Narracje wojenne

Narracje wojenne

Prof. Stanisław Bieleń

Wbrew temu, co pokazuje wojna na Ukrainie, która stała się wojną na wyniszczenie, polscy politycy upierają się, że wojna z Rosją może okazać się wojną szybką i zwycięską. Wygląda na to, że mamy do czynienia z szaleńcami u władzy.

Zamiast nawoływać do ograniczenia ryzyka eskalacji wojny w najbliższym regionie, marzy im się wojna, w której zwycięstwo ma charakter fatamorganiczny, a przewidywane zyski  nie mają żadnego oparcia w realistycznych scenariuszach. Zresztą obserwacja konfliktów na Bliskim Wschodzie (na froncie izraelsko-arabskim, jak i amerykańsko-irańskim)  dowodzi niemożności osiągnięcia zakładanych celów. Widać, jak maleje praktyczna wartość  wojen w osiąganiu spektakularnych zwycięstw.

Ta konstatacja powinna sprzyjać odwróceniu rozumowania o nieuchronności wojny. No bo jakie mogą być jej wymierne korzyści, jeśli najbardziej widocznym rezultatem są straszliwe zniszczenia i ludobójstwo, co uzmysławia tragedia Gazy. Nie można udawać, że skrywane pod eufemizmami „misji” czy „operacji” działania zbrojne są mniej szkodliwe niż oficjalnie deklarowane wojny. A jednak przywódcy polityczni wszystkich niemal opcji – co widać  najlepiej na przykładzie polskiej sceny politycznej – powracają do postrzegania siły militarnej jako kluczowego czynnika gwarancji bezpieczeństwa. Dopuszczają użycie siły w bezpośrednim starciu z arbitralnie wyznaczonym wrogiem jako konieczne i strategicznie wartościowe rozwiązanie.

Takie stanowisko jest w dużej mierze oparte na bezkrytycznej wierze w sojusznicze zobowiązania, zwłaszcza „parasol ochronny” USA oraz zachwycie efektami kolejnej rewolucji w dziedzinie zbrojeń i uzbrojenia. Właśnie ten ostatni czynnik powoduje, że  zmiany technologiczne w uzbrojeniu oznaczają radykalne przezbrojenie armii. Rozwój niedrogich dronów i amunicji krążącej zdecydował o zmianie charakteru działań bojowych.

Wojny z wykorzystaniem ciężkiej broni pancernej przechodzą do historii. Technologie dronowe oraz proliferacja taniej, precyzyjnej, masowo produkowanej broni rakietowej, mobilnych wyrzutni, wzrost widoczności pola walki dzięki dostępowi do wysokiej jakości wywiadu elektronicznego i systemów naprowadzania – niczym zabawki u dzieci wywołują w umysłach polityków skłonność do miraży i fantazjowania.

Obserwowane w ostatnich latach kampanie wojenne na Ukrainie i na Bliskim Wschodzie (Iran, Liban, Jemen) mogą służyć jako poligony doświadczalne, gdzie Rosja, a także USA i Izrael – pomimo znacznej przewagi militarnej – znalazły się w impasie.  Na wszystkich wymienionych frontach broń dronowa pozwoliła kontynuować  walki dłużej niż oczekiwano oraz zapewniła słabszym państwom, a także podmiotom niepaństwowym (jak Hamas, Hezbollah czy Huti) zadawanie skutecznych strat potężniejszym przeciwnikom.

Warto zauważyć, że w dłuższej perspektywie mocarstwa są w stanie zneutralizować chwilowe przewagi technologiczne państw mniejszych i słabszych. Widać to choćby na przykładzie Rosji, która nową generacją  odrzutowych bezzałogowców przejęła inicjatywę na froncie ukraińskim. Gdyby nie ogromna pomoc Zachodu, idąca w setki miliardów dolarów, trwająca  już piąty rok wojna na wyniszczenie dawno uległaby zakończeniu. Okazuje się, że w każdej przedłużającej się wojnie działa swoiste prawo inercji.  Trudniej ją zakończyć, choć łatwiej było zacząć. Ponadto mało kto pamięta, jakie były rzeczywiste powody i cele rozpoczęcia kampanii wojennej. Eskalacja działań zbrojnych nie ułatwia prowadzenia negocjacji dyplomatycznych.

Mimo wszelkich negatywnych konsekwencji kataklizmów wojennych, w dzisiejszym świecie przeważa retoryka prowojenna, w której wybrzmiewa użyteczność wojen. Przejawia się ona w celach zastraszania społeczeństw i odwracania uwagi od rzeczywistych problemów. Wojny sprzyjają odzyskiwaniu utraconych terytoriów lub zdobywaniu nowych, a także przesuwaniu granic, nawet gdy formalnie obowiązują zasady o ich nienaruszalności.

