Francuskie miasta płoną. Lewica znów kłamie

Francuskie miasta płoną. Lewica znów kłamie

magnapolonia/francuskie-miasta-plona-lewica-nie-widzi-problemow

W przekazie środowisk lewicowych francuskie rozruchy opisuje się jako „protesty studenckie i ucaniowskie”. Brzmi niewinnie, prawda? Od razu widzimy młodych ludzi z plecakami, podręcznikami pod pachą i głowami pełnymi ideałów, którzy domagają się lepszej przyszłości. Problem w tym, że gdy na ulicach dochodzi do grabieży, podpaleń i niszczenia mienia, opowieść o „młodzieżowym buncie” zaczyna przypominać opowieść o stonce zrzucanej na Polskę przez Amerykanów. Niestety, także w Polsce pojawił się ten scam.

Francuskie miasta płoną ale wciąż znajdują się ludzie, którzy nawet widząc niszczone budynki, splądrowane sklepy i ulice zamienione w pobojowisko, potrafią opowiedzieć historię o rzekomo pięknym społecznym buncie. Wystarczy odpowiednio dobrać słowa, najlepiej takie, które brzmią postępowo, ekologicznie i rewolucyjnie. Wtedy zwykły czytelnik może jeszcze pomyśleć, że oto na ulicach Francji odbywa się seminarium z socjologii, tyle że z udziałem koktajli Mołotowa. Taka jest właśnie magia propagandy, którą uprawia m.in. portal Świat OZE.

Nie ma niczego niezwykłego w tym, że uczniowie i studenci mogą protestować przeciwko decyzjom rządu. W tym jednak przypadku studenckie postulaty i legalne protesty stanowiły jedynie pretekst do nowych rozruchów dokonywanych przez ściągniętych z Afryki i Azji trzecioświatowych, roszczeniowych i leniwych gołodupców.

Już samo słowo „protesty” jest pewną manipulacją. Pozwala bowiem przykryć niewygodne pytania. Kto konkretnie dokonuje grabieży? Kto podpala samochody i budynki? Kto wykorzystuje demonstracje jako okazję do zwykłego rabunku? I wreszcie: ilu spośród sprawców rzeczywiście uczestniczyło w organizowanych przez uczniów i studentów manifestacjach, a ilu przybyło tam po prostu po to, żeby wykorzystać okazję i bezkarnie niszczyć oraz kraść? Na te pytania nie odpowie nam żaden lewicowiec z francuskiego rządu ani sam prezydent Emmanuel Macron.

Niedorzeczne jest ponadto udawanie przez główny nurt, w tym francuskie i polskie media, że niemal każdy uczestnik ulicznych rozruchów to idealistyczny student, który przypadkiem znalazł się obok podpalonego ratusza i omyłkowo wyszedł ze splądrowanego sklepu z cudzym towarem.

Dla wyznawców lewicy rzeczywistość jest często zbyt trudna do zrozumienie, dlatego potrzebują przekazu dnia, słów-kluczy, aby wiedzieć co myśleć i mówić na dany temat. Jeśli ktoś występuje przeciwko państwu – należy go nazwać bojownikiem o wolność. Jeśli kradnie – wystarczy opowiedzieć o nierównościach społecznych. Jeśli niszczy cudzą własność – należy poszukać jakiegoś głębszego kontekstu i walki z uprzywilejowanymi klasami, bo przecież każdy bogacz to złodziej, któremu trzeba zabrać. A jeśli sprawca pochodzi ze środowiska, które nie pasuje do opowieści o tolerancji i wielokulturowej idylli, najlepiej zmienić temat.

W tym świecie złodziejstwo może zostać przemianowane na spontaniczną redystrybucję dóbr, wandalizm na radykalną ekspresję społeczną, a podpalenie budynku na dramatyczny krzyk osób „wykluczonych”. Czekamy jeszcze na ogłoszenie, że rozbijanie witryn sklepowych to nowatorska metoda walki z konsumpcjonizmem, a podpalanie samochodów stanowi ambitny program dekarbonizacji transportu. W końcu trudno o bardziej ekologiczny samochód niż taki, który właśnie zamienia się w kupę dymiącego złomu. Ten sprzęt nie zajedzie już dalej niż na złom, a zatem nie wyprodukuje śladu węglowego w straszliwych ilościach.

Najzabawniejsze jest jednak to, że podobna narracja bywa sprzedawana przez środowiska, które uwielbiają pouczać innych o odpowiedzialności, solidarności i trosce o wspólne dobro. Wspólne dobro najwyraźniej kończy się tam, gdzie zaczyna się potrzeba krytyki i deportowania imigranckich przestępców. Wtedy odpowiedzialność staje się represją, policjant wrogiem ludu, a złodziej niepokornym uczestnikiem koniecznych przemian społecznych.

Nie, nie każda osoba biorąca udział w zamieszkach, by kraść i niszczyć francuskie duże miasta, jest automatycznie „ofiarą systemu”. Ubogi człowiek nie ma obowiązku być świętym, ale bieda nie daje też nikomu prawa do plądrowania sklepu. To naprawdę nie jest skomplikowana zasada, choć dla lewicowych ideologów może stanowić poważne intelektualne wyzwanie. Z kolei dla trzecio-światowców jest to kompletna abstrakcja.

Nazywanie ostatnich wydarzeń we Francji „protestami studenckimi”, jest chwytem czysto propagandowym. Pozwala przykleić etykietę szlachetnego buntu do obrazów, które wymagają rozliczenia sprawców przed sądem karnym.

================================================

NASZ KOMENTARZ: Europejskie ulice nie potrzebują ekologicznej mitologii czy komunistycznych fantazji o spontanicznej redystrybucji. Potrzebują porządku, bezpieczeństwa i państw, które potrafią egzekwować prawo, bez robienia z nachodźców świętych krów. Polskojęzyczni entuzjaści światowej rewolucji mogliby przy okazji wykonać niewielkie ćwiczenie intelektualne: spróbować wyobrazić sobie, że ofiarą grabieży jest ich własne mieszkanie, podpalony został budynek należący do ich rodziny, a zniszczony przez trzecio-światowców samochód wzięli na kredyt i będą musieli go spłacać pomimo że zakup nie nadaje się już do niczego.

