Strona Mirosława Dakowskiego
Odwiedza nas 61 gości
S T A R T arrow Kultura i okolice arrow Lekcje wielkich bitew arrow - Za Chrystusa i za króla! Opowieść o Lepanto, część pierwsza.
Monday 23 September 2019 11:08:08.27.
migawki

         

                A co wieje z Warszawy? – Optymizm...
 
W Y S Z U K I W A R K A
- Za Chrystusa i za króla! Opowieść o Lepanto, część pierwsza. Drukuj Email
Wpisał: Louis de Wohl   
16.12.2014.

- Za Chrystusa i za króla! Opowieść o Lepanto,

część pierwsza.

 

[...patrzył na Matkę Boską. - Salus infirmorum - wyszeptał. - Refugium peccato­rum... Consolatrix afflictorum.]

 

Louis de Wohl, „OSTATNI KRZYŻOWIEC” , wyd. Diecezjalne Sandomierz. Str. 641 i nn.

 

Rankiem czwartego października [1571 md] flota zakotwiczyła w pewnej odległości od Przylądka Blanco, północne­go cypla Kefalonii. Tego samego wieczoru podniesiono znowu żagle, lecz zmienił się wiatr i opadła mgła, tak iż prawie cały piąty października trzeba było spędzić ko­rzystając ze schronienia przystani Viscardo.

Również szóstego pogoda była niesprzyjająca. Flota wlokła się wzdłuż wąskiego kanału. Jeszcze raz wydano rozkazy o zakazie, pod karą śmierci, użycia broni palnej, nie tym razem nie w obawie przed nowymi sporami, lecz ponieważ wróg był tak blisko, że mógłby z łatwością usłyszeć wystrzał. Flota zakotwiczyła w Petali, dziesięć kilometrów od Przylądka Skrofa.

O świcie siódmego października pierwsze okręty floty chrześcijańskiej wpłynęły ostrożnie w tunel utworzony z jednej strony przez wybrzeże greckie, z drugiej – przez ostatnią z Wysp Echinad, Oksję.       

Juan rozkazał dwóm fregatom wylądować na Oksji i wysłać dwóch bystrookich ludzi wysoko na skały, z któ­rych widoczna była cała Zatoka Lepanto.

Była niedziela. Dla całej floty odprawiono więc Mszę Świętą.

Powróciła szybka brygantyna, żeby donieść, że z przy­lądka Skrofa można było dostrzec dwa żaglowce: żagiel łaciń­ski i famulę - najprawdopodobniej tureckie rozpozna­nie..

Zaledwie kwadrans później podpłynęła pod flagowiec jedna z dwóch fregat wysłanych do Oksji i Juan rozkazał, żeby jego oficer zdał mu osobiście sprawę w kabinie.

Tym człowiekiem był Genueńczyk Cecco Pizano. Był blady jak prześcieradło.

- Nigdy nie widziałem czegoś takiego, panie - po­wiedział drżącym głosem. - Cała zatoka jest ich pełna. Zdołałem doliczyć się prawie dwustu żagli, ale było ich znacznie więcej, lecz zbyt daleko żeby można było je zli­czyć.

  - W jakiej odległości? - spytał Juan spokojnie. - Z ja­ką prędkością?

  - Będą na przylądku za trzy godziny, panie. A wia­domość, panie, którą otrzymaliśmy, że eskadra algierska odpłynęła, nie była prawdziwa albo nie jest już prawdzi­wa. Widziałem dziesiątki dziesiątek algierskich statków; znam dobrze ich ożaglowanie, panie. Ten człowiek Uluch Ali wrócił, panie - to znaczy, jeżeli w ogóle wcześniej od­płynął.

Juan skinął głową.

- To zaoszczędzi nam kłopotu ścigania go.

De Soto zapowiedział przybycie admirała Dorii i generała de la Corgnii, a chwilę później pojawili się również Colonna i Barbarigo.

Don Juan słuchał z kamienną twarzą ostrzeżenia Do­rii przed wydaniem bitwy całej flocie tureckiej w sytu­acji, gdy ma ona oparcie w przystani takiej jak Lepanto, podczas gdy flota Ligi nie ma dostępu do portu, gdzie, wracając, można by było się schronić. Władczym gestem uciszył Barbariga, który zamierzał zaprotestować.

- Panowie - powiedział chłodno Juan - minął czas radzenia, a blisko jest czas walki. Proszę natychmiast wracać na swoje okręty.

Ledwo dowódcy zeszli z drabinki, Juan wydał rozkaz ustawienia foka na wiatr i oddania wystrzału z jednego działa.

Przy wystrzale wszyscy we flocie zwrócili się ku fla­gowcowi, tak iż zdążyli dojrzeć rozpostarty ogromny sztandar Świętej Ligi. Na każdym okręcie rozległ się okrzyk radości, gdy sztandar rozpostarł się na porannym wietrze. Wszyscy wiedzieli, co to znaczy: kończył się długi, długi okres oczekiwania, krążenia od jednego por­tu do drugiego, skończyło się poszukiwanie, i co dziwne, znaczyło to również koniec strachu. Człowiek bowiem jest tak skonstruowany, że najbardziej boi się nie tego, co jest, lecz tego, co może być.

Taka jest cała różnica pomiędzy obecnym niebezpie­czeństwem a marą nocną, gdy dopada nas straszliwy wróg, tak iż nie możemy się ruszyć, jakby nasze członki były z żelaza; w realnym zaś niebezpieczeństwie każdy mięsień jest posłuszny najmniejszemu wysiłkowi woli, broń jest dobra i godna zaufania, a dokoła znajdują się przyjaciele gotowi dzielić nasz los.

Jednak sygnał oznaczał przede wszystkim zajęcie po­zycji bojowych.

Manewr to zawsze skomplikowany, ale teraz tym bar­dziej, że ponad trzysta okrętów wypływało powoli z wą­skiego kanału, żeby rozlokować się na całej szerokości zatoki.

