Bp Rob Mutsaerts:
Współczesna rewolucja
w Kościele kontra…
śmierć apostołów
8 października 2026 pch24/bp-rob-mutsaerts-wspolczesna-rewolucja-w-kosciele-kontra-smierc-apostolow

Apostołowie głosili Ewangelię bez próby dostosowania jej do ówczesnego ducha czasu w Rzymie. Nie zostali za to zaproszeni do synodalnego stołu rozmów. Zostali zabici – pisze bp Rob Mutsaerts, biskup pomocniczy diecezji s’-Hertogenbosch w Holandii.
W ciągu dwóch tysięcy lat Kościół katolicki doświadczył niemal wszystkiego, co może spotkać jakąkolwiek instytucję: złych papieży, skorumpowanych biskupów, herezji, schizm, rewolucji, prześladowań, zdeprawowanych klasztorów, rozwiązłych duchownych oraz teologów, którzy tak bardzo pragnęli być oryginalni, że w końcu tylko oni sami rozumieli, o co im chodziło.
A jednak Kościół wciąż istnieje. Nie dlatego, że katolicy zawsze postępowali rozsądnie. Byłaby to dość śmiała hipoteza historyczna. Kościół przetrwał, ponieważ wciąż na nowo pojawiało się jedno niezwykłe zjawisko: po zamęcie, sporach i intelektualnych akrobacjach ortodoksja katolicka okazywała się niezwykle trwała. Ariusz zniknął, Nicea pozostała. Katarzy zniknęli, Credo pozostało. Jansenizm, modernizm i dziesiątki innych modnych nurtów jawiły się jako przyszłość, a kończyły jako przypis. Katolicyzm ma dość proste kryterium sprawdzające: ciągłość. Stąd znaczenie Tradycji, przekazanego dziedzictwa wiary.
Zróbmy to razem!
- 25 zł
- 50 zł
- 100 zł
- 200 zł
- 500 zł
Nie oznacza to jednak, że nic nigdy nie może się zmienić. Liturgia ewoluowała, prawo kościelne uległo zmianom, zasady kościelne zostały zmodyfikowane, a sformułowania teologiczne dopracowano. Dąb po pięciuset latach wygląda inaczej niż wtedy, gdy był jeszcze żołędziem. Ale gdy z tego żołędzia nagle wyrośnie tulipan, słowo „ewolucja” nie jest już właściwe. Właśnie w tym tkwi problem obecnego kryzysu kościelnego. Nie ma bowiem mowy o spektakularnym szturmie na Watykan. Na początku nauka pozostaje niezmienna. Współczesna formuła kościelna brzmi mniej więcej tak: „Nauka oczywiście się nie zmienia, ale nasze podejście duszpasterskie musi ulec zmianie”. Brzmi to uspokajająco… dopóki praktyka duszpasterska przez lata nie przekazuje dokładnie czegoś przeciwnego do nauki, która rzekomo pozostała niezmieniona.
Weźmy na przykład Niemcy. Niemiecka „Droga Synodalna” nie ograniczała się jedynie do dyskusji na temat reform administracyjnych czy lepszej kontroli nad władzą biskupią. W oficjalnym porządku obrad znalazły się takie kwestie, jak seksualność, homoseksualizm, pozycja kobiet w urzędach kościelnych oraz struktura władzy kościelnej. W 2023 roku „Synodalna Droga” przyjęła nawet uchwałę, w której zwrócono się o wprowadzenie oficjalnych ceremonii błogosławieństwa m.in. dla par homoseksualnych i powtórnych związków cywilnych, wraz z formami liturgicznymi, które miały zostać opracowane.
Rzym również dostrzegł ten problem. W 2022 roku Stolica Apostolska wyraźnie oświadczyła, że niemiecka „Droga Synodalna” nie ma uprawnień do narzucania nowych form zarządzania ani nowych kierunków w zakresie nauki i moralności, ponieważ mogłoby to stanowić „ranę dla wspólnoty kościelnej” oraz zagrożenie dla jedności Kościoła. To dość poważne oświadczenie. Kiedy Rzym musi publicznie ostrzec proces kierowany przez biskupów, że nie wolno mu wprowadzać nowej moralności, najwyraźniej nie mówimy tu wyłącznie o czasach niepewności.
