę – 110 bilionów dolarów – podzielimy przez 8-miliardową populację, zdamy sobie sprawę, że to, co dziś produkujemy w postaci towarów i usług, stanowi równowartość ponad 4,2 tys. dolarów miesięcznie dla czteroosobowej rodziny. To około 15,5 tysiąca złotych.

O czym świadczą te statystyki? Jeśli zestawimy je z odsetkiem osób na świecie dotkniętych ubóstwem, głodem, biedą etc., to okazuje się, że generalnie dobrobyt rozumiany jako dostępność dóbr rośnie szybciej niż liczba ludzi na świecie, więc uznać należy, że o ile kiedyś faktycznie można było mówić o niedoborach konsumpcyjnych i życiowych, o tyle dziś produkujemy i posiadamy wystarczająco dużo. Nie tylko aby zapewnić godne życie literalnie każdemu na świecie, ale także aby zwiększać ten poziom oraz rozwijać nasze gospodarki.

Skoro jest tak dobrze, to czemu nierówności rosną (bo rosną), a korporacje mają coraz więcej i więcej, nie tylko zresztą pieniędzy, ale przede wszystkim władzy?

Otóż ekonomia to faktycznie sztuka zarządzania. Tyle że nadwyżkami – oraz tak, aby generować niedobory. I taką definicję ekonomii neoliberalnej możemy przyjąć.

W świecie wolnego rynku bowiem następuje splot zjawisk, które ongiś Naomi Klein wyszczególniła jako główne filary neoliberalnych „doktryn szoku”: prywatyzacja, deregulacja oraz podatkowe przywilej dla najbogatszych. Stąd nie dziwi, że w świecie, w którym szarlataństwo Chicago Boysów jest obowiązujące, następuje tak ogromna akumulacja kapitału w rękach ostatecznie bardzo niewielkiej liczby podmiotów.

Prof. Dowbor pisze, że 80% kontroli nad wszystkimi korporacjami ponadnarodowymi sprawuje tylko 737 podmiotów. To oznacza skrajną nierówność skupienia i rozkładu władzy i wpływów. Do tego aż 40% kontroli nad wartością ekonomiczną tychże korporacji ponadnarodowych znajduje się w rękach zaledwie 147 struktur.

Możemy więc roboczo przyjąć następującą wizję rzeczywistości: ze względu na postęp technologiczny, informacyjny i ostatecznie polityczno-społeczny na całym świecie, jak również w większości regionów, wielkość produkcji i wytwarzanych dóbr i usług pozwala na mówienie o nadmiarze (nadwyżce). To z kolei oznacza, że możliwy jest stan ogólnego wzrostu poziomu życia. Tak się jednak nie dzieje, gdyż przeważająca większość nadwyżki skapuje do portfela niezwykle wąskiej grupy odbiorców, głównie korporacji i kapitału międzynarodowego, która kumuluje go w celu zwiększenia swej władzy i wpływów. Efektem jest nie tylko utrzymująca się nierówność i pauperyzacja kolejnych grup ludności (co wynika z ekspansywności neoliberalizmu i poszukiwania kolejnych sfer do drenażu), ale przede wszystkim rosnące wpływy polityczne i decyzyjne tychże podmiotów.

Jak podają oficjalne raporty dotyczące światowego rozkładu bogactwa: 62,5 mln ludzi – 1,2% dorosłej populacji – posiada 47,8% zgromadzonego bogactwa: 221,7 bln dolarów. 627 mln dorosłych – 11,8% ogółu – posiada 38,1% bogactwa: 176,5 bln dolarów. To, co można sklasyfikować jako niższą klasę średnią, ze zgromadzonym majątkiem 10-100 tys. dolarów, ma 13,0% majątku: 60,4 bln dolarów. A 2,818 mld dorosłych, 53,2% ogółu, posiada zaledwie 5 bln: 1,1%.

Wniosek, jaki wysuwa Ladislau Dowbor, jest druzgocący dla koncepcji neoliberalnej rozpatrywanej z perspektywy sprawiedliwości społecznej: „około dwie trzecie ludzkości jest wykluczone lub niepewnie włączone do systemu”. Trudno o bardziej dobitny dowód nie tylko na to, że ekonomia to sztuka zarządzania nadwyżkami, ale i na to, że w warunkach kapitalizmu sztuka ta służy skrajnie niewielkiej grupie osób.