Kanał Oksji wypluwał wręcz galery. Jak tylko galera wyszła na otwartą przestrzeń, zajmowała swą pozycję; każdy kapitan dokładnie wiedział za którym statkiem się posuwać. .

Juan, wraz z de Soto i don Juanem de Córdoba, wszedł na pokład swojej naj szybszej fregaty, żeby dokonać in­spekcji galer środka i prawego skrzydła. Don Luiz zrobił zaś to samo na lewym skrzydle. Na razie Głównodowo­dzący nie miał na sobie zbroi. Jego pierwszym rozkazem dla każdej galery było, żeby wszyscy wioślarze, z wyjąt­kiem jeńców muzułmańskich, byli uwolnieni z łańcu­chów i żeby dano im broń. I każdemu, kto wykona swój wojenny obowiązek, obiecał amnestię. Większość męż­czyzn płakała z radości. Tak jeńcy jak marynarze, żołnie­rze jak dowódcy okazali entuzjazm, gdy im oświadczył:

- Dzieci, jesteśmy tutaj, by zwyciężyć lub umrzeć. I pa­miętajcie: w niebie nie ma miejsca dla tchórzów. Niech niewierni nie pytają nas: "Gdzie jest wasz Bóg?". Walcz­cie w święte Imię Boga, a czy w śmierci, czy w zwycię­stwie zdobędziecie nieśmiertelność.

I taka była potęga jego osobowości, że jak tylko ruszał dalej, ludzie ślubowali, co będą robić w czasie bitwy, i ła­godzili każdy spór, jaki wiedli wcześniej z kimkolwiek na pokładzie.

Don Juan sam zrobił to samo. Mijając flagowca Venie­ra, zauważył tego starca stojącego na pokładzie rufowym, już w pełnej zbroi. Uśmiechając się, uchylił kapelusza, a prawą ręką zrobił znak krzyża, jak gdyby go błogosła­wiąc. Veniero w odpowiedzi pozdrowił go tylko formal­nie, lecz zdarzenie to pozwoliło mu odzyskać wewnętrzny pokój, bo gdy kwadrans później Marc Antonio Colonna przepływał obok - również na szybkiej fregacie - Veniero go pozdrowił, traktując wesoło dowcipnym tekstem:

- Powitać najsolidniejszy filar Kościoła! Kilkadziesiąt razy, a i więcej, Juan wstępował na po­kłady galer, rozdając medaliki, monety, różańce i wszel­kiego rodzaju prezenty. Gdy mu już nic nie zostało, dał jednemu mężczyźnie swój kapelusz, a dwóm innym swo­je rękawiczki, które ci przyczepili dumnie do swych cza­pek. Jednemu z nich młody szlachcic oferował później pięćdziesiąt dukatów za tę rękawiczkę, ten jednak dum­nie odmówił sprzedaży.

Gdy Juan znalazł się z powrotem na swoim flagowcu, ł szyk bitewny był prawie gotowy: kilka lekkich jednostek holowało na czoło sześć ciężkich galeasów. Te pływające fortece miały służyć flocie za bufory; po dwa zajęły pozy­cje na przedzie: w środku oraz na obu skrzydłach.

Lewe skrzydło: sześćdziesiąt trzy galery pod komendą Barbariga, rozciągnęły się niemal do linii brzegowej, żeby uniemożliwić Turkom oskrzydlenie floty.

Centrum również składało się z sześćdziesięciu trzech galer, zgrupowanych wokół trzech flagowców: lewego ­admirała Veniera, środkowego - Głównodowodzącego, i Colonny po prawej stronie. Don Luiz Requesens krążył tuż za Juanem, gotów mu pomóc w razie potrzeby. Na zewnętrznej lewej stronie od centrum znajdowała się galera kapitana Ettore Spinoli, z Aleksandrem Farnese na pokładzie, na zewnętrznej prawej - trzy okręty Rycerzy św. Jana pod komendą przeora Giustinianiego z Messyny. Doria, dowodzący prawym skrzydłem z dostępem na otwarte morze, miał sześćdziesiąt cztery galery, a za tym potrójnym frontem markiz Santa Cruz dowodził tyłami w sile trzydziestu pięciu galer.

 

O godzinie jedenastej przed południem cała flota tu­recka była dobrze widoczna, znajdując się w odległości nie większej niż dwa i pół kilometra.

Juan obserwował to z pokładu, podczas gdy jego ka­merdyner zakładał mu zbroję: z czarnej stali ze srebrnymi sprzączkami. Pod nią miał relikwię Prawdziwego Krzyża, którą przesłał mu papież. Na niej zaś Order Złotego Ru­na, który - zgodnie z regulaminem tego orderu, musiał być na ciele rycerza, gdy ten szedł na bitwę.

- De Soto - odezwał się Juan.

- Tak jest, Wasza Ekscelencjo?

  - Widzisz kształt linii frontu tureckiego? Oba skrzy­dła zakrzywione do przodu, a środek najdalej? Co ci to przypomina?

  - Głowę diabła z dwoma rogami - odpowiedział na­tychmiast de Soto.

  Juan się uśmiechnął.

  - Półksiężyc - powiedział. - Symbol muzułmański.

A nasza własna linia? Sześć galeasów z przodu z małymi statkami, główny szereg i Santa Cruz z tyłu? Jeżeli Bóg spogląda w dół z wysokiego nieba, zobaczy Krzyż wal­czący przeciw Półksiężycowi.

De Soto utkwił w nim oczy. Nie rzekł nic.

- De Soto, potrzebuję mego własnego krzyża, tego nawpół spalonego; jest obok mego łóżka w kabinie. Każ go przynieść i przymocować do fokmasztu.

- Tak jest, panie.

