
—————

—————————————–

———————————————-

———————————–

———————————————-

—————————————–

———————————————-


—————

—————————————–

———————————————-

———————————–

———————————————-

—————————————–

———————————————-


———————————–

——————————–

———————————

—————————

———————————–

—————————————————–

————————————————

———————————————–


———————————-

———————————————

—————————————————

—————————–

———————————————

———————————–

—————————————

————————–

————————————

————————————-

—————————————–

————————————-

———————————-

—————————–

——————————

———————————————————-

—————————-

—————————————-


————————————————————

——————————————————

———————————————-

—————————–

——————————————————

————————————————

——————————————–

————————————————-

—————————————————————-

1 września 2026 Stanisław Bukłowicz pch24/od-homera-do-tiktoka-i-z-powrotem-krotka-rzecz-o-polskiej-szkole,

„Gdzie jest mądrość, którą utraciliśmy w wiedzy? Gdzie jest wiedza, którą utraciliśmy w informacji?” – pytał w 1934 roku T.S. Eliot.
1 września 2026 roku pierwsi uczniowie zaczęli się uczyć według nowej podstawy programowej. Czy jednak wyjdą ze szkoły mądrzejsi – albo choćby bardziej wykształceni?
„Reforma26. Kompas Jutra” obejmie klasy I i IV szkoły podstawowej, a w następnych latach – kolejne roczniki.
Nowa podstawa mocno akcentuje kompetencje językowe, matematyczne i cyfrowe, a także krytyczne myślenie, kreatywność i sprawczość. Wyodrębnia sześć interdyscyplinarnych modułów: bezpieczeństwo i obronę, media, filozofię, ekonomię i finanse, klimat oraz kulturę. W szkołach ma być również więcej projektów i doświadczeń edukacyjnych.
Zróbmy to razem!
Zmiany te nie są jednak tak niewinne, jak mogłyby się z pozoru wydawać. Wystarczy tylko spojrzeć nieco głębiej.
Przykładem jest choćby uchwalona w maju 2026 roku ustawa o prawach i obowiązkach ucznia. Wcześniejsze zasady oceny zachowania odwoływały się do dobra społeczności szkolnej, honoru i tradycji szkoły, piękna mowy ojczystej, godnego zachowania czy szacunku dla innych. W ustawie znacznie większy nacisk położono choćby na przestrzeganie procedur i „ogólnie przyjętych norm społecznych”. Krytycy mówili w tym kontekście o „próżni aksjologicznej”. I trudno odmówić im słuszności.
Ustawa rozszerzała katalog praw ucznia i tworzyła system rzeczników praw uczniowskich na kilku szczeblach. Ostatecznie 2 lipca 2026 roku prezydent Karol Nawrocki ją zawetował, wskazując między innymi na groźbę dalszej biurokratyzacji szkoły.
I dobrze, że tak się stało. Sam fakt uchwalenia podobnych rozwiązań pokazuje jednak, dokąd zmierza myślenie o szkole. Wychowanie ustępuje prawom, procedurom i skargom. Nauczyciel coraz mniej przypomina mistrza i wychowawcę, a coraz bardziej funkcjonariusza pilnującego regulaminu. Nietrudno dostrzec w tym drogę do dyktatu uczniowskich roszczeń i ich lewackich rzeczników. Drogę do świata, w którym już samo podjęcie kwestii wychowania może być traktowane z podejrzliwością.
Krytycy reformy oświaty słusznie zauważają więc, że nie chodzi tylko o kolejne przemeblowanie podstawy programowej. Spór dotyczy samego sensu szkoły.
W dokumentach reformy często przewijają się takie słowa jak sprawczość, dobrostan, inkluzja, kreatywność, współpraca, kompetencje przyszłości, uczenie się przez działanie. I właśnie to słownictwo wiele mówi o kierunku zmian. Coraz częściej pyta się o to, co uczeń powinien umieć zrobić, a coraz rzadziej — co powinien wiedzieć i rozumieć.
Problem rozmiękczania edukacji nie dotyczy tylko podstawówki. Widać go także w szkołach średnich i na uczelniach. W świecie, w którym rzetelne nauczanie i wychowywanie stają się passé, jedynie biurokracja trzyma system w ryzach. Szkoła jutra coraz bardziej przypomina dobrze naoliwioną maszynę: nauczyciele-trybiki stosują właściwe procedury w przepełnionych klasach, relacja mistrz–uczeń zanika, a po zajęciach pedagodzy toną w gąszczu coraz to nowych przepisów.
Do tego dochodzi zachwyt reformatorów nad „uczeniem przez działanie”. Projekty, praca zespołowa i praktyczne zadania mogą oczywiście mieć sens. Gorzej, jeśli zastępują mozolne zdobywanie wiedzy. Wtedy edukacja zaczyna przypominać szkolenie przyszłego pracownika: znajdź informację, rozwiąż problem, pokaż wynik, dogadaj się z zespołem.
Tyle że człowieka nie da się sprowadzić do zestawu kompetencji. Nie istnieje krytyczne myślenie bez wiedzy. Bez niej łatwo zamienia się ono w próżne mędrkowanie i pychę intelektualną – przekonanie, że gładką mową można przykryć nieznajomość rzeczy. Grecy dobrze znali niebezpieczeństwo takiego przekraczania własnej miary. Nazywali je hybris.
Szczególnie złudne jest hasło, że szkołę trzeba nieustannie dostosowywać do „świata przyszłości”. Brzmi efektownie. Tyle że przyszłości nie znamy. Wiemy natomiast, że przez stulecia człowiek potrzebował umiejętności jasnego wyrażania myśli, dobrej pamięci, dyscypliny, charakteru i znajomości własnej kultury. Będzie ich potrzebował również wtedy, gdy dzisiejsze kompetencje przyszłości staną się czymś przestarzałym.
Na tym polega paradoks całej tej reformacyjnej gorączki. Szkoła, obsesyjnie przygotowująca ucznia do przyszłości, może odebrać mu właśnie to, co pozwoliłoby mu zachować niezależność.
Wobec kultu praktyczności i odchodzenia od tradycyjnego kanonu lektur warto zaproponować zupełnie inny ideał. Oparty na humanistyce — rozumianej nie jako kilka przedmiotów dla przyszłych filologów, lecz jako całościowe kształcenie i wychowywanie człowieka przez literaturę, filozofię, historię, języki, muzykę i sztukę.
Ale samo pokazanie alternatywy nie wystarczy, aby odciągnąć ucznia od TikToka. Trzeba dać mu coś więcej. Coś, przy czym TikTok okaże się po prostu mały.
Oto jak mógłby wyglądać taki projekt w idealnej, inspirującej postaci.
Wzorem mogłyby być programy oparte na idei Great Books of the Western World, oczywiście poszerzone o polską klasykę i dopasowane do wieku uczniów. Nie chodzi oczywiście o to, by dziesięciolatek czytał Kanta albo przedzierał się przez tysiąc stron Dostojewskiego. Ale warto go stopniowo w ten świat wdrażać.
W podstawówce można więc zacząć od dobrze opowiedzianych mitów greckich, opowieści biblijnych jako jednego z podstawowych kodów naszej kultury, a także legend, baśni, klasycznej literatury dziecięcej i historii. Potem przyszedłby czas na Homera, tragedię grecką, Szekspira czy polskich klasyków. W szkole średniej można by sięgać po trudniejsze teksty filozoficzne, polityczne i religijne. Studia zaś powinny ten proces rozwijać, a nie zaczynać go od zera.
I nie chodzi przy tym o kolejną listę książek do „przerobienia”. Chodzi o stopniowe zapoznawanie młodego człowieka z najważniejszymi dla naszej cywilizacji dziełami. A warto, bo lektura wielkich powieści pozwala zanurzyć się w innych światach i przeżyć życie bohaterów — często ciekawsze i zawsze inne od naszego. Trudno o lepszą naukę patrzenia na rzeczywistość cudzymi oczami.
Nie są to czcze słowa. Badanie Davida Kidda i Emanuele Castano z 2013 roku wykazało, że po lekturze ambitnej literatury pięknej badani lepiej radzili sobie z zadaniami wymagającymi rozpoznawania stanów psychicznych innych ludzi. Z kolei metaanaliza opublikowana w 2024 roku w „Journal of Experimental Psychology: General” wykazała niewielki, ale istotny pozytywny wpływ czytania fikcji na empatię i zdolność rozumienia stanów psychicznych innych ludzi.
To samo dotyczy historii — zwłaszcza dziś. Nauka historii leczy nas z jednej z najczęstszych chorób współczesności: przekonania, że wszystko zaczęło się wczoraj. A przecież propaganda, wojny ideologiczne, kryzysy państw, konflikty pokoleń czy lęk przed zmianami technologicznymi pojawiały się już wcześniej, choć pod innymi nazwami.
Nauka historii Polski zakorzenia nas we wspólnocie narodowej i kształtuje świadomych obywateli. Nauka historii świata pozwala poznać inne perspektywy, ludzi z innych miejsc, epok i cywilizacji. Trudno o lepszą lekcję pokory.
Chcemy, by szkoła uczyła życia? Odsyłajmy uczniów do jego nauczycielki.
Pamiętajmy też, że homo sapiens to nie AI. Nie tylko myśli, lecz jest też istotą o bogatym życiu emocjonalnym i zmysłowym. Nie lekceważmy tego. A o to także powinna dbać szkoła – od najmłodszych lat.
Jak bowiem pisał C.S. Lewis, „zadaniem współczesnego wychowawcy nie jest wycinać dżungle, lecz nawadniać pustynie”. Dobra szkoła nie powinna więc jedynie ograniczać złych nawyków czy chronić ucznia przed kolejnymi zagrożeniami. Powinna przede wszystkim rozbudzać w nim to, co wartościowe: ciekawość, smak, wyobraźnię, zdolność zachwytu nad tym, co piękne oraz pragnienie poznawania rzeczy większych od niego samego.
Człowiek, który tak naprawdę nigdy nie słuchał Bacha, Mozarta czy Chopina ani nie zatrzymał się przed Rembrandtem, Caravaggiem czy Matejką, traci coś więcej niż kilka nazwisk z historii kultury. Traci okazję do kształtowania uwagi, wrażliwości i smaku.
Sztuka wymaga od nas czasu. Symfonii nie da się przewinąć jak trzydziestosekundowej rolki, jeśli chce się ją naprawdę usłyszeć. Obrazowi należy się przyjrzeć, a nie tylko rzucić na niego okiem. Powieść wymaga od nas wejścia w świat kogoś innego i pozostania w nim przez wiele godzin.
W tym sensie klasyczna kultura jest niemal idealnym przeciwieństwem TikToka. Uczy skupienia zamiast rozproszenia, cierpliwości zamiast natychmiastowej gratyfikacji, hierarchii zamiast strumienia równorzędnych bodźców.
W końcu naszym celem nie jest chyba wychowanie pokolenia cyborgów, sprawnie posługujących się internetem i AI, lecz ludzi zdolnych do empatii, samodzielnego myślenia, rozumienia świata i dokonywania własnych wyborów.
Przywróćmy zatem sztuce należne jej miejsce w edukacji!
A krytyczne myślenie? Uczmy dzieci i młodzież filozofii! To prawdziwa królowa nauk, która przecież od dwóch i pół tysiąca lat uczy pytać, odróżniać argumenty od sloganów, dostrzegać sprzeczności i sprawdzać, co naprawdę wynika z przyjętych założeń. Jeśli chcemy wychować ludzi odpornych na manipulację, Platon może się okazać skuteczniejszy niż niejeden kurs rozpoznawania fake newsów.
Szkoły podstawowe, średnie i uczelnie nie nadążą za każdą zmianą na rynku pracy. I może nawet nie powinny próbować. Mogą za to dać coś znacznie trwalszego: wychować osobę wolną, rozumną i cnotliwą w najlepszym, klasycznym znaczeniu tych słów.
Technologie nadal będą się zmieniać. Jedne zawody znikną, inne powstaną. Dzisiejsze modne umiejętności ustąpią miejsca kolejnym. Pozostanie jednak pytanie, czy człowiek jeszcze potrafi myśleć, odróżniać rzeczy ważne od błahych, rozpoznawać dobro i zło, zachować własny osąd i nie zdawać się tylko na algorytm.
To właśnie taki rozwój człowieka jest najcenniejszą rzeczą, jaką może dać szkoła.
Stanisław Bukłowicz

———————————————-

———————————————–

———————————————

—————————————–

———————————————

————————————————–

——————————————————

——————————————————-

———————————————–

1 września 2026 Paweł Chmielewski pch24/lewacka-ofensywa-na-szkole-czy-to-jeszcze-nasze-dzieci-czy-juz-dzieci-panstwowe

