Wokół złowrogiego Iranu
Stanisław Michalkiewicz 27 stycznia 2026 michalkiewicz
Kiedy w państwie jest sytuacja rewolucyjna? Zgodnie z twierdzeniami klasyka, sytuacja rewolucyjna jest wtedy, gdy spełnione są jednocześnie trzy warunki. Po pierwsze – że muszą być powody do masowego niezadowolenia. Ten warunek jest stosunkowo najłatwiejszy do spełnienia, bo – powiedzmy sobie otwarcie i szczerze – w jakim państwie nie ma powodów do niezadowolenia? Takiego państwa na świecie nie ma – o czym zaświadcza ludowe przysłowie, że jeszcze się taki nie urodził, co by wszystkim dogodził. A skoro tak, to niezadowoleni zawsze się znajdą, podobnie – jak „ubodzy” – w czym upewnia nas sam Pan Jezus, informując, że „ubogich zawsze będziecie mieli” wśród was. Czyż to stwierdzenie nie powinno być przestrogą dla zwolenników społecznych inżynierii, których celem jest „powszechny dobrobyt”? Jakże dobrobyt może być „powszechny”, skoro „zawsze” wśród nas mają być „ubodzy”? Inna sprawa, że ubóstwo ubóstwu nierówne. Kiedy w 1977 roku pierwszy raz byłem w Paryżu, zauważyłem na Polach Elizejskich żebraka. Był to jednak żebrak francuski, więc skracał sobie czas oczekiwania na jałmużnę słuchaniem transmisji jakiegoś meczu z tranzystorowego radia. W porównaniu do żebraka z Bangladeszu, będącego bez portek, był on prawdziwym krezusem. „Stąd nauka jest dla żuka”, że nie chodzi o urawniłowkę w dobrobycie, tylko o ogólny jego poziom, w którym nawet ubogim będzie żyło się dostatniej – jak w Polsce za Gierka.
Drugim warunkiem sytuacji rewolucyjnej jest to, by to niezadowolenie uzewnętrzniało się w postaci rozmaitych manifestacji. „Sire – burzy się proletariat” – to jest właśnie sygnał, że sytuacja staje się rewolucyjna.
Staje się – ale się nie stanie, dopóki nie zostanie spełniony warunek trzeci. To znaczy – że musi istnieć jakieś wpływowe państwo, któremu będzie zależało na dokonaniu przewrotu politycznego w państwie, w którym ma zaistnieć sytuacja rewolucyjna.
Tak właśnie było w Rosji w roku 1917, kiedy to społeczeństwo było zmęczone przedłużającą się wojną, podniecone pogłoskami o Rasputinie i w ogóle – zdradzie w najwyższych kręgach państwa (najbardziej podejrzana była cesarzowa Aleksandra, nieszczęśliwa żona Mikołaja II, razem z nim i resztą rodziny później kanonizowana przez Cerkiew Prawosławną) – ale może do rewolucji by nie doszło, gdyby nie chirurgiczna operacja niemieckiego Sztabu Generalnego, który przesłał do Rosji ładunek bolszewików z Leninem na czele i w ten sposób zaaplikował Cesarstwu Rosyjskiemu coś w rodzaju zarazka dżumy.
Lenin i bolszewicy posłużyli się starą metodą, dzięki której w Rzymie obaleni zostali bracia Grakchowie. Polega ona na przelicytowywaniu przeciwników w demagogii. Było to tym łatwiejsze, że nawet przeciwnicy bolszewików zostali sparaliżowani wiarą w „lud”, któremu pod żadnym pozorem nie wolno było się sprzeciwiać, tylko przeciwnie – należało mu basować. A w tej dziedzinie bolszewicy przelicytowali wszystkich. Земля крестьянам, фабрики рабочим [„Ziemla krestianam, fabryki raboczim!”] – wołał Lenin – a rosyjskie masy mu uwierzyły – bo kto by nie chciał wziąć sobie ziemi, czy fabryki? Gdyby tak ktoś ich ostrzegł, że już wkrótce będą w tych fabrykach poddani „nieprierywce”, a chłopi będą konać z głodu we wsiach otoczonych kordonami wojsk NKWD, to może i jedni i drudzy by się zreflektowali – chociaż pewności nie ma. „Tylko dlatego Pan Bóg nie zesłał na ziemię drugiego potopu, bo przekonał się o bezskuteczności pierwszego” – napisał Franciszek ks. de La Rochefoucauld.