Gdy de Soto popędził w dół, na główny pokład, Juan wydał rozkazy, żeby wciągnąć białą banderę i oddać nią salut. Był to uzgodniony sygnał dla każdego okrętu floty, żeby przymocować duży krucyfiks do fokmasztu.

De Soto powrócił z padre Miguelem Servą, spowied­nikiem Juana, który niósł ów na wpół spalony krucyfiks, który don Luiz Quixada uratował kiedyś z rąk Maurów.

Juan ucałował go ze czcią. Potem kapłan podszedł do fok-masztu i z pomocą cieśli przybił do masztu.

Sześć trąbek dało przeciągły sygnał.

. Juan, z twarzą skierowaną ku krucyfiksowi, padł na ko­lana i to samo uczynili wszyscy pozostali. Słońce, teraz pra­wie w zenicie, świeciło na pokłady połyskujące od klęczą­cych na nich mężczyzn w zbrojach. I tak było na każdym z chrześcijańskich okrętów.

Zabrzmiał następny sygnał trąbki.

 

Osiemdziesiąt tysięcy chrześcijan powróciło z krót­kiego pobytu w Krainie Wieczności do swych aktual­nych zadań. Wioślarze złapali za wiosła, marynarze zajęli swoje pozycje, działonowi zapalili swoje głownie. Oficerowie nadzorowali wyrzucenie osieciowania, wy­dzielanie zapasów amunicji oraz koncentrację żołnierzy w strategicznych punktach. Stewardzi umieszczali kosze z żywnością oraz małe bukłaki z winem pod ławkami wioślarzy, a w szeregu punktów stali w gotowości ludzie z dużymi bańkami z oliwą, żeby uczynić podłogę śliską, w razie gdyby na statek wszedł wróg.

  Wysypka białych kropek, które stanowiły flotę turec­ką, stawała się teraz bardziej zwarta.

  Don Felipe Heredia, który stał obok Juana, powie­dział:

  - Diabeł wypuszcza swe rogi.

Juan nie odpowiedział. Don Felipe cytował oczywiście de Soto, ale nie miał racji. Ali Pasza nie wyciągał skrzy­deł, wyciągał do przodu swoje centrum i teraz on również formował czytelny szyk: centrum i dwa skrzydła. Nie by­ło raczej wątpliwości, że zamierzał pozostać w centrum, a jego lewe skrzydło usytuowane naprzeciw Dorii, skła­dało się ze statków algierskich. A zatem przeciwnikiem Dorii będzie Uluch Ali, uczeń zmarłego Draguta, najbar­dziej chytrego z muzułmańskich przywódców. Nazywa­no go Owrzodzonym ze względu na obrzydliwą chorobę skórną, na którą cierpiał. Uluch Ali i Doria - pojedynek dwóch lisów, gdzie wszystko mogło się zdarzyć.

Ali Pasza na środku, Uluch Ali naprzeciw Dorii - to znaczyło, że przeciwnikiem Barbariga będzie Moham­med Pasza z Aleksandrii, zwany Sirocco od niszczyciel­skiego prażącego wiatru z Afryki, którego duszący od­dech czuć było aż na północnym wybrzeżu Adriatyku.

Zarówno on, jak i jego wódz naczelny znani byli z dzielności, doświadczenia i dumy - przywódcy całą gę­bą i oczywiście fanatyczni muzułmanie. Nawet w hisz­pańskich zapiskach, starannie prowadzonych przez don Ruy Gómeza, trudno było doczytać się czegoś, co by dys­kredytowało ich czy też Pertau Paszę, który miał dowo­dzić tureckimi oddziałami lądowymi.

  - Hej tam na maszcie - krzyknął Juan. - Ile jest galer na tyłach wroga?

  - Nie ma żadnych, panie. Jedynie fregaty i brygantyny, ale dużo ich.

Więc nie ma żadnych. Bez rezerw. To oznaczało, że bę­dą usiłowali się przedrzeć, używając lekkiego taboru tylko do transportu żołnierzy, a ten może podpłynąć w dowol­nym momencie pod galery, żeby tam wyładować świeże siły.

Wydawało się, że Ali Pasza jest nastawiony wygrać tę bitwę jednym potężnym ciosem. Lecz skoro tak, to Uluch Ali najwidoczniej miał inny pomysł. Przerzedzał on swój front w kierunku otwartego morza; podobnie czynił Doria. Mogło to oznaczać próbę oskrzydlenia i Doria, bardzo rozsądnie, niweczył ten plan. Oba lisy zaczęły próbować nawzajem się przechytrzyć. Żeby tylko ten front nie rozciągnął się zanadto.

- Don Bernardino.

- Tak, Wasza Ekscelencjo?

- Fregata do flagowca admirała Dorii. Moje uszano­wanie dla pana admirała i niech zechce dopilnować kon­taktu z moją prawą stroną.

- Tak jest, Wasza Ekscelencjo.

Było oczywiście możliwe, ów muzułmański lis tylko pozorował, usiłując ściągnąć Dorię ku otwartemu morzu, żeby naraz uderzyć w lukę. Doria był zbyt bystry, by nie pomyśleć o takiej ewentualności, ale miał prawo polegać na Santa Cruzie, żeby zamknął lukę, a jeszcze godzinę wcześniej nie wiedziano, jak wykorzystać Santa Cruza.

Juan widział teraz turecki flagowiec, ogromną galerę, prawie tak wielką jak galeas. Bez osieciowania. Ostroga dosyć wysoko w górze. Na głównym maszcie powiewają­ca duża zielona flaga. To miała być ich święta flaga - na­zywali ją flagą proroka - specjalnie poświęcona w Mekce i haftowana sentencjami z Koranu, ich świętej księgi.

Z galery obok flagowca tureckiego wzbił się nagle biały krążek i po krótkiej chwili uniósł się jednostajny, ryczący huk.

