Strona Mirosława Dakowskiego
Odwiedza nas 25 gości
S T A R T arrow Kościół arrow Święci arrow O beatyfikacjach i kanonizacjach
Friday 30 October 2020 00:36:30.30.
migawki
 

30/31.10 Jasna Góra – comiesięczne Czuwanie Krucjaty Różańcowej za Ojczyznę

Wielce Czcigodny Premierze i Ministrze „Zdrowia” ! Demonstranci pytali : „Premierze, czy istnieje sranie bezobjawowe?” . A po karetkach policji skakał wasz prowok - zdjęcia mogę dostarczyć.

Uchwalili bezczelnie „Bezkarność konowała+” pod szydliwą nazwą „Dobry Samarytanin”. Polacy karnie noszą maseczki nawet na pustej ulicy. Tymczasem liczba stwierdzonych zakażeń rośnie. Okazuje się, że maskowanie nie działa, ale tego rząd nie przyzna za nic w świecie. Dlatego trzeba wskazać „wroga ludu”, który niweczy wysiłek całego narodu.

Co chcą nam powiedzieć celebryci, okraszający informację o złapaniu kowida: "dbajcie o siebie, noście maseczki"? Że sami zaniedbali i nie nosili, czy że ich samych to dbanie i noszenie przed niczym nie uchroniło?

A fekalia Trzaskowskiego systematycznie, po cichu dalej ubogacają Wisłę.

 
W Y S Z U K I W A R K A
O beatyfikacjach i kanonizacjach Drukuj Email
Wpisał: ks. Karol Stehlin, FSSPX   
07.03.2011.

O beatyfikacjach i kanonizacjach

ks. Karol Stehlin, FSSPX „Zawsze wierni”, nr 3 (142) marzec 2011

Chrystus wymaga od swego Kościoła świętości. Powiedział wyraźnie: "Wy więc bądźcie doskonali, jako i Ojciec wasz niebieski doskonały jest" (Mt 5, 48). Chrystus "wydał samego siebie za niego [Kościół], aby go uświęcić, oczyściwszy go obmyciem wody w słowie życia" (Ef 5, 25-26). Świętość to doskonałość! Używając formuły negatywnej, można powiedzieć, że świętość jest wolnością od grzechu. W sen­sie orzeczenia pozytywnego świętość ozna­cza doskonałe dobro. W postępowaniu ludz­kim świętość wyraża się w trwałej i pełnej sprawności do czynienia dobra. Tę sprawność nazywamy cnotą. Doskonałość tej sprawności oznacza czynienie dobra (prak­tykowanie cnoty) nie tylko w sposób zwy­kły, lecz także - jeśli trzeba - heroiczny, do końca możliwości.

Święty to ten, kto w pewnym momencie swego życia zerwał wszelkie przywiązanie do grzechu, nawet powszedniego, i prak­tykował cnoty boskie - wiarę, nadzieję i miłość - w sposób nadzwyczajny, czyli heroiczny. Najczęściej doskonałość prakty­kowania tych cnót jest dla zewnętrznego świata ukryta, dlatego ogromna większość świętych w niebie jest nam nieznana. Cza­sem jednak doskonałość wychodzi na jaw. Bóg chce w ten sposób ukazać wiernym ideał i wzór do naśladowania. Ostatecznie ta ujawniona doskonałość znajduje swój wyraz w akcie beatyfikacji lub kanonizacji. Jeśli osoba wynoszona na ołtarze sprawowa­ła jakąś funkcję w Kościele, to beatyfikacja lub kanonizacja ukazuje wiernym nie tylko wartość cnót tej osoby, lecz także wzór ideal­nego sprawowania pełnionej przez nią funk­cji. Na przykład kanonizacja św. Jana Marii Vianneya jest nie tylko ukazaniem jego życia w heroicznym umartwieniu i w doskonałej miłości do Boga, lecz także heroicznej reali­zacji ideału kapłaństwa. Kanonizacja św. Piusa X nie tylko wychwala jego wielkie cno­ty - pokorę, miłosierdzie i miłość do dusz - lecz również przedstawia doskonałą reali­zację ideału najwyższego urzędu w Kościele. Święty papież to święty pasterz prowadzący trzodę do gorliwego i świątobliwego życia, heroiczny stróż i obrońca wiary katolickiej, sługa sług Bożych, który - służąc najwier­niej Boskiemu Mistrzowi - rozpowszechnia Jego królestwo po całej ziemi.

