„Dzień objawienia”.
Zdarta płyta
new age’owskiej propagandy
13 czerwca 2026 Piotr Relich pch24./dzien-objawienia-zdarta-plyta-new-ageowskiej-propagandy
Jeżeli ktoś jeszcze zastanawiałby się, o co chodzi z tym całym cyrkiem UFO, Steven Spielberg w najnowszym filmie o obcych nie pozostawia żadnych wątpliwości. Wiara w istnienie istot pozaziemskich – mówiąc dyplomatycznie – ma „wzbudzić wątpliwości” wobec naszych przekonań religijnych.
Od niedawna świat pop-kultury przeżywa coś na kształt renesansu UFO. Co ciekawe, bezpośredni asumpt dla ponownego zainteresowania osobliwą modą dostarczyła polityka. Z zupełnie nieznanych powodów, urzędnicy Pentagonu zaczynają zeznawać w świetle kamer, Donald Trump ujawnia ściśle tajne dokumenty Białego Domu, a J.D. Vance chodzi po mediach dzieląc się swoimi, jakże istotnymi w obecnej sytuacji międzynarodowej, przemyśleniami. I choć same materiały źródłowe nie dostarczają żadnych przełomowych rewelacji, mit UFO – jak każdego fenomenu kulturowego o potencjalnie nadprzyrodzonych charakterze – żyje swoim własnym życiem, niejako obok faktów, zdobywając wciąż nowych sympatyków na całym świecie.
Nic dziwnego, że również Hollywood stara się kuć żelazo póki gorące, wyznaczając do swojej najnowszej superprodukcji sprawdzonego weterana kina, Stevena Spielberga. Tym razem jednak, w odróżnieniu od poprzednich hitów z obcymi w roli głównej, ludzkość nie jednoczy się we wspólnym wysiłku odparcia pozaziemskiej inwazji. „Dzień objawienia” tym różni się od poprzedników, że dotyka dużo głębszych pokładów ludzkiej wrażliwości, wprowadzając widza w stan niemal filozoficznej refleksji.
Sam reżyser podkreślał w wywiadach, że jego film może „wpłynąć na podstawowe przekonania”, które wyznaje wielu z nas. „Czy Bóg jest naszym Bogiem tylko na tej planecie? A może jest bogiem każdego systemu, w którym istnieje cywilizacja i inteligentne życie, a nawet życie w pewnej fazie rozwoju?” – pytał w wywiadzie dla CBS. Spielberg, który sam wychował się w rodzinie wyznającej judaizm reformowany, ujawnił również, że choć film jest dziełem fikcyjnym, on sam wierzy, że kosmici rzeczywiście odwiedzili Ziemię.
„Opierając się na poszlakach zebranych przez całe moje życie, na wszystkich, których słuchałem, na każdym obejrzanym przeze mnie filmie dokumentalnym oraz na wszystkich zeznaniach przed Kongresem, które słyszałem, jestem absolutnie przekonany, że byli tutaj i że nadal tu są” – przyznał. „Kto wie, może zawsze tu byli”, sugerował tajemniczo.
I rzeczywiście, zaprezentowane w filmie kontakty z istotami pozaziemskimi mają w sobie coś z mistycyzmu. Obcy Spielberga oferują wybrańcom, niczym Duch Święty, dar rozumienia języków i czytania w sercu, napełniają wiarą, nadzieją i miłością, oraz dosłownie ratują ludzkość od III wojny światowej.
Spielberg wprost nadaje wydarzeniom wymiar religijny, wprowadzając postać zakonnicy (w tej roli Elizabeth Marvell) oraz byłej nowicjuszki Jane (Eve Hewson). Postawione przed faktem istnienia obcych, zadają w pierwszej kolejności pytania o charakterze teologicznym (swoją drogą ciekawe, że do ukazania podobnych rozterek nigdy nie służą wyznawcy judaizmu).
Dla Jane, która utraciła wiarę w boskość Chrystusa, „objawienie” kosmitów oznacza przede wszystkim zburzenie religijnych narracji trzymających w ryzach cywilizacyjny porządek. Dziewczyna obawia się, że na skutek bliskiego spotkania trzeciego stopnia, „ludzie odwrócą się od Boga”, a wraz z utratą wiary zawali się cały porządek etyczny i moralny. Zupełnie inne podejście sugeruje siostra Maura (Marvell), przekonując, że istnienie obcych wcale nie musi przeczyć prawdom wiary, ponieważ Pan Bóg ma swoje plany również wobec innych światów. Ostatecznie obcy Spielberga zakładają nową, światową religię pokoju, a ich pierwsze słowa skierowane do gatunku ludzkiego brzmią: „Posłuchajcie”.
Stare herezje w latającym spodku
Przesłanie filmu, podobnie współczesne opowieści na temat obcych cywilizacji, od nieżyjącego już guru „religii UFO” Ericha von Dänikena, po rodzimych „ufologów” pokroju Roberta Bernatowicza, na kilometr pachną starym, dawno skompromitowanym New Age’em. W tym przypadku miejsce „duszy”, „wewnętrznego ja” czy „boskiego kosmosu”, zajmuje technologiczno-probabilistyczna frazeologia, dostosowana do zsekularyzowanego człowieka XXI wieku. Cuda, magia i zjawiska nadprzyrodzone mają być efektem działania kosmicznej technologii, odpowiadającej za fenomeny, które znamy pod postacią daru bilokacji, stygmatów czy opętania. Zbawienie zaś polega nie na przekroczeniu własnej natury wraz z Chrystusem, ale odkryciu i wdrożeniu w życie ewolucyjnej „supermocy” w postaci…empatii.