- Strzelają do galeasów - zauważył don Felipe. Jeszcze dwa, później sześć następnych krążków, pocią­gających za sobą huki. Jeden z lekkich statków, holujących galeasy na ich po­zycje, miał zestrzeloną chorągiew.

Juan odnotował z satysfakcją, że galeasy powstrzymy­wały się od ognia, tak jak im rozkazano.

Generalnie wyglądało na to, że raporty wywiadowcze dostarczane przez Gila de Andrade były prawidłowe, z wyjątkiem obecności silnej eskadry algierskiej. Okręty tureckie okazały się nieco lżejsze od hiszpańskich, mniej więcej takie, jak weneckie. Lecz czego nie dostawało im wagowo, a zatem również w sile artylerii, nadrabiali licz­bą. Ich prawe skrzydło, naprzeciw Barbariga, było mniej więcej tak silne, jak ich przeciwnika. Środek jednak skła­dał się prawdopodobnie z prawie stu okrętów, lewe zaś skrzydło było tak silne jak środek.

Słońce stało dokładnie nad głowami, było południe, nieomal bezwietrznie, kadłuby okrętów tureckich by­ły zadarte, tworząc coś na kształt ogromnego zwartego frontu dziobów, kliwrów, żagli i flag. Każdy okręt turecki był wszędzie oflagowany, włączając w to różnokolorowe długie wstęgi, więc białe krążki, szybko rozpływające się na wietrze, przestały być jedynym znakiem tego, że nadal strzelają ze swych dział na pokładach dziobowych... wo­da rozpryskiwała się w kilku miejscach wokół dwóch ga­leasów przed linią chrześcijańskiego frontu środkowego.

Z jednego z nich wydobyła się chmura dymu i Juan przez moment pomyślał, że został trafiony. Jednak głęboki, meta­liczny huk, który nastąpił, informował, że on sam otworzył ogień; prawie natychmiast zawtórował mu drugi galeas.

Z flagowca Veniera, znajdującego się na tyle blisko, że można by było zarzucić nań linę, dały się słyszeć dźwięki muzyki. Wenecjanie kazali grać swojej orkiestrze, co nie było wcale złym pomysłem, przynajmniej dopóki nie by­ło potrzeby dawać rozkazów krzykiem. No cóż, wkrótce będzie taka konieczność.

Wydawało się, że galeasy trafiły w jakiś cel; na szero­kim froncie tureckim widać było zamieszanie: galera, nie, dwie galery zostały wycofane z pierwszej linii i od razu zastąpione innymi.

Oto nadszedł moment, kiedy będą musieli pokazać, jak zamierzają obejść się z buforami: czy zamierzają je zaatakować czy też nie, czy zamierzają je ominąć czy okrążyć - prawdopodobnie pierścieniem strzelających galer, ażeby zapobiec spustoszeniu na swoich tyłach.­

 Przedrzeć się - taki był ich pomysł. Przedrzeć się przez środek, a jednocześnie starać się dalej odciągnąć prawe skrzydło chrześcijan, jak najdalej. Tam fregata musiała już dotrzeć do Dorii, na razie jednak nie zrobił on nic, żeby zamknąć lukę. W rzeczywistości ona się powięk­szała. Czy powinien posłać po Santa Cruza, pozwolić mu posunąć się trochę do przodu?

Nie, jeszcze nie. Santa Cruz był człowiekiem bardzo doświadczonym; widział sytuację, jaką była, żeby odpo­wiednio reagować, gdyby to uznał za stosowne.

Turcy otworzyli teraz ogień przeciw Barbarigowi, cią­gle beznadziejnie niecelny. Juan widział rozpryskującą się wodę. Zdawało się, że będzie to bitwa powstrzymująca ­nie było co do tego wątpliwości, zważywszy na najsłabsze prawe skrzydło tureckie i jego koniec sięgający prawie brzegu mnożącego się od mielizn i płycizn. Gdyby nie to, Juan mógłby rozważać nakazanie Santa Cruzowi do­łączenie do lewego skrzydła i podjęcia tam próby prze­łamania i natarcia na turecki środek. W rzeczywistości oznaczałoby to wywołanie katastrofy, gdyż kilkanaście galer utknęłoby na rafach, a pozostałe nie miałyby swo­body manewru ze względu na owe unieruchomione.

To, co trzeba było zrobić, było akurat oczywiste: ze­trzeć się czołowo z tureckim centrum, i na Boga Wszech­mogącego, było to spełnienie jego najskrytszych snów.

Juan jeszcze raz spojrzał na szyk wroga. Ominięcie galeasów nie było dla Alego Paszy łatwym manewrem, zwłaszcza że ciężkie okręty prowadziły teraz ogień całą swoją mocą. Na trzech, nie, czterech statkach tureckich widać było zniszczenia i co najmniej dwóm zagrażało niebezpieczeństwo zderzenia.

  - Matko Boska! - powiedział ktoś zza jego łokcia. ­Wiatr się zmienia.

Juan spojrzał w górę. Mężczyzna miał rację. Wiatr do tej pory lekko przeciwny, teraz sprzyjał jego flocie. Tak jakby samo tchnienie Boga chciało przyspieszyć ich po­suwanie się do przodu. Czyż w Starym Testamencie nie mówi się w pewnym miejscu, że Pan przychodzi w po­wiewie lekkiego wiatru?

Juan przeżegnał się. Następnie podniósł prawą rękę do góry. Był to sygnał do wystrzału jednym działem. A to z kolei, był sygnał do generalnego postępu sił środka.

Działo wypaliło natychmiast. Bez wątpienia oficer ogniowy i jego ludzie oczekiwali już od paru minut tego sygnału.

Niecały kilometr z przodu ruszył flagowiec Ali Paszy, by przedrzeć się obok galeasa po lewej stronie, galeasa Andrei da Pezaro, a ten przywitał go działami prawej burty. Turcy odpowiedzieli i było tyle dymu, że nie spo­sób było dojrzeć efektu.