Barbara Nowacka kontynuuje realizację unijnego planu objęcia wszystkich polskich uczniów ideologiczną propagandą w obszarze seksualności. Jej wielkim sojusznikiem jest nowe „osiągnięcie” rządu Donalda Tuska, czyli transkrypcja pseudo-małżeństw jednopłciowych.
Od 1 września obowiązkowym przedmiotem w polskiej szkole stała się edukacja zdrowotna. Wynalazek Barbary Nowackiej został tym razem rozbity na dwie części. Przymusowa dla wszystkich jest partia większościowa, która obejmuje szeroko pojętą tematykę zdrowotną czy związaną z bezpieczeństwem.
Teoretycznie dobrowolna jest partia mniejsza, dotycząca seksualności. To efekt naprawdę znaczącego oporu społecznego, który wybuchł w 2025 roku. Początkowo Barbara Nowacka chciała wprowadzić do szkół jednolitą, obowiązkową edukację zdrowotną. Przeciwko temu zaprotestowało wiele środowisk – przede wszystkim rodzice, wsparci jednak również przez biskupów, licznych nauczycieli i część polityków. Powód tego oporu był bardzo prosty.
Edukacja zdrowotna w tych miejscach, w których opowiada o związkach między ludźmi oraz o seksualności, odwołuje się do antropologii progresywnej. Nie ma tu miejsca dla Boga; małżeństwo nie jest uprzywilejowane; poczęcie nie jest naturalnym elementem aktu seksualnego. Związki i seksualność zostają sprowadzone do roli funkcjonalnego narzędzia, stają się sposobem maksymalizacji przyjemności i zadowolenia z życia. W tej perspektywie możliwa staje się aprobata rozwodów, wolnych związków, antykoncepcji, homoseksualizmu czy nawet aborcji.
Narracja, którą zamieszczono w edukacji zdrowotnej, nie ma nic wspólnego z neutralnością światopoglądową – stanowi raczej świadome odcięcie się od antropologii katolickiej na rzecz antropologii świeckiej i liberalnej.
Właśnie dlatego tylu ludzi protestowało przeciwko koncepcji narzucenia edukacji zdrowotnej wszystkim, bez możliwości rezygnacji z zajęć. Barbara Nowacka zrobiła krok wstecz. W ubiegłym roku szkolnym edukacja zdrowotna pojawiła się w szkołach i domyślnie zostali nią objęci wszyscy uczniowie. Można było jednak wypisać się z zajęć, składając specjalną deklarację.
W ten sposób Nowacka zrealizowała swój pierwotny cel, wprowadzając do szkół edukację zdrowotną z komponentem liberalnej seksualności, uspokajając zarazem protesty. W tym roku następuje intensyfikacja ministerialnego nacisku na uczniów. Niestety, taktyka Nowackiej okazała się skuteczna, bo reakcje krytyczne ograniczyły się tym razem do dość nielicznych manifestacji czy dyskusji w mediach. Zabrakło większego poruszenia społecznego, które pozwoliło zatrzymać plany rządowe poprzednim razem.
Na czym polega sukces Nowackiej? Po pierwsze, edukacja zdrowotna nie jest przedmiotem groźnym wyłącznie w swoim komponencie stricte seksualnym, a więc tym, który jest dziś nieobowiązkowy. Elementy progresywnego światopoglądu w odniesieniu do związków i seksualności są rozsiane również w innych partiach tego przedmiotu. Sztandarowym przykładem jest zagadnienie depresji, które proponuje się ilustrować… depresję poporodową. Analogicznych zabiegów jest więcej. Uczeń, o ile tylko natrafi na liberalnego nauczyciela, może zostać skonfrontowany z ideologicznymi treściami nawet wtedy, jeżeli decyzją rodziców zostanie wypisany z części nieobowiązkowej.
Drugi problem polega na kształcie tej nieobowiązkowości. Tak jak w poprzednim roku szkolnym, z komponentu dotyczącego edukacji seksualnej trzeba się aktywnie wypisać – domyślnie każdy uczeń jest objęty tym komponentem, jako normalną częścią całości edukacji zdrowotnej. Można zakładać, że pewna część rodziców nie zachowa wystarczającej czujności i nie złoży formularza, co zwiększy zasięg oddziaływania propagandy progresywnej krzewionej przez rząd. Brak większych protestów sprawił, że ministerstwo nie czuło się zobowiązane by w jakiś sposób ułatwić wypisanie się z przedmiotu. Jest bardzo możliwe, że w ubiegłym roku wielu uczniów chciało rezygnować z edukacji zdrowotnej, bo zyskiwali wtedy godzinę wolną. Teraz wypisanie się już nic im nie da – nie otrzymają wolnego czasu.
Prawdopodobny wzrost liczby uczniów uczestniczących w całości edukacji zdrowotnej i przyzwyczajenie społeczeństwa do obecności tego przedmiotu ma swój oczywisty skutek: jeżeli tylko obecna koalicja rządząca zachowa władzę, to będzie próbowała objąć wszystkich uczniów obowiązkiem uczestnictwa w całym przedmiocie – i może jej się to udać. Nawet jeżeli w kraju wybuchną spore protesty, to można zakładać, że z powodu przyzwyczajenia do nowego przedmiotu nie będą mieć już takiej siły, by faktycznie zmusić rządu do zmiany decyzji. Dlatego jedynym możliwym scenariuszem przeciwdziałania planom Nowackiej, obok protestów prowadzonych ze świadomością granic ich skuteczności, jest działanie na rzecz odsunięcia lewicowego rządu od władzy i naprawa systemu edukacji po osiągnięciu takiego rezultatu.
Barbara Nowacka dąży konsekwentnie do wprowadzenia obowiązkowej edukacji seksualnej, bo w ten sposób realizuje unijne wytyczne. Unia Europejska rozwija wspólny projekt edukacyjny, znany jako Europejski Obszar Gospodarczy. Jego celem jest częściowe ujednolicenie sposobu nauczania dzieci we wszystkich państwach członkowskich, co zakłada głęboką ideologizację szkoły – również w aspekcie seksualności. Oficjalny światopogląd unijny jest przecież skrajnie sekularystyczny – nie zna Boga ani prawa naturalnego. Z perspektywy wiodących socjotechników brukselskich, ludzkie związki można rozumieć wyłącznie hedonistycznie, a takie metody jak antykoncepcja czy nawet zabijanie dzieci poczętych są zupełnie zwykłą formą regulacji poczęć, ba, więcej – są „prawem” człowieka. Obecny lewicowy rząd Polski przyjmuje wyższość unijnego prawa, dlatego jest gotów pogwałcić konstytucyjne gwarancje dotyczące swobody rodziców w wychowywaniu dzieci. Polska ustawa zasadnicza uchodzi za drugorzędny dokument wobec woli przywódców Unii Europejskiej.
Tak samo dzieje się w przypadku transkrypcji aktów „małżeńskich” zwieranych przez pary jednopłciowe poza granicami Polski. W listopadzie 2025 roku Trybunał „Sprawiedliwości” Unii Europejskiej orzekł, że wszystkie kraje członkowskie mają obowiązek wpisywać do swojego systemu prawnego takie akty. W marcu tego roku za wiążący uznał ten werdykt Naczelny Sąd Administracyjny. Już w maju w Warszawie dokonano pierwszej transkrypcji takiego aktu. Symbolicznie: chodziło o związek zawarty przez dwóch mężczyzn w Berlinie. Rafał Trzaskowski, autoryzując ich homoseksualne „małżeństwo”, w oczywisty sposób pogwałcił polską konstytucję, przyjmując nadrzędność de facto niemieckiego prawa.
Później analogicznych transkrypcji dokonano także w wielu innych urzędach stanu cywilnego w różnych miejscach kraju. Od niedzieli 23 sierpnia funkcjonuje jako legalne rozporządzenie ministra cyfryzacji Krzysztofa Gawkowskiego, które przewiduje nową formułę transkrypcji; rząd oczekuje, że wszystkie samorządy będą dokonywać takich aktów, jak Trzaskowski. Jeszcze w sierpniu zrobiono to między innymi w Gdańsku. W ten sposób w polskim systemie prawnym, wbrew konstytucji, pojawiły się homozwiązki.
To ma swoje znaczenie również dla systemu edukacji. Przecież w ramach edukacji zdrowotnej uczy się dzieci o tym, jak wyglądają związki intymne między ludźmi. Jeszcze do niedawna od strony formalnej takie związki były tylko jednego rodzaju: małżeństwo między mężczyzną a kobietą. W roku szkolnym 2026/2027 sytuacja jest już inna. Nauczyciel może poinformować dzieci, że nad Wisłą żyją i współżyją ze sobą również pary jednopłciowe, ciesząc się prawną ochroną rządu Donalda Tuska; a co za tym idzie, że homoseksualność jest rzeczą zupełnie normalną, a może nawet godną pochwały. Nie wiem, czy koordynacja działań Nowackiej i Gawkowskiego jest przypadkowa, czy celowa – ale w każdym przypadku skutki są dokładnie te same. Wprowadzenie do szkół edukacji seksualnej w progresywnym ujęciu, wespół z pseudo-legalizacją zawartych za granicą homozwiązków, konstytuuje potężny wyłom w ciągłości cywilizacyjnej Polski. Po tysiącu lat już nie doktryna chrześcijańska, ale rewolucyjna ideologia dyktuje rozumienie małżeństwa i seksualności. Nawet jeżeli żyjemy dziś w wolnym kraju, to pod względem poszanowania dla prawa naturalnego w tym obszarze sytuacja jest gorsza niż w okresie okupacji sowieckiej. Nie jest to zaskakujące, jako że unijna ideologia, której hołduje Barbara Nowacka, wyrasta z rewolucyjnego ducha, który zrodził również marksizm; niemniej rozpoznanie tego stanu rzeczy powinno mobilizować Polaków do intensywnego przeciwdziałania.
To, co można zrobić w rozpoczynającym się roku szkolnym, to przede wszystkim bardzo konsekwentne wypisywanie dzieci z komponentu seksualnego edukacji zdrowotnej. Kto tylko może, niech informuje o tym innych rodziców i zachęca ich do podjęcia odpowiednich kroków. Potrzebne są też nowe protesty, wyraziste i szeroko zakrojone, podobne do tych, które przeszły przez Polskę w 2025 roku. Nie chodzi nawet o to, by „pokazać Nowackiej”, co myślą o niej konserwatywni Polacy, bo przecież Nowacka dobrze to wie; chodzi o to, by uświadomić bliźnim skalę problemu i zmaksymalizować słuszny gniew, tak, by wyborcza odpowiedź na haniebne postępowanie obecnej władzy była w 2027 roku jeszcze silniejsza, torując drogę do władzy prawicowym formacjom. Czy te formacje będą skłonne do wypalenia gorącym żelazem ideologicznego zepsucia prawa, które wprowadził obecny rząd – to już problem osobny, zależny w dużej mierze od konkretnego składu takiego hipotetycznego rządu.
Paweł Chmielewski
31 sierpnia 2026 Adrian Fyda pch24/religia-w-szkole-tak-ale-jaka-walka-o-przywrocenie-drugiej-lekcji-to-za-malo

Dwie godziny religii tygodniowo? Owszem, ale trzeba sobie zadać pytanie, co właściwie ma się podczas nich dziać. Sama walka o przywrócenie drugiej lekcji nie wystarczy, jeśli katecheza ma sprowadzać się do oglądania filmów zamiast do rzeczywistego pogłębiania wiary i lektury Katechizmu.
Ciekaw jestem, ilu Czytelników tego artykułu rzeczywiście pogłębiło swoją wiarę na lekcjach religii. Mam szczerą nadzieję, że większość. Nie wszyscy mieli jednak taką szansę. Należy bowiem zwrócić uwagę na przypadki, w których religia w szkole sprowadzała się do… oglądania filmów religijnych. A przecież nie o to chodzi.
Na duszpasterzach spoczywa obowiązek edukacji religijnej swoich parafian – szczególnie młodego pokolenia, które dopiero uczy się wiary. Zwykle taka katechizacja odbywa się w salkach parafialnych. W Polsce otrzymaliśmy jednak, wydawałoby się, ogromną szansę: zgodnie z postanowieniami Konkordatu nauka religii stała się przedmiotem szkolnym! Dzieci nie muszą już przychodzić do salek parafialnych po lekcjach czy w sobotę – mogą poznawać prawdy wiary w szkole, obok innych ważnych przedmiotów.
I dlatego w sytuacji, w której katecheta – czy to duchowny czy świecki – traci lekcje religii na oglądanie filmów religijnych, „bo młodych trzeba zaciekawić”, nie tylko marnuje ogromną szansę, lecz wręcz sprzeniewierza się misji otrzymanej od Kościoła. Bo przecież, aby mógł uczyć religii w danej szkole, musi zostać do tej posługi posłany przez biskupa diecezjalnego.
Po trzydziestu latach obecności religii w szkole pojawiają się coraz większe obawy, że możemy ją stracić. Resort oświaty wprowadził już ograniczenia polegające m.in. na zmniejszeniu wymiaru nauczania religii do jednej godziny tygodniowo, umieszczaniu jej wyłącznie na początku lub końcu zajęć danego dnia, łączeniu małych klas w większe grupy czy niewliczaniu oceny z religii do średniej.
Bez wątpienia należy podjąć starania o zachowanie religii w szkole i wycofanie przez MEN wprowadzonych ograniczeń. Sama walka jednak nie wystarczy. Trzeba również postawić sobie pytanie, jak religia w szkole powinna wyglądać.
Już samo określenie nauczyciela religii – katecheta – powinno dawać do myślenia, że lekcja religii to przede wszystkim lekcja katechezy. Ta zaś jest niczym innym jak nauką prawd wiary: że jest jeden Bóg w trzech Osobach, że Chrystus jest jednocześnie Bogiem i Człowiekiem, że ustanowił sakramenty, przez które udziela nam swojej łaski itd. Nie chodzi oczywiście wyłącznie o sztywne „wkuwanie” regułek (choć i te są potrzebne, szczególnie w przypadku młodszych dzieci), lecz o coraz lepsze rozumienie wiary katolickiej. Oczywiście przekazywane treści muszą być dostosowane do wieku uczniów – inaczej wygląda nauka w pierwszych klasach szkoły podstawowej, a inaczej w liceum.
Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że ilość treści katechetycznych na lekcjach religii zmniejsza się wraz z kolejnymi etapami edukacji – a przecież powinno być zupełnie odwrotnie! Do trzeciej klasy szkoły podstawowej nauka religii w szkole działa raczej dobrze. Dzieci przygotowują się wówczas do Pierwszej Komunii Świętej, co wymaga odpowiedniego przygotowania. Uczą się więc podstawowych prawd wiary, zapamiętują pewne regułki, a przede wszystkim coraz lepiej poznają Tego, którego niebawem przyjmą do swojego serca.
Problem pojawia się w kolejnych latach nauki. Warto postawić pytanie, jak wyglądają lekcje religii w klasach IV–VIII szkoły podstawowej oraz w szkole średniej, skoro tak wielu nastolatków wykazuje znaczące braki w znajomości własnej wiary.
Problem niskiego poziomu wiedzy religijnej wśród młodzieży zauważył już w swoim artykule z 2017 r. bp Wojciech Osial, ówczesny biskup pomocniczy diecezji łowickiej:
Jesteśmy świadkami wysokiego poziomu ignorancji religijnej, zarówno wśród osób dorosłych jak i ludzi młodych. Wierni ukazują poważne braki wiedzy na temat Credo, rozumienia celebracji mszy św., znajomości podstawowych modlitw czy wiedzy na temat elementarnych zasad moralności chrześcijańskiej. Świadectwem analfabetyzmu wśród młodzieży mogą być ciekawe refleksje zawarte przed dwu laty w jednym z numerów „Katechety”. Stwierdza się w nich m.in., że „wiedza religijna gimnazjalistów jest na poziomie klas dzieci pierwszokomunijnych”, natomiast uczniowie szkół ponadgimnazjalnych nie potrafią wymienić poprawnie wszystkich sakramentów świętych czy też imion ewangelistów[1] – zaznaczył biskup.
Z pewnością temat ignorancji religijnej jest złożony i uwarunkowany wieloma czynnikami, chociażby wspomnianymi przemianami kulturowymi i religijnymi naszych czasów, ale nie można wykluczyć czynnika katechetycznego. Sytuacja dużej ignorancji religijnej nie może pominąć pytania o skuteczność lekcji religii[2]– kontynuował hierarcha.
Jak to się stało, że wiedza religijna ówczesnych gimnazjalistów była na poziomie dziewięciolatków, a wiedza uczniów szkół średnich przedstawiała się równie tragicznie? Być może na lekcjach religii, na które uczęszczali, brakowało systematycznego poznawania treści zawartych w Katechizmie? I nie chodzi mi tu o podręczniki do religii, które popularnie nazywamy „katechizmami”, ale o Katechizm Kościoła Katolickiego – oficjalną wykładnię doktryny wiary i zasad moralności Kościoła. To na nim powinna bazować zarówno podstawa programowa, jak i podręczniki do religii, tak, by uczniowie mogli zgłębiać jego treść stosownie do swojego wieku.
W szczególności należy postawić poważne pytanie o przygotowanie kandydatów do sakramentu bierzmowania. Jest to przecież sakrament dojrzałości chrześcijańskiej, a zatem osoby go przyjmujące powinny znać prawdy wiary na poziomie odpowiadającym dojrzałemu katolikowi.
Najgorszym jednak z punktu widzenia nauczania religii okresem zdaje się być szkoła średnia. Uczniowie są już po bierzmowaniu, a niejednokrotnie przytłacza ich nauka i przygotowania do matury. Katecheci mogą więc ulec pokusie, by uczynić ten przedmiot „łatwym i przyjemnym”, np. zastępując naukę treści katechizmowych oglądaniem filmów religijnych. A piątka z religii jest niejednokrotnie niemal gwarantowana, szczególnie jeśli ktoś jest członkiem jakiejś grupy parafialnej.
Czy w tym wszystkim ktoś pomyślał jednak o nastolatkach, którzy pragną pogłębiać swoją wiarę – szczególnie o tych, którzy przychodzą na religię nie tylko z obowiązku? Zostają oni pozbawieni tego, do czego mają prawo – dobrej katechizacji, o którą duszpasterze mają obowiązek się zatroszczyć.
Problem nie ogranicza się jednak wyłącznie do luźnego podejścia do przedmiotu przez część katechetów. Uwagi wymagają zarówno podręczniki do religii, jak i podstawa programowa tego przedmiotu.
Przejrzałem spis treści przykładowego podręcznika dla klasy VIII szkoły podstawowej, czyli dla uczniów mających niebawem przyjąć sakrament bierzmowania. Wygląda on na zbiór różnych tematów związanych z wiarą katolicką – jednych ważnych, innych mniej – natomiast zdecydowanie brakuje w nim systematycznego przekazu prawd wiary.
Również analiza najnowszej „Podstawy programowej nauczania religii rzymskokatolickiej w Polsce”, przyjętej przez Konferencję Episkopatu Polski w 2025 roku, pozostawia nieco do życzenia. Choć znajdują się w niej treści katechizmowe, w mojej ocenie jest ich zbyt mało, a ponadto ponownie brakuje tu odpowiedniej systematyczności. Co więcej, znalazły się tam również tematy, których słuszności nauczania na lekcjach religii zupełnie nie rozumiem – jak choćby „rozwijanie wrażliwości ekologicznej” czy „znaczenie sztuki baroku”…
Może w przypadku starszych uczniów lepszym rozwiązaniem byłoby po prostu wzięcie do ręki Katechizmu i omówienie zawartych w nim treści? Przede wszystkim katecheci powinni wraz z uczniami dokładnie omówić Credo – wyznanie wiary, które przecież młody człowiek każdej niedzieli wypowiada w kościele. Dojrzałemu katolikowi nie wystarczy już bezmyślne powtarzanie tych słów. Powinien także rozumieć ich znaczenie – na przykład co oznacza, że Syn jest „współistotny Ojcu”, albo co znaczy, że „począł się z Ducha Świętego i narodził się z Maryi Panny”. Nie chodzi tu o wykładanie skomplikowanej teologii, lecz o troskę o jak najlepsze zrozumienie tych słów przez młodych ludzi.
Podobnie ma się rzecz z Dziesięcioma Przykazaniami czy sakramentami. Znajomość tych podstaw wiary przez nastolatków nie powinna ograniczać się wyłącznie do ich wymienienia. Rozdział Katechizmu poświęcony sakramentom zawiera aż 481 punktów (!). Wszystko to Kościół uznał za treści, które każdy katolik powinien znać.
W 2024 r. grupa świeckich katolików zatroskanych o stan wiary wśród młodych Polaków – w tym członkowie Stowarzyszenia im. Ks. Piotra Skargi – wystosowała list otwarty do polskich biskupów, z apelem o „podjęcie wspólnej refleksji dotyczącej sposobu i poziomu nauczania religii”.
Świat zmienia się w niespotykanym w dziejach tempie, a Chrystus i Jego Nauka pozostają takie same – należy jednak przedstawiać Go uczniom w sposób przystępny, atrakcyjny, kompetentny ani joty nie tracąc z tego, czego od pokoleń uczyli się katolicy. (…) Młodzi ludzie lubią jasny i klarowny język, rozumieją, gdy tłumaczy im się dlaczego coś jest dobre a dlaczego coś innego jest złe. Warto, by katecheci wyposażeni byli w pogłębioną wiedzę na temat przerażających współczesnych zagrożeń i aby potrafili przestrzegać przed nimi posiadając kompetencje komunikacyjne umożliwiające dotarcie do młodych serc i dusz – czytamy w jego treści.
Wreszcie pojawiają się opinie, że nauka religii powinna być nauką o różnych religiach. To oczywiście niedorzeczność. Osoby głoszące taki pogląd zapominają, że Konstytucja RP nie mówi o nauce religii jako przedmiocie abstrakcyjnym, lecz konkretnie o nauce „religii kościoła lub innego związku wyznaniowego o uregulowanej sytuacji prawnej” (art. 53 ust. 4). Jest ona zatem ściśle związana z religią wyznawaną przez danego ucznia.
Większość polskich uczniów to katolicy, dlatego uczą się religii katolickiej. Jeśli jednak w danej szkole znajduje się grupa uczniów innego wyznania, możliwe jest zorganizowanie osobnych lekcji religii dla nich. W praktyce takie sytuacje są stosunkowo rzadkie, ponieważ mniejszości religijne stanowią niewielki odsetek polskiego społeczeństwa.
Jednocześnie nauka o innych religiach mogłaby znaleźć swoje miejsce na szkolnej katechezie, pod warunkiem że byłaby prowadzona z perspektywy apologetycznej – czyli jeśli polegałaby na wyjaśnieniu dlaczego to właśnie katolicyzm jest prawdziwą religią, a inne wierzenia nie zawierają pełni prawdy objawionej przez Boga.
Jednak aby być dobrym apologetą, potrzeba najpierw solidnie znać prawdy wyznawanej przez siebie wiary. A tego wśród nastolatków – jak widać – wciąż brakuje.
Adrian Fyda
[1] Osial W., bp, Katechizm narzędziem katechezy – bogactwo Tradycji wobec wyzwań współczesności, „Collectanea Theologica” 87(2017) nr 2, str. 108.
[2] Ibid.
Tomasz Figura pch24/dlaczego-edukacja-zdrowotna-nadal-jest-niebezpieczna-i-pozbawiona-sensu

