Malownicze szlaki Jury Krakowsko-Częstochowskiej są stałym elementem młodzieżowej pielgrzymki na Jasną Górę
Młodzieżowa Pielgrzymka Tradycji Katolickiej z Krakowa na Jasną Górę to już stały element apostolatu Bractwa św. Piusa X w Polsce; w tym roku z Krakowa do Częstochowy pielgrzymowano już po raz czwarty. W drogę wyruszyło ok. 80 młodych osób, które przyjechały z różnych stron Polski, byli także Polacy mieszkający za granicą. Duchowym opiekunem pątników był tradycyjnie ks. Antoni Myśliński FSSPX.
Pielgrzymka rozpoczęła się 20 lipca poranną Mszą św. odprawioną w jednej z krakowskich szkół. Następnie pielgrzymi wyruszyli w drogę, wiodącą głównie przez malownicze (i niekiedy dość wymagające!) szlaki Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Po drodze nawiedzili kilka kościołów, w większości z nich spotykając się z przychylnością proboszczów. Podczas pielgrzymki codziennie była odprawiana Msza św., odmawiano wspólnie różaniec i inne modlitwy, śpiewano Godzinki ku czci Niepokalanego Poczęcia NMPanny oraz liczne pieśni. Każdego dnia jeden z odcinków trasy przebywano w ciszy, przeznaczając ją na indywidualną modlitwę. Ks. Myśliński głosił kazania poświęcone takim tematom, jak: modlitwa różańcowa, nabożeństwo do św. Józefa czy ofiara Mszy św., a podczas wieczornych wykładów omówił m.in. jeden z najjaskrawszych przejawów kryzysu współczesnego Kościoła, jakim jest praktyka udzielania Komunii św. na rękę. W kolejnych konferencjach ks. Myśliński, opierając się na dziele o. Marmiona pt. Chrystus wzorem zakonnika, przedstawił rolę przełożonego we wspólnocie oraz wskazał na konieczność pogłębiania wiary.
Pielgrzymi dotarli do celu 25 lipca. W częstochowskiej kaplicy Bractwa św. Piusa X pięć osób wstąpiło w szeregi Rycerstwa Niepokalanej, a jedna przyjęła szkaplerz karmelitański. Następnie ks. Myśliński odprawił Mszę św., a kazanie poświęcił królewskiej godności Matki Bożej i konieczności oddawania Jej czci. Po Mszy św. pątnicy wraz z osobami, które w tym dniu dołączyły do pielgrzymki, wyruszyli w kierunku Jasnej Góry, gdzie dotarli po godzinie 12. W kaplicy Cudownego Obrazu odśpiewali Bogurodzicę i Salve Regina, a w bazylice Ave Maris Stella, po czym ks. Myśliński udzielił wszystkim błogosławieństwa.
Malownicze szlaki Jury Krakowsko-Częstochowskiej są stałym elementem młodzieżowej pielgrzymki na Jasną Górę
„W latach studenckich odszedłem od Boga, nie chodziłem do kościoła, nie przyjmowałem sakramentów. Paradoksalnie to co powinno mnie jeszcze bardziej od Boga oddalić, czyli moja choroba, którą zdiagnozowano u mnie kiedy miałem 22 lata, przywróciła mnie Bogu. Po wyjściu ze szpitala, pierwsze kroki skierowałem do kościoła i tak rozpoczął się powrót „syna marnotrawnego” do Ojca”.
Z Mateuszem Kakareko o jego pieszym pielgrzymowaniu z Białegostoku do Santiago de Compostela (około 4 tys. kilometrów) rozmawia Adam Białous.
Jak zrodziła się w tobie myśl o samotnej pieszej pielgrzymce do Santiago de Compostela?
Po raz pierwszy taka myśl zaświtała mi w głowie już w roku 2018. Wówczas przygniatało mnie wiele problemów. Ich rozwiązania szukałem w różnych miejscach i na różne sposoby, ale problemy nie znikała, a wręcz przeciwnie nasilały się. W końcu, w tym właśnie roku 2018, postanowiłem poprosić o pomoc Boga i zadośćuczynić za grzechy mojej młodości. Wtedy przyszła mi na myśl samotna piesza pielgrzymka do Santiago de Compostela.
Nie bałem się wysiłku fizycznego, gdyż od nastoletniego wieku uprawiam sport. Fascynacja sportem zdecydowała też o wyborze kierunku moich studiów – Wychowanie Fizyczne.