Tymczasem proces ten trwa nadal. W kwietniu 2025 roku przedstawiciele Niemieckiej Konferencji Biskupów i ZdK opublikowali wytyczne, w których wyraźnie zachęcano do udzielania błogosławieństwa osobom rozwiedzionym, które ponownie zawarły związek małżeński, parom o każdej orientacji seksualnej oraz innym parom pozostającym w związkach niekościelnych. I znów: „nie chodzi o to, że stara nauka jest błędna”, ale „towarzyszymy ludziom”. Nie: „zmienia się moralność”. To jest „pastoralna bliskość”. Kto zgłasza zastrzeżenia, szybko zostaje przypisany do roli faryzeusza. Nowator posiada miłość; ortodoksyjny katolik posiada najwyraźniej jedynie kodeks. Jest to retorycznie niezwykle wygodne.
Ten sam problem ujawnił się w związku z dokumentem „Fiducia supplicans”. Ten dokument z 2023 roku formalnie i wyraźnie opiera się na katolickiej nauce o małżeństwie. Stwierdza on nawet, że związków homoseksualnych nie wolno mylić z małżeństwem oraz że wspomniane błogosławieństwa nie mogą przybierać liturgicznej formy przypominającej ślub. Jednocześnie dokument ten dopuszcza, by pary tej samej płci mogły być spontanicznie błogosławione. Trzeba być wyjątkowo naiwnym, by sądzić, że symboliczne gesty nie niosą ze sobą żadnego przesłania.
Dzień po opublikowaniu tego dokumentu amerykański jezuita James Martin udzielił błogosławieństwa homoseksualnej parze żyjącej w związku małżeńskim w Nowym Jorku, w obecności przedstawicieli prasy. Formalnie można powiedzieć, że nie zawarto małżeństwa. W praktyce jednak połowa świata była świadkiem, jak dwóch mężczyzn żyjących jako para otrzymało wspólnie błogosławieństwo od katolickiego księdza.
I tu znów pojawia się to osobliwe rozróżnienie: „To, co widzicie, nie jest tym, co mamy na myśli”. W dłuższej perspektywie jest to trudna strategia duszpasterska. Język sakramentalny Kościoła składa się przecież właśnie z widzialnych znaków. Kiedy przez lata uczymy się, że gesty mają znaczenie, trudno nam nagle twierdzić, że kościelne błogosławieństwo należy rozumieć wyłącznie poprzez przypisy do rzymskiego dokumentu.
A potem biskup Johan Bonny z Antwerpii. W marcu 2026 roku oświadczył, że zamierza wyświęcić w Antwerpii w 2028 roku żonatych mężczyzn na kapłanów (po niezwykle krótkim okresie przygotowań; do kapłaństwa naprawdę potrzeba znacznie więcej lat). Sformułował to nawet w ten sposób, że jego zdaniem nie chodzi już o to, czy to się stanie, ale kiedy. W międzyczasie przygotowuje się kandydatów, podczas gdy do faktycznej konsekracji nadal potrzebna jest zgoda Rzymu. I właśnie to ilustruje nowy styl zarządzania w Kościele. Najpierw buduje się oczekiwania. Następnie organizuje się praktykę. Potem zwraca się do Rzymu z prośbą o uregulowanie powstałej w międzyczasie rzeczywistości. Pytanie nie brzmi: „Na co Kościół pozwala?”, ale: „Co możemy już teraz zrobić, aby Kościół miał później trudności z cofnięciem tej decyzji?”. To nie jest synodalność. To teologia faktów dokonanych.
I tym samym dochodzimy do papieża Franciszka. Jego pontyfikat sprzyjał kulturze, w której niejasności niezwykle często interpretowano w sposób postępowy. Schemat był zawsze mniej więcej ten sam: nauka pozostaje nienaruszona, ale konkretny przypadek jest skomplikowany; normy nadal obowiązują, ale należy dokonywać rozróżnienia; doktryna jest jasna, ale jej zastosowanie duszpasterskie może się różnić. Samo w sobie nie ma w tym nic niekatolickiego. Również Tomasz z Akwinu wiedział, że w konkretnych okolicznościach trzeba wydać mądry osąd. Jednak gdy niemal każdy wyjątek zmierza w tym samym kierunku, uzasadnione staje się pytanie, czy w ogóle mamy jeszcze do czynienia z wyjątkami.