Nawet bez obowiązkowej edukacji seksualnej, edukacja zdrowotna nadal pozostaje niebezpieczna dla dzieci i stanowi poważne zagrożenie dla władzy rodzicielskiej. Ostatecznie zaś, jest marnotrawieniem środków publicznych, wszak nie da się „nauczyć” zdrowego stylu życia, za to można skutecznie namieszać dzieciom w głowach zideologizowanym przekazem.
Minister edukacji Barbara Nowacka podjęła kolejną próbę wprowadzenia obowiązkowych zajęć z edukacji zdrowotnej, tym razem bez zawierającego edukację seksualną komponentu, uznawanego za najbardziej kontrowersyjny i budzącego niechęć wśród wielu rodziców. Ta zmiana wcale jednak nie oznacza, że edukacja zdrowotna przestała być projektem ideologicznym. Jest nim nadal i z tego powodu nadal pozostaje bardzo niebezpieczna.
Kwestia seksualności to tylko jeden z wielu niedopuszczalnych zakresów tematycznych, wpisanych w ten program. Jeśli zatem ktoś przekonuje Państwa – a takich ludzi nie brakuje również wśród konserwatywnych i katolickich publicystów – że edukacja zdrowotna to ważny przedmiot, który pozbawiony tzw. kontrowersyjnych zapisów, staje się istotnym dla zdrowia i przyszłości naszych dzieci, ten po prostu wprowadza Was w błąd. Tak, edukacja zdrowotna to poważne zagrożenie dla tego, w co wasze dzieci będą wierzyć i jaki system wartości wyznawać. Dlaczego?
Zdecyduje światopogląd nauczyciela
Po pierwsze, edukacja zdrowotna obejmuje programem szereg treści aksjologicznych. Wbrew temu, co sądzą jej zwolennicy, jest on pełen zagadnień dających nauczycielowi szerokie pole interpretacji, a co za tym idzie – przedstawienia ich w oparciu o własny światopogląd. O tym, że nauczyciele nie są maszynami klepiącymi wyuczone formułki, wie naprawdę wielu rodziców, którzy napotykali na różne problemy związane z ideologiczną edukacją ich dzieci. Przedstawianie średniowiecza jako wieków ciemnych, w którym nie zajmowano się niczym poza powtarzaniem w kółko „memento mori”, lub historii Polski jako dziejów warcholstwa, rozpasania szlachty i zgubnego liberum veto – to właściwie klasyki ze szkolnego nauczania. A mówimy o treściach jawiących się zazwyczaj jako „neutralne światopoglądowo”. Ale i tutaj światopogląd nauczyciela ma znaczenie i wpływ na sposób myślenia naszych dzieci.
Możemy sobie zatem tylko wyobrazić, jakie pole do popisu dostanie nauczyciel, jeśli przyjdzie mu opowiadać o różnorodności płciowej czy formach dyskryminacji. Wszystkie te terminy są nieokreślone i niezdefiniowane, a ich stosowanie jest silnie modelowane przez światopogląd osoby, która terminy te stosuje. Dyskryminacją może być rasizm – i to jest naganne – ale może nią być też na przykład sprzeciw wobec jednopłciowych pseudo-małżeństw. Co takiego w szkole usłyszą o tym dzieci? Na dwoje babka wróżyła.
Podobnie jest w przypadku tak prozaicznego tematu, jak zdrowa dieta. Mówimy o czymś, co w zasadzie nie powinno budzić większych kontrowersji. Musimy jednak pamiętać, że nie żyjemy w czasach, w których istnieją jakieś stałe punkty odniesienia. Możemy sobie wyobrazić zatem nauczyciela, który opowie dzieciom, że jedzenie mięsa jest szkodliwe i nieetyczne, a nadzieją dla świata pozostaje wegetarianizm.
Edukacja zdrowotna takich pułapek ma zaszytych mnóstwo. Spójrzmy chociażby na kwestię dezinformacji w mediach. Jak wiadomo, za dezinformację uznawane są dzisiaj treści stające chociażby w sprzeczności z tzw. konsensusem społecznym czy naukowym. Swoisty szczyt „walki z dezinformacją” obserwowaliśmy chociażby w czasie pandemii COVID-19, kiedy za bezsprzeczny dowód naukowy uznawano skuteczność maseczki w powstrzymywaniu rozprzestrzeniania się wirusa. Na ustalenia naukowców powoływano się też zamykając lasy czy cmentarze, wszak to podobno osławiona rada medyczna rekomendowała lockdowny.
Niektórzy z czytelników mogą też pamiętać aferę, jaka rozpętała się po wywiadzie udzielonym Bogdanowi Rymanowskiemu przez prof. Grażynę Cichosz, która proponowała zmianę piramidy żywienia i rezygnację z diety opartej na węglowodanach. W jej opinii, za choroby serca odpowiadają zgoła inne czynniki niż dieta tłuszczowa. Program został ostro skrytykowany i uznany za rodzaj dezinformacji. Tymczasem niedługo potem okazało się, że w Stanach Zjednoczonych zmieniono zalecenia zdrowej diety, dążąc do obniżenia spożycia węglowodanów.
Jakie informacje odnośnie zdrowego żywienia przekaże naszym dzieciom nauczyciel? Czy będzie w stanie ocenić, czym jest dezinformacja i na jakich danych warto się opierać np. w kwestii zaleceń żywieniowych? W jaki sposób przedstawi inny sporny problem, jakim jest globalne ocieplenie i wpływ człowieka na ten proces? Możemy spekulować, a na pewno dowiemy się tego od naszych dzieci, które część tych opinii mogą potraktować poważnie.
Rodzic nic nie znaczy?
Wreszcie edukacja zdrowotna bagatelizuje wiele problemów, które wcale nie są tak proste jak pozornie mogą się wydawać. Mowa chociażby o transplantologii, uznanej przez ogromną część środowiska medycznego za wielkie osiągnięcie współczesnej medycyny. To prawda, że transplantacje uratowały wiele ludzkich istnień, ale całej procedurze towarzyszy też spór o szacunek dla życia potencjalnego dawcy. Istnieją przecież naukowcy kwestionujący, czy faktycznie stwierdzenie śmierci pnia mózgu jest wystarczające, by uznać ciało człowieka za martwe. Nie są to wcale teorie wariatów. Czy nauczyciel w trakcie edukacji zdrowotnej opowie o nich uczniom, przedstawiając sprawę jako realny problem, który warto zgłębiać?
Kolejna sprawa dotyczy obowiązkowych szczepień. Tu również opinie nie są jednoznaczne, a sam problem nie jest aksjologicznie zerojedynkowy. Mówimy przecież o procedurze medycznej, co do której istnieją spory. Nakłada się na nie lobbing firm farmaceutycznych, którego doświadczyliśmy chociażby w trakcie pandemii COVID-19. Czy zatem nauczyciel ma prawo jednoznacznie opowiadać się za przymusem szczepień? Jak takie twierdzenia pogodzić z prawem rodziców do wychowania dziecka i kształtowania jego światopoglądu? Dlaczego to akurat nauczyciel ma decydować o tym, co dziecko sądzi o przymusie szczepień, ale też innych kwestiach, które wcale nie są moralnie jednoznaczne, jak chociażby wspomniane już globalne ocieplenie?
Trudno mieć zatem wątpliwości, że edukacja zdrowotna to po prostu kolejny obszar, w którym państwo rości sobie prawo do oddziaływania na obywateli. Tym razem chodzi o kształtowanie opinii dzieci w bardzo konkretnych obszarach. Edukacja zdrowotna jest zatem przedmiotem zideologizowanym i jako taka nie powinna w ogóle pojawić się w szkole, nie mówiąc już o nadaniu jej rangi przedmiotu obowiązkowego.
Nawet jeśli część z tych spraw wydaje nam się jedynie nieszkodliwymi nadużyciami, to pamiętajmy, że jeśli w drobnych sprawach zgodzimy się na ograniczenia naszej władzy rodzicielskiej, za pewien czas zorientujemy się, że tracimy ją w znacznie większym stopniu i bezpowrotnie. Weźmy to pod uwagę, także wówczas, gdy w pewnych kwestiach zgodzimy się z założeniami edukacji zdrowotnej. To zrozumiałe, że część czytelników może być na przykład zwolennikami przymusu szczepień, jednak nie o to toczy się spór. Spór dotyczy prawa do wychowania naszych dzieci w zgodzie z wartościami, w które wierzymy. Dlatego, jeśli chcemy sami to prawo zachować, musimy go zdecydowanie bronić również wtedy, gdy nie zgadzamy się z opiniami, w których obronie występujemy. Trzeba bowiem strzec nienaruszalności samej zasady, nie zaś koncentrować się na przedmiocie sporu.
To jednak nie wyczerpuje jeszcze argumentów, dla których powinniśmy jak najszybciej pozbyć się edukacji zdrowotnej z polskiej szkoły.
Płód chorej wyobraźni
Wprowadzany przez Barbarę Nowacką przedmiot stanowi kompleksowy zbiór zaleceń, formatujący określony styl życia. Obejmuje on naukę budowania relacji społecznych, unikania przemocy, model kształtowania życia rodzinnego, dietę, prowadzenie zdrowego trybu życia, opis badań, jakie powinniśmy wykonywać u lekarza, praktykowanie ćwiczeń fizycznych itd.
W ten sposób szkoła, która każdego roku ponosi porażkę w podstawowych obszarach edukacyjnych – np. w kwestii czytelnictwa – wkracza w obszar de facto formowania młodego człowieka. Mamy zatem sytuację, gdy szkoła abdykuje stopniowo ze swojej podstawowej kompetencji, jaką jest przekazywanie wiedzy, za to dokonuje ekspansji w kierunku formacyjnym, starając się wpływać na sposób myślenia uczniów, w dodatku bez zgody niemałej części rodziców.
Jeśli zatem rodzice delegują na szkołę kompetencje wychowawcze, to – pomijając już fakt rosnącej impotencji szkoły w obszarze edukacyjnym – resort edukacji powinien uzyskać wyraźną zgodę rodziców na wprowadzanie tak kompleksowego programu wychowawczego. Tej zgody jednak nie ma. A zatem edukacja zdrowotna nie powinna nigdy pojawić się w polskiej szkole.
Osobna sprawa dotyczy skuteczności takiego modelu wychowawczego. Wiele z tematów opisanych w programie edukacji zdrowotnej – styl życia, podejście do drugiego człowieka, stosunek do nowych technologii, uprawienie sportu – kształtuje się w relacji z drugim człowiekiem oraz na podstawie ludzkich doświadczeń. Nie można nikogo „nauczyć” miłości do sportu czy przestrzegania zdrowej diety. Nawyki te opierają się na swoistej „pamięci mięśniowej” naszego organizmu i umysłu, którą wypracowujemy latami.
Nie potrafię wytłumaczyć, dlaczego szkoła ma marnotrawić publiczne pieniądze i instytucjonalne zasoby na „uczenie” czegoś, czego nauczyć się nie da. To podobnie jak z patriotyzmem. Nie można kogoś nauczyć patriotyzmu na kilku lekcjach, nawet z wykorzystaniem podręcznika napisanego przez wybitnego historyka. Patriotyzm jest postawą wypracowywaną dzięki wzorcom, poznawaniu historii, konkretnym doświadczeniom wspólnotowym itd.
Założenie, że uczeń nie jest w stanie przeczytać „Pana Tadeusza”, ale na pewno nauczy się odróżniać informację od dezinformacji, bo pani w szkole na jednej lekcji opowie mu, jak to robić, musiał poczynić jakiś kompletny idiota albo zideologizowany oszołom nieświadomy tego, czym jest w istocie proces wychowawczy. Znacznie lepiej bowiem takiemu uczniowi zrobiłoby rozszerzenie listy lektur, a jeśli już koniecznie mielibyśmy dodawać jakiś przedmiot, to świetnie byłoby rozwijać właśnie kształcenie klasyczne poprzez naukę filozofii czy łaciny. W ten sposób uczeń, poznając kulturę swojego kręgu cywilizacyjnego, gromadząc mądrość pokoleniową, potrafiłby znacznie lepiej zmierzyć się z problemami współczesności, niż po doświadczeniu najmądrzej nawet wygłoszonego wykładu na temat szkodliwości smartfonów.
Jeśli naprawdę czegoś możemy nauczyć nasze dzieci, to nie tego, by nie dotykały tej konkretnej trucizny, lecz by potrafiły zrozumieć, czym ta trucizna jest w takiej lub innej postaci.
Tomasz Figura
Joanna Grabarczyk
niezalezna.pl/gejowskie-porno-we-wzorowej-szkole-aktywisci-lgbt-indoktrynowali-nastolatkow
Podczas gdy nauczyciele zajęci byli trwającymi egzaminami uczniów dziesiątej klasy, dziewiątoklasiści zostali oddani w ręce aktywistów LGBT+, którzy przez cały egzaminacyjny tydzień mieli prowadzić dla nich „warsztaty„.
Już drugiego dnia młodzież szkolna w Niemczech zapoznała się dzięki projektowi aktywistów m. in. z gejowską pornografią. Dyrektor placówki nie omówił wcześniej szczegółów projektu z rodzicami.
Szkolna edukacja LGBT
Rodzice dzieci, które zaniepokojone opowiedziały o trwającym w szkole „projekcie”, opowiedziawszy o sytuacji, poprosili o zachowanie anonimowości. Obawiali się, że ujawnienie personaliów ich pociech naraziłoby je na ostracyzm w szkole lub inne nieprzyjemności.
Cała sytuacja miała miejsce w połowie marca. Od 16 do 20 marca w szkole średniej Schleife w powiecie Görlitz w Saksonii odbywały się egzaminu uczniów klas dziesiątych. Za zgodą dyrektora – który jednak, pomimo ciążącego na nim obowiązku oświatowego, nie skonsultował tego planu z rodzicami – w celu odciążenia kadry odpowiedzialnej za przeprowadzenie egzaminów młodzież szkolną pozostawiono jedynie z aktywistami LGBT. Żaden z nauczycieli nie był obecny w czasie trwania „warsztatów”.
Dyrektor sam przyprowadził te osoby do klasy, a potem zostawił nas z nimi samych – opowiedziała jedna z uczennic.
Szkoła średnia Schleife od wielu lat szczyciła się wysokim poziomem nauczania i bezpieczeństwa. Nie raz stawiana była za wzór przez polityków z CDU, rządzących landem. Jeszcze kilka lat temu reputacja liceum w Schleife była tak dobra, że Michael Kretschmer, szef rządu landowego z CDU, mówił o niej że to poziom „Ligi Mistrzów”, jeśli chodzi o oświatę.
Incydent z „projektem LGBT” mocno jednak naruszył zaufanie uczniów oraz rodziców, a także lokalnych polityków.
Jak się okazało, opiekę nad 14- i 15-letnimi uczniami sprawować miały dwie aktywistki. Przedstawiły się nastolatkom jako członkinie projektu teatralnego „Odwagi!” i użyły fikcyjnych imion wyjaśniwszy, że „imiona te należały do płci, z którą się nie identyfikowały”.
Pierwszego dnia aktywistki wraz z dziewiątoklasistami przygotowywały gazetkę ścienną, poświęconą ideom LGBT. Następnie każdy miał się przedstawić zaimkiem, a nie imieniem. Pewien z ojców relacjonował, że jedna z uczennic przedstawiła się swoim imieniem i wyraziła życzenie, żeby zwracać się do niej właśnie w taki sposób. Nie spotkało się to jednak z aprobatą „zastępczych nauczycieli”. Prośba została rzekomo skwitowana lekceważącym gestem prowadzących. Jedna z liderek projektu miała też ponoć pozwolić sobie na komentarz, że po „nazistowskiej Saksoni” nie można spodziewać się niczego innego.
Drugiego dnia aktywiści zabrali dziewiątoklasistów do lasu, podzielili ich w pary, a jednej osobie z pary zawiązali oczy. Następnie młodzież miała biegać pomiędzy wyznaczonymi punktami „jak dzicy”.
Po tym, jak to się skończyło, aktywiści otworzyli dwa plecaki, które przynieśli ze sobą. Rozrzucili ich zawartość na podłodze. Wśród nich znajdowały się różne zdjęcia pornograficzne mężczyzn uprawiających seks, w tym seks oralny. 14- i 15-latkowie znaleźli również zdjęcia nagich, owłosionych męskich pośladków i penisa. (…) Ponadto na ziemi znaleziono ulotki z hasłami anty-AfD, w tym „PIEPRZYĆ AfD” i „Höcke to nazista”
– opisuje magazyn „Junge Freiheit”, który ujawnił skandal.
Dwie pary rodziców wniosły oskarżenie przeciwko aktywistom na komisariacie policji w Weißwasser. Później dołączyła do nich kolejna para rodziców. Przedmiotem skargi jest udostępnienie pornografii dzieciom poniżej 18 roku życia, za co w Niemczech można dostać do roku odsiadki.
Saksońskie Ministerstwo Edukacji zapowiedziało, że zbada, czy doszło do naruszenia przepisów prawa oświatowego. Wściekli rodzice dziewiątoklasistów twierdzą, że dyrektor placówki Jan Rehor naruszył przepis, który stanowi, że „cel, treść i forma edukacji rodzinnej i seksualnej muszą być zakomunikowane rodzicom w odpowiednim czasie i omówione z nimi”.
Rafał Topolski <rafaltopolski@polskakatolicka.org> |
| Drogi Mirosławie, piszę do Ciebie w wyjątkowym dniu, który niesie ze sobą ważne przesłanie dla każdego, komu leży na sercu przyszłość Polski – szczególnie dziś, gdy ponownie stajemy wobec poważnego zagrożenia dla naszych wartości i wychowania młodego pokolenia. Dlatego najpierw proszę Cię o jedną, bardzo konkretną rzecz: poświęć kilka minut i przeczytaj artykuł, który przygotowaliśmy z okazji rocznicy Ślubów Lwowskich. Znajdziesz w nim nie tylko historię, ale przede wszystkim klucz do zrozumienia tego, co dzieje się dziś w naszej Ojczyźnie. Kliknij tutaj i przeczytaj cały artykuł: > PRZECZYTAJ CAŁOŚĆ < Mirosławie, Polska już raz znalazła się na krawędzi upadku – i wtedy to nie siła militarna, lecz powrót do Boga stał się początkiem jej odrodzenia. 1 kwietnia 1656 roku król Jan Kazimierz, w obliczu zniszczenia państwa przez potop szwedzki, uklęknął w katedrze lwowskiej i oddał Rzeczpospolitą pod opiekę Najświętszej Maryi Panny, ogłaszając Ją Królową Polski. Ten akt nie był jedynie religijnym symbolem, lecz konkretną decyzją, która miała wpływ na los całego narodu. W ślad za nim przyszła mobilizacja społeczeństwa, odrodzenie ducha i ostateczne zwycięstwo. Dla ludzi tamtej epoki było jasne, że momentem przełomowym nie była bitwa, ale akt zawierzenia. Mirosławie, trudno oprzeć się wrażeniu, że dziś Polska znów stoi w momencie próby, choć zagrożenie przybiera inną formę. Nie są to już obce wojska, ale działania podejmowane przez własne instytucje państwowe, które coraz wyraźniej zmierzają w kierunku narzucenia diabelskich ideologii sprzecznej z naszą świętą Wiarą i naturalnym porządkiem moralnym. Mirosławie, Ministerstwo Edukacji Narodowej wciąż unika jasnych decyzji w sprawie obowiązkowej „Edukacji zdrowotnej”, jednocześnie przygotowując grunt pod jej wprowadzenie. To milczenie nie jest przypadkowe – jest elementem strategii, która ma uśpić czujność rodziców i przeczekać społeczny opór. Jednocześnie dane z całej Polski pokazują coś niezwykle ważnego: rodzice nie zgadzają się na tę drogę. Masowy bojkot tych zajęć i 15 733 podpisów pod naszą petycją to wyraźny sygnał sprzeciwu wobec treści, które podważają fundament wychowania opartego na wierze i odpowiedzialności. Właśnie w tym miejscu spotykają się historia i teraźniejszość. Śluby Lwowskie przypominają nam, że prawdziwe odrodzenie narodu zaczyna się od decyzji – od uznania świętości, których nie wolno poświęcić, nawet pod presją polityczną czy społeczną. Historia pokazała, że Polacy potrafią się zjednoczyć wokół tego, co najważniejsze – wtedy głos każdego z nas staje się siłą zdolną zmieniać bieg wydarzeń. Dlatego nasza kampania „Polska Katolicka, nie laicka” nie jest tylko reakcją na jeden projekt ministerialny. Jest odpowiedzią na głębszy proces, który próbuje wyrugować chrześcijańskie fundamenty z życia publicznego i wychowania dzieci. Mirosławie, Twoje wsparcie w tym momencie ma realne znaczenie. Dzięki niemu możemy docierać do kolejnych tysięcy rodziców, nagłaśniać fakty, które są przemilczane, oraz wywierać presję na decydentów, którzy liczą na naszą bierność. Dlatego proszę, przeczytaj najnowszy artykuł na naszej stronie internetowej i zobacz, jak bardzo istotna jest odważna obrona naszej świętej Wiary: > Przeczytaj artykuł… Mirosławie, historia Polski uczy nas, że w momentach największego kryzysu nie decydowała siła przeciwnika, lecz postawa samych Polaków. Dziś również to od naszej determinacji, odwagi i wierności zależy, w jakim kierunku pójdzie nasza Ojczyzna. |
| Z wyrazami szacunku i modlitwą, Rafał Topolski Polska Katolicka |
![]() |
| Dzień dobry Panie Mirosławie. Dziękuję, że zapoznał się Pan z informacjami o wyroku w Rzeszowie, które Panu wysyłałem. Jaki kolejny krok może Pan teraz wykonać? Wyrok, który nakazuje szkole traktować chłopca jak dziewczynkę, ma na celu utorowanie drogi dla działań aktywistów w całym kraju. Jeśli nie będzie reakcji społeczeństwa, wkrótce wszystkie szkoły będą musiały kłaniać się przed ideologią, a rodzice stracą wpływ na wychowanie własnych dzieci. Aktywiści dysponują środkami od unijnych instytucji i wielkich korporacji. Stać ich na drogie kancelarie prawne, które będą teraz pozywać kolejne szkoły. Dlatego piszę do Pana ponownie, tym razem w sprawie akcji naszej Fundacji, które chcemy zorganizować. Świadomi rodzice i nauczyciele to najlepsza „tarcza” dla dzieci, która chroni szkoły przed ideologią i pozwala w porę zapobiegać sytuacjom takim jak ta w Rzeszowie – jeszcze zanim w ogóle dojdzie do „zarażenia” umysłów uczniów oraz procesów wytaczanych przez lobby aktywistów. Nasza Fundacja chce docierać do nowych osób i ostrzegać je przed zagrożeniem, co umożliwi reakcję kolejnym rodzicom. Dzięki naszym darczyńcom od początku lutego w całej Polsce udało nam się zorganizować akcje informacyjne i publiczne różańce w 54 miastach i miejscowościach na terenie całego kraju. W nadchodzącym tygodniu (19-26 lutego) nasi wolontariusze chcą zorganizować kolejnych 20 takich akcji, aby dotrzeć do tysięcy kolejnych osób.Koszt jednego, wielkoformatowego banneru, widocznego z daleka w trakcie naszych kampanii ulicznych, to ok. 200 zł. Nieco większe są koszty zatankowania samochodu, aby nasi koordynatorzy mogli dojechać do kolejnych miast i pomóc w organizacji akcji na miejscu. Za 100 zł lub 50 zł możemy wydrukować nowe ulotki ostrzegawcze i broszury informacyjne, które rozdamy przechodniom. Kilkaset złotych kosztuje z kolei namiot, którego używamy w trakcie akcji ulicznych, zwłaszcza w trakcie trudnych warunków pogodowych. Dlatego proszę Pana o przekazanie 50 zł, 100 zł, 200 zł, lub dowolnej innej kwoty, jaka jest obecnie dla Pana możliwa, aby umożliwić naszym wolontariuszom organizację nadchodzących akcji informacyjnych. Konto Fundacji do darowizn: 79 1050 1025 1000 0022 9191 4667 Fundacja Pro – Prawo do życia ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków WPŁACAM Z wyrazami szacunku, Mariusz Dzierżawski ![]() Fundacja Pro – Prawo do życia KRS: 0000233080 NIP: 1231051050 REGON: 010083573 ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków Jesteśmy Organizacją Pożytku Publicznego OPP. |
Hanna Dobrowolska
wpolityce/niszczacy-eksperyment-na-uczniach-oto-cel-rzadu-tuska
„Reforma26.Kompas jutra” jest szkodliwym eksperymentem realizowanym na dzieciach i młodzieży w celu przeprowadzenia transformacji oświaty, a następnie – poprzez nią – dokonania fundamentalnych zmian społecznych.
Pora nazwać rzeczy po imieniu i adekwatnie do niszczycielskich zamiarów Barbary Nowackiej, jako „oświatowego ramienia” rządu Tuska.
Określenie eksperyment jest w pełni zasadne, gdyż zmiany zaproponowane przez MEN nie zostały poprzedzone żadnymi badaniami, pilotażami ani analizami ich skutków. Można się domyślać, dlaczego. Ujawniłyby bowiem faktyczny cel władzy. Streszcza go pokrótce zastosowany w podstawie programowej zwrot – „tworzenie tożsamości”.
Coś nam to przypomina? Skojarzenie z totalitarnymi modelami społecznymi o rodowodzie komunistycznym jest jak najbardziej zasadne. Wszystkie „sektory” społeczne – w tym edukacja, szkolnictwo wyższe, rodzina, polityka społeczna, kwestie pracownicze, środowisko – w rządzie Tuska trafiły w ręce gorliwych neomarksistowskich funkcjonariuszy.
Trudno nie zauważyć, że w oświacie lewicowa obręcz zaciska się coraz szczelniej. B. Nowacka zaproponowała właśnie model podstawy programowej „Reformy26.Kompas Jutra”, który znacznie wykracza poza funkcję kształcenia, dotychczas – kluczową. Zmieniono w istocie rzecz najważniejszą, a mianowicie to, czym ma być szkoła.
Podstawa programowa „Reformy26.Kompas Jutra” jest obszernym zbiorem celów i metod kształtowania postaw i przekonań uczniów i temu służy, a nie przekazywaniu wiedzy i dobremu wychowaniu, jak było przez wieki.
Dlatego tak niewiele w niej konkretów, czyli treści nauczania, a tak wiele wykazów wszelkich kompetencji i „sprawczości” ucznia oraz uściśleń co do sposobów ich wypracowania, ograniczających autonomię nauczyciela. Wprawdzie weto Prezydenta do ustawy Prawo oświatowe zahamowało proces zmiany całego aparatu pojęciowego systemu oświaty, co było planem MEN, ale lektura obecnej wersji projektu wskazuje jasno, że B. Nowacka zastosowała metodę „obejścia”, nie rezygnując z zasadniczego celu. Usunięto powszechnie oprotestowane „efekty kształcenia”, świadczące jednoznacznie o skrajnie pragmatycznym podejściu do edukacji, przywrócono pojęcie „treści kształcenia”, ale nie zmieniono zawartości podstawy. Nieco bardziej zawiłą drogą lewica dąży w tym samym kierunku.
Szkoła nie ma już uczyć! Jej pierwszym zadaniem jest formatowanie młodego unijczyka najniższej klasy, czyli „o kompetencjach podstawowych na poziomie podstawowym”, według wzorców narzuconych poprzez tzw. Profil absolwenta [przyjęty przez MEN w 2024 r.].
Drugim nie mniej istotnym zadaniem „nowej szkoły” jest ingerowanie w prawa rodzicielskie i uzależnianie każdego ucznia od wsparcia aparatu państwa. Temu służy psychologizacja szkoły i edukacja włączająca. Celowo połączono w jednej inkluzywnej klasie „neuroróżnorodne” osobowości, dodając falę imigrantów nieznających języka polskiego i nie wymagając od nich tej umiejętności. Połączono, a teraz proponuje się im iluzję wsparcia przez rzesze specjalistów. Ingerowaniu w życie rodzinne będzie służyć za chwilę – od 1 kwietnia 2026r. – nowy obowiązek nałożony na nauczycieli: stosowania oceny funkcjonalnej w odniesieniu do każdego ucznia. Kwestionariusz tej oceny brutalnie prześwietla życie rodzinne, łamie Konstytucję i powinien się spotkać z odmową wyrażenia zgody na ocenę funkcjonalną wszystkich rodziców.
Odpolszczanie polskich uczniów i systemowe zawłaszczanie ich przez Europejski Obszar Edukacji jest realizowane rozmaitymi sposobami. Obserwujemy politykę wynarodowienia, relatywizowanie wiedzy, kształtowanie postaw bezkrytycznie akceptujących UE, formatowanie w kierunku ulegania presji klimatycznej, zachęcanie do tranzycji płciowej.
Opowieści B. Nowackiej o sprawczości i nowoczesnym podejściu do edukacji nie mają nic wspólnego z rzeczywistością i stanowią zasłonę dymną dla faktycznych zamiarów rządu Tuska. Dąży on do dokonania transformacji oświaty i zmiany funkcji szkoły z uczącej na opiekuńczo-terapeutyczną w założeniu, a faktycznie na formatująco-opresyjną.
W 2024 zabrano uczniom 20% wiedzy; obecna podstawa programowa idzie w tym samym kierunku i utrwala schemat: im mniej, tym lepiej. Zabór treści nauczania postępuje.
Na przykładzie języka polskiego widać to szczególnie jaskrawo – „Panu Tadeuszowi” ukradziono podczas tzw. uszczuplenia podstawy w 2024 r. połowę ksiąg, a według obecnej propozycji epopeja narodowa ma być reprezentowana jedynie przez „Inwokację”.
Do klasy 6 włącznie zlikwidowano całkowicie kanon lektur. W klasach 7-8 pozostawiono 3 dłuższe teksty. Reszta zależy od widzimisię nauczyciela i ucznia, co ma w teorii Nowackiej zachęcić do „praktyk lekturowych”. Lewicowa logika ujawnia się tu z całą mocą. Na dodatek w ramach ostatnich korekt – już po grudniowym wecie Prezydenta – niczym skalpelem usunięto kilkakrotnie wyraz „obowiązkowy” w odniesieniu do lektur. Przypadek?
Z brakiem obowiązkowości wiąże się utrzymanie fatalnych pomysłów MEN dotyczących radykalnego ograniczenia zadawania prac domowych i zakazu ich oceniania wprowadzonych na wiosnę 2024 r. Nawet druzgocące dla MEN badanie przeprowadzone na zamówienie ministerstwa przez IBE i upublicznione jesienią 2025 r. niczego nie zmieniło. Słyszymy o możliwych korektach rozporządzenia od jesieni 2026r., gdy tymczasem uczniowie kolejny rok nie robią już niczego poza szkołą. Radykalnie spadła ich samodzielność, samokontrola, motywacja do podejmowania wysiłku, poczucie sensu nauki. Alarmują od wielu miesięcy nauczyciele, dyrektorzy szkół oraz rodzice, napotykając na ścianę milczenia B. Nowackiej.
Innym niezwykle istotnym przykładem kradzieży wiedzy polskim uczniom jest wprowadzenie do kl. 6 przedmiotu przyroda przy jednoczesnej likwidacji biologii oraz geografii. To celowe działanie na szkodę uczniów. I to ponowne, gdyż już raz rząd Tuska wprowadził identyczne rozwiązanie. Po przywróceniu nauczania przedmiotowego przez minister Annę Zalewską obiektywne wyniki PISA wykazały podniesienie się kompetencji polskich uczniów w zakresie przedmiotów przyrodniczych i geografii na tle innych państw.
Pożeglowaliśmy widocznie za wysoko w międzynarodowych rankingach, zdaniem unijnych zarządców, stąd determinacja, by pomimo sprzeciwów wielu tysięcy nauczycieli przyrodników i geografów forsować to fatalne rozwiązanie. Grozi ono – tak stało się np. w USA – spadkiem kompetencji przyrodniczych o ok. 30%, czyli zapaścią kształcenia w dziedzinach wielu nauk i docelowo – upadkiem licznych zawodów.
Podobne przykłady można przywołać z zakresu innych przedmiotów – historii, matematyki, fizyki, a nawet – nauczania języka angielskiego.
Destrukcja w nauczaniu początkowym jest szczególnie groźna – demontowane są podwaliny edukacji. Odwołuję tu do znakomitych Admonicji kierowanych do Instytutu Badań Edukacyjnych i MEN autorstwa zespołów kierowanych przez znawczynię tematu – Dorotę Dziamską dyrektor Pracowni Pedagogicznej im. prof. Ryszarda Więckowskiego.
Za uczniem bez wiedzy zza zasłony dymnej wyłania się uczeń bez tożsamości narodowej [celowo rugowanej z programów nauczania od 2024r. z niespotykaną zajadłością], bez rozsądku [z fikcyjnym poczuciem sprawczości, oderwany od rzeczywistości ], bez zdrowia [gdyż wmówiono mu wszelkie problemy psychiczne, rozchwiano tożsamość płciową, wskazano drogę tranzycji i roz-seksualizowano] i bez rodziny, wobec której wciąż nastawiany jest negatywnie, podejrzliwie i kierowany pod skrzydła opiekuńczego państwa z jego aparatem psychologów, pedagogów, terapeutów i urzędników oraz policji. Donoszenie na najbliższych w celu wymuszenia swoich domniemanych praw, tak popularne w innych krajach unijnych, staje się coraz bardziej powszechne także nad Wisłą.
21 stycznia MEN podał do wiadomości publicznej, iż zarządza 7-dniowe [!!!] konsultacje publiczne omawianych tu nowych podstaw programowych dla przedszkoli i szkół podstawowych. Zamiast obowiązujących 21 dni – wg Rządowego Centrum Legislacji – „publika” ma tydzień na zajęcie stanowiska wobec zmodyfikowanych podstaw. Zgodnie z prawem termin może ulec wprawdzie skróceniu, jednakże wymaga ono szczegółowego uzasadnienia (§ 129 Regulaminu). Uzasadnienie B. Nowackiej nie jest bynajmniej szczegółowe i brzmi w swej konkluzji następująco:
Skrócenie terminu konsultacji projektu rozporządzenia jest niezbędne aby możliwe było wdrożenie zmian zgodnie z założonym harmonogramem, tj. sukcesywnie począwszy od 1 września 2026.
Oznacza to ni mniej ni więcej, że fikcja tygodniowych konsultacji ma umożliwić realizację wcześniejszego planu bez oglądania się na wnioski z przesyłanych opinii.
Jest to pokaz niebywałej buty! Być może wkrótce B. Nowacka wyznaczy na przykład jeden dzień na konsultacje, oczywiście w ramach demokratyzacji życia publicznego w Polsce. Potwierdza się w całej rozciągłości wynik ankiety przeprowadzonej w grudniu przez Koalicję na Rzecz Ocalenia Polskiej Szkoły wśród ponad 2 tysięcy respondentów. Na jedno z pytań 95 % respondentów odpowiedziało, iż: „Konsultacje publiczne są pozorowane, tzw. reforma już jest postanowiona, a brak powszechnych konsultacji społecznych w tak ważnej sprawie budzi sprzeciw”.
Dalej w uzasadnieniu do skrócenia terminu przez B. Nowacką czytamy:
W wyniku zawetowana tej ustawy przez Prezydenta RP konieczne stało się opracowanie nowego projektu rozporządzenia, w którym uwzględniono niezbędne zmiany, w tym również zmiany wynikające z uwag zgłoszonych do poprzedniej wersji projektu.
Tymczasem żadne istotne zmiany zgłoszone przez wiele opiniujących podmiotów do poprzedniej wersji projektu nie zostały uwzględnione!
Teraz podstawy programowe zostały poddane wizerunkowemu liftingowi, choć zarazem wyostrzono [a nie usunięto – jak sugerowały choćby opinie środowiska KROPS] pewne szczegóły np. dodając wskazanie edukacji włączającej w kl.1-3 i usuwając obowiązkowość w zakresie lektur.
Opiniowane podstawy programowe zmieniają funkcję i charakter szkoły. Zapoczątkowują proces transformacji edukacji w kierunku tworzenia w szkole i poprzez szkołę społeczeństwa inkluzywnego. Kształcenie ustępuje miejsca sterowanej zmianie społecznej. Zamiar wejścia na drogę transformacji nie został przez władze społeczeństwu ujawniony i nie mają one w tej sprawie społecznego przyzwolenia. – opiniowała Koalicja w grudniu i dziś podtrzymuje swoje stanowisko.
97% respondentów niezależnej ankiety KROPS domaga się wstrzymania zmian w edukacji i szerokiej debaty społecznej na ten temat. To głos wyborców, którzy oczekują zdecydowanych działań od polityków, szczególnie tych deklarujących sprzeciw wobec polityki rządu Tuska.
Zaskarżenie do Trybunału Konstytucyjnego kilku szkodliwych i bezprawnych rozporządzeń, doniesienie do prokuratury wobec podejmowania świadomych działań na szkodę uczniów oraz łamania prawa przez funkcjonariuszy państwowych, czyli władze resortu, formalny wniosek o dymisję minister B. Nowackiej [podobny został podpisany internetowo przez 70 tysięcy Polaków] – są możliwe i konieczne. Podobnie oczekiwane są interpelacje i zapytania poselskie np. w kwestiach związanych z zagranicznym finansowaniem szkodliwego projektu edukacji włączającej, z brakiem podręczników do nowego przedmiotu przyroda i szkoleń dla kompletnie nieprzygotowanych nauczycieli, z brakiem realnych możliwości realizacji wielu wymagań nowej podstawy programowej z powodu niedoinwestowania szkół, w tym szczególnie pracowni. Potrzebna jest wielka kampania informacyjna w szkołach i w mediach związania z obroną zagrożonych praw uczniów i rodziców, w tym z prawem uczniów do nauki i rodziców – do wychowania zgodnie z własnymi przekonaniami oraz prawem do nauki dziecka z dysfunkcjami w przyjaznej i dostępnej szkole specjalistycznej.
Te i wiele innych możliwości ma Prezydent oraz posłowie i senatorowie oraz ich zaplecze polityczne, by pokazać swoją niezgodę na plan niszczenia polskiej szkoły i przeprowadzić skuteczny kontratak.
Ze względu na opisany cel: „transformacji edukacji w kierunku tworzenia w szkole i poprzez szkołę społeczeństwa inkluzywnego” – całość projektu Reforma26 ma charakter systemowej destrukcji obecnego systemu oświaty i jednoczesnej budowy na tych zgliszczach „ nowego porządku szkoły”, trawestując popularne określenie. To nie teoria spiskowa. To fakty.
„DEformie26. Kompas na Brukselę” należy przeciwstawić zjednoczony powszechny opór społeczeństwa i polityków opozycji, jeśli faktycznie chcą nią być w oczach wyborców.