I oto... z tego tumanu wyłaniał się flagowiec. Nie wi­dać było uszkodzenia. Na pokładach pełno było żołnierzy odzianych wedle wszystkich kolorów tęczy, w dogodnym zaś punkcie obserwacyjnym na dziobie tańczyła szaleńczo samotna postać.

- Derwisz - powiedział Luiz de Córdoba. - Tak na­zywają mnichów. Matko Boska, jak oni wyją - rzekł don Bernardino.

  - Zawsze to robią, gdy prowadzą atak. Ma to nas prze­straszyć.

  W grupie młodej szlachty stojącej w grupie za ofice­rami rozległ się śmiech.

Kilka galer mknęło za flagowcem tureckim, każdy sta­wiając czoło ogniowi z galeasa Pezara, i wszystkie poza jednym, przed nim umykając. Ten, który został trafiony, przechylał się mocno na lewą burtę i Pezaro posłał mu jeszcze trochę metalu. Miał dwie sześćdziesięciofuntów­ki, które mogły wykończyć galerę w parę minut.

Dalej z tyłu podchodził cały turecki szereg, wiosłując tak szybko, jak tylko było możliwe, ale już nie w szyku. Bufory zrobiły dokładnie to, co im zlecono...

  Juan ponownie podniósł rękę, tym razem wskazując prosto na turecki flagowiec.

  - Ster jeden na prawą.

  Obecnie trwał ciężki ostrzał na lewym skrzydle, a jed­nak słychać było piekielny zgiełk panujący na okręcie Ali Paszy.

  Don Luiz de Córdoba, który odpowiadał za artylerię, spojrzał na swego Głównodowodzącego.

  - Poczekaj - powiedział chłodno Juan.

  Turecki flagowiec wyłonił się, zajmując jedną trzecią, prawie połowę horyzontu.

  - Don Luizie... działa dziobowe i na lewej burcie mu­szą być gotowe.

  - Tak jest, Wasza Ekscelencjo.

  - Sul-ta-na - odczytał don Bernardino. Był jednym z nielicznych na pokładzie, którzy potrafili czytać turec­kie pismo.

Derwisz ciągle tańczył - wysoki, chudy mężczyzna w bieli, w stożkowym, kapeluszu. Arkebuzerzy w liczbie kilkuset, pewna liczba łuczników.

  - Don Luizie... działa dziobowe dadzą ognia w żoł­nierzy na pokładzie, jak tylko dam znak.

  - Tak jest, Wasza Ekscelencjo. Działonowi, cel: żoł­nierze na pokładzie.

  - Don Bernardino, proszę przygotować ludzi do abor­dażu.

Nastąpił wystrzał z Sultany i łomot na dziobie. Ktoś wrzeszczał. Jeszcze jeden wystrzał i następny łomot. Es­quife, łódź okrętu Juana, zamieniła się w stertę drzazg wirujących w szalonym tańcu. Trzeci wystrzał przeleciał wysoko nad ich głowami.

  Juanowi przeszkadzał kliwer jego własnego statku, ale myślał intensywnie, wydając zarazem komendę:

  - Ognia z dział dziobowych!

Don Luiz odkrzyknął komendę, lecz można było usły­szeć tylko pierwszy wyraz. Resztę zagłuszył grzmot dział na dziobie - razem czterech, licząc z tymi, które zostały dołożone w Korfu.

Potężna czarna chmura dymu osnuwała statek.

- Ster cała prawa na burt - krzyknął don Juan z całej siły.

  Statek się zakołysał.

  - Don Luizie... teraz działa lewej burty.

Don Luiz ryknął przez dym i dziesięć dział wypuści­ło swe żelazo w Sultanę; wyloty luf nieomal dotknęły pok­ładu.

  - Tarcze do góry i trzymać mocno! – zakomenderował Juan chwytając się żelaznej balustrady.

Jeszcze jeden łomot i tym razem wydawało się, że świat się rozlatuje na kawałki. Zza oparów piekła wyłoniła się ogromna zjawa, wysoko nad dziobem królewskiego fla­gowca. Cały statek wydawał się cofać jak koń.

  - Róg diabła - powiedział don Bernardino, podnosząc się ciężko.

- Nie, druga w kolejności najgorsza rzecz - powie­dział rozjuszony don Luiz de Córdoba. - Dziób Turka. Staranował nas.

- Ależ oczywiście - odpowiedział Juan i dopiero teraz zaświtało don Luizowi, że był to element planu Główno­dowodzącego. Nabrał powietrza.

Panowało wokół nich istne pandemonium wrzasków i przekleństw, zalegał gryzący dym, we wszystkich kie­runkach latały różne odłamki, wiosła, większość ich, ale też części żelazne, a również kilka bezkształtnych ułom­ków, które wcześniej były członkami istot ludzkich.

Potem nastąpił moment niesamowitej ciszy.

- Przygotujcie się do abordażu - wrzasnął Juan. Gdyby tylko ten dym chciał się trochę rozproszyć. Nie było sensu jeszcze raz otwierać ognia z dział lewej burty, gdy okręty były faktycznie zakleszczone i gwałtownie się kołysały - niczym zapaśnicy, którzy się starli i wzajemnie usiłują wykonać rzut.

  - Don Miguel! Przygotować stu arkebuzerów, żeby ubezpieczali abordaż. Ogień w miarę potrzeby.

  - Tak jest, Wasza Ekscelencjo.

Podmuch wiatru wywiał część dymu i na moment po­kłady Sultany stały się widoczne, groteskowo pochylone i pokryte czymś, co wyglądało na sto lub więcej poroz­rzucanych ciał. Działa dziobowe, mając niezakłócony wi­dok, wykonały swoje zadanie.

Po obu stronach grzmiały wściekle muszkiety.

- Wykonać abordaż! - krzyknął Juan. - Za Chrystusa i za króla!