Pierwszą próbę dojścia do Santiago podjąłem w roku 2019. Niestety przeliczyłem swoje siły. Po przejściu 50 km zaliczyłem kontuzję i nie mogłem dalej iść pieszo. Zadzwoniłem do rodziców, aby przekazać im tę informację. Oni zaraz przyjechali, żeby mnie zabrać do domu.
Ale ja nie myślałem się tak łatwo poddać. Obiecałem przecież Bogu, że nawiedzę Santiago, to było dla mnie bardzo ważne. Poprosiłem rodziców, żeby zawieźli mnie do Warszawy na lotnisko, abym mógł dolecieć do jakiegoś miejsca, z którego po krótkiej rehabilitacji, pieszo ruszyłbym do Santiago.
Udało się?
Tak. Rodzice zgodzili się. Najpierw samolotem, a potem pociągiem dotarłem do francuskiego miasta San – Jean- Pied-de- Port, od którego zaczynał się główny szlak wiodący do Santiago de Compostela. Tam wykurowałem się i, dzięki Bożej pomocy, udało mi się pieszo pielgrzymować do Santiago. Ten szlak nie był taki krótki, bo w sumie przeszedłem nim około 800 km. To było najwyraźniej tyle, ile mogłem przejść w owym czasie.
Już ta moja pierwsza pielgrzymka do Santiago bardzo mnie odmieniła. Zmieniła mój sposób myślenia z laickiego, na myślenie wierzącego katolika. Peregrynacja do Santiago była tak cudowna, że wtedy zapragnąłem jeszcze kiedyś znów ją przeżyć.
Czy przed rokiem 2025 pielgrzymowałeś do Santiago jeszcze raz?
Tak. To było w roku 2022. Wybrałem się wtedy na pielgrzymkę do Fatimy. Samolotem dotarłem do Lizbony, a z tego miasta pieszo do Fatimy. Pierwotnie wcale nie zamierzałem ruszać gdzieś dalej. Jednak w Fatimie spotkałem pewnego polskiego kapłana pochodzącego z okolic Rzeszowa oraz jego dwóch towarzyszy. Od słowa do słowa i po niedługiej nardzie postanowiliśmy razem udać się z Fatimy do Santiago. W tej pielgrzymce przeszliśmy razem 675 km. Do Santiago prowadzi bardzo wiele szlaków z różnych krajów Europy. Pielgrzymi wytyczali je przez setki lat.
A ty w roku 2025 postanowiłeś wytyczyć swój własny szlak ?
Można tak powiedzieć. We mnie nadal było pragnienie, żeby wyjść z domu i pieszo dotrzeć do sanktuarium św. Jakuba w Santiago de Compostela. Tak się dziwnie złożyło, że w grudniu 2024 dowiedziałem się w pracy, że nie przedłużą ze mną umowy. Najpierw chciałem od razu szukać nowego zatrudnienia, lecz później przyszła do mnie myśl, że może to Bóg podarował mi ten czas, abym mógł spełnić pragnienie mego serca.
Kiedy pracowałem, zaoszczędziłem trochę pieniędzy, miałem więc środki na zakup żywności i, jeżeli byłoby to potrzebne, opłatę noclegów podczas pielgrzymki. Największy kłopot był z rodzicami, którzy zamartwiali się tym, czy mi się co złego nie przytrafi po drodze i mocno odradzali mi tą samotną peregrynację. Za to brat wspierał mnie w moim zamiarze. Żony i dzieci, jak na razie, nie mam, więc ich nie musiałem prosić o zgodę.
I jak to twoje „mega” pielgrzymowanie zaczęło się?
Tak jak zamierzyłem, wyruszyłem z domu, który znajduje się na obrzeżach Białegostoku. Peregrynację rozpocząłem w maju, miesiącu poświęconym Maryi. Najpierw szedłem szlakiem, którym co roku w sierpniu podążają uczestnicy pielgrzymki z Białegostoku do Częstochowy. Z tą pielgrzymką wędrowałem w roku 2023 i 2024, więc znam ten szlak. Miałem ze sobą plecak, a w nim m.in. mały namiot, śpiwór, karimatę, ale właściwie rzadko z nich korzystałem. Bóg mnie tak prowadził, że przeważnie, kiedy mówiłem dokąd zmierzam, dobrzy ludzie udzielali mi noclegu i poczęstunku.
W jakich intencjach pielgrzymowałeś?
Główna intencja była pokutna – zadośćuczynienie za moje grzechy i te popełnione w mojej rodzinie. W latach studenckich odszedłem od Boga, nie chodziłem do kościoła nie przyjmowałem sakramentów. Paradoksalnie to co powinno mnie jeszcze bardziej od Boga oddalić, czyli moja choroba, którą zdiagnozowano u mnie kiedy miałem 22 lata, przywróciła mnie Bogu. Po wyjściu ze szpitala, pierwsze kroki skierowałem do kościoła i tak rozpoczął się powrót „syna marnotrawnego” do Ojca.
