Biskup Jean-Marc Micas z dziecezji Tarbes i Lourdes odmawia FSSPX i jego wiernym możliwości publicznego modlenia się w sanktuarium maryjnym
FOTO: Biskup Jean-Marc Micas spotkał się z papieżem Leonem XIV podczas pielgrzymki diecezjalnej do Rzymu w czerwcu 2025 roku.
===============================================
Są decyzje, które można zrozumieć, choć się z nimi nie zgadzamy. Są też takie, które budzą głęboki smutek i których nie da się pojąć. Decyzja, którą właśnie podjął biskup Jean-Marc Micas z Tarbes i Lourdes w sprawie pielgrzymki Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X, należy naszym zdaniem do tej drugiej kategorii. eglise.catholique.fr/guide-eglise-catholique-france/personne/mgr-jean-marc-micas-p-s-s/
W komunikacie z dnia 13 sierpnia 2026 r. [zdjęcie powyżej], biskup Micas ogłasza, że w związku z konsekracjami biskupimi dokonanymi w Écône 1 lipca oraz następującym po nich dekretem Stolicy Apostolskiej cofa Bractwu Kapłańskiemu św. Piusa X zezwolenie, z którego dotychczas korzystało ono w sanktuarium w Lourdes.
Od tej pory nie będzie już Mszy św., sakramentów, ani nawet publicznych modlitw Bractwa na terenie sanktuarium.
To bardzo daleko idąca decyzja.
I głęboko nas to zasmuca.
Bo o kim tu mowa? – O tysiącach katolików, którzy przybywają do Lourdes, by modlić się do Najświętszej Maryi Panny.
O rodzinach, dzieciach, młodzieży, księżach i zakonnikach, którzy odbywają pielgrzymkę.
Przybywają, by odmawiać różaniec, spowiadać się, uczestniczyć we Mszy św. i śpiewać na cześć Matki Bożej.
Przybywają do Groty, w której Bernadetta Soubirous ujrzała Najświętszą Dziewicę Maryję.
Bolesny paradoks
Sam biskup Micas pisze, że jest „w pełni świadomy bólu, a być może także niezrozumienia”, jakie wywoła jego decyzja. Następnie wspomina o „rozerwaniu tuniki Chrystusa”, spowodowanym podziałami między chrześcijanami.
Choć słowa te wydają się sensowne, to właśnie one sprawiają, że decyzja ta staje się jeszcze trudniejsza do zrozumienia.
Jak bowiem ubolewać nad tym rozdarcie, podejmując jednocześnie działanie, które w oczach zainteresowanych wiernych nie może nie pogłębić poczucia wykluczenia?
Jak dążyć do zbliżenia, gdy się zamyka?
Jak wzywać do jedności, gdy katolikom, którzy chcą publicznie modlić się do Matki Bożej, mówi się, że nie mogą już tego robić w jednym z największych sanktuariów maryjnych na świecie?
Należy dokładnie ocenić zakres tej decyzji: fizyczny dostęp do Sanktuarium nie jest zabroniony.
Biskup Micas wyjaśnia, że każdy będzie mógł nadal przychodzić do Groty i do Sanktuarium, aby modlić się prywatnie.
Jednak właśnie takie rozróżnienie jest bolesne: wydaje się, że mówi się tym pielgrzymom: możecie przychodzić, ale nie możecie już publicznie występować jako wspólnota modląca się.
Podwójne standardy
Od dziesięcioleci Kościół soborowy podejmuje coraz więcej działań na rzecz otwartości i dialogu wobec innych wyznań chrześcijańskich.
Prawosławni, protestanci, anglikanie i przedstawiciele wielu wspólnot chrześcijańskich są przyjmowani w duchu ekumenicznym, który przedstawia się nam jako „wymóg miłości”, pod pretekstem poszukiwania „tego, co nas łączy, zanim przypomnimy o tym, co nas dzieli”.
– „Prowadzimy dialog”.
– „Przyjmujemy z otwartymi ramionami”.
– „Unikamy słów, które mogłyby kogoś zranić”.
– „Budujemy mosty”.
Bardzo dobrze.
W takim razie dlaczego ta troska wydaje się stawać o wiele trudniejsza, gdy chodzi o katolików przywiązanych do Tradycji?
Dlaczego ta chęć dialogu, tak często przywoływana w stosunku do tych, którzy nie uznają ani autorytetu papieża, ani niektórych dogmatów katolickich, a czasem nawet katolickiego rozumienia sakramentów, wydaje się ustępować miejsca wobec wiernych, którzy recytują to samo Credo, czczą tę samą Dziewicę Maryję, wzywają tych samych świętych i sprawują liturgię zgodnie z obrzędem, który przez wieki był pokarmem dla Kościoła?
Właśnie to poczucie podwójnych standardów nas dręczy.
Nie chodzi bynajmniej o to, by domagać się zamknięcia Lourdes przed innymi chrześcijanami. Wręcz przeciwnie! Niech przychodzą. Niech odkryją Grotę. Niech się modlą. Niech spotkają Matkę Bożą. Niech się nawrócą.
Niech jednak ta sama otwartość serca zostanie okazana również tym, którzy uważają się za katolików i przybywają do Lourdes właśnie dlatego, że kochają Kościół i Najświętszą Dziewicę.
Szczególnie wstrząsające jest to, że kryzys Kościoła dotarł aż do Lourdes.
Czy Lourdes jest przedmiotem ludzkich sporów?
Lourdes nie jest bowiem miejscem takim jak inne.
Lourdes to miejsce ubogich, chorych, grzeszników i ludzi zranionych. To miejsce, do którego przybywa się, by powierzyć to, czemu ludzie nie są w stanie już zaradzić.
A oto dekrety soborowe docierają aż do Groty.
Czy biskup Micas zapomniał, że Kościół jest również matką, a matka nie powinna zadowalać się tym, że niektóre z jej dzieci pozostają poza progiem jej domu?
Komunikat biskupa Micasa kończy się modlitwą do Matki Bożej z Lourdes, aby przyszła „z pomocą nam wszystkim”.
“Nam wszystkim”. Chcemy zapamiętać tylko te dwa słowa.
Prosimy zatem biskupa Micasa o ponowne rozważenie tej niewiarygodnej decyzji, aby umożliwić pielgrzymom należącym do FSSPX [my nie „należymy”, bo należą jedynie duchowni. MD] publiczne modlitwy do Matki Bożej, tak aby Lourdes nie stało się kolejnym polem bitwy podczas kryzysu, który rozdziera Kościół.
Ponieważ Lourdes powinno być właśnie tym miejscem, gdzie drzwi, które zamykają ludzie, wciąż mogą zostać ponownie otwarte.
Ponieważ Najświętsza Dziewica nie jest własnością żadnej frakcji kościelnej.
A ponieważ w czasach, gdy Kościół soborowy i synodalny tak wiele mówi o otwartości, dialogu, umiejętności słuchania i braterstwie, byłoby straszne, gdyby ci, którzy przybywają do Lourdes z różańcem w dłoni, mieli poczucie, że są jedynymi, do których te słowa już się nie odnoszą.
Naszą reakcją nie jest więc gniew.
Jest to przede wszystkim ogromny smutek.
Smutek na widok tego, że w Lourdes, w roku 2026, przyjęcie niektórych katolików wydaje się trudniejsze niż dialog z tymi, którzy nimi nie są.
Wierni przyjmują pas św. Tomasza – tradycyjny symbol i sakramentalium związane z cnotą czystości
Tegoroczny Dominikański Tydzień Duchowości został zainaugurowany Mszą św. odprawioną późnym popołudniem w niedzielę 26 lipca. Choć bardzo nam zależało, żeby być na tych rekolekcjach od samego początku, ja i moja rodzina – z przyczyn całkowicie od nas niezależnych – dotarliśmy na miejsce z opóźnieniem i dołączyliśmy do uczestników dopiero następnego dnia. Był to dla nas wyjazd wyjątkowy, ponieważ przyjechaliśmy tutaj po raz drugi, żeby ponownie zanurzyć się w tej niezwykłej atmosferze skupienia i modlitwy. Rekolekcje, zorganizowane w urokliwym ośrodku „Marysieńka” w Lewinie Kłodzkim w ramach apostolatu Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X, zgromadziły wielu wiernych, w tym rodziny z dziećmi. Tym razem tematyka konferencji dotyczyła samych fundamentów naszego codziennego życia. Przez kilka dni mieliśmy okazję zapoznać się z pogłębioną analizą przyczyn ludzkiego działania.
Zgodnie z zapowiedzią, codzienny program obejmował dwie konferencje i wieczorne spotkanie przeznaczone na wymianę spostrzeżeń i zadawanie pytań. Naszymi przewodnikami byli w tym roku o. Tomasz de la Blanchardière, znany w Polsce kapłan ze wspólnoty Matki Bożej Różańcowej we Francji, i o. Wojciech Gołaski. Z niezwykłą precyzją wykładali nam naukę Doktora Powszechnego – św. Tomasza z Akwinu. Zamiast powierzchownego omawiania szczegółowych nakazów i zakazów moralnych, prelegenci skupili się na źródłach ludzkiego działania na poziomie przyrodzonym i nadprzyrodzonym. Kluczowym pojęciem, które przewijało się w trakcie wszystkich konferencji i głęboko zapadało w pamięć, był „cel ostateczny” oraz czyny jako środki, które do niego przybliżają lub od niego oddalają.
Porządek dnia, precyzyjnie odmierzany modlitwą, wspólnymi posiłkami i czasem na spacery i rozmowy, pozwalał w praktyce realizować hasło „treningu trzeźwego myślenia”. W czasie, gdy dzieci spędzały czas na zabawie i nauce, dorośli mogli w pełni skupić się na programie. Msza św. (w tradycyjnym rycie rzymskim lub dominikańskim) o godzinie 12:15 stanowiła punkt kulminacyjny każdego dnia, rzucając światło łaski na trudne zagadnienia poruszane podczas wykładów. Istotnym, choć wymagającym elementem rekolekcji, było wyciszenie i praktykowanie milczenia, które pomogło mi uciec od zgiełku współczesnego świata i spokojnie przetrawić usłyszane nauki. Rekolekcje zakończyły się w niedzielę 2 sierpnia poranną Mszą św. i pożegnalnym śniadaniem.
Cel ostateczny i ludzkie działanie w świetle nauk św. Tomasza
Dla mnie, jako dla osoby codziennie zmagającej się z moralnymi dylematami w pracy i życiu rodzinnym, tegoroczny Dominikański Tydzień Duchowości okazał się intelektualnym i duchowym przełomem. Oo. Tomasz i Wojciech wykonali tytaniczną pracę, w prosty, ale trafiający do wyobraźni sposób tłumacząc nam myśli św. Tomasza z Akwinu.
Duchowym fundamentem i drogowskazem całego tygodnia stało się motto rekolekcji: Omnes vires humanae natae sunt obedire rationi, co w tłumaczeniu na język polski znaczy „Wszystkie ludzkie siły są zrodzone do tego, żeby słuchać rozumu”. Ta głęboka myśl św. Tomasza z Akwinu idealnie streszczała każdą wygłoszoną konferencję. Ojcowie szczegółowo omówili jej znaczenie, rozbijając ją na czynniki pierwsze – choć sama w sobie jest ona intuicyjnie zrozumiała. Współczesny świat uczy nas czegoś zupełnie przeciwnego – każe nam iść za głosem emocji, instynktów i chwilowych zachcianek, czyniąc z rozumu jedynie niewolnika, który ma te zachcianki usprawiedliwić. Akwinata przypomina nam o właściwej, Bożej hierarchii władz duchowych człowieka. Nasze niższe władze – emocje, popędy i zmysły (czyli owe „siły ludzkie”) – nie są złe same w sobie, ale potrzebują kierownictwa. Zostały stworzone tak, aby podlegać osądowi rozumu oświeconego wiarą.
Niezwykle otrzeźwiające były wykłady o fundamentalnych zasadach oceny moralnej czynów ludzkich. Ojcowie precyzyjnie wyłożyli cztery tomistyczne kryteria, na podstawie których bada się każdy akt. Słuchając tych analiz, nasunęło mi się pytanie: któż z nas w dzisiejszym świecie zadaje sobie trud, aby w oparciu o te surowe, obiektywne prawidła dokonać oceny swoich codziennych czynów? Żyjemy w czasach płynnego relatywizmu, gdzie moralność redukuje się do sformułowań typu: „czuję, że to dobre” albo „nie miałem złych intencji”. Konferencje uzmysłowiły mi, jak rzadko w pędzie codzienności zastanawiamy się nad najgłębszymi motywami swoich wyborów. Zrozumiałem, że kiedy pozwalam, aby emocje i chaos rządziły rozumem, rezygnuję z prawdziwej wolności, którą dał mi Bóg. Moralność katolicka to nie zestaw oderwanych od rzeczywistości, sztywnych zakazów i nakazów, ale logiczna i pełna mądrości konstrukcja. Wyjechałem z Lewina ze znacznie większym poczuciem odpowiedzialności za swoje codzienne, nawet najmniej istotne decyzje.
Cnoty nabyte i wlane – osobiste owoce rekolekcji
Będąc w Lewinie Kłodzkim po raz drugi, wiedziałem już, że tutejsze wykłady wymagają ogromnego skupienia. Rzeczywiście, tematyka dotycząca zagadnienia władz duchowych – rozumu i woli – była wyzwaniem intelektualnym, które w drugiej części tygodnia ewoluowało w fascynujący traktat o łasce, cnotach, darach Ducha Świętego, ich owocach i błogosławieństwach.
Niezwykle poruszyło mnie ukazanie roli cnót kardynalnych. Ojcowie uświadomili mi, że nie są to odizolowane sprawności, ale fundamenty realnie obecne i przenikające absolutnie wszystkie pozostałe cnoty szczegółowe. Kluczem do zrozumienia dynamiki chrześcijańskiego życia okazał się jednak podział na cnoty nabyte oraz wlane i ich wzajemne relacje. Dowiedziałem się, że o ile cnoty nabyte wypracowujemy własnym, żmudnym wysiłkiem i powtarzaniem dobrych uczynków, o tyle cnoty wlane są darem Boga, który bezpośrednio uzdalnia nas do działań nakierowanych na nasz nadprzyrodzony cel ostateczny.
Prelegenci genialnie wyłożyli tomistyczną „zasadę środka” (virtus stat in medio), która definiuje cnotę jako właściwy środek między dwoma skrajnymi błędami – nadmiarem i niedomiarem. To właśnie ta zasada całkowicie otworzyła mi oczy na fundamentalną i niezastąpioną rolę życia sakramentalnego. O ile bowiem w cnotach nabytych ten „środek” wyznaczamy miarą ludzkiego rozumu, o tyle w cnotach wlanych – takich jak wiara, nadzieja czy miłość Boga – miarą staje się sam Bóg. Bez regularnego przystępowania do sakramentów, bez spowiedzi i bez karmienia się Chrystusem we Mszy św., ludzka natura szybko wypacza ten właściwy porządek, popadając w skrajności.
W świecie, który bezustannie nam wmawia, że jesteśmy tylko niewolnikami swoich popędów, nawyków i emocji, tak jasny wywód zaowocował we mnie poczuciem wielkiej wolności wewnętrznej. Podczas popołudniowych spacerów i w cennych chwilach zalecanego milczenia mogłem wreszcie spokojnie przeanalizować, jak moje działanie musi współpracować z Bożą łaską. Te rekolekcje położyły solidny, racjonalny i głęboki fundament pod dalszy rozwój duchowy całej mojej rodziny.
Wierni przyjmują pas św. Tomasza – tradycyjny symbol i sakramentalium związane z cnotą czystości
Pielgrzymi podczas dorocznej pielgrzymki FSSPX do Akity
Japonia, nazywana również Krajem Wschodzącego Słońca, pozostaje jednym z najtrudniejszych terenów misyjnych dla Kościoła katolickiego. Katolicy stanowią tam mniej niż 0,5% społeczeństwa, a chrześcijaństwo pozostaje religią mniejszościową. Mimo to od kilkudziesięciu lat rozwija się tam apostolat Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X, który stopniowo obejmuje kolejne środowiska wiernych przywiązanych do Tradycji katolickiej.
Historia apostolatu FSSPX w Japonii sięga jeszcze czasów abp. Marcela Lefebvre’a. Pierwsza Msza św. celebrowana przez kapłana Bractwa na ziemi japońskiej, została odprawiona przez ks. Ryszarda Williamsona FSSPX już w 1978 r. Kolejna celebracja była możliwa dopiero w 1985 r., co pokazuje, jak sporadyczna była wówczas obecność kapłanów Bractwa w tym kraju. Od 1987 r. kapłani Bractwa zaczęli przyjeżdżać z Australii kilka razy w roku, aby odprawiać Mszę św. i udzielać sakramentów nielicznej grupie wiernych.
Natomiast początki regularnego apostolatu przypadają na lata dziewięćdziesiąte. Dużą rolę odegrał wówczas ks. Nanasaki z Nagoi, wierny celebrans tradycyjnej Mszy. Przed swoją śmiercią zachęcił parafian do zwrócenia się do abp. Marcela Lefebvre’a z prośbą o przysłanie kapłanów Bractwa do Japonii. Prośba ta została wysłuchana i stała się początkiem systematycznej obecności FSSPX w tym kraju.
W czerwcu 1993 r. święcenia kapłańskie przyjął ks. Tomasz Onoda FSSPX. Od 1994 roku rozpoczęto regularne, comiesięczne odprawianie Mszy św. w Tokio i Osace, co zapoczątkowało stałą działalność misyjną Bractwa w Japonii. Przez wiele kolejnych lat to właśnie ks. Onoda był głównym filarem apostolatu. Początkowo regularnie przybywał z Filipin, aby udzielać sakramentów i opiekować się wiernymi rozsianymi po całym kraju. Dzięki jego wytrwałej pracy wspólnoty w Tokio i Osace mogły rozwijać się pomimo licznych trudności.
Owocem wytrwałej pracy apostolskiej w Japonii są kolejne rodziny, które dzięki Bożemu błogosławieństwu wzrastają w wierze
Przełomowym wydarzeniem było utworzenie na północ od Tokio w styczniu 2021 r. pierwszego przeoratu Bractwa w Japonii (Stella Matutina). Pisaliśmy o tym TU. Jego pierwszymi mieszkańcami zostali ks. Tomasz Onoda FSSPX i ks. Stefan Demornex FSSPX. Później ks. Demornexa zastąpił ks. Benedykt Wailliez FSSPX, a obecnie do apostolatu dołączył również ks. Iwo Fillebeen FSSPX. Otwarcie przeoratu zakończyło, trwający blisko trzy dekady, etap misji prowadzonej głównie przez kapłanów przybywających z zagranicy i zapewniło wiernym stałą opiekę duszpasterską.
Obecnie Bractwo prowadzi stałe ośrodki w Omiya koło Tokio oraz w Takatsuki niedaleko Osaki. Msza św. jest także regularnie odprawiana w Nagoi, a kapłani odwiedzają Sapporo i inne miasta, gdzie organizowane są nabożeństwa dla wiernych.
Wspólnota wiernych pozostaje niewielka. Około 120 osób uczestniczy regularnie w życiu kaplicy w Tokio, a około 60 w Osace. Mimo tej skromnej liczby, widoczne są konkretne owoce apostolatu. W ostatnich miesiącach zawarto dwa małżeństwa oraz udzielono jedenastu chrztów, w tym wielu osobom nowo nawróconym na wiarę katolicką.
Działalność Bractwa obejmuje nie tylko regularne odprawianie Mszy św. (można ich wysłuchać na żywo na oficjalnym kanale ) i udzielanie sakramentów, ale także rekolekcje, katechezę, formację dzieci i młodzieży oraz pielgrzymki, w tym coroczną pielgrzymkę do sanktuarium w Akicie. Dla wielu Japończyków zetknięcie się z tradycyjną liturgią rzymską jest pierwszym spotkaniem z pełnią katolickiej Tradycji.
Historia apostolatu w Japonii pokazuje, że nawet na terenach, gdzie katolicy stanowią tak niewielki ułamek społeczeństwa, cierpliwa i wytrwała praca misyjna przynosi owoce. Bractwo Kapłańskie św. Piusa X kontynuuje tam dzieło przekazywania Tradycji katolickiej, nawiązując do dziedzictwa św. Franciszka Ksawerego, św. Maksymiliana Marii Kolbego oraz japońskich męczenników, którzy przed wiekami oddali życie za wiarę.
W październiku 2025 roku polscy wierni odbyli pielgrzymkę do Japonii śladami św. Maksymiliana Marii Kolbego. Przewodniczył jej przełożony Dystryktu Polski – ks. Karol Stehlin FSSPX, a pielgrzymom towarzyszył również ks. Onoda. Miejsca związane z życiem św. Maksymiliana oraz działalnością Bractwa w Japonii można obejrzeć na kanale „Triumf Niepokalanej”.