Być może wtedy odkryliby, że rewolucja oglądana na cudzy rachunek smakuje znacznie lepiej niż ta, której rachunek trzeba zapłacić samemu. Przestępca jest po prostu przestępcą – nawet jeśli ideologiczna wyobraźnia bardzo chciałaby przyznać mu stypendium za działalność rewolucyjną.

Bandytów należy traktować jak bandytów …

Bandytów należy traktować jak bandytów …

Jeśli ktoś postanowiłby spalić Pałac Łazienkowski, zdewastować pomnik Fryderyka Chopina, okraść sklepy na Marszałkowskiej i bazarek na Kole, powyrywać ławki na Placu Zamkowym i podpalić kosze na Mokotowie to byłby bandziorem.

Nie ma znaczenia jaką ma orientacje polityczną, kolor skóry i jaką wyznaje religie. Nawet gdyby jego poglądy polityczne pokrywałyby się z moimi – byłoby to bez znaczenia. Bandzior jest bandziorem.

Byłby takim samym bandziorem jak ten, który demolował ulicę Paryża w maju 1968 roku i takim samym, który demolował ulice Kijowa na przełomie 2013/2014 roku. W Paryżu obserwujemy dokładnie te same siły, które były wielbione przez odrealnionych idealistów wychwalających „kolorowe rewolucje” w świecie arabskim. Zupełną fantasmagorią są opowieści o tym, że barbarzyńca demolujący samochód kieruje się imperatywem moralnym lub, że posiada jakąś świadomość klasową. Anarchizm ukryty pod płaszczykiem antysystemowości dalej jest nieakceptowalny dla cywilizowanych narodów. Realne życie to nie film Alana Moore’a „V jak Vendetta”.

To prawda, że wśród haseł wznoszonych przez demonstrantów są również te słuszne. I co z tego? Wśród haseł wznoszonych na ukraińskim Majdanie, czy podczas „spontanicznych demonstracji” w Libii czy Syrii również takie były i dokładnie wiemy jak się to skończyło dla licznych narodów. Jakie miało to skutki dla życia milionów ludzi i układu geopolitycznego na naszym globie. Jak wyszła na tym Polska. Trzeba brać odpowiedzialność za swoje słowa.

Oczywiście, że wśród demonstrantów znajdują się prowokatorzy. Nie rozumiem skąd to zdziwienie. Dziwne gdyby ich nie było. Jeżeli organizatorzy nie potrafią sobie z tym poradzić, to nie powinni brać się za organizacje tego rodzaju protestów. Miasta Europy nie są dżunglą, by skocznie hasać po zaparkowanych samochodach. Stolice Europy, to nie gra komputerowa, gdzie życie zależy od zdobycia torebki z najnowszej kolekcji Louisa Vuitton i wypasionego iPhona. Bandziora, złodzieja, podpalacza należy oddać w ręce odpowiednich służb i odpowiednio ich traktować.

Żadnym usprawiedliwieniem nie jest to, że przodkowie znacznej części protestujących byli źle taktowani w państwach kolonialnych jak i w Europie. Mój pradziadek Antoni Szafarczyk jako 9-letnie dziecko roznosił mleko w Pałacu Donnersmarcków w Siemianowicach (chociaż w latach 1919-1920 nie należał on do tej rodziny). Jako osoba niepełnoletnia rozpoczął ciężką pracę w kopalni węgla kamiennego. Ale z tego powodu ani ja, ani mój syn nie demolujemy klatek schodowych i pobliskich kapliczek w mieście. Skończmy z tym usprawiedliwianiem przeszłości kolonialnej bandyterką. Stworzyła się kolejna religia cierpiętnictwa i roszczeniowości.

To co dzieje się w wielu europejskich państwach – Francji, Belgii, Hiszpanii, Portugalii przyniesie taki sam skutek jak antyrosyjskie zrywy insurekcyjne na ziemiach polskich. Spowodują większy zamordyzm, większą opresyjność i wzmocnienie nieakceptowalnego dla nas kierunku politycznego Unii Europejskiej.

Łukasz Jastrzębski

Europa płonie – a jej elity trzymają zapałki

Europa płonie – a jej elity trzymają zapałki

Dirk Ellerbrock apolut/europa-brennt-und-seine-eliten-halten-die-streichhoelzer

Europa płonie – a jej elity trzymają zapałki | Autor: Dirk Ellerbrock

Artykuł Dirka Ellerbrocka.

Są obrazy, które mówią głośniej niż jakikolwiek artykuł redakcyjny. W Paryżu na Placu Republiki płoną barykady, setki zamaskowanych młodych mężczyzn stoi przed płomieniami. Kilka ulic dalej para biega, jakby nic się nie stało. Życie codzienne toczy się dalej bez zakłóceń, jak w społeczeństwie, które przyzwyczaiło się do własnego upadku.

Następnie prezydent staje przed kamerami. Emmanuel Macron mówi o gniewie i wstydzie, o zniszczonych miastach i rannych policjantach. Pyta, jak Francuzi mogli zrobić coś takiego swojemu krajowi, dlaczego szturmowali ratusz i podpalili biuro podróży. „Nic tego nie usprawiedliwia” – mówi – „nic tego nie wyjaśnia, nic tego nie usprawiedliwia”. Następnie zaprasza związki zawodowe, nauczycieli i uczniów do serii dyskusji.

To zdanie zasługuje na uważną lekturę. „Nic tego nie wyjaśnia” to nie stwierdzenie faktu, lecz roszczenie do władzy. Sugeruje ono, że nie należy zadawać pytania o przyczyny, ponieważ odpowiedź leży w rękach tych, którzy aktualnie mówią. Ci, którzy zabraniają pytania „dlaczego”, nie potrzebują już polityki; wystarczy pałka. Mimo to chcę zapytać o „dlaczego”. Moja odpowiedź to oskarżenie.

Rachunek

Zacznijmy od przygnębiających faktów, liczb. Nie są one dowodem spisku, lecz zapisami księgowymi i są druzgocące.