(Źródło: YouTube/Prezydent RP)
Prezydent Karol Nawrocki zawetował ustawę zmiany w prawie oświatowym. – Nie mogę wyrazić zgody na taką ustawę. To reforma prowadząca do chaosu, ideologizacji szkoły i eksperymentowania na całych rocznikach dzieci – ocenił Karol Nawrocki informując o swoim wecie.
Na temat Reformy 26 „Kompas Jutra” krytyczne wypowiadały się liczne środowiska oświatowe i eksperci, w tym ponad 90 organizacji zrzeszonych w Koalicji na Rzecz Ocalenia Polskiej Szkoły (KROPS). Apelowali oni do prezydenta o o wstrzymanie zmian w edukacji. Prezydent Karol Nawrocki wsłuchał się w ten głos.
Jak przypomniał, w Pałacu Prezydenckim zorganizowano specjalne konsultacje z ekspertami, nauczycielami, organizacjami oświatowymi i rodzicami. – Po rozmowach z nimi, po ich apelach, nie mogę wyrazić zgody na taką ustawę. To reforma prowadząca do chaosu, ideologizacji szkoły i eksperymentowania na całych rocznikach dzieci. Polska szkoła potrzebuje spokoju, wiedzy i stabilności, a nie nieprzemyślanych, chaotycznych zmian, które zaraz po wprowadzeniu trzeba będzie poprawiać, bo zamiast polepszyć tylko pogorszą sytuację. Tak było z wprowadzeniem tzw. edukacji zdrowotnej czy szkodliwej rezygnacji z prac domowych. Z tą ustawą byłoby tak samo – powiedział Karol Nawrocki.
Jak dodał, edukacja to inwestycja w przyszłość narodu. – Tu nie ma miejsca na przygotowane w ten sposób rozwiązania. Nie mówię, że polska szkoła nie potrzebuje zmian. Potrzebuje, ale niech to będą systemowe, dobre rozwiązania, które złe rzeczy zamieniają na lepsze, a nie na jeszcze gorsze – wskazał.
Do sprawy odniosła się KROPS, dziękując prezydentowi za weto. Organizacja przypomniała jednocześnie zagrożenia jakie niosła za sobą reforma.
https://www.facebook.com/plugins/post.php?href=https%3A%2F%2Fwww.facebook.com%2Fpermalink.php%3Fstory_fbid%3Dpfbid0sXuE4tqj8UgonDk9A2bB32qdmsnuPxW2mUyBrvE55LC1dDY6i8R6WS2RD7sdewXcl%26id%3D61578238538257&show_text=true&width=500
Jak czytamy na stronach KROPS:
W Pałacu Prezydenckim w Warszawie, 17 grudnia 2025 r., zaprezentowano wspólne stanowisko ponad 90 organizacji pozarządowych oraz ekspertów edukacyjnych dotyczące ustawy z dnia 21 listopada 2025 r. o zmianie ustawy Prawo oświatowe oraz niektórych innych ustaw, znanej jako „Reforma 26.Kompas Jutra”. Dokument, przygotowany przez Jolantę Dobrzyńską, ekspertkę ds. edukacji, szczegółowo obnażył słabości proponowanych reform. Sygnatariusze KROPS, w tym m.in. Ruch Ochrony Szkoły, Stowarzyszenie Pedagogów NATAN, Stowarzyszenie „Nauczyciele dla Wolności” i Polskie Forum Rodziców, wnioskowali o prezydenckie weto. Reforma26.KompasJutra narusza cele edukacji i wychowania, a także zagraża suwerenności Polski w edukacji.
Reforma 26.Kompas Jutra przewiduje zmianę programów nauczania, zastępując obowiązkowe cele edukacyjne i treści nauczania zbiorem efektów uczenia się oraz wymagań dotyczących doświadczeń edukacyjnych. Bardziej niż przekazywanie tradycyjnej wiedzy i umiejętności, nacisk kładziony jest na kompetencje społeczne, interdyscyplinarne przedsięwzięcia, inkluzję oraz „uczenie się przez działanie”. Eksperci zgodnie twierdzą, że te innowacje grożą wprowadzeniem chaosu organizacyjnego, utratą autonomii nauczycieli i obniżeniem standardów edukacyjnych.
Hanna Dobrowolska przedstawiła wyniki badania opinii społecznej, które wykazują, że niemal 96% z blisko 2060 respondentów, którzy wypełnili ankietę badawczą, odrzuca powyższe propozycje MEN i oczekuje: wiedzy, budowania narodowej tożsamości [m.in. poprzez kanon lektur], systematyczności i wymagań [w tym powrotu prac domowych}, a nie chaosu, łamania praw rodziców i nieliczenia się z opinią publiczną. Jolanta Dobrzyńska argumentuje, że reforma odzwierciedla globalne trendy w restrukturyzacji edukacji, które mogą przenieść kontrolę nad polską edukacją na poziom ponadnarodowy. Formułuje następujące kluczowe wady propozycji MEN:
Wada I: Brak przejrzystości i jednoznaczności
Nowe przepisy ustawy charakteryzują się skomplikowaniem i niejednoznacznością, co utrudnia ich interpretację i stosowanie w praktyce szkolnej. Brakuje jasnych definicji dla wielu wprowadzanych terminów takich jak „sposoby organizacji środowisk edukacyjnych” czy „wymagania dotyczące doświadczeń edukacyjnych”.
Wada II: Nadmierna regulacja — scentralizowana edukacja
Projekt ustawy narzuca nadmierną regulację poprzez metody pracy, które powinny pozostać w kompetencjach nauczycieli zgodnie z Kartą Nauczyciela. Wymagane elementy takie jak praca w zespołach różnowiekowych i określone formy doświadczeń edukacyjnych (projekty, debaty, kampanie) kolidują z autonomią pedagogiczną. Ministerstwo chce definiować organizację nauczania. To znaczy, że nie będzie miejsca na uwzględnianie specyfiki lokalnych społeczności i kreatywność nauczycieli. Taki stan doprowadzi do jeszcze większego biurokratycznego obciążenia szkół.
Wada III: Brak czasu na systematyczne nauczanie
Reforma skraca czas na przekazywanie systematycznego materiału nauczania na rzecz form realizacji kompetencji społecznych, czasochłonnych doświadczeń edukacyjnych oraz obowiązkowego tygodnia projektowego. Oczekiwane konsekwencje to nieosiągnięcie docelowych efektów uczenia się. Jolanta Dobrzyńska ostrzega, że uczniowie będą się skupiać na projektach i interakcjach społecznych kosztem zdobywania wiedzy.
Wada IV: Reforma jako dekonstrukcja edukacji
Architekci zmian, opierając się na „Profilu absolwenta” Instytutu Badań Edukacyjnych [ideologicznych ramach bez naukowych dowodów], podważają istotę edukacji. To sterowanie społeczne.
Wada V: Sedno reformy to ściśle zarządzana zmiana społeczna
Zmiany umieszczają Polskę w ponadnarodowym procesie transformacji edukacyjnej, zainicjowanym przez Szczyt Transformacji Edukacji ONZ (TES) w Nowym Jorku w 2022 r. Główny cel szkoły przesuwa się z kształcenia i wychowania na ustanowienie społeczeństwa inkluzywnego, z naciskiem na „jak żyć” i „jak działać”. Taki system umożliwi instytucjonalną kontrolę nad dzieckiem. Taka transformacja zagraża suwerenności Polski, przekształcając edukację z dobra narodowego w narzędzie globalnej agendy społecznej.
Wada VI: Reforma ma na celu stworzenie „nowego człowieka”
Projekt obejmuje strategie kształtowania postaw i przekonań uczniów np. przez „tworzenie tożsamości” i „określanie własnych celów w uczeniu się”. Takie podejście do młodego człowieka może prowadzić do formatowania jego osobowości wg ustalonych i zideologizowanych kierunków działania. Zostaną zignorowane indywidualne różnice między dziećmi i wolność rozwoju.
Wada VII: Deprecjacja wiedzy i jej selektywność
W reformie wiedza redukowana jest do aspektu działania (uczenie się przez działanie. To para-zawodowe szkolenie intelektualnego pracownika, skupione na „co?” i „jak?” zamiast głębokim zrozumieniu. Metoda odwraca techniki wypracowane przez pokolenia, czyniąc wiedzę selektywną i fragmentaryczną. Brak systematycznego przekazywania wiedzy znacząco osłabi rozwój intelektualny uczniów.
Wada VIII: Sprowadzenie wartości do instrumentów wpływu
Dotychczasowe wartości zastępowane są wdrażanymi: inkluzją społeczną, kreatywnością, sprawczością i dobrostanem. To rodzi iluzję edukacji, niszcząc autentyczne wartości w uczniach.
Wada IX: Reforma jako instalacja edukacyjnej równi pochyłej
Edukacja inkluzyjna połączona z nowymi programami spowoduje, że uczniowie będą mniej wiedzieć. Szkoły już teraz coraz częściej skupiają się na integracji społecznej zamiast przekazywać wiedzę.
Wada X: Nadzwyczajna żywotność mitów edukacyjnych
Reforma zakorzeniona jest w mitach. Najważniejsze z nich brzmią: „nowość jest zawsze lepsza”, „uczymy dla przyszłego świata”, „umiejętności miękkie są najważniejsze” czy „wiedza jest mniej ważna niż praktyka”. Weryfikacja poprzez prestiżowe szkoły na Zachodzie potwierdza dominację solidnej wiedzy i tradycyjnych metod. Tylko obalenie tych mitów może zapobiec błędom, które osłabiły edukację w innych krajach.
MEN nie odpuści
Minister edukacji Barbara Nowacka pytana o apele o prezydenckie weto mówiła, że MEN jest przygotowane na każdy wariant i reforma będzie wprowadzana bez względu na to, czy prezydent podpisze nowelizację, czy ją zawetuje.
– To, co proponujemy w reformie, to są spokojne zmiany dające większą autonomię nauczycielom, dające uczniom możliwość pracy zespołowej, kształtowania kompetencji kluczowych w XXI wieku. I to jest po prostu w interesie Polski, polskiej młodzieży, polskiej gospodarki, polskiej przyszłości i dobrostanu młodych ludzi, ale też dobrostanu nauczycieli – wskazała.
Zauważyła, że wiele zaproponowanych zmian już funkcjonuje w szkołach niepublicznych i w części publicznych, zaznaczyła, że w reformie chodzi o to by stały się standardem we wszystkich szkołach publicznych.
Źródła: prezydent.pl /PAP/ ratujmyszkole.pl/Facebook
MA

