Wojna imperium z aktywizmem i dziennikarstwem nadal się zaostrza, a administracja Trumpa bierze na celownik lewicowego prezentera internetowego Hasana Pikera i antywojenną aktywistkę Medeę Benjamin za zbrodnię polegającą na dostarczaniu pomocy humanitarnej na Kubę.
{Czytajmy ostrożnie – to jednak lewactwo?.. md}
To kolejny akt agresji w ramach tej samej fali ataków i podważania niewygodnej prawdy i jasnych poglądów moralnych w całym zachodnim świecie na przestrzeni ostatnich lat.
Nie jest to sprawa odrębna od prześladowania Juliana Assange’a za ujawnienie amerykańskich zbrodni wojennych.
Nie jest to oderwane od stale rosnącej eskalacji cenzury internetu, której byliśmy świadkami po wydarzeniach w Strefie Gazy, na Ukrainie, po Covidzie, 6 stycznia, wyborach prezydenckich w USA w 2016 r. i każdej innej wymówce, jaką mogli znaleźć zarządcy narracji imperialnej.
Nie jest to oderwane od wysiłków administracji Trumpa mających na celu deportację cudzoziemców za krytykę państwa Izrael.
Nie jest to działanie oderwane od wysiłków mających na celu tłumienie protestów pro-palestyńskich i demonstracji na kampusach uniwersyteckich.
Nie jest to odrębna kwestia od aresztowań aktywistów w Wielkiej Brytanii pod zarzutem terroryzmu za wypowiedzenie słów „Popieram Palestine Action”.
Nie jest to odrębna kwestia od aktywistów, którym postawiono zarzuty karne za powiedzenie „Od rzeki do morza” w niektórych częściach Australii i Niemiec.
Nie jest to oderwane od wysiłków podejmowanych przez imperium w celu stłumienia ruchu BDS i zakazania bojkotu izraelskich produktów.
Nie jest to coś odrębnego od zakazu wjazdu zagranicznej prasy do Strefy Gazy wprowadzonego przez Izrael, ani od systematycznej eksterminacji palestyńskich dziennikarzy w Strefie Gazy prowadzonej przez Izrael.
Nie jest to oderwane od sztucznie wywołanej histerii na temat „antysemityzmu” w społeczeństwach zachodnich i wysiłków zachodnich rządów, aby uciszyć krytykę Izraela w imię ochrony Żydów.
Nie można tego oddzielić od ogromnego zwiększenia budżetu Izraela na hasbarę w tym roku i od armii płatnych trolli, które zalewają dyskusję w Internecie.
Nie jest to oderwane od nieustannego ostrzału imperialnej propagandy, którą widzimy każdego dnia ze strony plutokratycznej prasy, usprawiedliwiającej każdą wojnę i oczerniającej każdego dysydenta.
Nie jest to oderwane od sposobu, w jaki imperialni oligarchowie, tacy jak Jeff Bezos, Elon Musk i Larry Ellison, wykupują media takie jak The Washington Post i CBS oraz platformy mediów społecznościowych jak TikTok i Twitter, aby manipulować sposobem myślenia, działania i głosowania opinii publicznej.
Nie jest to oderwane od sposobu, w jaki platformy technologiczne manipulują algorytmami, aby ukryć przed opinią publiczną odmienne źródła informacji i wykorzystują fałszywe firmy zajmujące się „weryfikacją faktów”, aby tłumić nieautoryzowane fakty.
Nie jest ona odrębna od środków zachowania tajemnicy rządowej, które zabraniają społeczeństwu dowiedzenia się, co robią rządzący, i które surowo karzą każdego, kto próbuje ujawnić niewygodne fakty.
Imperium prowadzi nieustanną wojnę z jasnością intelektualną i jasnością moralną, gdyż prawda i moralność są jego wrogami.
Nie chcą, abyśmy mieli niczym niezakłóconą wizję, jasny umysł, funkcjonujące ośrodki empatii i dobrze ukształtowane sumienia, ponieważ gdybyśmy je mieli, natychmiast rozebraliśmy imperium cegła po cegle.
Dlatego ścigają każdego, kto próbuje poszerzać świadomość zachodniego społeczeństwa za pomocą aktywizmu i dziennikarstwa. W imperium zbudowanym na kłamstwach i napędzanym ludzką krwią, mówienie prawdy jest postrzegane jako zdrada, a robienie tego, co słuszne, jako bunt.
Jedyną rozsądną reakcją na taką dystopijną sytuację jest przyłączenie się do rewolucji. Pomóżmy rozpowszechniać nieautoryzowane idee i informacje. Podejmijmy działania, aby uświadomić nadużycia w imperium. Próbują utrzymać wszystko w tajemnicy, więc musimy to wydobyć na światło dzienne.
Nie walczyliby tak zaciekle o tłumienie prawdy i współczucia, gdyby nie stanowiło to bezpośredniego zagrożenia egzystencjalnego dla ich struktury władzy.
Ja już nie mogę. Jest tyle burz w szklance wody, że już się szklanki mylą i gdyby każdą z nich postawić na półce w kuchni, to ta musiałby mieć z kilometr. Dlatego większość z nas zajmuje się pojedynczymi szklankami i nie widzi całego wielkiego szeregu, który już chyba oplótłby Ziemię. Ale są aż takie burze w szklance wody, że ta wychlapuje się i widać dno. Dno tego czym zajmują się polskie umysły popędzane przez media. Tym razem trafiamy na tzw. temat B2B, czyli nie będzie o tym czym media zajmują obywateli, tylko o tym, jak media zajmują się same sobą.
Ostatnio pan prezydent Nawrocki w czasie konferencji prasowej wyciągnął palec w kierunku dziennikarza i upomniał go, że ten nie słucha co się na konferencji mówi. Z takiego nic rozpętała się trwająca ponad tydzień histeria mediów (co jest jednym z tegorocznych rekordów trwania wrzutek medialnych) skierowana rzecz jasna przeciwko brutalnemu zachowaniu prezydenta, oraz broniąca ofiary bezpardonowego ataku – wskazanego paluszkiem dziennikarza, który okazało się, że jest tylko upostaciowieniem gnębionej i zagrożonej całej branży dziennikarskiej. Rzeczony dziennikarz zaczął być nie tylko symbolem tej brutalizacji, ale już się wyraźnie rozgrzał i zainicjował samoistnie jakieś własne inicjatywy, myląc falę, która go taktycznie wyniosła na tymczasową barykadę ze stałym trendem, na którego czele miałby stanąć. Zebrały się konwektykle samych dziennikarzy, zbiory płaczek pokazujących jak to – tylko prawicowcy i politycy, i ich media, nie mówiąc już o bezzębnych kibolach – atakują, stresują oraz, uwaga! biją i szarpią ich, jako pracowników widocznie znienawidzonych wolnych mediów. Skąd to się bierze, jak to z tymi dziennikarzami jest i co z tym dalej będzie? Skoro tak media zaczęły o sobie, to i ja spróbuję o mediach.