Według najnowszych danych inflacja w strefie euro wynosi obecnie 3,8%. Wydaje się to niewielką kwotą, dopóki nie weźmie się pod uwagę, ile ludzie muszą płacić każdego dnia. Ceny energii wzrosły we wrześniu o 21,3%, po wzroście o 16,7% w poprzednim miesiącu. Produkty naftowe zdrożały o 36,2%. To nie jest jakiś abstrakcyjny wskaźnik; to cena ogrzewania, dojazdów do pracy, samochodu dostawczego i każdego towaru, który trzeba przewieźć. Energia to nie tylko kolejny element domowego budżetu; to cena samej produkcji. Bez niedrogiej energii elektrycznej nie ma przemysłu.

Płace nie nadążają. Między 2021 a 2025 rokiem stawki godzinowe wzrosły średnio o 19,2% w całej Europie, podczas gdy ceny wzrosły o 22,6%. Oznacza to utratę siły nabywczej, która kumuluje się z roku na rok. We Francji płace wzrosły o 14,5%, a ceny o 18%. We Włoszech, gdzie obecnie płonie Mediolan, płace wzrosły o 10,2%, ale ceny poszybowały w górę o 20,6%. Tam inflacja ponad dwukrotnie zwiększyła wzrost płac. Każdy, kto zna te dane, nie musi szukać daleko, aby zrozumieć, dlaczego ludzie są tak wściekli.

Do tego dochodzi kraj, którego państwo wycofuje się tam, gdzie jest to konieczne. Dług publiczny Francji stanowi 119 procent jej PKB, roczny deficyt sięga prawie 6 procent, a wskaźnik ubóstwa wynosi 15 procent. Na przedmieściach brakuje nauczycieli. Budynki szkolne są w tak złym stanie, że nie da się ich ogrzać zimą ani schłodzić latem. Właśnie tam rozpoczęła się ta fala protestów: od szkoły średniej na obrzeżach Paryża, z niedoborem nauczycieli, z cięciami w edukacji. Uczniowie i rodzice pokojowo wyszli na ulice.

Używam terminu „oszczędności”, a ponieważ stał się on już w prasie kliszą, pozwólcie, że go wyjaśnię. Oszczędności oznaczają politykę oszczędnościową: rząd tnie fundusze na szkoły, szpitale, infrastrukturę i usługi społeczne, aby osiągnąć cele budżetowe, i ogłasza to koniecznością. Ale to nie jest konieczność; to decyzja, i jak każda decyzja, rodzi pytania o to, kto ją podejmuje i kto na niej korzysta.

Gdzie trafiają pieniądze

Pieniądze nie zniknęły. Nadal płyną, tylko nie do szkół. Rządy europejskie podjęły w ostatnich latach szereg decyzji, które kosztują obywateli bardzo dużo, a nic im nie przynoszą.

Zerwali powiązania energetyczne z Rosją. Dostawy rosyjskiego gazu spadły o ponad 80 procent, a hurtowe ceny energii elektrycznej i gazu wzrosły momentami nawet piętnastokrotnie od 2021 roku. Jeffrey Sachs, z pewnością nie outsider, ale światowej sławy ekonomista, podsumował to w rozmowie z Dannym Haiphongiem w następujący sposób: Zerwanie handlu z Rosją było dla Europy cięższym ciosem niż dla Rosji, która przekierowała swój eksport do Chin, Indii i Azji. Europa z kolei kupuje obecnie skroplony gaz ziemny (LNG) ze Stanów Zjednoczonych po sześciokrotnie wyższej cenie niż ta, którą płaciła wcześniej za gaz rosyjski, według Sachsa.

Unia Europejska nałożyła na Rosję ponad dwadzieścia rund sankcji, a prace nad dwudziestą drugą są w toku. Każda runda miała na celu wymierzenie w Moskwę. Każda z nich dodatkowo zacieśniła kontrolę nad europejską gospodarką. Sachs twierdzi, że Komisja „po prostu podąża w tym samym kierunku”, podczas gdy ryzyko wojny w całej Europie rośnie. Nie trzeba używać słowa „szaleństwo”, aby zdać sobie sprawę, że każdy, kto dwadzieścia razy powtarza ten sam środek i za każdym razem osiąga odwrotny skutek od zamierzonego, albo dąży do innych celów niż te deklarowane, albo utracił zdolność do samoregulacji.

Do tego dochodzi wojna z Iranem, która uderza w Europę niczym drugi cios. Europa jest importerem netto paliw kopalnych, a cena ropy naftowej wzrosła powyżej 100 dolarów za baryłkę. Według danych przedstawionych przez Haiphonga w jego programie, ten szok energetyczny kosztował Europę dodatkowe 100 miliardów euro tylko w tym roku; całkowity koszt szacuje się na 900 miliardów euro. Kwota ta pokrywa się ze wszystkim, co wiemy o tym problemie. Do tego dochodzą pakiety pomocowe dla Ukrainy i rozbudowa zbrojeń, które same rządy obchodzą jako „punkt zwrotny” – termin promujący zubożenie.

Podczas gdy we francuskich szkołach zawodzą systemy ogrzewania, Europa przygotowuje się do wojny z mocarstwem atomowym. Scott Ritter, były oficer, który wie, o czym mówi, wielokrotnie powtarzał w tym samym programie, że taka wojna oznaczałaby koniec Europy. Nie odstrasza to decydentów.

Pierwszy zarzut: współudział w wojnie, potem milczenie

Wojna z Iranem, jak to ujął Sachs, to „poważna katastrofa” i naruszenie prawa międzynarodowego. Rozpoczęła się w lutym, w trakcie trwających negocjacji nuklearnych, które, według mediatora z Omanu, rozwijały się, na dzień lub dwa przed śmiercią irańskiego przywódcy na spotkaniu w Wiedniu, na którym omawiano kolejną rundę negocjacji. Wyobraźmy sobie przez chwilę, że państwo Europy Wschodniej postąpiłoby w ten sposób. Europejskie artykuły redakcyjne byłyby pełne oburzenia.

