Ministerstwo Prawdy. Solenni profesorowie najlepiej wiedzą, jak było…

Ministerstwo Prawdy. Solenni profesorowie najlepiej wiedzą, jak było…

14.08.2026 Autor: Stanisław Michalkiewicz ministerstwo-prawdy

NCZAS.INFO | Premier Donald Tusk oraz prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski. / Foto: PAP
NCZAS.INFO | Premier Donald Tusk oraz prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski. / Foto: PAP

Już czwarty rok toczy się wojna rozpoczęta przez prezydenta USA Baracka Obamę, który wyasygnował 5 mld dolarów na uruchomiony w 2014 roku „Majdan”, którego celem było wyłuskanie Ukrainy z „rosyjskiej” strefy Europy. Kilka lat wcześniej bowiem, 20 listopada 2010 roku, na szczycie NATO w Lizbonie proklamowane zostało strategiczne partnerstwo NATO–Rosja, będące ukoronowaniem 25-letnich prac nad ustanowieniem nowego porządku politycznego w Europie, który miał zastąpić nieaktualny już porządek jałtański.

Najważniejszym postanowieniem tego nowego porządku było strategiczne partnerstwo NATO– Rosja. Jego najtwardszym jądrem było strategiczne partnerstwo rosyjsko- niemieckie, które pojawiło się zaraz po podpisanym 12 września w Moskwie traktacie „o ostatecznym uregulowaniu odnośnie Niemiec”, potocznie zwanym „traktatem 2 plus 4”. Niemcy bowiem nawróciły się wtedy na linię polityczną kanclerza Bismarcka, według której Niemcy zarządzają Europą w porozumieniu z Rosją, a zewnętrznym wyrazem tego nawrócenia było wspomniane strategiczne partnerstwo – no a kamieniem węgielnym owego partnerstwa był podział Europy na część niemiecką i część rosyjską – prawie dokładnie wzdłuż linii Ribbentrop– Mołotow.

I kiedy wydawało się, że klamka zapadła na 50, a może nawet na 100 lat, prezydent Obama wysadził to wszystko w powietrze, wykładając wspomniane 5 mld dolarów na „Majdan”. Dlaczego to zrobił – to sprawa osobna, której roztrząsanie rozsadziłoby ramy tego artykułu, więc tylko wskażemy trop, którym gwoli wyświetlenia tej sprawy trzeba by podążać, a który zaczyna się od „szczytu” w Deauville w październiku 2010 roku z udziałem francuskiego prezydenta Mikołaja Sarkozy’ego, Naszej Złotej Pani z Berlina i ówczesnego rosyjskiego prezydenta Dymitra Miedwiediewa.

Od Bismarcka do Wilhelma

Od rzemyczka do koniczka – powiada przysłowie – i tak właśnie było w tym przypadku. Inicjatywa Baracka Obamy doprowadziła wprawdzie do wysadzenia „porządku lizbońskiego” w powietrze – ale jeszcze nie do wojny. Do wojny doszło dopiero za prezydentury Józia Bidena, który naobiecywał wystruganemu z banana przez żydowskiego „oligarchę” Igora Kołomojskiego ukraińskiemu prezydentowi rozmaite cuda na kiju, wskutek czego odrzucił on tzw. „porozumienia mińskie”, a to sprowokowało Rosję do rozpoczęcia w 2022 roku „specjalnej operacji wojskowej”. Rosyjski wywiad zawiódł tu na całej linii, bo najwyraźniej liczył na powtórzenie sytuacji z roku 2014, kiedy to Krym został przez Rosję przejęty bez jednego wystrzału. Tym razem trafiła kosa na kamień, bo Amerykanie i Anglicy uzbroili ukraińskie wojsko po zęby i odpowiednio przeszkolili. W rezultacie Blitzkrieg spalił na panewce, a Rosjanie natychmiast zrezygnowali z zajmowania Kijowa, ograniczając cele wojenne do wyrąbania lądowego korytarza do Krymu – i ten cel w zasadzie już został osiągnięty, a to, co się teraz dzieje, to tylko walka o to, jaką będzie miał szerokość.

