Zostałeś strażnikiem własnego gułagu

Zostałeś strażnikiem własnego gułagu

20. września 2026 Marek Wojcik world-scam/zostales-straznikiem-wlasnego-gulagu

Stale rosnące wykorzystanie sztucznej inteligencji, a co za tym idzie gwałtownie rosnące zapotrzebowanie na pamięć masową i moc obliczeniową, powoduje obecnie na całym świecie boom budowlany związany z powstaniem ogromnych centrów danych. Jednocześnie politycy na całym świecie narzucają działania na rzecz ochrony klimatu w celu ograniczenia emisji CO². Natomiast gigantyczne zużycie energii i wody przez centra sztucznej inteligencji nigdy nie jest poruszane. Dziennikarz śledczy David Icke wyjaśnia, dlaczego budowa centrów danych i rewolucja w dziedzinie sztucznej inteligencji mają dla polityków wyższy priorytet niż rzekomo zbliżająca się globalna katastrofa klimatyczna. Źródło.

Źródło.

David Icke twierdzi, a ja się z nim zgadzam, że nie powinieneś mieć możliwości samodzielnego kierowania swoim życiem i opłacania rachunków, lecz twoje przetrwanie powinno całkowicie zależeć od rządu. Taki jest plan. A jeśli po prostu będziemy tam stać i patrzeć, to tak się stanie. Ale nie musi tak być. Garstka ludzi nie może rządzić 8 miliardami, chyba że te 8 miliardów to po prostu zaakceptuje i podporządkuje się tej garstce. Koniec historii.

Wyjaśniam tym, którzy nie wiedzą: Gułag (lub GUŁag) to radziecki system obozów pracy przymusowej, który istniał w ZSRR od 1930 do lat 50. i 60. XX wieku. Były to miejsca „resocjalizacji” dla podejrzanych o niesprzyjanie totalitarnej władzy. Te obozy stały się pierwowzorem dla niemieckich obozów koncentracyjnych. Pierwszy niemiecki nazistowski obóz koncentracyjny w Dachau otwarto 22 marca 1933 roku. Także i niemieckie obozy broniły totalitarnego systemu przed wrogimi ideologiami. W rzeczywistości służyły w utrzymaniu terroru nad własnym społeczeństwem.

Ależ to przecież odległa historia, cóż my mamy z tym wspólnego? System totalitarny to ustrój polityczny, w którym państwo kontroluje wszystkie dziedziny życia społecznego i prywatnego, dążąc do całkowitego podporządkowania sobie obywateli. Tę i wcześniejsze definicje otrzymałem od SI – Sztucznej Indoktrynacji. My żyjemy wszakże w demokracji – nieprawdaż? Nasze rządy nigdy przecież nie będą propagować społecznej kontroli poprzez media, system kamer i szerzenie strachu przed konsekwencjami za myślozbrodnię.

Nawet błędne myślenie stało się przestępstwem podlegającym karze. Adam Smith-Connor i Isabel Vaughan-Spruce zostali oskarżeni za cichą modlitwę w pobliżu kliniki aborcyjnej. Nie podeszli do nikogo, nie rozdawali ulotek i nie spowodowali żadnego zakłócenia porządku. Niezależnie od stanowiska w sprawie aborcji, pytanie pozostaje to samo: od kiedy spokojna myśl stała się sprawą dla policji i sądów?

Przedstawiony fragment nie opisuje historii z czasów drugiej wojny światowej – to się wydarzyło niedawno na Wyspach Brytyjskich – kolebce europejskiej demokracji. Cytat pochodzi z opublikowanego w czerwcu artykułu na benews.media: Cyfrowy Gułag. Źródło.

Winston Smith pokochał już Wielkiego Brata, jak przepowiedział George Orwell w swojej słynnej książce.

Już od dawna jesteśmy strażnikami naszego gułagu. Niepotrzebne koszty na drut kolczasty, wieże strażnicze ze strażnikami zostały wyeliminowane. Wystarczy telewizja, komórka i bardzo sztuczna inteligencja zastąpiona atrofią tej niegdyś wszechobecnej naturalnej inteligencji. Wydajemy nawet spore pieniądze na zakup jeszcze lepiej kontrolującej nas komórki oraz wielkiego płaskiego ekranu nieprawdy. Stalin i Hitler patrzyliby z zawiścią na taki rozwój wydarzeń.