Ale co zrobiła Europa? Sam Sachs był w Radzie Bezpieczeństwa ONZ dzień po ataku USA. Opisuje „surrealistyczną” scenę: ambasadorzy Francji, Wielkiej Brytanii i innych państw europejskich zaatakowali Iran, ponieważ ten odpowiedział rakietami i dronami, jakby nic się nie wydarzyło. Ani słowa napastnikom. Poza Pedro Sánchezem, nikt w europejskich władzach nie odważył się powiedzieć tego, co rozumie każdy taksówkarz w Marsylii.

A Macron? W styczniu, przed atakami, odwiedził Trumpa i, jak sam Trump opublikował, napisał mu wiadomość: „W sprawie Syrii jesteśmy całkowicie zgodni. W sprawie Iranu możemy osiągnąć wielkie rzeczy”. Zaproponował kolację, szczyt G7 w Paryżu, a na marginesie – zaproszenia dla Ukraińców, Syryjczyków i Rosjan. Dziś, przyparty do muru, ten sam prezydent mówi o „wojnie Trumpa” i przedstawia się jako zwykły obserwator. To nie jest samokrytyka; to próba uchylenia się od odpowiedzialności, a dla prezydenta, którego, jak wynika ze wszystkich relacji, wciąż popiera mniej więcej co dziesiąty Francuz, wydaje się to szczególnie żałosne.

Drugi zarzut: Władcy przeciwko rządzonym

Sachs przytoczył wyniki sondaży: około 10 procent dla Macrona, znacznie mniej niż 20 procent dla kanclerza Merza i około 32 procent dla Trumpa. Wszystko to, jak twierdzi, jest „fenomenem Zachodu”. Bardziej wymowna od samych danych jest jednak reakcja osób, których to dotyczy. Nie rezygnują i niczego nie zmieniają. Deklarują swoją determinację, by kontynuować swoją działalność, i uważają to za oznakę siły. Sachs nazywa to po imieniu: uparte trzymanie się władzy, którego nie da się uzasadnić bez poparcia społecznego.

Dotyczy to nie tylko Francji i Niemiec. Z Wielkiej Brytanii Sachs relacjonuje historię polityka, który przedstawia się jako człowiek ludu, ale udaje się do Kijowa, aby zadeklarować lojalność, zamiast pytać społeczeństwo, czy chce takiego rozwiązania. Brukselę, gdzie niedawno przebywał Sachs, uważa za „jeszcze gorszą”: komisja, która nie jest wybierana i nie boi się wyborców ani nie uznaje rzeczywistości, nakłada sankcje, jakby zima nie miała żadnych konsekwencji.

To, że ta zima się zbliża, nie jest żadną metaforą. Jeśli sytuacja się nie zmieni, Europa wkracza w pierwszą zimę bez znaczących dostaw rosyjskiego gazu, z niskim poziomem zapasów. Donald Trump naciskał na Europejczyków, aby uwolnili rezerwy strategiczne i olej napędowy na rynek, aby obniżyć ceny. To nie zadziałało. Klasy polityczne, które obserwują, jak ich społeczeństwa wchodzą w tę zimę, jednocześnie mówiąc o celach zbrojeniowych, nie straciły swojego mandatu dlatego, że ktoś im go odebrał, ale dlatego, że go roztrwoniły.

Trzeci zarzut: Odpowiedzią są represje.

Godzina policyjna była odpowiedzią na protesty uliczne. Wprowadzono ją we Francji, Albanii, Mediolanie i innych miastach, a Paryż rozważał ogłoszenie stanu wyjątkowego. To skutecznie zamroziło podstawowe prawa, które do tej pory uznawano za nienaruszalne. Chronologia pokazuje, że w grę wchodziło coś innego niż bezpieczeństwo publiczne. Protesty rozpoczęły się pokojowo, a ich inicjatorami byli uczniowie, rodzice i nauczyciele. Zdjęcia pożarów pojawiły się później. Pomiędzy tymi dwoma wydarzeniami znajdowała się przemoc policyjna.

Francuska policja użyła granatów hukowych, a po tym, jak nastolatkowi odstrzelono rękę, zawiesiła ich używanie. BBC poinformowało o tym. Amnesty International od lat określa tę broń jako narzędzia do okaleczania i wzywa do jej zakazu. Każdy, kto pamięta protesty Żółtych Kamizelek z lat 2018/19, zna straty: setki urazów głowy, dziesiątki oczu straconych od gumowych kul, odcięte kończyny. To nie jest odosobniony incydent, ale udokumentowany wzorzec francuskich organów ścigania. Kiedy Macron dziękuje policjantom, którzy „nie poddali się”, i nie wspomina o rannych po drugiej stronie, ujawnia swoje stanowisko.

Co to oznacza dla grabieży? Nie chcę niczego owijać w bawełnę. Dotyczy to właścicieli sklepów i rzemieślników, ludzi, którzy nie są problemem. Ale grabieże, jakkolwiek by to nazwać, to chybiony wyraz frustracji, a staje się to zrozumiałe dopiero, gdy zapytamy, co je poprzedziło. Każdy, kto latami upokarza ludzi, odmawia im dostępu do edukacji i możliwości rozwoju, a potem wita ich granatami, nie powinien być zaskoczony eskalacją.

Jest jeszcze jeden poziom, na którym muszę zachować ostrożność. To, że państwa infiltrują ruchy protestacyjne i prowokują lub dopuszczają przemoc w celu ich delegitymizacji, nie jest twierdzeniem; to udokumentowana historia.

Były włoski minister spraw wewnętrznych, późniejszy premier i prezydent Francesco Cossiga, w wywiadzie zazwyczaj datowanym na 2008 rok i odnoszącym się do studenckich zamieszek z 1977 roku, opisał, jak by to zrobił i jak powinno się to zrobić: wycofać policję z ulic i uniwersytetów, zinfiltrować ruch prowokatorami gotowymi na wszystko, następnie pozwolić na dziesięć dni grabieży i podpaleń, a na koniec, ośmielony publicznym oburzeniem, bezlitośnie strajkować i „wpędzić demonstrantów do szpitala” wraz z profesorami, którzy ich zachęcali.