Rozległy się nierówne okrzyki radości. Marynarze znajdujący się na górze pobiegli po rejach, żeby przywią­zać okręty do siebie. Ponownie wykonywali swój lotny taniec, lecz tym razem z zaciętą powagą.

Przerażający świst, zapierający dech w piersiach, kazał Juanowi się odwrócić: don Bernardino de Cardenas upadał pod jego stopy, ze strzałą wystającą z gardła. Już nie żył.

- Tarcze do góry - powtórzył Juan. Przypomniał so­bie, że dwóch synów don Bernardina służy na innym ok­ręcie, i zacisnął zęby.

Grupa abordażowa wspinała się po burtach Sultany jak koty, z kordelasami błyskającymi w zębach. Wybrani strzelcy z arkebuzami i muszkietami pokrywali ogniem wraży pokład. Ze strony nieprzyjaciela nie było dużo ognia dzięki owej salwie z dział dziobowych, która ostrzelała po­kłady jego statku. Ale to nie potrwa długo.

Oto na okręt nieprzyjaciela przebiegał don Miguel de Moncada, a z nim don Pedro de Zapata, lecz tym razem już bez chorągwi, żeby mu nie przeszkadzała.

  - Tam na maszcie - zawołał Juan, ale nie było odpo­wiedzi. - Dwóch na maszt! Muszę wiedzieć, co się dzieje.

  Na pokładzie Sultany trwała walka, ale widział ją tyl­ko częściowo, teraz gdy statki już się tak nie kołysały.

  - Don Rodrigo, sformuj drugi rzut do abordażu, setkę ludzi. Hej, tam na maszcie, co widzicie?

- Nasi ludzie są już prawie przy ich grotmaszcie, pa­nie, ale walka jest zawzięta. Turcy nadchodzą od dołu. Jest ich dwa razy tyle, co naszych, panie.

  - Drugi rzut, abordować! - krzyknął Juan.

Potok strzał przemknął ze świstem nad ich głowa­mi i jeden z ludzi, których Juan wysłał na maszt, zleciał z trzaskiem na jedno z dział pokładowych. Maszt wyglą­dał jak jeż.

Przeszedł drugi rzut abordażu.

  - Don Luizie, uzbrój tych arkebuzerów w kordelasy i miecze, i sformuj z nich trzeci rzut. Więcej ludzi, muszę mieć więcej ludzi.

Z wierzchołka masztu rozległ się krzyk:

  - Trzy galery zbliżają się do nieprzyjaciela z posiłka­mi, panie.

  - Don Pablo, daj sygnał don Luizowi Requesensowi, że natychmiast potrzebne są posiłki.

Lecz sygnał nie został już dany. Rozległ się potężny huk i po chwili wlał się cały strumień hiszpańskich żoł­nierzy. Requesens nie czekał na rozkaz, już był na miejscu.

  - Jesteśmy spychani do tyłu - odezwał się głos z masz­tu. - Jeszcze dwie galery zbliżają się do Sultany, panie.

  - Panowie - rzekł wesoło Juan - na to właśnie czeka­liśmy. Chodźcie ze mną z łaski swojej.

Młoda szlachta odpowiedziała okrzykami radości, kro­cząc za nim ze szczękiem po pokładzie w kierunku deski przerzuconej na burtę Sultany.

Oba okręty, sczepione z sobą, były polem bitwy oto­czonym wodą, i to pole bitwy rosło z każdą chwilą. Obec­nie było sześć galer, usytuowanych albo wzdłuż burty, albo przy rufie Sultany oraz dwie kolejne u rufy królew­skiego flagowca, wszystkie z nich wysyłając żołnierzy do walki.

Stary Requesens, na swej własnej rufówce zaczął tań­czyć z podniecenia, gdy ujrzał grupę oficerów w zbrojach, wspinających się na pokład tureckiego statku.

- Jest z nimi - krzyczał. - Jestem pewien. Mówiłem mu tysiąc razy, że mu nie wolno, ale czy on posłucha? Chryste Panie, jest tak, jak pod Galerą i Serón. Poślijcie jeszcze jedną łódź do Santa Cruza! Vasquez, dopilnuj te­go osobiście. Gonzalez, prowadź tam swoich ludzi. Jeże­li Głównodowodzącemu coś się stanie, wypruję ci flaki, o ile na tym nie skończę. No już cię nie ma!

Kilku młodych przedstawicieli szlachty szaleńczo pięło się na nadburcie Sultany; Juan postępował za nimi. Nie było sposobu wejść na deskę; była zawalona ciałami zmar­łych - okaleczonymi i nieuszkodzonymi. Przedrzeć się przez te zwaliska w pełnej zbroi było istnym wyczynem atlety i ledwo mu się to udało. Wylądował obiema stopa­mi na jednym przykucniętym hiszpańskim strzelcu, a ten zaklął dosadnie, póki nie dojrzał, kim jest ów "wierzgający syn poganiacza mułów z nieprawego łoża", i szczęka mu opadła.

Don Juan utrzymał jakoś równowagę i oto tenże mło­dy człowiek z uśmiechem podawał mu swoją tarczę. Juan pochwycił ją i rozejrzał się dokoła. Nigdy przedtem nie widział tylu ludzi na pokładzie jednego statku. Jednak­że Hiszpanie stanowili jedynie ich trzecią część, walcząc przeciwko gąszczowi wojowników w piórach, wyjących jak dusze potępione; przeciw janczarom – żołnierzom niezwyciężonym.

Na rufówce, w blasku ozdób, wybrani mężczyźni och­raniali garstkę oficerów, którzy wyglądali na odzianych od stóp do głów w złoto. Być może był wśród nich Ali Pasza. "Tam musimy się dostać, ale jak?"

Będąc nader bliskim runięcia im na głowy, Juan nie miał jak do nich dotrzeć. Jeszcze raz przypomniał sobie lotny taniec.