Pielgrzymi podczas dorocznej pielgrzymki FSSPX do AkityOwocem wytrwałej pracy apostolskiej w Japonii są kolejne rodziny, które dzięki Bożemu błogosławieństwu wzrastają w wierze
Ponieważ 25. kongres MCF1 odbywa się pod hasłem Kościół – rodzina misyjna, pozwolę sobie przytoczyć słowa abp. Lefebvre’a, zaczerpnięte z kazania wygłoszonego w Porte de Versailles w Paryżu 23 września 1979 r., podczas Mszy św. odprawionej z okazji pięćdziesięciolecia przyjęcia święceń kapłańskich.
Jego Ekscelencja przekazał nam wówczas swój testament – jak sam go nazwał – testament, który miał być jedynie wiernym echem testamentu naszego Pana, Jezusa Chrystusa. Na zakończenie kazania powiedział:
„Dla czci Trójcy Świętej, przez miłość do naszego Pana, Jezusa Chrystusa, przez nabożeństwo do Najświętszej Maryi Panny, przez miłość do Kościoła, do kapłanów i do wszystkich wiernych, przez zbawienie świata, przez zbawienie dusz: strzeżcie tego testamentu naszego Pana, Jezusa Chrystusa, strzeżcie Mszy świętej wszech czasów!”2
I kontynuował:
Wówczas ujrzycie na powrót kwitnącą cywilizację chrześcijańską, cywilizację, która nie jest dla tego świata, ale cywilizację, z której powstaje państwo katolickie, a to państwo katolickie jest po to, aby poprzedzać królestwo Boże w niebie.
Oto testament abp. Lefebvre’a, będący echem testamentu naszego Pana, Jezusa Chrystusa. To dziedzictwo przekazane nam bezpośrednio przez samego Zbawiciela.
Jak możemy chronić to dziedzictwo? Jak możemy zachować je żywym?
Pozwólcie, że przytoczę również słowa czcigodnego o. Calmela, który w 1975 r. tak mówił o chrześcijanach wiernych Tradycji, stawiających opór duchowi rewolucji:
Chrześcijanie ci pragną, aby ich wierność była przepojona żarliwością i pokorą. Są to chrześcijanie, którym obcy jest duch sekciarstwa oraz ostentacja.
Nasze przywiązanie do Mszy nie jest postawą sekciarską. Nie jesteśmy przywiązani do rzeczywistości, która należałaby wyłącznie do nas. Nie ma w tym ducha sekciarstwa, ostentacji ani pychy.
Ojciec Calmel mówił dalej:
Chrześcijanie ci starają się zachować to, co przekazał im Kościół.
Na tę właśnie kwestię chciałbym zwrócić waszą uwagę.
Starają się strzec tego, co przekazał im Kościół; a na swoim skromnym miejscu – które akceptują, choć jest ono wymagające – usiłują przede wszystkim zachować ducha tego, czego strzegą.
Zachowajcie ducha tego, czego strzeżemy
Oto fundamentalny element naszej postawy: strzeżemy Mszy wszech czasów. To spuścizna pozostawiona nam przez abp. Lefebvre’a, ponieważ jest to spuścizna samego naszego Pana, Jezusa Chrystusa.
To jednak nie wystarcza – musimy również zachować ducha tego, czego strzeżemy. Tak, strzeżemy Mszy wszech czasów, ale nie jedynie jako obrzędu czy też wielowiekowej ceremonii. Wiele jej modlitw sięga czasów św. Grzegorza Wielkiego, a niektóre nawet czasów apostolskich. Te obrzędy zostały skodyfikowane przez św. Piusa V i właśnie dlatego mówimy o „Mszy św. Piusa V”.
Chodzi jednak o coś jeszcze. Nie strzeżemy jedynie ceremonii czy zestawu obrzędów. Jak przypomniał nam przed chwilą o. Calmel: chrześcijanie wierni Tradycji strzegą tego, co przekazał im Kościół. Tak, tym dziedzictwem przeszłości jest Msza św. Piusa V. Lecz w jeszcze głębszej perspektywie strzegą oni i pielęgnują ducha tego, co zachowują. Na swoim miejscu, z wielkodusznością – bo ta misja jest wymagająca – starają się tego ducha zachować.
Musimy więc strzec tej Tradycji poprzez zachowanie jej ducha. Nie chodzi o przechowywanie muzealnego eksponatu czy reliktu przeszłości, ale o utrzymanie przy życiu ducha tego, czego strzeżemy.
A zatem kwestią fundamentalną, kryjącą się za Mszą św., za kryzysem, za tymi potępieniami i za wszystkimi sprawami dotyczącymi instytutów, jest kwestia ducha Mszy.
Jesteśmy przywiązani do Mszy św. i Msza jest naszym sztandarem, ponieważ kształtuje ona ducha. Nie chcemy zachować Mszy jedynie jako rzeczy, ale wraz ze wszystkimi obrzędami, które wyrażają ducha, którym chcemy żyć ‒ ducha naszego Pana, Jezusa Chrystusa.
A duch naszego Pana, Jezusa Chrystusa, to po prostu duch krzyża, duch ofiary. To tym duchem chcemy żyć i to tego ducha wy, drodzy rodzice, drogie rodziny, pragniecie przekazać swoim dzieciom.
Duch Mszy jest duchem krzyża
Według słów św. Pawła Zbawiciel, przychodząc na ten świat, mówi do swojego Ojca: „Nie chciałeś ofiary i daniny, ale przygotowałeś mi ciało; całopalenia za grzech nie podobały się tobie. Wtedy rzekłem: Oto idę (na początku księgi napisano o mnie), abym pełnił, Boże, wolę twoją” (Żyd 10, 5‒7).
Chrystus Pan przyszedł, aby przynieść nam zbawienie; przyszedł, aby przynieść światu pokój – pokój, za którym tak tęsknimy w obliczu dekadencji i chaosu panujących obecnie zarówno w społeczeństwie, jak i w Kościele. Pokój ten przyniósł jednak poprzez całkowite i bezwzględne poddanie się woli Ojca, w duchu ofiary. Nasz Pan wkroczył na świat jako Żertwa ‒ i wzywa nas do życia tym samym duchem.
Jeśli postanowił pozostawić nam Mszę i Eucharystię jako swój testament, to dlatego, że pozostaje obecny wśród nas aż do końca czasów właśnie jako Żertwa. Podczas Mszy św. Chrystus jest obecny, Kościół ukazuje Go nam jako Baranka Bożego, który gładzi grzechy świata – Baranka prowadzonego na zabicie, idącego na rzeź bez sprzeciwu, wiernie, wielkodusznie i z miłością, bo taka jest wola Ojca.
Powodem, dla którego aniołowie śpiewali w noc Bożego Narodzenia „Pokój ludziom dobrej woli” jest fakt, że Ten, który leżał w żłóbku, już wówczas był Barankiem Bożym; Barankiem, który przyszedł zadośćuczynić za nasze grzechy.
Później św. Jan Chrzciciel, który jako pierwszy wskazał Chrystusa, pokazał Go swoim uczniom, mówiąc: „Oto Baranek Boży, oto, który gładzi grzech świata” (Jan 1, 29). A sam Zbawiciel powtarzał przez całe swoje ziemskie życie: „Nie szukam woli mojej, ale woli tego, który mnie posłał” (Jan 5, 30).
To stałe i bezwarunkowe podporządkowanie się przez naszego Pana, Jezusa Chrystusa, woli Ojca znalazło szczególny wyraz w Jego męce. Jest On Barankiem, który wstępuje na ołtarz (tj. krzyż – przyp. tłum.) w milczeniu, wielbiąc wolę Ojca aż po całkowitą ofiarę z siebie samego: „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?” (Mt 27, 46), a następnie: „Ojcze, w ręce twoje polecam ducha mojego!” (Łk 23, 46).
To właśnie w ten sposób Zbawiciel przynosi nam pokój – pokój, który rodzi się z ładu. Chrystus Pan powiedział: „Oto idę, abym pełnił, Boże, wolę twoją” – i od tego momentu wszystko w Jezusie Chrystusie jest uporządkowane i doskonale zgodne z wolą Boga Ojca. Oto duch Mszy.
Gdy przyjmujemy Zbawiciela w Komunii św., kiedy adorujemy Go w Najświętszym Sakramencie, odnajdujemy na nowo tego ducha uległości wobec woli Bożej – i wtedy przychodzi pokój.
Powróćmy jednak do cytatu, od którego zacząłem. Abp Lefebvre powiedział: „Strzeżcie ofiary naszego Pana, strzeżcie Mszy wszech czasów”, i natychmiast dodał: „Wówczas ujrzycie na powrót kwitnącą cywilizację chrześcijańską”.
Znacie zapewne słowa św. Joanny d’Arc: „Żołnierze będą walczyć, a Bóg da zwycięstwo”. Nie nasza to rzecz wiedzieć, kiedy nadejdzie zwycięstwo. Naszym zadaniem jest stoczenie bitwy, walka, przyjęcie tego ducha krzyża. Wówczas, z pomocą łaski Bożej oraz w czasie przewidzianym przez Opatrzność, nadejdzie zwycięstwo i cywilizacja chrześcijańska znów rozkwitnie. Ale już teraz, na naszym skromnym i wymagającym miejscu ‒ jak mówił o. Calmel ‒ pragniemy zachować ducha tej Mszy, której strzeżemy niczym skarbu. Dlatego chcemy żyć duchem ofiary.
Wskrzesić cywilizację chrześcijańską
Mówiąc o edukacji, używamy wyrażenia „wychowywanie dzieci” (fr. élever ‘wznosić, podnosić’ – przyp. tłum.). Wychowywanie dzieci nie oznacza tylko prowadzenia ich od dzieciństwa do dorosłości. To także sprawianie, żeby wznosiły się ponad swoje naturalne pożądania, ponad naturę zranioną grzechem, ponad swoje samolubne i materialne pragnienia. Żeby wznosiły się poprzez ofiarę ponad to, co ludzka natura, pozostawiona samej sobie, rodzi w sposób spontaniczny. To oczyszczanie ich poprzez ducha ofiary, wznoszenie ich ku Bogu. Krzyż musi być streszczeniem naszego życia.
Czy zwróciliście uwagę na słowa, które śpiewamy w Wielki Piątek? Przychodzimy wówczas adorować krzyż – nie tylko Zbawiciela na krzyżu, ale sam krzyż. Adorujemy go, całujemy i śpiewamy: „Witaj, o krzyżu, nasza jedyna nadziejo!”.
„Nasza jedyna nadziejo.” To głęboka prawda; ten pokój, ten ład, za którym tęsknimy w obliczu obecnej sytuacji, w obliczu naszej własnej walki duchowej i życia chrześcijańskiego, ale także w obliczu sytuacji społeczeństwa i Kościoła, nastanie tylko poprzez krzyż, bo tylko krzyż wprowadza ład. Musimy zatem akceptować ofiary, jakich od nas wymaga.
A więc dzieci są rzeczywiście wychowywane i oczyszczane przez ducha ofiary, przez życie autentycznie ofiarne: życie w ubóstwie, życie święte, życie wielkoduszne, aby ta miłość – początkowo samolubna, jak w każdym z nas – mogła zostać oczyszczona. A może ona zostać oczyszczona jedynie przez krzyż; każda autentyczna ludzka miłość została przez niego oczyszczona.
Prośmy zatem Najświętszą Maryję Pannę o gorliwość i wytrwałość potrzebne do zachowania i rozwijania ducha tego, czego strzeżemy.
Nie strzeżmy Mszy i spuścizny, które przekazał nam Kościół – tej Tradycji, której jesteśmy strażnikami – jako martwej i biernej rzeczywistości. Żyjmy nią! Zachowajmy ducha tego, czego strzeżemy.
Uciekajmy się do niepokalanego i bolesnego Serca Maryi – Tej, która szła za Panem aż pod krzyż i która u stóp krzyża współdziałała przy naszym zbawieniu, współdziałała w wysługiwaniu wszystkich łask, które następnie były wylewane na rodzaj ludzki w ciągu kolejnych wieków.
Podobnie i my, na naszym miejscu, nawet jeśli nigdy nie ujrzymy owoców naszych wysiłków, możemy – jak mówiła św. Joanna d’Arc – walczyć.
Możemy przyjmować nasz krzyż każdego dnia, żyć duchem krzyża, odrzucać ducha przyziemnej wygody, ducha przyjemności, a żyć duchem krzyża – aby pewnego dnia, z pomocą łaski Bożej i zgodnie z wyrokami Opatrzności, cywilizacja chrześcijańska mogła rozkwitnąć na nowo.
W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Amen.
Kazanie wygłoszone 5 lipca 2026 przez bp. Marka Hanappiera podczas jego pierwszej Mszy św. pontyfikalnej, sprawowanej w kaplicy pw. św. Michała w La Martinerie.
1Mouvement Catholique des Familles, „Katolicki Ruch Rodzin”, francuskie stowarzyszenie na rzecz obrony i propagowania wartości rodzinnych, pozostające pod opieką duchową kapłanów Bractwa św. Piusa X – przyp. tłum.↩︎
2Tekst polski za: abp Marcel Lefebvre, Kazania, Te Deum, Warszawa 2024, ss. 126. ↩︎
Brak miejsc w kościele sprawia, że wielu wiernych modli się na zewnątrz świątyni
Kenia jest państwem położonym we wschodniej Afryce, nad Oceanem Indyjskim. Liczy szacunkowo około 58,6 mln mieszkańców, co czyni ją jednym z największych krajów Afryki Wschodniej. Charakteryzuje się również szybkim wzrostem demograficznym, który pociąga za sobą coraz większe potrzeby duszpasterskie. Chrześcijaństwo wyznaje ponad 80% ludności, z czego katolicy stanowią zaledwie około 20%, a pozostałą część tworzą różne wspólnoty protestanckie.
Kapłani Bractwa rozpoczęli działalność misyjną w Kenii w 1980 roku. W 2002 roku podjęto decyzję o rozszerzeniu apostolatu Bractwa w Nairobi. Trzy lata później, w 2005 roku, ukończono budowę kościoła pw. Świętego Krzyża, w którym odprawiono pierwszą Mszę Świętą. 20 marca następnego roku bp Fellay dokonał jego poświęcenia.
Parafia Świętego Krzyża rozwija się tak dynamicznie, że dziś jej mury nie są już w stanie pomieścić wszystkich wiernych. W każdą niedzielę setki osób uczestniczą w tradycyjnej Mszy – wewnątrz kościoła, pod namiotami oraz wzdłuż chodników. To, co zaczęło się od niewielkiej kaplicy, stało się dziś prężnie rozwijającą się parafią, gromadzącą rodziny z całego Nairobi i okolic.
Kościół pw. Świętego Krzyża w Nairobi
Na misji działa prężnie Międzynarodowa Szkoła Katolicka „Święty Krzyż”, realizująca program nauczania Cambridge. Szkoła opiera się na silnych wartościach katolickich i zapewnia uczniom bezpieczne środowisko edukacyjne, gwarantujące wszechstronny rozwój od wczesnych lat nauki aż po szkołę średnią.
Obecnie trwa zbiórka funduszy na budowę nowego kościoła, który będzie mógł pomieścić wszystkich wiernych pragnących oddawać cześć Bogu, pogłębiać wiarę oraz korzystać w pełni z sakramentów katolickiej Tradycji.
Pod przewodnictwem swoich kapłanów kenijscy wierni rozpoczęli projekt „Nowy kościół Świętego Krzyża” – dwuletnią inicjatywę, której celem jest zebranie do czerwca 2027 roku 2 milionów dolarów na budowę nowego kościoła oraz klasztoru w Nairobi.
Bogu niech będą dzięki za rozwój Tradycji katolickiej w Afryce!
Malownicze szlaki Jury Krakowsko-Częstochowskiej są stałym elementem młodzieżowej pielgrzymki na Jasną Górę
Młodzieżowa Pielgrzymka Tradycji Katolickiej z Krakowa na Jasną Górę to już stały element apostolatu Bractwa św. Piusa X w Polsce; w tym roku z Krakowa do Częstochowy pielgrzymowano już po raz czwarty. W drogę wyruszyło ok. 80 młodych osób, które przyjechały z różnych stron Polski, byli także Polacy mieszkający za granicą. Duchowym opiekunem pątników był tradycyjnie ks. Antoni Myśliński FSSPX.
Pielgrzymka rozpoczęła się 20 lipca poranną Mszą św. odprawioną w jednej z krakowskich szkół. Następnie pielgrzymi wyruszyli w drogę, wiodącą głównie przez malownicze (i niekiedy dość wymagające!) szlaki Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Po drodze nawiedzili kilka kościołów, w większości z nich spotykając się z przychylnością proboszczów. Podczas pielgrzymki codziennie była odprawiana Msza św., odmawiano wspólnie różaniec i inne modlitwy, śpiewano Godzinki ku czci Niepokalanego Poczęcia NMPanny oraz liczne pieśni. Każdego dnia jeden z odcinków trasy przebywano w ciszy, przeznaczając ją na indywidualną modlitwę. Ks. Myśliński głosił kazania poświęcone takim tematom, jak: modlitwa różańcowa, nabożeństwo do św. Józefa czy ofiara Mszy św., a podczas wieczornych wykładów omówił m.in. jeden z najjaskrawszych przejawów kryzysu współczesnego Kościoła, jakim jest praktyka udzielania Komunii św. na rękę. W kolejnych konferencjach ks. Myśliński, opierając się na dziele o. Marmiona pt. Chrystus wzorem zakonnika, przedstawił rolę przełożonego we wspólnocie oraz wskazał na konieczność pogłębiania wiary.
Pielgrzymi dotarli do celu 25 lipca. W częstochowskiej kaplicy Bractwa św. Piusa X pięć osób wstąpiło w szeregi Rycerstwa Niepokalanej, a jedna przyjęła szkaplerz karmelitański. Następnie ks. Myśliński odprawił Mszę św., a kazanie poświęcił królewskiej godności Matki Bożej i konieczności oddawania Jej czci. Po Mszy św. pątnicy wraz z osobami, które w tym dniu dołączyły do pielgrzymki, wyruszyli w kierunku Jasnej Góry, gdzie dotarli po godzinie 12. W kaplicy Cudownego Obrazu odśpiewali Bogurodzicę i Salve Regina, a w bazylice Ave Maris Stella, po czym ks. Myśliński udzielił wszystkim błogosławieństwa.
Malownicze szlaki Jury Krakowsko-Częstochowskiej są stałym elementem młodzieżowej pielgrzymki na Jasną Górę
Jako wzór dla świata umieszczony został nagle na piedestale nowy typ człowieka, odmienny od wszystkich, jakie istniały kiedykolwiek w przeszłości – intelektualista. Nie jest to człowiek, który wykorzystuje swój intelekt, aby zrozumieć świat zewnętrzny i podporządkować się temu, czym jest on ze swej istoty, ale człowiek tworzący nowy świat zgodnie ze swymi marzeniami oraz wyobrażeniami.
W ten sposób buduje się ziemski raj, niemający precedensu w historii: z nową ludzkością jako swym nieruchomym centrum grawitacji, zgodny z marzeniem myślicieli, którzy zainaugurowali epokę nowożytną, dzieło wyłącznie – ubóstwionego niejako – ludzkiego umysłu. Człowiek nie jest już istotą rozumną żyjącą w świecie i zależną od niego oraz od kierującej nim Opatrzności, ale istotą suwerenną, która nieustannie przeobraża świat, aby ostatecznie poddać go swemu intelektowi.
W tamtym czasie kryzys, którego skutki odczuwamy obecnie, dopiero się zaczynał. Obecnie nabrał on tempa niespotykanego w dziejach narodzin i upadków wszystkich wcześniejszych cywilizacji i stanowi – jak twierdzimy – pierwszy etap upadku człowieka, jak definiowali go starożytni, istoty rozumnej o naturze społecznej, przez zastąpienie go (człowieka) wynalazkami, które ostatecznie skazane są na niepowodzenie, przynosząc – o ile nie pojawi się jakaś reakcja – koniec ludzkości jako takiej. Dzisiejszy człowiek, którego przeznaczenie zdegradowane zostało do przeobrażania świata zgodnie z jego najbardziej materialnymi pragnieniami pod płaszczykiem humanizmu, staje w obliczu katastrofy o narastających codziennie rozmiarach. Mamy do czynienia z całkowitą prawie dominacją jego inteligencji przeobrażającej i tworzącej nowy świat.
Jednak kryzys ów, który nas zabije, o ile nie tchniemy w nasze obyczaje – zwłaszcza te intelektualne – nowego życia, pozostaje niemal niezauważany przez uczonych, którzy zainicjowali go i którzy tworzą coraz bardziej sztuczny świat wokół nas, a nawet w nas samych. Przeciwnie – kiedy nawet przyznają jego istnienie, czynią to jedynie po to, aby zachęcić pacjenta do podejmowania na nowo tych samych nieudanych prób na tym samym poziomie świata utopii. Czytałem o grupie uczonych, którzy zaproponowali jako lekarstwo na współczesną zarazę, rozlewającą się po całej planecie, pewnego rodzaju nowe, ultraspecjalistyczne maszyny obsługiwane wyłącznie przez elitę doświadczonych techników. Maszyny owe w istocie już działają. Obecna choroba dotyka każdego aspektu ludzkiego życia, a jedyną nadzieją, wedle większości intelektualistów, jest przede wszystkim wzmocnienie wszystkich mechanizmów, które ją spowodowały. Prędzej czy później ludzie zostaną wyparci przez maszyny, konkret przez abstrakcję, a rzeczywistość przez utopie.
