Przeszłość tworzą nieliczne obrazy

Przeszłość tworzą nieliczne obrazy

prof. Witold Modzelewski

Przypomniana w tytule myśl uwypukla tezę ogólną, że obiektywnie istnieje tylko czas teraźniejszy, w którym również istnieje to, co nazywamy przeszłością i przyszłością.

Są to na wskroś współczesne obrazy tego, co uważamy za byłe albo przyszłe. Wydawałoby się również, że istnieje wyraźna cezura między tym, co dziś uważamy, a przeszłością i aktualnymi wizjami przyszłości. Owa cenzura nie zawsze jest, a nawet nie jest regułą. Ci, którzy „żyją przeszłością”, a w zasadzie jej cząstką, którą zapamiętali, często łączą ją z wyobrażeniem o przyszłości. Powtarzają, że „historia lubi się powtarzać”, albo „wszystko już było”. Często ich wizje przeszłości istnieją głównie po to, aby uzasadniać prognozy czy też przepowiednie, czyli nasze aktualne wyobrażenia o przyszłości.

Ktoś kiedyś powiedział, że są dwie grupy narodów: pierwsza, do której się ponoć zaliczamy, na co dzień używa wizji przeszłości, aby odgadnąć przyszłość (zanim się stanie częścią teraźniejszości); druga, która używa wizji przyszłości głównie po to, aby ustalić, co dziś jest przeszłością. Ci drudzy chcą lub umieją zapominać, a zwłaszcza umieją unieważnić część przeszłości. Ani jedna ani druga grupa nie ustrzeże się od popełnianych błędów – jak zawsze – w czasie teraźniejszym: obie jednakowo prowadzą do sukcesów jak i do klęsk.

Nam się wydaje, a przynajmniej tym, którzy „wiedzą lepiej”, że musimy skrzętnie pamiętać wszystko co złe z przeszłości polsko-rosyjskiej (bo tu „historia musi się powtórzyć”) oraz szybko zapomnieć zło wyrządzone nam przez Niemcy, a zwłaszcza przez inne państwa zwane dziś popularnie Zachodem. Tu jest przeszłość unieważniona, której przypomnienie jest już „dezinformacją” (albo niedługo będzie). Jest to również ciągiem dalszej wizji stworzonych przez „wolne media” lat 1945-1989, a zwłaszcza monachijską stację amerykańską pod nazwą „Rozgłośnia Polska Radia Wolna Europa” – mam już swoje lata; słuchałem i dobrze pamiętam. Była to na wskroś przeciwna wizja do koncepcji propagandowej władz Polski Ludowej, która umniejszała lub pomijała złą przeszłość w relacjach polsko-rosyjskich lub polsko-radzieckich i kazała pamiętać zło wyrządzone nam przez Niemców. „Zachód” też był wtedy obecny: on nas notorycznie „zdradzał”, a przede wszystkim nie należały do niego Niemcy.

Teraz jest inaczej: Zachód to przede wszystkim Niemcy, które w dodatku mają nas bronić przed „nieuchronną agresją” ze strony Rosji. To jest „prawda” obowiązująca na przyszłość. Czyli jednak należy również do drugiej grupy narodów, które poprzez wizję przyszłości „meblują” to, co uważają za swoją przeszłość.

Utrapieniem w tej wizji jest współczesna Ukraina. Mamy ją wspierać, bo (jakoby) broni nas przez ową „nieuchronną agresją”, ale wbrew „Giedroyciowym” teoriom współcześnie jest jawnie antypolska i wystawia nam (i jeszcze wystawi) przysłowiową fakturę za tę obronę („nasza wojna”). Także przyszłość wygląda tu raczej ponuro: co będzie, jak Ukraina w wersji banderowskiej, zdemoralizowana darmowym finansowaniem i korupcją, wygra tę wojnę? Przecież to będzie nasza klęska, bo z tym państwem po prostu przegramy, w dodatku goszcząc u siebie kilkumilionową diasporę ukraińską. Nie mamy więc wyjścia – ta wojna musi trwać dalej, bo jest bezpieczniejsza od pokoju.

Przyszłość (jak i przeszłość) są jednakowo nieprzewidywalne. Różnica ta głównie polega tylko na tym, że nieprzewidywalność przyszłości potwierdza mijający czas – gdy stanie się już teraźniejszością. Wtedy szybko zapomnimy nasze błędne prognozy i rozpamiętywanie naszych pomyłek. Z nieprzewidywalnością przeszłości jest trochę inaczej: z czasem dowiadujemy się, że kiedyś było „zupełnie inaczej”, np. wielcy „szermierze niepodległości” okazywali się wieloletnimi konfidentami zaborców. Wtedy stajemy przed dylematem: który (poprzedni albo zdemaskowany) obraz przeszłości ma być częścią teraźniejszości? Tu mogą żyć obok siebie oba obrazy, może „zwyciężyć” jeden z nich, albo jeden i drugi umrze przez zapomnienie. W przypadku przeszłości polsko-rosyjskiej jesteśmy (przynajmniej na razie) skazani na jedną, czarną legendę. Na straży jej wyłączności stoi władza i jej służby oraz „słudzy narodu ukraińskiego”. Jakiekolwiek odkrycia zaprzeczające tej legendzie są „dezinformacją”. Nie traćmy nadziei: w przyszłości naszej to przeszłość może się zmienić. Nawet bardzo. Sprawcą tej zmiany może być nasz „strategiczny sojusznik” i protektor, który może (musi?) znaleźć proporcjonalnego partnera. Po co? Aby pomógł mu wybrnąć z przegranych wojen. Możemy być kosztem tego „dealu”, albo nawet beneficjentem: w tym drugim przypadku będziemy musieli szybko zapomnieć „złą przeszłość” i zmienić ją na dużo lepszą.