- Don Jaime!

- Tak, Wasza Ekscelencjo?

Juan szepnął swoje rozkazy na ucho młodemu czło­wiekowi i don Jaime spojrzał na wanty Sułtany, całkowi­cie zaplątane w liny królewskiego flagowca.

  - Nie gap się tam - burknął Juan. - Czy zrozumiałeś wszystko? Działaj, przyjacielu.

  Don Jaime zniknął tak, jak się pojawił, przechodząc przez nadburcie.

Juan zauważył Zapatę usiłującego wbić się klinem w gę­sty front turecki - miał rację, w ten sposób wykorzystano przewagę ciężkiej zbroi. Don Miguel de Moncada był ran­ny. Spychali go do tyłu do jakiegoś kąta, gdzie przysiadł. Ktoś okładał pięściami jego tarczę. Strzały, przynajmniej tuzin - zmiótł je kilkoma uderzeniami miecza. Do tej pory don Jaime powinien już dotrzeć do don Luiza de Córdoba i trzeba było zrobić coś, co odwróci uwagę Turków.

Juan uniósł swój miecz.

- Za Chrystusa i za króla! - zakrzyknął wśród zgieł­ku. Młodzi mężczyźni przy nim wydali okrzyk bitewny i ruszyli do przodu.

Drabina przerzucona na górny dziób była śliska od krwi. Piasek - niech ktoś przyniesie piasek, jak zrobiono wówczas na arenie. Odrąbał jakąś turecką nogę, dostrzegł głowę w turbanie spadającą akurat pod jego stopy i, po­suwając się w górę, odepchnął ją stopą. Oficer janczarów z pięknie wykonaną tarczą i długim bułatem, uśmiecha­jąc się, zagrodził mu drogę. Mężczyzna był silnej postury.

Juan zadał cios i Turek odparował, pchnięcie i odparo­wanie, pchnięcie i odparowanie - widać doskonały fech­mistrz, dlatego się uśmiechał. "A może zastosować owo podwójne pozorowanie. Pięknie, przyjacielu. A teraz ude­rzenie okrężne, jeszcze raz pozorowanie, pchnięcie i cięcie prosto przez twarz. Myślę, że to zetrze ten uśmiech z jego twarzy, pchnięcie i oto upada..."

  - Kilidj Hussein! - ktoś wrzasnął. - Kilidj Hussein!

  I szereg turecki tak jakby się zachwiał.

  - Pięknie, Wasza Ekscelencjo, pięknie...

  A to kto? Galarza, Juan Galarza, z szerokim uśmie­chem na twarzy, wypychający zabitego Turka z drogi.

- To był jeden z najlepszych - rzekł. - Nazywają go Miecz, Miecz Hussein... A przestań, ty. - Zdzielił jakie­goś zuchwałego Turka po głowie.

  Ku Juanowi przedzierał się don Lope de Figueroa.

- Mają dwanaście okrętów wszędzie dookoła tego fla­gowca, panie - dziesięć galer i dwie galioty. Co rozkażesz, panie?

  - Walczcie z nimi - powiedział Juan, robiąc wypad do przodu. - Wkrótce będą... ach, już są.

Lotni tancerze byli teraz na tureckich wantach - dwu­dziestu, trzydziestu, pięćdziesięciu. Niektórzy uzbrojeni w muszkiety, niektórzy w arkebuzy. I oto Turcy znaleźli się pod atakiem z góry.

  - Ściągnijcie tę flagę - krzyknął do nich Juan. - Ścią­gnijcie na dół zieloną flagę.

  Pewna liczba Turków zaczęła wspinać się po olino­waniu.

Z want zaczęły padać strzały i na rufie rozlegały się kwiki, które prawdopodobnie siały konsternację w turec­kich szeregach, chociaż nie sposób było zobaczyć, co się tam dzieje.

Juan nadal wyrąbywał sobie drogę po drabinie, z Gala­rzą po jednej i Lopem de Figueroa po drugie stronie. Po­czuł szarpnięcie wysoko w nodze oraz palący ból w kostce, i zobaczył Galarzę sztyletującego janczara, który go zranił. Facet udawał nieżywego, teraz był nieżywy.

  - Jesteś ranny, Ekscelencjo... - Lope de Figueroa był przy nim.

  - Spokojnie, don Lope... to nic. I nikt nie może wie­dzieć.

  Naciskał dalej, wgniatając swą tarczę w jakąś turecką twarz.

  - Pasza jest ranny - ryknął don Pedro Zapata.

  Teraz go widzieli, gdy wyrąbywali sobie drogę do grotmasztu: mężczyznę wysokiego, brodatego, we wspa­niałej zbroi pokrytej opończą ze złotego brokatu, pod­trzymywanego przez dwóch oficerów. Krwawił z rany na czole.

  Coś dużego i zielonego opadło falująco na grupę hisz­pańskich strzelców - flaga, święta flaga proroka.

  Z rykiem wściekłości Turcy rzucili się do przodu, żeby ją ratować.

  - Zabrać ją - zagrzmiał Juan - jak najdalej stamtąd, na pokład naszego okrętu.

W tym momencie z boku Sultany pojawił się nowy, bu­dzący grozę, widok. Nastąpił huk jak uderzenie piorunem i połowa walczących została rzucona na pokład.

  Upadł również don Juan, ale natychmiast pomogło mu wstać półtuzina rąk.

  - Colonna! - ryknął don Lope de Figueroa. - Teraz już po was, psy!

  Flagowiec papieski staranował śródokręcie Sultany.

Z prawa i lewa tureccy żołnierze skakali całymi dzie­siątkami za burtę. Niektóre galery przy rufie usiłowały się jak najszybciej oderwać.

  - Pasza - krzyknął Juan. - Bierzcie Paszę. Nie po­zwólcie mu umknąć.