Beatyfikacja lub kanonizacja nie jest wyrazem jakichś emocji, lecz obiektywnym, chłodnym orzeczeniem sądowym. Dlatego Kościół przeprowadza proces, podczas któ­rego bada, czy dana osoba rzeczywiście osią­gnęła na ziemi świętość (wolność od grze­chu, heroiczność cnót). Wymagany jest rów­nież cud dokonany za wstawiennictwem tej osoby. Tak jak w każdym procesie, przesłu­chuje się świadków, zbiera się świadectwa, dokładnie analizuje się wszystkie dokumen­ty, słowa i pisma danej osoby. Orzeczenie musi być maksymalnie obiektywne, czyli oparte na faktach, nigdy zaś na sympatii lub fascynacji. Powtórzmy - doskonałość ozna­cza pełnię dobra. Jeśli więc stwierdzono by istnienie jakichś uszczerbków, to wtedy nie ma pełni, nie ma doskonałości i proces musi się zakończyć werdyktem negatywnym. Jeśli na przykład w cnotliwym życiu kan­dydata na ołtarze, który był kapłanem, zna­leziono by jakieś zaniedbania w pełnieniu przez niego obowiązków duszpasterskich, nie może być mowy o jego beatyfikacji czy kanonizacji.

2 kwietnia 2005 roku, po jednym z naj­dłuższych pontyfikatów w historii, zmarł papież Jan Paweł II. Wszyscy kapłani i wier­ni Bractwa modlili się na całym świecie w intencji zbawienia jego duszy. W ciągu swego długiego pontyfikatu papież wygłosił ponad 20 tysięcy przemówień, opublikował 14 encyklik i setki innych dokumentów pon­tyfikalnych, odwiedził 130 krajów, udzielił około 3000 audiencji, podczas których przy­jął około 20 milionów ludzi. Przyjął bisku­pów z całego świata na około 10 tysiącach audiencji. Rozmawiał z więcej niż tysiącem ważnych osobistości - polityków, dyploma­tów itd. To bogactwo wydarzeń uświadamia istnienie pierwszego problemu: otóż proces beatyfikacji wymaga dogłębnego zbadania wszystkich zewnętrznych działań kandy­data. Potrzeba sporo czasu nie tylko na ich analizę, lecz także na zbadanie ich bezpo­średnich skutków.

Solidni historycy zazwyczaj nie rozpoczy­nają pisania biografii osoby, zanim nie minie dłuższy czas od jej śmierci. Jak formułować oceny dotyczące świętości czyjegoś życia, jeśli mimo śmierci danej osoby jej wpływ jeszcze trwa w postaci otwartych spraw, nie­zakończonych przedsięwzięć niewygasłych emocji? Oprócz tego proces beatyfikacyjny czy kanonizacyjny winien dotyczyć całego życia danej osoby; w przypadku Jana Paw­ła II należy więc też badać jego życie przed wstąpieniem na Stolicę Piotrową. Otóż licz­ne archiwa dotyczące powojennej historii Polski zostały otwarte wtedy, gdy proces die­cezjalny zmarłego papieża był już zamknię­ty. Jak tu mówić o obiektywnym rozpatrze­niu historycznych faktów? Kilka tygodni temu odkryto w polskich archiwach obszer­ne zbiory akt dotyczących zmarłego papieża. Będą je czytać historycy, ale nie sędziowie prowadzący proces beatyfikacyjny, bowiem oni swoją pracę uznali już za zakończo­ną. Czy pośpiech w tak ważnej sprawie jak beatyfikacja nie zawiera ogromnego ryzyka pochopnego potraktowania tej sprawy?