I nie jest to przypadek lub anomalia. To celowa polityka, realizowana od kiedy kapitalizm w gruncie rzeczy powstał, ale przede wszystkim widzimy skokowy wzrost tego zjawiska od początku lat 80., gdy do władzy doszli Reagan i Thatcher, a sukinsyn Pinochet od paru już lat niszczył i terroryzował Chile ku pełnej aprobacie liberalnych heroldów „niewidzialnej ręki” – a nawet z aktywnym ich doradztwem i wsparciem.

O ile bowiem na Zachodzie po wojnie zapanował konsensu, wedle którego pracownicy i społeczeństwo mieli partycypować w zyskach i rozwoju ekonomicznym, o tyle dojście do władzy wspomnianych piewców neoliberalizmu odwróciło sytuację. W latach 1946-1980 dochód najbiedniejszych 50% wzrósł o 129%, natomiast najbogatszego 1% „tylko” o połowę. W USA do połowy lat 70. panował swoisty konsensus wśród Republikanów i Demokratów, że płace minimalne powinny rosnąć szybciej niż inflacja – to najłatwiejszy sposób na poprawę losu najgorzej sytuowanych. I faktycznie w tym czasie liczba milionerów i miliarderów w USA spadała, o tyle same Stany Zjednoczone stały się krajem niespotykanego dobrobytu i powszechnego awansu społecznego.

Od ponad 40 lat sytuacja jednak wygląda zupełnie inaczej, co połączone jest nie tylko z drenażem finansowym i ekonomicznym szeroko rozumianych klas ludowych, ale i całych państw oraz ich aparatury. Bo jeśli jeszcze kilka lat temu Brazylia posiadała rezerwy finansowe na poziomie 30 mld dolarów, a Argentyna zaledwie 10 mld dolarów, to spekulant Edward Jones obracał, według „Business Week”, kwotą 255 mld dolarów, a Merrill Lynch… tryliona dolarów!

Całość wynika nie tylko ze wspomnianej skrajnej deregulacji, ale także jej skutku w postaci zmiany struktury ekonomii i dywidend. Przesuwa się to bowiem z sektora produkcji do sektora finansowego lub jak kto woli: spekulacyjnego. Ten umożliwia wyprowadzanie kapitału i jego skupienie, także w rajach podatkowych i wszelkich innych formach wymykających się opodatkowaniu i nadzorowi, a w efekcie redystrybucji i sensownemu wykorzystaniu.

Tylko w 2015 roku 28 gigantów kontrolowało tak zwane produkty pochodne (spekulacyjne) o wartości 600 bln dolarów – to 8-krotność światowego PKB. W tym samym czasie na całym Zachodzie neoliberałowie powszechnie i bezustannie powtarzają o konieczności cięć, oszczędności, przeklętej austerity i okraszają to zawsze tym swoim durnym pytaniem: kto za to zapłaci?

We wspomnianych rajach podatkowych według Tax Justice Network i „The Economist” ukryte jest od 20 do 32 bilionów dolarów. Dla porównania: PKB światowe to w analizowanym okresie 73-80 bln. Dowbor przywołuje przykład Brazylii, w której nieproduktywne zawłaszczanie zasobów (odsetki, unikanie podatków i ulgi fiskalne) stanowi ponad 25–30% całego PKB.

Nie tylko jesteśmy już teraz w stanie produkować i tworzyć zasoby umożliwiające dostatnie życie pozbawione głodu i nędzy dla absolutnie każdego. Gdyby to, co jest nielegalnie i przestępczo zagarniane i wyprowadzane zostało z powrotem „wlane” do gospodarki społecznej, to ten dobrobyt byłby nawet o 30-50% większy.

Ale całość wybiega także poza samą analizę socjo-ekonomiczną.

Definicja (jak już wiemy – fałszywa) o ekonomii jako sztuce zarządzania niedoborami służyć ma także drenażowi umysłów i propagowaniu określonej wizji świata.

