Jan Gross i spółka, „Akcja Reinhardt” – a Grzegorz Braun

Jan Gross i spółka, „Akcja Reinhardt” i Grzegorz Braun

31.08.2026 wolnemedia/jan-gross-i-s-ka-akcja-reinhardt-i-grzegorz-braun

Ponury bajarz polsko-żydowskiego pochodzenia Gross zmyślił hagadę, którą zatytułował „Złote żniwa”. Opowiada w niej, jak to polscy wieśniacy mieszkający w okolicach niemieckich obozów koncentracyjnych w Treblince, Sobiborze i Bełżcu bogacili się, wykopując na terenach dawnych obozów szczątki pomordowanych Żydów i odzyskując z tych szczątków kosztowności. Według Grossa kosztowności było tyle, że „zrewolucjonizowały miejscową gospodarkę”.

Ten kłamca, manipulant i ignorant, z dyplomem socjologa rodem z głębokiej komuny, nie słyszał albo udaje, że nie słyszał o tzw. „Akcji Reinhardta”, opisanej szczegółowo przez zeznającego na Procesie Norymberskim zbrodniarza wojennego Rudolfa Hessa. Nazwa akcji pochodzi od imienia Heydricha. Czym była ta „Akcja Reinhardta”?

„Nazwą tą („Akcja Reinhardta”) określano zbieranie, sortowanie i spieniężanie wszystkich rzeczy odbieranych żywym i wymordowanym Żydom. Nazwa pochodzi od imienia Heydricha, który był pierwszym realizatorem akcji eksterminacji Żydów” [1].

Jakie wyniki dawała ta akcja, dowiadujemy się z rozmaitych źródeł. Przebieg jej opisuje również komendant obozu w Auschwitz, Rudolf Hess:

„Przy wyładowywaniu transportów żydowskich cały bagaż zostawał na rampie, aż do chwili, gdy wszystkich Żydów zaprowadzono do obozu lub do miejsca zagłady. Potem specjalne drużyny transportowe przewoziły bagaż początkowo do sortowni Kanada I, gdzie go sortowano i dezynfekowano. […] Jednak w 1942 r. Kanada I nie mogła nadążyć z sortowaniem rzeczy. Mimo że wciąż wznoszono dodatkowe szopy i baraki, a więźniowie sortowali dniem i nocą, mimo że zwiększano nieustannie liczbę pracujących i załadowywano codziennie wysortowanym materiałem wiele wagonów – często do 20, wciąż piętrzyły się stosy bagażu. Przystąpiono więc w 1942 r. do wybudowania magazynu Kanada II na zachodnim krańcu odcinka budowlanego II w Brzezince, jak również odwszalni i łaźni dla przybywających więźniów. Trzydzieści nowo wybudowanych baraków było wypełnionych po brzegi zaraz po wykończeniu, a góry niesortowanego bagażu piętrzyły się między barakami. […] Przedmioty wartościowe przejmował specjalny oddział komendy obozu, po czym fachowcy odpowiednio je sortowali. Podobnie działo się ze znalezionymi pieniędzmi […]. Eichmann powiedział mi kiedyś, że kosztowności i dewizy sprzedawano w Szwajcarii; zarzucono kosztownościami cały szwajcarski rynek. Zwykłe zegarki wysyłano tysiącami do Sachsenhausen. Znajdował się tam wielki warsztat zegarmistrzowski zatrudniający setki więźniów – założony pod bezpośrednim kierownictwem Maurera z D II. W warsztacie tym sortowano zegarki i naprawiano je. Najwięcej zegarków zostało oddanych do dyspozycji frontowych oddziałów SS i armii dla celów służbowych. Złote zęby przetapiali w sztaby lekarze dentyści w rewirze SS i odsyłali je co miesiąc do Głównego Urzędu Sanitarnego. W plombowanych zębach także znajdowano kamienie szlachetne olbrzymiej wartości. Obcięte włosy kobiece wysyłano do pewnej fabryki w Bawarii dla celów zbrojeniowych. W związku z kosztownościami Żydów wytworzyła się w obozie ogromnie trudna sytuacja, której nigdy już nie udało się całkowicie opanować. Wpłynęło to demoralizująco na członków SS, którzy nie zawsze byli na tyle silni, aby potrafili zwalczyć w sobie pokusę łatwego wzbogacenia się kosztownościami Żydów. Najcięższe kary pozbawienia wolności, a nawet wyroki śmierci, nie działały dostatecznie odstraszająco. Akcja Reinhardta była prowadzona nadzwyczaj metodycznie według dokładnych instrukcji Himmlera” [1].