Z taką właśnie sytuacją mamy do czynienia dzisiaj w Iranie, gdzie – jak próbują wmówić nam niezależne media głównego nurtu – tamtejszy lud właśnie przekształca demonstracje uliczne w „rewolucję”.
Iran, a kwestia izraelska
Na tę sytuację składa się oczywiście szereg zagadkowych przyczyn, ale przyczyną pierwotną jest pewna stara idea, z którą „czuje się związany” premier rządu jedności narodowej bezcennego Izraela Beniamin Netanjahu. Ta idea jest opisana w plemiennej historii żydowskiej, podlanej religijnym sosem, a znanej w świecie jako „Stary Testament” . Czytamy tam że Stwórca Wszechświata, który z zagadkowych przyczyn upodobał sobie w pewnym mezopotamskim koczowniku, zawarł z nim rodzaj geszeftu – że jak ów koczownik będzie Stwórcę Wszechświata wychwalał pod niebiosa i go słuchał, to Stwórca Wszechświata w rewanżu uczyni koczownika ojcem „wielkiego narodu”, któremu odda w arendę teren „od wielkiej rzeki egipskiej do rzeki wielkiej, rzeki Eufrat”.
To jest właśnie obszar Wielkiego Izraela” – i z tą ideą „czuje się związany” izraelski premier rządu jedności narodowej. Realizacja tej idei jest już dość zaawansowana. Wszystkie kraje leżące na tym obszarze zostały bowiem przez Izrael, który w tym celu wykorzystuje siłę Stanów Zjednoczonych, w znacznym stopniu obezwładnione tak, że teraz wystarczyłoby przejść do następnego etapu, to znaczy – do okupacji i częściowej eksterminacji tamtejszej ludności – żeby było bezpiecznie.
Niestety piasek w szprychy rozpędzonego parowozu dziejów sypie złowrogi Iran, z którym trzeba w związku z tym raz na zawsze zrobić porządek.
Rewolucja islamska
Początkowo Iran nie był wcale „złowrogi”, przeciwnie – uważany był za jedną z twierdz amerykańskich na Środkowym Wschodzie. Tamtejszy władca, Mohammad Reza Pahlavi, słuchał się Ameryki, kupował tam broń za dochody ze sprzedaży ropy i było gites tenteges. Nigdy jednak nie jest tak dobrze, by nie mogłoby być jeszcze lepiej, toteż i szach Reza Pahlavi chciał swój kraj reformować. W tym celu pragnął ograniczyć wpływy muzułmańskiego duchowieństwa i zaczął nim pomiatać, a poza tym forsował w Iranie reformę rolną, lansując kołchozy. To stało się powodem narastającego masowego niezadowolenia – a tymczasem we Francji przebywał na emigracji ajatollah Chomeini. Francja wówczas, podobnie zresztą jak i teraz, niechętnym okiem patrzyła na panoszenie się Ameryki w świecie. Toteż – jak czytamy w książce „Sekrety szpiegów i książąt”, stanowiącej wywiad-rzekę z hrabią Aleksanrdrem de Marenches, ówczesnym szefem francuskiego wywiadu – kiedy w Iranie rozpoczęły się zamieszki – prezydent Pompidou wysłał go do Teheranu, by zorientował się co też szach zamierza z tym zrobić. Okazało się, że szach niczego nie zamierza, bo – jak powiedział – nie będzie zabijał swojego ludu – toteż nie było innej rady, jak przetransportować do Teheranu ajatollaha Chomeiniego, podczas gdy szach wraz z rodziną, znalazł schronienie u egipskiego tyrana, gdzie zresztą rychło umarł.
Wynajęcie Saddama Husajna
Pod egidą ajatollaha Chomeiniego została w Iranie utworzona republika islamska, rodzaj teokracji, w której rządzi przewielebne muzułmańskie duchowieństwo. Może nie byłoby w tym nic osobliwego, gdyby nie to, że ajatollah, z uwagi na rozmaite urazy z przeszłości, zaczął lansować doktrynę dwóch szatanów: wielkiego i mniejszego . Wielkim Szatanem zostały Stany Zjednoczone, a mniejszym – Izrael.