Po pierwsze – jest to ohydne, ale jakże skuteczne usprawiedliwianie biedy i ubóstwa. Bo skoro ekonomia zarządza niedoborami, to są one obiektywne, a więc ci którzy są biedni – muszą być biedni. To skrajnie protestancka wizja świata, gdzie jednym przeznaczone jest bogactwo, innym nie, ale całość oparta jest na boskich i niezbywalnych prawidłach. Do tego skoro jest to obiektywne, więc jest też należne oraz sprawiedliwe – gdyby ktoś miał otrzymać dar bogactwa, to by tak się stało, a skoro tak nie jest…

…to jest sam sobie winien. Czyli docieramy do kolejnego mitu neoliberalizmu: kowala swojego losu i self made mana. W tymże ustroju panuje przekonanie, że o tym, jak nam układa się życie, decydujemy tylko my: nasza praca, poświęcenie i zdolność do wyrzeczeń (jakżeby inaczej!). Skoro „społeczeństwo nie istnieje” i mamy określoną, z definicji za małą dla wszystkich pulę dostatku, a z drugiej strony „każdy pracuje na swój sukces”, to efektem jest obiektywny i sprawiedliwy podział bogactwa oraz biedy. Mówiąc językiem neoliberałów: „Dla ciebie nie wystarczyło, a poza tym jesteś sam sobie winien, mogłeś bardziej się starać”.

Drugi skutek to wspomniana obsesja wolnorynkowców w kwestii niszczenia finansów publicznych, czyli osławiona polityka austerity. Promowanie polityki oszczędności i cięć budżetowych nie ma służyć określonym celom fiskalnym czy budżetowym, ale określonej wizji rzeczywistości – oraz z niej wynikać. Skoro mamy niedomiar i wszystkiego za mało, to logiczne jest, że trzeba oszczędzać. Poczynając oczywiście od „fanaberii” typu ochrona zdrowia, komunikacja, edukacja, budownictwo społeczne, programy socjalne. A pokażcie liberała, który powie, że oszczędności należy zacząć od zastopowania drenażu finansów i wyprowadzania pieniędzy przez korporacje do rajów podatkowych. Prędzej (vide Mentzen i jego kancelaria) spotkamy liberałów, którzy jeszcze doradzają, jak to robić.

I po trzecie – skoro w tej wizji ekonomia to była i będzie sztuka zarządzania niedoborami i charakteryzuje się stałym brakiem nadwyżek, to nigdy nie będzie odpowiednio dużo zasobów i wytwarzanych produktów oraz usług, by starczyło dla wszystkich. Przy czym „dla wszystkich” rozumiem tak, że jesteśmy w stanie wyeliminować biedę, wykluczenie i głód. Zawsze usłyszymy: „jeszcze nie teraz”, „jeszcze nie osiągnęliśmy określonego poziomu ekonomicznego”, „musimy oszczędzać” etc.

Gdy mówimy o kapitalizmie, to pamiętać musimy, że nie chodzi tylko o określony model ekonomiczny i finansowy. Mówimy przede wszystkim o pewnym imaginarium i sferze kulturowo-symbolicznej, która posiada swoje mity, prawdy i całą przestrzeń aksjologiczną. Myśleć raczej powinniśmy o „kapitalizmie kulturowym”, bo to ze skrajnie zatomizowanych, indywidualistycznych i egoistycznych pobudek idea liberalna dopiero wyprowadza swoje koncepcje gospodarcze czy fiskalne.

Autorstwo: Grzegorz Ćwik
Źródło: NowyObywatel.pl

Dobro wspólne, suwerenny pieniądz, dobrotyka, etykonomia a niepodległość Polski

Dobro wspólne, suwerenny pieniądz,

dobrotyka, etykonomia

a niepodległość Polski

Autor: NISS , 21 czerwca 2025

Istota tego systemu polega przede wszystkim na grabieży(…) Ten system jest oparty na permanentnym konflikcie. Cały system partyjny stworzony jest właśnie w taki sposób, że partie ze sobą walczą o przejęcie władzy i tak naprawdę komunikują się ze społeczeństwem raz na cztery albo raz na pięć lat, w zależności czy są to wybory prezydenckie czy wybory parlamentarne, po to, żeby legitymizować swoje działania, żeby przez wybory, przez frekwencję, przez to, że dostały określoną liczbę głosów, uzasadniało to ich działanie na polu gospodarczym, na polu politycznym. Natomiast nie ma to nic wspólnego z tworzeniem dla ludzi przestrzeni do samorozwoju czy dobrobytu.

