Kurtyna się podnosi – czyli Katyń solą w oku. Niewygodna prawda
Tomasz Łysiak
niezalezna.pl/kultura-i-historia/kurtyna-sie-podnosi-czyli-katyn-sola-w-oku-niewygodna-prawda
Sprawa Katynia i ludobójczej akcji Sowietów, w wyniku której w kwietniu i maju 1940 roku zamordowano blisko 22 tys. oficerów, żołnierzy, policjantów, strażników granicznych, urzędników państwowych, była nie tylko jedną z najpotworniejszych zbrodni II wojny światowej, lecz także przyniosła długofalowe polityczne konsekwencje. W dodatku tzw. kłamstwo katyńskie wpłynęło również na to, jak traktowano Polaków w czasie spotkań wielkiej trójki, w trakcie których układano plan na powojenny ład. W tym wydaniu nie było miejsca dla „stawiającej się” Polski.
Katyń solą w oku
W 1943 roku doszło do kilku fundamentalnych zmian biegu wydarzeń II wojny światowej: Niemcy przegrali pod Stalingradem, w lipcu rozpoczęła się, mająca także skończyć się dla nich źle, bitwa na Łuku Kurskim, zaś po przegranej w północnej Afryce musieli zmierzyć się z inwazją Aliantów na Sycylię i Półwysep Apeniński. Na jesieni w Teheranie doszło do kluczowych dla Polaków ustaleń wielkiej trójki – nie dość że nie było nas przy stole rozmów, to jeszcze podjęto decyzje dotyczące polskiej wschodniej granicy (na tzw. linii Curzona) i wytyczono kurs na podległość przyszłej Polski wobec Sowietów.
Wszystko to jednak działo się nie w oderwaniu od sprawy katyńskiej, lecz w bliskim z nią związku. W grudniu, już po Teheranie, w Italii wylądowali żołnierze generała Andersa – z 3 Dywizji Strzelców Karpackich. Stanowili ją żołnierze z Samodzielnej Brygady Strzelców Karpackich oraz byli jeńcy i więźniowie ZSRS. Nieśli ze sobą i za sobą ponurą wieść dla świata o tym, co spotkało Polaków z rąk Sowietów. Problem w tym, że świat nie tylko nie chciał ich słuchać (a przede wszystkim polityków i przedstawicieli polskiego rządu w Londynie), lecz także próbował uciszyć i stłamsić. Prawda o Katyniu stała się dla aliantów niewygodna.
Element antyradziecki
13 kwietnia 1943 roku na falach rozgłośni berlińskiej pojawił się komunikat: „Ze Smoleńska donoszą, że miejscowa ludność wskazała władzom niemieckim miejsce tajnych egzekucji masowych, dokonywanych przez bolszewików, i gdzie GPU wymordowało 10 000 oficerów polskich”. Dzisiaj wiemy, że ta informacja była niepełna, gdyż od kwietnia do maja zamordowano 14,5–14,6 tys. jeńców z trzech różnych obozów – z Ostaszkowa, Kozielska i Starobielska.
Uratowała się jedynie niewielka część, dość przypadkowo, z obozu w Griazowcu. Wśród nich był także malarz i pisarz Józef Czapski, który swój pobyt w obozie opisał we „Wspomnieniach starobielskich” (lecz nie obejmowały one kwestii samego mordu masowego z kwietnia 1940 roku). Byli „szczęściarzami”, chociaż sami tego wówczas nie wiedzieli – sądzili, że omija ich wymiana jeniecka z Niemcami (o której wcześniej była mowa: Niemcy mieli za oficerów polskich wydawać Sowietom Ukraińców, lecz wstrzymali się z tym pomysłem) i wręcz protestowali, gdy odłączono ich od kolegów. W ramach tego samego rozkazu Berii i Stalina z 5 marca 1940 roku Sowieci wymordowali także ponad 7 tys. więźniów rozmieszczonych w różnych więzieniach w Rosji, podpadających pod te same kategorie – inteligentów, urzędników państwowych i samorządowych, działaczy politycznych i społecznych, nauczycieli, prawników i wszystkich tych, którzy zostali uznani za „element antyradziecki”. Razem niespełna 22 tys. polskiej elity zamordowano przy użyciu bestialskich, nieludzkich metod. Wiadomość radia berlińskiego podawała informacje o głębokości dołów w katyńskim lesie, o sposobach mordowania (związane ręce, strzał w tył głowy z pistoletu). I tak zaczęła się wojna propagandowa, w której Związek Sowiecki zaczął natychmiast przekonywać świat, że zbrodni dokonali sami Niemcy, a całość jest jedynie zagrywką Goebbelsa. Rzecz w tym, że była zagrywką szefa propagandy Hitlera – ale jednak opierała się na prawdziwych ustaleniach, co zresztą potwierdziła zaproszona przez Niemców na miejsce zagraniczna niezależna komisja, w której składzie znalazł się m.in. Józef Mackiewicz (na udział w delegacji Polskiego Czerwonego Krzyża do Katynia otrzymał zgodę polskiego podziemia). Przedstawiciele państwa polskiego w Londynie zaczęli się domagać reakcji sojuszników – Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych. Jednak Katyń okazał się solą w alianckim oku.