Pomyśl, ile twoich myśli wcale nie jest twoich, tylko zostało ci po cichu wpojone na zasadzie kukułczego jaja. Ta metafora została dobrze wyjaśniona w artykule sprzed 7 laty, czyli tuż przed kowidowym gułagiem:

Kukułka to wyrodny rodzic [ależ nie!! sprytny, bo ma więcej sił na następne jaja... MD] , gdyż podrzuca jaja innym ptakom. W życiu ptaków decydujące znaczenie mają reakcje instynktowne. Jajo czy pisklątko w naszym gnieździe jest nasze, nawet jeśli inaczej wygląda. Wykluje się z niego potwór. Rośnie szybko, jest bardziej przebojowy i szerzej rozdziawia dziób przy karmieniu. Jeśli znajdzie obok siebie jajo czy przybranych braci, szybko wyrzuci ich na ziemię. A na koniec oszust i morderca w jednej osobie dorasta wieku dojrzałego. Źródło.

Nasze myśli nie są już nasze – to są te kukułcze jaja, które odebrały nam wolność.

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com

Spod Monte Cassino do gułagu

[Przypominam z mego Archiwum. 2026. md]
Spod Monte Cassino do gułagu
Dominik Smyrgała 20-05-2009 

Do łagrów Workuty i na zsyłkę nie trafili zdrajcy – kolaboranci Hitlera. Zostali tam wysłani żołnierze spod Monte Cassino, Ankony i Bolonii, którzy mieli nieszczęście urodzić się na Kresach Wschodnich – pisze historyk
            Los niektórych żołnierzy generała Władysława Andersa był wyjątkowo ponury. Po 1945 roku część zwycięzców spod Ankony i Monte Cassino dobrowolnie wróciła do Polski bądź została odesłana na mocy brytyjsko-sowieckiego porozumienia o repatriacji. Ci, którzy przed 17 września 1939 roku byli obywatelami ZSRR – choć w czasie wojny walczyli w polskich mundurach – zostali przejęci przez NKWD i wysłani do gułagu.             Jednym ze świadków tych wydarzeń był pochodzący z Katowic żołnierz i instruktor harcerski Jan Foyer. Po wojennych perypetiach znalazł się pod koniec wojny w armii Andersa. Stacjonował w północnych Włoszech, by w 1947 r. po rozformowaniu Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie znaleźć się w Wielkiej Brytanii. Sytuacja polskich emigrantów politycznych nie była łatwa. Wyspa dopiero się podnosiła ze zniszczeń wojennych, imperium się rozpadało, a przestawiająca się z torów wojennych gospodarka nie była w stanie wszystkim zapewnić zatrudnienia. Jednym słowem – nie witano byłych żołnierzy armii sojuszniczej z otwartymi ramionami.
            Nic zatem dziwnego, że wielu Polaków myślało o powrocie do ojczyzny, nawet mimo że strony rodzinne wielu z nich znalazły się w ZSRR. Jan Foyer był w nieco lepszej sytuacji niż koledzy pochodzący z Kresów II Rzeczypospolitej. Jego mała ojczyzna znalazła się w granicach Polski, nikt z bliskiej rodziny nie zginął. A jednak mimo dojmującej tęsknoty za krajem nie zdecydował się na powrót.
Łagiernicy od Andersa
            Wśród emigracji osiadłej po II wojnie w Wielkiej Brytanii wiele mówiło się o żołnierzach z armii Andersa, którzy zdecydowali się wrócić do kraju i nigdy do niego nie dotarli. Mówiono, że na pełnym morzu przekazywani byli z okrętów brytyjskich na sowieckie. Widząc, co ich czeka, skakali do morza i płynęli wpław z powrotem do jednostek angielskich. Wspominano tych, którzy przepadli bez wieści lub trafili do łagrów na dalekiej północy i wschodzie Związku Radzieckiego, w tym szczególnie dużo do Workuty. W grudniu 1946 r. GRU odkryło, że wśród rozlokowanych w Wielkiej Brytanii żołnierzy gen. Andersa są osoby, które przed 17 września 1939 r. mieszkały na terytorium ZSRR. Za punkt honoru (sic!!!! md) postawiono sobie sprowadzenie ich do kraju