Jest to niepokojące. Dlaczego? Przeczytajmy historię Kościoła. Zmiany kościelne rzadko zaczynają się od oświadczenia: „Od poniedziałku znosimy dwutysięczną tradycję katolicką”. Dzieje się to inaczej. Najpierw mówi się, że dana nauka jest „błędnie rozumiana”. Potem, że terminologia jest „obraźliwa”. Następnie, że nikt nie chce zmieniać nauki, ale potrzebna jest „przestrzeń duszpasterska”. Potem pojawiają się lokalne eksperymenty. Eksperymenty stają się praktyką. Praktyka buduje oczekiwania. Oczekiwania stają się „rzeczywistością życia”. I w końcu tych, którzy bronią pierwotnej doktryny, pyta się, dlaczego tak uparcie trzymają się sformułowania, które jest już przestarzałe. To właśnie cicha rewolucja!
Nie zaprzeczenie dogmatowi, ale jego zanikanie. Nie: „To już nie jest prawdą”, ale: „Obecnie powinniśmy mówić o tym w sposób bardziej zniuansowany”. Nie: „Szóste przykazanie już nie obowiązuje”, ale: „Musimy unikać obciążania ludzi zasadami”. Nie: „Kapłaństwo się zmienia”, ale: „Potrzeby lokalnej wspólnoty wymagają nowych form”. W ten sposób nauka może formalnie pozostawać w Katechizmie jeszcze przez wiele lat, podczas gdy w praktyce duszpasterskiej odgrywa coraz mniejszą rolę.
Czasami Kościół musi znaleźć nowe słowa, by w zrozumiały sposób głosić tę samą prawdę. Ale właśnie dlatego decydujące pytanie nie brzmi: czy coś się zmienia? Pytanie brzmi: czy to, co się zmienia, można rozpoznać jako organiczny rozwój tego, co było wcześniej, czy też mamy do czynienia z zerwaniem z przeszłością? Dlatego ciągłość nie jest tylko jakieś hobby nostalgików. Jest to katolickie kryterium. Katolickie pytanie nigdy nie brzmi wyłącznie: „Czy to jest przyjazne?”, „Czy to jest inkluzywne?”, „Czy to sprawdza się w duszpasterstwie?”. Decydującym pytaniem pozostaje: czy jest to ta sama wiara, którą otrzymaliśmy? Wiara Pawła, Augustyna, Tomasza, Soboru Trydenckiego, Newmana, Jana Pawła II i Benedykta XVI?
Być może najbardziej ironiczne w obecnej sytuacji jest to, że od sześćdziesięciu lat postępowe reformy są przedstawiane jako niezbędne do tego, by uczynić Kościół bardziej atrakcyjnym dla współczesnego człowieka. A tymczasem kościoły pustoszeją właśnie w krajach silnie zsekularyzowanych. Być może współczesny człowiek jest jednak mniej pod wrażeniem Kościoła, który powtarza mu to, co przeczytał już wczoraj w gazecie. Dlaczego ktoś miałby wstawać wcześnie w niedzielny poranek, aby w kościele usłyszeć te same przesłania moralne, które w sobotę wieczorem otrzymał za darmo w talk-show? Kiedy idąc drogą ktoś po pewnym czasie nie widzi już nikogo przed sobą, ten może pomyśleć, że znalazł się w punkcie proroczej awangardy. Istnieje jednak jeszcze inna możliwość: po prostu skręcił w złą stronę.
Kościół posiada tylko jeden prawdziwie rewolucyjny produkt: Ewangelię. Niestety, produktu tego nie da się dostosować do potrzeb działu marketingu. Chrześcijaństwo nie powstało dlatego, że dwunastu apostołów postanowiło lepiej dostosować się do ówczesnego ducha rzymskiego. Głosili oni coś, co ich otoczenie uznawało czasem za wspaniałe, czasem za szalone, a czasem za obraźliwe. Nie zaproszono ich za to do synodalnego stołu rozmów. Zostali za to zabici.
Bp Rob Mutsaerts