Mamy nazwiska i spisy
Generał Anders podczas formowania się Polskich Sił Zbrojnych w ZSRS podnosił w rozmowach ze Stalinem sprawę zaginionych polskich oficerów.
Polacy wiedzieli, że coś jest nie tak – przecież tysiące oficerów dosłownie „rozpłynęły się w powietrzu”, zniknęły… Do kwietnia 1940 roku jeszcze docierała od nich korespondencja, a potem wszystko się urwało. Po układzie Sikorski–Majski z lipca 1941 roku, a także następującym po nim układzie wojskowym polsko-sowieckim, zaczęto w Tocku, Buzułuku i Tatiszczewie tworzyć armię polską, do której ciągnęli zwalniani z obozów żołnierze i cywile.
Jednak ciągle brakowało wieści od kilkunastu tysięcy oficerów. Próbował o to pytać we wrześniu wiceprzewodniczącego Rady Komisarzy Ludowych Andrieja Wyszyńskiego nasz ambasador Stanisław Kot, ale dostał wykrętną odpowiedź. W październiku skarżył się w tej sprawie u Mołotowa, lecz ten odpowiedział: „Wszyscy obywatele polscy zostali na mocy amnestii uwolnieni, ale w niektórych okręgach z pewnością pozostali oni w swych miejscach pobytu. (…) Proszę mi wierzyć, panie ambasadorze, udzielimy polskiemu rządowi wszelkiej potrzebnej pomocy”. Dalej już był Stalin. Ambasador Kot spotkał się z nim 14 listopada. Ich rozmowę przytoczył Józef Mackiewicz. Stalin miał się upierać, że amnestia jest wykonywana bez wyjątków i obejmuje wszystkich. „Mamy nazwiska i spisy – odpowiedział pan Kot – na przykład nie odnalazł się generał Stanisław Haller, brak nam oficerów ze Starobielska, Kozielska i Ostaszkowa, wywiezionych stamtąd w kwietniu – maju 1940 roku. – Zwolniliśmy wszystkich, nawet ludzi, których nam przysłał generał Sikorski, by wysadzali mosty i zabijali sowieckich obywateli. Nawet te osoby pozwalnialiśmy. – Stalin zmiął papier i rzucił na stół. – Zresztą to nie generał Sikorski ich wysłał, tylko jego szef Sosnkowski”. Po tym, jak ambasador nalegał i podkreślał, że są dokładne spisy nazwisk zaginionych, Stalin połączył się z kimś z NKWD. Zadał pytanie: „Czy wszyscy Polacy zostali zwolnieni z więzień?”. Milczał, słuchając, odłożył słuchawkę i wrócił do rozmowy z Kotem. Po kilku minutach telefon zadzwonił. Stalin odebrał i znowu słuchając, milczał. I właściwie na tym milczeniu konferencja się zakończyła. Kilkanaście dni później na spotkanie przyleciał z Londynu gen. Sikorski. 3 grudnia konferowali wraz z Andersem ze Stalinem. I znowu postawili pytanie o zaginionych oficerów. Usłyszeli wtedy ów słynny idiotyczny wykręt mówiący o tym, że polscy oficerowie mieli jakoby uciec do Mandżurii…
Polski rząd bierze tę historię na serio…
W 1944 roku ukazała się w Nowym Jorku książka reportera wojennego Quentina Reynoldsa „The Curtain Rises” („Kurtyna się podnosi”). Reynolds pisywał regularne korespondencje popularnego magazynu „Collier’s” i trzeba przyznać, że miał świetne pióro. Jego relacje z Afryki Północnej czy z lądowania 5 Armii pod Salerno to prawdziwe perełki wojennego reportażu. Jednak polski czytelnik znajdzie w tej książce zdumiewający tekst. Cały VI rozdział jego książki zatytułowany jest… „Polska wierzy Goebbelsowi”.