W ostatnich kilku latach najbardziej spektakularne operacje wojenne w celu odzyskania utraconych terytoriów w poprzednich konfliktach przeprowadził Azerbejdżan przeciw Armenii. W wyniku kampanii w 2020 i 2023 roku doszło do całkowitej likwidacji Górskiego Karabachu jako samodzielnej jednostki quasi-państwowej, podległej Armenii. Kto pamięta o ofiarach tej wojny i exodusie Ormian?

Są wreszcie wojny środkiem ustanawiania kontroli nad ograniczonymi zasobami nośników energii oraz kluczowych minerałów dla rozwoju nowoczesnych technologii. No i stanowią środek prewencyjny na wypadek wzrostu zagrożenia ze strony rywali.

Strategia zastraszenia

Jeśli chodzi o zastraszanie społeczeństw i odwracanie uwagi od realnych problemów, to przoduje pod tym względem tzw. kolektywny Zachód. Kilkadziesiąt państw najwyżej rozwiniętych traci zdolność do zarządzania globalnymi systemami finansowymi, informacyjnymi, logistycznymi i politycznymi. Stąd wojna jest szansą utrzymania władzy i wpływów, powstrzymania rywali, ustanowienia dzięki nowoczesnym technologiom „cyfrowej wasalizacji”. To w państwach Zachodu kładzie się największy nacisk na wzrost budżetów wojskowych, a militaryzacja polityki zagranicznej ma być przykładem dla wszystkich wahających się.

Zarówno Stany Zjednoczone, jak i państwa Unii Europejskiej prowadzą narrację pełną hipokryzji. Deklarując obronę wartości, w tym pokoju i ochronę praw człowieka, jednocześnie cały swój potencjał angażują w cele wojenne. Udział w organizowaniu pomocy Ukrainie, co oznacza krucjatę przeciw Rosji, świadczy o stosowaniu przez liderów państw zachodnich podwójnych standardów  moralnych. W tym samym czasie, gdy nawołują do rozprawienia się ze „zbrodniczą Rosją”,  nie są w stanie potępić i zablokować ludobójstwa, jakie ma miejsce w Strefie Gazy  w wyniku wojennego awanturnictwa Izraela.

USA nie rezygnują w sferze deklaratywnej z obrony sojuszników, przy okazji budując nowe przyczółki ich coraz większego zwasalizowania, jak w przypadku Polski poprzez budowę stałej bazy wojskowej. Biały Dom i Pentagon stoją także na straży wolności żeglugi i nierozprzestrzeniania broni jądrowej. To jeden z ważnych motywów atakowania Iranu. Niezależnie od zmian administracji prezydenckich imperium amerykańskie nie wycofuje się z wyłącznej  i misyjnej odpowiedzialności za utrzymanie porządku międzynarodowego. To nakazuje kolejnym administracjom, niezależnie od wewnętrznych problemów z ich instytucjonalną legitymizacją, odwoływać się do wojny jako środka zapobiegania niepożądanym wydarzeniom.

Wojny prewencyjne

To USA najczęściej sięgają do logiki wojen prewencyjnych. Ich źródła znajdujemy w starożytności, a w postaci modelowej przypomniał je amerykański politolog Graham Allison, nazywając to zjawisko „pułapką Tukidydesa”. Istotą tej konstrukcji jest przekonanie, że wobec wzrostu potęgi rywala warto uciec się do wyprzedzających działań militarnych, nie po to, by wyeliminować zbliżające się zagrożenie, ale aby zapobiec jego powstaniu. Odnosząc się do ataku Sparty na Ateny w wojnie peloponeskiej jako pierwowzoru takich zachowań, współcześnie Amerykanie wskazują na narastającą groźbę wojny ze strony Chin, które dzięki potężnym zbrojeniom wkrótce mogą stać się nietykalne. Ze względu na skalę potęgi chińskiej oraz strategię umiaru ze strony Pekinu, uderzenie na Chiny w obecnej kondycji Ameryki wydaje się mało prawdopodobne.

