Lewacka ofensywa na szkołę.
Czy to jeszcze nasze dzieci
czy już dzieci państwowe?
1 września 2026 Paweł Chmielewski pch24/lewacka-ofensywa-na-szkole-czy-to-jeszcze-nasze-dzieci-czy-juz-dzieci-panstwowe

Barbara Nowacka kontynuuje realizację unijnego planu objęcia wszystkich polskich uczniów ideologiczną propagandą w obszarze seksualności. Jej wielkim sojusznikiem jest nowe „osiągnięcie” rządu Donalda Tuska, czyli transkrypcja pseudo-małżeństw jednopłciowych.
Od 1 września obowiązkowym przedmiotem w polskiej szkole stała się edukacja zdrowotna. Wynalazek Barbary Nowackiej został tym razem rozbity na dwie części. Przymusowa dla wszystkich jest partia większościowa, która obejmuje szeroko pojętą tematykę zdrowotną czy związaną z bezpieczeństwem.
Teoretycznie dobrowolna jest partia mniejsza, dotycząca seksualności. To efekt naprawdę znaczącego oporu społecznego, który wybuchł w 2025 roku. Początkowo Barbara Nowacka chciała wprowadzić do szkół jednolitą, obowiązkową edukację zdrowotną. Przeciwko temu zaprotestowało wiele środowisk – przede wszystkim rodzice, wsparci jednak również przez biskupów, licznych nauczycieli i część polityków. Powód tego oporu był bardzo prosty.
Propaganda antropologicznej rozpusty
Edukacja zdrowotna w tych miejscach, w których opowiada o związkach między ludźmi oraz o seksualności, odwołuje się do antropologii progresywnej. Nie ma tu miejsca dla Boga; małżeństwo nie jest uprzywilejowane; poczęcie nie jest naturalnym elementem aktu seksualnego. Związki i seksualność zostają sprowadzone do roli funkcjonalnego narzędzia, stają się sposobem maksymalizacji przyjemności i zadowolenia z życia. W tej perspektywie możliwa staje się aprobata rozwodów, wolnych związków, antykoncepcji, homoseksualizmu czy nawet aborcji.
Narracja, którą zamieszczono w edukacji zdrowotnej, nie ma nic wspólnego z neutralnością światopoglądową – stanowi raczej świadome odcięcie się od antropologii katolickiej na rzecz antropologii świeckiej i liberalnej.
Właśnie dlatego tylu ludzi protestowało przeciwko koncepcji narzucenia edukacji zdrowotnej wszystkim, bez możliwości rezygnacji z zajęć. Barbara Nowacka zrobiła krok wstecz. W ubiegłym roku szkolnym edukacja zdrowotna pojawiła się w szkołach i domyślnie zostali nią objęci wszyscy uczniowie. Można było jednak wypisać się z zajęć, składając specjalną deklarację.
Skuteczna taktyka Nowackiej
W ten sposób Nowacka zrealizowała swój pierwotny cel, wprowadzając do szkół edukację zdrowotną z komponentem liberalnej seksualności, uspokajając zarazem protesty. W tym roku następuje intensyfikacja ministerialnego nacisku na uczniów. Niestety, taktyka Nowackiej okazała się skuteczna, bo reakcje krytyczne ograniczyły się tym razem do dość nielicznych manifestacji czy dyskusji w mediach. Zabrakło większego poruszenia społecznego, które pozwoliło zatrzymać plany rządowe poprzednim razem.
Na czym polega sukces Nowackiej? Po pierwsze, edukacja zdrowotna nie jest przedmiotem groźnym wyłącznie w swoim komponencie stricte seksualnym, a więc tym, który jest dziś nieobowiązkowy. Elementy progresywnego światopoglądu w odniesieniu do związków i seksualności są rozsiane również w innych partiach tego przedmiotu. Sztandarowym przykładem jest zagadnienie depresji, które proponuje się ilustrować… depresję poporodową. Analogicznych zabiegów jest więcej. Uczeń, o ile tylko natrafi na liberalnego nauczyciela, może zostać skonfrontowany z ideologicznymi treściami nawet wtedy, jeżeli decyzją rodziców zostanie wypisany z części nieobowiązkowej.