            Toteż Jan Foyer i wielu byłych żołnierzy Andersa, którzy zostali na Zachodzie, aż do przełomu lat 80. i 90. obawiali się przyjeżdżać do ojczyzny nawet w charakterze turystów. Workuta jest sporym miastem, położnym za kręgiem polarnym, zbudowanym w latach 30. i 40. ubiegłego wieku przez mieszkańców archipelagu Gułag na potrzeby przemysłu energetyczno-zbrojeniowego sowieckiego imperium.
Panują tam skrajnie trudne warunki klimatyczne. Przez większą część roku ziemia jest skuta mrozem dochodzącym w najzimniejszych miesiącach do -50 stopni C i często nawiedzana przez śnieżne nawałnice. Nad krajobrazem dominują szyby kopalń, w których wydobywa się jeden z najlepszych gatunkowo rodzajów węgla na świecie. Przewinęli się przez nie przedstawiciele wielu narodów europejskich, w tym wielu Finów, Niemców, Bałtów oraz bardzo liczni Polacy. Większość z nich opuściła miasto po 1956 r
.             Dzisiaj, po upadku Związku Radzieckiego, miasto wciąż funkcjonuje, choć jego populacja stale spada. W latach 90. w Workucie zaczęła działać pozarządowa organizacja Memoriał – zajmująca się upamiętnianiem ofiar totalitarnych represji i badaniami archiwów zawierających dane więźniów sowieckich łagrów. W jej skład wchodzi wielu przedstawicieli miejscowej elity.
            Podczas badań prowadzonych pod koniec lat 90. uwagę pracowników Memoriału przyciągnęły powtarzające się biografie łagierników pochodzących z Kresów Wschodnich przedrozbiorowej Rzeczypospolitej – wspólnymi cechami ich życiorysów były służba w Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie, a potem zesłanie do Workuty z tego samego paragrafu sowieckiego prawa. Jak wszyscy ci ludzie znaleźli się w drugiej połowie lat 40. na nieludzkiej ziemi?
Dlaczego było ich tak wielu?
            Od razu nasuwa się myśl, że nie było to dziełem przypadku. Wyglądało, jakby większość z nich trafiła w tym samym czasie pod władzę sowiecką, bo wyroki są mniej więcej z tego samego okresu. Może zatem trafili tam na mocy jakiegoś porozumienia? Zaczęły się kolejne skrupulatne poszukiwania.
            W końcu badacze rosyjscy trafili na tajną umowę brytyjsko-sowiecką. Tak naprawdę niczym nie różniła się ona od wcześniejszej umowy o repatriacji obywateli sowieckich z terenów wyzwolonych przez aliantów zachodnich, na mocy której przeprowadzono tzw. operację „Keelhaul” (dosł. „przeciąganie pod kilem”). Na jej podstawie wydano setki tysięcy obywateli ZSRR, którzy wybrali kolaborację z Niemcami Hitlera z nadzieją na wyzwolenie „ojczyzny wszystkich narodów” od tyranii „nauczyciela całej postępowej ludzkości”. Byli wśród nich żołnierze Własowa, ale także Kozacy dońscy, a nawet niektórzy biali Rosjanie, którzy nigdy nie byli obywatelami ZSRR. Widząc, co ich czeka, wielu skakało do rzek i podejmowało desperackie próby ucieczki. Na tych, którym się udało, jeszcze przez wiele miesięcy – dosłownie – polowano w górach i lasach.             W sowieckiej niewoli czekała ich śmierć bądź natychmiast po przejęciu (własowcy), bądź po miesiącach tortur i procesach pokazowych (gen. Paweł Krasnow), bądź w syberyjskich łagrach. Tę historię przejmująco opisał w „Kontrze” Józef Mackiewicz. Jedynym ratunkiem dla tych ludzi było obywatelstwo inne niż sowieckie. Na tej zasadzie udało się uratować żołnierzom Ukraińskiej Armii Narodowej (wielu rekrutowało się z niesławnej 14. Dywizji SS). Ocalenie zawdzięczają generałowi Andersowi, który po rozmowie z dowódcą UAN gen. Pawłem Szandrukiem potwierdził polskie obywatelstwo jej żołnierzy.
Podstępna repatriacja