W Wielkiej Brytanii oficjalne śledztwo udokumentowało, że tajni policjanci przez lata infiltrowali lewicowe grupy protestacyjne i dostarczyli tysiące raportów do krajowego wywiadu MI5. W Stanach Zjednoczonych program ten znany jest pod nazwą COINTELPRO i jest programem kontrwywiadowczym FBI skierowanym przeciwko ruchom na rzecz praw obywatelskich i ruchom protestacyjnym.

Nie potrafię udowodnić, czy ta recepta jest dziś stosowana we Francji, i nie będę tego twierdzić. Nie jest to zresztą konieczne. Liczy się jej funkcja: przemoc skierowana przeciwko ratuszom i sklepom ostatecznie przynosi korzyści tym, którzy chcą zdyskredytować protest. Ci, którzy czerpią zyski z dewastacji, mają w tym swój interes, a klasa polityczna, która na każde pytanie o przyczyny odpowiada, powołując się na porządek, nie jest bez wpływu na ten wynik.

Czwarty zarzut: Kozioł ofiarny

Potem pojawia się znany schemat: gdy tylko coś pójdzie nie tak w Europie, media społecznościowe są zalewane tematem: migracją. „Spójrzcie na tych obcokrajowców szerzących terror”. Schemat jest równie przejrzysty, co skuteczny. Ci, którzy patrzą na swoich sąsiadów, nie patrzą na rachunek za gaz i nie patrzą na Brukselę.

Pomysł jest prosty, ale niewygodny dla obu stron. Jest niewygodny dla prawicy, ponieważ zamiast zająć się przyczynami, ogłasza słabszą stronę swoim wrogiem. Jest również niewygodny dla establishmentu, który potrzebuje tego podziału i jednocześnie położył podwaliny. Te same rządy, które dziś przedstawiają migrację jako zagrożenie, brały udział w zniszczeniu Libii i Syrii, pozostawiły Jemen w stanie oblężenia, nie zapewniły ochrony Palestynie i zdestabilizowały Liban. Ludzie nie przybywali z tych krajów z pragnienia przygody, ale dlatego, że ich źródła utrzymania zostały zniszczone. A Francja, w szczególności, nie pozyskała swojej diaspory z Afryki i Azji Zachodniej przez przypadek: skolonizowała Algierię, wysłała algierskich żołnierzy do walki w wojnach światowych i dokonała masakry algierskich demonstrantów we Francji lat 60. XX wieku. Interpretowanie śladów tej historii jako „inwazji na Europę” to wywracanie historii do góry nogami.

Francja nie zapomniała o utracie swojej pozycji w Afryce Zachodniej, gdzie Mali i Burkina Faso skutecznie wyparły Paryż. Wśród upokorzeń, jakich doświadczył tam Macron, jest fakt, że broni neokolonialnego porządku, który stracił swoje uzasadnienie. To również jeden z powodów, dla których surowce i rynki, na których kiedyś polegała Francja, nie są już niezawodne. Imperializm rozwija się dzięki podziałom: góra kontra dół, wnętrze kontra zewnętrze, jeden przeciwko drugiemu. Tworzy te podziały nie ze złej woli, ale dlatego, że go chronią.

Kto wygrywa, kto płaci

Ostatecznie trzeba zadać najprostsze pytanie: Kto na tym wszystkim korzysta? Przemysł zbrojeniowy zdobywa kontrakty. Amerykańscy dostawcy skroplonego gazu ziemnego zyskują rynek, którego nigdy nie byliby w stanie stworzyć sami. Inwestorzy finansowi, fundusze hedgingowe i firmy private equity (firmy, które kupują, restrukturyzują i odsprzedają firmy za pożyczone pieniądze) czerpią zyski z cierpienia spowodowanego zadłużeniem i upadkiem usług publicznych. A potem są banki, które otrzymują pomoc finansową, gdy sytuacja się pogarsza.

Równie jasne jest, kto płaci: pracownicy najemni, emeryci, uczniowie w nieogrzewanych klasach i samorządy z pustymi kasami. Danny Haiphong wyraził to wprost w swoim programie: dla tych elit stało się to prawem ich istnienia. Im częściej tak postępują, tym stają się bogatsi, niezależnie od tego, czy konsekwencje są nuklearne, ekologiczne, czy ludzkie. To brutalne sformułowanie. Ale matematyka się zgadza i to wystarczy, by zakończyć sprawę.

Trzy sposoby

Co dalej? Widzę trzy możliwości. Pierwsza to zmiana polityki pod presją: rządy nie będą mogły dłużej rządzić jak dotychczas, jeśli społeczeństwo będzie nalegać na spełnienie ich żądań. Druga to eskalacja, czyli wprowadzenie godzin policyjnych, stanów wyjątkowych i zaostrzenie środków, być może w ramach skoordynowanych działań kilku rządów. Mogłoby to przynieść odwrotny skutek i jeszcze bardziej zaognić sytuację. Trzecia, i moim zdaniem najbardziej prawdopodobna, to wyniszczenie: ruch, który nie jest jeszcze dobrze zorganizowany, zostanie osłabiony przez obrazy przemocy, podziałów i infiltracji, a status quo będzie się utrzymywał do momentu, aż zapłonie kolejna iskra.

Za tym kryje się szerszy kontekst. Wybory w Izraelu odbędą się za kilka dni, a w Stanach Zjednoczonych 4 listopada. Narastają ostrzeżenia przed ponownymi atakami na Iran. Tymczasem Europa ustawia się na czele konfrontacji z Rosją, obierając tym samym, jak ostrzega Sachs, najkrótszą drogę do katastrofy. Dwa fronty, jeden kontynent, który nie jest w stanie ogrzać nawet swoich szkół: taka jest sytuacja.