Wiele inwazji amerykańskich w przeszłości (nazywanych też interwencjami) miało u swoich podstaw prewencję. Odnosi się to zarówno do Wietnamu, jak i do Iraku, a ostatnio najwyraźniej do Iranu. Operacja Midnight Hammer (Nocny Młot) w czerwcu 2025 roku była kampanią prewencyjną, mającą na celu pozbawienie Iranu możliwości wzbogacania uranu i spowolnienie jego dążeń do uzyskania broni jądrowej. Operacja Epic Fury (Epicka Furia) z przełomu lutego i marca 2026 roku zakładała natomiast nie tylko zniszczenie, ale także zmianę ustrojową Iranu. Mimo zniszczeń i dekapitacji przywództwa napadnięte państwo  pokazało odporność na ataki. USA nie osiągnęły zamierzonych celów, a kampania amerykańska nie zapobiegła projekcji siły militarnej Iranu poza jego granice. Niezależnie od trumpowskiej propagandy, reputacja potęgi amerykańskiej została poważnie nadszarpnięta.

Przywołane przykłady świadczą o tym, że Stany Zjednoczone stanęły otwarcie na gruncie amoralizmu. Przestały bronić liberalnych standardów i działają w obronie egoistycznych interesów, cynicznie łamiąc prawo międzynarodowe i bezczelnie lekceważąc racje innych państw, nawet sojuszniczych. Można śmiało stwierdzić, że z ich przyczyny postępuje barbaryzacja stosunków międzynarodowych, trwa powrót do praktyk drapieżnego imperializmu, przypominającego koniec XIX i początek XX wieku. Wbrew  dorobkowi prawa międzynarodowego, zakazującego napaści i grabieży, na wokandę celów najsilniejszego mocarstwa powraca zajmowanie wszystkiego, co zapewnia przewagi konkurencyjne, a więc terytorium, zasoby surowcowe, technologie, drogi wodne, podmorskie linie komunikacyjne, przestrzeń powietrzną i in.  USA chcą powrócić do roli mocarstwa „rozdającego karty”,  przywołującego siłą do porządku krnąbrnych i nieposłusznych.

System międzynarodowy ulega wszak depolaryzacji i policentryzacji, stąd wiele sfer wymyka im się spod kontroli. Obserwujemy umacnianie się konkurujących ze sobą przestrzeni gospodarczych i technologicznych, funkcjonujących według własnych reguł. W takim świecie długotrwałe kampanie wojenne stają się zbyt kosztowne i wyczerpujące. Tym właśnie można wytłumaczyć ograniczanie przez Donalda Trumpa wsparcia dla Ukrainy, jak i ograniczenie wojny z Iranem, przed osiągnięciem któregokolwiek ze swoich ambitnych celów politycznych.

Rosja i wojna prewencyjna

W odróżnieniu od ekspansywnej i zaczepnej narracji amerykańskiej, szerzej zachodniej, rosyjska wykładnia doktryny wojennej odwołuje się do moralnie uzasadnionej obrony. We wszystkich enuncjacjach występuje odwołanie się do syndromu „oblężonej twierdzy”, osaczenia jej ze strony Zachodu i konieczności reagowania na śmiertelne zagrożenia. Mają one charakter zewnętrzny i narastający, a władze sięgają do siły jako wymuszonej reakcji, podejmowanej po długim namyśle i wyczerpaniu środków dyplomatycznych.

W świadomości powszechnej funkcjonuje mocno ugruntowany mit, że Rosja nie inicjuje wojen, a jedynie reaguje na narastające zagrożenia. Język oficjalny faworyzuje kategorie obrony, wyzwolenia i prawdy historycznej. Unika odniesień do agresywnej przemocy, naruszeń praw człowieka czy grabieży. Odwołując się do wielkich epopei wojennych – wojen ojczyźnianych z czasów Napoleona i Hitlera – Rosja przywraca bezpieczeństwo i sprawiedliwość historyczną. Imperialna polityka ochrony peryferii i rubieży sprzyja prezentacji siebie jako wyzwoliciela i obrońcy. Nawiązuje się w ten sposób do tradycji wyzwoleńczej z czasów wojen tureckich w XIX wieku czy zwycięstwa w II wojnie światowej.

W takim rozumieniu mieści się operacja wojskowa na Ukrainie, która ma charakter prewencyjny. Trwająca kampania wojskowa jest środkiem zapobiegawczym i przynosi – mimo tragicznych strat i ofiar – „pozytywne” rezultaty. Wyklucza bowiem zachodnie afiliacje Ukrainy (przyjęcie  państwa w stanie konfliktu do struktur zachodnich oznaczałoby katastrofę dla nich samych), a także przyszłe stacjonowanie wojsk państw zachodnich. Całkiem prawdopodobne w przyszłych rokowaniach pokojowych może okazać się utworzenie strefy buforowej, której zalet nie są w stanie zrozumieć ani dzisiejsze władze Ukrainy, ani ich protektorzy. Mogłaby to być jakaś forma modus vivendi, rozwiązania przejściowego, ale  ideologizacja stanowisk póki co nie dopuszcza takiego sposobu zakończenia konfliktu.