Kto jeszcze mówi o rzeczywistości? Chcemy, by nasze współczesne pseudospołeczeństwo funkcjonowało bez obrzędów czy ceremonii (zwłaszcza religijnych), bez odwoływania się do patriotyzmu czy narodu, pokładając swą nadzieję wyłącznie w handlu i przemyśle (z którego to powodu możemy się spodziewać wzrostu i tak już znacznego bezrobocia), który w coraz mniejszym stopniu obejmować będzie małe i średnie przedsiębiorstwa, by ostatecznie pozostawić jedynie gigantyczne korporacje czy też doprowadzić do powstania globalnego państwa socjalistycznego. Racjonalny język zredukowany zostanie do technicznego, specjalistycznego słownictwa zrozumiałego jedynie dla garstki wtajemniczonych. Język codzienny stanie się niezrozumiałym żargonem (…), ponieważ nie będzie już wyrażał rzeczywistości. Publikowane przez media reklamy przekonywać będą, że jedynym prawem życia ludzkiego jest produkcja i konsumpcja. Bycie obywatelem oznaczać będzie bycie niewykwalifikowanym pracownikiem, wytwórcą i równocześnie nabywcą rzeczy stricte materialnych, w niekończącym się nigdy cyklu.
Samoodnawiająca się utopia zastąpi wszędzie prawdziwą rzeczywistość społeczną, z korzyścią jedynie dla nowego rodzaju „intelektualistów”, wywołując w ten sposób poważniejszy jeszcze kryzys, w wyniku którego niemożliwe stanie się odróżnienie prefabrykowanej fikcji od resztek rzeczywistości. Zunifikowana Europa, którą zaślepieni politycy oferują nam w miejsce naszych ojczyzn, rozległy kontynent, gdzie nikt już nie będzie naprawdę znał nikogo innego, jest utopią w utopii.
Większość ludzi oderwanych jest dziś od rzeczywistości społecznej dzięki manipulatorom przemysłowym i handlowym; dzięki bankierom, których uległymi sługami często się stają; dzięki państwom, zredukowanym do roli zarządców pieniędzy publicznych; dzięki wszystkim piewcom „nowego świata”, pojawiającym się wciąż na nowo pomimo dotykających go kryzysów. Rządzący dziś nami nie są otwarci na otaczającą ich wieloaspektową rzeczywistość oraz jej ostateczną przyczynę. Mam tu na myśli przywódców naszej pseudodemokracji, liderów związkowych (nie same związki), a zwłaszcza nominalnych przywódców partii politycznych (nie same partie oraz ludzi oddających na nie swe głosy). Ponieważ nie są oni już częścią tych prawdziwych rzeczywistości społecznych (rodziny, regionu, ojczyzny), nie pozostają już w kontakcie z tymi rzeczywistościami, które jeszcze nie tak dawno nadawały kształt światu, ponieważ jedyne relacje utrzymują z anonimowymi jednostkami znajdującymi się na tej samej drodze do oderwania ze społecznego organizmu, zdolni są zaspokoić swe pragnienie dominacji, jedynie posługując się sloganami czy też zawoalowaną lub jawną przemocą, ukrytą za nowymi, zbawiennymi rzekomo prawami. Obecnie u sterów władzy są tylko dobrzy mówcy i ci, którzy wiedzą, jak manipulować masami. Jest to powrót romantyzmu skrytego pod maską nauki, czy też, mówiąc ściślej, nowa koncepcja świata przywiązująca znaczenie wyłącznie do umiejętności technicznych i tzw. artystycznej kreatywności, owych dwóch budowniczych nowej ludzkości…
Żyjemy w świecie skoncentrowanym na człowieku otaczającym się nimbem boskości, którą rodzaj ludzki zawsze rezerwował dla rzeczywistości względem niego transcendentnych. Obecnie ludzie rzadziej niż kiedykolwiek zwracają swój wzrok na wielkie, autentycznie społeczne sukcesy przeszłości czy też na Boga, który wydobył je z ludzkiej natury. Skupiają się na świecie, który zbudowali sami, oderwani od rzeczywistości i pozbawieni wszystkiego, co ponad nimi, skoncentrowanym na człowieku, który jest jego centrum.
„Romantyczny racjonalizm” to nie żart. Jest on wrogi wszelkiej metafizyce oraz moralności. Posługuje się rozumem jako swym jedynym fundamentem, budując – jak sądzi – doskonale skalkulowany nowy świat, odpowiadający temu prymatowi wyobraźni, kiedy stricte ludzka kreatywność zastąpić ma niewygodną rzeczywistość.
Pomimo kryzysu mamy coraz większe zaufanie do świata, który budujemy i którego mamy nadzieję stać się panami, nawet jeśli poddaje on nas oczywistej niewoli. […]
Dowodem na to jest nasza niewzruszona wiara w Demokrację przez duże „d”, którą współcześni liberałowie i socjaliści codziennie upijają się coraz bardziej. Demokracja ta nie istnieje poza retoryką. Pomimo tego jednak większość ludzi uznaje ją za ostateczny, transcendentny system polityczny, a niektórzy nawet za „głos Boga”. Jak przekonywał Pius XII w wielu swych encyklikach oraz alokucjach, demokracja jest systemem prawowitym, jednak możliwym do funkcjonowania jedynie na ograniczonym, konkretnym terytorium. Ostrzeżenia te okazały się jednak daremne: coraz więcej ludzi marzy dziś o globalnej demokracji. Aby się o tym przekonać, wystarczy poczytać gazety. Czy może być inaczej? Kiedy formy ustrojowe oparte na rodzinie, regionie, rzemiośle, kraju i ojczyźnie zanikają, pozostają jedynie oddzielone od siebie jednostki, z których każda udaje się na głosowanie do oddzielnej małej kabiny wyborczej – wraz ze swoimi upośledzonymi koncepcjami pseudorzeczywistości, którą pragnęłyby zobaczyć. W jaki sposób można zjednoczyć takie bezcielesne jednostki, które zerwały z prawdziwymi realiami wpisanymi w ich ludzką naturę, jeśli nie dzięki fałszywym obietnicom dotyczącym świetlanej przyszłości, dzięki nierealnym marzeniom i bezsensownym słowom?
Tłumaczy to całą gadaninę o demokracji wypełniającą współczesną literaturę, czy też to, co za literaturę obecnie uchodzi. Przekonują nas, że powodem kryzysu jest to, iż nie jesteśmy jeszcze dostatecznie demokratyczni, oraz że globalna demokracja ocali nas przed wciągającym nas bagnem. Najmniejszy nawet z powstających obecnie narodów musi być demokratyczny, o ile nie chce ściągnąć na siebie najostrzejszej krytyki. Co jeszcze przeczytać możemy każdego dnia? Co jeszcze wbijają nam do głowy codziennie środki masowego przekazu, [które w tym samym czasie] zdają się nie wymagać od nas niczego poza „walką” o zaspokojenie naszych osobistych potrzeb, nawet gdyby zginąć miało przez to społeczeństwo, czy też to, co z niego zostało?
Ogromne zadłużenie systemu ubezpieczeń społecznych, które przygniata większość państw na całym świecie, jest konsekwencją tej samej choroby lub iluzji. Tworzymy gigantyczną biurokratyczną strukturę, rodzaj gigantycznej biurokratycznej utopii mającej zapewnić utrzymanie jednostkom niezdolnym do pracy z najróżniejszych powodów, a w miarę jak kryzys zwiększa ich liczbę, struktura ta okazuje się być coraz bardziej niewydolna. Wszystko to czyni się w pogoni za mrzonkami, zamiast pozwolić samym pracownikom decydować, jaki rodzaj ubezpieczenia wybierają w obrębie kontrolowanych przez siebie instytucji. W tym samym czasie jednostka staje się niezdolna do prostego zarządzania nawet w sferach, na które wciąż jeszcze ma wpływ, oraz nieodpowiedzialna w relacjach, które jeszcze łączą ją z kimkolwiek innym. Ubezpieczenia społeczne dosłownie pożerają współczesne państwa socjalistyczne.
Dla każdej inteligentnej osoby istnienie zjawiska, które moglibyśmy określić mianem „deformującej formacji”, jest faktem bezdyskusyjnym. Powiemy jedynie bardzo krótko na temat współczesnej sztuki religijnej lub współczesnej sztuki w ogólności. Sztuka staje się zawiła, niezdolna do przekazywania idei i niezrozumiała, ponieważ jej twórcy to indywidua odseparowane od innych ludzi i świata. […] Większość sztuki współczesnej „formuje” jej odbiorców, usiłując ich zdeformować. Indywidualność artysty daremnie próbuje dotrzeć do innych, gdyż z definicji jest on do tego niezdolny. Może jedynie przerażać, szokować, zaskakiwać, a ostatecznie zamykać się w sobie samym oraz swoim głuchym niezrozumieniu. Nie ma przesady w twierdzeniu, że po raz pierwszy w historii, nawet biorąc pod uwagę okresy dekadencji, sztuka znajduje się na drodze do zaniku. Jak można się było spodziewać, większość krytyków sztuki i literatury nie zdiagnozowała tej śmiertelnej choroby, a nawet przedstawiała ją jako niezaprzeczalną odnowę zdrowia intelektualnego człowieka współczesnego. Dowodzi tego dobitnie całkowity niemal zanik poezji godnej tego miana, zdolnej jednoczyć poetę i czytelnika jego utworów z poetyckim uniwersum. Triumfuje poezja w swej współczesnej deformującej postaci.
To samo odnosi się do misji formacyjnej, którą przypisuje sobie współczesne państwo. Stała się ona misją deformacyjną. […] Jednak współczesna pedagogika nie jest tym w najmniejszym nawet stopniu zaniepokojona. Brnie dalej w kierunku zaprowadzenia najgorszego rodzaju chaosu intelektualnego poprzez wynajdywanie coraz to nowych piszących i liczących maszyn, mających zastąpić i udoskonalić ludzki umysł. Efekty tego mogę zaobserwować u niektórych z moich wnuków, które poddawane są tym metodom i których rodzice zmuszeni są codziennie korygować ich błędy ortograficzne i matematyczne. Dyktatura pedagogiczna poczyniła wielkie postępy w deformowaniu tych bezbronnych, uległych umysłów. Państwa jednak zdaje się to nie niepokoić. Coraz bardziej koncentruje się ono wyłącznie na kryzysie ekonomicznym, który działaniami swymi nierzadko samo jedynie potęguje. […] W wielu szkołach patriotyzm wyszydza się i przedstawia jako formę ksenofobii czy rasizmu. Język będący jedynie narzędziem wyrażania myśli jest odtąd wszystkim i niczym, „deformatorem” rzeczywistości, której powinien się podporządkować.
Któż nie dostrzega, że współczesna młodzież, pozbawiona swej naturalnej relacji z otaczającym ją prawdziwym światem oraz z jego transcendentnym Bogiem, zamyka się w sobie i szuka ucieczki w narkotykach, które sprzyjają izolacji jednostki w jej indywidualności, odseparowanej od wszystkiego innego? Ten rodzaj patologicznej, deformującej „formacji” jest bezpośrednio związany z pierwszym. Nasza biedna młodzież pozbawiona jest wszystkiego poza swoim „ja”, wszelkich relacji z tym, co nie jest nią samą, i znudzona swymi marzeniami. Pozostaje uwięziona w samej sobie. Uwolniona w sferze ekonomii, produkcji i konsumpcji rzeczy – napojów, żywności, ubrań, lekarstw, rozrywki itp. – jest nieustannie nakłaniana do przyswajania sobie wszystkich zalewających ją treści deformującej formacji. Zrozumiałe jest, że w tym „dysspołeczeństwie” (ang. dis-society) coraz bardziej skupionym na odizolowanej jednostce, pozbawionej wszelkich duchowych i fizycznych więzi z rówieśnikami, przyjemności – przede wszystkim fizyczna, a następnie umysłowa, będąca owocem iluzji – odgrywać będą coraz bardziej znaczącą rolę, jako iż przyjemność jako taka jest nierozerwalnie związana z „ja” i zamyka człowieka w nim samym.
Jednak to w Kościele katolickim deformująca formacja, bo odcięta od swej konstytutywnej relacji z nadprzyrodzonym Objawieniem, widoczna jest najlepiej, wraz z jej bezpośrednią konsekwencją: zerwaniem z naturą człowieka oraz społeczeństwa, w którym rodzi się on i rozwija. Natura i nadprzyrodzoność idą ręka w rękę – nie można mieć jednej bez drugiej. W co wcielić się ma nadprzyrodzoność, jeśli nie w to, co jest naturalne dla człowieka: jego intelekt, jego wolę i samo jego ciało? W jaki sposób natura osiągnąć może swą pełnię istnienia, jeśli nie poprzez nadprzyrodzoność, która opiera się na niej jako na solidnym fundamencie, realizując cały swój potencjał? Pojęcia „natury” i „nadprzyrodzoności” zniknęły – poza rzadkimi wyjątkami – ze słownictwa dzisiejszych duchownych na każdym praktycznie poziomie hierarchii. Jak zatem można przywrócić naturę człowieka zdenaturalizowanego wskutek narzucanego przez przywódców politycznych czysto ekonomicznego sposobu myślenia? Jak nadprzyrodzoność mogłaby zaszczepić się w niej w sposób solidny oraz trwały? Miejsce nauczania o rzeczywistościach transcendentnych zajmuje pustosłowie, czego konsekwencją jest wypaczanie idei o znaczeniu tak podstawowym, jak cnoty teologalne. Współcześni teologowie zwykle już o nich nie wspominają, nie mówi o tym również współczesne duchowieństwo, ślepo posłuszne swym przywódcom.
Analizę naszą potwierdza dom Gérard Calvet, opat benedyktyński z Le Barroux. Pisał on przed laty:
Jestem przekonany, że Boża transcendencja została utracona we mgle ostatnich 30 lat oraz że ci, którzy już o niej nie pamiętają, wyrzekli się godności gorliwych o cześć swego Ojca synów.
Sytuacja Kościoła po II Soborze Watykańskim pokazuje nam, że ta współczesna herezja, która podważa podstawowe prawdy teologiczne, wypiera wszelką nadprzyrodzoną wiarę – przy całkowitej niemal beztrosce wyższego duchowieństwa. Celem tego nowego, abstrakcyjnego chrześcijaństwa, oderwanego od swej zasadniczej i egzystencjalnej orientacji na Boga Objawienia, jest człowiek w ogólności oraz dobra doczesne, które należy mu odtąd zapewnić. Nie chodzi już o człowieka jako członka rodziny, mieszkańca regionu czy swej ojczyzny – pojęcia te znikły praktycznie ze świadomości Kościoła wraz z obowiązkami, jakie za sobą pociągają, oraz więziami, jakie implikują.
Chodzi o konceptualnego Człowieka zrodzonego z rewolucji [anty]francuskiej, idei komunizmu oraz masonerii, których hasła przyjęte zostały w sposób tak kompletny, iż w konsekwencji tego można odnieść wrażenie, że pomiędzy ideami masońskimi a chrześcijaństwem nie ma żadnych sprzeczności – zaś hierarchia katolicka bynajmniej tego błędnego przekonania nie rozwiewa.
Współczesny Kościół nie posiada już przed utopistami ochrony, jaką stanowiły należycie egzekwowane prawa. Panuje anarchia, ugruntowana – zwłaszcza we Francji – przez despotyzm wyższego duchowieństwa, które zdecydowanie opowiedziało się za Człowiekiem demokratycznym i którego członkowie – niczym zwykli politycy – zwracają się do jednostki wyrwanej [już] z jej odwiecznych warunków społecznych, aby z kolei zmielić ją, wtłoczyć w formę pseudoreligijnej, deformującej formacji i w ten oto sposób nad nią zapanować. Ekskomunika nałożona przez bp. Noëla Boucheix na zakonników tradycyjnego klasztoru św. Marii Magdaleny oraz ekskomunika dotycząca wspólnoty parafialnej Port-Marly, gdzie kapłan został siłą oderwany od ołtarza przez policjantów podczas odprawiania Mszy św., dowodzą, że duchowieństwo francuskie zdominowane jest przez komunistyczny „faszyzm”, który nie odważa się używać swej prawdziwej nazwy. Owe środki przymusu zaaprobowane zostały przez prymasa Galii, Alberta kard. Decourtraya (1923–1994). Oficjalnym językiem francuskiego duchowieństwa stała się deformująca indoktrynacja.
Wszystko zmierza ku temu, aby stała się ona również oficjalnym językiem całego duchowieństwa katolickiego, pod kierownictwem obecnego papieża (Jana Pawła II – przyp. tłum.), którego cała filozofia, leżąca u podstaw jego teologii, oparta jest na prymacie jednostki zakamuflowanej jako „osoba”, wbrew augustiańskiej i tomistycznej tradycji Kościoła wszystkich wieków. Jan Paweł II jest bez wątpienia pobożnym duchownym, jednak jego pobożność jest przede wszystkim indywidualnym uczuciem, co niesie za sobą poważne ryzyko przeobrażenia nauczania Ewangelii, o ile pobożność ta nie będzie łączyć się z filozoficznym i teologicznym realizmem, czego dowodzi przykład II Soboru Watykańskiego – narzucanie nowej Mszy całemu światu katolickiemu i osłabianie (jeśli nie wręcz eliminacja) różnic między obrzędami katolickimi oraz protestanckimi. Papież po cichu popiera zakazywanie celebracji tradycyjnej Mszy przez biskupów, zwłaszcza francuskich. W podobny sposób milcząco wspiera zakazywanie przez heterodoksyjne duchowieństwo posługiwania się katechizmem Soboru Trydenckiego i katechizmem św. Piusa X. Popiera wszystko to, co Jean Madiran krytykuje u współczesnego duchowieństwa – wraz z jego „inklinacjami socjalistycznymi, aprobatą dla CCFD (Comité Catholique contre la Faim et pour le Développement – Katolicki Komitet przeciw Głodowi i na rzecz Rozwoju – przyp. red.), bezmyślną kampanią w celu przyznania praw wyborczych imigrantom, publicznym sojuszem ze skrajnie lewicowym skrzydłem masonerii (listopad 1985)” – które to działania całkowicie podkopały jego autorytet moralny i religijny, doprowadzając do opustoszenia i zamykania licznych kościołów, seminariów oraz klasztorów.
Widzimy więc ponownie, jak deformująca formacja, odrzucenie nadprzyrodzoności, aż nazbyt ludzki kreacjonizm oraz niezdrowy klerykalizm zatriumfowały praktycznie bez żadnego oficjalnego oporu ze strony papiestwa.
Potrzebujemy pilnie nowego św. Piusa X, który ożywiłby Kościół katolicki i osadził go ponownie na solidnym fundamencie Tradycji. Dowodem tej potrzeby jest spotkanie ekumeniczne w Asyżu (1986 r.) zorganizowane przez Jana Pawła II. Wybrani przedstawiciele różnych religii chrześcijańskich i pogańskich zgromadzili się, aby ogłosić – o czym zawsze wiedzieliśmy – że wiara w Boga jest zjawiskiem normalnym w życiu ludzkości oraz że konieczne jest jej ożywienie. Taki „sobór” w oczywisty sposób odziera religię katolicką z powierzonej wyłącznie jej nadprzyrodzonej misji. Zafałszowuje fakt historyczny, iż Kościół katolicki jest jedynym depozytariuszem Bożej prawdy. Co tragiczne, równocześnie i formuje, i deformuje, z pełnią autorytetu, jakim wciąż jeszcze cieszą się współcześni papieże.
Powtórzmy raz jeszcze: kluczowe znaczenie ma dla nas stawianie oporu oraz przylgnięcie do integralnej natury ludzkiej, którą zostaliśmy obdarzeni, oraz do objawionych nam prawd nadprzyrodzonych. Módlmy się nieustannie.
Niniejszy tekst stanowi przedmowę do tak samo zatytułowanej książki1, którą pierwotnie opublikowano w 1969 r., a wznowiono w 1987 r.
Za „The Angelus”, czerwiec 2007, tłumaczył Tomasz Maszczyk2.
Przypisy
↑M. de Corte, L’intelligence en péril de mort, Dion-Valmont 1987.