Wyrok

Nie nawołuję do przemocy. Każdy, kto tak twierdzi, próbuje odwrócić uwagę od problemu. Moje oskarżenie nie jest skierowane do ludzi na ulicy, ale do tych, którzy zbudowali tę drogę. To oni podnieśli koszty energii, obniżyli płace, podkopali usługi publiczne, poparli lub zignorowali wojny, przerwali trwające negocjacje i na każde pytanie o przyczyny odpowiadali stwierdzeniem, że nic nie wyjaśnia wszystkiego. Następnie wprowadzili godzinę policyjną, nakazali użycie granatów i przenieśli uwagę opinii publicznej na swoich sąsiadów.

To nie jest pojedyncze wykroczenie. To system, który ma swoją nazwę: rządy bez odpowiedzialności. Sachs ujął to tak: Rządy wymknęły się wszelkiej kontroli konstytucyjnej, a ludzie zastanawiają się, co właściwie robią, doprowadzając świat coraz bliżej krawędzi.

I znowu para uprawiająca jogging w Paryżu, podczas gdy płoną barykady. To zdjęcie nigdy nie było obrazem spokoju. Pokazuje, jak długo można sobie pozwolić na odwrócenie wzroku. Europejskie elity wyczerpały ten czas i nawet o tym nie wiedzą.

+++

Źródło obrazu: tanitost / shutterstock

+++

Źródła pierwotne (transkrypcje):

  1. Danny Haiphong: Audycja na temat zamieszek w Europie i konfliktu z Iranem , YouTube, https://www.youtube.com/watch?v=F531Ly7doPg (transkrypcja, str. 1–2).
  2. Jeffrey Sachs w rozmowie z Dannym Haiphongiem, YouTube, https://www.youtube.com/watch?v=sMZkThSs6kY (transkrypcja, str. 3–4).

+++

Czy Francja może pogrążyć się w wojnie domowej?

Czy Francja może pogrążyć się w wojnie domowej?

20 października 2026 r. przez Alexa Krainera tkp-at/koennte-frankreich-in-einen-buergerkrieg-abgleiten


W sobotę, 17 października, demonstracje we Francji przybrały gwałtowny obrót. Władze szacowały liczbę uczestników w całym kraju na około 550 000, ale organizatorzy twierdzili, że w protestach wzięło udział nawet 800 000 demonstrantów.

Dzień akcji 17 października został jednoznacznie przedstawiony jako zbieg trwającego od miesiąca ruchu studenckiego z szerszym buntem przeciwko kosztom utrzymania i rządowym programom oszczędnościowym, w którym uczestniczyli również rodzice, nauczyciele i członkowie związków zawodowych. Wśród organizatorów znalazły się organizacje studenckie, takie jak Union Syndicale Lycéenne (USL), związki zawodowe oraz pozostałości ruchu „Żółtych Kamizelek” (Gilets Jaunes).

Protesty studenckie rozpoczęły się już w połowie września z powodu opłakanego stanu systemu edukacji we Francji. Do protestów przyłączyły się inne grupy z powodu rosnących kosztów utrzymania, pogarszającego się poziomu usług publicznych i odczuwalnej obojętności rządu.

Jak to często bywa, te w większości pokojowe protesty dały agresywnym grupom, buntownikom i szabrownikom możliwość infiltracji demonstrantów. Zamieszki pojawiły się tłumnie, atakując budynki rządowe, sklepy i policję. Podpalili w dużej mierze zabytkowy ratusz w Limoges , splądrowali setki sklepów w całej Francji i sprawili, że wiele francuskich miast wyglądało jak strefy wojenne.

Przemoc spontaniczna czy zorganizowana?

Choć protesty te mogą wydawać się spontaniczną reakcją społeczną na pogarszające się warunki życia we Francji, istnieją liczne dowody na to, że masowe protesty są zazwyczaj organizowane przez służby bezpieczeństwa „głębokiego państwa” i celowo infiltrowane przez elementy stosujące przemoc.

W weekend we Francji pojawiły się pewne wskazówki: uczestnicy zamieszek pojawili się jednolicie w czarnych kapturach i maskach na twarzach, a ktoś zadbał o to, by na miejscu zamieszek pojawiły się starannie i profesjonalnie zapakowane palety szklanych butelek (nagranie wideo pod linkiem). Gdyby to gangi uliczne zorganizowały tę akcję, byłby to imponujący wyczyn logistyczny i organizacyjny.

Jeśli przemoc była zorganizowana, pojawia się pytanie: kto ją zorganizował i w jakim celu? Sądzę, że typowi podejrzani to agencje wywiadowcze i liczne organizacje pozarządowe, z których wiele zostało założonych i hojnie finansowanych właśnie w tym celu.

Przypomnijmy: Francja doświadczyła już gwałtownych zamieszek latem 2023 roku. 28 czerwca 2023 roku, dzień po zabójstwie przez policję 17-letniego Nahela Merzouka na przedmieściach Paryża, w Nanterre, w całym kraju wybuchły zamieszki. Do zamieszek doszło w wielu miastach, w tym w Paryżu, Marsylii, Lille, Lyonie, Bordeaux, Grenoble, a także w Brukseli w Belgii. Niektórzy uczestnicy zamieszek byli uzbrojeni, a części wielu miast przypominały później strefy wojenne.

Według niektórych doniesień , broń przekazana Ukrainie trafiła w ręce protestujących za pośrednictwem czarnego rynku , którzy następnie użyli jej do strzelania do policji. Rząd wysłał 45 000 policjantów i żandarmów, aby spróbować opanować sytuację, ale przemoc trwała sześć dni z ogromną intensywnością. Prezydent Emmanuel Macron znalazł się pod presją – nie tylko ze strony uczestników zamieszek i opozycji, ale, co bardziej niepokojące, ze strony własnej policji i wojska.

A potem wszystko skończyło się tak nagle, jak się zaczęło. Chociaż marsze protestacyjne we Francji zazwyczaj trwają tygodniami i miesiącami, zamieszki w 2023 roku zakończyły się po zaledwie sześciu dniach. Było to tak nietypowe dla Francji, że trzeba było znaleźć wytłumaczenie: media rozpowszechniły informację, że zamieszki zostały przerwane przez handlarzy narkotyków, którzy zakłócali ich interesy.