W wojnę z Rosją, za sprawą Amerykanów, zaangażowany został cały Pakt Atlantycki, co po kilku latach doprowadziło do zmiany niemieckiej polityki we Wschodniej Europie. Po wysadzeniu bałtyckich gazociągów Niemcom łatwiej było odstąpić od strategicznego partnerstwa z Rosją – ale doszło do tego dopiero w marcu 2023 roku, kiedy to amerykański prezydent Józio Biden, w nagrodę za odstąpienie Niemiec od strategicznego partnerstwa z Rosją pozwolił niemieckiemu kanclerzowi Olafowi Scholzowi na to, by Niemcy urządzały sobie Europę po swojemu. W Europie nie ma zbyt wiele miejsca na coraz to nowe – jak powiedziałby Kukuniek – „koncepcje”, więc w tej sytuacji Niemcy powróciły do polityki, jaką prowadziło Cesarstwo Niemieckie w roku 1917. Jak pamiętamy, za jego przyzwoleniem powstała wtedy Ukraińska Republika Ludowa w celu szachowania Rosji i utrzymywania w ryzach Polaków. Zewnętrznym wyrazem powrotu Niemiec do tej polityki było proklamowanie w kwietniu br. strategicznego partnerstwa niemiecko-ukraińskiego. I zaraz prezydent Zełenski nabrał animuszu, nadając jednostce niezwyciężonej armii ukraińskiej imię „Bohaterów UPA”, co w naszym nieszczęśliwym kraju wywołało rodzaj burzy w szklance wody.

Polska opinia w rozkroku

Nasz nieszczęśliwy kraj prowadzenie prawdziwej polityki ma od Naszych Sojuszników surowo zakazane, toteż Polska polityce europejskiej najwyżej kibicuje. Pokrzykuje, przytupuje, wymachuje rękami – i to nie w ramach żadnej samowolki, ale zgodnie ze wskazówkami któregoś z Sojuszników – jak nie tego, to tamtego. Nic się nie zmieniło pod tym względem od początku lat 90., kiedy to scharakteryzowałem postawę naszego nieszczęśliwego kraju w felietonie pod tytułem „Polska ormowcem Europy”. Różnica między początkiem lat 90. a sytuacją obecną sprowadza się do tego, że kibicowaniu europejskiej polityce towarzyszy nieustanny lęk, by nie paść ofiarą „wojny hybrydowej”. Lęk ten jest odczuwalny zwłaszcza wśród warstw lepiej czy gorzej wykształconych, które mają ambicję kibicowania ośrodkom sprawującym w naszym nieszczęśliwym kraju tzw. rząd dusz. Właściwie jest to jeden ośrodek w postaci Judenratu, na czele którego stoi Główny Cadyk III Rzeczypospolitej w osobie pana red. Adama Michnika. Za pośrednictwem Judenratu sufluje on mikrocefalom, stanowiącym krąg jego wyznawców, co i jak mają myśleć. No a oni – wiedząc, że tylko w ten sposób będą mogli również we własnych oczach ujść za mądrych, roztropnych i przyzwoitych, posłusznie myślą w sposób nakazany, w lot dostrajając się do mądrości etapu.

Na przykład kiedy po proklamowaniu strategicznego partnerstwa niemiecko-ukraińskiego pan red. Michnik rzucił hasło: „wszyscy jesteśmy Ukraińcami”, mądrzy, roztropni i przyzwoici natychmiast zaczęli piętnować nosicieli „nienawiści”, co to tworzą u nas „atmosferę przedpogromową”. Doszło do tego, że nawet przewielebna siostra Małgorzata Chmielewska oderwała się na chwilę od warzenia gorącej strawy dla nieszczęśliwych i pobiegła do Judenratu wypłakać się ze wstydu za mniej wartościowy naród i nieszczęśliwy kraj. I słuszna jej racja, bo jeszcze kilka takich demonstracji i przewielebna siostra Małgorzata zostanie kandydatką na ołtarze – a czegóż mogłaby chcieć więcej?