W dalszym ciągu książki cytowane są instrukcje Himmlera, wskazujące, w jaki sposób należy pozyskiwać „ruchomą i nieruchomą własność po przesiedlonych Żydach” i co z nią zrobić, a nawet nakaz, by w przyszłości pozyskane w ramach Akcji dobra określać „mieniem złodziei, paserów i spekulantów”. Niemcy, jak zawsze i w tej materii, byli skrupulatni, a instrukcje przewidywały, jak i co pozyskiwać i co następnie ze zgromadzonym mieniem zrobić:

„a) Wszelką gotówkę w banknotach niemieckich należy wpłacać do Banku Rzeszy w Berlinie-Schöneberg na konto Głównego Urzędu Gosp. i Admin. SS 158/1488.

b) Dewizy (w monetach lub nie), metale szlachetne, klejnoty, kamienie szlachetne i półszlachetne, perły, złote zęby i złom złoty należy dostarczyć Głównemu Urzędowi Gosp. i Admin. SS. On jest odpowiedzialny za bezzwłoczne przekazanie Bankowi Rzeszy Niemieckiej.

c) Zegarki wszelkiego rodzaju, budziki, pióra wieczne, ołówki, maszynki do golenia ręczne i elektryczne, scyzoryki, nożyczki, latarki kieszonkowe, portfele i sakiewki przyprowadzi Główny Urząd Gosp. i Admin. SS do porządku w specjalnych warsztatach, gdzie też będą oczyszczone i wycenione, ażeby mogły być jak najszybciej wysłane do oddziałów frontowych. Wojsko otrzyma je odpłatnie przez kantyny. Należy ustalić 3–4 kategorie cen i dopilnować, ażeby każdy dowódca i żołnierz mógł nabyć najwyżej jeden zegarek. Od sprzedaży należy wyłączać złote zegarki, których zużytkowanie zastrzegam sobie.

Całkowity wpływ przypadnie Państwu (niemieckiemu).

d) Bieliznę męską łącznie z obuwiem należy posortować i oszacować. Po pokryciu własnego zapotrzebowania dla więźniów obozów koncentracyjnych, a wyjątkowo dla oddziałów SS, należy rzeczy wymienione przekazać Związkowi Volksdeutschów, za zapłatą.

e) Suknie kobiece, bieliznę wraz z obuwiem, ubrania dziecięce należy oddać organizacji Volksdeutschów za zapłatą.

Bieliznę czysto jedwabną należy oddać według instrukcji Gł. Urzędu Gosp. i Adm. SS Ministerstwu Gospodarki Rzeszy. To samo stosuje się do bielizny pod lit. d.

f) Pierzyny, koce wełniane itp., materiały na ubrania, szale, parasole, laski, termosy, ochraniacze na uszy, wózki dziecięce, grzebienie, torby ręczne, paski skórzane, torby na zakupy, fajki, okulary od słońca, lustra, noże, łyżki, widelce itp., plecaki, walizki skórzane i inne należy oddać organizacji Volksdeutschów. Kwestia opłaty będzie później uregulowana. […]

g) Pościel, jak: prześcieradła, podpinki, poduszki, ręczniki, prześcieradła kąpielowe, kapy stołowe, należy oddać organizacji Volksdeutschów za zapłatą. […]

h) Okulary i szkła wszelkiego rodzaju należy oddać urzędowi sanitarnemu do zużytkowania. (Okulary w złotej oprawie muszą być oddane wraz z metalami szlachetnymi bez szkieł). […]

i) Futra w dobrym gatunku wszelkiego rodzaju, przerobione lub nie, należy dostarczyć Gł. Urzędowi Gosp. i Admin. SS. Futra tanie (baranie, zajęcze, królicze itd.) należy za uwiadomieniem Gł. Urzędu Gosp. i Admin. SS B II dostarczyć do Zakładu Odzieżowego Broni SS w Ravensbrück koło Fürstenbergu. […]

Należy surowo przestrzegać, ażeby przy oddawanych ubraniach i okryciach odpruto gwiazdę żydowską” [1].