Choć Kościół katolicki oficjalnie nie rozsądza na temat istnienia istot pozaziemskich, jednocześnie ostrzega przed możliwością wykorzystania „wiary w UFO” do uderzenia w prawdy katolickie. „New Age zostało zaludnione dziwnymi i egzotycznymi bytami, mistrzami, adeptami, istotami pozaziemskimi, jest to miejsce psychicznych mocy i okultystycznych tajemnic, spisków i tajnego nauczania” – ostrzega Stolica Apostolska w broszurze „Jezus Chrystus Dawcą Wody Żywej” z 2003 r.
Szczególne miejsce w podobnych nurtach zajmuje postać tzw. Kosmicznego Chrystusa, czyli wzorzec, który może być powielany w wielu ludziach, miejscach i czasach, który niesie w sobie ogromną zmianę paradygmatu. To klasyczna pułapka new age’owskich teorii, które „w jakiś sposób zaprzeczają historii i nie akceptują faktu, że duchowość może być zakorzeniona w czasie lub w jakiejś instytucji. Jezus z Nazaretu [w tej optyce – red.] nie jest Bogiem, ale jednym z wielu historycznych przejawów kosmicznego i uniwersalnego Chrystusa”.
Tymczasem według wiary chrześcijańskiej, Jezus Chrystus nie jest wzorcem, ale „osobą boską, której ludzko-boska postać odkrywa tajemnicę miłości, jaką Ojciec żywi dla każdej osoby od początku całej historii ludzi (Jan 3,16)”.
Wcielenie, choć miało znaczenie dla całego wszechświata, dokonało się w konkretnym miejscu i czasie. My zaś zostaliśmy wezwani do budowania relacji z Bogiem, doświadczonym „we wszystkim na nasze podobieństwo, z wyjątkiem grzechu” (Hbr 4, 15). Odrzucenie tej perspektywy prowadzi w króliczą norę dalszych rozważań na temat spraw ostatecznych: skoro Pan Bóg nie zbawia obcych, to czy pozostają wolni od grzechu pierworodnego, a zatem są dużo doskonalsi od istot ludzkich? (właśnie taki obraz obcych wyłania się z filmu Spielberga).
A jeżeli zbawia, to co z wyjątkową pozycją Matki Bożej – Królowej Nieba i Ziemi, skoro na innych planetach mogą istnieć inne „matki” Boga? Widzimy wyraźnie, że nawet bez przesądzania o istnieniu kosmitów, nawet sama dyskusja na ten temat potrafi potężnie wstrząsnąć samymi fundamentami wiary chrześcijańskiej. I być może właśnie o to chodzi.
Epstein wiecznie żywy
I tak główni bohaterowie filmu, Margaret (Emily Blunt) i Daniel Kellner (Josh O’Connor) okazują się ostatecznie posłańcami obcych, którzy przybywają do naszego świata z „dobrą nowiną”. Co ciekawe, obaj bohaterowie zostają w dzieciństwie uprowadzeni przez UFO, objawiające się pod postacią niemal bajkowych, dysney’owskich zwierzątek – jelenia, szopa, lisa i ptaka. Poprowadzeni do czarodziejskiego domu Jasia i Małgosi (dokładnie takie określenie pada w filmie), który okazuje się laboratorium obcych, zostają poddani eksperymentom. Po spotkaniu w dorosłym życiu, mimo koszmaru jaki przeżyły, ostatecznie zostają ich wiernymi emisariuszami i pałają do nich bezgraniczną miłością.
Powyższy wątek fabularny niepokoi szczególnie w kontekście licznych skandali pedofilskich w samym Hollywood, nie mówiąc już o ujawnionych związkach amerykańskiej elity artystycznej z nieżyjącym pedofilem-sutenerem Jeffreyem Epsteinem. Przedstawienie motywu nieletnich ofiar nadużyć (wszak obcy nie pytali o zgodę) wdzięcznych swoim oprawcom, w naszej post-epsteinowskiej rzeczywistości może budzić tylko najgorsze skojarzenia.
Na koniec jeszcze jeden interesujący fakt. W niektórych środowiskach katolickich dominuje przekonanie, że za fenomenem UFO mogą stać demony, pragnące zwieść ludzkość. [?? A są takie, katolickie, które temu zaprzeczają? md]. Dokładnie w ten sposób argumentował zasłużony amerykański egzorcysta, Stephen Rossetti. Za swoje wypowiedzi został pozbawiony stanowiska przez metropolitę Waszyngtonu, kard. Roberta McElroya.
Zastanówmy się jednak, czy gdyby rzeczywiście pod postacią obcych chciały objawić się upadłe anioły, z wszystkimi tego dramatycznymi konsekwencjami, czy nie postąpiłyby podobnie jak w filmie Spielberga?
Piotr Relich