(Fot. GRZEGORZ KRZYZEWSKI / FotoNews / Forum)
Ponad trzy czwarte Polaków (76 procent) opowiada się za przywróceniem obowiązkowych prac domowych do szkół podstawowych. Przeciwnych temu jest 16 procent badanych – przyznało we wtorek Centrum Badania Opinii Społecznej.
Z opublikowanego we wtorek badania CBOS „Polacy o zmianach w szkolnictwie” wynika, że ponad trzy czwarte Polaków (76 proc.) opowiada się za przywróceniem obowiązkowych prac domowych do szkół podstawowych. Przeciwnych temu jest 16 proc. badanych.
Autorzy publikacji podali, że rodzice dzieci w wieku szkolnym „nieznacznie częściej” popierają przywrócenie obowiązkowych prac domowych do szkół podstawowych (81 proc.) niż osoby niemające dzieci w tym wieku (76 proc.).
„Poparcie dla powrotu obowiązkowych prac domowych częściej niż pozostali deklarują przedstawiciele kadry kierowniczej (85 proc.), robotnicy wykwalifikowani (85 proc.), pracownicy instytucji publicznych (87 proc.) oraz osoby o poglądach prawicowych (85 proc.)” – czytamy.
Z badania wynika, że niezależnie od preferencji partyjnych, zdecydowana większość badanych popiera przywrócenie prac domowych. Najczęściej jednak opowiadają się za tym wyborcy Prawa i Sprawiedliwości (87 proc.), Konfederacji Wolność i Niepodległość (89 proc.), a także Konfederacji Korony Polskiej (89 proc.).
Do przeciwników zaliczają się najmłodsi badani, 18–24 lata (29 proc.) oraz osoby zajmujące się prowadzeniem domu (31 proc.).
Jeśli wierzyć badaniu, 54 procent respondentów popiera ograniczenie lekcji religii w szkołach publicznych do jednej godziny tygodniowo. Nie zgadza się na to 37 proc. badanych.
To samo pytanie CBOS zadało respondentom we wrześniu 2024 r., gdy ograniczenie liczby godzin religii było dopiero planowane. Wówczas nieznacznie więcej osób (58 proc.) popierało ten projekt.
Jeśli chodzi o nowy przedmiot edukacja zdrowotna, „80 proc. badanych o nim słyszała, ale jedynie 40 proc. interesowało się tym tematem”.
„Spośród osób, które słyszały o edukacji zdrowotnej, 60 proc. popiera wprowadzenie jej do programu nauczania, przy czym większość (37 proc.) wyraża zdecydowane poparcie. Sprzeciw wobec nowego przedmiotu deklaruje 31 proc. badanych, a 9 proc. nie ma sprecyzowanej opinii na ten temat” – wynika z badania.
Dwie trzecie popierających wprowadzenie edukacji zdrowotnej do programu nauczania (67 proc.) zgadza się ze stwierdzeniem, iż powinna ona być przedmiotem obowiązkowym, z czego 40 proc. opowiada się za tym „zdecydowanie”, a 27 proc. – „raczej”. Sprzeciw wobec pomysłu wyraziło 22 proc. pytanych.
CBOS poprosiło respondentów, którzy byli przeciwni wprowadzeniu do programu nauczania edukacji zdrowotnej o uzasadnienie swojej opinii. Najwięcej z nich (22 proc.) stwierdziło, że „edukacja zdrowotna będzie służyć propagowaniu ideologii lewicowej”. Kolejną często wskazywaną przyczyną sprzeciwu (11 proc.) była obawa, że przedmiot został przygotowany „na szybko”, „na kolanie”, nie ma do niego podręczników, będą prowadzić go nieprzeszkoleni w tym kierunku nauczyciele, a w związku z tym nie wiadomo, jakie ostatecznie treści będą poruszane na zajęciach.
Badanie „Aktualne problemy i wydarzenia” przeprowadzono w ramach procedury mixed-mode na reprezentatywnej imiennej próbie pełnoletnich mieszkańców Polski, wylosowanej z rejestru PESEL. Badanie zrealizowano w dniach od 2 do 13 października 2025 r. na próbie liczącej 901 osób (w tym: 61,2 proc. metodą CAPI, 22,5 proc. – CATI i 16,3 proc. – CAWI).
Źródło: PAP
===========================
![]() |
| Szanowni Państwo, to, co z edukacją w ciągu niespełna dwóch lat rządów zrobiło ministerstwo oddane w ręce lewicy, śmiało można określić mianem dewastacji. W opublikowanym niedawno raporcie Instytutu Badań Edukacyjnych na temat rozporządzenia de facto eliminującego prace domowe (podpisanego przed ponad rokiem przez Minister Barbarę Nowacką) dostajemy dane, które na tym pomyśle nie zostawiają suchej nitki. Proszę tylko spojrzeć: 91% nauczycieli klas IV-VIII zgłasza trudności z opanowaniem materiału wśród uczniów; 84% pedagogów zwraca uwagę na obniżenie motywacji uczniów;nauczycieli niepokoi również obserwowany wśród dzieci spadek samodzielności i obniżenie poczucia odpowiedzialności za naukę (odpowiednio 77% i 80%); 81% nauczycieli nauczania początkowego zaobserwowało zaś u swoich podopiecznych spadek systematyczności w nauce. Ogółem aż… 90% nauczycieli klas VI-VIII, których najbardziej dotknęła reforma, uważa, że zmiany te były niekorzystne dla uczniów. Te dane mówią same za siebie – dewastacja. Począwszy od zakazu zadawania prac domowych, przez bezprecedensowe okrojenie podstaw programowych i wyrzucenie z nich treści o kluczowym znaczeniu, aż po próbę wyrugowania ze szkół lekcji religii i całą gamę zmian motywowanych ideologicznie.Dla nas – rodziców, nauczycieli, dyrektorów i wszystkich osób zatroskanych o młode pokolenie – to jasny sygnał alarmowy. Ale dla pani minister… to doskonały moment, aby przeprowadzić kolejne zmiany pogrążające polską szkołę w jeszcze głębszym kryzysie! Zmiany w edukacji, zarówno systemowe, jak i motywowane ideologicznie, do których wprowadzenia prą rządzący, doprowadzą do drastycznego obniżenia poziomu nauczania, ale także – co równie niebezpieczne – do zmiany sposobu myślenia, przebudowania hierarchii wartości, a w konsekwencji przemian społecznych, które obejmą całe pokolenie. Dlatego już dziś proszę Państwa o pomoc – musimy przeciwstawić się postępującej destrukcji systemu edukacji. Nie możemy pozwolić, aby lewicowa rewolucja pochłonęła polskie szkoły! Wspieram walkę o polską szkołę!Na początku jednak chciałbym gorąco Państwu podziękować za udział w akcji Szlachetny Piątek. Dziękuję zarówno uczniom i nauczycielom, politykom, redakcjom, które włączyły się w promowanie wydarzenia, jak i każdemu z Państwa, kto postanowił razem z nami pokazywać młodzieży dobre, konstruktywne wartości: szlachetność, czystość i wierność. Ta akcja pokazała, że działając wspólnie, możemy skutecznie przeciwstawić się próbom skierowania polskich szkół na nowe ideologiczne tory.Ale to nie koniec walki o edukację naszych dzieci. Już wkrótce czeka nas bowiem próba wprowadzenia kolejnych zmian, które mogą nieodwracalnie zdewastować system szkolnictwa. I nie boję się tu użyć wielkich słów: to, co szykuje resort edukacji, to prawdziwa destrukcja. Mowa o rządowym projekcie ustawy o zmianie ustawy – Prawo oświatowe oraz niektórych innych ustaw. Proponowane tam rozwiązania są kalką fatalnych rozwiązań edukacyjnych o ideologicznym podłożu, które funkcjonują już na Zachodzie.Oczywiście argumentem za koniecznością takich przemian ma być dostosowanie szkół do nowych wyzwań, jakie stoją przed uczniami i absolwentami w dzisiejszym świecie. W praktyce to po prostu próba zniszczenia polskich szkół, tak aby zamiast uczyć i wychowywać, formatowały dzieci i młodzież na „postępową” modłę. Projekt nowelizacji należy łączyć ze znaną nam już „Reformą 26. Kompas Jutra”. Proponowane tam zmiany obejmują m.in.:drastyczne ograniczenie kanonu lektur obowiązkowych;ograniczenie nauczania geografii czy biologii;przemycanie edukacji klimatycznej na niemal każdym przedmiocie;wprowadzenie obowiązkowej edukacji zdrowotnej z elementami deprawującej edukacji seksualnej;ograniczenie wątków narodowych i chrześcijańskich na rzecz ponadnarodowych w nauczaniu historii. Cel lewicowego kierownictwa MEN rysuje się wyraźnie jak na dłoni: to sformatowanie nowego człowieka – wykorzenionego z łona własnego narodu, pozbawionego kodu kulturowego i nieświadomego w zakresie podstaw własnego rozwoju, z wykrzywioną wizją płciowości czy seksualności. Trudno nie patrzyć na te działania także w szerszej perspektywie. Wiedzą Państwo zapewne o przygotowywanej w brukselskich gabinetach reformie traktatów unijnych. Przewiduje ona między innymi, że procesy edukacyjne w Europie będą wyjęte spod suwerennej władzy państw narodowych. Działania obecnego rządu, który chce być prymusem we wprowadzaniu wszelkich eu-regulacji, już dziś wpisują się w ten trend. W połączeniu z dotychczasowymi elementami reformy, czyli ograniczaniem prac domowych, wyrzucaniem ze szkół religii, wprowadzeniem edukacji obywatelskiej i „zdrowotnej” możemy bez trudu zarysować sylwetkę absolwenta szkoły według Barbary Nowackiej. To będzie człowiek niezwykle podatny na wtłoczenie nowej wizji człowieczeństwa i „miłości” opartej wyłącznie na popędzie i hedonizmie tymczasowych relacji bez żadnych zobowiązań, zakompleksiony z powodu bycia Polakiem i nieumiejący odróżnić prawdy od pseudonaukowych, zideologizowanych treści. Ze szkoły mają zniknąć nie tylko „treści nauczania” zastąpione trudnymi do zdefiniowania „doświadczeniami edukacyjnymi”. Ma zniknąć rodzina, małżeństwo, odpowiedzialność, dziecko poczęte i godność życia ludzkiego. To zmiana nie tylko systemu szkolnictwa – to destrukcja całego pokolenia.Nie możemy patrzeć na to spokojnie!Chcę pomóc chronić polską szkołę!W Centrum Życia i Rodziny już od kilku lat pracujemy wspólnie ze szkołami nad tym, aby zatrzymać ideologiczną ofensywę lewicy. W ramach programu Szkoła Przyjazna Rodzinie wspieramy placówki edukacyjne we wdrażaniu różnorodnych działań na rzecz małżeństwa, rodziny i obrony godności życia. Jednocześnie pomagamy także rodzicom, którzy dla swoich pociech szukają szkoły, w której zyskają wsparcie w wychowaniu dzieci w duchu wartości. Każda szkoła przystępująca do programu zobowiązuje się do ochrony uczniów przed propagowaniem treści szkodliwych dla prawidłowego rozwoju płciowego, osobowego i społecznego, a także do prowadzenia działań formacyjnych skierowanych do grona pedagogicznego, rodziców oraz uczniów. Placówki spełniające te warunki otrzymują od nas certyfikat Szkoły Przyjaznej Rodzinie, który dla rodziców jest gwarancją, że szkoła uznaje prymat wartości rodzinnych, a oni sami będą aktywnie wspierani w procesie wychowawczym. W ramach programu kierujemy także do szkół specjalną ofertę dydaktyczną. Co miesiąc przesyłamy placówkom przygotowane przez ekspertów karty pracy i scenariusze zajęć, zróżnicowane tematycznie i dostosowane do różnych etapów edukacyjnych. Co więcej, szkoły otrzymują od nas również publikacje poświęcone obronie życia i tożsamości rodziny, które mogą następnie udostępnić nauczycielom, rodzicom czy uczniom.Jednak ogromna część naszej pracy związanej z programem to przede wszystkim podróże. Odwiedzamy bowiem placówki edukacyjne z wykładami i prezentacjami skierowanymi do rodziców, młodzieży czy kadry pedagogicznej.Tematyka tych spotkań jest bardzo zróżnicowana. Począwszy od ochrony rodziny i godności życia, przedstawiania praktyki działań pro-life czy problematyki zagrożeń ze strony ideologii gender i rewolucji kulturowej aż po rady, jak kształtować charakter w dobie coraz powszechniejszego uzależnienia od mediów cyfrowych.O tym, jak bardzo taki program jest potrzebny w czasach kulturowego i ideologicznego zamętu, niech świadczy fakt, że obecnie aktywnie współpracujemy z 773 placówkami! Są wśród nich zarówno przedszkola i szkoły podstawowe, jak i licea, technika, szkoły branżowe, a nawet szkoły przysposabiające do pracy, bursy, ośrodki psychologiczno-pedagogiczne, szkoły muzyczne czy ośrodki wychowawcze. Skala zainteresowania współpracą pokazuje, że dyrektorzy, nauczyciele, ale także rodzice dostrzegają zagrożenia związane z ideologiczną ofensywą i wmuszaniem szkołom niechcianych i niekorzystnych reform. Dla nas to znak, że polską edukację wciąż można uratować! Niezbędna w tym procesie jest świadomość kadry pedagogicznej i rodziców. Świadomość zagrożeń – tych o podłożu ideologicznym, jak i tych stricte edukacyjnych – i świadomość, że to na nas, dorosłych, spoczywa obowiązek ochrony dzieci i młodzieży przed niekorzystnymi dla ich rozwoju treściami i działaniami na niwie społeczno-politycznej.Ale powiem wprost – niezbędne są nam także finanse. Miesięcznie program Szkoła Przyjazna Rodzinie pochłania ponad 5 000 złotych, a zapotrzebowanie wciąż rośnie. Dla nas to godziny przygotowań materiałów, wykładów i organizacji spotkań, ale także godziny spędzone w podróżach po całej Polsce. Tym bardziej, że chcemy rozwijać ofertę spotkań na tematy bardzo praktyczne, jak np. arkana pracy prawnika. Bardzo zależy nam, aby docierać wszędzie tam, gdzie istnieje taka potrzeba. W każdym z tych miejsc czekają na nas ciekawe i niejednokrotnie poruszające spotkania z ludźmi, którzy walczą o polską szkołę i polskich uczniów. Dlatego dziś bardzo proszę Państwa o wsparcie naszych działań w ramach programu Szkoła Przyjazna Rodzinie datkiem w dowolnej wysokości, na przykład 50 zł, 100 zł, 200 zł, 500 zł lub nawet większej!Wspieram program Szkoła Przyjazna Rodzinie! Nie mam wątpliwości, że w czasie, gdy doświadczamy tak bezprecedensowego ataku na szkołę, nasze działania powinny z równą nieugiętością kontrować niebezpieczne ruchy ministerstwa. Nie jest przecież tajemnicą, że to właśnie obszar edukacji jest jednym z bardziej łakomych kąsków dla każdej lewicowej władzy. Dzięki opanowaniu tego fragmentu systemu państwowego może nie tylko sączyć swój szkodliwy przekaz, ale również sięgać znacznie głębiej, już teraz wpływając na kształt systemu wartości, postawy życiowe i działania całego pokolenia.Nasz sprzeciw wobec wprowadzania progresywnych trendów ideologicznych w mury szkoły jest zatem konieczny, aby uchronić dzieci i młodzież przed prądami kulturowymi, które zagrażają ich prawidłowemu rozwojowi psychospołecznemu, emocjonalnemu i intelektualnemu.To, co obserwujemy, to nie tylko planowana i punkt po punkcie przeprowadzana akcja ogłupiania społeczeństwa, ale także kulturowa wojna. Nasze dzieci nie obronią się same. To my, rodzice, dziadkowie, nauczyciele musimy stanąć do tej walki o ich serca i umysły. A jej stawką jest to, czy z naszych szkół będą wychodzić młodzi ludzie o szerokich horyzontach, ale i prawidłowo ukształtowanym sumieniu i silnym charakterze, czy też już tylko dostosowane do ideologicznych wymagań słabe jednostki, niepewne swego miejsca w świecie i roli w społeczeństwie. Liczę na Państwa wsparcie w tej walce o młodych! Serdecznie pozdrawiam WSPIERAM DZIAŁANIA CENTRUM ŻYCIA I RODZINY! Dane do przelewu: Centrum Życia i Rodziny Skrytka pocztowa 99, 00-963 Warszawa 81 Nr konta: 32 1240 4432 1111 0011 0433 7056, Bank Pekao SA Z dopiskiem: „Darowizna na działalność statutową Centrum Życia i Rodziny”SWIFT: PKOPPLPW IBAN: PL32 1240 4432 1111 0011 0433 7056 Centrum Życia i Rodziny Skrytka Pocztowa 99, 00-963 Warszawa tel. +48 22 629 11 76 |
29.10.2025 nczas/skandal-we-wroclawskiej-szkole-zmuszaja