Akcja Reinhardta zakończyła się dnia 19 października 1943 roku i prowadzący ją na terenie Generalnej Guberni SS-Gruppenführer Odilo Globocnik złożył Himmlerowi sprawozdanie. Oto wyjątki z tego dokumentu:

„[…] Dnia 19.10.1943 roku zakończyłem przeprowadzoną przeze mnie w Generalnej Guberni »operację Reinhardta« i rozwiązałem wszystkie żydowskie obozy. W toku „operacji Reinhardta” w Lublinie w okresie od dnia 1 kwietnia 1942 roku do dnia 15 grudnia 1943 roku Rzesza Wielkoniemiecka otrzymała nabytki »operacji Reinhardta« wymienione w zestawieniu. W kruszcach szlachetnych zebrano: 236 sztab złota o wadze 2 909,68 kg, liczonych po 2 800 marek niemieckich, 2 143 sztab srebra o wadze 18 733,69 kg, liczonych po 40 marek niemieckich, 15,14 kg platyny liczonych po 5 000 marek niemieckich. Dewizy w złocie obejmują walutę 34 krajów. […] Wykaz kosztowności, biżuterii i innych przedmiotów obejmuje 44 pozycje. Na wstępie 15 883 pierścieni złotych z brylantami i diamentami, liczonych po 1 500 marek niemieckich. Dalej 130 dużych brylantów po 1 000 marek niemieckich; 2 511,87 karatów brylantów po 100 marek niemieckich; 13 458,62 karatów diamentów po 50 marek niemieckich; 114 kg pereł oszacowanych na 6 milionów marek niemieckich. Jest też 103 614 zegarków (Reparaturuhren) po 2 marki za sztukę, 60 125 zegarków po 10 marek, 2 343 budzików po 4 marki i 6 943 budzików wymagających naprawy po 1 marce; 29 391 par okularów po 3 marki niemieckie. Materiały włókiennicze stanowiły odzież, bieliznę, pierze i szmaty w ilości 1 901 wagonów, ocenionych w sumie na 26 000 000 marek niemieckich. Łączna wartość wszystkich nabytków do dnia 15 grudnia 1943 roku wyniosła 178 745 960,59 marek niemieckich” [1] [2].

Wykaz powyższy podpisali, prócz Globocnika, Sturmbannführer Wippern jako kierownik zarządu i Oberscharführer SS Rzepa jako kierownik kasy „Akcji Reinhardta”.

Wszystkie ujawnione wykazy i zestawienia zrabowanych rzeczy oraz przedmiotów osobistego użytku pomordowanych ofiar nie dają pełnego obrazu, ponieważ znaczna ich część została rozkradziona. Jeden z SS-manów, należący do zbrojnej załogi obozu oświęcimskiego, SS-Untersturmführer Fritz Bergmann, opowiadał w obecności świadka Artura Mayera, że SS odebrało Żydom w Oświęcimiu kosztowności o wartości około 1 miliarda (1 000 000 000) marek niemieckich, ale w rzeczywistości wartość tych rzeczy była o wiele większa.

Instrukcja dotycząca „Akcji Reinhardta” obowiązywała we wszystkich niemieckich obozach koncentracyjnych, określała szczegółowo rodzaj postępowania ze zrabowanym uśmierconym Żydom mieniem. Kłamca, manipulant i ignorant Gross ośmielił się napisać, że mienia pozostawionego przez SS-manów Żydom była taka ilość, iż nawet w pozostałych po spaleniu tych nieszczęśników w krematoriach popiołach można było wygrzebać fortunę.

Jeżeli już ktoś mógł się wzbogacić na procederze okradania zwłok żydowskich (oprócz Rzeszy Niemieckiej i SS-manów pilnujących obozów zagłady i okradających Rzeszę z zadekretowanych dla niej pożydowskich dóbr), to „pinkertowcy”: grabarze żydowscy z zakładu pogrzebowego Towarzystwo Ostatniej Posługi, należącego do żydowskiej rodziny Pinkerta – odkopywali oni zwłoki Żydów zmarłych w getcie i okradli je ze złotych protez, plomb, biżuterii, grabili rytualną odzież – tałesy i tahirimy. Żydowskie źródła (wydane na Zachodzie) podkreślają bardzo zyskowny charakter tego procederu – pinkertowcy mieli się wzbogacić nawet na krwi swoich współziomków. Icchak Cukierman „Antek”, członek Żydowskiej Organizacji Bojowej, twierdzi, że w pierwszych dniach powstania w getcie warszawskim w kwietniu 1943 r. pinkertowcy grabili opuszczone domy żydowskie (A. Cukierman, „Nadmiar pamięci”, Warszawa 2000). Po wydostaniu się z getta i dołączeniu do oddziału Gwardii Ludowej w lasach wyszkowskich przestępcza grupa, powszechnie znienawidzona wśród samych Żydów, została wymordowana – jak przypomina dr Wojciech Muszyński, historyk IPN – przez członków Żydowskiej Organizacji Bojowej i Gwardii Ludowej. Pinkertowcy mieli do czynienia ze zwłokami Żydów, których nie dosięgła „Akcja Reinhardta”, więc niepozbawionych jeszcze dobytku. Gross, zaciekły w swojej antypolskiej propagandzie, udając naukowca – historyka, zapomina o faktach, rozwijając swoje ponure antypolskie hipotezy i domniemania.

