Francuskie miasta płoną. Lewica znów kłamie

Francuskie miasta płoną. Lewica znów kłamie

magnapolonia/francuskie-miasta-plona-lewica-nie-widzi-problemow

W przekazie środowisk lewicowych francuskie rozruchy opisuje się jako „protesty studenckie i ucaniowskie”. Brzmi niewinnie, prawda? Od razu widzimy młodych ludzi z plecakami, podręcznikami pod pachą i głowami pełnymi ideałów, którzy domagają się lepszej przyszłości. Problem w tym, że gdy na ulicach dochodzi do grabieży, podpaleń i niszczenia mienia, opowieść o „młodzieżowym buncie” zaczyna przypominać opowieść o stonce zrzucanej na Polskę przez Amerykanów. Niestety, także w Polsce pojawił się ten scam.

Francuskie miasta płoną ale wciąż znajdują się ludzie, którzy nawet widząc niszczone budynki, splądrowane sklepy i ulice zamienione w pobojowisko, potrafią opowiedzieć historię o rzekomo pięknym społecznym buncie. Wystarczy odpowiednio dobrać słowa, najlepiej takie, które brzmią postępowo, ekologicznie i rewolucyjnie. Wtedy zwykły czytelnik może jeszcze pomyśleć, że oto na ulicach Francji odbywa się seminarium z socjologii, tyle że z udziałem koktajli Mołotowa. Taka jest właśnie magia propagandy, którą uprawia m.in. portal Świat OZE.

Nie ma niczego niezwykłego w tym, że uczniowie i studenci mogą protestować przeciwko decyzjom rządu. W tym jednak przypadku studenckie postulaty i legalne protesty stanowiły jedynie pretekst do nowych rozruchów dokonywanych przez ściągniętych z Afryki i Azji trzecioświatowych, roszczeniowych i leniwych gołodupców.

Już samo słowo „protesty” jest pewną manipulacją. Pozwala bowiem przykryć niewygodne pytania. Kto konkretnie dokonuje grabieży? Kto podpala samochody i budynki? Kto wykorzystuje demonstracje jako okazję do zwykłego rabunku? I wreszcie: ilu spośród sprawców rzeczywiście uczestniczyło w organizowanych przez uczniów i studentów manifestacjach, a ilu przybyło tam po prostu po to, żeby wykorzystać okazję i bezkarnie niszczyć oraz kraść? Na te pytania nie odpowie nam żaden lewicowiec z francuskiego rządu ani sam prezydent Emmanuel Macron.

Niedorzeczne jest ponadto udawanie przez główny nurt, w tym francuskie i polskie media, że niemal każdy uczestnik ulicznych rozruchów to idealistyczny student, który przypadkiem znalazł się obok podpalonego ratusza i omyłkowo wyszedł ze splądrowanego sklepu z cudzym towarem.

Dla wyznawców lewicy rzeczywistość jest często zbyt trudna do zrozumienie, dlatego potrzebują przekazu dnia, słów-kluczy, aby wiedzieć co myśleć i mówić na dany temat. Jeśli ktoś występuje przeciwko państwu – należy go nazwać bojownikiem o wolność. Jeśli kradnie – wystarczy opowiedzieć o nierównościach społecznych. Jeśli niszczy cudzą własność – należy poszukać jakiegoś głębszego kontekstu i walki z uprzywilejowanymi klasami, bo przecież każdy bogacz to złodziej, któremu trzeba zabrać. A jeśli sprawca pochodzi ze środowiska, które nie pasuje do opowieści o tolerancji i wielokulturowej idylli, najlepiej zmienić temat.

W tym świecie złodziejstwo może zostać przemianowane na spontaniczną redystrybucję dóbr, wandalizm na radykalną ekspresję społeczną, a podpalenie budynku na dramatyczny krzyk osób „wykluczonych”. Czekamy jeszcze na ogłoszenie, że rozbijanie witryn sklepowych to nowatorska metoda walki z konsumpcjonizmem, a podpalanie samochodów stanowi ambitny program dekarbonizacji transportu. W końcu trudno o bardziej ekologiczny samochód niż taki, który właśnie zamienia się w kupę dymiącego złomu. Ten sprzęt nie zajedzie już dalej niż na złom, a zatem nie wyprodukuje śladu węglowego w straszliwych ilościach.

Najzabawniejsze jest jednak to, że podobna narracja bywa sprzedawana przez środowiska, które uwielbiają pouczać innych o odpowiedzialności, solidarności i trosce o wspólne dobro. Wspólne dobro najwyraźniej kończy się tam, gdzie zaczyna się potrzeba krytyki i deportowania imigranckich przestępców. Wtedy odpowiedzialność staje się represją, policjant wrogiem ludu, a złodziej niepokornym uczestnikiem koniecznych przemian społecznych.

Nie, nie każda osoba biorąca udział w zamieszkach, by kraść i niszczyć francuskie duże miasta, jest automatycznie „ofiarą systemu”. Ubogi człowiek nie ma obowiązku być świętym, ale bieda nie daje też nikomu prawa do plądrowania sklepu. To naprawdę nie jest skomplikowana zasada, choć dla lewicowych ideologów może stanowić poważne intelektualne wyzwanie. Z kolei dla trzecio-światowców jest to kompletna abstrakcja.

Nazywanie ostatnich wydarzeń we Francji „protestami studenckimi”, jest chwytem czysto propagandowym. Pozwala przykleić etykietę szlachetnego buntu do obrazów, które wymagają rozliczenia sprawców przed sądem karnym.

================================================

NASZ KOMENTARZ: Europejskie ulice nie potrzebują ekologicznej mitologii czy komunistycznych fantazji o spontanicznej redystrybucji. Potrzebują porządku, bezpieczeństwa i państw, które potrafią egzekwować prawo, bez robienia z nachodźców świętych krów. Polskojęzyczni entuzjaści światowej rewolucji mogliby przy okazji wykonać niewielkie ćwiczenie intelektualne: spróbować wyobrazić sobie, że ofiarą grabieży jest ich własne mieszkanie, podpalony został budynek należący do ich rodziny, a zniszczony przez trzecio-światowców samochód wzięli na kredyt i będą musieli go spłacać pomimo że zakup nie nadaje się już do niczego.

Być może wtedy odkryliby, że rewolucja oglądana na cudzy rachunek smakuje znacznie lepiej niż ta, której rachunek trzeba zapłacić samemu. Przestępca jest po prostu przestępcą – nawet jeśli ideologiczna wyobraźnia bardzo chciałaby przyznać mu stypendium za działalność rewolucyjną.