Ale głoszenie aktualnych mądrości etapu to jedna sprawa, a sprawą drugą jest wystrzeganie się ulegania kremlowskiej” dezinformacji” i „propagandzie”. Ta ostrożność posunięta jest do tego stopnia, że gdy Kreml, a zwłaszcza gdy Putin na krzesło powie krzesło, mądrzy, roztropni i przyzwoici gotowi są natychmiast się z nim spierać – o ile oczywiście pan red. Michnik podpowie im, co mają mówić. Niebezpieczeństwo polega również na tym, że oprócz pana red. Michnika głos zabierają również inne osoby, które w dodatku wyrażają opinie niezatwierdzone przez żaden urząd ani nawet licencjonowaną organizację pozarządową w rodzaju Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Na domiar złego wiele z tych samowolnie głoszonych opinii ma znamiona „mowy nienawiści” – a wiadomo, że jest rozkaz, iż nienawiść ma być powszechnie i bez zastrzeżeń znienawidzona. Na straży tego rozkazu staje właśnie pani Sylwia Gregorek-Abram, której Wielce Czcigodni parlamentarzyści z koalicji 13 grudnia właśnie przyznali fuchę Rzecznika Praw Obywatelskich. Gwoli wyjaśnienia – „mową nienawiści” nazywamy każdą opinię, która nam się nie podoba, a ponadto nie została zatwierdzona przez żaden Sanhedryn.

Prof. Dudek wzywa obywatela Tuska

Jednym z takich patentowanych nienawistników jest Grzegorz Braun. Nie dość, że ani nie uzgadnia swoich opinii z Judenratem, ani nie akomoduje się do mądrości etapu, to „jątrzy” i „dzieli” opinię publiczną, również w sytuacjach gdy wielkim nakładem sił i środków udało się doprowadzić do ujednolicenia stanowisk ponad podziałami. Polega to na tym, że takie samo zdanie wyrażają zarówno ci, którzy wyznają jeden światopogląd, jak i ci, którzy wyznają drugi światopogląd, bo – podobnie jak było za pierwszej komuny – również i teraz są dwa światopoglądy, bo są dwie kasy.

Jedną z takich uzgodnionych ponad podziałami i zatwierdzonych przez Judenrat opinii jest apologetyczna ocena Komisji Edukacji Narodowej. Jak wiadomo, powstała ona dzięki kasacie zakonu jezuitów. Majątki poklasztorne zostały przekazane właśnie na jej rzecz – przy czym nie obyło się bez rozmaitych brzydkich rzeczy. Stanisław Cat-Mackiewicz wspomina o tym, mówiąc, że pierwsze koryto wylewa się dla świń. W przypadku Komisji Edukacji Narodowej tych wylanych koryt było co najmniej kilka, a może nawet – kilkanaście – podobnie jak w przypadku uwłaszczenia nomenklatury podczas przygotowań do transformacji ustrojowej – a i potem, podczas tworzenia narodowych funduszy inwestycyjnych i ich prywatyzacji.

I oto złowrogi Grzegorz Braun nie tylko bez upoważnienia, ale i bez przyzwolenia zabrał na ten temat głos, piętnując Komisję Edukacji Narodowej, a zwłaszcza – tzw. Kuźnicę Kołłątajowską – że była to grupa opłacana kwotą kilkudziesięciu milionów franków przez władze rewolucyjnej Republiki Francuskiej, żeby w naszym nieszczęśliwym kraju doprowadzić do rewolucji.

Ta rewolucja zaangażowałaby z pewnością mocarstwa ościenne w jej tłumienie, dzięki czemu rewolucja we Francji mogłaby chwilę odetchnąć. Nie dość, że gada takie rzeczy, to jeszcze wraz z Janem Taturą wydał książkę pod tytułem „Polskie biesy”, w której dopuszcza się mnóstwa innych myślozbrodni. Tymczasem jest rozkaz, że jeśli ktokolwiek dopuszcza się prowokacji, to tylko zimny ruski czekista Putin, podczas gdy ani w słodkiej Francji, ani wilgotnej Anglii każdy ma serce na dłoni i od jakichkolwiek prowokacji trzyma się z dala.

