Dramat stworzenia a wszechwiedza Boga. Problem ostatecznego losu stworzenia.

Problem ostatecznego losu stworzenia.

AS

ZAPYTAŁEŚ:

  • ONI [Trójca] sobie w tym ich innym Czasie, był/byli sam, wymieniali uśmiechy. I zachciało się kogoś stworzyć. To wiedzieli przecie, że jeśli da „wolną wolę” to tak aniołowie, jaki ci z białkiem – dadzą dyla w ZŁO. Więc zbudują PIEKŁO. A teraz coraz więcej niewinnych głupków do tego piekła wpada. Z tego wynika, że Trójca nie „dopuściła” zła, ale je **- stworzyła?? ** Przecież to bluźnierstwo straszne!! ??

Dramat stworzenia a wszechwiedza Boga

Postawiony zarzut, czy pytanie dotyka najgłębszego i najbardziej bolesnego problemu filozofii religii. Wizja Boga, który w swojej wieczności istnieje przed stworzeniem świata, a następnie postanawia powołać do istnienia istoty obdarzone wolną wolą – doskonale wiedząc, że wielu z nich wybierze drogę zła, a w konsekwencji pogrąży się w cierpieniu i zatraceniu – rodzi fundamentalne pytanie.

Skoro Stwórca z góry znał ten tragiczny scenariusz, a mimo to uruchomił cały mechanizm istnienia, czy nie oznacza to, że zło nie zostało przez Niego jedynie „dopuszczone”, ale w istocie zaprojektowane i stworzone? Sformułowanie to dla wielu brzmi jak bluźnierstwo, jednak samo pytanie o granice odpowiedzialności Stwórcy za dramatyzm stworzenia nie da się łatwo uciszyć, ponieważ wyrasta ono z autentycznego ludzkiego doświadczenia cierpienia i zagubienia.
Teologia katolicka mierzy się z tym zarzutem poprzez precyzyjne odróżnienie wiedzy Boga, Jego aktu stworzenia oraz źródła moralnego zła. W klasycznym ujęciu augustyńsko-tomistycznym Bóg nie jest autorem ani twórcą zła, ponieważ zło nie posiada własnego bytu – nie jest „rzeczą”, którą można powołać do istnienia, lecz stanowi jedynie brak należnego dobra. Bóg stworzył osobę, wolność oraz zdolność działania, które same w sobie są dobre, natomiast moralna wadliwość aktu wynika wyłącznie z nieuporządkowania woli samego stworzenia.

Przykładowo, Bóg obdarza człowieka zdolnością ruchu, lecz jeśli człowiek użyje jej do popełnienia zbrodni, źródłem zła nie jest sam dar ruchu, ale sposób, w jaki został on wykorzystany.

Katolicyzm przyznaje zarazem, że Bóg doskonale wiedział, iż część aniołów i ludzi nadużyje swojej wolności. Wiedza ta nie jest jednak przyczyną czynu – przewidzenie czyjegoś wolnego wyboru nie oznacza zmuszania go do tego wyboru. Dlaczego więc Bóg zdecydował się na stworzenie świata, w którym pojawia się grzech? Odpowiedź katolicka wskazuje, że akt stworzenia wolnych osób jest dobrem tak fundamentalnym, iż możliwość odrzucenia Boga nie czyni samego stworzenia błędem, zwłaszcza że Stwórca potrafi włączyć skutki zła w większy porządek i wyprowadzić z nich dobro, którego istnienia stworzenie nie byłoby w stanie samo osiągnąć.

Jednocześnie tradycja ta odrzuca wizję piekła jako więzienia przygotowanego celowo dla masowo tam wpadających, nieświadomych ludzi. Piekło nie jest pierwotnym celem stworzenia, lecz ostateczną, dobrowolną konsekwencją odrzucenia Bożej miłości przez wolne istoty, a Kościół nie przesądza o niczyim ostatecznym potępieniu.

Wschodnie ujęcie miłości i wewnętrznej przemiany

Z nieco innej perspektywy, choć w duchu głębokiej zgodności co do wolności woli, na ten sam problem odpowiada teologia prawosławna. W ujęciu wschodnim Trójca Święta nie jest zbiorem oddzielnych bytów egzystujących w ludzkim pojęciu czasu, a stworzenie nie jest efektem samotności czy kaprysu, lecz czystego aktu miłości. Celem powołania człowieka do istnienia nie jest jedynie moralna poprawność, lecz theosis, czyli przebóstwienie i realne, wieczne uczestnictwo w życiu Boga. Ponieważ autentycznej miłości nie da się wymusić, wolność i możliwość odmowy są nieuniknionym warunkiem istnienia osób, a nie „zaprogramowanym” przez Boga złem.

Prawosławie podchodzi również inaczej do samej natury piekła, nie postrzegając go prymitywnie jako miejsca fizycznej katuszy skonstruowanego przez Boga. Zgodnie z mistyczną tradycją wschodu, zarówno zbawieni, jak i potępieni stają w wieczności wobec tej samej, niezmiennej Bożej miłości. Dla człowieka otwartego na Stwórcę obecność ta staje się źródłem niewypowiedzianej radości i światła, natomiast dla tego, kto definitywnie zamknął swoje serce, ta sama miłość może objawiać się jako doświadczenie palące i bolesne. Oznacza to, że Bóg nie przestaje kochać nawet potępionego, a ostateczny stan człowieka wynika z tego, jak jego własna wolna wola odnosi się do wiecznego światła Bożego. Podobnie jak katolicyzm, prawosławie odrzuca tezę o masowym spychaniu niewinnych ludzi w otchłanie potępienia, podkreślając ludzką nieumiejętność do osądzania głębi cudzego sumienia i Bożego miłosierdzia.