Drugi, jeszcze poważniejszy problem pole­ga na braku obiektywizmu w przebiegu pro­cesu. Zgodnie z obowiązującym prawem pro­cesowym powinny zostać przeanalizowane wszystkie przedstawione Kongregacji do Spraw Kanonizacji świadectwa. Otóż korzy­stając z możliwości przewidzianej prawem kanonicznym, przedstawiciele Bractwa Świę­tego Piusa X wysłali obszerny dokument różnym osobom odpowiedzialnym za pro­ces informacyjny na szczeblu diecezjalnym. Zgodnie z prawem instancja sądowa na tym szczeblu powinna ten dokument dołączyć do całej zebranej przez siebie dokumentacji oraz przeanalizować go tak jak wszystkie inne świadectwa. Otóż w sposób niewyjaśniony nasz dokument został zlekceważony. Dłu­go leżał zapomniany w najniższej szufladzie jakiegoś kurialnego biurka. Otrzymaliśmy informację, iż został on w końcu wyciągnię­ty - dopiero dzień po zamknięciu procesu diecezjalnego, a więc już za późno, aby mógł być rozpatrzony. Dlatego nie ma go wśród 10 tysięcy świadectw przekazanych Kongre­gacji Spraw Kanonizacyjnych.

Przedstawiciele Bractwa starali się inter­weniować w jeszcze inny sposób. Otóż wysła­li ten dokument bezpośrednio do Rzymu, do właściwych dykasterii Stolicy Apostolskiej - niestety, nie dostali żadnej odpowiedzi. Dokument nasz został opracowany wyłącz­nie na podstawie faktów. Każdy przywołany fakt został opatrzony przypisami, w których dokładnie wyjaśniono, kiedy i gdzie papież coś zrobił albo kiedy i komu coś powiedział. Przywołane i udokumentowane fakty świad­czą jednoznacznie, że cnoty papieża nie osią­gnęły stopnia heroiczności. Jego wiara, nadzieja i miłość nie wspięły się na poziom, który uzasadniałby beatyfikację. Co więcej, pewne publiczne czyny i słowa Jana Pawła II nie licowały z godnością urzędu papieskie­go. To się w historii Kościoła czasem nieste­ty zdarzało.

W procesie beatyfikacyjnym Jana Pawła II pominięto funkcję advocatus diaboli. Przy­pomnijmy, że tym mianem Kościół określał duchownego, który miał obowiązek gorli­wie szukać argumentów świadczących prze­ciw świętości danego kandydata na ołtarze. Przede wszystkim miał badać, czy z powodu wyniesienia danej osoby na ołtarze mogło­by wystąpić jakiekolwiek niebezpieczeństwo dla wiary. Niestety, zmiany w procedurze beatyfikacyjnej wyeliminowały ten urząd, a w ten sposób całemu procesowi grozi nie­bezpieczeństwo braku obiektywizmu. Jed­nak i obecnie odpowiedzialni za prowadze­nie procesu są zobowiązani słuchać głosu każdego, kto w tej sprawie ma do przekaza­nia informacje lub świadectwa.

Zresztą nawet bez głębokich analiz, czy kandydat osiągnął cnoty w stopniu hero­icznym czy też nie, każdy katolik wie, że aby podobać się Bogu, trzeba wypełniać Jego przykazania. Otóż pierwsze i najważniejsze z nich uczy nas, abyśmy czcili tyl­ko Boga Jedynego w Trójcy Świętej i tylko Jemu oddawali cześć. Z fałszywymi kulta­mi, z wymyślonymi przez ludzi bożkami czy z pogańskimi obrzędami katolik nie może mieć nic wspólnego. Trzeba to wszystko stanowczo odrzucić - albo łamie się pierw­sze przykazanie. Papież wykonywał gesty i wypowiadał deklaracje, które nie dadzą się pogodzić z pierwszym przykazaniem Deka­logu. Tylko Bóg wie, co papież miał wte­dy na myśli i jakie kierowały nim intencje, ale widoczne czyny i słyszalne słowa papie­ża stoją w sprzeczności z pierwszym przy­kazaniem. Są także przyczyną zamiesza­nia i dezorientacji wśród wiernych, którzy patrząc na papieża przestali rozumieć, co należy, a czego nie należy czynić. Nie wiemy, z jakich powodów papież całował Koran, ale jego czyn, rozpatrywany obiektywnie, stano­wił hołd wobec treści zawartych w tej księ­dze, a treści te stoją w sprzeczności z pierw­szym przykazaniem Dekalogu. Całuje się jakiś przedmiot, by wyrazić uznanie dla wartości przezeń symbolizowanych. Dokład­nie z tych względów każdy kapłan (łącz­nie z papieżem) na każdej Mszy św. (nawet odprawianej według "nowego porządku") całuje mszał lub księgę z tekstem Ewangelii. Gdyby jakiś wysoki duchowny muzułmański ucałował publicznie Ewangelię, mielibyśmy prawo potraktować ten gest jako hołd złożo­ny jej treści. Gest papieża stał się przyczyną strasznej dezorientacji. Jedni byli zgorszeni, inni zdumieni, a jeszcze inni doszli do wnio­sku (i takich pewnie - o zgrozo! - było najwięcej, że Koran to Słowo Boże podobne do Ewangelii, a islam to alternatywna wobec chrześcijaństwa droga do zbawienia, obojęt­ne więc, czy się jest katolikiem, czy muzuł­maninem.