Zważywszy na determinację Rosji w obronie swoich interesów narodowych trudno dzisiaj dywagować, czy wojny można było całkowicie uniknąć. Obecnie należy raczej rozważać, jak zapobiec jej dalszej eskalacji. Warto przypomnieć, że Stany Zjednoczone Joe Bidena i cała zgraja ich europejskich popleczników  nie były skore do dyskusji kanałami dyplomatycznymi na temat powstrzymania ekspansji NATO na Ukrainę. Wojna prewencyjna Rosji za cenę ogromnych ofiar osiągnęła więc to, czego nie udało się zdobyć dzięki negocjacjom. Warto tu nawiązać do wojny gruzińskiej  w 2008 roku, która również miała charakter prewencyjny. Głównym osiągnięciem Moskwy stało się wówczas zablokowanie instytucjonalizacji orientacji zachodniej Gruzji, zwłaszcza jej akcesji do NATO.

To, co łączy narracje atlantyckie i rosyjskie, odnosi się do podobieństw w politycznym i medialnym pokazywaniu wroga. Tak w Stanach Zjednoczonych, w Europie Zachodniej, jak i w Rosji zbudowano w ostatnim ćwierćwieczu wrogą przestrzeń informacyjną. Oprócz metodycznej dezinformacji i propagandy wprowadzono liczne obostrzenia cenzuralne i poprawnościowe. Podporządkowano komunikację publiczną logice ochrony państwa, co w USA miało związek z atakami terrorystycznymi i akcjami odwetowymi, a w Rosji z narastaniem  syndromu wrogości wobec NATO.

Podobieństwa narracji wojennych dotyczą także stosunku do wrogich stron. I na Zachodzie, i w Rosji dokonuje się depersonifikacji wroga, podkreśla się własny heroizm, wyrzeczenia i racje moralne, odmawiając tych cech przeciwnikom. Mobilizacja medialna i indoktrynacja powodują, że po każdej ze stron – mimo wzrostu sił opozycyjnych – utrzymuje się lojalność wobec władz, a nawet osobliwy, bo często bezkrytyczny konsensus społeczny. Zjawiska te wynikają z powszechnego przekonania, że w obliczu nagromadzonych problemów wojna daje szanse na usprawiedliwienie błędów i szkodliwych polityk, a także na powstrzymanie konkurentów w globalnej rywalizacji o zasoby i kontrolę, opartą na nowych technologiach cyfrowych.

Na tle zachodniego i rosyjskiego podejścia do wojny Chiny odróżniają się powściągliwością w rozważaniu ryzyka jej wszczęcia. Ich stanowisko wynika z konsekwentnego traktowania użycia siły jako ostatecznego środka przeciwko separatyzmowi i ingerencji zewnętrznej. Uznawanie Tajwanu jako części Chin i dążenie do zjednoczenia wyspy mieści się w strategii gróźb, ale i manewrów dyplomatycznych na drodze stopniowego i cierpliwego zbliżania się do celu. Podobnie stanowisko w sprawie Morza Południowochińskiego wywodzi suwerenność nad wyspami z długiego procesu historycznego i stanowi przejaw obrony terytorium i praw morskich, a nie ekspansję zewnętrzną. Zamiast przemocy Chiny stosują więc presję psychologiczną, rozwijanie argumentów prawnych i perswazję dyplomatyczną, towarzyszącą projektom gospodarczym i handlowym. Siłą chińskiej narracji jest strategiczna spójność, promowanie roli mocarstwa broniącego moralności i prawa, w duchu pokojowej harmonii i współistnienia.

Narracja Ukrainy i Izraela

Spośród państw mniejszych i zaangażowanych w wojnę należy jeszcze odnieść się do narracji izraelskiej i ukraińskiej. Opowieść izraelska opiera się na idei ciągłego zagrożenia egzystencjalnego. Zdolność do samoobrony jest imperatywem moralnym i politycznym, legitymizowanym przez pamięć o tragedii Holokaustu. Liczne wojny izraelsko-arabskie, doświadczenia  zamachów terrorystycznych i ataków rakietowych uczyniły z pamięci Zagłady powracające doświadczenie. Powszechne i codzienne odczuwanie zagrożenia prowadzi do preferowania działań prewencyjnych, mających na celu jego wyeliminowanie, zanim dojdzie do oczywistych szkód i ofiar. Taka strategia dopuszcza całkowite zniszczenie wroga, nawet gdy koliduje ona z prawem humanitarnym. Atak z 7 października 2023 roku stał się  fundamentem narracji moralnej w języku „kultury eksterminacji” (Paweł Mościcki, „Gaza. Rzecz o kulturze eksterminacji”, Kraków 2025).