−∗−

Dobro wspólne, suwerenny pieniądz, dobrotyka, etykonomia kluczem do odzyskania niepodległości Polski

∗−https://youtu.be/Wy5T5s2WNm4

Warto porównać:

Zamień kapitał na wiedzę a odzyskasz wolność – NISS / Salon Ludzi Wolnych
W Stanach Zjednoczonych są bardzo duże kręgi, które też lubią Polaków. I dodam jeszcze więcej. Najbardziej Polaków nie lubią Polacy albo pewne środowiska polskie i to już jest element pewnej […]

−∗−

O ekonomii solidarystycznej – Heinrich Pesch

O ekonomii solidarystycznej – Heinrich Pesch

https://3dom.pro/19531-o-ekonomii-solidarystycznej-heinrich-pesch.html

Od niemal dwustu lat debata ekonomiczna zdominowana jest przez dwa opozycyjne kierunki, socjalizm i kapitalizm, łączone z dwoma przeciwstawnymi koncepcjami człowieka i państwa: kolektywizmem i indywidualizmem.

Z tej perspektywy wydaje się, że jeśli jest się krytycznym wobec socjalizmu, należy zaakceptować kapitalizm, jeśli zaś odrzuca się kapitalizm – pozostaje jedynie socjalizm. Jednak w ostatnim wieku wielokrotnie pojawiały się próby znalezienia trzeciego rozwiązania, takiego, które łącząc zalety obu systemów byłoby w stanie uniknąć ich wad. Odpowiedzią okazał się solidaryzm.

Stan magazynowy: Mała ilość.

Autor: Heinrich Pesch

Najniższa cena w ciągu ostatnich 30 dni: 57,00 zł

O ekonomii solidarystycznej to wybór fragmentów z kompendium wiedzy ekonomicznej Lehrbuch der Nationalökonomie, autorstwa Heinricha Pescha, które proponuje alternatywne podejście do współczesnych wyzwań gospodarczych.

Wybrane fragmenty przedstawiają koncepcję ekonomii solidarystycznej, opartej na zasadach międzyludzkiej solidarności i wartościach chrześcijańskich. W swoim podejściu do ekonomii, Pesch próbował połączyć najlepsze elementy socjalizmu i kapitalizmu, odrzucając jednak zarówno totalitaryzm, jak i nieograniczoną konkurencję.

Jego koncepcja solidaryzmu opierała się na idei współpracy i wspólnoty, zgodnie z którą państwo, instytucje społeczne i jednostki współpracują ze sobą dla dobra wspólnego. W swoich pracach Pesch dążył do stworzenia systemu ekonomicznego, który respektowałby własność prywatną i zapewniałby wolność gospodarczą, ale jednocześnie uwzględniałby potrzeby i dobro wspólnoty.

Książka „O ekonomii solidarystycznej” może otworzyć oczy katolikom na współczesną Katolicką Naukę Społeczną, która promuje odpowiedzialność społeczną, sprawiedliwość i poszanowanie godności każdej osoby. Pesch przekonuje, że jedynym sposobem na trwałe ugruntowanie wartości gospodarczych jest zakorzenienie ich w transcendencji, czyli w Bogu i religii.

Jego dzieło stanowi ważny wkład w dyskusję na temat roli etyki w ekonomii i podkreśla, że wartości moralne i duchowe są niezbędne dla prawidłowego funkcjonowania społeczeństwa.

Heinrich Pescha, niemiecki jezuita, etyk i ekonomista uważany za czołowego przedstawiciela szkoły solidaryzmu. Po odbyciu nowicjatu w Holandii kontynuował naukę, a następnie podróżował, by zgłębić wiedzę o ekonomii. Duży wpływ na jego myśl wywarł pobyt w Anglii, gdzie obserwował warunki życia robotników fabrycznych. W swoich pracach Pesch kładł nacisk na połączenie rozwiązań gospodarczych z etyką, zwłaszcza wartościami katolickimi.