Doprowadziło to do gwałtownego, spontanicznego wybuchu oburzenia, domagającego się sprawiedliwości dla młodej Nahel Merzouk ; ale gdy tylko handlarze narkotyków w jakiś sposób nakłonili protestujących do zaprzestania swoich działań, ponieważ szkodziły one ich interesom narkotykowym, zapaleni młodzieńcy spontanicznie uznali, że zyski handlarzy są ważniejsze niż sprawiedliwość. Słowo „ dziwaczne” nie oddaje w pełni narracji, która zakończyła zamieszki w 2023 roku.

Co się za tym kryje?

Jak pisałem wówczas, program mógł być skierowany przeciwko prezydentowi Francji Emmanuelowi Macronowi , który zaczynał wyłamywać się z szeregów Zachodu: dwa miesiące wcześniej poprowadził on liczną delegację francuskich firm do Pekinu i flirtował z pomysłem przystąpienia Francji do organizacji BRICS. Opowiadał się również za negocjacjami z Rosją i uwzględnieniem jej obaw o bezpieczeństwo. Jednak po zamieszkach porzucił te pomysły i od tamtej pory nie były one poruszane.

Możemy jedynie spekulować, jaki może być dzisiejszy program. Podejrzewam, że jego celem jest stworzenie pretekstu do bardziej autorytarnego podejścia do swobód obywatelskich, zaostrzenia cenzury, a być może nawet wprowadzenia godziny policyjnej, ale czas pokaże. W takich sytuacjach osoby organizujące niepokoje społeczne liczą na to, że społeczeństwo będzie domagać się powrotu prawa i porządku, a ludzie dobrowolnie zrezygnują ze swoich swobód obywatelskich i powitają surowe represje wobec dysydentów, a także przywrócenie porządku i stabilności.

To wszystko może się obrócić przeciwko nam…

Jednak ta kalkulacja może przynieść odwrotny skutek, jeśli opinia publiczna podzieli pogardę demonstrantów dla władz, co w dużej mierze ma miejsce obecnie we Francji. W 2023 roku te same instytucje państwowe, które zostały wezwane do stłumienia zamieszek, były o krok od zwrócenia się przeciwko rządowi. Wówczas związki zawodowe francuskich policjantów napisały do ​​prezydenta Macrona , grożąc buntem: „ Dziś policja walczy, bo jesteśmy w stanie wojny. Jutro będziemy stawiać opór i rząd powinien być tego świadomy ”.

Podobne nastawienie panowało w kręgach wojskowych: generał Pierre Villiers , cieszący się dużym szacunkiem wśród francuskich dowódców wojskowych, oświadczył , że armia powinna być lojalna wobec ludu, a nie Emmanuela Macrona. Jest niemal pewne, że policja, żandarmeria i znaczna część wojska są jeszcze bardziej skłonne do nieposłuszeństwa wobec rządu i zwrócenia się przeciwko niemu. Mogłoby to doprowadzić do wojny domowej we Francji, której konsekwencje są, z dzisiejszej perspektywy, całkowicie nieprzewidywalne.

Rozpad „kolektywnego Zachodu”

Niestabilność polityczna we Francji dodatkowo uwypukliła brak jedności i rozłam „wspólnego Zachodu”. Wczoraj prezydent Trump przypuścił miażdżący atak na prezydenta Macrona na portalu TruthSocial:

Francja płonie! Imigracja ludzi z zupełnie innego świata, ludzi z nienawiścią w sercach, zniszczyła ten niegdyś wspaniały kraj. Zamknijcie granice i przejmijcie kontrolę, zanim będzie za późno! Prezydent Donald J.Trump

Macron z kolei wygłosił oświadczenie do narodu, pośrednio obwiniając Trumpa za zamieszki : „Nigdy nie powinniśmy mylić pokojowych demonstrantów z rabusiami i uczestnikami zamieszek, ponieważ są ludzie, którzy słusznie uważają, że ceny paliw rosną zbyt gwałtownie. To z powodu wojny z Iranem”.

W obliczu narastających przeciwności społecznych, gospodarczych i geopolitycznych, mocarstwa zachodnie i ich przywódcy są coraz bardziej zdezorientowani i niezdolni do przywrócenia porządku, nie mówiąc już o ożywieniu gospodarczym. Wydaje się, że ich jedynym „prawdziwym biegunem północnym” jest wojna, a rozpętanie poważnej wojny z Rosją, ich wyznaczonym wrogiem zewnętrznym, jest ich ostatnią nadzieją na przywrócenie spójności społecznej i poparcia społecznego dla władz. Przynajmniej na razie wydaje się to wysoce nieprawdopodobne, szczególnie we Francji.

W sobotę w jednym mieście (nie udało mi się ustalić, w którym) protestujący zostali zgilotynowani . To był tylko model, ale pokazuje kierunek, w którym wieją wiatry buntu społecznego. W Paryżu protestujący skandowali : „ Zgilotynowaliśmy Ludwika XVI . Macron, Macron, zrobimy to jeszcze raz”.
Nastroje społeczne wyraźnie zmierzają w kierunku szerszego buntu i bardziej zdecydowanego żądania rozliczenia i sprawiedliwości. Pozostaje jednak pytanie, czy protestujący tym razem będą tak samo wyrozumiali wobec handlarzy narkotyków, jak trzy lata temu.

Niniejszy artykuł ukazał się pierwotnie w języku angielskim w TrendCompass Alexa Krainera . Przedruk w języku niemieckim za uprzejmą zgodą autora.

Zapnijcie pasy!…

Zapnijcie pasy!…

Date: 18 ottobre 2026 Author: Uczta Baltazara babylonianempire/zapnijcie-pasy

Fotografie płomieni ogarniających ratusz w Limoges we Francji, wraz z tymi pokazującymi zawalenie się jego wieży zegarowej, obiegają świat. Takie zdarzenia wymagają jednoznacznego potępienia, podobnie jak akty grabieży, które towarzyszyły protestom w wielu regionach Francji.