Zespół Szkolno-Przedszkolny nr 4 we Wrocławiu nakazał dziś przyjść uczniom ubranymi w barwy niemieckie. W placówce zapowiedziano „fotobudkowy dzień Niemiec”.
Na stronie internetowej Szkoły Podstawowej nr 40 we Wrocławiu – należącej do ZSP nr 4 – opublikowano ogłoszenie z przypomnieniem o planowanym na dziś wydarzeniu. Uczniowie zmuszeni są odziać się w barwy niemieckiej flagi: Czarne, czerwone i żółte barwy.
„Tego dnia w naszej szkole będą królować trzy kolory – czarny, czerwony i żółty! Załóżcie coś w tych barwach, żebyśmy wszyscy razem stworzyli super, kolorową atmosferę! Będą robione zdjęcia, więc naprawdę opłaca się być przebranym i pokazać, jak fajnie można się bawić” – napisano na zsp4wroc.pl.
„Jeśli nie macie ubrań w tych kolorach, spokojnie – możecie założyć akcesoria, np. czapkę, szalik czy opaskę. Liczy się dobry nastrój i chęć do zabawy! A to jeszcze nie wszystko – klasy 8 przygotowały fotobudki, w których będziemy pozować w barwach Niemiec! Niech cała szkoła tego dnia tętni energią i niemieckimi barwami” – czytamy.
Wydarzenie organizowane jest w ramach corocznego „Tygodnia Języków Obcych”. W poprzednich latach uczniowie byli zmuszani do ubierania się w barwy innych państw, np. Ukrainy, Zjednoczonego Królestwa czy też Polski.
W ubiegłym roku program zakładał cztery dni, które poświęcono poszczególnym krajom z zajęciami i elementami kultury kojarzonej z tymi państwami. Rok wcześniej szkoła z inicjatywy samorządu zorganizowała akcję „Przebieramy się w kolory”. Klasy losowały po kolorze. Uczniowie, którzy wzięli udział w akcji byli zwolnieni z odpowiedzi.
Dziś w SP nr 40 pojawią się fotobudki przygotowane przez ósmoklasistów. Uczestnicy będą mogli wykonać pamiątkowe zdjęcia w barwach niemieckich.
Akcja spotkała się z ostrą krytyką w sieci. Wiele osób podkreśla, że nakazywanie dzieciom ubieranie się w barwy obcego państwa jest trudne do wyobrażenia sobie w odwrotnej sytuacji. Ponadto ubieranie się w barwy Niemiec w Polsce kojarzy się wyjątkowo źle, co jest zrozumiałe.
Co jednak ważniejsze, a jednak nie wybrzmiewa, pokazuje to, jak marnowane są publiczne pieniądze oraz czas dzieci. Przymus chowu dzieci zwany „obowiązkiem edukacji” uzasadniany jest tym, że dzieci muszą „odebrać wykształcenie”.
Jeśli ktoś z rodziców dziecka z tego „dobrodziejstwa” w formie przygotowanej i zaakceptowanej przez urzędników nie skorzysta, aparat państwowy posiada szereg sankcji wobec rodziców, z odebraniem dziecka włącznie. Placówka zaś utrzymywana jest z pieniędzy pod przymusem odbieranych ludziom w ramach podatków.
I tak oto dzień ten finansowany jest z pieniędzy publicznych, a czas dzieci, który mógłby zostać wykorzystany albo na rozwój czegoś sensownego lub na odpoczynek, marnowany jest na jakieś akcje wewnątrzszkolne, by – jak sama szkoła przyznaje – tworzyć „kolorową atmosferę” i by „fajnie się bawić”.