Drodzy Czytelnicy, życie duchowe, polegające na świadomym zjednoczeniu z Bogiem w Jego łasce, w oczywisty sposób odznacza się bezwzględnym pierwszeństwem nad wszelką inną formą czy innym przejawem życia ludzkiego – zatem również góruje i nad życiem umysłowym. Wynika to z nadprzyrodzonego co do swej istoty celu człowieka, którym jest udział w wizji uszczęśliwiającej w niebie, oraz korespondujących z owym celem nadprzyrodzonych środków. Jednak z drugiej strony istnieje elementarna katolicka zasada, obecna explicite w dziełach św. Tomasza z Akwinu, która głosi, iż gratia non tollit naturam, sed perficit1, zatem że „łaska nie niszczy natury, lecz ją doskonali”.
Pod pojęciem natury kryje się tu przede wszystkim to, co człowieka zasadniczo stanowi – a więc dusza i ciało (forma i materia) wraz z władzami duszy: intelektem i wolą. I o ile wola, zdaniem Doktora Anielskiego, w większym stopniu zraniona została skazą grzechu pierworodnego, to jednak intelekt znajduje się wyżej w strukturze ontologicznej człowieka – jego przedmiot jest bowiem bardziej ogólny. Co więcej, szczęście, będące przecież celem naszych działań, ma charakter aktu intelektualnego, innymi słowy: jego istotą jest działanie umysłu polegające na kontemplacji prawdy.
Już samo to pokazuje, jak ważne jest zatem właściwe ukształtowanie intelektu w kontekście życia duchowego.
Na tym jednak nie kończy się rola intelektu w ludzkim życiu – poza teoretycznym oglądem prawdy jego zadaniem jest również kierowanie sferą praxis, tzn. wpływ na wolę w obszarze działalności praktycznej. I choć sam św. Tomasz (który notabene jak nikt inny spośród myślicieli katolickich bardzo podkreśla ogólną wyższość intelektu nad wolą) akurat w dziedzinie działań ludzkich pierwszeństwo przyznaje woli, to jednak podkreśla, że bez odpowiedniego uformowania umysłu wola nie będzie mogła właściwie spełnić swojego zadania, czyli zapewnić skutecznego dążenia człowieka ku dobru. Intelekt praktyczny jest zresztą bardzo podatny na błędy, skoro lekarstwem na ranę grzechu pierworodnego dotykającego umysł jest, zdaniem Akwinaty, cnota roztropności – dosłownie niejako „roz-trapiająca”, czyli szukająca tropów, a więc dróg do celu.
Wszystko to domaga się uwzględnienia w życiu duchowym, i stąd też wynika konieczność poruszenia na łamach czasopisma „Zawsze Wierni” kwestii konkretnych intelektualnych pułapek, zwłaszcza tych aktualnie nam zagrażających. Warto również zwrócić uwagę na to, że temat przewodni niniejszego numeru nie dotyczy jakiegoś konkretnego błędu, ponieważ te najgroźniejsze mają (zazwyczaj) rozległą podbudowę teoretyczną, więc wymagałyby poświęcenia im całej objętości naszego dwumiesięcznika.
Natomiast w codziennym życiu przeciętny katolik Tradycji styka się (bezpośrednio albo tylko pośrednio) z wieloma błędami drobniejszego kalibru, które jednak wcale nie są przez to mniej groźne. Owszem – same w sobie w mniejszym stopniu zdają się negować nadprzyrodzoną mądrość katolickiej religii, lecz przez to są jednocześnie trudniejsze do zauważenia czy zdefiniowania. Ponadto z racji mniejszego ciężaru gatunkowego nie przykuwają tak naszej uwagi. Występują przy tym w dużej liczbie, wzajemnie się uzupełniając i uwiarygadniając. Z tych wszystkich powodów nie wolno ich na dłuższą metę lekceważyć.
Dlatego temu właśnie zagadnieniu zdecydowaliśmy się poświęcić kolejny numer periodyku „Zawsze Wierni”, a tematem przewodnim uczyniliśmy „pułapki intelektu”.
Czy przyznanie, że należy opierać się wypaczeniom aktualnego nauczania, a jednocześnie potępianie Bractwa za to, że zapewnia sobie środki do kontynuowania tego oporu, nie jest rodzajem krótkiego spięcia w układzie logicznym? Według niektórych, publiczne piętnowanie odchyleń współczesnego nauczania (na przykład: błogosławienie par homoseksualnych, udzielanie Komunii św. rozwiedzionym w ponownych związkach, zaprzeczanie współodkupicielstwu N.M.Panny itp.) jest czymś całkowicie dozwolonym: według nich nie ma w tym ani nieposłuszeństwa, ani braku subordynacji, ani schizmy.
Natomiast konsekracja biskupów w celu dalszego potępiania tych samych błędów i pełnego zachowania wiary katolickiej stanowi ‒ według tych samych osób ‒ akt nieposłuszeństwa, braku subordynacji i schizmy.
Zacznijmy od przypomnienia, że także nie-nieomylnemu nauczaniu należy się wewnętrzne i religijne przylgnięcie umysłu. Innymi słowy, nie wystarcza ani zewnętrzne podporządkowanie się, ani pełne szacunku milczenie: od wiernego wymaga się, aby szczerze, rozumem i wolą, przylgnął do tego, czego naucza Stolica Apostolska (zob. Pius IX, Quanta cura; Pius XII, Humani generis). Jest prawdą, że istnieją różne stopnie przylgnięcia. Ten, który należy się nauczaniu nieomylnemu, jest przylgnięciem wiary, absolutnym i bezwarunkowym, podczas gdy ten, który należy się nauczaniu nie-nieomylnemu, jest przylgnięciem opartym na cnotach posłuszeństwa i religijności, które nie jest bezwzględne, lecz warunkowe. Niemniej jednak wciąż chodzi o przylgnięcie: pod pretekstem istnienia różnych stopni przylgnięcia nie można przekształcać przylgnięcia w sprzeciw.
Niezgadzanie się z nauczaniem nie-nieomylnym pociąga za sobą w sposób konieczny nieposłuszeństwo wobec papieża, właśnie dlatego, że – jak widzieliśmy – przylgnięcie należne tego rodzaju nauczaniu opiera się na cnotach posłuszeństwa i religijności. Istnieje jednak przypadek, w którym wolno nie dokonywać przylgnięcia: „gdy Kościół, przez władzę równą lub wyższą, postanawia inaczej” (J. Salaverri, De Ecclesia Christi, Matriti 1962, s. 707).
Otóż w przypadku błogosławienia par homoseksualnych, udzielania Komunii św. rozwiedzionym w ponownych związkach itp., Kościół już w przeszłości podjął odmienną i ostateczną decyzję. Jest więc rzeczą godziwą krytykować, także publicznie, dokumenty Magisterium zawierające te błędy. Nie dlatego, że nauczanie nie-nieomylne byłoby samo w sobie fakultatywne, lecz dlatego, że w tym konkretnym przypadku nie jest i nie może być wiążące, skoro jest sprzeczne z tradycyjnym nauczaniem Kościoła.
Czyż Bractwo tak nie postępuje? Konsekracji biskupich z 1 lipca dokonano właśnie w celu kontynuacji publicznego piętnowania błędów obecnych w aktualnym nauczaniu, a tym samym dla zachowania wiary katolickiej w całej jej pełni.
Wskażmy jeden dowód. Otóż za każdym razem, gdy Bractwo starało się dojść do porozumienia z Rzymem, odpowiedź była zawsze taka sama: musicie przylgnąć do soboru i nauczania posoborowego oraz zaprzestać krytykowania współczesnego nauczania papieskiego, jak również jego osoby (por. dokumenty cytowane w aneksie).
Jest też i dowód a contrario. Żaden z instytutów wywodzących się z Ecclesia Dei nigdy nie skrytykował publicznie, w swoich oficjalnych dokumentach, odchyleń aktualnego Magisterium. Jedyne zgromadzenie, które spróbowało to uczynić – Franciszkanie Niepokalanej – zostało zniszczone.
Pojawią się zarzuty, że intencje Bractwa być może były dobre, jednak cel (odrzucenie błędów aktualnego nauczania) nie uświęca środków (konsekracji bez mandatu apostolskiego). Jednak w poprzednim artykule (Ni schismatiques ni désobéissants, „Ani schizmatycy, ani nieposłuszni”) wykazaliśmy, że w obecnej sytuacji konsekracja biskupów bez mandatu apostolskiego nie stanowi ani braku subordynacji, ani schizmy, ani nieposłuszeństwa.
Teologia jest pod tym względem jasna, pod warunkiem, że się ją zna.
ks. Daniel Di Sorco FSSPX
=======================
Aneks
Nowy tekst Deklaracji doktrynalnej musi zawierać paragraf, w którym sygnatariusze explicite zadeklarują przyjęcie nauczania II Soboru Watykańskiego oraz nauczania posoborowego, przyznając wymienionym twierdzeniom doktrynalnym należny im stopień akceptacji. Członkowie Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X muszą uznać nie tylko ważność, lecz także prawowitość rytu Mszy Świętej i sakramentów według ksiąg liturgicznych promulgowanych po II Soborze Watykańskim.
list kard. Müllera do bp. Fellaya, 6 czerwca 2017 r.
Przyrzekam wierność Kościołowi katolickiemu i biskupowi Rzymu, Najwyższemu Pasterzowi Kościoła, Wikariuszowi Chrystusa, Następcy błogosławionego Piotra w jego prymacie oraz Głowie kolegium biskupów, powstrzymując się od wszelkich publicznych oświadczeń przeciwnych jego osobie lub jego Magisterium (por. kan. 1373 i 1365 KPK).
Dykasteria Nauki Wiary, Formula adhaesionis („Formuła przylgnięcia”), dołączona do Procedury pojednania kapłanów pochodzących z Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X oraz Procedury pojednania niektórych świeckich pochodzących z Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X, 2 lipca 2026 r.
Bractwo Kapłańskie św. Piusa X informuje, że w odpowiedzi na dekret opublikowany 2 lipca 2026 r. przez Dykasterię Nauki Wiary złożyło 11 lipca do tej samej Dykasterii rekurs wstępny (tj. odwołanie administracyjne), zgodnie z kanonami 1734 i nast. Kodeksu Prawa Kanonicznego.
Krok ten, stanowiący warunek wstępny przed ewentualnym wniesieniem rekursu hierarchicznego, skutkuje zawieszeniem wykonania dekretu zgodnie z kan. 1353 Kodeksu Prawa Kanonicznego.
Poprzez to odwołanie Bractwo zamierza skorzystać z prawa, które Kościół przyznaje każdej osobie uważającej się za poszkodowaną przez akt administracyjny, do wnioskowania o jego sprostowanie, w duchu poszanowania władzy kościelnej oraz wiernego przywiązania do sprawiedliwości, prawdy i dobra Kościoła.
Bractwo Kapłańskie św. Piusa X składa ten wniosek na ręce kompetentnych władz i poleca tę sprawę modlitwie wszystkich wiernych.
Leon XIV i katolikos Aram I, głowa schizmatyckiego Kościoła Ormiańskiego, podczas audiencji generalnej na placu św. Piotra w Rzymie, 29 maja br.
Można myśleć logicznie, a zarazem błądzić. Sytuacja odwrotna jest jednak niemożliwa: sprzeczne ze sobą twierdzenia nie mogą być równocześnie prawdziwe. Właśnie w ten sposób niektórzy próbują pobić Bractwo św. Piusa X jego własną bronią, starając się wykazać niespójność jego stanowiska, gdyż z jednej strony deklaruje ono posłuszeństwo papieżowi, zaś z drugiej ‒ otwarcie mu się sprzeciwia. Nie ma potrzeby rozwodzić się nad słabością tego argumentu, ignorującego oczywisty fakt, że także władza może się mylić.
Zamiast dowodzić spójności stanowiska FSSPX, która została już obszernie wykazana w innych tekstach, postaramy się ocenić spójność postawy samego Rzymu. Kategorycznie odrzucając twierdzenie, że Bractwo jest wspólnotą schizmatycką, zastanowimy się, czy traktując je w ten sposób, Rzym postępuje konsekwentnie ‒ biorąc pod uwagę jego stosunek do grup bezdyskusyjnie znajdujących się w stanie schizmy.
Rzym uznał (godziwość – przyp. tłum.) konsekracji biskupich przeprowadzonych przez Patriotyczne Stowarzyszenie Katolików Chińskich w duchu jawnie schizmatyckim i połączonych z nadaniem jurysdykcji. Co więcej, nadal uznaje biskupów mianowanych przez ateistyczny oraz głoszący materializm rząd, który dla celów ideologicznych dąży do kontrolowania i podkopywania doktryny katolickiej. Jednocześnie ten sam Rzym odmawia uznania (godziwości – przyp. tłum.) konsekracji biskupich bez nadania jurysdykcji, przeprowadzonych przez FSSPX bez intencji schizmatyckiej, a jedynie ze względu na dobro dusz. Toleruje schizmę oficjalnie deklarowaną, natomiast potępia tych, którzy się od takich intencji kategorycznie odżegnują.
Ekskomunika nałożona w 1054 r. na prawosławnych schizmatyków – skądinąd w kilku punktach doktryny1 będących także heretykami – została w 1965 r. przez Pawła VI odwołana i „wymazana z pamięci”2. Od tamtej pory prawosławni konsekrowali bez mandatum apostolicum setki biskupów z intencją nadania im jurysdykcji, nie oglądając się na Rzym i wbrew woli papieża3 ‒ zaś Watykan nie nakładał na nich żadnych kar. Tymczasem FSSPX doczekało się odwołania ekskomunik dopiero w 2009 r.4, by zaledwie kilka lat później znów popaść w niełaskę z powodu konsekracji biskupich niepołączonych z nadaniem jurysdykcji – a przeprowadzonych w stanie wyższej konieczności oraz z autentycznym pragnieniem wypracowania porozumienia z Rzymem.
Par. 2 kanonu 844 Kodeksu prawa kanonicznego z 1983 r. pozwala katolikom – wbrew tradycyjnej dyscyplinie – w określonych okolicznościach spowiadać się u schizmatyckiego kapłana, uznając tym samym ważność sakramentu spowiedzi u niektórych schizmatyków5. Jednakże dekret [Dykasterii Nauki Wiary] z 2 lipca br. odmawia tej ważności spowiedziom u kapłanów Bractwa św. Piusa X. Jakaż to osobliwa logika każe uznawać za ważną spowiedź u schizmatyków wschodnich, a za nieważną u kapłanów należących do FSSPX, które zaszufladkowano jako schizmatyckie?
Kanon 1117 tego samego Kodeksu z 1983 r. zwalnia osoby urodzone w schizmie z obowiązku zachowania „formy kanonicznej” przy zawieraniu małżeństwa. Innymi słowy, małżeństwa między schizmatykami są w świetle prawa kanonicznego uznawane za ważne. Z drugiej strony deklaracja z 2 lipca uznaje małżeństwa zawierane wobec kapłanów Bractwa za nieważne, równocześnie stwierdzając, że FSSPX pozostaje w stanie schizmy od 1988 r. – co stanowi rażącą sprzeczność6.
Odnosząc się do schizmatyków wschodnich kard. Ratzinger pisał, że „w nauce o prymacie Rzym nie musi od Wschodu wymagać więcej niż to, co było sformułowane i praktykowane w pierwszym tysiącleciu”7. Z kolei deklaracja Dykasterii Nauki Wiary wymaga od członków FSSPX uznania, że nauczanie Vaticanum II stanowi autentyczne Magisterium, któremu należy się pełne posłuszeństwo. Od pierwszych wymaga się akceptacji pierwszego tysiąclecia, a od FSSPX ‒ ostatnich pięćdziesięciu lat.
Idąc śladami Jana Pawła II Rzym nadal uznaje schizmatyckie wspólnoty wschodnie za „Kościoły siostrzane”, a oficjalnie zatwierdzone rzymskie dokumenty stwierdzają – wbrew dogmatowi ogłoszonemu przez Bonifacego VIII – że uznawanie prymatu papieża nie jest konieczne do zbawienia8 i że nie należy już dążyć do nawrócenia wschodnich schizmatyków9. Mimo to 2 lipca Dykasteria Nauki Wiary, posługując się językiem nie znanym od czasu Vaticanum II, wezwała „wszystkich wiernych do niezłomnego trwania w komunii z Biskupem Rzymu”. A słowa te skierowano do Bractwa św. Piusa X, które stale przypomina o prymacie papieża i przeciwstawia się podkopującemu władzę papieską kolegializmowi! O wymogu, który przestał być aktualny względem prawdziwych schizmatyków, przypomina się manifestacyjnie tym, którzy ten prymat uznają.
Papież przyjął z wszelkimi należnymi arcybiskupowi honorami Sarę Mullally, „arcybiskupkę” Canterbury, choć doktryna katolicka nie uznaje ani ważności święceń anglikańskich, ani kapłaństwa kobiet, ponadto zaś ta wspólnota zajmuje całkowicie sprzeczne z tradycyjną moralnością stanowisko w kwestii homoseksualizmu, środowisk LGBT i aborcji. Równocześnie Rzym nie śpieszy się z odpowiedzią na listy przełożonego generalnego w pełni katolickiego zgromadzenia i uparcie odmawia wysłuchania jego ponawianych próśb o audiencję u papieża.
26 marca Rzym przeniósł bp. Heinera Wilmera ze stolicy biskupiej w Hildesheim do trzykrotnie większego Münster. Hierarcha ten otwarcie popiera niemiecką Drogę Synodalną, której żądania prowadzą coraz wyraźniej w stronę schizmy, a nawet herezji: mam tu na myśli wyświęcenie kobiet, kwestionowanie moralności seksualnej czy też błogosławienie par tej samej płci. Tak więc Rzym nagradza biskupa otwarcie sprzyjającego inicjatywie o tendencji schizmatyckiej, odmawiając jednocześnie prawa do posiadania biskupów tym, którzy starają się zachować wiarę katolicką w stanie nienaruszonym.
5 marca 2023 r. kard. Fernández, ówczesny arcybiskup La Platy, wygłosił homilię, w której skrytykował tradycyjną teologię Kościoła: „[Kościół] wypracował całą filozofię i etykę pełną klasyfikacji, aby szufladkować ludzi i przyklejać im etykiety. «Ten jest taki, tamten jest owaki. Ten może przystąpić do komunii, tamten nie może. Temu możemy wybaczyć, tamtemu nie…». To naprawdę straszne, że coś takiego mogło mieć miejsce w Kościele. Dzięki Bogu papież Franciszek pomaga nam uwolnić się od tych schematów”. Jednak ten sam człowiek, który w powyższych słowach potępiał wykluczanie i etykietowanie, dziś osobiście wyklucza wielu wiernych przywiązanych do wiary katolickiej, przypina im hańbiącą łatkę „schizmatyków” i stawia członkom FSSPX precyzyjne oraz nienegocjowane warunki „powrotu”.
Czy zatem powinniśmy wnioskować, że istnieją dwie kategorie schizmatyków? Pierwsi, „dobrzy schizmatycy”, są taktowani z życzliwością, choć w rzeczywistości odrzucają katolickie dogmaty i autorytet Stolicy Apostolskiej. Drudzy, „źli schizmatycy”, są traktowani z nieustępliwością i surowością, ponieważ nie chcą dopuścić do skażenia katolickiej doktryny, starając się jednocześnie zachować jedność z biskupem Rzymu. Innymi słowy: są oni złymi schizmatykami właśnie dlatego, że… schizmatykami nie są.
W tej postawie można się jednak dopatrzyć pewnej logiki, o której wspominał sam Zbawiciel, mówiąc: „Nikt nie może dwom panom służyć; bo albo jednego będzie nienawidził, a drugiego będzie miłował, albo przy jednym stać będzie, a drugim wzgardzi” (Mt 6, 24). Rzeczywiście, nie można dążyć do zbliżenia ze znajdującymi się poza Kościołem peryferiami, nie oddalając się jednocześnie od jego centrum. Nie można oferować przyjaźni tym, którzy odrzucają wiarę katolicką, nie zaczynając zarazem patrzeć z podejrzliwością na tych, którzy starają się zachować ją w stanie nienaruszonym – i którzy prędzej czy później stają się żywym wyrzutem sumienia i przeszkodą.
Prowadzi to w sposób nieunikniony do sytuacji, w której ci, którzy wiarę odrzucają, będą traktowani jak partnerzy, natomiast ci, którzy odmawiają jej porzucenia, staną się prawdziwymi wrogami. Tak więc surowość Rzymu stanowi pośredni dowód na słuszność postawy Bractwa św. Piusa X.
1Zwłaszcza prymatu i nieomylności papieskiej oraz niepokalanego poczęcia Najświętszej Maryi Panny.
2Wspólna deklaracja Pawła VI i patriarchy Atenagorasa z 7 grudnia 1965. Tekst polski: https://opoka.org.pl/biblioteka/W/WP/pawel_vi/inne/deklaracja_prawosl_07121965
3Chyba że przyjmiemy karkołomne założenie, iż papieże wyrażają zgodę na takie sakry – to jednak rodziłoby szereg innych, poważnych problemów teologicznych i stanowiłoby kolejną niespójność w traktowaniu FSSPX.