Oto przykłady takiego myślenia. Zmar­ły niedawno polski hierarcha twierdził, że "różne religie są jak przybliżone rozwiąza­nia tego samego równania matematyczne­go. Stosując różne techniki matematyczne, możemy w mniejszym lub większym stopniu przybliżać się do prawdy" ("Uważam Rze" nr 2 z 14-20 lutego 2011, s. 23). Inny biskup oświadczył, że pocałowanie przez papieża Koranu to drobiazg bez znaczenia, natomiast dyskusję na ten temat określił jako "kolo­salną bzdurę bez wartości". Pewien teolog napisał z aplauzem: "Myśl Jana Pawła II nie była wolna od pewnych niejednoznaczności i napięć. Momentami szedł on dalej, prze­kraczał tradycyjne stanowisko. Nie wahał się widzieć innych religii jako czegoś więcej niż dzieła tylko ludzkiej mądrości i przyjmo­wał, że uobecnia się w nich Duch Święty, czy­li zbawcza łaska" ("TP" nr 27 z 6 lipca 2008, s. 7). Dodajmy, że papież nigdy nie wytłu­maczył Kościołowi sensu swego pocałunku złożonego na Koranie. Umarł bez wyjaśnień, choć, jeśli miał dobre intencje, tym bardziej powinien był tych wyjaśnień udzielić.

A jak wyjaśnić papieską modlitwę do św. Jana Chrzciciela, by ten bronił islamu? Jak rozumieć papieskie słowa wypowiedziane do muzułmanów w Casablance: "Wierzymy w tego samego Boga, Boga jedynego, Boga Żyjącego, Boga, który stwarza wszechświat i swoje stworzenia doprowadza do doskona­łości"? Konwertyta z islamu Magdi Cristia­no Allam, ochrzczony w 2008 roku przez papieża Benedykta XVI, powiedział zdumio­nemu redaktorowi naczelnemu "Tygodnika Powszechnego": "To prawda, że jest jedyny Bóg, ale nieprawda, że wszyscy wierzymy w tego samego Boga, bo Bóg islamu nie ma nic wspólnego z Jezusem" ("TP", nr 27 z 6 lipca 2008, s. 6). Dlaczego nigdy nie usłysze­liśmy takich słów z ust papieża?

Jak w końcu rozumieć czynne uczestnic­two Jana Pawła II w kultach animistycz­nych w "świętym gaju" w Togo? Jeszcze nie­dawno, według norm prawa kanonicznego, takie gesty wystarczyłyby, aby postawić oso­bie, która je wykonała, zarzut herezji. Jak to możliwe, że dziś takie gesty nagle sta­ły się znakami cnoty wiary praktykowanej w stopniu heroicznym? Pierwszym obowiąz­kiem papieża jest "strzec depozytu wiary", bronić go i starać się o nawrócenie wszystkich innowierców. Czy liczne spotkania i nabożeństwa ekumeniczne oraz międzyre­ligijne (jak choćby te w Asyżu) doprowadzi­ły jakichś innowierców na łono Kościoła?