Roman Motoła
https://pch24.pl/marcin-musial-wyzwanie-dla-narodu-cywilizacyjna-zmiana-w-edukacji
Jeżeli nie możemy samodzielnie uczyć i wychowywać swoich dzieci we własnym domu, według własnych standardów, to znaczy, że nasze prawa rodzicielskie de facto nie istnieją i zostały nam odebrane.
W ostatnich miesiącach przez Polskę przetoczyła się burzliwa dyskusja na temat „edukacji zdrowotnej”, obecności lekcji religii w szkołach oraz zapowiedzianej przez rząd Tuska i Nowackiej wielkiej reformy oświaty, której częścią mają być również m.in. zmienione matury, modyfikacja systemu oceniania oraz nowe podstawy programowe.
Spójrzmy na to wszystko przez pryzmat odpowiedzi, jakiej Ministerstwo Edukacji Narodowej udzieliło niedawno na interpelację poselską w sprawie ograniczania rodzicom prawa do wychowania własnych dzieci oraz edukacji domowej. Warto, abyś Drogi Czytelniku poznał treść tego pisma oraz sposób myślenia MEN nawet jeśli nie prowadzisz edukacji domowej, a Twoje dzieci chodzą do szkoły. Bo nie o samą edukację domową tu gruncie rzeczy chodzi, a o Twoje fundamentalne prawa rodzicielskie i przyszłość Twojej rodziny.
Jedna szkoła, jeden program, wspólne „wartości”
Europoseł Grzegorz Braun wystąpił do MEN w sprawie planów ograniczenia edukacji domowej poprzez obcięcie finansowania dla szkół, które wspierają rodziców w homeschoolingu i umożliwiają taką formę nauki. Na początku października resort odpowiedział na interpelację. Na samym początku pisma wskazano na prawne, światopoglądowe i ideowe fundamenty aktualnie obowiązującego systemu oświaty w Polsce. Chodzi w tym momencie o całość funkcjonowania tego systemu. Zdaniem ministerstwa,
„edukacja jest i musi pozostać najistotniejszym zadaniem publicznym”.
Dalej MEN twierdzi, że „ochrona praw dziecka” to zasada ustrojowa Rzeczpospolitej, a pośród tych praw znajduje się prawo do nauki. Dlatego też:
„Sytuacja i interes dziecka jest i musi być bowiem chroniony adekwatnie, systemowo i nadzwyczajnie, zakładając ex ante, że nie wszyscy członkowie społeczności kierują się jednym, uniwersalnym wzorcem ideowym: dobrem wspólnym, interesem i dobrem osób (dzieci, rodziców)”.
Według MEN, istnienie powszechnego, obowiązkowego, centralnego i nadzorowanego przez urzędników systemu oświaty „jest częścią wielkiej zmiany cywilizacyjnej”.
Dalej urzędnicy przypominają, że w Polsce istnieje systemowy przymus edukacji i obowiązek szkolny. Chęć samodzielnego nauczania dzieci w domu przez rodziców jest natomiast wewnątrz tego systemu traktowana jako pewna specyficzna, określona i warunkowa sytuacja. Jak napisano,
„Na obecnym etapie rozwoju gospodarczego państwa i odpowiednio szeroko rozumianej sytuacji osobistej, pracowniczej obywateli (rodziców) możliwość wynikająca z art. 37 ustawy Prawo oświatowe [edukacja domowa] dotyczy nie każdej, ale wybranej, szczególnej ich grupy, mającej możliwości organizacyjne, wiedzę merytoryczną, by prowadzić systematyczny proces uczenia swojego dziecka”.
Dalej resort argumentuje:
„Ustanawiając powszechne wymogi edukacyjne (także podstawy programowe) Państwo gwarantuje i odpowiada za przekazywanie jednolitych treści, w tym także istotnych z punktu widzenia kształtowania tożsamości danej społeczności, wspólnych celów i wartości”.
Dopuszczenie rodziców do tego, aby mogli samodzielnie uczyć własne dzieci w domu, według MEN
„nie jest ustanowieniem równoległej czy konkurencyjnej ścieżki kształcenia”.
Aż w końcu czytamy:
„należy mieć na uwadze, że wybór edukacji domowej oznacza przejęcie przez rodziców lub opiekunów prawnych głównej odpowiedzialności za proces nauczania dziecka – zarówno w zakresie organizacyjnym jak i merytorycznym”.
Oświata jak Kulturkampf
Przyjrzyjmy się bliżej całej tej powyższej argumentacji i spróbujmy nanieść ją na kontekst historyczny.
W historii naszej cywilizacji aż do XIX wieku odpowiedzialność za wychowanie i edukację dzieci zawsze spoczywała na rodzinie. Edukacja rozumiana jako zadanie publiczne oraz obejmująca jednakowo i pod przymusem wszystkie dzieci, była czymś nie do pomyślenia. Co więcej, taki postulat jest fundamentalnie sprzeczny z podstawami katolickiej etyki społecznej. Ta od zawsze podkreśla, że państwo ma wobec rodzin i jednostek charakter pomocniczy. W związku z tym może wesprzeć rodziny w procesie edukacji dzieci, ale nie może ich w tym wyręczać, ani tym bardziej przejąć odpowiedzialności za edukację i wychowanie. Zwracał na to uwagę m.in. Sługa Boży o. Jacek Woroniecki w swojej pracy „Państwo i szkoła. Rozprawa z etatyzmem kulturalnym”.
Trafnie więc podkreśliło MEN, że aktualnie obowiązujący system oświaty to „wielka zmiana cywilizacyjna”. Co należy wyraźnie podkreślić – chodzi przy tym o odejście od zasad cywilizacji łacińskiej.
Rządowa narracja wyraźnie wskazuje na uzurpację ze stronę władzy państwowej, która rości sobie prawo do przejęcia od rodziców odpowiedzialności za wychowanie i edukację dzieci. Pojawiają się przy tym bardzo pozytywnie brzmiące hasła, takie jak: „dobro wspólne”, „wspólne cele” i „wspólne wartości”. Powstaje przy tym jednak pytanie – ale jakie to są konkretnie te „wspólne wartości”? Kto ustala, co jest dobre, słuszne i godziwe, a co złe?
Ustala to państwo. A dokładnie urzędnik z nadania politycznego, czyli minister edukacji (docelowo mają to ustalać komisarze europejscy, gdyż w myśl forsowanych zmian, to UE ma przejąć kontrolę nad oświatą w krajach członkowskich, a rządy państw byłyby jedynie podwykonawcami wytycznych edukacyjnych płynących z Brukseli i Berlina).
Aktualnie obowiązujący w Polsce (i wielu innych krajach) system oświaty stanowi kontynuację XIX-wiecznego modelu pruskiego Kulturkampfu, który próbowano narzucić społeczeństwu za pomocą scentralizowanego, odgórnego i przymusowego systemu szkolnictwa. Wszystkie dzieci miały spełniać jednakowe standardy i wytyczne, aby być w przyszłości dobrymi Niemcami, protestantami, urzędnikami i żołnierzami. Podobnie jest dzisiaj. Jak zaznaczyło MEN, centralny i obowiązkowy system edukacji istnieje gdyż „nie wszyscy członkowie społeczności kierują się jednym, uniwersalnym wzorcem ideowym” (czyli np. rodzice katolicy, którzy nie chcą, aby ich dzieci były „edukowane zdrowotnie” poprzez oswajanie z masturbacją i rozwiązłością seksualną).
Jak przyznało ministerstwo, niemożliwa jest równoległa lub alternatywna ścieżka kształcenia dziecka niż to, do czego prawnie zmuszeni są uczniowie w ramach ustalonego przez polityków i urzędników systemu edukacji.
Oto dorobek 35 lat „wolnej Polski” pod postacią III RP – nie mogą istnieć szkoły niezależne od rządu, ministerstwa, kuratoriów i aktualnej polityki partyjnej.
Tej cywilizacyjnej odpowiedzi udzieliło ministerstwo kierowane przez Barbarę Nowacką, czyli jeden z resortów rządu Donalda Tuska. Narracja MEN wyraża przy tym ciągłość myślenia o nauczaniu i oświacie od PRL przez wszystkie dotychczasowe rządy po 1989 roku. Były i są one zgodne co do tego, że filarem edukacji ma być państwowe, przymusowe i etatystyczne szkolnictwo. Warto w tym momencie przypomnieć, że poprzedni rząd PiS prześladował placówki wspierające rodziny w edukacji domowej, przeforsował „edukację włączającą” oraz szereg innych działań, które pogłębiły etatyzm i centralizm.
W momencie pisania tych słów (październik 2025 r.) wiele wskazuje na to, że w kolejnych wyborach parlamentarnych dojdzie do zmiany władzy. Patrząc na obietnice wyborcze większości prawicowych i katolickich polityków aktualnej opozycji widać, że chcą oni utrzymania systemu oświaty w obecnej formie (socjalizm, centralizm, etatyzm, przymus, biurokracja, kontrola). Proponowane przez nich zmiany w ogóle nie dotyczą zaś kwestii istotowych i najbardziej fundamentalnych, tylko trzeciorzędnych przypadłości – takich jak treści podręczników lub liczby godzin takich czy innych przedmiotów.
Podsumowując – wbrew pozorom, nie o edukację domową w tym wszystkim chodzi. Jeżeli nie masz, Czytelniku prawa do tego, aby samodzielnie uczyć i wychowywać własne dzieci we własnym domu według własnych standardów, to znaczy, że Twoje prawa rodzicielskie de facto nie istnieją i zostały Ci odebrane.
Zaciskanie pętli wokół edukacji domowej to po prostu część domykania całego systemu nauczania w Polsce zgodnie z wytycznymi płynącymi z Zachodu, gdzie rewolucja oświatowa, społeczna i kulturowa zaszła już o wiele dalej niż u nas. Docelowo edukacja domowa ma być w Polsce zakazana (podobnie jak jest np. w Niemczech), przymus szkolny ma zostać wzmocniony (np. ograniczenie liczby dopuszczalnych nieobecności, o czym od dawna mówi resort Nowackiej), tak zwana edukacja seksualna ma być przedmiotem obowiązkowym i ocenianym, a wszystkie szkoły mają zmienić się w przechowalnie dzieci i młodzieży z daleka od własnych rodzin w celu indoktrynacji i demoralizacji młodego pokolenia Polaków.
Aktualny system nie służy dobru dzieci. Służy wyszarpaniu ich spod wpływu rodziców – przede wszystkim wpływu moralnego i wychowawczego. Ograniczanie edukacji domowej oraz pogłębianie tzw. reform w szkolnictwie ma to zrywanie więzów rodzinnych i międzypokoleniowych jeszcze bardziej nasilić.
Co w tej sytuacji robić?
Konieczna jest walka o niezależność edukacji i swobodę wychowania dzieci. Kluczowe punkty w tej walce to:
– zniesienie przymusu szkolnego, czyli wstępu do totalitarnej indoktrynacji i inwigilacji rodzin,
– likwidacja MEN i kuratoriów oświaty oraz nadzoru urzędników i polityków nad szkołami,
– umożliwienie Polakom swobodnego tworzenia szkół niezależnych od aktualnej władzy politycznej.
Ta walka to długofalowa praca cywilizacyjna, prawna, ustrojowa i społeczna, którą należy prowadzić dwutorowo:
1) Na poziomie rodziców – poprzez budowanie świadomości, przebudzenie sumień i mobilizowanie Polaków do tego, aby przejęli osobistą odpowiedzialność za wychowanie własnych dzieci. Aby aktywnie zaangażowali się w życie szkół (obecnie wielu rodziców nawet w szkołach katolickich tego nie robi). Aby tworzyli własne, liczne szkoły prywatne, odpowiadające katolickim celom wychowawczym i edukacyjnym (i aby były to szkoły prawdziwie katolickie „z ducha”, a nie tylko z szyldu i nazwy). Aby wspierali się w edukacji domowej tam, gdzie to możliwe. Aby budowali środowisko lokalne w swoim miejscu zamieszkania, które sprzyja wychowaniu dzieci (organizacje społeczne, inicjatywy, sport, harcerstwo, budująca rozrywka itp.)
2) Na poziomie politycznym – każdy program polityczny, który umacnia lub cementuje istniejący centralizm oświaty oraz nadzór polityków i urzędników nad szkołami, rodzinami i uczniami, powinien być co do zasady odrzucony przez środowiska katolickie, prawicowe i wolnościowe.
Konieczna jest przy tym wytężona praca mediów i środowisk społecznych, aby Polacy nie dawali się nabrać na kolejne obietnice wyborcze przewidujące naprawę edukacji polegającą na wymianie aktualnego ministra na bardziej „naszego”, pozmienianiu detali w treści podręczników szkolnych czy zwiększeniu godzin lekcyjnych „patriotycznych” przedmiotów. Taka „naprawa” to w swojej istocie nic innego jak pudrowanie trupa i „socjalizm z ludzką twarzą”, który w żaden sposób nie może przyczynić się do realnej zmiany społecznej i odwrócenia „wielkiej zmiany cywilizacyjnej”.
Należy również publicznie rozliczać polityków z tego, na ile gdy sprawują władzę lub urząd przyczynili się do uwolnienia edukacji, zmniejszenia biurokracji i ograniczenia kontroli państwa nad szkołami, rodzinami i uczniami. Rozliczać z tego, jak wiele wolności w zakresie wychowania, edukacji i nauczania politycy przywrócili rodzinom w trakcie swojej kadencji. Jeżeli nie przywrócili – czerwona kartka.
Jak trafnie zauważył niedawno na łamach pisma „Polonia Christiana” dr Jakub Majewski, do pewnej próby postawienia swojego rodzaju Pacta Conventa, pewnych bardzo ogólnych warunków politykom prawicy, doszło w Polsce przed ostatnimi wyborami prezydenckimi w ramach tzw. deklaracji toruńskiej. Historycznie, jak przypomniał dr Majewski:
„pacta conventa to dokumenty specyficzne dla polskiego ustroju, w którym szlachta decydowała o wyborze króla i w związku z tym mogła od niego oczekiwać spełnienia takich czy innych żądań”.
Stwórzmy więc takie Pacta Conventa w zakresie edukacji. Niech warunkiem poparcia dla danego polityka lub partii będzie obietnica uwolnienia edukacji spod ścisłego nadzoru ministrów, urzędników i biurokratów oraz umożliwienia Polakom tworzenia niezależnych szkół i swobody edukacji domowej.
A po wyborach – rozliczenie z tych obietnic. Szczegóły takiego „paktu” niech staną się przedmiotem debaty społecznej na prawicy. Da to nadzieję na przywrócenie choćby minimum wymagalności od klasy politycznej oraz odzyskania przez Polaków wolności w zakresie edukacji i wychowania własnych dzieci.
Marcin Musiał
https://polskakatolicka.org/pl/artykuly/katastrofa-edukacji-zdrowotnej–ministerstwo-ukrywa-dane