4Warto odnotować, że dekret z 2009 r. znosił domniemaną ekskomunikę wyłącznie wobec czterech biskupów, nie wspominając nic o kapłanach Bractwa. Nasuwa się więc wniosek, że Rzym nie uznawał księży FSSPX za ekskomunikowanych ‒ co stoi w sprzeczności z zaskakującą deklaracją z 2 lipca.
5Kanon 844 § 2 stwierdza: „[…] wolno wiernym, dla których fizycznie lub moralnie jest niemożliwe udanie się do szafarza katolickiego, przyjąć sakramenty pokuty, Eucharystii i namaszczenia chorych od szafarzy niekatolickich tego Kościoła, w którym są ważne wymienione sakramenty”. Kanon ten zakłada więc, że sakrament pokuty u schizmatyków jest co do zasady ważny. Ten sam przepis jest powtarzany w punkcie 123 Dyrektorium w sprawie zasad i norm dotyczących ekumenizmu z 1993 r., precyzując, że dotyczy on szafarzy niekatolickich Kościołów wschodnich. Rodzi to jednak dodatkową wątpliwość, gdyż kanon 966 wymaga, żeby spowiadający kapłan posiadał uprawnienie (jurysdykcję) otrzymane od odpowiedniej władzy – podobnie jak stanowi par. 2 kanonu 722 Kodeksu kanonicznego Kościołów wschodnich. Jak zatem można uznać, że schizmatycy otrzymali to uprawnienie do spowiadania od władzy papieskiej, którą przecież odrzucają? Istnieją dwie hipotezy: albo 1º Rzym udziela schizmatykom jurysdykcji zastępczej o charakterze powszechnym – w takim wypadku trudno jednak wyjaśnić, dlaczego miano by odmówić jej FSSPX; albo 2º Rzym opiera się na nowej koncepcji wprowadzonej przez Vaticanum II, według której jurysdykcja udzielana jest wraz z sakrą biskupią ‒ i stąd wnioskuje, że schizmatyccy biskupi mogą nadawać to uprawnienie swoim kapłanom. Jak jednak w takim razie Rzym mógłby uzasadnić, że FSSPX takiej władzy nie posiada? Czy należałoby stąd wnosić, że FSSPX rzeczywiście nie posiada jurysdykcji zwyczajnej – jak twierdzi samo Bractwo – co implikowałoby, że jurysdykcja wcale nie wypływa z sakry (wbrew II Soborowi Watykańskiemu), a w konsekwencji, że FSSPX nie znajduje się w stanie schizmy? Kto może pojąć, niech pojmuje… My ze swej strony nadal będziemy ważnie spowiadać na mocy jurysdykcji zastępczej, wynikającej z analogii prawa (kan. 20 CIC 1917, kan. 19 KPK 1983).
6Nawet przy założeniu, że FSSPX znajduje się w stanie schizmy (które to twierdzenie odrzucamy), z perspektywy prawa kanonicznego logiczne byłoby uznanie za nieważne małżeństw jedynie tych katolików, którzy „popadli w schizmę” w ciągu swojego życia. Byliby oni wówczas traktowani jako osoby, które opuściły Kościół „formalnym aktem”, a tym samym podlegaliby przepisom motu proprio Benedykta XVI Omnium in mentem, które zobowiązuje do zachowania formy kanonicznej i deklaruje nieważność małżeństw zawartych bez jej stosowania. Nie mogłoby to jednak w żadnym wypadku dotyczyć dwojga narzeczonych, którzy urodzili się po 1988 r. w rodzinach korzystających z posługi kapłanów Bractwa ‒ a to ze względu na kanon 1117. Czy zatem należy dopatrywać się w deklaracji z 2 lipca zawoalowanego przyznania, że wierni FSSPX to w przeważającej mierze katolicy pochodzący z oficjalnych struktur? A może powinniśmy postrzegać jej słowa jako przyznanie, że FSSPX nie jest wspólnotą schizmatycką, a więc podlega powszechnemu prawu Kościoła dotyczącemu kanonicznej formy zawarcia małżeństwa? Pozostawiamy Rzymowi wybrnięcie ze sprzeczności, w które się uwikłał, sami zaś będziemy nadal ważnie asystować przy zawieraniu małżeństw przez wiernych na mocy kanonu 1098 CIC 1917 (kan. 1116 KPK 1983).
7Joseph Ratzinger, Theologische Prinzipienlehre: Bausteine zur Fundamentaltheologie, Wewel, München 1982, s. 209. Tekst polski za: Joseph Ratzinger, Formalne zasady chrześcijaństwa. Szkice do teologii fundamentalnej, W drodze, Poznań 2009, s. 269.
8„Ius divinum nie powinno być rozumiane w taki sposób, jakoby powszechny prymat, jako stała instytucja, został ustanowiony bezpośrednio przez Jezusa podczas Jego ziemskiego życia. Nie oznacza to również, że powszechny prymat jest «źródłem Kościoła», jak gdyby przyniesione przez Chrystusa zbawienie musiało przychodzić za jego pośrednictwem”. Międzynarodowa Komisja Anglikańsko-Rzymskokatolicka (ARCIC I), za: Dykasteria ds. Popierania Jedności Chrześcijan, Biskup Rzymu. Prymat i synodalność w dialogach ekumenicznych i w odpowiedziach na encyklikę «Ut unum sint» (dokument opublikowany za aprobatą papieża Franciszka), par. 49.
9„[…] opisana powyżej forma «misyjnego apostolatu», zwana «uniatyzmem» nie może być dłużej akceptowana ani jako metoda, ani jako model jedności, której poszukują nasze Kościoły”. Międzynarodowa Komisja mieszana ds. dialogu teologicznego między Kościołem katolickim a Kościołem prawosławnym, Uniatyzm, dawna metoda poszukiwania jedności, a dzisiejsze poszukiwania pełnej komunii (Deklaracja z Balamand) 23 czerwca 1993, par. 12, za: Dykasteria ds. Popierania Jedności Chrześcijan, Biskup Rzymu. Prymat i synodalność w dialogach ekumenicznych i w odpowiedziach na encyklikę «Ut unum sint» (dokument opublikowany za aprobatą papieża Franciszka), par. 131.
Stanisław Michalkiewicz miesięcznik „Magazyn Polonia” 9 lipca 2026michalkiewicz
1 lipca w szwajcarskim Econe wyświęconych zostało czterech biskupów. Nie byłoby może w tym nic osobliwego, gdyby nie okoliczność, że ci biskupi zostali wyświęceni wbrew stanowisku Stolicy Apostolskiej oraz samego papieża Leona XIV, który dwa dni wcześniej osobiście prosił władze Bractwa św. Piusa X, by wstrzymały się z tą czynnością. Ale rozpędzonego parowozu dziejów już nie udało się zatrzymać, święcenia się odbyły, w związku z czym zarówno konsekrowani biskupi, jak i ci, którzy ich wyświęcili, a także przewielebne duchowieństwo, biorące udział w uroczystości – wszyscy zostali objęci ekskomuniką. Jeśli chodzi o cywilów, to znaczy – zwykłych uczestników uroczystości, to ich sytuacja nie jest jasna. O ile przystąpili do Bractwa formalnie [prostuję: Członkowie Bractwa to księża, zakonnicy i zakonnice. Reszta – to wierni. md], to ekskomunika ich również obejmuje, a jeśli nie – to nie – z tym jednak, że uczestnicząc w nabożeństwach odprawianych przez duchownych z Bractwa, nie tylko popełniają grzech ciężki, ale w dodatku takie sakramenty, jak spowiedź, czy małżeństwo „nie są ważne”. W ten sposób Bractwo św. Piusa X dołączyło do 50 tysięcy tzw. „denominacji” chrześcijańskich. Najliczniejszą wśród nich stanowią oczywiście katolicy (1,2 miliarda), a według szacunkowych danych, liczba katolików skupionych wokół Bractwa wynosi około 300 tysięcy i stale rośnie [uczciwe oceny podają na 2025 ok. 600 000 md] .
Historia Bractwa sięga II Soboru Watykańskiego, na którym wyraźnie zarysowały się dwa nurty – postępowy i tradycyjny. Z książki Roberta de Mattei o II Soborze Watykańskim wynika, że te stronnictwa uformowały się niemal od początku Soboru, przyjmując z czasem charakter coraz bardziej konspiracyjny. O ile jednak konspiracja „tradycjonalistyczna” zakończyła się wraz z Soborem, o tyle konspiracja postępowców przetrwała po Soborze w postaci tzw. „ducha Soboru”. Ów „duch Soboru” na przykład sprawił, że np. praktyka liturgiczna poszła w stronę zupełnie inną, niż przewidywały soborowe konstytucje. Na przykład jeśli chodzi o języki narodowe, to konstytucje soborowe mówiły o wyjątkowym ich dopuszczeniu w liturgii, a nawet tam, gdzie zostały one dopuszczone, wierni powinni znać modlitwy i śpiewy po łacinie.
Tymczasem pod wpływem „ducha Soboru” praktyka poszła w całkiem innym kierunku i łacina została praktycznie z liturgii wyrugowana. Ponieważ pamiętam czasy przedsoborowe, to mogę potwierdzić, że tradycyjna liturgia miała swoje dobre strony. Miedzy innymi taką, że katolik, gdziekolwiek by się nie znalazł – był u siebie – ponieważ w każdym kościele modlono się po łacinie. Dzięki temu nawet w zapadłej, wiejskiej parafii, było grono osób, ministrantów, i członków parafialnego chóru, które kościelną łacinę musiały znać.
Kiedy zapisałem się do ministrantów, zanim wolno było nam nałożyć komżę, musieliśmy zdać egzamin z ministrantury – a nie była to formalność, bo opiekujący się nami ks. Tadeusz Szyprowski, był pod tym względem wymagający. Nawiasem mówiąc, wtedy klerycy w seminariach musieli uczyć się też języka hebrajskiego, w związku z tym ks. Szyprowski wspominał ówczesną przyśpiewkę: „kto się uczy hebrajskiego, musi być chłopak nie kiep. Albo musi dobrze wkuwać, albo mieć żydowski łeb”. Widocznie jednak ta dość powszechna, chociaż oczywiście – powierzchowna – znajomość łaciny wśród parafian, komuś przeszkadzała, więc „duch Soboru” zrobił, co, do niego należało.
W reakcji na działalność „ducha Soboru” arcybiskup Marcel Lefebvre zainicjował ruch przywiązania do tradycji katolickiej, początkowo kładąc nacisk przede wszystkim na liturgię, ale z czasem również obejmując inne, nie tyle może ustalenia II Soboru Watykańskiego, co następstwa działania „ducha Soboru”. W rezultacie coraz więcej katolików, którzy zaczęli nabierać wątpliwości, czy przypadkiem Kościół nie jest sprowadzany na manowce, zaczęło szukać ratunku w przywiązaniu do tradycji.
Jest to szczególnie widoczne w seminariach; o ile w „zwyczajnych” seminariach często brakuje kandydatów i albo trzeba je zamykać, albo łączyć, o tyle w seminariach prowadzonych przez Bractwo nie ma problemów z kandydatami do stanu duchownego. Najwyraźniej tradycja dostarcza ludziom poczucia pewności, podczas gdy wysocy przedstawiciele Kościoła posoborowego zaczynają dostarczać parafianom rozterek. Mogliśmy się o tym przekonać całkiem niedawno, gdy Episkopat przed Wielkanocą ogłosił „List” – ponoć inspirowany przez JE Grzegorza kardynała Rysia. Mogliśmy tam przeczytać, że „w przeszłości” zdarzały się „niewłaściwe” interpretacje Ewangelii. Chodziło o interpretacje, które nie podobały się Żydom. Skoro, tak czy owak, te „niewłaściwe interpretacje” się jednak zdarzały, to skąd można mieć pewność, że interpretacje dzisiejsze są na pewno prawidłowe? Takiej pewności już nigdy nie odzyskamy, więc w ten sposób Kościół, a konkretnie – przedstawiciele hierarchii, już nie dostarczają katolikom pewności, tylko rozterek.
Czy jednak Kościół dostarczający swoim wyznawcom rozterek, będzie im do czegokolwiek potrzebny? Rozterek ludzie mają wystarczająco dużo i bez Kościoła, więc jeśli również on zacznie im te rozterki mnożyć, to przestanie być potrzebny tym bardziej, że już dzisiaj można zauważyć malejącą liczbę ludzi naprawdę pragnących żyć wiecznie. Coraz więcej pragnie tylko żyć długo – co widać choćby po zainteresowaniu rozmaitymi cudownymi dietami – ale perspektywa życia wiecznego jak gdyby traciła na atrakcyjności. Tymczasem – jeśli podejść do sprawy od strony komercyjnej – nadzieja życia wiecznego jest głównym, a może nawet jedynym towarem, który Kościół ma do zaoferowania. Toteż nic dziwnego, że w samym Kościele, to znaczy – wśród przewielebnego duchowieństwa – możemy zauważyć dwa nurty; albo skupienie się na władzy i dyscyplinie, albo – na rozmaitych socjotechnikach, między innymi – na schlebianiu sodomczykom i gomorytkom, których związki wolno przewielebnemu duchowieństwu „błogosławić” – cokolwiek by to miało znaczyć.
No a w naszym nieszczęśliwym kraju mamy jeszcze i ten problem, że niektóre środowiska katolików zawodowych, jak na przykład – środowisko „Dygotnika Powszechnego” – ale nie tylko – ćwierkają z klucza nastrojonego przez Judenrat „Gazety Wyborczej”, który wobec tubylczych katolików ma swoje plany, niekoniecznie natury zbawiennej. Właśnie trzy Eminencje skierowały do parafian przestrogę, by nie praktykowały „złej” pamięci, tylko tę „dobrą”. Chodzi oczywiście o stosunki polsko-ukraińskie.
Pikanterii tej przestrodze dodaje okoliczność, że jej sygnatariuszami są nie tylko trzy Eminencje tubylcze, ale również – JE abp. Szewczuk, zwierzchnik Kościoła Grekokatolickiego na Ukrainie, który asystował prezydentowi Zełeńskiemu, gdy ten ogłaszał swoją decyzję o utworzeniu Panteonu z ukraińskimi herojami, wśród których prawie na pewno znajdzie się Stefan Bandera.
Czcigodny przełożony generalny, ekscelencje, wielebni księża, członkowie zgromadzeń zakonnych i drodzy wierni!
Przełożony generalny poprosił mnie o skierowanie kilku słów w języku angielskim do wszystkich pielgrzymów, którzy przebyli tak daleką drogę praktycznie z całego świata, żeby uczestniczyć w tej wyjątkowej ceremonii. Chciałbym podzielić się z wami dwiema myślami.
Przede wszystkim nowo konsekrowani są głęboko poruszeni waszą wiernością, waszymi modlitwami oraz ofiarami. Jeszcze przed dzisiejszą ceremonią mieliśmy okazję wysłuchać wielu świadectw o modlitwach i ofiarach, niekiedy wręcz heroicznych, w intencji nowych biskupów. Serdecznie wam za nie dziękujemy. Świadomość wsparcia z waszej strony nie opuszczała nas oczywiście również w trakcie dzisiejszej ceremonii, gdy podczas dziękczynienia mieliśmy dłuższą chwilę na odmówienie różańca i refleksję, później zaś widzieliśmy was modlących się w deszczu za nowych biskupów. A kiedy potem przechodziliśmy przez błonia, widok waszych wyrażających zapał i nadzieję na lepszą przyszłość Kościoła twarzy sprawił, że jeszcze mocniej odczuliśmy ciężar nowej odpowiedzialności. Tak więc dziękujemy wam za wasze modlitwy, za wasze ofiary – i prosimy, żebyście również w przyszłości w nich nie ustawali.
Po drugie, te konsekracje są dowodem witalności Świętej Matki Kościoła. Świętej Matki Kościoła, Oblubienicy Chrystusa, której jako jedynej zostały powierzone środki niezbędne do uświęcania dusz, do przygotowywania ich na wejście do Królestwa Niebieskiego. Posiada ona wszystko, co jest konieczne do zbawienia dusz. A dzisiejsze wydarzenie przypomina nam o tym życiu oraz o jego źródle, którym jest stale obecny w Kościele katolickim Jezus Chrystus. Podziwiając piękne katedry możecie dostrzec artystyczne wyobrażenia życia: motywy winnego krzewu, roślin, płynącej wody – i nie chodzi tu jedynie o elementy natury. Są to symbole życia nadprzyrodzonego, które jest udzielane poprzez Kościół katolicki. Kościół obmywa dusze, oczyszcza je z grzechu, przygotowuje je i wznosi aż do najwyższej świętości, do męczeństwa – aby mogły stać się mieszkańcami nieba.
I musimy w to silnie wierzyć. Dziś oczywiście widzimy wokół nas ruiny. Podczas gdy wierny Tradycji Kościół katolicki przynosi życie, Kościół modernistyczny jest pustynią. Sprowadza śmierć. Zabija wszystko, czego tylko dotknie. Zabija życie nadprzyrodzone. Zatruwa źródła łaski. Wysusza i wyjaławia wszystko, ponieważ stawia człowieka na miejscu Boga, odwracając się tym samym od źródła życia. Tak więc dzisiejsza uroczystość stanowi przypomnienie, że musimy pozostać wierni – wierni temu świętemu depozytowi, który Zbawiciel powierzył swojemu Kościołowi i który jest przekazywany poprzez Tradycję apostolską.
Jeszcze przed tymi konsekracjami słyszałem wielokrotnie od wiernych spoza naszego środowiska, niezwiązanych z Bractwem, a nawet z Tradycją – słowa wyrażające to samo przeświadczenie: „Kościół potrzebuje tych konsekracji”. I było to dla mnie zaskakujące. Pokazuje to jednak, że wierni – nawet nie rozumiejący wszystkich subtelności modernizmu i zagrożenia, jakie on stanowi – dostrzegają, że dzieje się coś złego, że wraz z tą nową religią coś umiera – oraz że to Tradycja przynosi życie, prowadzi do odnowy. Tak, drodzy wierni, potrzebujemy tych konsekracji. Musimy kontynuować dzieło abp. Lefebvre’a, powierzone nam przez Świętą Matkę Kościół. I apeluję do was, żebyście pozostali wierni, żeby wasze rodziny pozostały wierne tym świętym rzeczywistościom – ofierze Mszy św. oraz sakramentom – i żebyście nigdy ich nie porzucili. Jeśli pozostaniecie wierni, ujrzycie piękne owoce w waszych rodzinach, rozkwit waszych parafii i szkół oraz liczne, bardzo liczne powołania ‒ wielu młodych, którzy zechcą poświęcić swoje życie w służbie Matki Kościoła.
Nadszedł wreszcie ten dzień. Jakaż to radość widzieć was tak licznie zgromadzonych, przybyłych z czterech stron świata!
Na wstępie pragnę podziękować za hojność tym wszystkim, którzy przygotowali ten dzień: tym, którzy zadbali o niego od strony materialnej, z poświęceniem; wszystkim współbraciom, którzy przygotowali serca, umysły i rozum na tę chwilę; oraz wam wszystkim, którzy podjęliście trud przybycia tutaj jako pielgrzymi, w dniu, który z pewnością przejdzie do historii.
Manifestacja wiary
Jakie jest właściwie znaczenie tego dnia? Dlaczego tu jesteśmy? Jak należy rozumieć te konsekracje?
Te konsekracje są wydarzeniem, które dzieli, wydarzeniem, wobec którego nie sposób pozostać obojętnym. Co to oznacza dla nas?
Przede wszystkim ta uroczystość powinna być manifestacją wiary. To rzecz najwyższej wagi.
Nie wybieramy, w co należy wierzyć, a w co nie; nie możemy zmieniać, reinterpretować, kwestionować – nie wolno nam tego czynić. Mamy po prostu obowiązek zachować wiarę, której Kościół zawsze nauczał; mamy obowiązek ją miłować, żyć nią i ją przekazywać.
Jeśli prawdziwie miłujemy Pana Jezusa, mamy obowiązek dzielić się tymi dobrami, które otrzymujemy przede wszystkim poprzez wiarę. Kto nie ma tego pragnienia przekazywania wiary, ten daje dowód, że sam już nią nie żyje. Im bardziej wiara jest atakowana, im bardziej zanika, tym bardziej ten obowiązek staje się naglący, albowiem bez wiary nie sposób podobać się Bogu, nie sposób dobrze żyć, nie sposób się zbawić. I dziś podejmujemy nadzwyczajne środki, współmierne do tej konieczności.
Fałszywy dylemat: wiara czy Kościół
Niektórzy mogliby w takim razie sądzić, że stoimy przed dylematem – że wybieramy integralną wiarę, ale odłączamy się od Kościoła; że wybieramy między wiarą a Kościołem. Czy zachowując wiarę zrywamy z Kościołem?
Otóż jest to fałszywy dylemat.