Jego prace ekonomiczne zyskały uznanie nie tylko w kręgach katolickich, a zasady solidaryzmu społecznego, przedstawione w wiekopomnym dziele Lehrbuch der Nationalökonomie, będącym pełnym kompendium wiedzy ekonomicznej, była inspiracją dla kolejnych papieży i encyklik. Przez swoje badania i teorie, Heinrich Pesch wniósł istotny wkład w rozwój Katolickiej Nauki Społecznej, której idee są wciąż aktualne i inspirujące dla współczesnych katolików.

Do jego najważniejszych dzieł należą Liberalismus, Sozialismus und christliche Gesellschaftsordnung (Liberalizm, socjalizm i  chrześcijański porządek społeczny), Ethikund Volkswirtschaft (Etyka a gospodarka narodowa) oraz Lehrbuch der Nationalökonomie (Podręcznik ekonomii narodowej), dzieło uważane za źródło poglądów społecznych i ekonomicznych zawartych w encyklice Quadragesimo anno Piusa XI.

Forum Ekonomiczne w Karpaczu 2024 – dzielnie służą obcym, silniejszym.

Wielomski : Forum Ekonomiczne w Karpaczu 2024

Adam Wielomski konserwatyzm.pl/wielomski-forum-ekonomiczne-w-karpaczu-2024

Wróciłem z Forum Ekonomicznego w Karpaczu, czyli z „polskiego Davos”, w którym brało podobno udział aż 5.000 uczestników. Byłem na tej imprezie pierwszy raz i korzystając z okazji chciałbym się z moimi Czytelnikami podzielić pewnymi obserwacjami i odczuciami, które wyniosłem z udziału w panelach dyskusyjnych i rozmów kuluarowych. Będzie to moje wrażenie osobiste i subiektywne. Paneli dyskusyjnych było pewnie ze 150 czy 200 i siłą rzeczy wziąłem udział tylko w kilkunastu. Będzie to relacja subiektywna i musi taką być, gdyż jedna osoba nie może przysłuchiwać się wielu dyskusjom dziejącym się w kilku czy kilkunastu salach równocześnie.

Jeden element przewijał się na obradach bezustannie, a mianowicie problem miejsca Polski w świecie. Generalnie polscy dyskutanci prezentowali stanowisko skrajnie kosmopolityczne. Permanentnie opowiadali o interesach „świata”, o interesie Unii Europejskiej, o interesie Niemiec, o interesie Ukrainy, o zmianach klimatycznych, o demokracji i prawach człowieka, o „wartościach”, etc. Pojęcia takie jak Polska czy interes polski były w wystąpieniach polskich dyskutantów praktycznie nieobecne. Tak się przypadkowo złożyło, że w dwóch panelach, którym się przysłuchiwałem, uczestniczył wiceminister spraw zagranicznych Andrzej Szejna. W jego wypowiedziach nie doszukałem się śladu zainteresowania Polską. Mieliśmy za to całą tę dobrze znaną nam narrację o „świecie”, Europie, Ukrainie, etc. W pewnym momencie Pan Minister złożył quasi-religijną deklarację wiary w zwycięstwo Kamali Harris w wyborach prezydenckich w Stanach Zjednoczonych, wprost posługując się słowami Martina Luthera Kinga: „I have a dream!”. Na poparcie swoich tez raz za razem przytaczał cytaty z – jako to mawiano za komuny – „klasyków”. Tym razem klasyk (klasyczka?) była jedna, a mianowicie Frau Ursula von der Leyen. Niestety, nie była to w Karpaczu postać wyjątkowa. Jeden z polskich ekonomistów wprost ogłosił, że najważniejszym problemem Polski jest wzrost PKB w… Niemczech.