Jakoś tak się tak potoczyło w moim życiu, że sam jestem z mediów. Ani o tym nie marzyłem, ani tego nie chciałem, ale tak przebiegły wiry historii, że mnie w to wciągnęło i na długo kręciło. Przeszedłem całą drogę, jaką można przejść w mediach: od podziemnego radiowca stanu wojennego, poprzez naczelnego nielegalnych powielaczowych gazet, by w III RP wylądować w innej roli – organizatora i komercjalizatora znanych tytułów, od CHIP-a, Forbes’a, Newsweeka, aż po Rzeczpospolitą. Przy okazji uczestniczyłem w wielu instytucjach regulujących, a właściwie organizujących rynek wydawniczy oraz byłem obecny przy inicjowaniu przejścia mediów z papieru do internetu. Wiem więc o mediach sporo, i to praktycznie na wszystkich ich poziomach, szczególnie zaś ulubiłem sobie obszary dziennikarskie, w których widziałem pożyteczną misję czwartej władzy, w dodatku do godnego – wtedy – skomercjalizowania.
Ideał czwartej władzy
Często pada w obiegu to słowo „czwarta władza”. Trzeba na początku sobie wyjaśnić co ono oznacza. Pojęcie wprost nawiązuje do monteskiuszowego trójpodziału władzy. Jak wiadomo mamy władz u Monteskiusza trzy: ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą. Trójpodział władzy zakłada stworzenie subtelnego mechanizmu równowagi (tzw. checks and balances), w którym pociąg do władzy jednej z nich jest równoważony przez każdą z dwóch pozostałych. Tendencje do wyrodzenia się którejś z władz mają być jak byk, trzymany na postronkach pozostałych dwóch. Na początku zakładano, że w tym trójpodziale to władza sądownicza będzie mitygować pozostałe, ale odeszło się od tego z biegiem czasu – okazało się, że i sędziowie mają zapędy do alienowania się ich władzy w postaci sędziokracji, a więc i tę sferę trzeba było ustrojowo wziąć na postronek.
W czasach nowożytnych, wraz z pojawieniem się druku i prasy pojawiło się pojęcie „czwartej władzy”, czyli mediów, które miałyby kontrolować wszystkie pozostałe trzy władze. Idea była zacna, gdyż miałaby być i kontrola, i społeczna ocena „na żywo”, w czasie rzeczywistym. W demokracji to cenna cecha, gdyż bez mediów ocena efektów działania władz ograniczałyby się do kadencyjnych, jednorazowych aktów wyborczych. A teraz, z mediami, kontrola stawała się procesem ciągłym, zaś sam akt wyborczy był tylko efektem takiego nadzoru, za to umocowanym w ciągłym i masowym obserwowaniu przez peryskop mediów poczynań rządzących. Dlatego w dojrzałych demokracjach ustrojowo decydowano się na ochronę wolności mediów, bez której obiektywna ocena mogłaby być wypaczana poprzez propagandę władzy. Pośrednio – o czym szerzej powiemy sobie później – ochrona rozszerzała się na konkretne osoby, którymi byli dziennikarze, jako żołnierze pierwszej linii frontu prawdy. Zrobił się z tej czwartej władzy układ wręcz idealny – demos miał narzędzie ciągłej kontroli wybrańców, narzędzie zaś był najęte i opłacane przez obywateli, konsumentów mediów, by spełniać niezależne role kontroli władzy. No – ideał.
Zaczynają się schody
Ale zaczął się pewien obiektywny, później już zupełnie zsubiektywizowany politycznie, proces, który uczynił z czwartej władzy jej własną karykaturę. Jej końcowy efekt to dopisanie się władzy czwartej do dealu, czyli sprowadzenie mediów do przymierza z władzą wykonawczą, a skoro ta wykonawcza – wbrew zaleceniom Monteskiusza – spacyfikowała dwie pozostałe (tak się dzieje, uwaga! – prawie w każdej demokracji), to mamy do czynienia z układem zamkniętym. Rozszalały byk samowoli władzy rozbija się po zagrodzie państwa niemitygowany, zaś obywatele, albo karnie ustawiają się w stuporze, by ich nie zauważył, albo biegają po arenie, chcąc się ukryć przed rogami byka wypchanego głosami z urn. Trzy postronki trójpodziału władzy wciąż wiszą mu na karku, ale nie spełniają żadnych funkcji kontrolnych – są już tylko kolorowymi wstążkami pozorów, ku uciesze i ułudzie widowni.
Jak do tego doszło, bo nie dam się, z racji swej wiedzy i doświadczenia, złapać wyłącznie na lep tezy, że to złośliwcy, politycy i sprzedajne media taki nam zgotowały los? Co pewnie zdziwi wielu – do tego stanu przyczyniło się wejście… reklamy do mediów. Ta oddzieliła uczciwość przekazu dziennikarskiego od nagrody pieniężnej pochodzącej od odbiorcy. Jak dla czytelnika gazeta kłamała, albo chociażby malowała rzeczywistość – ten przestawał ją kupować, gdyż nie spełniała jego oczekiwań. Ale model mediów przeszedł w inny obszar – mediom zaczęli płacić reklamodawcy, zaś płacili nie za rzetelność przekazu, ale za przykuwanie uwagi odbiorców. Stąd spsienie mediów, ściganie się na sensacje – baby z brodą i walki w kisielu szybko wyparły treści wartościowe, a już tym bardziej kontrolujące władzę. Wszystko miało być jak ze środkiem na zaparcia – cicho, bez stresu, nie przerywając snu.
Czemóż to, powiecie sami odbiorcy nie odwrócili się od takiego plebejskiego trendu i nie ukarali swą nieobecnością zdradzieckich mediów? W końcu to jeśli nawet tylko reklamodawca płacił, to jednak płacił za relacje z konkretną grupą odbiorców i chyba za to płacił mediom – by te dostarczyły kontakt z odbiorcami swemu głównemu klientowi. A tu taka zdrada nie skończyła się bojkotem ze strony odbiorców. Czemu? Jeśli porównać media do leśnych karmików napełnianych medialną paszą, to mają być one na tyle atrakcyjne, by podeszła tam zwierzyna (czyli odbiorcy), po to, by umówiony myśliwy (tu reklamodawca) mógł sobie postrzelać reklamami. W tej metaforze stan braku ostracyzmu ze strony saren można wytłumaczyć jednym: nie było innych niż takie karmiki. Po prostu towarzystwo padłoby z medialnego głodu, zaczęło więc podjadać do tej pory znienawidzone siano ustawek medialnych, czynionych w interesie reklamodawców. Odbiorcy godzili się na to i z głodu, i z powodu hipokryzji, żeby się tylko nie przyznać do tego, że to nie my, tylko inni kształtują nasze gusta – polubiliśmy tę paszę na medialnych sterydach. W końcu inne sarny zrobiły tak samo, a więc był spełniony społeczny dowód słuszności polegający na tym, że sokoro inni się uśmiechają, wtranżalając to-to, to znaczy, że coś jednak w tym jest.