Ideologizacja, a nawet swoista sakralizacja wojny z odwołaniem do granic Wielkiego Izraela powoduje, że w narracji izraelskiej dopuszczalna, a nawet konieczna staje się okupacja, a za nią inkorporacja terytoriów uwolnionych od wroga. Mało się o tym mówi, ale Izrael eksploatuje od lat bogactwa zdobyte w kolejnych wojnach z Arabami.  Sprawuje kontrolę nad złożami gazu w Libanie i Strefie Gazy, zagospodarował grunty rolne na Zachodnim Brzegu, przejął zasoby wodne w Syrii.

Co najważniejsze, narracja izraelska cieszy się nie tylko szerokim poparciem społeczeństwa, ufnego w gwarancje dla życia i mienia ze strony państwa, ale znajduje także zrozumienie u największego sojusznika zewnętrznego, tj. w Stanach Zjednoczonych. Kolejne administracje w Waszyngtonie firmują izraelską niedopuszczalność bezbronności we wrogim otoczeniu, ale także prawnie i moralnie usprawiedliwiają praktyki eksterminacyjne wobec ludności palestyńskiej. Takie wsparcie wynika nie tylko z lobbingu diaspory żydowskiej w Ameryce, ale także ze skuteczności „hasbary” (wyjaśniania), czyli izraelskiej dyplomacji publicznej, skierowanej na agendy rządowe, międzynarodowe media i grupy nacisku.

Narracja ukraińska wynika z połączenia ofiary rosyjskiej agresji i obrońcy demokratycznego świata, mimo że Ukraina ani wcześniej, ani tym bardziej obecnie nie grzeszy przywiązaniem do praktyk demokratycznych. Tym bardziej nie jest obrońcą Zachodu, gdyż zależy całkowicie od jego wsparcia i jest na utrzymaniu obcych sił. W tym stanowisku widać wyraźnie wpływ „mobilizacyjnego optymizmu”, a nawet chciejstwa i zawyżonych oczekiwań.

Władze ukraińskie sprytnie różnicują uzasadnienia swoich ról w wojnie z Rosją. Wobec Stanów Zjednoczonych przedstawiają się jako obrońca demokracji, wobec Europejczyków jako  strażnik ich bezpieczeństwa, a wobec najbliższych sąsiadów jako bariera przed rozlaniem się rosyjskiego imperializmu i powrotu do zależności. Długotrwały opór wobec agresora ma budzić solidarność, powszechną empatię, a przede wszystkim mobilizować do udzielania kolejnych transz pomocy i stosowania sankcji wobec Rosji.

Tragedią narracji ukraińskiej jest traktowanie wojny jako środka gwarantującego przetrwanie państwa. W obliczu coraz większej destrukcji rodzi się jednak pytanie, czy ograniczenie, a nawet eliminowanie alternatywnych punktów widzenia nie prowadzi do pogłębiania katastrofy. Jak długo można utrzymać „optymizm mobilizacyjny”, gdy brak rozstrzygnięć na polu walki i narasta zmęczenie społeczeństwa pogarszającymi się warunkami egzystencji? Nie pomoże wzmacnianie kontroli nad debatą publiczną, gdy maleje wiarygodność przywództwa w obliczu skandali korupcyjnych. Utożsamianie wizerunku państwa z wizerunkiem  przywódcy zawsze grozi narastaniem rozczarowań w kręgach rządzących i medialnych, gdy spada jego popularność jako głównego „świadka oporu” w społeczeństwie i za granicą.

Każda z zarysowanych w skrócie narracji wojennych pokazuje instrumentalizację wojny w realizacji interesów przywołanych państw. Dramat dzisiejszej odsłony dziejów polega na tym, że zarówno władze, jak i szerokie odłamy społeczeństw są przekonane, że nie mogą się obejść bez używania siły. Dopóki będą inwestować w swój potencjał militarny i doskonalić zarządzanie strachem, dopóty atrakcyjność wojen będzie rosła, niezależnie od ich niszczycielskich skutków.

Prof. Stanisław Bieleń

Myśl Polska, nr 39-40 (27.09-4.10.2026)