Do Kościoła przynależy się najpierw przez wiarę, przez integralne wyznanie wiary Kościoła. Podobnie jak przynależy się do narodu mówiąc tym samym językiem, współdzieląc tę samą tożsamość i tę samą kulturę, podobnie jak przynależy się do rodziny nosząc to samo nazwisko i żyjąc pod tym samym dachem – tak też przynależy się do Kościoła wyznając tę samą wiarę.
Jest to zatem fałszywy dylemat, którego nie sposób uznać za wiążący, ponieważ nie możemy wybierać między wiarą a Kościołem – nikt nie może tego uczynić. Chcemy wiary Kościoła, aby pozostać w Kościele. Chcemy Kościoła przez wiarę i w wierze.
Jest bardzo ważne, żeby to zrozumieć, nawet jeśli ci stojący naprzeciw nas nie chcą tego zrozumieć. To wszystko nie jest jakąś opinią, kwestią wrażliwości czy opcją – to konieczność.
Oskarża się nas o to, że nie miłujemy papieża, że go nie szanujemy. Lecz właśnie dlatego, że miłujemy papieża, szczerze, jako wikariusza Chrystusowego, jako głowę Kościoła, nie chcemy już widzieć papieża poniżonego u boku fałszywych pasterzy, przedstawicieli fałszywych religii. Ileż razy widzieliśmy to w ciągu ostatnich lat?
To dlatego, że miłujemy wikariusza Chrystusowego, nie chcemy już tego poniżenia papieża – poniżenia, które rzutuje na cały Kościół, stawiany na równi z fałszywymi religiami.
Mówimy językiem wiary
Ale przecież wyjaśnialiśmy to już wielokrotnie, wyjaśnialiśmy to niemal we wszystkich językach świata.
Dlaczego więc nie jesteśmy rozumiani? Dlaczego, w gruncie rzeczy, mówimy różnymi językami?
My używamy języka wiary, chcemy wiary w całej jej prostocie – to nie jest skomplikowane. Credo nie jest skomplikowane, wyznanie, które przed chwilą złożyli przyszli biskupi, nie jest skomplikowane – każdy może je zrozumieć.
Mówimy językiem wiary, językiem Tradycji. A z przeciwka słyszymy język, który sytuuje się na innym poziomie, który mówi o innych rzeczach. To język inkluzji, słuchania, dialogu, towarzyszenia.
My chcemy wiary. A potem, w wierze, towarzyszymy ludziom. W wierze słuchamy ludzi, żeby doprowadzić ich do wiary i żeby ich nawrócić.
Aby ich nawracać, trzeba przestać mówić dla samego mówienia; samo towarzyszenie nie wystarczy. Nie tego potrzebują ludzie. Ludzie potrzebują Pana naszego, Jezusa Chrystusa, a do Pana Jezusa, jak wiemy, dochodzi się przez wiarę, i to przez integralną wiarę katolicką, która jest jedyna.
Oto dlaczego tak trudno jest nam się wzajemnie zrozumieć. Niestety, mówimy różnymi językami, i to językami, które z czasem niestety coraz bardziej oddalają się od siebie.
Najwyższe prawo Boże: zbawienie dusz
Przeżywamy te konsekracje także w nadziei.
Nie przeżywamy ich w duchu polemik ani w napięciu, ani z goryczą, ani w poczuciu urazy. Przeżywamy te konsekracje z radością i nadzieją.
Dlaczego?
W 1988 r. ci, którzy potępiali Bractwo, przewidywali jego rozpad. Ale Opatrzność miała inny zamysł. Dlaczego Opatrzność miała inny zamysł? Pokazuje to wasza dzisiejsza obecność. Bóg nas nie opuścił i Bóg nas nie opuści. Wszystkie te lata to pokazały, i te konsekracje również to pokazują.
Lecz dlaczego Bóg nie może nas opuścić?
Odpowiedź jest bardzo prosta. Bóg ma tylko jedną myśl, tylko jedno pragnienie, tylko jedną wolę: zbawienie dusz. Jeśli jest ktoś, kto dosłownie stosuje zasadę, że najwyższym prawem jest zbawienie dusz, to tym kimś jest sam Pan Bóg. To Jego prawo i On zawsze stosuje je dosłownie.
Właśnie dlatego, wbrew wszelkim ludzkim wyobrażeniom i oczekiwaniom, dla zbawienia dusz posłał swojego Syna. Zażądał od swojego Syna, żeby się wcielił i żeby umarł na krzyżu.
Dlaczego?
Ponieważ najwyższym prawem, prawem Bożym, jest zbawienie dusz. Dlatego Bóg nas nie opuścił i nas nie opuści; zawsze udzieli nam środków współmiernych do naszych potrzeb.
Chociaż dzieło odkupienia może napotykać przeszkody ze strony ludzi, nigdy nie napotka przeszkód ze strony Boga. Lecz im bardziej cierpimy, im bardziej walczymy, im bardziej staramy się być Mu wierni, tym bardziej On jest z nami i nam to okazuje.
Czasem się chwiejemy, możemy mieć wątpliwości, doświadczamy zniechęcenia. Lecz wszystkie obietnice Pana Jezusa są nieomylne, a On zawsze ich dotrzymuje. I dziś daje nam tego dowód.
Jeśli będziemy nadal szukać woli Bożej, dobra dusz, bez względu na cenę, nigdy niczego nam nie zabraknie.
Służyć Kościołowi jak matce
Lecz przede wszystkim te konsekracje muszą być zrozumiane i przeżywane w duchu miłości: miłości do dusz, a zwłaszcza miłości do Kościoła. Im bardziej dusze są zdezorientowane, zagubione, tym bardziej musimy ich szukać, tym bardziej musimy je wspierać.
Im bardziej Kościół jest znieważany, im bardziej blask jego boskości jest przyćmiony, tym bardziej musimy go miłować, musimy mu służyć i musimy być gotowi zapłacić każdą cenę, żeby służyć Kościołowi.
Najcięższą z ofiar, jakich Bóg może od nas zażądać, jest abyśmy byli uważani za buntowników, podczas gdy my pragniemy służyć Kościołowi i miłować go jak matkę. Jakiejż to ofiary Bóg od nas żąda: żebyśmy byli uważani za buntowników, traktowani jak buntownicy!
Chcemy służyć Kościołowi jak matce. Matce w trudnościach, przytłoczonej, cierpiącej; matce niekiedy także zdradzanej; matce, która potrzebuje i zasługuje na to, byśmy jej pomogli, byśmy uczynili coś w imię tego wszystkiego, co ona nam dała.
Wszystko, cośmy otrzymali, otrzymaliśmy przez Kościół i w Kościele. Wiara, której chcemy dziś dawać świadectwo i którą chcemy żyć, przychodzi do nas z Kościoła.
To w imię tego, cośmy od niego otrzymali, i to w imię tego, czym on jest – Oblubienicą Chrystusa, Jego Mistycznym Ciałem – w imię tego winniśmy uczynić wszystko, co możliwe, jak najwięcej, żeby mu pomóc i go wspierać.
Czy moglibyśmy pozostać obojętni, nic nie czyniąc? Powiedzieć: „To nie nasz problem”? Nie o to nas się prosi. Czy Bractwo może pozostać obojętne? Nie! Byłoby to zdradą Kościoła, byłoby to wbrew miłości – nie możemy tego uczynić.
Najdroższa Krew – jedyne lekarstwo
Pojawią się pytania, a dzisiejsza uroczystość, uroczystość Najdroższej Krwi, opatrznościowo wyraża i doskonale streszcza znaczenie tych konsekracji. Ta uroczystość pozwala nam wszystko sprowadzić do jednego punktu: do Krwi Pana Jezusa, do Najdroższej Krwi naszego Pana, Jezusa Chrystusa.
Kto nie zna Najdroższej Krwi Pana Jezusa, kto jej nie miłuje, kto jej nie uwielbia, ten nie zna Pana Jezusa, ten nie zna odkupienia. A kto nie zna Pana Jezusa, ten nie wie nic i niczego nie rozumie.
Najdroższa Krew jest jedynym lekarstwem, pierwszym i ostatnim, na wszelkie zło, które spotyka ludzkość.
Dlaczego?
Ponieważ wszelkie zło pochodzi z grzechu, a lekarstwem na grzech jest Najdroższa Krew Pana Jezusa.
Wywyższanie człowieka
Wszelkie zło pochodzi z grzechu, i to z jednego grzechu w szczególności, na który chciałbym zwrócić waszą uwagę. Ten grzech pozostaje niezmienny od początku ludzkości aż do dziś: jest nim wywyższanie człowieka. Czuje się przesyt, dosłownie uczucie przesytu tym wywyższaniem człowieka, które spotykamy na każdym kroku.
Człowiek jako ktoś wspaniały, człowiek doskonały, człowiek zachwycający, który ma nieskończoną godność… Otóż to wszystko w rzeczywistości prowadzi do pychy. A na dłuższą metę prowadzi do wzgardy Boga i do apostazji, do cichej apostazji. Stąd właśnie to wszystko się bierze.
I im bardziej wywyższa się człowieka w sposób szalony, fanatyczny, tym bardziej ostatecznie oddala się go od Boga, oddala się go od jego doskonałości i od jego prawdziwego dobra – to katastrofa. Człowiek pełen praw, pełen siebie, niezdolny zwrócić się ku Bogu, niezdolny uznać, że jest zraniony grzechem i że potrzebuje odkupienia. A przecież on potrzebuje Pana Jezusa, potrzebuje Jego Najdroższej Krwi.
Oto wielkie zło dzisiejszych czasów, jak i zło całej historii: zło, które zawiera wszystkie inne. Ta zaraza jest plagą, obsesyjną ideą, która przenika – trzeba to przyznać – przenika nawet w głąb Kościoła. Zaraza ta oślepia, paraliżuje dusze. To nie ona prowadzi dusze do Boga.
Głosić mądrość Krzyża
Otóż przez te konsekracje chcemy czegoś dokonać: chcemy nadal głosić Najdroższą Krew Pana Jezusa i chcemy nadal, w pewien sposób, rozlewać ją na dusze.
To w tej Krwi Pan Jezus ustanawia swój Kościół, nowe i wieczne przymierze – jest ono tylko jedno. Kto sądzi, że są dwa albo trzy, ten w istocie nie wierzy już w nieskończoną i jedyną wartość Krwi Pana Jezusa.
Mówiąc o wartości Najdroższej Krwi Pana Jezusa nie możemy zapomnieć, skąd ona pochodzi. Została ona uformowana, wytworzona, dostarczona z najczystszej krwi Matki Bożej – to Ona w pełni przekazała Słowu Jego człowieczeństwo; to w Jej krwi najczystszej, niepokalanej, tworzy się, w chwili wcielenia, krew Pana Jezusa; to Ona ofiarowuje ją wraz z Panem Jezusa na nasz wykup.
To Ona ją ofiarowuje, to Ona pierwsza widzi, jak wypływa z ran Pana Jezusa, widzi, jak spływa po Krzyżu, to Ona ją zbiera u stóp Krzyża, to Ona strzeże jej dziś na ołtarzu, to Ona podczas Mszy świętej rozlewa łaski na dusze, to Ona w pełni pojmuje jej wartość, zawsze u boku Pana Jezusa.
Cóż za tajemnica! Cóż za tajemnica, to zjednoczenie Matki Bożej z Jej boskim Synem, zawsze u Jego boku!
Widzicie, jak cała nasza wiara, nasza religia, nasza miłość obracają się wokół Krwi Pana Jezusa, albowiem wszystko obraca się wokół Krzyża.
Oto, drodzy współbracia, którzy za chwilę zostaniecie przyodziani w pełnię kapłaństwa, w pełnię kapłaństwa Pana Jezusa, oto, w kilku słowach, czego będziecie musieli bronić, co winniście głosić.
Cóż to za zaszczyt i cóż za odpowiedzialność!
Głosić odkupienie słowem i szerzyć je przez sakramenty, głosić mądrość Krzyża: zgorszenie dla żydów i głupstwo dla pogan. Głupstwo, zwłaszcza dzisiaj, dla odstępczego świata, który nie potrafi pojąć, który nie chce pojąć.
Ta mądrość Krzyża jest jedynym antidotum na humanizm, który prowadzi do obojętności, do apostazji. I ten humanizm winniście zawsze mieć na uwadze.
Jak owce między wilkami
Jakiej rady można wam udzielić?
To sprawa tak delikatna, tak poważna, tak wielka – wasza misja; to, co macie czynić – że wolę oddać głos samemu Panu Jezusowi, przytaczając Ewangelię.
Jakiej rady udziela wam dziś Pan Jezus? Jakiej rady udzielał Pan Jezus apostołom, kiedy posyłał ich głosić słowo Boże?
„Oto ja was posyłam jak owce między wilki.”
Owieczka, czyli baranek: przepiękny obraz Pana Jezusa, przepiękny obraz biskupa.
Oznacza to, że musicie wpierw głosić słowo Boże poprzez niewinność waszego życia – to niewinność, czystość waszego życia, waszych obyczajów, nada powagę moralną wszystkiemu, co będziecie głosić.
Być barankiem oznacza także, i przede wszystkim, doskonałą uległość, doskonałe poddanie się woli Bożej. Tak jak Pan Jezus jest nieustannie poddany woli swego Ojca, tak i wy, od dziś w jeszcze wyższym stopniu, musicie zawsze szukać Jego woli.
Baranek Boży i Lew z pokolenia Judy
Lecz nie zapominajcie o jednym: Pan Jezus, który jest Barankiem Bożym, jest także Lwem z pokolenia Judy.
Jak można być zarazem barankiem i lwem?
Otóż Pan Jezus, tak jak jest uległy woli Ojca, to nigdy nie ugina się przed duchem świata. Doskonale służąc Ojcu, siłą rzeczy zderza się z duchem świata, z duchem księcia tego świata.
I podobnie biskup: jeśli jest uległy woli Bożej, to nieustannie domaga się przed światem praw Pana Jezusa, a nie praw człowieka.
Lew nigdy nie ucieka, lew się nie cofa, a nade wszystko lew się nie ugina. Nigdy nie ulegajcie temu światowemu duchowi, nie ustępujcie mu, nie cofajcie się – konsekracja da wam nieodpartą siłę.
Od dziś ludzie, na całym świecie, będą was obserwować, będą was słuchać. Oby za trzydzieści, czterdzieści lat mogli powiedzieć: „Nie ugięli się. Nie zgięli kolan przed tym światowym duchem. Zgięli kolana jedynie przed Panem Jezusem, naszym Królem.”
Oto najpiękniejsza rzecz, jaką będzie można o was powiedzieć po waszej śmierci, najpiękniejsze wspomnienie, jakie możecie po sobie pozostawić.
Roztropność węża
Pan Jezus udziela wam jeszcze innej rady: „Bądźcie prości jak gołębice i roztropni jak węże.”
Dlaczego trzeba być jak wąż? Dlaczego biskup musi być jak wąż?
Chodzi o to, żeby rozeznawać, uchwycić, dostrzec podstęp, dwuznaczność, przebiegłość, które istnieją w świecie i wśród nieprzyjaciół Krzyża. Wasi najgorsi wrogowie nie zaatakują wprost, lecz spróbują skłonić was do stopniowego przyjęcia postawy nieco bardziej „na czasie” wobec wiary, chrześcijańskiego życia, relacji ze światem. Trzeba to sobie uświadomić.
Gdy poczujecie to niebezpieczeństwo, nabierzcie dystansu, módlcie się, obserwujcie, zasięgnijcie rady, oceńcie, pozostańcie w bezruchu zanim zareagujecie, jak wąż. Gdy już będziecie reagować, gdy Duch Święty da wam światło potrzebne do działania, działajcie i nie róbcie kroku wstecz.
Oto, co znaczy być jak wąż: dostrzegać podstęp, dwuznaczność, przebiegłość, które istnieją w świecie, a mówić i głosić niczym gołębice: prosto, bez dwulicowości i bez lęku, bez dwuznaczności, bez niejasności. Dwulicowość, którą musicie rozpoznawać u innych, nigdy nie może być waszą.
Miecz wiary
I cóż jeszcze mówi Chrystus? Co mówi Pan Jezus?
„Brat wyda brata na śmierć i ojciec syna; dzieci powstaną przeciw rodzicom i o śmierć ich przyprawią. Będziecie w nienawiści u wszystkich z powodu mego imienia. Nie lękajcie się tego wszystkiego, nie ma bowiem nic ukrytego, co by nie wyszło na jaw, ani nic tajemnego, co by się nie stało wiadome.”
Nie lękajcie się tego wszystkiego, mówi nam Pan Jezus. Zostawcie działanie mnie, zostawcie sądzenie mnie, Ja sam wkroczę, kiedy zajdzie potrzeba.
Troszczy się tylko o jedno. O co?
„Każdego więc, kto się przyzna do mnie przed ludźmi, przyznam się i ja przed moim Ojcem, który jest w niebie.”
„Nie sądźcie, że przyszedłem przynieść pokój na ziemię. Nie przyszedłem przynieść pokoju, ale miecz.”
Oto słowa Pana Jezusa, które kieruje On do was w sposób szczególny.
Za chwilę, gdy biskup konsekrujący wręczy wam pastorał, Pan Jezus wręczy wam miecz: swój miecz, miecz Ewangelii, miecz wiary. Tylko przez wiarę, i jedynie przez wiarę, można zwyciężyć świat, a świat już jest zwyciężony przez wiarę.
Ten miecz należy od dzisiaj do was w sposób szczególny, a Bóg da wam szczególną siłę, byście nim władali, byście go używali w porę i nie w porę.
„Będą nieprzyjaciółmi człowieka jego domownicy.”
Nie można być zrozumianym przez wszystkich, nie z każdym można się zgodzić.
Czy jest to tragiczne? Czy jest to coś niepojętego? Nie. To prawo Ewangelii, to prawo Krzyża.
Oto rady, jakich Pan Jezus udziela wam dziś poprzez Ewangelię.
Święty Cyryl i abp Lefebvre
Zanim zakończymy, nie możemy pominąć okazji, żeby polecić was tysiącom świętych biskupów, którzy poprzedzili was w historii Kościoła.
Przywołamy dwóch z nich: pierwszy należy do starożytności chrześcijańskiej, drugi jest nam znacznie bliższy.
Pierwszy to święty Cyryl, święty Cyryl Aleksandryjski.
Liturgia mówi o nim najpiękniejszą rzecz, jaką można powiedzieć o biskupie: zelus fidei sollicitus – pełen gorliwości o wiarę. Troszczył się tylko o jedno: o czystość wiary. Cóż za piękna zasada życia dla biskupa! I przeszedł do historii jako wielki obrońca Bożego macierzyństwa Najświętszej Maryi Panny, znienawidzony przez heretyków.
Liturgia dodaje: propter fidem multa perpessus est. I z tego powodu, z powodu swojej troski o wiarę, wiele wycierpiał. Przygotujcie się na to: nie można bronić integralności wiary bez cierpienia.
Był oskarżany o wszelkie zbrodnie, nawet po śmierci; nie wstydził się Pana Jezusa, nie wstydził się Matki Bożej.
Inny biskup, który jest waszym wzorem, bliższy nam, jeszcze niekanonizowany: arcybiskup Marceli Lefebvre, z pewnością on.
O nim także można powiedzieć: zelus fidei sollicitus i multa perpessus. Troszczył się tylko o jedno: o wiarę, i z tego powodu wiele wycierpiał.
Dobrze pojął, jak ta wiara streszcza się we Mszy świętej, w obronie Mszy świętej, w obronie Najdroższej Krwi Pana Jezusa. Cóż za mądrość!
W jaki sposób zdołał, tyle lat temu, określić przyczyny kryzysu z taką jasnością, z taką przenikliwością, z taką siłą?
To mądrość Krzyża; krzyż, który niósł, był źródłem jego mądrości. Dziś, bardziej niż kiedykolwiek, jego duch jest pośród nas, dodaje nam otuchy, modli się za nas, modli się w szczególności za was, wskazuje nam drogę, którą winniśmy zmierzać, prowadzeni tą mądrością Krzyża.
„Uczeń nie przewyższa nauczyciela; wystarczy uczniowi, jeśli będzie traktowany jak jego nauczyciel.”
To także są słowa Pana Jezusa. Otóż trzydzieści osiem lat temu potępiono świętego.
Radujcie się i weselcie
Czy winniśmy spodziewać się czegoś innego? Czy powinniśmy się bać? Czy powinniśmy odczuwać niepokój?
Sprawa jest tak ważna, że jeszcze raz oddaję tu głos samemu Panu Jezusowi – to On wam odpowiada: „Błogosławieni jesteście, gdy wam urągają i prześladują was, i gdy z mego powodu mówią kłamliwie wszystko złe na was” – z powodu mego królowania, z powodu przysługujących mi praw, z powodu mego prawa, z powodu mej wiary, z powodu mych przykazań.
„Cieszcie się i radujcie, albowiem wasza nagroda wielka jest w niebie.”