Drugi problem polega na kształcie tej nieobowiązkowości. Tak jak w poprzednim roku szkolnym, z komponentu dotyczącego edukacji seksualnej trzeba się aktywnie wypisać – domyślnie każdy uczeń jest objęty tym komponentem, jako normalną częścią całości edukacji zdrowotnej. Można zakładać, że pewna część rodziców nie zachowa wystarczającej czujności i nie złoży formularza, co zwiększy zasięg oddziaływania propagandy progresywnej krzewionej przez rząd. Brak większych protestów sprawił, że ministerstwo nie czuło się zobowiązane by w jakiś sposób ułatwić wypisanie się z przedmiotu. Jest bardzo możliwe, że w ubiegłym roku wielu uczniów chciało rezygnować z edukacji zdrowotnej, bo zyskiwali wtedy godzinę wolną. Teraz wypisanie się już nic im nie da – nie otrzymają wolnego czasu.
Lewacki unijny taran idzie dalej
Prawdopodobny wzrost liczby uczniów uczestniczących w całości edukacji zdrowotnej i przyzwyczajenie społeczeństwa do obecności tego przedmiotu ma swój oczywisty skutek: jeżeli tylko obecna koalicja rządząca zachowa władzę, to będzie próbowała objąć wszystkich uczniów obowiązkiem uczestnictwa w całym przedmiocie – i może jej się to udać. Nawet jeżeli w kraju wybuchną spore protesty, to można zakładać, że z powodu przyzwyczajenia do nowego przedmiotu nie będą mieć już takiej siły, by faktycznie zmusić rządu do zmiany decyzji. Dlatego jedynym możliwym scenariuszem przeciwdziałania planom Nowackiej, obok protestów prowadzonych ze świadomością granic ich skuteczności, jest działanie na rzecz odsunięcia lewicowego rządu od władzy i naprawa systemu edukacji po osiągnięciu takiego rezultatu.
Barbara Nowacka dąży konsekwentnie do wprowadzenia obowiązkowej edukacji seksualnej, bo w ten sposób realizuje unijne wytyczne. Unia Europejska rozwija wspólny projekt edukacyjny, znany jako Europejski Obszar Gospodarczy. Jego celem jest częściowe ujednolicenie sposobu nauczania dzieci we wszystkich państwach członkowskich, co zakłada głęboką ideologizację szkoły – również w aspekcie seksualności. Oficjalny światopogląd unijny jest przecież skrajnie sekularystyczny – nie zna Boga ani prawa naturalnego. Z perspektywy wiodących socjotechników brukselskich, ludzkie związki można rozumieć wyłącznie hedonistycznie, a takie metody jak antykoncepcja czy nawet zabijanie dzieci poczętych są zupełnie zwykłą formą regulacji poczęć, ba, więcej – są „prawem” człowieka. Obecny lewicowy rząd Polski przyjmuje wyższość unijnego prawa, dlatego jest gotów pogwałcić konstytucyjne gwarancje dotyczące swobody rodziców w wychowywaniu dzieci. Polska ustawa zasadnicza uchodzi za drugorzędny dokument wobec woli przywódców Unii Europejskiej.
Homozwiązki jako prezent dla Nowackiej
Tak samo dzieje się w przypadku transkrypcji aktów „małżeńskich” zwieranych przez pary jednopłciowe poza granicami Polski. W listopadzie 2025 roku Trybunał „Sprawiedliwości” Unii Europejskiej orzekł, że wszystkie kraje członkowskie mają obowiązek wpisywać do swojego systemu prawnego takie akty. W marcu tego roku za wiążący uznał ten werdykt Naczelny Sąd Administracyjny. Już w maju w Warszawie dokonano pierwszej transkrypcji takiego aktu. Symbolicznie: chodziło o związek zawarty przez dwóch mężczyzn w Berlinie. Rafał Trzaskowski, autoryzując ich homoseksualne „małżeństwo”, w oczywisty sposób pogwałcił polską konstytucję, przyjmując nadrzędność de facto niemieckiego prawa.