Nic dziwnego, że w obliczu takiej samowoli ze strony złowrogiego Grzegorza Brauna nie mógł już dłużej wytrzymać pan prof. Antoni Dudek. Wprawdzie nauka, jak wiadomo, polega na poszukiwaniu prawdy, ale z drugiej strony, na nieustannym weryfikowaniu tego, co dotąd udało się ustalić – ale mimo to – porządek musi być. Kto to widział, żeby jakiś Braun, w dodatku powołując się na wyszperane w korcu maku publikacje, podważał solenne ustalenia profesorów zwyczajnych i nadzwyczajnych, orderowych panów, co to swoimi wiekopomnymi dziełami pozapychali biblioteki? Solenni profesorowie najlepiej wiedzą, jak było, a jeśli nawet nie wiedzą, to zawsze ktoś starszy i mądrzejszy im podpowie, dzięki czemu zarówno oni, jak i lud prosty, wie, czego się trzymać i w co wierzyć, a w co nie.

Toteż pan prof. Dudek wystąpił publicznie do obywatela Tuska Donalda, żeby tej myślozbrodniczej działalności Grzegorza Brauna położył kres. Inaczej diabli wezmą całą „naukę przodującą” – jak mówił Józef Stalin – i nie będziemy już wiedzieli, w co wierzyć, a w co nie. Pan prof. Dudek nie podsuwa żadnego konkretnego rozwiązania, ale wszystko wskazuje na to, że niezawisłe sądy mogą okazać się niewystarczające.

Czas więc uderzyć w czynów stal i odwołując się do profetycznego dzieła Jerzego Orwella „Rok 1984”, niezwłocznie powołać Ministerstwo Prawdy, a pana prof. Antoniego Dudka mianować jego szefem. Bez tego daleko nie zajedziemy, zwłaszcza w sytuacji gdy Nasz Najważniejszy Sojusznik raz sztorcuje prezydenta Zełenskiego, a zaraz potem robi mu na rękę i traktuje jak swoją najukochańszą Duszeńkę.

Stanisław Michalkiewicz

Dobrej nocy życzę! Doceńmy melisę, kozłek lekarski i szyszkę chmielu.

Marek Dudek

Cała otaczająca nas przyroda funkcjonuje w rytmach. Trudno nie zauważyć podstawowych cykli takich jak pory roku, fazy księżyca czy rytm dobowy. Ten ostatni jest nam o tyle bliski, że co wieczór w sposób prosty lub bardziej skomplikowany przygotowujemy się i zapadamy w sen. Spośród kilku form wspierania organizmu, zdrowy, głęboki sen aspiruje do miejsca na podium, razem ze spożywaniem posiłków, oddychaniem czystym powietrzem i… dokarmianiem… dobrym słowem. Na to ostatnie czekamy czasem latami w nadziei, że ktoś zauważy, doceni, odkryje i rozpozna, że czuwamy nad nim kosztem innych przyjemności.

A co jeśli tak nie jest i cały czas jesteśmy bombardowani zbyt wysokim tempem, złą, często zmanipulowaną informacją? Co jeśli dręczą nas nierozwiązane sprawy, jeśli co wieczór przed zamknięciem powiek przerabiamy w głowie cały ten bałagan z dnia i jeszcze kilka innych kłopotów? Co dzieje się kiedy nasz sąsiad właśnie o tej porze rozpoczyna dzień specyficzną muzyką, odpalaniem wymarzonego motocykla czy wierceniem dziury w całym …murze?

Właśnie wtedy jesteśmy wyrywani z naturalnego rytmu jawy i snu, pracy i wypoczynku. Rytm ten sterowany jest nie tylko ciśnieniem atmosferycznym, bo łatwiej zasypiamy przy niskim ciśnieniu – /deszcze, burze/, sterowany jest również poziomem zmęczenia, ale również natężeniem poziomu światła, na który reaguje nas mózg wydzielając melatoninę. Właśnie wtedy, takie historie wyrywają nas z chwilowego osłabienia, które zazwyczaj jest zapowiedzią przejścia w stan snu. Są osoby, które nie mają problemów z zasypianiem, wystarczy, że przyłożą głowę do poduszki a potem wyłączają więź ze światem realnym. Niestety, takich osób jest coraz mniej a dużą rolę w eliminacji tego stanu zawdzięczamy obecnemu stylowi życia w tym również osamotnieniu!

Żyjemy szybko, połykając na śniadanie nie tylko kęs pożywienia, ale również nieodzowną ilość informacji, które docierają do nas z wszystkich możliwych źródeł. Przewaga tych informacji ma podłoże alarmujące i mówi o wojnach, ofiarach, o przemocy, oszustwach, wypadkach itd.