Dla jego zwolenników nie są istotne wielokrotne i konsekwentne herezje, głoszone przez synodalnych hierarchów, nie są istotne gorszące akty obrazy Najświętszego Sakramentu i zaparcia się wiary w Chrystusa, nie jest istotne zaprzeczenie odwiecznemu Magisterium Kościoła, nie jest istotna herezja papolatrii, uprawiana przez Watykan i synodalistów. Dla nich istotne jest tylko to, aby być posłusznym człowiekowi, formalnie przez nich uznawanemu za pełniącego urząd, niezależnie od tego, co ten człowiek robi.
◊
Obraz tytułowy: Ariusz Heretyk, bohater Kościoła synodalnego LINK
Synagoga ekskomunikuje Kościół
Przeciętny wierny Kościoła katolickiego, również w Polsce zapewne nie zdaje sobie sprawy z wagi tego, co wydarzyło się 2 lipca 2026 r.
W tym dniu Victor Manuel kardynał Fernandez, prefekt Dykasterii Nauki Wiary, prawa ręka drugiego już papieża synodalnego Leona XIV podpisał dekret i notę wyjaśniającą, dotyczącą czterech konsekracji biskupich, dokonanych 1 lipca 2026 r. w Econ, w strukturach Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X. Dokument określa to wydarzenie jako czyn o charakterze schizmatyckim, a jego uczestników jako obłożonych ekskomuniką latae sententiae, czyli mocą samego prawa kanonicznego. Watykan poszedł daleko w swoich sankcjach, stwierdził bowiem stan ekskomuniki u wszystkich biskupów i kapłanów Bractwa, a także wszystkich wiernych, związanych formalnie z Bractwem.
Co do tego ostatniego punktu, jego zakres z pewnością dopiero będzie interpretowany, i może tu być zastosowana wykładnia zawężająca ekskomunikę tylko do świeckich, funkcjonujących formalnie w Bractwie, np. tercjarzy, lub rozszerzająca na wszystkich słuchających mszy w kaplicach Bractwa. Sądzę, że zostanie tu zastosowana formuła stalinowska – po rewolucji walka klas się zaostrza, widać bowiem, że synodaliści z Watykanu zdecydowali się na frontalny konflikt, dążąc do rozbicia Bractwa i pozbawienia go wiernych.
Czy tak się stanie, należy wątpić, sądzę, że będzie odwrotnie, że Watykan będzie teraz postrzegany jak Gwiazda Śmierci synodalnego Imperium, i coraz więcej wiernych przyciągać będzie romantyczna aura bojowników za wiarę, prześladowanych przez coraz bardziej skostniały reżim. Jak jednak jest w istocie – tu będą dwa sprzeczne stanowiska, zwolennicy Watykanu będą twierdzić, że Bractwo znalazło się poza Kościołem, a zwolennicy Bractwa, że nie ma schizmy ani stanu ekskomuniki, a Watykan się myli, powołując się na analogiczny stan, który zaistniał w 1988 r.
Jak jednak jest naprawdę, to zostanie w przyszłości rozstrzygnięte autorytatywnie, na dziś jednak wymaga od wiernych chociaż minimum własnego rozumu i wolnej woli. Jeśliby uznać argumentację Watykanu, że Bractwo złamało obowiązek posłuszeństwa wobec papieża i prawo kanoniczne, co spowodowało automatyczną schizmę i ekskomunikę, to należałoby zacząć traktować Bractwo jako kolejną grupę odłączoną od Kościoła, podobnie, jak prawosławnych. Ale to właśnie te wszystkie grupy odłączone: heretyckie i schizmatyckie są przez Watykan radośnie witane w Kościele, podobnie, jak obce religie, z islamem włącznie i z talmudycznym judaizmem na czele.
Synodalni hierarchowie odprawiają serdeczne spotkania, na przykład niedawna wizyta kobiety, podającej się za arcybiskupa Canterbury, głowę Kościoła anglikańskiego, gdzie była wspólna modlitwa i błogosławieństwo tej pani, przyjęte przez papieża. Do kościołów spraszani są pastorzy zielonoświątkowi i wszyscy inni na wspólne ceremonie uwielbienia i wylania ducha, popierają to biskupi i uczestniczą księża. Urządzane są dni islamu i dni judaizmu, cóż więc stoi na przeszkodzie, aby dołożyć jeszcze dni katolicyzmu, i potraktować Bractwo choćby tak serdecznie, jak Żydów lub panią niby-biskupkę? Albo ogłosić taką samą inkluzję dla Bractwa, jak dla sodomitów i ludzi w grzechach, z którymi Kościół synodalny jest w komunii?
W przypadku tych wszystkich grup, z którymi synodalny Watykan i jego akolici chcą być w połączeniu jest różnica istotowa w stosunku do Bractwa. Bractwo uznaje zwierzchność Papieża jako wikariusza Chrystusa, uznając także jego jurysdykcję we wszystkich kwestiach, które nie są sprzeczne z Objawieniem. Natomiast wszystkim innym Objawienie pozostaje nieznane, obojętne lub wrogie, ale oni nie wchodzą w komunię z Papieżem i Kościołem katolickim, lecz w sitwę z kolejnym przywódcą religijnym, nazywającym się papieżem, reprezentującym Kościół synodalny. Tenże Kościół ma już swoje własne objawienie i własne magisterium, zaczynające się od Soboru Watykańskiego II. Większość obecnych tam ojców soborowych nie zdawała sobie sprawy z wagi momentu historycznego, było to bowiem wrogie żydomasońskie przejęcie władzy w Kościele katolickim i inauguracja nowego procesu, który od samego początku miał zamienić Kościół katolicki w Kościół synodalny, czyli przywrócić żydowską Synagogę, czyli ustanowić antykościół Lucyfera. Waga tamtego momentu ukazuje się nam dopiero dziś, po pontyfikacie Franciszka, Synodzie o synodalności, deklaracji Fiducia Supplicans i wielu innych dokumentach i aktach faktycznych. Dzięki zaś deklaracji Dykasterii Nauki Wiary, wydanej dnia 2 lipca 2026 r. Kościół synodalny dokonał ważnego aktu oddzielenia się od Kościoła katolickiego.
Aktów faktycznych, które wyraźnie wskazywały, że Watykan nie jest już katolicki było multum, szczególnie za papieża Franciszka. Jego pontyfikat historia Kościoła zapewne zapamięta jako czas Wielkiej Tranzycji. Natomiast Leon XIV, niedługo po pierwszej rocznicy swojego pontyfikatu dokonał formalnie tego, czego wcześniej można było się tylko domyślać – ekskomunikował Watykan, a właściwie poprzez dokument kardynała Fernadeza stwierdził ekskomunikę Kościoła synodalnego. Akt ten wydany został błyskawicznie i jest bardzo zdecydowany, co znaczy, że był już gotowy wcześniej i Watykan nie miał żadnych wątpliwości, co musi uczynić.
Należy być wdzięcznym kardynałowi Fernandezowi i papieżowi Leonowi za tak jawne postawienie sprawy, tak samo, jak powinniśmy być wdzięczni kardynałowi Rysiowi za jego list Komisji Episkopatu Polski o Żydach. Wszystko bowiem staje się jasne: Kościół synodalny nie jest Kościołem katolickim, lecz Synagogą szatana, w której miejsce jest dla wszystkich bez szczególnych zasług, jak w piekle, wystarczy tylko posłuszeństwo wobec władzy doczesnej, którą reprezentuje obecny Watykan. Dla jego zwolenników nie są istotne wielokrotne i konsekwentne herezje, głoszone przez synodalnych hierarchów, nie są istotne gorszące akty obrazy Najświętszego Sakramentu i zaparcia się wiary w Chrystusa, nie jest istotne zaprzeczenie odwiecznemu Magisterium Kościoła, nie jest istotna herezja papolatrii, uprawiana przez Watykan i synodalistów.
Dla nich istotne jest tylko to, aby być posłusznym człowiekowi, formalnie przez nich uznawanemu za pełniącego urząd, niezależnie od tego, co ten człowiek robi. Oto mamy nową herezję, równoznaczną z apostazją: serwilizm, łączący w sobie modernizm jako ściek wszelkich herezji, papolatrię jako ślepe posłuszeństwo doczesnej władzy papieża i zaparcie się Chrystusa na rzecz nowej wiary, ciągle aktualizowanej i podawanej do wierzenia przez Watykan.
Przyszło nam żyć w ciekawych czasach, i ja bardzo to sobie chwalę, mamy bowiem wyjaśnionych wiele wątpliwości, więc jeśli ktoś używa rozumu i ma wolę niespętaną herezją serwilizmu, ten wie, co powinien robić. Przy synodalnym stole ofiarnym, na którym będzie składana nowa ofiara dla szatana będzie miejsce dla wszystkich religii i denominacji i dla wszystkich ludzi, niezależnie od stanu ich sumień i sytuacji moralnej. Oto wymarzona religia masonów, religia ludzkości, łącząca wszystkich bez różnicy wyznań. Oto wymarzona wiara Żydów dla gojów, religia siedmiu praw noachitów. Do stołu ofiarnego tej religii zostają zaproszeni wszyscy, ze świętokradczym użyciem imienia Jezusa. Nie będzie tam miejsca tylko dla jednej wiary, jednego Kościoła i jednej grupy ludzi: wiary w prawdziwego Jezusa Chrystusa, Kościoła katolickiego i katolików.
Problemu nie mają wierni Bractwa, ale wszyscy pozostali, czy przyłączyć się do żydo-masońskiej Synagogi, która prowadzi do szatana, czy do prawdziwego Kościoła Chrystusa. Katolicy zaś mogą spodziewać się zastraszania i obelg, a nawet prób prawnych zakazów działalności Bractwa, które Kościół synodalny będzie próbował wymusić na władzach świeckich. Katolicy powinni już teraz mentalnie przygotować się do stawienia oporu wobec prześladowań, bo Kościół synodalny nie odpuści, zbyt ważna to sprawa dla Watykanu, który zrobi wiele, aby Bractwa nie było w ogóle. Wierni katolicy już teraz powinni planować nie tylko pokorną modlitwę w intencji nawrócenia papieża i biskupów na prawdziwą wiarę, ale zorganizowany ruch krucjatowy, który przywróci łączność Watykanu z Kościołem Chrystusa. Teraz Bractwo ma misję, wyrwać jak najwięcej dusz z objęć Synagogi aby przywrócić je do Eklezji.
„A któryż z was ojca prosi o chleb, zali mu da kamień? Abo o rybę, izali miasto ryby poda mu węża? Abo jeśliby prosił o jaje, izali mu poda niedźwiadka? Jeśliż tedy wy, będąc złymi, umiecie dawać dobre datki dzieciom waszym, jakoż daleko więcej Ojciec wasz z nieba da ducha dobrego tym, którzy go proszą” (Łk 11, 11–13).
Ojcze Święty!
Zawiadomienie o decyzji podjętej przez Stolicę Apostolską wobec Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X, podpisane przez Jego Eminencję kard. Fernándeza, dotarło do nas i stało się już publicznie znane.
Wydaje się nam, że ta decyzja po raz kolejny rzuca światło na niezwykle tragiczny kontekst, w jakim znajduje się Kościół powszechny. To, co Bractwo św. Piusa X czyniło i nadal czynić będzie, nie jest niczym innym jak rozwiązaniem w ostateczności dla ratowania dusz pośród doktrynalnego i moralnego zamętu, w jakim pogrążony jest Kościół. W żadnym wypadku nie pretendujemy do zastępowania Kościoła i nie mamy innej ambicji, jak tylko pozostać Mu wiernymi.
W sumieniu nie uznaliśmy, że możemy uchylać się od moralnego obowiązku jaki mamy wobec dusz, jak już wyjaśnialiśmy Waszej Świątobliwości zarówno prywatnie, jak i publicznie.
Prosiliśmy o chleb – to znaczy o odrobinę zrozumienia dla szczerego przypadku sumienia, o ojcowski gest nie tyle wobec Bractwa św. Piusa X, ile wobec dusz – obiecując uczynić z nich prawdziwych synów Kościoła rzymskiego. Niestety, otrzymaliśmy kamień.
Prosiliśmy o rybę – to znaczy o możliwość czasowego uzyskania środków koniecznych do dalszego formowania dobrych kapłanów, aby mogli oni kontynuować swą misję przybliżania duszom Pana Jezusa. Niestety, otrzymaliśmy węża.
Prosiliśmy o jajko, obiecując zwrócić je, gdy tylko będzie to możliwe. Święta Tradycja, którą zachowujemy w duszach, należy bowiem do Kościoła, naszej Matki – a nie do Bractwa św. Piusa X – i jesteśmy pewni, że pewnego dnia jakiś papież zechce się nią posłużyć dla dobra Kościoła powszechnego. Niestety, otrzymaliśmy skorpiona.
Prosiliśmy, żeby nas nauczano i utwierdzano w wierze wszech czasów. Zamiast tego po raz drugi zostaliśmy ogłoszeni schizmatykami.
Mimo sankcji, które w nas uderzają, Bractwo św. Piusa X szczerze odnawia obietnicę, którą już wcześniej złożyło Waszej Świątobliwości. Proszę pozwolić, że przytoczę tu swobodnie to, co już wcześniej wyraziłem:
„Bractwo obiecuje Waszej Świątobliwości […] poświęcić wszystkie swe siły, żeby strzec Tradycji i oddawać ją na służbę Kościoła. Czyniąc to, Bractwo św. Piusa X nie poprzestaje na zachowaniu starych zwyczajów; sprzyja powołaniom kapłańskim i zakonnym, rodzinom wielodzietnym i głęboko chrześcijańskim, i te powołania i rodziny zachowuje; jednym słowem – wszystko to, co objawia żywotność Kościoła, łaski i wiary katolickiej. Naszym zamiarem nie jest ofiarowanie Kościołowi muzeum dawnych rzeczy, lecz integralnej Tradycji – płodnej, będącej źródłem życia duchowego, wcielonej i przeżywanej w duszach.
[…] Jestem pewien, że pewnego dnia Wasza Świątobliwość lub jeden z Jej następców będziecie mógł i zechce skorzystać z tej posługi, której sprawowanie w Kościele i dla Kościoła stanowi jedyny powód naszego istnienia”. (list osobisty, skierowany do Jego Świątobliwości z 21 listopada 2025 r.)
Przede wszystkim jednak Bractwo św. Piusa X obiecuje dziś Waszej Świątobliwości, że nie przyjmie tych nowych sankcji – obiektywnie niesprawiedliwych i nieważnych – w zgorzkniałości ani buncie.
Ostatnie potępienia, podobnie jak te z przeszłości, dotykają nas w tym, co mamy najdroższego: w naszym przywiązaniu do naszej Matki, Kościoła rzymskiego. Jednakże nawet w tej próbie wszystko powinno przyczyniać się do dobra dusz i samego Kościoła. Dlatego potępienia te pobudzają nas do jeszcze większej miłości do Kościoła świętego i do niesienia mu pomocy ze wszystkich naszych sił, bardziej niż kiedykolwiek. Z tego samego powodu Bractwo św. Piusa X ochoczo ofiaruje cierpienie spowodowane nowymi sankcjami za dobro Kościoła powszechnego i Waszej Świątobliwości.
Jesteśmy pewni, że pewnego dnia Wasza Świątobliwość lub jeden z Jej następców zechce uczynić swoim program świętego Piusa X: „Wszystko odnowić w Chrystusie” – Instaurare omnia in Christo.W tym dniu Ojciec Święty odkryje w Bractwie św. Piusa X nie zbiorowisko węży i skorpionów, lecz małą armię lojalnych synów, gotowych na wszystko, by wesprzeć Papieża w dziele odnowy wszystkich rzeczy w Chrystusie Panu oraz żeby wobec całej ludzkości upominać się o niezbywalne prawa Chrystusa Króla nad wszystkimi duszami i nad wszystkimi narodami.
W tym dniu Ojciec Święty odkryje z wielką radością i głęboką pociechą autentycznie katolickie dusze, których więź z Kościołem nigdy nie opierała się na ruchomych piaskach dwuznacznego dialogu, lecz na skale Piotrowej wiary.
Prosimy Najświętszą Dziewicę Maryję, by przyśpieszyła nadejście tego dnia, a przede wszystkim życzymy Waszej Świątobliwości, żeby jak najszybciej zaznał tej radości i pociechy.
W oczekiwaniu na to, proszę, jeśli Wasza Świątobliwość może, mimo swojej niedawnej decyzji, pobłogosławić nas jako swoich synów. Dla nas nic się nie zmieniło i nigdy się nie zmieni.
Z ufnością w opatrzność Bożą, której nic nie umyka i która czyta aż do głębi serca każdego człowieka, zapewniam Waszą Świątobliwość o moim synowskim oddaniu w Panu.
ks. Dawid Pagliarani FSSPX, przełożony generalny Écône, dn. 3 lipca 2026 r.
Kazanie przez Fr. Davide Pagliarani, Przełożony Generalny Bractwa Świętego Piusa X, wygłosił z okazji konsekracji biskupich, które odbyły się w Écône w dniu 1 lipca 2026 r.
Pełny tekst kazania
W imię Ojca, i Syna, i Ducha Świętego. Amen.
Wasze Ekscelencje, drodzy współbracia, drogie siostry, bardzo drodzy wierni,
W końcu nadszedł ten dzień. Jaką radość jest widzieć tak wielu z was, którzy przybyli z czterech zakątków świata!
Przede wszystkim pragnę podziękować za hojność wszystkich tych, którzy przygotowali ten dzień; wszystkim, którzy przygotowali go materialnie z nabożeństwem; wszystkim współbraciom, którzy przygotowali serca, umysły i intelekty na ten dzień; i wszystkim, którzy dołożyli starań, aby przybyć tu jako pielgrzymi, w tym dniu, który z pewnością jest historyczny.
Przejaw wiary
Jakie jest znaczenie tego dnia, właśnie? Dlaczego tu jesteśmy? Jak mamy zrozumieć te konsekracje?
Te konsekracje są wydarzeniem dzielącym, przed którym nie można pozostać obojętnym. Co to oznacza dla nas?
Po pierwsze, ta ceremonia musi być przejawem wiary. To bardzo ważne.
Nie wybieramy tego, w co musimy wierzyć lub w co nie wierzymy; nie możemy modyfikować, reinterpretować ani ponownie tego rozważać; nie możemy tego zrobić. Mówiąc najprościej, mamy obowiązek zachować wiarę, której Kościół zawsze nauczał; musimy ją kochać, musimy żyć według niej i musimy ją przekazywać.
Jeśli naprawdę kochamy naszego Pana, mamy obowiązek dzielić się tymi dobrami, które przychodzą do nas przede wszystkim przez wiarę. Kto bowiem nie ma tego pragnienia przekazywania Wiary, jest znakiem, że on sam już nie żyje przez Wiarę. Im bardziej wiara jest atakowana, tym bardziej znika, tym bardziej ten obowiązek staje się pilny, ponieważ bez Wiary nie można podobać się Bogu, nie można żyć dobrze, nie można być zbawionym. A dziś podejmujemy wyjątkowe środki, proporcjonalne do tej konieczności.
Fałszywy dylemat: wiara czy Kościół
Niektórzy mogą uznać, że mamy do czynienia z dylematem. Wybieramy integralną wiarę, ale oddzielamy się od Kościoła. Bylibyśmy w trakcie wyboru między wiarą a Kościołem. Aby zachować wiarę, czy zrywamy z Kościołem?
To jest fałszywy dylemat.
Należymy przede wszystkim do Kościoła przez Wiarę, przez integralne wyznanie Wiary, przez integralne wyznanie Wiary Kościoła. Tak jak należymy do narodu, ponieważ mówimy tym samym językiem, ponieważ mamy tę samą tożsamość i tę samą kulturę; tak jak należymy do rodziny, ponieważ nosimy to samo imię, ponieważ żyjemy w tym samym domu; podobnie, należymy do Kościoła, ponieważ wyznajemy tę samą wiarę.
Jest to zatem fałszywy dylemat, do którego nie możemy wejść, ponieważ nie możemy wybierać między wiarą a Kościołem; nikt nie może wybrać. Chcemy, aby wiara Kościoła pozostała w Kościele. Chcemy Kościoła przez wiarę, wiarę.
Bardzo ważne jest, aby to zrozumieć, nawet jeśli ci, którzy są z nami twarzą, nie chcą tego zrozumieć. Wszystko to nie jest kwestią opinii, nie jest to kwestia osobistej wrażliwości, ani opcji: jest to konieczność.
Zarzuca się nam, że nie kochamy papieża, oskarża się nas o to, że go nie szanujemy. Ale właśnie dlatego, że kochamy papieża, szczerze, jako Wikariusza Chrystusa, jako głowy Kościoła, nie chcemy już widzieć papieża upokorzonego w towarzystwie fałszywych pasterzy, przedstawicieli fałszywych religii. Ile razy widzieliśmy to przez te wszystkie lata?