Ale to nie takie proste – gdyby tak było, nie miałoby to żadnego przełożenia politycznego. Gdyby mediami rządziły tylko spożywcze czy konsumenckie korporacje, to nie przekładałoby się to na inne niż konsumenckie poglądy odbiorców. A wiemy, że tak nie jest – media jednocześnie bowiem zarabiają, ale i sączą polityczną wodę do glajszachtowanych mózgów. Skąd się bierze ten mechanizm i jak się utrzymuje? Mamy tu co najmniej trzy elementy. Zacznijmy od pierwszego.
Jak rządzi reklama
Po pierwsze samo upolitycznione przecież państwo staje się coraz większym reklamodawcą. Widać to było szczególnie za pandemii, gdzie gros przychodów mediów z wygłodzonego rynku konsumenckiego przeszło na kampanie za publiczne środki, do tego dochodzą jeszcze spółki skarbu państwa ze swoimi budżetami. W końcu trzeba było promować państwowe obostrzenia, a później – to był dopiero przewał… – promować za publiczne środki używanie jak najbardziej prywatnych szczepionek. Mieliśmy więc zamiast reklam takiego powiedzmy Pfizera odpowiednie komunikaty ministerstwa zdrowia, choćby tylko sfabularyzowane w rolach aktorskich taki Pazurów, czy innych sanitarystycznych łże-autorytetów. A jak państwo daje, to i może zabrać. Tu się pojawiło odzwierciedlenie trybalizacji mediów, których w Polsce mamy dwa typy, podzielone na polityczne plemiona. I jak któreś z nich weźmie górę w wyborach to – nie tylko w mediach publicznych – może takimi budżetami nagradzać media sobie spolegliwe, zaś ich brakiem – karać te, które nie maszerują w nogę z przekazem. Taki aspekt jest jedną z przyczyn zaniku mediów w funkcji czwartej władzy.
Drugi czynnik jest taki, że państwo uzurpuje sobie prawo do regulowania rynku medialnego. Postulat wolnych mediów jest wciąż w rękach rządzących, którzy mogą zrobić mediom (i to wybranym) szybkie kuku i wtedy czwarta władza będzie leżała na – również komercyjnych – łopatkach. Nie ma co prawda reglamentowania dla prasy – może i dlatego jest ona w odwrocie – ale już wszelkie inne media podlegają kontroli. Koncesje, zezwolenia, zasięgi emisji to są decyzje administracyjne, łatwe do upolitycznienia. Co prawda pojawiły się tak zwane media społecznościowe, ale i te – i to w randze dyrektyw wyższej rangi, np. unijnych – są regulowane pod dowcipnym pozorem walki z dezinformacją. A więc każde medium dwa razy obejrzy pod światło wszelki news czy felieton wymierzony we władze. Ba – będzie antycypować na co tam ta władzuchna może się obrazić – a antycypacja w takim wypadku idzie dalej niż obawy sponsora, jest zawsze na wyrost, powyżej zastrzeżeń regulatora, przewiduje bowiem nieprzewidywalne, czyli na co może się obrazić polityk. Mamy więc najgorszy poziom cenzury – cenzurę wewnętrzną ze zinternalizowanymi, czyli już wtedy własnymi, kryteriami o czym wolno nam pisać, co mówić i co pokazywać. Władzuchna zaś ma czyste rączki i to z tyłu – my? My nic nie mówimy, niczego nie zabraniamy, wolne media mówią co chcą, a skoro tak mówią, tak nas chwalą, to widocznie tak jest. O czym my – władzuchna – też, tak jak wy – obywatele – dowiadujemy się z mediów. Cenzura tu polega na tym, że takimi mechanizmami nieformalnie kształtuje się przekaz na przychylny wobec władzy.
Trzecim aspektem jest bardziej subtelny mechanizm. Skoro władza jest ważna dla mediów z powodów regulacyjnych, to trzeba uważać co jej się podoba. A mogą się jej – szczególnie w plemiennej dwójpolówce – nie podobać media inne. I tu jest strach – władza patrzy czy przypadkiem ty tam nie dokarmiasz wrażej stacji swoimi reklamami. I może za to pokarać. A więc trzeba uważać czy reklamujesz się w stacjach przychylnych władzy, czy nie. Sami rządzący, a zwłaszcza ich harcownicy, gorzej, że sami ludzie mediów, nie szczypią się i już w biały dzień nawołują do bojkotu reklamowego mediów im nie sprzyjających. Najgorzej kiedy robią to, sami ludzie mediów, bo to jest wyraźne kapowanie na konkurentów – nie możemy was pokonać lepszym przekazem, to narobimy hałasu wizerunkowego. I wiele firm na to idzie. Taki Owsiak sam szantażuje firmy, że ten sam klient nie może być i u niego, i w takiej telewizji Republika. W normalnym świecie za takie coś Juras sam zostałby zbojkotowany przez klientów, za taki szantaż. Tu mamy do czynienia jednak z pupilkiem władzy i wybacza się mu wszystko.
Dowód na patologię tego zjawiska jest prosty – przecież takiemu Lidlowi czy jakieś tam innej marce chyba zależy na dotarciu również i do konserwatywnych zwolenników prawicy. Ci przecież też jakoś jeżdżą, coś jedzą, ubierają się i w ogóle konsumują. W dodatku z powodu uplemiennienia mediów ci odbiorcy trzymają się mocno swoich medialnych baniek, w związku z tym rezygnacja reklamodawców z dotarcia do klientów poprzez ich media ma inny niż komercyjny podtekst. Okazuje się, że dziś reklama nie jest kosztem dotarcia z przekazem marketingowym do swojej grupy klientów, ale… okupem, który starannie wydziela się wedle kryteriów politycznych. Trochę dla mediów, trochę dla władzy. A skoro tak, to ten główny element finansowania „wolnych mediów” kosztem mediów innych jest zaprzeczeniem idei czwartej władzy, gdyż ma charakter konsekwentnie opłacanej manipulacji przekazem.