Obecnie mówi się o medialnym gwałcie na psychice człowieka, ponieważ większość z tych informacji mniej lub bardziej rani naszą wrażliwość i ma ogromny wpływ na poziom i zakres reakcji w całym dniu. Pozornie ich nie przyjmujemy, ale tylko pozornie, często są „przechowywane” i właśnie podczas określonej fazy snu uwalniają się w takiej czy innej zazwyczaj paradoksalnej formule. Informacje takie trafiają również do dzieci, których psychika nie jest jeszcze gotowa do odbioru obciążeń takiego kalibru. Przerabiają potem te „wiadomości” na swój sposób, często „wszczepiając” sobie błędne wzorce, poglądy i zachowania i bywa, że pozostają one na resztę życia!

Przyczyn zaburzenia zasypiania i samego snu jest dużo więcej. Kolejną z nich są zbyt wysokie wymagania, które prześladują nas i coraz częściej stawiane są nam przez otaczającą rzeczywistość. Zarówno w pracy gonimy światowe normy jak również „na ulicy” ciągle jesteśmy oceniani, taksowani i świadomie lub nie zajmujemy takie czy inne miejsce w rankingach. Trudno w takiej rzeczywistości być sobą! Trudno się odseparować, bo każde działanie wywołuje komentarz a ten wpływa na stan naszego potencjału emocjonalnego. I z takim bilansem często kładziemy się do łóżka!

Nasi przodkowie dowiadywali się o świecie z ogromnym opóźnieniem, informacje docierały często „po fakcie” a waga ich była super lekka używając skali pięściarskiej. Dzisiaj, cisza jest luksusem, lekarstwem, które ukoi nasze ciało i ducha! Ale aby do niej dojrzeć i ją polubić trzeba najpierw odkryć to, że ten gwałt na nas samych jest z naszego przyzwolenia.

Bez informacji czujemy się w początkowym okresie gorsi, pominięci, mniej wartościowi, dopiero później przychodzi otrzeźwienie, że przecież na wiele z tych newsów nie mamy żadnego wpływu, co więcej nie potrzebujemy ich, nie są nasze a tylko wtłaczane nam, bo człowiek zbombardowany jest słabszy i szuka ukojenia np. w …reklamach a potem w zakupach, jako formie równoważenia strat. To tylko jeden z mechanizmów…

Dlatego warto poszukać ciszy, która daje nam odprężający dystans do rzeczywistości. Znajdziemy ją w lesie, pośród pól i łąk, w ogrodzie czy nad brzegiem rzeki, morza, jeziora. Odnajdziemy ją również w muzyce relaksującej. Znajdziemy ją wszędzie tam, gdzie nie wdarła się cywilizacja niekończącej się informacji. Znajdziemy ją w domu, jeśli ograniczymy a potem pozbędziemy się telewizora z jego natrętną narracją, komputera czy też bezprzewodowych sieci, które wywierają na nasz mózg specyficzne działanie…

Trudno w to uwierzyć, ale na początku lat siedemdziesiątych zeszłego stulecia, angielska BBC podała jeden z krótszych serwisów informacyjnych, który brzmiał tak: „… dzisiaj na świecie nie wydarzyło się nic ciekawego.”

Tak więc, informacje nas obciążają tak samo, jak obciąża nas brak magnezu, przy którym stajemy się nerwowi, nadpobudliwi, drgają nam powieki a przy większych jego brakach dostajemy przykurczy mięśni! To znak, aby uzupełnić jego poziom.

Zapaść w spokojny sen to marzenie wielu. Z bezsennością jest trochę tak jak z polityką: kto nie zaznał jednego ani drugiego nie wie o czym mówi. Bezsenność to ciężar długich nocnych godzin i bezradność człowieka targanego przeogromna chęcią odpoczynku w śnie. Bezsenność to śledzenie odgłosów domowych sprzętów albo tych z ulicy wyznaczających upływający czas. Bezsenność to w końcu wyczerpanie organizmu, który powinien zregenerować się w trakcie snu. Bezsenność to kolejny dzień przeżyty w przytłumieniu z kryzysem ciała i ducha z ogromną nadzieją na… sen. Bezsenność to również …bezradność…

Spośród ziół, które mogą nas wspomóc w zasypianiu znajdziemy nie tylko melisę, ale również kozłek lekarski i szyszkę chmielu. Te dwa ostatnie są podstawą do wytwarzania wielu farmaceutyków na łagodzenie naszych napięć pod różnymi postaciami. Zazwyczaj są to tabletki, krople, rzadziej herbatki.

