Polskie borówki przegrywają z Peru i Zimbabwe

Polskie borówki przegrywają z importem.

Sieci stawiają na owoce z Peru i Zimbabwe

portalspozywczy/polskie-borowki-przegrywaja-z-importem-sieci-stawiaja-na-owoce-z-peru-i-zimbabwe

W szczycie krajowych zbiorów na półkach wciąż pojawiają się borówki sprowadzane z Peru, Zimbabwe czy Republiki Południowej Afryki. Importowane owoce trafiają często do promocji, wywierając presję na ceny oferowane polskim producentom. Eksperci przekonują jednak, że niższa cena może oznaczać dłuższy transport, słabszą świeżość i większy ślad środowiskowy.

Polskie borówki przegrywają z importem. Sieci stawiają na owoce z Peru i Zimbabwe
Sieci handlowe w szczycie polskiego sezonu sprowadzają borówki m.in. z Peru, Zimbabwe i RPA Palukhin Andrii / Shutterstock
  • Importowane borówki pojawiają się w promocjach również w szczycie polskiego sezonu, co – zdaniem ekspertów – wywiera presję cenową na krajowych producentów;
  • Polskie owoce mogą trafić do sklepów nawet w ciągu doby od zbioru, podczas gdy importowane spędzają w transporcie nawet kilkanaście lub kilkadziesiąt dni;
  • Eksperci przekonują, że krajowi plantatorzy są dziś w stanie zapewnić dużym sieciom regularne dostawy przez cały sezon;
  • Wybór lokalnych borówek oznacza krótszy transport, mniejszy ślad węglowy i wsparcie dla polskiej gospodarki.

Importowane borówki trafiają do promocji

Letnie miesiące to najważniejszy okres dla polskich producentów borówki. Krajowe zbiory są wtedy największe, a plantatorzy mogą dostarczać świeże owoce do sklepów praktycznie bezpośrednio po zbiorze. Mimo to na półkach wielu sieci handlowych nadal pojawiają się owoce sprowadzane z Peru, Zimbabwe czy Republiki Południowej Afryki.

Sama obecność importu poza sezonem nie budzi kontrowersji. Problem pojawia się wtedy, gdy zagraniczne owoce trafiają do sprzedaży właśnie w okresie największej podaży krajowej produkcji. Zdaniem przedstawicieli branży taki model zwiększa konkurencję cenową i wzmacnia pozycję negocjacyjną sieci wobec polskich dostawców.

– Duże sieci supermarketów w szczycie produkcji w Polsce importują borówki z dalekich krajów, takich jak Peru czy Zimbabwe. W ten sposób wywierają presję cenową na polskich producentów i handlowców. Z reguły produkty importowane trafiają na tzw. promocje, ale często są niższej jakości, ponieważ w przypadku owoców im krótsza droga od pola do stołu, tym lepsza pozostają ich jakość i smak – mówi dr inż. Mirosław Korzeniowski, prezes zarządu Stowarzyszenia AGROEKOTON i manager Klastra Ogrodnictwo Przyszłości.

W praktyce oznacza to, że klient widzi przede wszystkim atrakcyjną cenę. Nie ma jednak możliwości ocenić, ile czasu owoce spędziły w transporcie lub chłodniach oraz kiedy zostały zebrane.

Polska borówka może trafić do sklepu w ciągu doby

Polska należy do największych producentów borówki w Europie, a krajowe plantacje od lat należą również do czołowych eksporterów tych owoców na świecie. Największą przewagą krajowej produkcji pozostaje jednak nie skala, lecz czas dostawy.

Świeżość jest jednym z najważniejszych czynników decydujących o jakości borówki. Owoce nie dojrzewają po zbiorze tak jak banany czy awokado, dlatego moment zerwania ma ogromne znaczenie dla ich smaku i trwałości. W przypadku polskich plantacji od zbioru do sklepu często mija zaledwie kilkanaście godzin.

– Polskie borówki zbierane rano mogą trafić na sklepowe półki tego samego lub następnego dnia. Są pełne witamin, antyoksydantów i naturalnego smaku. Owoce z Zimbabwe, RPA czy Peru bywają zrywane wiele dni lub tygodni wcześniej, dojrzewają podczas transportu i w chłodniach, przez co mogą tracić część swoich najważniejszych walorów – podkreśla dr inż. Mirosław Korzeniowski.

Podobnie sytuację ocenia Dominika Kozarzewska z Grupy Producentów Owoców „Polskie Jagody”. 

– Polska borówka ma jedną kluczową przewagę: czas. Zamiast spędzać kilkanaście lub kilkadziesiąt dni w ładowniach statków, samolotach i chłodniach, może trafić do sklepu nawet w dobę po zerwaniu z krzewu. Dzięki temu plantatorzy zbierają owoce wtedy, gdy są odpowiednio dojrzałe, słodkie i pełne smaku – mówi ekspertka.

Cena na półce to niejedyny koszt

Niższa cena importowanych borówek nie zawsze wynika wyłącznie z większej efektywności produkcji. Na konkurencyjność wpływają również niższe koszty pracy oraz odmienne wymagania środowiskowe i produkcyjne obowiązujące poza Unią Europejską.