Czwarta władza w rękach pośrednika
Ważny tu jest element pośrednika pomiędzy widzem a mediami – są to agencje, a zwłaszcza domy mediowe. Jak to chodzi? Proszę – domy mediowe działają tak: podpisują z mediami umowy, że z góry na cały rok, za odpowiednią prowizję od mediów dostarczą odpowiednią i ustaloną ilość pieniędzy od swoich klientów reklamowych. Działają więc jak brokerzy, czy to ubezpieczeniowi, czy finansowi – jeżeli jesteś klientem, to szybko okaże się, że najlepsze oferty rynkowe znajdują się akurat w portfolio danej agencji i klient kupuje taki towar, jak my polisę. To upraszcza sprawę wielu stronom – klient nie musi czołgać się przez sterty ofert medialnych, a i tak dostanie u pośrednika lepszą cenę niż by uzyskał pojedynczo kupując reklamy. Media też się cieszą – mają z góry określone wpływy z reklam, inaczej musiałyby się co miesiąc zastanawiać ile wywalczą. Nawet wręczają domom mediowym swoistą łapówkę (tzw. kick back) czyli oddają część swoich przychodów od reklamodawców agencjom pośredniczącym, by zachęcić je do „obiektywnego”, ale wtedy wyraźnie tendencyjnego, lokowania u nich reklam. Tak działają media.
Powie każdy z odbiorców – a co mnie to obchodzi, ja jestem tylko odbiorcą ulubionych treści, nie reklam przecież? Ale – jak już ustaliliśmy – od wpływów z reklam nie zależy tylko CO obejrzysz w przekazie komercyjnym, ale też to, co w ogóle będziesz MÓGŁ obejrzeć. Pośrednicy reklamowi stają się więc ważnym graczem na tym rynku – mogą sadzać na tronie i z niego zrzucać dowolne medium. Przykładem na wszechmoc tych struktur niech będą ostatnie przygody telewizji kanału Zero redaktora Stanowskiego. Miała ci ona wystartować na początku roku, ale nie wystartowała. Łatwowierny, albo trochę naiwny, że tu tylko chodzi o kasę, Stanowski właśnie miał już umówione podpisanie umowy na wyłączność z jednym z brokerów – akurat przy… TVN – i się okazało, że dom mediowy się „rozmyślił” w ostatniej chwili, umowy nie będzie i telewizja nie wystartuje. I nie wiadomo czy w ogóle wystartuje, bo na rynku reklamy telewizyjnej brokerów jest ze trzy sztuki, ten od TVP na bank się nie zgodzi finansować politycznie konkurencyjnej stacji, zaś i broker polsatowy, po zmianie formatu Polsatu z symetrystycznego na protuskowy – też się nie będzie wyrywał do dołączenia Stanowskiego do swego portfolio.
Czemu domy mediowe są politycznie stronnicze i nie idą za komercjalizacją prawdziwych zasięgów? Po pierwsze – jak dowiodłem wcześniej – chcą od nich tego sami klienci dla swego nieświętego spokoju i przypodobania się władzy. Po drugie – media, głównie o lewicowej proweniencji, mocno „pracują” nad sterowalnością „obiektywizmu” domów mediowych. Na techniki tej pracy spuszczę na razie zasłonę milczenia. Po trzecie – upolitycznienie zarządów domów mediowych w przechyle na jedną, liberalno-lewicową, stronę przewyższa chyba upolitycznienie „obiektywnych” dziennikarzy plemiennych.
Pora na dziennikarzy, czyli wchodzą mediaworkerzy
No, ale dość malowania tego wielkiego obrazu, wyjaśniania jak działają trybiki tej skomplikowanej machiny, mamy już obraz zmiany zasilania tego mechanizmu, pasów transmisyjnych i w jego rezultacie zmiany produktu wychodzącego z tych piekielnych czeluści. Pora zająć się obiecanym trybikiem – dziennikarzami. Przypomnę ich ważną rolę w założeniach „czwartej władzy”: skoro wiemy, że za obiektywny przekaz nie płaci już dziś odbiorca, zaś płaci czy to komercyjny czy polityczny klient za spełnianie funkcji dotarcia i efektu, w tym politycznego, to przekaz musi sprzyjać interesom tego kto płaci, a ustaliliśmy, że nie jest to odbiorca. A o kompatybilność tego układu mają dbać mediaworkerzy, zwani kiedyś i myleni do dziś z dziennikarzami.
Specjalnie użyłem określenia „mediaworker”, gdyż ma ono dla mnie celowy pejoratywny wydźwięk. Taki trybik to nie dziennikarz – to byłe już czasy, gdy do tematu podchodził redaktor, nie wiedząc jeszcze co z tematu wyjdzie. Uważał go tylko za interesujący, zwłaszcza kiedy był ukryty lub przeinaczany. Dziennikarstwo było więc odkrywaniem, – uwaga, w towarzystwie czytelnika! – prawdy wcześniej nie znanej. To było jak każdorazowe śledztwo – parę przesłanek, przesłuchania świadków i biegłych ekspertów, dochodzenie i niewiadomy wynik takowego. Stare, dobre czasy. Ci dziennikarze, jak dinozaury, wyginęli już, tyle że z głodu. W opisanym układzie upolitycznienia się czwartej władzy nie mogło być inaczej. Tyle, że – uwaga, te obiektywne zjawiska nie zwalniają obecnych mediaworkerów od odpowiedzialności. To nie jest tak, że ci poszli do zawodu i się nagle zdziwili, jak teraz wygląda posłannictwo czwartej władzy. Nie – wiedzieli dobrze, gdzie idą i ta decyzja lokuje ich u mnie na nizinach etyki zawodowej.
Przypomnę – dziennikarz, żołnierz wolnych mediów w ich funkcji czwartej władzy, korzystał z systemowej ochrony pracownika zawodu społecznego zaufania. Miał być chroniony z powodów posiadania przymiotów, które obecnie już utracił. Utracił na własne życzenie dopisując się do służebnej roli wobec pana, którym na pewno nie jest prawda – raczej już złowieszczy miks interesów komercyjnych i politycznych, czyniących z czwórpodziału władzy żałosną, ale i okrutną parodię demokracji.
Zawód społecznego zadufania
Dlatego z żałością można patrzeć na dzisiejsze wywijanie legitymacją dziennikarską, że my tu , panie z misją, a tu na nas plują. Po pierwsze – nie tak plują, jak byście na to zasługiwali, po drugie – dawno przestaliście być szpicą poszukiwawcza prawdy w imieniu obywateli republiki. Od kiedy pozapisywaliście się do politycznych plemion, by im służyć. Od kiedy siadacie nad pustą kartką papieru i zanim napiszecie pierwsze słowo już wiecie kto (wciąż ten sam) jest winien i jaka będzie pointa. Odkąd za swoich idoli wzięliście parę pyskatych paniuś, których za swoich czasów nie dotknąłbym nawet kijem od szczotki w przedpokojach redakcji. Odkąd dla was dziennikarstwo to przesłuchiwanie zaproszonych gości (tu wersja dla plemienia wrażego) albo polerowanie politycznych zleceniodawców (tu wersja dla plemienia-sponsora). I to wszystko umaczane w Himalajach hipokryzji obrońców „wolnych mediów”.
Żeby nie skończyć na wyzwiskach pokażę jeden przykład – arcykapłanka tego dna: Monika Olejnik. Pierwsza przesłuchująca III RP, idol braci przystępującej do zawodu (no, żeby dziś chcieć być dzienn…, sorki mediaworkerem, to trzeba mieć jednak zacięcie), braki etyczne i warsztatowe ukrywane pod własną wersją pyskatej erystyki. Osoba, która za każdym razem wita nas w „wolnych mediach”.