Melisa jest piękną rośliną o lekko cytrynowym zapachu. Rośnie dobrze na glebach żyznych bogatych w wapń i zasobnych w wilgoć. W przydomowych ogródkach możemy stworzyć jej idealne warunki z kompostu i…. skorupek jaj. Zmielone skorupki można dosypać jesienią do kompostu, aby do wiosny przeniknęły do masy i zasiliły rośliny. Podobnej gleby zasobnej w wapń będzie potrzebować też lawenda, roślina o podobnym uspakajającym działaniu.

Łagodne działanie melisy to efekt związków terpenowych: cytralu /o miłym zapachu cytryny/ linalolu i cytronenalu. Wszystkie one sprawiają, że obniża się nasze napięcie i uspakajamy się. Ponad to melisa działa rozkurczowo i wiatropędnie. Obniża też ciśnienie krwi.

Miło jest pójść do ogródka, nachylić się nad łanem melisy i zerwać kilka dorodnych liści, aby później je zaparzyć. Już wtedy dociera do nas przemiła atmosfera mikroklimatu olejków eterycznych. Właśnie takie świeże liście mają przepiękny zapach i smak. Uwielbiają je pszczoły i stąd zioło to jest uprawiane przez pszczelarzy, którzy również dodają je do syropów podkarmiających.

Warto mieć swoją melisę /choćby z doniczki na balkonie/, bo jej problem to wspomniane substancje czynne, które dosyć szybko wietrzeją. Melisę po wysuszeniu przechowujemy w szczelnych pojemnikach i staramy się jej nie kruszyć, ponieważ ułatwia to ulatnianie się związków czynnych. A różnica pomiędzy kupioną w torebce a zerwaną jest ogromna, mniej więcej taka sama jak przy produktach zrobionych a kupionych z masowej produkcji. Różnica klasy! I ta różnica decyduje o działaniu!

Komu melisa nie wystarcza, bo jej działanie jest delikatne, ten może spróbować korzenia kozłka lekarskiego. Zioło to jest podstawą do produkcji większości środków uspakajających na naszym rynku. Znamy je bardziej pod jej łacińską nazwą valeriana. Działa uspokajająca i nasennie oraz rozkurczowo na mięśnie gładkie przewodu pokarmowego, moczowego oraz naczynia krwionośne. Wzmacnia w stanach nerwicowych przy migrenach, histerii i tym podobnych przeżyciach. Właściwości rozkurczowe wykorzystuje się również przy zaburzeniach przewodu pokarmowego w następstwach stresu oraz przy bólach menstruacyjnych. Podobnie jak melisa, również kozłek znany był przez Greków, Rzymian i często opisywany. Pisali o nim Hipokrates, Dioskurides, i Pliniusz Starszy. Pomimo upływu lat i epok nic nie stracił ze swoich właściwości a często pomaga i jest ceniony – bo nie wnosi do organizmu człowieka skutków ubocznych. Wnosi za to odprężenie i odrobinę bezcennego spokoju a wszystko to za sprawą estrów kwasu walerianowego, izowaleriowego i innych substancji czynnych.

Trzeci w kolejce do uspokojenia naszych zmysłów czeka chmiel zwyczajny. Roślina niezwykle ciekawa, rosnąca na glebach zasobnych i próchnicznych, ale dających w zamian kilkumetrowy pęd z dużą ilością szyszek. Kiedyś byliśmy producentem chmielu w ilościach zaspakajających nie tylko polskie zapotrzebowanie przemysłu piwnego i farmaceutycznego, ale duża część tejże produkcji trafiała na eksport. Szczególnie tereny lessowe Lubelszczyzny rodziły znakomitej jakości szyszki chmielu.