W trakcie lektury człowiekowi ręce opadają – taką skalę manipulacji, kłamstw i obelg w stosunku do Polaków moglibyśmy jakoś zrozumieć, gdybyśmy mieli w ręku sowiecką, propagandową gazetę. Tymczasem to tekst nie tylko pisany dla Amerykanów, lecz także oddający ducha tego czasu oraz sposobu patrzenia na sprawy Katynia za oceanem. Oto Reynolds całą sprawę katyńską relacjonuje tak jak Sowieci, pisząc, że wszystko zostało ukartowane przez Goebbelsa, by oszukać opinię światową. „Zszokowało nas to – pisze – gdy zobaczyliśmy, że polski rząd w Londynie bierze tę historię na serio. Usłyszeliśmy w BBC, że Włodzimierz Kot [pomyłka w imieniu, chodziło o Stanisława Kota – przyp. T.Ł.], były profesor prawa z Uniwersytetu w Krakowie, a później polski ambasador w Rosji, a obecnie Minister Informacji w Londynie, opublikował oświadczenie Polskiego Ministerstwa Wojny, opisujące zbrodnię. Było do tego załączone żądanie Rządu Polskiego, aby dopuścić Czerwony Krzyż do dochodzenia”. To jednak był jedynie wstęp, dalej następowały takie passusy: „Istnieje stare rosyjskie powiedzonko: »Jaki jest pożytek z bycia Polakiem, jeśli nie możesz być głupi?«.
Zręczność, z jaką Polski Rząd w Londynie w tak głupi sposób wszedł w pułapkę zastawioną przez Goebbelsa powoduje, że należy się zastanowić, czy przysłowie nie niesie jednak prawdziwych znaczeń. Niezależnie od tego, czy historia o zbrodni była prawdziwa (a Goebbels nigdy nie przedstawił na to dowodu), Polacy z pewnością zrobili wszystko co w ich mocy, aby rozwiązać ją w sposób jak najbardziej niedyplomatyczny. Dyplomacja Polaków jest tak subtelna, jak droga czołgu Mark VI przez ogród kwiatowy”.
Takie rzeczy wypisywał pan Reynolds o Polakach, polskim rządzie i zbrodni katyńskiej w 1943 roku. Próbowano Polaków uciszyć, kazać się zamknąć z tematem Katynia, gdyż przeszkadzało to zarówno Churchillowi, jak i Rooseveltowi w dopięciu własnych celów – przecież na stole była dla nich stawka dużo ważniejsza niż „jakaś tam” Polska. Chodziło o utrzymanie dobrych relacji ze Stalinem. Uważano, że tylko razem z nim da się pokonać Niemcy.
Bestialstwa popełnione przez Stalina i Sowietów na Polakach były przeszkodą dla tych procesów.
Nawet koniec wojny nie przyniósł rozwiązania. Specjalna Komisja Śledcza Kongresu Stanów Zjednoczonych do Zbadania Zbrodni Katyńskiej, zwana Komisją Maddena, przeprowadziła dochodzenie w sprawie zbrodni katyńskiej dopiero w latach 1951–1952. Do tego czasu można było wygłaszać takie obraźliwe bzdury, jak te spod pióra Reynoldsa. A przecież gdy poczyta się szczegóły dotyczące mechaniki tego ludobójstwa, o sposobie mordowania, o notatkach robionych przez Polaków w kalendarzykach aż do niemal końca, gdy poczyta się listy od rodzin i do rodzin i gdy wyobrazi się skalę tego mordu, to człowiekowi robi się słabo. Wobec takiej zbrodni słowa Reynoldsa nie mogą zniknąć pod bibliotecznym kurzem na regałach antykwariatów.
Panie Reynolds, patrz pan, jakie ohydne rzeczy żeś pan pisał o Polakach! Nie wstyd panu teraz, gdzieś tam w zaświatach? [no gdzie, zgadnij, kotku?? md]