            Tego szczęścia zabrakło wielu Polakom. W grudniu 1946 roku GRU odkryło, że wśród rozlokowanych w Wielkiej Brytanii żołnierzy II korpusu gen. Andersa są osoby, które przed 17 września 1939 roku mieszkały na terytorium ZSRR i miały sowieckie obywatelstwo. Zauważył to przy okazji operacji „Keelhaul” płk Paweł Grigorijewicz Jakowlew, szef Sowieckiej Misji Wojskowej we Włoszech. Szacował on ich liczbę nawet na 6000 ludzi. Jeszcze w tym samym miesiącu do Szkocji, gdzie rozlokowany był II korpus, wysłano specjalnego agenta, który miał zbadać sytuację na miejscu. Sowiecki wywiad wojskowy postawił sobie za punkt honoru ich „repatriację”. Aby uniknąć rozgłosu, przeprowadzono misterną operację. Opierała się ona na podstępnym zwabieniu tych żołnierzy do rzekomo wyzwolonej Polski, a tam przejęciu ich przez Komisję Repatriacyjną (trudno chyba o bardziej perfidną nazwę) i zesłaniu do łagrów.
            Akcja przeprowadzana była bardzo skrupulatnie. 1 marca 1947 roku generał Gołubiew, pełnomocnik Rady Komisarzy Ludowych ds. Repatriacji, wysłał poprzez tajną łączność GRU wiadomość do pułkownika Iwana Andriejewicza Kleszkanowa, członka Sowieckiej Komisji Repatriacyjnej w Wielkiej Brytanii. Pytał o przyczyny opóźnienia statku s/s „Edinburgh”, na którego pokładzie miało się znajdować 85 żołnierzy gen. Andersa – obywateli ZSRR – a który nie zawinął jeszcze do Gdańska. Wcześniej, w lutym 1947 roku, płk Kleszkanow otrzymał szczegółową instrukcję postępowania z repatriowanymi.
            Niestety, tylko niewielką jej część udało się rozszyfrować, tak więc jej pełna treść nie jest znana. 20 lutego Kleszkanow dostał depeszę expressis verbis polecającą uwzględnienie polskich żołnierzy w działaniach repatriacyjnych. Wkrótce wracający do kraju Polacy zaczęli ginąć bez wieści.
Historia zatoczyła koło
            Ostatnim akordem tej historii był los grupy Andersowców – obywateli II RP, którzy przed wojną mieszkali za linią Curzona, na obszarach wcielonych do ZSRR. Po powrocie do kraju trafili do 312. Obozu dla Wyzwolonych Jeńców Wojennych i Internowanych Obywateli w Grodnie. Wiosną 1951 roku zostali oni aresztowani wraz z całymi rodzinami (łącznie ok. 4,5 tys. osób) i deportowani do obwodu irkuckiego. Dopiero w okresie chruszczowowskiej odwilży zezwolono im na powroty do Polski.
            Najsmutniejsze w tej opowieści jest to, że do łagrów Workuty i na zsyłkę nie trafili przecież zdrajcy – kolaboranci Hitlera. Zostali tam wysłani żołnierze spod Monte Cassino, Ankony i Bolonii.
            Dla nich historia zatoczyła koło. Cudownie oswobodzeni z łagrów trafili do tworzonej w ZSRR armii polskiej i przeszli przez Taszkent, Krasnowodsk, Morze Kaspijskie, Iran, Bliski Wschód i całą kampanię włoską. Nie pokonał ich głód i zarazy w Azji Środkowej, tropikalny upał i niemieckie kule we Włoszech. I oto ci alianccy żołnierze zostali wydani na pastwę sowieckich obozów. Ci sami, o których słynny brytyjski marszałek Harold Alexander mówił, że gdyby kazano mu wybierać, chciałby ich właśnie mieć pod swoim dowództwem. Nie wolno zapomnieć także o tych, którzy do armii Andersa nigdy… nie dotarli. Wśród nich – o grupie żołnierzy z łagrów północno-syberyjskich, wyniszczonych przez polarny klimat, którzy w 1942 roku piechotą przez Syberię (po przewiezieniu ich na stały ląd) zmierzali do polskich oddziałów. Z kilkuset osób na miejsce dotarła tylko jedna, a i tak wkrótce zmarła.
            GRU interesowało się Polskimi Siłami Zbrojnymi na Zachodzie jeszcze kilka lat po wojnie, także od strony czysto wojskowej. W ramach rozpracowania brytyjskiego systemu obrony radziecki wywiad wojskowy zlecił w lutym 1947 roku swojemu agentowi w Londynie zdobycie m.in. polskiej broszury na temat przygotowań żołnierza do walki na podstawie doświadczeń ze współczesnego pola walki oraz powieści Freda Majdalanyego „The Monastery” poświęconej zdobyciu Monte Cassino.
Autor jest wykładowcą Collegium Civitas i ekspertem Instytutu Jagiellońskiego Rzeczpospolita