- Ja go schwytam - powiedział don Pedro de Zapa­ta, zrywając się na równe nogi; przez kilka chwil leżał bez czucia wskutek wstrząsu spowodowanego starano­waniem.

Ali Pasza widział, jak chwiali się jego ludzie, gdy pier­wsi marynarze z okrętu Colonny dostawali się na pokład Sultany. Flagowiec papieski był napakowany żołnierzami. Połyskujący złotem oficerowie skupieni wokół Alego Pa­szy usiłowali skłonić go, żeby skorzystał z drabinki, którą na pokład dostały się posiłki, a która teraz była. niemal pusta, lecz on potrząsnął głową i wziąwszy wybijany klej­notami łuk, wysłał strzałę w tłum nacierających żołnierzy hiszpańskich.

Coraz więcej żołnierzy tureckich skakało za burtę, pró­bując dotrzeć do galer przy rufie.

Na pokładzie rufowym trwała dzika szamotanina; hisz­pańskie hełmy posuwały się w górę po drabince. Pedro Zapata doszedł zaledwie do podnóża, gdy trzydziestu Hiszpanów było już na górze, szlachtując każdego, kto się napatoczył. Jeden z nich obrócił się w kierunku głów­nego pokładu, trzymając w rękach coś okrągłego i ocie­kającego krwią. To była głowa, głowa Alego Paszy.

Na ten widok jeszcze żywi Turcy rzucili broń i padli na kolana. Zostali zabici, zanim Juan zdołał to zatrzymać, a żołnierz, który zabił Alego Paszę, osadził głowę na pi­ce i wymachiwał nią dookoła, tak aby widziały ją inne okręty.

Gdy don Juan wchodził na główny pokład, Hiszpanie i Włosi ryknęli swoje "viva". Pomimo bólu zdołał nie utykać.

- Podnieście chorągiew Świętej Ligi - rozkazał. Była godzina druga po południu.

=========================

 

Monsignore Busotti de Bibiana, skarbnik Watykanu, jak zwykle przygotowywał swój raport i papież jak zwykle go odbierał, spacerując tam i z powrotem, ponieważ w ten sposób nie cierpiał tak bardzo z powodu swoich kamieni.

Po około kwadransie czytania liczb i dawania wyja­śnień, poczciwy monsignore odniósł wrażenie, że Ojciec Święty nie słucha.

  Podniósłszy wzrok, zauważył, że słucha... ale nie ra­portu skarbnika.

Pius V miał wzrok utkwiony poza okno, z przechyloną głową i miną wyrażającą nadzwyczaj intensywne oczeki­wanie.

  - C-co się dzieje, Wasza Wysokość? - zapytał z drże­niem w głosie monsignore.

Papież dał mu znak, żeby milczał. Podszedł do okna i otworzył je. Wydawało się, że nadal czegoś lub kogoś słucha.

De Bibianie zdawało się, że twarz mu jaśnieje. Miał złożone ręce, a teraz je wzniósł do góry i trzymał unie­sione.

Minęła minuta i następna, i monsignore zaczął się za­stanawiać, jak ten starzec mógł to wytrzymać - cierpią­cy przecież na reumatyzm ramion i barków. Dopiero po półtorej minuty papież opuścił ramiona i odwrócił się od okna. Uśmiechał się.

- To nie dzień na sprawy interesów - powiedział.­ Teraz musimy podziękować Bogu za nasze wielkie zwy­cięstwo nad Turkami.

  Skinął przyjaźnie skarbnikowi i skierował się do swej prywatnej kaplicy.

  Jeszcze raz Madonna Fra Angelica patrzyła na niego, jak modlił się przed krucyfiksem na ołtarzu.

  Gdy chwalił Boga, patrzył na Matkę Boską.

  - Salus infirmorum - wyszeptał. - Refugium peccato­rum... Consolatrix afflictorum.

Ona była tym wszystkim: Uzdrowieniem chorych... Ucieczką grzesznych... Pocieszycielką strapionych. Tym wszystkim i jeszcze kimś więcej. Przez swoje człowie­czeństwo stała się krewną Stworzyciela, przez swoje chrześcijaństwo przyjęła Syna, a Jej pomoc nigdy się nie skoń­czyła.

- Auxilium christianorum - szepnął - módl się za na­mi, Wspomożenie wiernych.

- Wówczas to zdecydował dodać ten nowy tytuł do owej pięknej pieśni na Jej cześć.

W międzyczasie monsignore Busotti de Bibiana wier­cił dziurę w brzuchu każdemu, kogo udało mu się spotkać, i opowiadał, co zdarzyło się w gabinecie papieża - kardy­nałowi Rusticucciemu, prałatom Vanniniemu i Ruggiero.

Prałat Ruggiero był człowiekiem niezwykle praktycz­nym.

- No dobrze - powiedział - to odnotujmy ten incy­dent zaraz na papierze i zdeponujmy go wraz z naszymi podpisami w kancelarii notarialnej. Wówczas zobaczymy, co się stanie lub raczej, co się wtedy stało... jeżeli w ogóle coś się stało. O której dokładnie godzinie Ojciec Święty zaczął patrzeć przez okno?

  - To było około kwadrans temu - powiedział monsi­gnore Busotti. - A która jest teraz godzina?

Prałat Ruggiero wskazał na zegar na gzymsie komin­ka. Wziął do ręki pióro i arkusz oficjalnego papieru listo­wego, i zaczął pisać: "Dnia siódmego października Anno Domini 1571 o godzinie drugiej po południu...".

 

[ Będzie część II]

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Top! Top!

Nasza strona korzysta z plikow cookies w celu gromadzenia anonimowych statystyk, jesli nie blokujesz tych plikow, to zgadzasz sie na ich uzycie oraz zapisanie w pamieci urzadzenia. Mozesz samodzielnie zarzadzac plikami cookies w ustawieniach przegladarki.