Nietrudno się domyślić, że zarówno Ameryce, jak i Izraelowi było z tego powodu bardzo nieprzyjemnie i postanowili położyć temu kres. W tym celu wynajęły irackiego tyrana w osobie Saddama Husajna, który wkrótce wdał się z Iranem w wyniszczającą, trwającą 8 lat wojnę (1980-1988), która jednak nie doprowadziła do zdławienia republiki islamskiej w Iranie. Na domiar złego Saddam Husajn, któremu Amerykanie zapomnieli wypłacić honorarium za wynajęcie go do wojowania z Iranem, uznał, że może sam je sobie odebrać i w związku z tym zajął Kuwejt.
Doprowadziło to do tzw. pierwszej wojny w Zatoce Perskiej, w ramach której Saddam Husajn został boleśnie skarcony – ale zostawiony nie tylko przy życiu, ale nawet – przy władzy. Niestety, zamiast docenienia, że żywy-zdrowy – zaczął się bisurmanić do tego stopnia, że zapowiedział, iż w transakcjach eksportu irackiej ropy odstąpi od dolara na rzecz europejskiego euro lub japońskiego jena. Takiej zbrodni nikt, a zwłaszcza kraje miłujące pokój, nie mogły puścić płazem, toteż wybuchła druga wojna w Zatoce, w następstwie której Irak został zawojowany, a Saddam Husajn schwytany i postawiony przez tamtejszym nienawistnym sądem, który w ramach parodii procesu norymberskiego – który też był swego rodzaju parodią – skazany został na karę śmierci i przykładnie powieszony, żeby już nikomu takie myślozbrodnie walutowe nie przychodziły do głowy. Iran buduje arsenał jądrowy
W tej sytuacji nietrudno było się domyślić, że złowrogi Iran wyciągnie wnioski, a właściwie jeden wniosek – że nie zagwarantuje sobie bezpieczeństwa inaczej, jak tylko budując arsenał jądrowy. Taki wniosek nasuwał się tym łatwiej, że w Azji Środkowej niektóre państwa albo już sobie taki arsenał zbudowały, albo właśnie zaczęły go budować. Nie mówię o Chinach, które ten proces rozpoczęły wcześniej – ale o Indiach, które pierwszy test jądrowy wykonały w roku 1974. Sąsiedni Pakistan, którego prezydent powiedział, że będziemy mieli broń jądrową nawet gdybyśmy mieli jeść trawę, decyzję o budowie arsenału podjął na początku lat 70-tych, ale pierwszy test przeprowadzony został w 1998 roku.
O ile jednak na budowę arsenałów nuklearnych przez Indie i Pakistan Ameryka patrzyła przez palce, bo te arsenały mają służyć ich wzajemnemu wyniszczeniu – o tyle kiedy wniosek o konieczności budowy własnego arsenału nuklearnego wyciągnął złowrogi Iran, reakcja amerykańska była już inna. Chodzi o to, że irański arsenał ma być narzędziem oporu przeciwko zakusom bezcennego Izraela, w ramach wspomnianej starożytnej doktryny politycznej na cały Środkowy Wschód. A ponieważ każdy amerykański prezydent obejmując urząd składa coś w rodzaju hołdu lennego bezcennemu Izraelowi, deklarując, iż obrona tego państwa jest na pierwszym miejscu listy priorytetów amerykańskiej polityki międzynarodowej i to bez względu na to, co Izrael robi, to nic dziwnego, że USA uznały, iż irański arsenał jądrowy, w odróżnieniu od indyjskiego, pakistańskiego, a nawet – północnokoreańskiego – zagraża interesom amerykańskim, w związku z czym postanowiły zablokować jego budowę. Pretekstu do tego dostarcza też oczywiście retoryka irańskich ajatollahów, którzy – jak to duchowni – bez przerwy opowiadają o szatanach – jak nie „małym”, to „Wielkim” – ale tak naprawdę chodzi o to, że budowa tego arsenału godzi w program budowy Wielkiego Izraela, z którą to ideą, „czuje się związany” tamtejszy premier rządu jedności narodowej.