Rafał Topolski | 16/10/2025
Nowy przedmiot w szkołach okazał się totalnym fiaskiem.
Zajęcia z „Edukacji zdrowotnej” – reklamowane przez minister Barbarę Nowacką jako „niezbędne dla dobrostanu uczniów” – świecą pustkami.
W wielu szkołach w całej Polsce na lekcje nie zapisał się ani jeden uczeń.
To nie przypadek, lecz wyraźny znak sprzeciwu wobec ideologicznej indoktrynacji pod przykrywką troski o zdrowie.
Fatalna frekwencja – rodzice powiedzieli „dość”
Dane płynące z miast w całej Polsce są miażdżące.
· W Szczecinie na zajęcia uczęszcza zaledwie 12 procent licealistów, w technikach – 7 procent.
· W Radomiu – 12 procent.
· W powiatach tatrzańskim i nowotarskim aż 98 procent uczniów zrezygnowało z uczestnictwa.
· W Warszawie – 86 procent, w Rzeszowie – 81 procent, w Kielcach – 77 procent, a w Olsztynie – 72 procent.
To nie są pojedyncze przypadki. To masowy bunt rodziców, którzy nie pozwolą, by ich dzieci uczono treści sprzecznych z moralnością katolicką i zdrowym rozsądkiem.

Ministerstwo milczy, bo dane są kompromitujące
Minister Barbara Nowacka zapowiedziała, że oficjalne dane o frekwencji zostaną ujawnione 10 października. Tymczasem – cisza.
Zamiast transparentności pojawiły się wymówki o „pogłębianiu analizy” i „braku obowiązku szkół do przekazania informacji”. W rzeczywistości wszystko wskazuje na jedno: frekwencja jest katastrofalna, a ministerstwo próbuje ukryć skalę porażki.
Jeszcze bardziej szokujące jest to, że Nowacka uhonorowała medalami osoby odpowiedzialne za opracowanie programu, który okazał się totalnym fiaskiem.
To jakby nagradzać architektów budynku, który właśnie runął.
Dlaczego rodzice odrzucili „Edukację zdrowotną”?
Rodzice dobrze wiedzą, że pod pozorem rozmów o „zdrowiu psychicznym” kryje się ideologia gender – wizja człowieka, który „może wybrać sobie płeć” i zrywa więź z Bożym porządkiem.
Program nie ma podręczników, nie ma jasno określonych treści, a nauczyciele nie potrzebują żadnych kwalifikacji. To nie edukacja – to eksperyment na dzieciach.
Zamiast prawdy o rodzinie, wierności i czystości, dzieci mają słuchać o „orientacjach psychoseksualnych” i „tożsamości płciowej”. Nic dziwnego, że rodzice masowo wypisują swoje dzieci z tych zajęć.

Rodzice wygrywają bitwę, ale wojna trwa
To pierwsze zwycięstwo rodziców – ale nie koniec walki.
Ministerstwo nie zamierza się poddać. Już dziś pojawiają się głosy, że „edukacja zdrowotna” ma być obowiązkowa od przyszłego roku.
Dlatego każdy katolik, każdy rodzic, każdy nauczyciel musi pozostać czujny. To właśnie rodzina wierna Chrystusowi jest dziś bastionem w obronie niewinności dzieci.
Zamiast indoktrynacji – prawda i Boży porządek
Zamiast pustych ideologii, polskie szkoły potrzebują prawdziwej edukacji opartej na fundamentach chrześcijańskich – o wierności, małżeństwie, rodzinie, skromności i szacunku do życia. To nie państwo, ale rodzice mają prawo i obowiązek wychowywać swoje dzieci zgodnie z wiarą.
Dlatego nasza kampania Polska Katolicka, nie laicka będzie nadal demaskować programy, które próbują podważać Boży porządek w wychowaniu.
Wezwani do działania
To, co wydarzyło się w szkołach, pokazuje jedno – Polacy nie dali się zwieść. Ale zwycięstwo trzeba obronić.
Wzywamy wszystkich rodziców, by nie ustępowali ani na krok.