Czy ten ostentacyjny kosmopolityzm wielu polskich dyskutantów wzbudzał sprzeciwy? Tak. Przeciwko temu poglądowi protestował jeden z biorących udział w debatach Węgrów, protestował były Prezydent Czech Vaclav Klaus. Ba! Zaprotestował nawet jeden z Niemców, gdy usłyszał, że trzeba skasować w poszczególnych państwach członkowskich UE własne instytuty badawcze i stworzyć jeden euro-instytut badawczy. Niemcy oczywiście są za integracją europejską, ale tylko wtedy, gdy odpowiada to ich interesom. Tymczasem niemieckie fundacje i media wyhodowały w Polsce tak skrajnych Europejczyków, że nawet Niemcy uznali ten stan ducha za ekstremizm!

Niestety, wszelkie głosy na temat istnienia narodowych interesów polskich, wypowiadane przez zagranicznych gości, spotykały się z gorącymi protestami posiadaczy polskich paszportów. Trudno powiedzieć czy było to bardziej przykre, czy bardziej żenujące. Ci ludzie Wielkiej Polski nie zbudują!

Drugą kwestią istotną były relacje Polski z Chinami i Indiami. W kuluarach szybko zauważono nadreprezentację gości z Indii w stosunku do gości z Chin. Zresztą na jednym z paneli wprost zapytała o to chińska dziennikarka. Dało się wyraźnie odczuć brak zainteresowania polskich elit do współpracy z Chinami, także ekonomicznej, przy jednoczesnej niezwykle dużej chęci do współpracy z Indiami. Uzasadniano to koniecznością dezintegracji grupy BRICS poprzez jednoczesny konflikt z Pekinem (i Moskwą) i intensyfikację współpracy z Delhi. Jeden z dyskutantów z Węgier zauważył, że Chiny inwestują na Węgrzech, gdy Indie mają współpracować z Polską.

Jest to oczywista wskazówka, że polskie elity dostały takie wytyczne z Waszyngtonu i Londynu, aby rozbijać BRICS i pacyfikować chińską inicjatywę Nowego Jedwabnego Szlaku. I Polska, jako państwo neokolonialne, realizuje w tej mierze polecenia Anglosasów. Wbrew swoim oczywistym interesom własnym.

Samosterowne Węgry Orbana wybrały Chiny i najprawdopodobniej będą ciągnęły wielkie zyski stając się hubem na linii Pekin-Europa. W zamian my będziemy mieli tysiące hinduskich imigrantów, których masowo zaczął do Polski wpuszczać już Mateusz Morawiecki, służących za tanią siłę roboczą głównie dla międzynarodowych korporacji działających w Polsce. Widać było, że biorące w dyskusjach osoby z polskimi paszportami bardzo obawiały się skuteczności rzucenia wyzwania do walki o hegemonię „wolnemu światu” ze strony tandemu Chin i Rosji. Jeden z uczestników wprost powiedział w jednym z paneli, że wojnę ukraińsko-rosyjską należy traktować jako konflikt pomiędzy „wartościami Putina” a „wartościami Kamali Harris i Ursuli von der Leyen”. Po czym, w stanie mistycznego uniesienia, zakrzyknął, że „Ukraina musi wygrać!”.

I na koniec ciekawostka. Patrzę, w panelu na temat Zielonego Ładu ma uczestniczyć Jakub Wiech, wraz z dwoma znanymi „denialistami klimatycznymi”, a przy okazji doktorami ekonomii. Biegnę na panel. W sali gęstwi się tłum czekający na ciężki nokaut, zachwycony, że ideolog klimatyzmu wreszcie będzie musiał zmierzyć się w walce z zawodnikami wagi ciężkiej. Niestety, Wiech nie pojawił się, a prowadzący panel ogłosił, że dyskutant nie dotarł. Sala zaprotestowała, że przecież dyskutant jest w Karpaczu! Także zaprotestowałem, gdyż poprzedniego dnia osobiście go spotkałem i zamieniliśmy kilka słów, a w dniu samej debaty rano jadł śniadanie stolik ode mnie! Co więcej, na swoim profilu na „X” zamieścił dwie sweetfocie z Forum! Sala uznała tę absencję za rejteradę, a ja postanowiłem udokumentować całe zdarzenie fotką z pustym krzesłem i tabliczką „Jakub Wiech”. To historyczne zdjęcie zamieszczam jako ilustrację tego tekstu.

Adam Wielomski