Gross i Lewinkopf dali przykład, inni może dostali podobne polecenia albo zwietrzyli, że na opluwaniu Polaków można zbić „kasę”. No i wysypali się jak grzyby po deszczu: Martin Gray, Janka Hescheles, Miriam (Mary) Berg, Misha Defonseca z hagadą „Przeżyć z wilkami”. Ta ostatnia przesadziła, żądając w sądzie od swojego wydawcy 22 mln dolarów, których jej za książkę nie dopłacił. Jeśli nie dopłacono jej 22 mln dolarów, to ile już dostała? Można zarobić na pluciu na Polin? Można i to nieźle. Problem jednak pojawił się nowy: wydawca, broniąc się, wysypał, że autorka nie jest i nigdy nie była żydówką, za jaką w książce się podaje, tylko „katoliczką” z Amsterdamu, naprawdę nazywa się Monique De Wael i że nigdy noga jej nie stanęła w Polsce.

Ale książka poszła w świat, o fałszerstwie mało kto wie, a Polacy dostali nowy listek laurowy do wawrzynowego wieńca sławy światowych arcymistrzów antysemityzmu. Nawet w Polsce niektóre odmóżdżone osobniki traktują te koszmarne baśnie jako prawdę historyczną. Takich „baśniopisarzy” opluwających na Zachodzie naród polski było więcej. Przychodziło to im tym łatwiej, że „polscy” ambasadorowie ze szkoły Geremka, w imię plemiennej solidarności, zamiast bronić dobrego imienia Polaków, robili własne geszefty i współpracowali z opluwaczami. W psychologii znany jest fenomen nienawiści obdarowanego do dobroczyńcy. Niekiedy nienawidzący nie wytrzymuje wewnętrznej niespójności między tym, co ma w pamięci, a tym, co głosi. Być może właśnie ten konflikt był przyczyną samobójstwa Lewinkopfa-Kosińskiego, autora „Malowanego ptaka”? Oczywiście wredne bajania Kosińskiego zostały rozsławione przez stosowne media na całym świecie i rozeszły się w milionach egzemplarzy.

Badająca sprawę uratowania się rodziny Lewinkopfów świetna dokumentalistka i publicystka Joanna Siedlecka opisała ją w książce „Czarny ptasior” i została za to obwołana antysemitką, bo opisała, jak było naprawdę.

Żydzi i inni filosemici plwający na Polaków mają się dobrze, wspomagani przez pełniących obowiązki Polaków polskich polityków. Tu zatrzyma się ekshumację, bo wykopaliska wskazują na zbrodnię Niemców, a nie Polaków. Ówdzie „ministra” RP albo prezydent USA „pomyli się” i powie „polski obóz koncentracyjny”. I tak, z pomocą obieranych przez nas przedstawicieli narodu, utrwala się fałszywa legenda Polaków antysemitów, winnych zagłady Żydów. Kiedy ktoś, jak Grzegorz Braun, obdarzony odwagą cywilną, powie głośno, że pokazywane jako autentyki krematoria w Auschwitz budzą wątpliwości, czy kiedykolwiek mogły funkcjonować – robi się klangor na cały świat. Po dokładniejszej analizie wypowiedzi okazuje się, że Braun nie kwestionuje niczego z zagłady Żydów, tylko ma wątpliwości co do autentyzmu budowli; co do tego, czy nie są one po prostu nieudolnymi rekonstrukcjami. Historycy, zamiast moczyć spodnie na sam dźwięk tego hasła, powinni zdobyć się na odwagę i szukać prawdy tam, gdzie ona się znajduje. Zatopieni i przyzwalający na kłamstwo znajdą się wcześniej czy później w sytuacji, kiedy zmuszeni zostaną do taplania się w oszustwie.

Autorstwo: Barnaba d’Aix
Źródło: WolneMedia.net

Przypisy

[1] Z książki „Nie oszczędzać Polski” Tadeusza Cypriana i Jerzego Sawickiego, profesorów prawa karnego. Cyprian i Sawicki byli reprezentantami Polski na Procesach Norymberskich i w przeciwieństwie do Grossa wiedzieli, o czym piszą.

[2] 1 Reichsmarka (RM) z 1943 roku miała siłę nabywczą odpowiadającą dzisiejszym około 3,50–4,50 euro, weźmy średnią 4,0 euro. 178 745 960 ówczesnych Reichsmarek miałoby dzisiaj wartość około 715 milionów euro.