Dzisiaj piwo kupione z korporacyjnych rozlewni jest namiastką tamtego piwa, bo zawiera w sobie nikłe ilości chmielu! Na szczęście powstaje coraz więcej małych browarów, które wracają do starych receptur i krok po kroku warzą napój, który wspomaga a nie uszkadza organizm. Podstawą tego procesu jest chmiel z jego cennymi szyszkami i to ten miejscowy a nie importowany. Szyszki chmielu zawierają olejki eteryczne i związki żywicowe, do których należą humulen, mircen, humulon i lupulon i to one mają największy wpływ na uspokojenie natury człowieka. Dwa ostatnie składają się również na piękną łacińską nazwę chmielu, która brzmi: Humulus lupulus!

Oprócz tych substancji czynnych znajdziemy w chmielu flawonoidy, garbniki, związki purynowe, triterpeny i cholinę. Z tak dużej obfitości substancji czynnych wynikają szerokie właściwości chmielu. Podstawowe to działanie uspokajające i nasenne, uspakajające również na sferę płciową. Chmiel działa również moczopędnie, antyseptycznie, ściągająco. Możemy zadać pytanie jak to jest z tym działaniem uspakajającym chmielu skoro po dwóch czy trzech piwach …dzieją się różne sprawy? Odpowiedź jest bardzo prosta – to dawka decyduje o działaniu, zakresie i następstwach …przedawkowania.

Szyszki chmielu często wykorzystywane są w przemyśle kosmetycznym – głównie do wzmacniających płukanek do włosów, odżywek i szamponów. Przy produkcji piwa są niezbędne, aby nadać mu gorzkawy smak, aromat, ale też są naturalnym konserwantem i zapewniają jego trwałość! Możemy je również spotkać w mieszankach uspakajających z zielem serdecznika i liściem melisy czy kozłka lekarskiego.

Działanie ziół jest łagodne i powolne, chcą zasnąć około godziny 22 powinniśmy wypić napar ze wspomnianych ziół około godziny 19. Potem warto stworzyć w swoim otoczeniu atmosferę wyciszenia i pozamykania spraw, które nas rozpraszają a czasami dręczą. Nie bez znaczenia jest też kwestia dotlenienia pomieszczenia, w którym śpimy! Szczególnie zimą, kiedy wydaje się nam, że koszty ogrzewania nie idą w parze z wietrzeniem – powinniśmy pamiętać o odpowiedniej ilości tlenu właśnie dla potrzeb snu. Jak zawsze możemy go dostarczyć na dwa sposoby: pierwszy z nich to intensywny spacer lub trucht, który sprawi, że wprowadzimy tlen z powietrza do organizmu. Drugi to intensywne wietrzenie pomieszczenia i pościeli. Zwłaszcza zimą jest to ważne, bo wykładając na mróz w ciągu dnia kołdry i pierzyny pozbywamy się z nich roztoczy.

Częstym powodem zaburzeń sennych jest nie tylko akustyka pomieszczeń, ale również fakt, że w obecnych czasach prawie nikt nie zwraca uwagi gdzie stawia budynek. Często są one stawiane na żyłach wodnych a te, zwłaszcza kiedy się krzyżują, potrafią zaburzyć spokój naszego snu! Nie zwracamy też uwagi na to, że w rogach pomieszczeń jest słabsza cyrkulacja powietrza a w większości naszych mieszkań to właśnie tam „upychamy” łóżka, bo liczy się komunikacja i zagospodarowanie przestrzeni.

A w kuchni… dołóżmy do domowej apteczki, słoiczki z liśćmi i korzeniami ziół, które sprawią, że łatwiej wpadniemy w ramiona Morfeusza. I kolację zjedzmy wcześniej, lekką w radości i spokoju patrząc na twarze naszych bliskich i ciesząc się z przebywania razem.

Tak więc, warto do balkonowych pionowych ogrodów, zrobionych np. z drewnianych skrzynek dołożyć donice z lawendą, melisą albo też zasadzić pod balkonami w bloku chmiel i niech się pnie do sąsiadów na trzecie piętro, bo w dzisiejszych czasach niewiele już nas łączy a coraz więcej dzieli i to jest jedna z przyczyn …bezsenności!

Dobrej nocy życzę!