Gdybyśmy jednak ograniczyli się do jedynie do tego poziomu rozważań, ograniczylibyśmy się jedynie do klasycznego przejawu małomieszczańskiego konserwatyzmu, który jest uzasadniony, ale jednocześnie dramatycznie krótkowzroczny. Wygłaszanie kazań na temat spalonych samochodów i rozbitych witryn, bez głębszej refleksji, świadczy jedynie o tym, że nie rozumie się jeszcze powagi sytuacji, w której się znajdujemy.

To, czego jesteśmy świadkami we Francji, a obecnie – choć w różnych formach – w wielu krajach europejskich (Hiszpanii, Portugalii, Albanii, Belgii, a od wczoraj także we Włoszech), nie jest bynajmniej zjawiskiem irracjonalnym.

Istnieją bowiem wydarzenia historyczne, które wydają się być irracjonalne jedynie z perspektywy lokalnej, ale nabierają oczywistej racjonalności, gdy spojrzy się na nie z wystarczającej “wysokości”.

„Racjonalne” nie oznacza „bezbolesne” ani „wolne od niesprawiedliwości”.

Trzeba nauczyć się patrzeć na dwie płaszczyzny analizy jednocześnie: tę, na której można oceniać konkretne czyny i konkretne osoby jako barbarzyńskie, niecywilizowane, wandalistyczne, oraz tę, na której można (i należy) zrozumieć, że historia jest zawsze rzeką, po której płyną szczątki i zwłoki, ale której nie zatrzymają żadne kazania.

To, co się dzieje posiada żelazną zbiorową logikę, nawet jeśli osoby w tym uczestniczące często mają jej ograniczone zrozumienie, lub wręcz żadnego.

Od wielu już lat, doświadczenia społeczeństw europejskich związane z ich klasami rządzącymi sprowadzają się do postrzegania ich jako anonimowego organizmu technokratycznego, ruchomej „gumowej ściany”, która funkcjonuje na „autopilocie” – całkowicie obojętnej na potrzeby ludności. Ten technokratyczny elitarny krąg powiązany ze światem finansów postawił sobie za cel uśpienie sumień za pomocą współczesnego opium dla ludu, jakim są media (rozrywka i info-tainment), oraz ujarzmienie opornych poprzez działania restrykcyjne (tutaj uderzenie pałką, tam zamknięcie dostępu do kont, tu uchwalenie jakiejś mało znaczącej ustawy wyborczej, tam unieważnienie wyborów itp.).

Ogólnym, niejawnym i niekwestionowanym założeniem europejskich elit jest to, że z pospólstwem nie dyskutuje się, a jedyne, co należy robić, to stosować na przemian kij i marchewkę.

Wszystko, co mówi się publicznie, jest zawsze kłamstwem wykorzystywanym do własnych celów, z wyjątkiem sporadycznych przypadków, w których również prawda jest traktowana instrumentalnie. Dyskurs publiczny stał się niekończącą się inscenizacją, która coraz mniej dba o zachowanie pozorów wiarygodności.

I tak, choć, nikt przy zdrowych zmysłach nie wierzy w to, że Rosja zamierza nas zaatakować, nie powstrzymuje to jednak rzeszy instytucjonalnych szczekaczy przed codziennym powtarzaniem tych bzdur z całkowicie poważną miną. I oczywiście cały świat wie, że w tej grze bajek pompowanych przez tabloidowe gazety jedyną istotną kwestią, stałym punktem odniesienia niezależnym od zmieniających się okoliczności, jest chęć arbitralnego zarządzania środkami publicznymi, tak aby używać ich do realizacji interesów prywatnych.

Zasadniczo, elity rządzące od dawna przyzwyczaiły się do postrzegania społeczeństwa jako głupiego bydlęcia, dla którego racjonalne argumenty są bez znaczenia i które należy traktować z jednej strony używając selektywnych pochlebstw i ukierunkowanych uprawnień, a z drugiej – redukując je do stanu bezsilności.

Mechanizm ten potrafi funkcjonować i funkcjonuje przez długi czas. Aż do momentu, gdy już nie działa.

Ów system przestaje funkcjonować w dniu, w którym zbyt wiele osób traci zbyt wiele, by móc pozwolić sobie na pozostawanie w stanie letargu.

„Tracenia zbyt wiele” nie należy tu rozumieć jako coś w rodzaju „śmierci z głodu”. W nowoczesnym społeczeństwie, ludzie popadają w stan nieznośnego niedostatku na długo przed tym, zanim zaczynają „umierać z głodu”.

Dzisiaj, dla przykładu, brak możliwości korzystania z samochodu lub dostępu do internetu dla większości społeczeństwa oznacza odcięcie od świata, od pracy, od życia społecznego – po prostu od życia. A fakt, że samochody i telefony komórkowe były kiedyś dobrami luksusowymi, nie ma żadnego znaczenia: obecnie, właśnie to stanowi nowy poziom „uczestnictwa w życiu społecznym” – czyli to, co odróżnia życie od nie-życia.

Plebs – hodowany jak zwierzęta juczne – któremu od czasu do czasu daje się „panem et circenses”, gówniane robótki i telewizyjne ściemy – w dniu, w którym owa sztuczka przestanie działać, nie będzie wrażliwy na kwestie dobra publicznego, poszanowania własności, szacunku dla zabytków itp.

Podpaleń samochodów, zabytkowych budynków i sklepów dopuszczają się osoby pozbawione wartości kulturowych i etycznych. Jednak prawdziwymi winowajcami – tj. tymi, którzy powinni ponieść odpowiedzialność, są elity społeczne, które tej deprawacji chciały i które ją kultywowały, sądząc, że przyniesie im to korzyści.

Dzisiaj sytuacja jest na skraju wybuchu. Nawet jeśli obecna fala opadnie, jest to dopiero początek, ponieważ europejskie elity nie są w stanie – ani pod względem materialnym, ani kulturowym – skorygować kursu. Zapnijcie więc pasy, bo czeka nas katastrofa.

INFO: ariannaeditrice.it/articoli/allacciate-le-cinture

https://babylonianempire.wordpress.com/2023/07/03/do-systemu-operacyjnego-panstw-europy-ladowana-jest-anarcho-tyrania