Można śmiało twierdzić, że przeciwnie ­utwierdziły ich w pogaństwie i w herezjach. Sam będąc w Afryce podczas pierwszego spotkania w Asyżu wielokrotnie słyszałem z ust tamtejszych katolików opinie, że teraz już mogą wrócić do swych starych wierzeń i kultów animistycznych, sam papież spo­tkał się bowiem przywódcami tych religii i nawet uczestniczył w ich rytach. Z tych samych powodów mówili, że teraz już obo­jętne, czy się jest katolikiem, czy wyznawcą wudu. Księża soborowego ducha nazywają to "inkulturacją" czyli "afrykańskim ekume­nizmem", który chce traktować kulturę Afry­kańczyków jako równorzędną europejskiej. W rzeczywistości na tę kulturę czarnej Afry­ki składają się w znacznym stopniu zabobo­ny, animizm, totemy, talizmany, czary, samo­okaleczenia, niemoralne kultowe praktyki, w życiu rodzinnym wielożeństwo, a w życiu kapłańskim odrzucenie czystości i negacja celibatu. Wielu katolików w Afryce doszło do wniosku, że to wszystko "teraz wolno robić, skoro sam papież...". Abp Marceli Lefebvre jeszcze przed pierwszym spotkaniem w Asy­żu pisał do ośmiu kardynałów: "Wypowiedzi i gesty Jana Pawła II poczynione w Togo, w Maroku, w Indiach oraz w rzymskiej syna­godze wzbudzają w naszych sercach świę­te oburzenie. Co sądzą o tych postępkach wszyscy święci Starego i Nowego Testa­mentu?! Co uczyniłaby Święta Inkwizycja, gdyby wciąż istniała?" oraz "Czy Jan Paweł II będzie nadal publicznie niszczyć kato­licką wiarę, zwłaszcza w Asyżu, na ulicach miasta św. Franciszka - jak zaplanowano - w otoczeniu przedstawicieli innych reli­gii? A ci przedstawiciele zostaną rozloko­wani w kaplicach bazyliki, aby tam sprawo­wać swoje ceremonie..." (Marcel Lefebvre. Życie, s. 694). Natomiast krótko po pierwszym spotkaniu w Asyżu abp Lefebvre mówił z rozdartym sercem: "Rzym jest pogrążony w ciemnościach, w ciemnościach błędu. Nie możemy przejść nad tym do porządku dzien­nego, to niemożliwe. Jakże mamy patrzeć naszymi katolickimi oczami, a w dodatku naszymi kapłańskimi oczami na to, co się stało w Asyżu, w kościele pw. Świętego Pio­tra, który został oddany do dyspozycji bud­dystów, aby mogli uprawiać swój pogański kult" (Kazania, s. 197).

O wszystkich, godnych ubolewania wyda­rzeniach minionego pontyfikatu, napisano we wspomnianym wyżej dokumencie Brac­twa. Odmowa rozpatrzenia zawartych tam argumentów i pozostawienie ich bez odpo­wiedzi stawia pod znakiem zapytania rze­telność procesu już na szczeblu diecezjal­nym, a co za tym idzie - również końco­wą decyzję o beatyfikacji. Nie możemy się zgadzać na zamazywanie granicy między tym, co prawdziwe i fałszywe, dobre i złe. Nie sposób pozostawiać wiernych w stanie dezorientacji. Dlatego wyżej wspomniany dokument, dotychczas znany tylko hierar­chii Kościoła, zostanie opublikowany. Skła­dają się na niego główne racje, dla których beatyfikacja Jana Pawła II nie powinna się nigdy odbyć.

Pozostaje jeszcze pytanie: co Bractwo uczyni, gdy zakończą się uroczystości beatyfikacyjne w dniu 1 maja 2011 roku? U schył­ku ubiegłego roku pewna dziennikarka "Rzeczpospolitej" zapytała bp. Bernarda Tis­siera de Mallerais'go: "A czy bractwo uzna Jana Pawła II - gdy zakończy się jego pro­ces - za błogosławionego? (...) Czy mimo to bractwo uzna beatyfikację Jana Pawła II?". Ksiądz Biskup udzielił wówczas odpowie­dzi, która jest odpowiedzią nas wszystkich: "Z naszej strony będzie całkowite milcze­nie. Tak samo reagowaliśmy na beatyfikację Jana XXIII". Tak, mówiliśmy, gdy był choćby cień nadziei, że ktoś nas usłyszy i zareaguje. Gdy jednak nasz głos został zlekceważony i stanie się rzecz, która stać się nie powinna, tym gorliwiej będziemy występować przeciw błędowi fałszywego ekumenizmu i innym błędom ostatniego soboru.

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Top! Top!

Nasza strona korzysta z plikow cookies w celu gromadzenia anonimowych statystyk, jesli nie blokujesz tych plikow, to zgadzasz sie na ich uzycie oraz zapisanie w pamieci urzadzenia. Mozesz samodzielnie zarzadzac plikami cookies w ustawieniach przegladarki.