Zapamiętałem sobie taki obrazek: w któryś ze słotnych dni stanu wojennego wyłażę ci ja z piwnicy, gdzie drukowałem podziemne ulotki, zapalam sporta i włączam telewizor na przerwę. Widzę młodziutką Monikę, która ma prowadzi reportaż w bojkotowanej wtedy TVP. Przypomnę, że jesteśmy już po drugiej zdaje się likwidacji programu III Polskiego Radia, kultowej stacji, której dziennikarze w stanie wojennym byli kilkakrotnie zwalniani i przyjmowani, aż ostatecznie ich wywalono, bo jednak nie rokowali nadziei na poprawę.
Otóż na te ich ciepłe jeszcze krzesełka przychodzi i zasiada Monika, ustawiona panna po zootechnice zdaje się, ale – jak się okazało – z moralnymi i charakterologicznymi kompetencjami łamistrajka. Wtedy to był obciach, pójść do wronich mediów. Łamistrajków dziennikarskiego bojkotu w stanie wojennym było tak mało, że jak się już taki trafił, to wyciskano z niego co się da – pisał, czytał, recytował, radio, telewizja, festiwale – no wszystko. I co ja, wycierając łapy z powielaczowej farby, oglądam w telewizyjnym występie pani Moniki? Uważajcie – dziennikarstwo śledcze widzę. Reporterka Olejnik dorwała, oczywiście prywaciarza ze skupu butelek i męczy biedaka, że nie przyjmuje butelek 0,7, tylko 0,75 i krzywda się dzieje. Ludzie – stan wojenny, czołgi na ulicach, media w podziemiu, Polacy w błocie złamania, a my tu o nieprawidłowościach w skupie butelek. No, Bareja, jak ktoś ma wyporność na takie klocki.
Wolna Monika
I dzisiaj ta sama pani Monika, nie zmieniając stylówy, wierzcie mi, wita nas w „wolnych mediach”. Fraternizująca się kiedyś z medialnym mordercą św. księdza Popiełuszki – Urbanem. Chorąża (niech będzie po feministycznemu) sztandaru wolnych i obiektywnych mediów, utkanego de facto z sutych przelewów. Wzorzec etyki dziennikarskiej, idol nowych zastępów adeptów mediaworkingu (nie bez powodu podobny format językowy do „sexworkingu”). Z rękoma poplamionymi wodą z mózgu, którą wtłacza milionom pogubionych Polaków, w końcu – wylewająca krokodyle łzy nad podziałem wśród rodaków, który codziennie pogłębia. A za nią idą wszystkie te paputczyce – Sznepfy, czy taka dziennikarka ostatnio z TVP o urodzie telewizyjnej porównywalnej do urody wokalnej sepleniącego spikera w radiu, Biedrzyckie, Gozdyry i ten cały magiel – wrzasków, pyskowania, przerywania, tumultu. I to przenoszenie tej stylówy na rozmowy Polaków, infekowanych tym syfem, codziennie – za pieniądze podatników czy konsumentów. Forpoczta wojny polsko-polskiej, siewcy batalii bez końca, udrapowani w pozory funkcji czwartej władzy, uzurpujący sobie prawo do ochrony, do której prawa dawno już i świadomie utracili, nie spełniając żadnej pożytecznej funkcji społecznej.
Piszę te gorzkie słowa, bo znam te branżę jak zły szeląg i nie dam się nabrać na pojękiwania o prześladowaniach w postaci prezydenckiego paluszka. Ubolewam tylko, jak bardzo oczyszczająca idea czwartej władzy legła dziś w bagnie podobno wolnej Polski. Mieliście bracia w dziennikarstwie, i to każdy z was, złoty róg. I każdy z was zrobił sobie z niego plastikową trąbkę, w którą dmiecie za drobne na festynach wybranej władzy. Tłumacząc ludowi, że to najwspanialsze przedstawienie i lepszego nie widzieliście. I codziennie patrzycie sobie w lustro, bez żadnej żenady, w dodatku uważając się za wykonawców zawodu społecznego zaufania, a jesteście w rzeczywistości pracownikami zawodu społecznego zadufania. W siebie i we własną rolę, którą sami sobie wymyśliliście, chyba tylko po to, by zbić te społeczne ale i moralne lustro, aby wam nie pokazywało jak nisko upadliście.
I walnął piorun w rabarbar. Ruszyła nagonka na redaktora Rymanowskiego. Właściwie to nie wiadomo dlaczego teraz i za co, ale czujne moje oko widzi podczerwień na kilometr i mogę wywieźć co się stało, że postać redaktora striggerowała nagle media głównego ścieku do ataku nań. Zaraz powiem co uruchomiło lawinę i zbadam jej skład.
Otóż pan redaktor Rymanowski zaprosił na wywiad panią profesor Cichosz, którą pewnie zauważył po jej wystąpieniu na sejmowym zespole ds. Ochrony Życia i Zdrowia Polaków na sesji poświęconej bezpieczeństwu żywnościowemu. Pani profesor w swym wystąpieniu w sejmie zawarła tyle demitologizacji obecnych oficjalnie pewników dietetycznych, że wytrawny redaktor wyczuł w tym niezły materiał na wywiad o szerokich zasięgach. I nie pomylił się. Ponad 2 miliony wyświetleń jednego wywiadu to super wynik, szczególnie, że Rymanowski zaczął stosunkowo niedawno i wśród niezłej stawki blogerów. Start kanału lekko ponad rok temu i już takie wyniki…
Redaktor
Śledzę pana redaktora od dawna (okazało się, że też on mnie śledził w czasach kowidowej pogardy). Nasz bohater przecierał się po różnych kanałach telewizyjnych, ale wtedy to jeszcze nie było tak, że każdy dziennikarz musiał gdzieś partyjnie należeć. Ostateczny dowód swojej niezależności złożył jednak spektakularnie przesłuchując premiera Tuska na okoliczność znajomości przyszłego prezydenta, Karola Nawrockiego, z trójmiejskim półświatkiem. Donald tak się wkopał tym wywiadem (i pociągnął za sobą Trzaskowskiego kandydata), że trudno byłoby mówić o ustawce. Prędzej o refleksie, dobrym przygotowaniu dziennikarza w konfrontacji z rozleniwiającą, jak widać, pewnością siebie premiera, który poległ na żywo. Co się dziwić – jak się chodzi wciąż do mediów, które spijają z usteczek każdy przygotowany u PR-owców bon mocik, to można się nadziać, jeśli się tylko trafi na… normalne dociekliwe dziennikarstwo sprzed epoki postprawdy, czyli rzeczywistości jako sumy prawd tymczasowych. Rymanowski zrobił po prostu swoje, co zostało obwołane aktem i odwagi, i super przygotowania, ale powtarzam – to (kiedyś) było abecadło dziennikarstwa. Ale takie mamy czasy.
Rymanowski zapraszał do siebie różne persony – każde ciekawe, bo przecież taki kanał zajmuje się (również) monetyzowaniem zasięgów. A cóż bardziej niż kontrowersje przyciąga dziś widzów? Można by pomyśleć, że to cyniczna gonitwa za kasą, ale pan redaktor w trakcie tych rozmów wykazywał się obiektywną dociekliwością, tematy i rozmówca go prawdziwie interesowały. Był odwrotnością postawy prawnika, który zadaje przed sądem tylko takie pytania, na które zna już odpowiedź. A pan redaktor odpowiedzi nie znał, dla widza więc było to wspólne z dziennikarzem odkrywanie prawdy. Ucieleśnienie misji mediów.
Rymanowski ma jeszcze jedną cechę – nie przerywa rozmówcy. Tak, to takie proste, aby w dzisiejszych czasach lśnić jak diament wśród popiołów „wolnych mediów”. Redaktorzy przerywają swojemu rozmówcy, szczególnie babeczki – trójca założycielska tego trendu to Olejnik, Biedrzycka i Sznepf, gdzie te dwie ostatnie uczyły się od mamusi, rodzicielki tego potwora dziennikarskiego stylu – Olejnik – pyskowania do zaproszonych, wykłócania się z gośćmi i przerywania im. W sumie sprowadzało się to do tego, że głównym tematem wywiadów stawały się poglądy prowadzącej wywiad, ale czemu to ludzie mieliby się ekscytować setnym odcinkiem pt. co tam myśli pani redaktor, skoro wszystko już zostało przez te indywidua powiedziane. A więc są to spotkania przewidywalne – jednych gnoić i im przerywać, drugim spijać z usteczek każdą bzdurę i dać perorować swoje kompletne durnoty, gorzej, że kłamstwa.
Dwa typy dziennikarstwa
I tu jest kolejna kwestia – postulowana w ramach tej afery weryfikacji na miejscu tego co mówi na żywo interlokutor. Tu mamy dwie szkoły: jedna mówi, żeby od razu, na bieżąco demaskować fejknjusy, gdyż trzeba izolować lud odbiorczy od szkodliwych miazmatów, bo się nawdycha i mu jakieś głupoty przyjdą do głowy. A tak nie może być – trzeba weryfikować na żywo i z tzw. „pozycji”. To znaczy dziennikarz już wie jak jest i jak coś lub ktoś nie pasuje do tego obrazu, to ma reagować natychmiast, obnażając niecne zamiary ściągniętego w pułapkę gościa. Do tego, by tak robić nie trzeba wcale refleksu, inteligencji czy dociekliwości – przeciwnie. Trzeba mieć tylko gotowych parę sztanc, w które ma się wpasować gość. Jak się nie wpasuje, to ma się od razu gotowy zestaw powtarzalnych korekcji do prawidłowego kursu, magazynek argumentów przećwiczonych na strzelnicy redakcyjnych zebrań.
Po drugiej stronie mamy nielicznych Rymanowskich. No, nielicznych jeśli patrzeć tylko na mainstream i to po obu stronach plemiennych mediów. Dziennikarska kindersztuba ocalała jeszcze w czeluściach internetu, gdzie można spokojnie posłuchać co goście mają do powiedzenia, da się zbudować zdania podrzędnie złożone, podczas gdy ich wysoce płatni mainstreamowi „koledzy” nie po fachu szczekają równoważnikami zdań długości esemesa. I redaktor Rymanowski należy do tej zanikającej grupy, ale kłopot (?) z nim polega na tym, że z takimi manierami pobywa jednak w mediach mainstreamowych, co stanowi dla niego wyróżniającą z tłumu rysę.
Domniemana reakcja
Tak, rysę. Bo co zrobi teraz mainstream z takim harcownikiem? Po pierwsze – Rymanowski po otwarciu swego kanału youtubowego we wrześniu zeszłego roku sam się realizował poza swoimi macierzystymi antenami, tam budował swoją rozpoznawalność, tam przekierowywał swoich widzów, monetyzował ich kosztem zapewne swoich redakcji. Ale z drugiej strony (tak liczono) przyprowadzał grono swoich akolitów z internetu przed ekrany TV, co było swoistym barterem popularki, zasięgów i przepływów.
Ale teraz sprawa się zaogniła i zobaczymy jak wydawcy telewizyjni wyjdą z tego zakrętu. Z jednej strony rozpoczęła się nagonka, że Rymanowski podstawia mikrofony do ust i kamery do twarzy kompletnej szurii antysytemowej i to na polach wszelakich. A więc dochodzi do zadarcia z największymi tego świata – reklamodawcami. A od tego już tylko kroczek do reklamowego bojkotu „stacji Rymanowskiego”. A widzieliśmy wiele takich prób – większość udanych, że wspomnę tylko deklaracje wprost takich Owsiaków, wprost do reklamodawców, że albo ja – Juras – albo reklamy w telewizji Republika.
Kasa to jedno, ale co z politycznym oddziaływaniem na media? Te działania przekładają się na różne wpływy. Raz, że na rynek reklamodawców, bo każdy chce mieć dobrze z rządami przeregulowania i zagląda codziennie w oczy rządzącym czy dość dobrze i w sposób widoczny – wspiera prorządowe media. Jak rząd daje koncesję, to i może zabrać, c’nie? A więc trzeba uważnie, powoli, niespiesznie, w dodatku tak by nie podpaść następnej ekipie, bo to na wyborczym koniu suwerena łaska jeździ. Ciężko mają ci tam w mediach, ścieżka nad przepaściami jest bardzo wąska i można podpaść, a właściwie – spaść w każdą ze stron.
Oczywiście jest sporo mediów, które się nie szczypią ze swoją jawną stronniczością. Ale te mocno pracowały na stworzenie sobie pola do kompletnej dezynwoltury. Rynek medialny – naganiający progresywny konsumpcjonizm jest tak odrealniony, że trzecia telewizja (Republika) nie ma praktycznie reklam, za to inne niszówki nadają tych reklam tyle, że możesz spokojnie wziąć kąpiel, a i tak wrócisz przed końcem bloku reklamowego. W związku z tym rynek reklamowy nie ma nic wspólnego z optymalizacją kosztową zasięgów, o czym… wiedzą reklamodawcy. Jest to świadczenie wymienne – my mediom kasę, one nam – spokój.
Trigger
Ale dość o tym. Przeanalizowaliśmy zawartość tej lawiny już nie raz, teraz zobaczmy co spowodowało ten obryw. Szykowało się od dawna. Rymanowski zapraszał różnych, ale jak już politycznie dosięgnął zenitu konfliktu z mainstreamem zapraszając Brauna, to wybaczono mu tylko (tymczasowo) i to raczej z powodu domknięcia formuły serialu przesłuchań kandydatów na prezydenta w kampanii wyborczej. Potem było już tylko ostrzej – demaskacja kowidowa w wykonaniu dra Martyki czy dra Witczaka jeszcze jakoś przeszła, zaś zaproszenie braci Rodzeń, co to wykazali chociażby szkodliwość picia przez dzieci „zdrowotnych” soków owocowo-witaminowych, to już był niezły zgrzyt. Proceder zwieńczył się wspomnianym wywiadem z profesor Cichosz i mainstreamowi pękły szwy. Osiągnięty został już taki poziom zaprzeczenia filarom „nowej normalności”, że poszła reakcja wprost.
Zanim pokażemy przekrój tego aktu trzeba wspomnieć o cichej bohaterce afery – pani profesor Cichosz. Wszyscy jak się zaczęła afera rzucili się na redaktora – z atakiem lub w obronie. Jednak odezwały się i autorytety medyczne wymierzone nie w dziennikarza co to dopuścił się publicznego zgorszenia, ale w zaproszoną „gościnię”.
A to, że panie, pani profesor bzdury gada, a to, że to figa z niej nie dietetyk i niech się nie mądrzy, że podważa ustalenia naukowej dietetyki mówiąc o tym, co nam wpychają codziennie do dzioba. Odezwał się nawet (uwaga!) „znany popularyzator wiedzy z TikToka”, który zarzucił pani profesor dezinformację. Wezwano również do wyciągnięcia nie tyle wniosków, ale i konsekwencji wobec pani profesor, co rokuje kolejnym aktem, po procederze tropienia kowidowych odszczepieńców, polowania na czarownice. Z braku laku, czyli dowodów, znowu wysunięto na front nieskazitelne autorytety, które zamiast faktami zaczęły operować skalą swego prestiżu. Mamy więc zamiast Evidence Based Medicine, Authority Based Medicine, co zwalnia wszystkich od używania tych nurzących dowodów. Myślę, że pani profesor sobie poradzi, ale zobaczmy co z panem redaktorem.
Sygnał do ataku nadał Newsweek, po nim zaczęła się skolejkowana, naturalna i spontaniczna rzecz jasna reakcja ludzi dobrej woli, a w sumie pewnie płatnych trolli, internetowych cyngli do wynajęcia. Podejście Newsweeka było fajne – w prawie całym tekście to sami dziennikarze zeznają, że ten Rymanowski to zawsze był taki „nie nasz”, patriota i wierzący. Mamy więc do czynienia z zakablowaniem redaktora ze strony kolegów po fachu, że nie pasował już od dawna do zgranej czeredki. Cały zaś artykuł, łącznie z okładką Newsweeka jest zatytułowany „Brednie Rymanowskiego”, jakby to redaktor, co wcale nie wynika nawet z samego tekstu, gadał te brednie, nie zaś – ewentualnie jego interlokutorzy. Bo to był atak na samego redaktora, nie na jego „szurów”. Zgłosiła się też Wyborcza, tu kuriozalnie ale przewidywalnie. Otóż chodzi o to, że suflowana przez Rymanowskiego dezinformacja (jak każda w religii onucyzmu) ma być na rękę… Putinowi. Tak, to stara śpiewka, przećwiczona za pandemii, kiedy każdy wątpiący w dogmaty sanitaryzmu był ostracyzmowany (również medialnie) jako mniej lub bardziej świadomy poplecznik Putina, który chce by zdezinformowani pandemicznie Polacy pozakażali się i wymarli. Oskarżanie o poplecznictwo autorów dezinformacji zakłada od razu, że istnieje jakiś (tu wybitne nieformalny i rzec można „labilny”) organ oceniający co jest faktem a co jest fejkiem, a już na pewno takim obiektem oceniającym nie może być broń Boże odbiorca. I tu – jak to bywa z rzeczywistością umaczaną w oparach prestiżu – elity same wyznaczą taki nieformalny, acz stugębny organ, nadając mu kompetencje eksperckie i przystawiając mikrofon do ust. Za tą narracją podążyła jak zwykle spora grupka akolitów, bo ci naiwniacy ciągle się wzbudzają jak na komendę, choć przesłuchiwani pod lampą prędzej daliby sobie uciąć to i owo, niż by się przyznali do zewnętrznej inspiracji swoich tekstów i wyznań. I pewnie – ci uczciwie wzmożeni – mieliby rację: oni tak naprawdę myślą i piszą. Zresztą ta kolejność przechodzi już w powtarzalny algorytm, z którego publiczność coraz bardziej skołowana wyciąga wnioski, że te rzeczy dzieją się spontanicznie i naprawdę.
O co chodzi naprawdę?
Żeby skrócić zarzuty wobec redaktora (w mniejszym stopniu wobec pani profesor, co ciekawe) posłużę się nie cytatami z Newsweeka, ale bardziej kompaktowym zestawem zarzutów z któregoś internetowego „wzmacniacza” tej narracji „na Rymanowskiego”.
Piotr Szymlewicz pisze: „… sprawa jest prosta: zadaniem dziennikarza jest weryfikować wypowiedzi gości, a Rymanowski zaprasza szarlatanów i daje im swobodę plecenia bzdur. To źle świadczy o jego warsztacie”. Zatrzymajmy się tu na chwilkę. A skąd taka teza, że dziennikarz jest od „weryfikowania wypowiedzi gości”? Jako żywo ciężko gdzieś znaleźć taki opis zawodu dziennikarza. Ale ja wiem skąd to się bierze – dziennikarz w mediach postępackich ma być właśnie od tego, by zwolnić odbiorcę od chęci weryfikacji, własnej oceny wypowiedzi innych. A na jakich to kryteriach ma być oparta ta „weryfikacja”? No, rzecz jasna obiektywnych kryteriach faktczekingu.
Tyle, że tych wszystkich „obiektywnych” a właściwe „naukawych” weryfikacji nasłuchaliśmy się po kokardę w czasach kowidu. I niestety większość z nich nie wytrzymała właśnie weryfikacji faktów opartych na nauce. Co więc pozostało? Ano – powtarzanie mantr, że przecież „wszyscy wiemy” jak to było/jest i podpieranie się autorytetami. Słabe to wszystko jako model „weryfikacji”. I tak jest i teraz z tą sprawą Rymanowskiego. Podejście redaktora jest proste – wolność słowa jest pełna, albo jej nie ma, co potwierdził w swym wpisie-odpowiedzi na zarzuty Newsweeka.
U Rymanowskiego mamy do czynienia w sumie z rewolucyjną próbą powrotu do zdrowego rozsądku, który w czasach „nowej normalności” ma pozory ekstremalnie zaskakującego odkrycia. Dlatego tak mainstream wyje i dlatego widać jak daleko zaszliśmy, skoro podstawy już nawet nie wartości wolności słowa, ale skala rzetelności na poziomie podstaw redagowania gazetki ściennej są dziś objawieniem. Świadczy to też o kompletnie przedmiotowym traktowaniu odbiorcy, gdyż bez asysty weryfikującego świat dziennikarza biedaczek sam by sobie nie poradził w procesie oddzielania ziaren prawdy od chwastów manipulacji.
W internecie pełno odwrócenia zarzutów o dopuszczanie szurów do mediów. Skoro nie wolno dopuszczać takowych do mediów, to co w TVN robią osobniki rybie na serio odpytywane jak się żyje facetowi w ciele syrena, te wszystkie Julki, pedofile, propagatorzy kazirodztwa, o dumie z aborcji kilkunastoletnich dziewuszek nie wspominając? Czyli tam wolno, a tu nie wolno. A więc mainstream dopuszcza dewiacje do promowania w mediach, byleby to były dewiacje „nasze”, służące codziennemu ciurkaniu w polskie dusze postępactwa w celu rozłożenia resztek podstaw naszej cywilizacji – prawa do życia, integralności rodziny, tożsamości czy wiary. Inne, budzące z tego letargu staczania się w postęp, wieści będą blokowane.
Dwie rzeczy na koniec
I jeszcze dwie rzeczy: przed redaktorem Rymanowskim ciężkie czasy, gdyż ujęła się za nim gremialnie prawica. I to będzie teraz przerabiane przez lewicę jako zarzut. Okaże się zaraz, że Rymanowski to od dawna był kryptofaszystą, teraz się tylko ujawnił i to głównie poprzez swoich obrońców: popatrzcie się – oto walnęliśmy w Rymanowskiego i kto wyszedł w jego obronie spod kamienia? Sama prawica, ergo – ich ci on jest.
Druga, ostatnia sprawa jest już chyba najważniejsza. Bo popatrzcie – jak Rymanowski zapraszał do siebie i dał się wygadać takiemu Braunowi – nic się nie działo. Ale jak zadarł swymi gośćmi jednocześnie z Big Farmą i GMO-sami, to dopiero wtedy ruszyła lawina. Co dowodzi mili Państwo, że o polityce to sobie nawet możecie z szurami poszurać, ale jak się zabierzecie za globalne korpo to spadnie na was cała armia płatnych trolli i naiwnych paputczyków. I to jest w sumie… dobra wiadomość, szczególnie dla tych, którzy wierzą w prymat polityki. Jak widać ustępuje ona przed pieniądzem, szczególnie dla tych, którzy się angażują politycznie, by dało się zarobić. Głównie swoim globalistycznym patronom, a przy okazji i sobie. Walutą polityki stają się powoli napiwki płacone działaczom za obsługę na balu wielkich tego świata.
A panu redaktorowi życzymy wszystkiego dobrego, innym adeptom dziennikarstwa zapatrzenia się w alternatywny wzór dziennikarstwa pana Rymanowskiego, zaś widzom – uważnego śledzenia losów tegoż. Ale i tu nie mam większych obaw – nawet jak Rymanowskiego otorbi i wydali z siebie mainstream, ten, jak Tucker Carlson wywalony z telewizji, zatrzyma się na swoim kanale i da wszystkim bobu jeszcze większymi zasięgami. Może atak Newsweeka to tylko taka zazdrość medialna, a jest czego tygodnikowi zazdrościć, bo Rymanowski solo robi cały wielki koncern na szaro?
Jak napisał sam p. redaktor – „ja się dopiero rozkręcam”. Czego i jemu, i nam, widzom należy szczerze życzyć.
Pamiętają Państwo białoruskiego dziennikarza-opozycjonistę Ramana Pratasiewicza? Ileż to było lamentowania w mediach, po tym jak został aresztowany podczas „międzylądowania” w Mińsku.
Jednak chwilę później dziennikarze w Polsce nagle morda w kubeł. Dlaczego? Były redaktor naczelny kanału Nexta na Telegramie szybko zaczął sypać, że polskojęzyczne władze łożyły mnóstwo forsy [wydartej z kieszeni polskiego podatnika], na dywersyjną działalność w sąsiednim państwie Białoruś.
Tymczasem Pratasiewicz ostatecznie nieźle się ustawił po stronie białoruskiej. Najpierw zmienił poglądy. Nie jestem pewna czy szczerze, gdyż takie typy raczej poglądów nie mają. Obecnie wygląda to mniej więcej tak, że z jego perspektywy Białoruś nie jest już be, a Zachód przestał być cacy. W międzyczasie rzucił dziewczynę Sofię Sapiegę, obywatelkę Rosji, która wraz z nim została zgarnięta z lotniska. I wreszcie ożenił się w obywatelką Białorusi.
Niewykluczone, że władze Białorusi uratowały życie Pratasiewiczowi. Znając bowiem jego przeszłość, z dużym prawdopodobieństwem można założyć, że gdyby nie tamto zatrzymanie na mińskim lotnisku, dalej wykonywałby on polecenia „polskich panów” i wzorem innych dywersantów z Białorusi zostałby znów najemnikiem. Być może Polacy wysłaliby go na Ukrainę, gdzie musiałby walczyć w interesie globalistów i korzennych oligarchów. I pewnie zginąłby tam w szeregach jakiegoś „Azowa” czy innego „Ajdaru”, w najlepszym wypadku trafiłby do rosyjskiej niewoli.
A jak się sprawy mają po drugiej stronie „żelaznej kurtyny”?
Właśnie dopadli Juliana Assange’a. Ten australijski aktywista, sygnalista, dziennikarz i programista jest symbolem walki o wolność słowa w Internecie. Założyciel, rzecznik i redaktor naczelny demaskatorskiego portalu WikiLeaks, ujawnił między innymi największe przekręty globalistów i zbrodnie wojenne Stanów Zjednoczonych. Jego przykład dobitnie pokazuje, że demokracja i wolność słowa na Zachodzie nie istnieją.
Kilka dni temu brytyjski rząd zgodził się na ekstradycję Assange’a do Stanów Zjednoczonych, gdzie czeka go proces. Prokuratorzy w USA postawili 50-latkowi 17 zarzutów, za które łącznie grozi mu do 175 lat więzienia. W ostatnich latach trwało wielkie polowanie na Australijczyka, który musiał się ukrywać. W międzyczasie pojawiły się fałszywe oskarżenia o przestępstwa seksualne. Jego życie zostało zamienione w piekło.
Tymczasem polskojęzyczni dziennikarze jakoś nie okazują solidarności z australijskim dziennikarzem, który jest prześladowany na ujawnienie prawdy. Dlaczego tego nie robią? Ponieważ są przekupionymi obłudnikami.
Agnieszka Piwar
Za: Mysl Polska – myslpolska.info (22-06-2022) | https://myslpolska.info/2022/06/22/krotka-smycz-polskojezycznych-dziennikarzy/