Później analogicznych transkrypcji dokonano także w wielu innych urzędach stanu cywilnego w różnych miejscach kraju. Od niedzieli 23 sierpnia funkcjonuje jako legalne rozporządzenie ministra cyfryzacji Krzysztofa Gawkowskiego, które przewiduje nową formułę transkrypcji; rząd oczekuje, że wszystkie samorządy będą dokonywać takich aktów, jak Trzaskowski. Jeszcze w sierpniu zrobiono to między innymi w Gdańsku. W ten sposób w polskim systemie prawnym, wbrew konstytucji, pojawiły się homozwiązki.
To ma swoje znaczenie również dla systemu edukacji. Przecież w ramach edukacji zdrowotnej uczy się dzieci o tym, jak wyglądają związki intymne między ludźmi. Jeszcze do niedawna od strony formalnej takie związki były tylko jednego rodzaju: małżeństwo między mężczyzną a kobietą. W roku szkolnym 2026/2027 sytuacja jest już inna. Nauczyciel może poinformować dzieci, że nad Wisłą żyją i współżyją ze sobą również pary jednopłciowe, ciesząc się prawną ochroną rządu Donalda Tuska; a co za tym idzie, że homoseksualność jest rzeczą zupełnie normalną, a może nawet godną pochwały. Nie wiem, czy koordynacja działań Nowackiej i Gawkowskiego jest przypadkowa, czy celowa – ale w każdym przypadku skutki są dokładnie te same. Wprowadzenie do szkół edukacji seksualnej w progresywnym ujęciu, wespół z pseudo-legalizacją zawartych za granicą homozwiązków, konstytuuje potężny wyłom w ciągłości cywilizacyjnej Polski. Po tysiącu lat już nie doktryna chrześcijańska, ale rewolucyjna ideologia dyktuje rozumienie małżeństwa i seksualności. Nawet jeżeli żyjemy dziś w wolnym kraju, to pod względem poszanowania dla prawa naturalnego w tym obszarze sytuacja jest gorsza niż w okresie okupacji sowieckiej. Nie jest to zaskakujące, jako że unijna ideologia, której hołduje Barbara Nowacka, wyrasta z rewolucyjnego ducha, który zrodził również marksizm; niemniej rozpoznanie tego stanu rzeczy powinno mobilizować Polaków do intensywnego przeciwdziałania.
Potrzeba słusznego gniewu
To, co można zrobić w rozpoczynającym się roku szkolnym, to przede wszystkim bardzo konsekwentne wypisywanie dzieci z komponentu seksualnego edukacji zdrowotnej. Kto tylko może, niech informuje o tym innych rodziców i zachęca ich do podjęcia odpowiednich kroków. Potrzebne są też nowe protesty, wyraziste i szeroko zakrojone, podobne do tych, które przeszły przez Polskę w 2025 roku. Nie chodzi nawet o to, by „pokazać Nowackiej”, co myślą o niej konserwatywni Polacy, bo przecież Nowacka dobrze to wie; chodzi o to, by uświadomić bliźnim skalę problemu i zmaksymalizować słuszny gniew, tak, by wyborcza odpowiedź na haniebne postępowanie obecnej władzy była w 2027 roku jeszcze silniejsza, torując drogę do władzy prawicowym formacjom. Czy te formacje będą skłonne do wypalenia gorącym żelazem ideologicznego zepsucia prawa, które wprowadził obecny rząd – to już problem osobny, zależny w dużej mierze od konkretnego składu takiego hipotetycznego rządu.
Paweł Chmielewski