Motorem, który pomógł mi w roku 2025 pokonać pieszo te ponad cztery tysiące kilometrów mojej pielgrzymki w pogodę i niepogodę, była miłość do Boga.
Ludzie pomagali?
Już pierwszego dnia pielgrzymki, w ciągu którego przeszedłem około 30 km. Dotarłem do niedużego miasta Suraż nad Narwią. Podszedłem do, stojącej przy kościele, figury Maryi i zacząłem odmawiać Różaniec. Nagle, nie wiadomo skąd, pojawił się ksiądz, który zapytał dokąd podążam. Kiedy mu powiedziałem, zaprosił mnie na plebanię, na kolację i udzielił noclegu. W ten sposób ludzie mi często pomagali, pojawiali się zazwyczaj, kiedy mówiłem Różaniec.
Dobrze zapamiętałem szczęśliwe zdarzenie, które spotkało mnie w Niemczech. Kiedy szedłem przez jakieś miasteczko, z jednego z domów wybiegła kobieta i zapytała mnie gdzie idę. Powiedziałem jej wszystko zgodnie z prawdą. Wtedy ona zaprosiła mnie na przyjęcie urodzinowe jednego z jej dzieci, które właśnie trwało w ich domu. Za stołem siedziała cała rodzina. Przyjęli mnie niezwykle ciepło. Ludzie byli dla mnie dobrzy i bardzo uczynni we wszystkich krajach, jakie przemierzałem. Nigdzie nie spotkałem się z wrogością.
Czy na trasie pielgrzymki doświadczyłeś Bożego wsparcia, potrzebnego do tego, aby pokonać trudy tak długiej drogi?
Często go doświadczałem. Jak powiedziałem wcześniej, zawsze miałem gdzie spać i co zjeść. Na najtrudniejszym odcinku w Hiszpanii, gdzie były bardzo wysokie temperatury, nigdy nie zabrakło mi wody. Właśnie w Hiszpanii miałem najpoważniejszą kontuzję. „wysiadło” mi kolano. Z trudem chodziłem, jednak postanowiłem nie poddawać się i iść dalej. Wtedy szczególnie dużo się modliłem i ku memu zdziwieniu, kontuzja nie rozwinęła się, ale ustąpiła.
Jaka była trasa twojej peregrynacji?
Z Białegostoku najpierw doszedłem do Częstochowy, na Jasną Górę, aby pokłonić się Królowej Polski. Później moja trasa wiodła przez Opole, Nysę, wszedłem do Czech, następnie pielgrzymowałem przez Niemcy, Szwajcarię, Francję, w której nawiedziłem sanktuarium w Loudres i tam wszedłem na utarty przez setki lat szlak do Santiago de Compostela. Dziennie pokonywałem średnio 30 km. Do Santiago de Compostela dotarłem 3 września. Czułem jednak pewien niedosyt, więc poszedłem jeszcze do Matki Bożej, do Fatimy podziękować Jej za spełnione marzenie. Dotarłem tam 17 września. W sumie pielgrzymowałem pieszo 133 dni.
Może doświadczyłeś czegoś niezwykłego, co było związane z twoją pielgrzymką?
Takie wydarzenie miało miejsce jeszcze przed wyruszeniem na szlak. Otóż w latach młodzieńczych brałem udział zapasach (wrestling). Któregoś razu tak nieszczęśliwie uderzyłem twarzą w linę bariery, że złamałem nos. Od tej pory, wskutek krzywienia przegrody, miałem poważne problemy z oddychaniem. Wiedziałem, że z tak uszkodzonym nosem nie uda mi się przejść ponad 4 tys. km. Poszedłem więc do kościoła i powiedziałem szczerze Jezusowi „Musimy tę pielgrzymkę przesunąć w czasie. Pójdę na operację przegrody, a potem ruszę do Santiago”.
Kiedy wyszedłem ze świątyni, zauważyłem że jakoś mi się tak fajnie oddycha nosem, po prostu bez problemów. Lekarz powiedział, że nie wie jak to się stało, ale moja przegroda się wyprostowała i jest taka, jaka powinna być. Ja wiedziałem czyja to „sprawka”. Dobry Bóg zrobił mi tą operację zupełnie bezboleśnie i błyskawicznie, żebym nie musiał zwlekać z pielgrzymką. Do tego zrobił to, zanim zdążyłem Go poprosić o uzdrowienie.