Ogon wywija psem. Powszechnie bowiem wiadomo, że z uwagi na potężne wpływy polityczne lobby izraelskiego w USA (zainteresowanych tą sprawą odsyłam do książki „Lobby izraelskie w USA”, autorstwa dwóch amerykańskich politologów) to władze Izraela wywierają wpływ na politykę Stanów Zjednoczonych, zwłaszcza w dziedzinach czy regionach pozostających w izraelskim zainteresowaniu, więc można powiedzieć, że ogon wywija psem. Przykłady można mnożyć – ale nie chodzi tu o mnożenie przykładów, tylko o uświadomienie sobie, że amerykańscy twardziele doskonale wiedzą, iż przed Żydami muszą skakać z gałęzi na gałąź, bo w przeciwnym razie ci doprowadzą każdego do załamania kariery oraz do finansowego wyszlamowania do gołej skóry przez tamtejsze sądy, które w takich sprawach są tak samo nienawistne jak i nasze.
Toteż kiedy izraelski premier rządu jedności narodowej polecił prezydentowi Donaldowi Trumpowi wykonać uderzenie na irańskie instalacje nuklearne, ten obstalunek wykonał. Czy jednak aby na pewno? Wygląda na to, że przechwałek było tu więcej niż dokonań. Toteż zaniepokojony premier rządu jedności narodowej bezcennego Izraela przyleciał na Florydę i nakazał prezydentowi Donaldowi Trumpowi „poparcie” dla izraelskiego ataku na Iran, którego celem byłoby rzeczywiste zniszczenie tamtejszych instalacji nuklearnych. Wizyta izraelskiego premiera miała miejsce 29 grudnia – ale Mosad – w porozumieniu z CIA – musiał już wcześniej uruchomić inercyjne irańskie masy, by wystąpiły przeciwko reżymowi ajatollahów. Zgodnie z warunkami sytuacji rewolucyjnej, pojawiły się też powody do masowego niezadowolenia w postaci załamania kursu irańskiej waluty do dolara, co spowodowało wzrost cen, którego przyczyną są też sankcje wymierzone w Iran, jako kara za nieposłuszeństwo wobec starszych i mądrzejszych. Zatem powody do niezadowolenia są, zaczęło się ono też manifestować na ulicach, a wreszcie przemówił sam prezydent Trump, zachęcając tamtejszy uciśniony lud, by nie tylko nie schodził z ulic, ale – by przejmował państwowe instytucje, bo pomoc „jest już w drodze”.
Jaka alternatywa?
Zanim jeszcze sam prezydent Trump tak ostentacyjnie pokazał, że wszystkie przesłanki sytuacji rewolucyjnej w Iranie już wystąpiły, CIA wyciągnęła z naftaliny swoją tajną broń w osobie przebywającego w USA na emigracji „następcy irańskiego tronu” Cyrusa Rezę Pahlaviego, który przez niezależne media głównego nurtu i w Ameryce i u nas wezwał lud irański by nie schodził z ulic, dopóki on sam nie zjawi się w Iranie z mocą wielką i majestatem. W tak zwanym międzyczasie jednak ktoś musiał przytomnie dojść do wniosku, że wyciągnięty z naftaliny Cyrus to nie jest najlepszy pomysł i że najpierw lepiej spróbować dogadać się z irańskimi i reżymowcami, podobnie jak Amerykanie dogadują się z reżymowcami w Wenezueli w nadziei, ze irańskich reżymowców będzie można przekupić, jak reżymowców wenezuelskich – wobec których CIA ma w rezerwie jeszcze madame Marię Machado, która przezornie załatwiła sobie audiencję u Leona XIV. W Iranie może jednak być trudniej, bo ajatollahowie, przynajmniej niektórzy, podobnie jak spora część tamtejszego ludu, może traktować wyznawany przez siebie islam poważniej i w związku z tym może obawiać się skutków pójścia na kompromis nawet z małym szatanem, a cóż dopiero – z Wielkim. Jak bowiem wiadomo, w takiej sytuacji można trafić do piekła, gdzie cały czas będzie bolało.
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.
==============================
MD:
Jakoś p. Redaktor nie zdążył przeczytać, że okropni ajatollahowie wyłapali 800 miłujących lud Iranu agentów Mossadu i postanowili ich wywiesić. Stąd Izrael i jego sługa USA nagle przerwali „akcję Iran”. Por.: