Koniec grzecznego narodu?

4 października, wpis nr 1428 dziennikzarazy/koniec-grzecznego-narodu
Ostatnio premier Tusk powiedział: „grzeczny już byłem. Nie będę grać w szachy, kiedy ktoś podchodzi do mnie z bejsbolem”. Tak w ogóle to jestem przeciwny dawaniu się wodzić za nos przez Tuska, który odpali od czasu do czasu jakiś bon mocik, jego lud rzuca się na to jak szczerbate dzieci na suchary, zaś media wyciągają z takich pogaworek wielopiętrowe wnioski. Mierzi mnie ten denny poziom „debaty” publicznej, ochy-achy nad premierem, który dał im tam wszystkim do wiwatu, aż im w wyborcze pięty poszło. Tusk po prostu infantylizuje debatę, a to, że jego lud za tym idzie, to tylko kolejny dowód albo na dobre rozeznanie premiera do kogo mówi, albo na zdziecinnienie Polaków, którzy się tym zachwycają, głównie przy urnach i dyskusjach politycznych, w sowim sterylnie bańkowym gronie. Albo na obie te rzeczy na raz.
Karmienie baniek medialnych
Już kiedyś o tym mówiłem: takie w-indukowane tematy są przez Polaków uważane za swoje, ich zbiór jest zbiorem zamkniętym, trzeba więc dostarczać do tej bańki nowe wątki, nowe w sensie narracyjnym, bo w sensie genetycznym muszą być w miarę tożsame, żeby nie nastąpił bańkowy odrzut. Po postu takie gaworzenie premiera ma dostarczyć zblazowanej już publice powodów do rozmów w ogóle. Jak kiedyś pracowałem w gazecie „Fakt”, to jej mottem było: „o tym się mówi”. Nie oznaczało to tylko, że tabloid brał się za znane tematy, ale wynikało to z bardzo pogłębionej analizy zachowań polskich rodzin. Główni odbiorcy tej gazety, polskie rodziny właśnie, mają już wszelkie sprawy obgadane i ustalone, role są wewnątrz rozdzielone i… nie ma o czym gadać. Fakt podsuwał więc im… tematy do rozmowy, by nastąpiła w ogóle jakaś interakcja w stadle.
I tak jest z Tuskami – by naród nie gnuśniał w ustalonych (i uwaga! – coraz bardziej nudnych – aksjomatach) trzeba podkarmiać towarzystwo, wrzucając doń jakieś narracyjne mięsko, by nastąpił w ogóle jakiś ruch w akwarium gotowanych powoli żab. Dlatego nigdy nie brałem, takich jak wspomniane, wrzutek premiera na poważnie, bo te miały wyłącznie manipulatywny cel i nie należałoby ich brać dosłownie.
Dziś zrobię sobie (może i Państwu?) jednak wyjątek. Zajmę się tymi bonmocikami Tuska, ale nie w sensie merytorycznym, tylko w sensie znaku czasu, jakim w istocie jest ten proceder. Bo co mówi nam premier, a właściwie po co? Wyjawienie tej tajemniczki da nam asumpt do ujrzenia siebie jako narodu, widzianego oczyma władzy. A to już jest duży uzysk, bo daje możliwości nie tylko samorefleksji, ale i potencjał reakcji.
Zacznijmy od istoty: premier zadeklarował, że „przestaje być grzeczny”. A był ci on grzeczny kiedykolwiek? Zwłaszcza ostatnio? Wejście na rympał do telewizji publicznej, rozprucie – w asyście policji – szaf pancernych w KRS, by wyciągnąć z nich materiały śledcze na temat „paleo-sędziów”, chamówa premiera na konferencjach, ostentacyjna pogarda wobec innych polityków i ich wyborców – nie wystarczy? No tak, dla akolitów Tuska, silnych ludzi, to za mało, trzeba więc podkręcić – no może nie tempo, ale gałkę głośności.
Tusk jest cwany, gdyż do brudnej roboty używał do tej pory innych, a jego deklaracja oznaczać ma, że stanie teraz w pierwszej linii. Szczerze wątpię. Tusk nigdy tak nie robił i nie zrobi. Wystawia innych, których zdaje się, że do końca nie będzie bronił. Będzie bronił siebie i swego plecaka ucieczkowego do struktur Brukseli, jak się mu powinie noga. Lista do zrzucania z sań jest długa i nie widnieją na niej li tylko Sienkiewicze, Żurki czy Domańskie. W marcu 2024 roku, po pierwszych przejawach „demokracji warczącej” Tusk miał na zamkniętym spotkaniu powiedzieć do swych partyjnych kolegów: „jeśli PiS wygra to wszyscy obecni na tej sali pójdą siedzieć”. Do tej pory trwają spory, czy Tusk powiedział „pójdziemy siedzieć”, czy „pójdziecie siedzieć”. Wygrała opcja relacji, że sam się włączył do tego grona, co miało być świadectwem… solidarności grupowej – premier w czasach ponurych nas nie zostawi. Ale wszyscy wiedzieli, że jak przyjdzie co do czego, to ilość spadochronów w samolocie III RP a la Tusk jest ograniczona.
Drogi ucieczki
Pierwszy spadochron dostał Sienkiewicz, który po wykonaniu zadania napaści na telewizję udał się do Brukseli, skąd od czasu do czasu, objęty już immunitetowym parasolem ochronnym, wysyła napomnienie do Polski o zaostrzeniu kursu. Ale tym samym Sienkiewicz pokazał drogę na nadzieję ucieczki dla innych. Ostrzeżenie Tuska wysłane do swoich ma za cel głównie trzymanie się grupie na zasadach mafijnych. Mafia bowiem przyjmuje do siebie dopiero po wykonaniu polecenia zabicia kogoś, z czego już następuje grupowa solidarność krwi przelanej – od tej pory wszyscy jesteśmy na jedziemy na jednym wozie, a właściwie – trzymając się wcześniejszej alegorii – saniach. Wszyscy bowiem jesteśmy niegrzeczni – jak nie bezpośrednio, to poprzez współsprawstwo. Teraz zaś Donek oświadczył, że wychodzi przed szereg, chować się nie będzie i główne przesłanie – dodanie otuchy swoim, że ich nie zostawi, zostało dowiezione. Ale wszyscy wiedzą, łącznie ze swoimi, że tylko narracyjne.
To przesłanie ma także za cel dodanie otuchy nie tylko swoim aparatczykom, ale i rzeszom swych zwolenników wyborczych. Rozliczanie PiS-u, wstawienie ich za kraty ku uciesze ludu jarmarcznego jakoś nie idzie. Trzeba więc w ciemno – zadeklarować nie tylko zaostrzenie kursu, ale bezpośredni w nim udział premiera. W sensie długofalowym jest to wojna z prezydentem, w sensie spektakularnych „eventów” – poletko zostało już wyznaczone: to Trybunał Konstytucyjny. To tu się ma odbyć widowisko, bo bez niego – cała ta szarpanina między sejmowymi fejkami ustaw, a wetem prezydenta – to proces mało spektakularny. Potrzebna jest jedność miejsca, czasu i akcji – jak w dramacie. Ma to być Trybunał Konstytucyjny.
W sumie to nie wiadomo po co im ten Trybunał. No bo co będzie jak policja pokona straż trybunalską, rozpruje szafy i posadzi w ławach sędziów takich co trzeba? No – niewiele. Może ucieszą się wyrywni akolici, może zaczną wreszcie publikować orzeczenia Trybunału? I co z tego – i tak na końcu są weta prezydenta, który po przejęciu Trybunału przez Tuskanie będzie wysyłał przed swą decyzją ustaw do oceny przez Trybunał. No, chyba, że idziemy na rympał i chcemy użyć Trybunału do zrzucenia Nawrockiego z fotela, ale to gruby numer, moim zdaniem za gruby, co się wyjaśni na końcu mego tu wystąpienia. Moim więc zdaniem chodzi jednak o efekt narracyjny tylko – to mogłoby być każde inne miejsce na taką ustawkę.
Cel ostateczny
Te wszystkie narracyjne tylko działania Tuska wskazują na kompletne zakiwanie się. Oprócz staczania kraju na skraj bankructwa – nic nie wychodzi. A może właśnie wychodzi, gdyż jest to jedyny cel działania tego rządu? Może jego celem jest sprowadzenie tu do nas wariantu trojki, tego greckiego wariantu, kiedy tu przejedzie trzech jeźdźców brukselskiej Apokalipsy – przedstawiciel po jednym: Unii Europejskiej, Europejskiego Banku Centralnego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego?
Niedługo będę miał wywiad z prezydentem Centrum Adama Smitha, Andrzejem Sadowskim, gdzie wspólnie sobie wyliczymy jak blisko jesteśmy ugoszczenia takiej „trojki”. Przeanalizujemy też czym się to kończy – utratą resztek suwerenności, ręcznym zarządzaniem z Brukseli i wyprzedażą mienia publicznego. Jeśli taki jest cel działań Tuska – a wszystkie szaleństwa deficytowe na to wskazują – to Tusk się spisuje na medal. A jego 30% karpi klaszcze płetwami wzywając do szybszego nadejścia Wigilii.
Determinacja jest więc spora, ale i spora jest i frustracja. Okazuje się, że jeszcze trzeba dać sobie jeszcze więcej czasu, gdyż jednak tempo jest za słabe. Na normalne czasy byłoby a owszem, ok, ale czasy nie są normalne. Trzeba zdążyć przed niewiadomą – idą ciężkie wybory na świecie, zwłaszcza w Europie i może się okazać, że globalizm, jakim narracyjnie tłumaczy swą hegemonię Berlin, może przegrać na całego. Trzeba więc rozlać zawczasu mleko, ile się da. Możliwy jest więc wariant innego terminu wyborów, nie koniecznie właśnie przyspieszonych (bo tu nawet POPiS by przegrał), ale właśnie przełożonych na świętego nigdy. Tusk może po prostu wziąć przykład z Zełenskiego, któremu wojna pozwala rządzić ponad termin. No właśnie – może dlatego tak prze Tusk z tym wywoływaniem paniki wojennej i wysyłaniem dzieci Lubelszczyzny pięć razy dziennie do piwnic, robiących za schrony.
A to jest – uwaga! – lżejsza wersja tej opowieści. Bo ta hard core mówi, że to nie jest robione – to panikowanie cywilów z jednej strony i drażnienie Rosji z drugiej – po to, by pod wojennym zagrożeniem skryć nieumiejętność swego rządzenia i zadłużyć kraj, czyli spełnić nasze „trojkowe” obawy. Coraz częściej, gdy się człowiek przyjrzy tym tromtadrackim pohukiwaniem polskiej wszy na globalistycznym grzebieniu, wychodzi na to, że „nasi” już się dogadali, i że pójdziemy na pierwszy ogień wojny z Rosją.
Wojny, której Rosja ze wszech miar nie chce, ale się przed nią nie uchyli – pretekst się zawsze znajdzie i to po obu stronach. Plany ewakuacji są gotowe moim zdaniem jedynie w przypadku ewakuacji władz, to samo ze schronami, ale kto w nich zostanie, to już władzy w drodze na Zaleszczyki będzie wszystko jedno. Zostaną więc Kolumbowie „rocznik 20”, tyle, że 100 lat po tych właściwych, co oznacza, że niewiele się nauczyliśmy z historii, ta więc będzie nas trzymała w tej samej, powtórkowej klasie.
A może będzie tak jak pisał Mrożek, że: „W Polsce nie trzeba się bać faszyzmu. Faszyzm to jest przede wszystkim organizacja, a w Polsce się przecież nic nie udaje”. I że tak będzie i tym razem? Polacy nawet gdyby się chcieli wziąć za mordę, tym bardziej kogoś innego, to i tak im nie wyjdzie. Tak jak z całą Polską, zaczną, nagadają, nakrzyczą, naobiecują i będzie jak zwykle – ani tak jak było, ani tak jak miało być. Tak jakoś bokiem. Słabe to pocieszenie, że nam z zamordyzmem nie wychodzi – jeśli to cecha nasza ogólna, to rozciąga się ona na całe nasze państwo. Polska nam nie wychodzi, nawet – bokiem.
Polska wychodzi, ale… bokiem
Czemu tak jest? No, to odstawowe pytanie Polaków. Skrzętnie omijane. Ostatnio przygotowywałem się do wywiadu na temat książki o rozbiorach. Na końcu, po wnikliwej analizie geopolitycznych splotów nieodwołalności rozbiorów Polski, autor skończył na naszych wspólnych cechach (wadach?) narodowych, które nieuchronnie prowadziły nas ku zagładzie. Warto je sobie przypomnieć w naszych, granicznych czasach. Otóż wymienię z łacińska:
Superbia – czyli pycha. No jesteśmy pyszni, Polacy-złote ptacy, ta pycha szlachty zagrodowej, smutne dziedzictwo obecne do dziś, szczególnie pokraczne w obliczu niezusadanienia takiej postawy, raczej kompensacyjne, na wyrost mające zamazać mizerię sanu rzeczywistego
Stulitia politica – czyli głupota polityczna. Dajemy jej dowody codziennie w braku przezorności obywatelskiej, nie widzeniu ciągu przyczynowo-skutowkego, wybieraniu na swych przedstawicieli ludzi podłych, tylko w oparciu o wdrukowane plemienne kryteria, krańcowo odległe od pragmatyzmu państwa jako wspólnoty.
Impunitas – bezkarność. No – pełno tego widzimy dookoła, z tym, że jest to bezkarność selektywna, kontrastowo różna od nadgorliwości państwa w tropieniu i karaniu maluczkich. Też się na to godzimy – przy urnach.
Canile, czyli kundlizm. Dobrze opisany przez Wańkowicza. To kompleks wobec obcych, jako że my tu od nich niegodnie poziomy niżej. Pokraczny oksymoron postaw wobec wspomnianej wcześniej pychy. Podlizywanie się więc innym, branie za swoje ich wzorców, ślepota na wykorzystywanie i unurzanie ich, zewnętrznych działań w naszą pięknoduchowską narrację. W końcu – służenie innym, kosztem interesu własnej państwowej wspólnoty.
W końcu – pedagogia pudoris; pedagogika wstydu. Za to, żeśmy tacy smętnie podli, stare panny na wydaniu, co to mają się łapać każdego ochłapu zrzuconego ze stołu pięknych, w nadziei na jakiekolwiek zamęście. Z otwartym mieszkiem do ofiarowania dowolnego posagu.
Widzimy tam siebie, co nie? Ba – ci co nami rządzą widzą nas też w takim świetle. Przecież oni o tym wiedzą najlepiej, gdyż w Polsce aktorzy sceny politycznej są depozytariuszami naszych wad narodowych w stopniu gargantuicznym. Tam możemy zobaczyć te wszystkie nasze cechy – cechy? wady! – w stopniu tak wyostrzonym, że już trudnym do przeoczenia. Takich wybieramy, nie tylko dlatego, że takich lubimy, ale dlatego, że tak został ułożony system. Jakbyście bowiem nie wybierali – i tak z tego pudełka wyjdą te same mapety.
Moment fleszu prawdy
Żeby opisać ten stan, najlepiej znaleźć w historii moment, w którym objawia się taki układ w stopniu ekstremalnym, gdzie zdarzenia każą rzucić snop światła na całość, nie na pojedyncze fragmenty. Ja mam taki moment, na podstawie którego nie tyle pokazać można „jak to się zaczęło”, bo to i tak proces wielowiekowy z takimi cechami, ale jak to działa jak ustawiona maszynka w momentach granicznych, po których nie jest tak, że nic już nie jest takie samo. Odwrotnie – po wielkich zawirowaniach zdaje się, że dochodzi do „momentu państwowotwórczego”, np. III RP zamiast PRL i okazuje się, że nie tyle wszystko zostaje takie samo, ale dużo się zmienia tylko zewnętrznie, byśmy wylądowali znowu w tym samym rowie.
Tak się stało moim zdaniem w okresie Okrągłego Stołu. Wtedy rodziła się III RP, ale – że tak powiem – in vitro, poza organizmem narodu. Zaprojektowana w próbówkach laboratorium dwóch potęg w osobach Kriuczkowa z sowieckiego KGB i Freeda z departamentu stanu USA. Wstrząśnięta, niezmieszana. Wstrząśnięcie odbyło się przy Okrągłym Stole, gdzie ustalony już genotyp dano do przyklepania w kontekście widowiska wielkich negocjacji dwóch przybranych rodziców: ustępujących (tak?) komunistów i nowych (wybranych przez tychże) opozycjonistów. Cała narodowa rodzina temu kibicowała, naród marzył już o końcu udręki i okazało się, że jest to jedyne wyjście, a więc trzeba to dziecko przyjąć jako swoje. Polska III RP politycznie narodziła się od góry i została zesłana na dół społeczeństwa – do pokochania: żadnych marzeń, jest to jedyna propozycja. I została wzięta przez społeczeństwo jak swoje, z braku alternatywy, która wtedy była nie do wyobrażenia.
No, trzeba tu wyjaśnić parę rzeczy – ci, co to przeżyli będą się może nudzić, ale dla młodych może to być zaraz wiedza szokująco nowa. Okrągły Stół to nie był koniec jakiejś wielkiej fali oporu społecznego – nic podobnego. Młodzi mylą zdjęcia z Sierpnia’80 z sytuacją sprzed Okrągłego Stołu. Nie było żadnego noszenia Wałęsy na rękach, ani tłumów przed bramami zakładów. To system podsuwa takie fejki w nadziei na sklejenie się w głowach tych rozdzielonych faktycznie zdarzeń. Było odwrotnie – żadna euforia, raczej rezygnacja i brak nadziei, nawet – uwaga! – w Solidarność. Ta już wtedy ugrzęzła w dysydenckich listach do władz, bez żadnego wpływu na reprezentatywność dążeń Polaków. Groził więc nieukierunkowany bunt, albo marazm. Wtedy – na mocy ustaleń Reagana i Gorbaczowa – przystąpiono do lokalnej wersji wyjścia komunizmu z Polski przy uratowaniu, ba – polepszeniu – pozycji samych komunistów. Do tego był potrzeby teatr wielkiego oporu, ugięcia się władzy i zwycięstwa przy Okrągłym Stole.
Apologetom tego mebla należy przypomnieć, że realnym efektem tego cudu dogadywania się „jak Polak z Polakiem” były „niekonfrontacyjne wybory”, gdzie Solidarność miała robić za 35-procentow kwiatek do kożucha, generał Kiszczak na premiera, na prezydenta zaś – generał Jaruzelski. Takie to było „generalne” zwycięstwo Polaków. Potem, znowu na skutek czynników zewnętrznych, sytuacja się zmieniła na tyle, że trzeba było zrobić polską dogrywkę, na tyle późno, że Polska z pioniera przełomu w obozie postsocjalistycznym skończyła na jego końcu, np. uchwalając nowy ustrój w konstytucji dopiero po ośmiu latach od przemian.
Dlaczego o tym mówię? Po pierwsze, dlatego, że tu jak w soczewce skupiły się wszelkie wymienione wcześniej cechy, a właściwie wady Polaków. I to wydaniu negocjacyjnej nieudolności niepełnej opozycji, ale i w poziomie akceptacji ze strony społeczeństwa. Ale nie przeceniałbym tu roli wad narodowych. Te wcale nie powodują bowiem naszego upadku – one powodują to, że nie potrafimy się rządzić we własnym kraju, jeśli on tylko jest choć trochę nasz własny i daje nam szansę na rozwój. Te wady nie są bowiem przyczyną naszego upadku w kryzysie, ale stałym elementem ten kryzys wywołującym. I jest to proces długotrwały na tyle, że często – niezauważalny.
Niedokończona rewolucja?
Jestem tu trochę za koncepcją problemu z Okrągłym Stołem jako problemu tzw. niedokończonej rewolucji. Tak, za wcześnie odstawiliśmy nogę, udaliśmy się do swoich zajęć, pozostawiając Polskę może nie swojemu losowi, ale losowi zaplanowanemu gdzieś indziej. Tylko należy to poczynić pewne zastrzeżenie. A była jakaś rewolucja w ogóle? No dobrze, przyjmijmy, że była od sierpnia 1980 roku do stanu wojennego. A w stanie wojennym była jakaś rewolucja, która „dojechała” do Okrągłego Stołu? Z armiami aktywistów i ustalonym planem na nową Polskę? Szczerze wątpię. Raczej Polakom złamano wtedy kręgosłup, obawiam się, że na dobre. To w tamtych czasach należy szukać, nie w moherowych beretach i POPiS-ie, początku procesu, który teraz widzimy w Polsce. Podzieleniu Polaków na tych, co odwrócili się od Polski w nadziei na zbudowanie swojej wyspy prywatności i na rzednące grono, tych co widzą, że takiej wysypy, bez niepodległości całego morza – nie da się wybudować, a może tylko ochronić. Ale ta druga grupa nie tylko malała, maleje, ale i tak: w demokracji kompromisu jest walorem rzadkim. Tym bardziej należy tak skonstruować system, aby ta właśnie społeczna frakcja dostawała się do elit władzy, Jest zaś odwrotnie.
My zaś ekscytujemy się dziś premierami, którzy licytują się publicznie deklaracjami na poziom „grzeczności”. Czytam coraz więcej książek z okresu przedrozbiorowego. Można dziś ówczesne nawoływania na puszczy cytować obecnie bez zmian. Nic to nie dało. Nieciekawe jest czy to coś da teraz. Skoro jesteśmy narodowym workiem naszych wspólnych wad, to czy oznacza to determinizm naszego skazania na zagładę? Kolejną próbę z „państwa sezonowego”? Z następnym wcieleniem „Irokezów Europy”? Z takimi cechami narodowymi, jeśli te są nie do przezwyciężenia, jesteśmy bezradni jak ślepe dziecko. Do rozrobienia nawet przez upadającą Ukrainę. A przecież „chcącemu nie dzieje się krzywda”, tylko nie jest wiadome czy nam się chce, jak ubolewał kiedyś wieszcz…
A może to my, zamiast premiera powinniśmy przestać być grzeczni?
Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis














































