Polscy plantatorzy funkcjonują w znacznie bardziej restrykcyjnym otoczeniu regulacyjnym. Muszą spełniać wymagania dotyczące bezpieczeństwa żywności, ochrony środowiska, identyfikowalności produktów czy stosowania środków ochrony roślin.

– Nasi polscy i unijni producenci muszą spełniać bardzo rygorystyczne standardy. Importowany owoc może być tańszy w produkcji, ale przewaga cenowa nie zawsze wynika z większej efektywności. Często oznacza również inne koszty społeczne i środowiskowe – ocenia dr inż. Mirosław Korzeniowski.

Z ekonomicznego punktu widzenia większa podaż importowanych owoców zwiększa konkurencję na rynku. Dla sieci handlowych oznacza to większe możliwości negocjowania cen, natomiast dla plantatorów – mniejsze marże właśnie w okresie największych zbiorów.

Czy polscy producenci mogą obsłużyć duże sieci?

Argumentem przemawiającym za importem bywa potrzeba zapewnienia dużych i regularnych dostaw. Zdaniem producentów ten problem przestał jednak istnieć.

W ostatnich latach polskie gospodarstwa intensywnie inwestowały w nowe odmiany, chłodnie, sortownie oraz linie pakujące. Dzięki temu są przygotowane do obsługi dużych kontraktów przez cały sezon.

– Warto obalić mit, że lokalni dostawcy nie są w stanie sprostać dużym zamówieniom. Polskie gospodarstwa dysponują odpowiednim zapleczem logistycznym i mogą zabezpieczyć dostawy dla dużych sieci od lipca aż do jesieni – mówi Dominika Kozarzewska.

Daleki transport a deklaracje o ekologii

Coraz więcej sieci handlowych deklaruje ograniczanie emisji CO₂ oraz rozwój lokalnych łańcuchów dostaw. Z tego powodu sprowadzanie owoców z odległych kontynentów w środku polskiego sezonu budzi pytania o spójność tych deklaracji.

Transport z Ameryki Południowej lub Afryki oznacza nie tylko pokonanie kilkunastu tysięcy kilometrów, lecz także konieczność utrzymania nieprzerwanego chłodzenia przez cały łańcuch logistyczny.

– Sprowadzanie owoców z innych kontynentów w momencie, gdy rodzime owoce mamy na wyciągnięcie ręki, trudno pogodzić z deklaracjami o zielonej transformacji. Transport generuje ogromny ślad węglowy i wymaga utrzymywania kosztownego łańcucha chłodniczego – podkreśla dr inż. Mirosław Korzeniowski.

Na ten sam aspekt zwraca uwagę Dominika Kozarzewska.

– Wybór polskiej borówki podczas krajowych zbiorów oznacza skrócenie łańcucha dostaw i realne ograniczenie śladu węglowego. To rozwiązanie spójne z deklaracjami sieci handlowych dotyczącymi ochrony środowiska – mówi.

Import nie dominuje, ale jest coraz bardziej widoczny

Eksperci podkreślają, że importowane borówki nie zdominowały jeszcze rynku podczas krajowego sezonu. Problem polega jednak na tym, że ich obecność na sklepowych półkach z roku na rok staje się coraz większa.

– Borówki z odległych regionów świata nie dominują jeszcze w sklepach podczas polskiego sezonu, ale z roku na rok jest ich coraz więcej. Import poza sezonem jest czymś naturalnym. Wątpliwości budzi natomiast uzupełnianie nim oferty latem – mówi Dominika Kozarzewska.

Rosnąca skala importu może w dłuższej perspektywie ograniczać opłacalność krajowej produkcji i zniechęcać plantatorów do kolejnych inwestycji.

Konsument może zdecydować

Ostateczny wybór należy do klientów. Coraz więcej osób zwraca uwagę nie tylko na cenę, lecz także na kraj pochodzenia oraz świeżość produktów.

– Konsumenci mogą głosować portfelem. Warto czytać etykiety i wybierać polskie owoce. Wspieramy w ten sposób nie tylko plantatorów, ale także transport, opakowania, przetwórstwo i całą krajową gospodarkę – mówi dr inż. Mirosław Korzeniowski.

Podobnego zdania jest Dominika Kozarzewska.

– Postawienie na polską borówkę podczas letnich miesięcy jest rozsądnym wyborem zarówno z punktu widzenia jakości, jak i gospodarki. Korzystają na tym konsumenci, sklepy i cały łańcuch dostaw związany z rodzimą produkcją owoców – podsumowuje.

9 tys. ton śmierdzącej kukurydzy z Ukrainy zalega na bocznicy kolejowej w Dorohusku!

Odór gnijącej od miesięcy w wagonach kolejowych kukurydzy najpierw zatruwał życie mieszkańców w Chełmie, a teraz te same składy stoją na bocznicy kolejowej w Dorohusku, blisko przejścia granicznego z Ukrainą. Kto odpowiada za 9 tysięcy ton śmierdzącej kukurydzy?