To dlatego, że kochamy Wikariusza Chrystusa, nie życzymy już tego upokorzenia dla papieża, upokorzenia, które spada na cały Kościół, traktowane na równi z fałszywymi religiami.
Mówimy językiem wiary
But then, we have explained all of this many times. We have explained it in almost every language that exists on the face of the earth.
Why are we not understood? Why, fundamentally, do we speak different languages?
Mówimy językiem Wiary, chcemy Wiary w całej jej prostocie; nie jest to skomplikowane. Credo nie jest skomplikowane; wyznanie wiary, które właśnie uczynili przyszli biskupi, nie jest skomplikowane; każdy może to zrozumieć.
Mówimy językiem wiary, językiem Tradycji. A przed nami mamy do czynienia z językiem, który działa na innym poziomie, który mówi o innych rzeczach. Jest to język włączania, słuchania, dialogu i akompaniamentu.
Chcemy wiary. A potem, w Wierze, towarzyszymy ludziom. Słuchamy ludzi w Wierze, aby doprowadzić ich do Wiary i nawrócić ich.
Aby je nawrócić, musimy przestać mówić po prostu dla dobra mówienia; towarzyszenie im nie wystarczy. Nie tego potrzebują mężczyźni. Ludzie potrzebują naszego Pana, a nasz Pan jest znany, przychodzimy do Niego przez Wiarę i przez integralną wiarę katolicką; jest tylko jedna.
Dlatego jest taka trudność w zrozumieniu siebie nawzajem. Niestety mówimy różnymi językami i językami, które niestety z czasem coraz bardziej się rozpadają.
Najwyższe Prawo Boże: Zbawienie Dusz
We also live these consecrations in hope.
We do not live them in controversy, nor in tension, nor in bitterness, nor in resentment. We live these consecrations in joy and in hope.
Why?
In 1988, those who condemned the Society foresaw its dissolution. Providence had another plan. Why did Providence have another plan? Your presence here today demonstrates it. God has not abandoned us, and God will not abandon us. All these years have shown it, and these consecrations show it once again.
Ale dlaczego Bóg nigdy nie może nas porzucić?
Odpowiedź jest bardzo prosta. Bóg ma tylko jeden pomysł, tylko jedno pragnienie, tylko jedna wola: to jest zbawić dusze. Jeśli jest ktoś, kto stosuje do litery zasadę, że najwyższe prawo jest zbawieniem dusz, to jest to sam Bóg. To jest Jego prawo i On zawsze stosuje go do listu.
Dlatego, wbrew wszelkiej wyobraźni i wszelkim ludzkim oczekiwaniom, aby zbawić dusze, posłał swojego Syna. Prosił Jego Syna, aby stał się wcielony i umarł na krzyżu.
Dlaczego?
Ponieważ najwyższe prawo, prawo Boże, jest zbawieniem dusz. Dlatego Bóg nas nie porzucił i nie porzuci; On zawsze zapewni nam środki proporcjonalne do naszych potrzeb.
Jeśli dzieło Odkupienia może napotkać przeszkody ze strony ludzi, nigdy nie napotka przeszkód ze strony Boga. Ale im bardziej cierpimy, tym bardziej walczymy, tym bardziej staramy się być wierni Jemu, tym bardziej On jest z nami, a On pokazuje nam to.
Czasami słabniemy, możemy mieć wątpliwości, możemy się zniechęcać. Ale obietnice naszego Pana są nieomylne; On zawsze je dotrzymuje. A dziś daje nam na to dowód.
Jeśli nadal będziemy szukać woli Bożej, dobra dusz, bez względu na koszty, nigdy niczego nam nie zabraknie.
Służyć Kościołowi jako Matka
Ale przede wszystkim te poświęcenia muszą być rozumiane i przeżywane w duchu miłości: miłości wobec dusz i miłości przede wszystkim wobec Kościoła. Im więcej dusz jest zdezorientowanych i zdezorientowanych, tym bardziej musimy ich szukać, tym bardziej musimy je wspierać.
Im bardziej Kościół jest niezdumiany, tym bardziej przesądza się blask jego boskości, tym bardziej musimy go kochać, musimy jej służyć i musimy być gotowi zapłacić wszelką cenę, aby służyć Kościołowi.
The greatest of the sacrifices that God can ask of us is that of being treated as rebels, when we want to serve and love the Church as a Mother. What a sacrifice God asks of us: to be treated as rebels, to be considered as rebels!
Chcemy jej służyć jako Matka. Matka w trudnej sytuacji, przytłoczona, cierpiąca; Matka, która jest czasami zdradzana; Matka, która potrzebuje i zasługuje na to, że jej pomagamy, że robimy coś w imię wszystkiego, co nam dała.
Wszystko, co otrzymaliśmy, otrzymaliśmy przez Kościół, w Kościele. Wiara, której pragniemy dziś dać świadectwo i którą chcemy żyć, przychodzi do nas z Kościoła.
To właśnie w imię tego, co od Niej otrzymaliśmy, i to właśnie w imię tego, czym ona jest — Oblubieńcem Chrystusa, Jego Mistycznym Ciałem — właśnie w imię tego wszystkiego musimy czynić to, co jest możliwe, w jak największym stopniu, aby jej pomagać i wspierać.
Czy moglibyśmy pozostać obojętni, nic nie robić? „To nie nasz problem”? Nie o to nas prosi. Czy społeczeństwo może pozostać obojętne? Nie. Nie. Byłoby to zdradą Kościoła, którym byłoby brak miłości; nie możemy tego zrobić.
Najcenniejsza krew, jedyne lekarstwo
Powstaną pytania, a dzisiejsze święto, święto Najdroższej Krwi, opatrznościowo wyraża i doskonale podsumowuje znaczenie tych konsekracji. To święto pozwala nam przywrócić wszystko do jednego punktu: Krwi naszego Pana, Najdroższej Krwi naszego Pana.
Kto nie zna Najdroższej Krwi naszego Pana, kto jej nie kocha, kto jej nie uwielbia, nie zna Pana naszego, nie zna Odkupienia. A kto nie zna naszego Pana, nic nie wie i nic nie rozumie.
Najcenniejsza krew jest jedynym lekarstwem, jedynym, pierwszym i ostatnim, dla wszystkich zła, które dotyka ludzkość.
Dlaczego?
Ponieważ wszelkie zło pochodzi z grzechu, a lekarstwem na grzech jest Najcenniejsza Krew naszego Pana.
Egzaltacja człowieka
Wszelkie zło pochodzi z grzechu i od jednego szczególnego grzechu, na który zwracam waszą uwagę. Ten grzech jest zawsze taki sam, od początku ludzkości aż do dzisiaj: jest to wywyższenie człowieka. Jesteśmy nasyconi, jesteśmy dosłownie wszędzie nasyconi tym wywyższeniem człowieka.
Człowiek, który jest zupełnie wspaniały, człowiek, który jest doskonały, człowiek, który jest zadziwiający, człowiek, który rzekomo posiada nieskończoną godność… W rzeczywistości wszystko to prowadzi do dumy. I, w dłuższej perspektywie, prowadzi do pogardy dla Boga i do odstępstwa, do milczenia odstępstwa. Stąd to się bierze.
Im bardziej człowiek jest wywyższony w szalony, fanatyczny sposób, tym bardziej, ostatecznie, jest oddalony od Boga, i jest oddalony od swojej doskonałości i swojego prawdziwego dobra; jest to katastrofa. Człowiek, pełen praw, pełen siebie, niezdolny do zwrócenia się ku Bogu, niezdolny do uznania, że jest zraniony przez grzech i że potrzebuje Odkupienia. On potrzebuje naszego Pana, potrzebuje Jego Najdroższej Krwi.
To jest wielkie zło dzisiaj, całej historii: zło, które obejmuje wszystkich innych. Ta plaga jest plagą, obsesyjną ideą, która, trzeba ją uznać, wnika głęboko nawet w Kościół. Ta plaga sprawia, że ludzie są ślepi; paraliżuje dusze. To nie jest to, co sprowadza dusze z powrotem do Boga.
Głoszenie Mądrości Krzyża
Cóż, chcemy zrobić coś przez te poświęcenia; chcemy nadal głosić Najcenniejszą Krew Naszego Pana i chcemy nadal, w pewien sposób, wylewać ją na dusze.
To właśnie w tej Krwi Nasz Pan znajduje Swój Kościół, Nowe i Wieczne Przymierze, jest tylko jedno. Kto myśli, że są dwa, albo że są trzy, w rzeczywistości nie wierzy już w nieskończoną i wyjątkową wartość Krwi naszego Pana.
Mówiąc o wartości Najcenniejszej Krwi naszego Pana, nie możemy zapomnieć, skąd pochodzi. Został on uformowany, wytworzony, dostarczony w najczystszej krwi Matki Bożej; to Matka Boża daje Słowo Jego człowieczeństwo w całości, to właśnie w Jej najczystszej, najbardziej nieskazitelnej krwi kształtuje się Krew Naszego Pana; to ona ofiaruje ją z Naszym Panem dla naszego odkupienia.
Ona jest tym, który go oferuje; jest pierwszą, która widzi, jak wypływa z ran naszego Pana, widzi, że biegnie pod lasem krzyża, jest tym, który gromadzi go u stóp Krzyża, jest tym, który nadal trzyma go dzisiaj przy ołtarzu, jest tym, który podczas Mszy wylewa łaski na dusze, jest tym, który w pełni chwyta swoją wartość i zawsze obok naszego Pana.
Co za tajemnica! Co za tajemnica, to powiązanie Matki Bożej z Jej Boskim Synem, zawsze u Jego boku!
Zobacz, jak cała nasza Wiara, nasza religia i nasza miłość obracają się wokół Krwi Naszego Pana, ponieważ wszystko kręci się wokół Krzyża.
Tutaj masz to, drodzy współbracia, którzy mają być przyobleczeni w pełnię kapłaństwa w ciągu kilku chwil, pełnię kapłaństwa naszego Pana, tam macie, w kilku słowach, to, co trzeba będzie bronić, co będzie musiało być głoszone.
Co za zaszczyt i jaką odpowiedzialność!
Głosić Odkupienie słowem i szerzyć je przez sakramenty; głosić mądrość krzyża: przeszkodę dla Żydów i szaleństwo dla pogan. Szaleństwo, zwłaszcza dzisiaj, dla odstępczego świata, który nie może zrozumieć i nie chce zrozumieć.
Ta mądrość krzyża jest jedynym antidotum na ten humanizm, który prowadzi do obojętności, do odstępstwa. Zawsze musisz trzymać ten humanizm w zasięgu wzroku.
Jak Jagnięta Wśród Wilków
A jakiej rady można Ci dać?
Twoja misja, to, co zamierzasz zrobić, jest tak delikatne, tak ważne, tak wielkie, że wolałbym pozwolić, aby sam Nasz Pan mówił, cytując Ewangelię.
Jaką radę daje ci dzisiaj Nasz Pan? Jaką radę dał Apostołom Nasz Pan, kiedy posłał ich do głoszenia?
„Oto posyłam was jako baranki wśród wilków.
Baranek: bardzo piękny obraz naszego Pana, bardzo piękny obraz biskupa.
Oznacza to, że musisz najpierw głosić przez niewinność swojego życia; jest to niewinność, czystość twojego życia, twojej moralności, która da autorytet moralny wszystkiemu, co będziesz głosił.
Bycie barankiem oznacza również, a przede wszystkim doskonałą uległość, doskonałe poddanie się woli Boga. Tak jak nasz Pan jest stale poddany woli Jego Ojca, tak i wy, na mocy jeszcze wyższej godności od dzisiaj, musicie zawsze szukać Jego woli.
Baranek Boży i Lew Judzki
Ale nie zapominajcie o jednej rzeczy: nasz Pan, który jest Barankiem Bożym, jest także Lwem Judzkim.
Jak można być zarówno jagnięciną, jak i lwem?
Dzieje się tak dlatego, że Nasz Pan, tak jak On jest doskonale posłuszny woli Ojca, tak On nigdy nie ugina się przed duchem świata. Aby doskonale służyć Ojcu, On koniecznie wchodzi w konflikt z duchem świata, z duchem księcia tego świata.
I podobnie biskup: tak jak On jest posłuszny woli Bożej, tak nieustannie zapewnia przed światem prawa naszego Pana, a nie prawa człowieka.
A lew nigdy nie ucieka, lew się nie cofa, a przede wszystkim lew nie ugina się. Nigdy nie naginaj się przed tym duchem świata, nie ruszaj się, nie wycofuj się; poświęcenie da ci nieodpartą siłę.
Od dzisiaj, na całym świecie, są ludzie, którzy cię obserwują, słuchają. Za trzydzieści, czterdzieści lat muszą umieć powiedzieć:
„Nie ugięli się. Nie zgięli kolana przed tym duchem świata. Zgięli kolano tylko przed naszym Panem Królem”.
To najpiękniejsza rzecz, jaką można by o tobie powiedzieć po śmierci, najpiękniejsze wspomnienie, jakie można zostawić.
Mądrość węża
A Nasz Pan daje ci jeszcze jedną radę:
„Bądźcie więc mądrzy jak węże i proste jak gołębie”.
Dlaczego ktoś musi być jak wąż? Dlaczego biskup musi być jak wąż?
Jest w celu rozeznania, zrozumienia i wykrycia dwulicowości, dwuznaczności i przebiegłości, które istnieją w świecie i wśród wrogów Krzyża. Twoi najgorsi wrogowie nie zaatakują cię czołowo; będą próbowali sprawić, abyś stopniowo wślizgnął się w postrzeganie wiary, życia chrześcijańskiego i stosunków ze światem, który jest nieco bardziej aktualny. To trzeba zrozumieć.
Kiedy wyczuwasz to niebezpieczeństwo, cofnij się, módl się, obserwuj, szukaj porady, oceniasz, pozostajesz w miejscu przed reakcją, jak wąż. Kiedy reagujesz, kiedy Duch Święty daje ci niezbędne światło do działania, czyń to i nigdy nie wracaj.
To właśnie oznacza być jak wąż: pojąć dwulicowość, dwuznaczność i przebiegłość, które istnieją na świecie, i mówić, głosić jak gołębie: po prostu, bez dwulicowości i bez strachu, bez dwuznaczności, bez dwuznaczności. Dwulicowość, którą musisz rozeznać w innych, nigdy nie może być twoją własnością.
Miecz wiary
A co jeszcze mówi Jezus? Co mówi Nasz Pan?
„Brat wyda swego brata, ojca, jego dziecko, i będziesz znienawidzony przez wszystkich przeze Mnie, z powodu Mojego imienia. Nie bójcie się tego wszystkiego, bo nie ma nic ukrytego, co nie zostanie ujawnione, nic tajnego, co nie będzie poznane.
„Nie bójcie się tego wszystkiego” – mówi nam nasz Pan. Pozwólcie Mi działać, pozwólcie Mi osądzać; Ja sam będę interweniował, gdy będzie to konieczne.
Ma tylko jedną troskę. Co to jest?
„Każdy zatem, kto wyzna Mnie przed ludźmi, wyznam go również przed Moim Ojcem, który jest w niebie.”
Każdy człowiek, który uzna Moje prawa, Moją boskość, Mój Kościół, Moją Wiarę.
„Nie myślcie, że przyszedłem, aby posłać pokój na ziemię: przyszedłem nie po to, by posłać pokój, lecz miecz.”
Są to słowa naszego Pana, które On zwraca się do was w szczególności.
W kilku chwilach, kiedy biskup konsekrujący da ci croziera, Nasz Pan da ci miecz: Jego miecz, miecz Ewangelii, miecz wiary. To dzięki Wierze i tylko dzięki Wierze można zwyciężyć świat, a świat został już przezwyciężony przez Wiarę.
Ten miecz, od dzisiaj, należy do was w szczególny sposób, a Bóg da wam szczególną siłę, abyście go dzierżyli, bycie nim używali w sezonie i poza sezonem.
„A wrogowie człowieka będą z jego własnego domu.”
Nie można być zrozumianym przez wszystkich; nie można się ze wszystkimi zgodzić.
Czy to jest tragedia? Czy to coś niezrozumiałego? Nie. Nie. Jest to prawo Ewangelii, jest to prawo krzyża.
To są rady, które nasz Pan, przez Ewangelię, daje wam dzisiaj.
Święty Cyryl i arcybiskup Lefebvre
I, zanim się podsumujemy, nie możemy dziś zapomnieć, abyście pochwalili wszystkich tysięcy świętych biskupów, którzy poprzedzili was w całej historii Kościoła.
Wspomnimy o dwóch z nich: jednym, który należy do chrześcijańskiej starożytności i jednym, który jest nam znacznie bliżej.
Pierwszy to święty Cyryl, święty Cyryl z Aleksandrii.
Liturgia mówi o nim najpiękniejszą rzecz, jaką można powiedzieć o biskupie: zelus fidei solilicitus. Miał tylko jedną troskę: czystość wiary. Co za piękna zasada życia biskupa! I przeszedł do historii jako wielki obrońca boskiego macierzyństwa, znienawidzony przez heretyków.
Liturgia dodaje: propter fidem multa perpessus est. A z tego powodu, z powodu jego troski o wiarę, bardzo cierpiał. Przygotujcie się na to: nie można bronić Wiary w całości bez cierpienia.
Został oskarżony o każdą zbrodnię; nawet po śmierci nie wstydził się naszego Pana, nie wstydził się Matki Bożej.
Kolejny biskup, który jest twoim wzorem, bliżej nas, jeszcze nie kanonizowany: abp Lefebvre, z pewnością.
Z niego można też powiedzieć: zelus fidei solilicitus et multa perpesus. Miał tylko jedną troskę: to była sama Wiara i, za to, bardzo cierpiał.
Wiarę tę, widział wyraźnie, jak jest podsumowana w Mszy Świętej, w obronie Mszy Świętej, Najdroższej Krwi naszego Pana. Jaka mądrość!
Jak udało mu się, tak wiele lat temu, uchwycić przyczyny kryzysu z taką jasnością, takim wglądem, taką siłą?
To mądrość krzyża; krzyż, który niósł, był źródłem jego mądrości. Dzisiaj, bardziej niż kiedykolwiek, jego duch jest wśród nas, zachęca nas, modli się za nas, modli się za was w szczególności, wskazuje nam drogę, którą należy podążać, kierując się tą mądrością Krzyża.
„Uczeń nie jest ponad swoim panem, wystarczy dla ucznia, aby był swoim panem.”
To są zawsze słowa naszego Pana. A jednak trzydzieści osiem lat temu potępili świętego.
Raduj się i ciesz się
Czy powinniśmy spodziewać się czegoś jeszcze? Czy powinniśmy się bać? Czy powinniśmy się niepokoić?
Pytanie jest tak ważne, że jeszcze raz pozwolę, aby sam nasz Pan przemówił; to On odpowiada na ciebie:
„Błogosławieni, którzy was oczernią, i będą was prześladować, i mówić wszystkim, co jest złe przeciwko wam, nieprawdziwie, ze względu na Moje, z powodu Mojego Królestwa, z powodu Moich praw, z powodu Mojego Prawa, z powodu Mojej Wiary, z powodu Moich przykazań.
Radujcie się i radujcie, bo wasza nagroda jest bardzo wielka w Niebie”.
W dniu 1 lipca 2026 r., w święto Najdroższej Krwi Pana Jezusa, w Seminarium św. Piusa X w Ecône w Szwajcarii, w obecności ks. Dawida Pagliaraniego, przełożonego generalnego Bractwa św. Piusa X, oraz w obecności licznego zgromadzenia księży, zakonników i wiernych, Jego Ekscelencja biskup Alfons de Galarreta, wspomagany przez Jego Ekscelencję biskupa Bernarda Fellaya, dokonał konsekracji biskupiej księży Paschalisa Schreibera, Michała Goldade’a, Michała Poinsineta de Sivry oraz Marka Hanappiera, którzy odtąd będą pełnić funkcję biskupów pomocniczych Bractwa św. Piusa X, bez jurysdykcji.
Bractwo szczerze ubolewa, że z powodu wyjątkowych okoliczności te konsekracje musiały zostać udzielone bez zgody Ojca Świętego; w szczególności wyraża ubolewanie, że przełożonemu generalnemu Bractwa nie dano możliwości osobistego spotkania z Jego Świątobliwością papieżem Leonem XIV, aby w duchu synowskim przedstawić mu poważne powody, które sprawiły, że ta ceremonia stała się konieczna.
Nie może to jednak przyćmić głębokiej radości, jaką budzą te konsekracje. Zapewniając środki niezbędne do zachowania świętego dziedzictwa Tradycji, dar czterech nowych biskupów prawdziwie stanowi wielką łaskę zarówno dla samego Bractwa, jak i dla całego Kościoła.
Bractwo św. Piusa X raduje się tym i wznosi do Boga żarliwą modlitwę dziękczynną, szczególną podziękę składając Najświętszej Maryi Pannie za to, że pozwoliła na to przekazanie pełni kapłaństwa, ku większej chwale Boga, na cześć Kościoła Świętego i dla zbawienia dusz.