prof. Witold Modzelewski

Myśl Polska, nr 39-40 (27.09-4.10.2026)

„Kto pierwszy w nas rozpoznał: kto wrogów, kto przyjaciół”

„Kto pierwszy w nas rozpoznał: kto wrogów, kto przyjaciół”

prof. Witold Modzelewski

Jak można skutecznie znokautować nas intelektualnie, pozbawiając zdolności rozumienia własnych interesów?

Wiemy od dawna: po pierwsze trzeba nas przekonać, że świat, w którym rządzą cudze interesy, jest uporządkowany i bezpieczny, a każda jego zmiana dla naszego dobra przyniesie chaos. Po drugie, trzeba nam narzucić kryteria racjonalności, które uzasadniają prymat i chronią cudze interesy; zgodnie z tą logiką wszelkie działania w naszym interesie są „absurdalne” i „nie mieszczą się w (racjonalnej) głowie”.

Przypomnienie tych dwóch, wydaje się oczywistych reguł, które wprost formułowali np. niemieccy politycy w czasie, gdy tworzyli atrapę polskiej państwowości w 1916 roku (Akt Dwóch Cesarzy), ma sens, zwłaszcza dziś. Wmówiono nam, że każda, nawet najbardziej absurdalna wersja urządzenia tej części świata przez wyimaginowany „Zachód” jest dla nas „bezpieczna” i jest to jedyny dobry wariant. Wmówiono nam również, że mamy przejmować wszystkie jak leci wzorce „europejskie” i „atlantyckie”, a nasz ewentualny sprzeciw w imię obrony naszych interesów jest „bez sensu”: gorzej – jest nawet „zdradą” i „wpisywaniem się w kremlowską propagandę”.

Przykładów jest aż nadto, więc tylko wspomnę: narzucono nam zasady „dekarbonizacji”, czyli scenariusz zniszczenia naszej energetyki; harmonizację prawa podatkowego, czyli destrukcję systemu fiskalnego; oraz „politykę migracyjną” Unii Europejskiej, czyli powolne, ale skuteczne zniszczenie pokoju społecznego. Przede wszystkim wmówiono nam, że świat, w którym obowiązują te wrogie zasady, jest dla nas „korzystny”.

Absurd? Oczywiście, ale my mamy w tym absurdzie czuć się „bezpiecznie” i bez szemrania godzić się, płacąc horrendalne ceny za nośniki energii, niszczyć swój przemysł oraz akceptować okradanie budżetu z naszych pieniędzy przy pomocy unijnej wersji VAT-u. Przecież są to działania wrogie, ale ich autorów mamy nazywać „sojusznikami”, a tym bardziej „przyjaciółmi”. Istotą mądrości jest umiejętność odróżnienia wrogów od przyjaciół.

Kiedyś, u zarania III RP, powstał ponadpartyjny konsensus na temat polityki zagranicznej, którą klasa polityczna łaskawie „wyjęła spod debaty politycznej”. Ich zdaniem „ciemny lud” nie ma nic do gadania na ten temat, bo oni wiedzą lepiej, że musimy bezwarunkowo i bez reszty „należeć do Zachodu” i np. za darmo pomagać „walczącej Ukrainie”, której idolami są „bohaterowie UPA”. Ten, kto a priori i bezwarunkowo podporządkuje się innym państwom (semper fidelis – „zawsze wierni”), nie nadaje się do jakiejkolwiek polityki, bo jej istotą jest możliwość manewru i groźba odwrócenia sojuszy. To wiedza podręcznikowa, której niedouczone „elity”, jak widać, nie posiadają.

Dziś już można w miarę otwarcie oceniać ich mizerne kompetencje, a przede wszystkim dziecinną naiwność w ocenie tzw. Zachodu. Przypominanie dziś ówczesnych wypowiedzi na temat „doskonałości” wszystkiego, co wymyślił ów Zachód, budzi już tylko zażenowanie. Nie będę litościwy i tylko wspomnę bzdury wypisywane w tasiemcowych wywiadach publikowanych swego czasu np. w „Gazecie Wyborczej” na temat „zalet unijnego VAT-u”: o masowych wyłudzeniach i oszustwach wtedy nie padło tam ani jedno słowo.

Czy owo aprioryczne podporządkowanie się, które daje drugiej stronie możliwość bezkarnej wrogości („widziały gały co brały”), wynikało tylko z głupoty, czy też naiwności? Nie będę drążyć tego tematu, bo mogłoby to nas doprowadzić do przygnębiających wniosków. Wszak już nie raz w przeszłości nasi polityczni aktywiści kierowali się zasadą „brać nie kwitować”. Ciekawe, czy pamiętamy, kto wypowiedział te słowa? Ale to było dawno, w czasach gdy „niepodległościowi” politycy kolaborowali z austriackim zaborcą. Dziś jest to oczywiście całkowicie niemożliwe.

prof. Witold Modzelewski

Myśl Polska, nr 35-36 (30.08-6.09.2026)