Czy wiele osób pielgrzymowało do Santiago w roku 2025?
To był rekordowy rok. Słyszałem w mediach, że nigdy wcześniej tak wielu pielgrzymów, nie szło szlakami wiodącymi do tego sanktuarium. Widziałem to zresztą na własne oczy, w niektórych miejscach na szlaku pielgrzymi szli, można śmiało powiedzieć, tłumnie. To byli ludzie chyba ze wszystkich stron świata i co ciekawe spotkałem nawet kilku ateistów, którzy szli do Santiago w poszukiwaniu sensu życia.
Każdy każdemu, jak tylko mógł, pomagał. Jeden w stosunku do drugiego był bardzo serdeczny. Na noclegach mieliśmy wspólne kolacje i głębokie rozmowy. A potem prysznic i do łóżka, bo po przejściu 30 km, często w upale, sen jest czymś najprzyjemniejszym na świecie.
Czy twoja podróż miała charakter duchowy, modlitewny?
Jak najbardziej. Po drodze wiele się modliłem – dziękczynnie, błagalnie i przepraszając za grzechy moje i innych. Zaczynałem od czytań, jakie na każdy dzień wyznacza liturgia Kościoła. Po drodze była modlitwa różańcowa, Koronka do Bożego Miłosierdzia i rozważanie Ewangelii.
Od pięciu lat prowadzę dziennik. Również podczas pielgrzymek. Wieczorami opisywałem miniony dzień mojej peregrynacji, również moje przeżycia duchowe oraz czytałem fragment ulubionej lektury „O naśladowaniu Chrystusa” autorstwa Tomasza a Kempisa. Ta moja wymarzona pielgrzymka życia, bardzo rozwinęła i wzmocniła moją wiarę. Dla czytelników mam takie przesłanie – modlić się, ufać Bogu i nie zamartwiać się.
W najbliższą sobotę do gnieźnieńskiej katedry wyruszy wyjątkowa pielgrzymka. Uczestnicy zbiorą się, by wyrazić przywiązane do Kościoła, który niestrudzenie staje w obronie swojej wiary i nadaje chrześcijański charakter społeczeństwu. „Chcemy płonąć dla Chrystusa i Kościoła. Nawiązujemy do wielkich bojowników o wiarę katolicką”, piszą organizatorzy, wyjaśniając stojące za wydarzeniem motywacje.
Pielgrzymka wyruszy w sobotę 24 maja z Ostrowa Lednickiego w Poznaniu. „Od godz. 8 będą wydawane pakiety pielgrzymkowe na Ostrowie Lednickim. Wyruszamy z Ostrowa Lednickiego o godz. 10. Osoby, które chcą przejść tylko część trasy, zapraszamy o godzinie 15:00 pod kościół bł. Michała Kozala w Gnieźnie – tam będzie możliwość dołączenia do naszej grupy. O godz. 16.30 planowane jest przyjście do Katedry Bazyliki Prymasowskiej Wniebowzięcia NMP w Gnieźnie”.
Przewidziane są trzy postoje, podczas których dostępna będzie woda pitna, sanitariaty oraz możliwość skorzystania z pomocy medycznej. Przemarsz będzie zabezpieczany przez kilkudziesięciu wolontariuszy ze służby porządkowej. „Pielgrzymka ma charakter pokutny – w trakcie drogi wspólnie śpiewamy tradycyjne pieśni, odmawiamy modlitwy oraz wysłuchujemy konferencji duchowych”, dodają.
„Chcemy uczcić Tysiąclecie Koronacji Bolesława Chrobrego w obliczu kapitulacji państwa. Chcemy pokazać nasze przywiązanie do polskości i wiary katolickiego. Nie chcemy letniego katolicyzmu, nie chcemy przyzwalać na zło, ponieważ do zwycięstwa zła wystarczy obojętność ludzi dobrych. Chcemy płonąć dla Chrystusa i Kościoła. Nawiązujemy do wielkich bojowników o wiarę katolicką – bojowników z bitwy pod Lepanto, bitwy wiedeńskiej, powstańców wandejskich we Francji i powstańców Cristeros w Meksyku. Dzisiaj jak nigdy wcześniej potrzeba nam Kościoła Walczącego”, mówi przesłanie wydarzenia.
Piesza Międzynarodowa Pielgrzymka Tradycji Katolickiej Warszawa–Jasna Góra jest pielgrzymką środowisk katolickich pozostających pod duchową opieką Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X lub zgromadzeń zakonnych z nim współpracujących.