Wagony z gnijącą kukurydzą przepychane z kąta w kąt

Na początku września mieszkańcy Chełma w woj. lubelskim, miejscowości położonej zaledwie 21 km od granicy z Ukrainą nagminnie skarżyli się na uciążliwy odór unoszący się w powietrzu. Wówczas władze lokalne zrzucały winę za tą sytuację na lokalną oczyszczalnię ścieków. Jednak zdaniem mieszkańców nie było to jedyne źródło nieprzyjemnego zapachu.

Zatruwający powietrze zapach siarkowodowru unosić się miał wówczas znad dwóch wahadeł kolejowych zasypanych sprowadzoną z Ukrainy kukurydzą. Pojechaliśmy na miejsce, by zbadać całą sytuację.

Po dotarciu naszej redakcji na miejsce okazało się, że wahadła z Chełma zniknęły. Kilka dni temu zostały przepchnięte kilkanaście kilometrów dalej, do oddalonego nieopodal Dorohuska.

9 tys. ton gnijącej kukurydzy

Na bocznicy kolejowej w Dorohusku zastaliśmy dwa składy towarowe zasypane, chociaż w tym przypadku bardziej zasadne byłoby użycie słowa „zalane” po brzegi kukurydzą. To co ujrzeliśmy pod plandeką przykrywającą wagony przeszło nasze oczekiwania. Cały towar był przemoknięty i zalany wodą, która nagromadziła się w wagonach jeszcze po ukraińskiej stronie, czekając na rozładunek w Polsce.

Już w kwietniu alarmowaliśmy o hałdach zgniłego zboża, które było ściągane z wierzchu transportu, przeznaczonego „rzekomo” na tranzyt na port. Zepsuty towar wysypywany był wówczas na przygraniczne pola uprawne.

Kto zapłaci za utylizację zepsutego ziarna?

Przepychane z miejsca na miejsce od kilku miesięcy wahadła uciążliwego jak się okazuje transportu to wg. ostrożnych szacunków blisko 9 tysięcy ton ziarna kukurydzy, które w porcie miałoby wartość nawet 7 milionów złotych. Warto zadać sobie pytanie, jakimi pieniędzmi dysponują firmy, które to zboże importują, skoro mogą pozwolić sobie na straty rzędu kilku milionów złotych oraz kto zapłaci za utylizację takich potężnych ilości zepsutego towaru?

O sytuacji fatalnej jakości zboża, które przyjeżdża z Ukrainy alarmowali od początku całej afery zbożowej rolnicy, m. in. przedstawiciele Zamojskiego Towarzystwa Rolniczego.

– Jesteśmy w przededniu zbioru kukurydzy. Z doniesień medialnych wiemy o raporcie NIK, który mówi, że na 73 próbki importowanego z Ukrainy zboża w 17 stwierdzono występowanie salmonelli, w innych 17 – pestycydów, dodatkowo kukurydzę GMO, mykotoksyny oraz metale ciężkie – mówi Wiesław Gryn, wiceprezes Zamojskiego Towarzystwa Rolniczego. – Widzimy, co się stanie z naszymi plonami, ceny będą katastrofalnie niskie. Na glebach lżejszych nawet nie pokryją kosztów produkcji.

Rolnik z woj. lubelskiego podkreśla, że w Polsce zalega 4 miliony ton zboża, które trzeba wyeksportować. Zwraca tez uwagę na konieczność zapewnienia bezpieczeństwa żywnościowego, które jest w takiej sytuacji bardzo zagrożone.

Jak dba się o zdrowie nas Polaków, Europejczyków, jeśli wprowadza się takie ilości nieprzebadanego zboża, które powinno być wycofane? Rolnicy w Polsce doskonale wiedzą, ile razy zdarza się, że zostajemy odesłani z kwitkiem z punktu skupu, bo mamy za mało białka, zbyt wilgotne zboże. Czy na granicy choć jeden wagon podjechał z Polski z powrotem, bo nie trzymał jakości? Nie, do nas wchodzi wszystko, stajemy się praktycznie śmietnikiem Europy.

Dlaczego zepsuty towar nie wróci z powrotem do Ukrainy?

Dzisiaj widzimy namacalny dowód w Chełmie, gdzie stoją całe pociągi zepsutej kukurydzy, która nie powinna wjechać do kraju i nie ma co opowiadać, że ta kukurydza się zepsuła po polskiej stronie. Jeśli to by była dobra kukurydza kontrahent by ją odebrał i teraz pytamy, dlaczego nikt tego nie wycofa z powrotem na Ukrainę? Tak się nie powinno dziać. Jeśli ja zawiozę do punktu, czy jakikolwiek rolnik, zboże niespełniające wymagań, od razu muszę to zabrać na swój koszt. Widzimy, że państwo nie działa, bo nikt tego nie odbiera – komentuje całą sytuację Wiesław Gryn.

W ujawnionych nieoficjalnie wynikach raportu Najwyższej Izby Kontroli można przeczytać, że od stycznia do maja 2023 roku obecność szkodliwych czynników stwierdzono w 35 proc. pobranych próbek.