Obie teologiczne tradycje spotykają się w punkcie, w którym racjonalne wyjaśnienia dochodzą do swojej naturalnej granicy. Zarówno katolicyzm, jak i prawosławie zgodzą się co do tego, że Bóg stworzył możliwość wolności, ale nie stworzył zła jako celu tej wolności, a Jego przed-wiedza o grzechu nie równa się sprawieniu tego grzechu. Niemniej jednak w tym miejscu pozostaje najpotężniejszy i najtrudniejszy zarzut: dlaczego Bóg, wiedząc z absolutną pewnością, że konkretna istota ostatecznie Go odrzuci i pogrąży się w cierpieniu, mimo wszystko powołuje ją do istnienia?

Żadna doktryna chrześcijańska nie ucieka od tego pytania za pomocą prostych haseł o wolnej woli. Stwierdzenie, że Bóg jest autorem moralnego zła, pozostaje w sprzeczności z wiarą, jednak samo dramatyczne pytanie o sens istnienia wobec dramatu cierpienia nie jest bluźnierstwem. Jest to krzyk, który wybrzmiewa już w Księdze Hioba oraz w psalmach, stanowiąc niezbytną część ludzkiego doświadczenia stojącego wobec tajemnicy stworzenia. Różnica polega tu głównie na akcentach: teologia zachodnia częściej szuka sensu w dopuszczeniu zła ze względu na większe dobro i szacunek dla wolności, podczas gdy wschód kładzie nacisk na nieskończoną relację miłości i wewnętrzną przemianę ludzkiego serca. Obie tradycje zgadzają się jednak, że ostateczny sens tego dramatu pozostaje zakryty w tajemnicy Boga, której pełne rozwiązanie przekracza ludzkie możliwości poznawcze.

Dramat wszechwiedzy a bezwarunkowy dar istnienia

Rozważenie problemu w całej jego rozciągłości prowadzi do punktu, w którym klasyczne tłumaczenie odwołujące się wyłącznie do ludzkiej wolnej woli przestaje wystarczać. Jeśli bowiem połączymy ze sobą Bożą wszechwiedzę, dobroć, stworzenie z niczego oraz realną perspektywę wiecznego potępienia, pojawia się fundamentalne pytanie o sens powoływania do istnienia istoty, której ostateczny los jest z góry znany. W chrześcijańskim ujęciu Bóg nie „ryzykuje” tak, jak robi to człowiek płodzący dziecko – Jego wiedza o całym ludzkim losie jest absolutna i odwieczna, co oznacza, że dla Stwórcy nie ma tu miejsca na nieprzewidziane rezultaty.

Jednocześnie przed-wiedza nie jest tożsama z predestynacją; to, że Bóg wie o przyszłym wolnym wyborze człowieka, nie oznacza, że go do tego wyboru przymusza. Z perspektywy wieczności Bóg widzi całe dzieje naraz, jednak wciąż pozostaje dramatyczne pytanie o sam akt stworzenia kogoś, o kim wie się, że ostatecznie odejdzie w zatracenie.

Tradycja katolicka, idąc tropem myśli świętego Tomasza z Akwinu, wskazuje, że samo istnienie jest fundamentalnym dobrem. Stwarzając osobę, Bóg nie powołuje do życia „potępionego”, lecz istotę zdolną do poznania Go, pokochania i osiągnięcia wiecznego szczęścia. W tym ujęciu Bóg chce istnienia człowieka, pragnie jego zbawienia, nie chce jego grzechu, a jedynie dopuszcza jego wolne wybory, nie będąc ich sprawcą. Pojawia się tu jednak nieustępliwy kontrargument: gdyby taka osoba nie została stworzona, nigdy nie doświadczyłaby również wiecznego cierpienia.

Aby rozwikłać ten węzeł, trzeba dostrzec subtelną różnicę logiczną. Gdyby Bóg uzależniał istnienie człowieka od warunku, że w przyszłości dokona on wyłącznie dobrych wyborów, uzależnilibyśmy możliwość zaistnienia od wykorzystania wolności, której dany człowiek jeszcze fizycznie nie posiada. Chrześcijaństwo przyjmuje jednak zasadę bezwarunkowego daru – Bóg nie stawia warunków wstępnych w stylu „będziesz istniał, jeśli będziesz dobry”, lecz mówi: „chcę, żebyś był”. Dopiero tak obdarzona istnieniem osoba odpowiada Bogu swoim życiem, co czyni sam akt stworzenia afirmacją konkretnej osoby, a nie afirmacją jej potencjalnego grzechu.

Tajemnica piekła i ograniczenia ludzkiego poznania

Cały ciężar zagadnienia zmienia się diametralnie w momencie, gdy do równania włączymy koncepcję piekła rozumianego jako nieskończone i nieodwracalne cierpienie będące konsekwencją doczesnych błędów. To właśnie w tym miejscu teologia musi odrzucić wszelkie karykaturalne wyobrażenia Boga jako sadystycznego sędziego czy oprawcy. Piekło nie jest celowo skonstruowaną przez Stwórcę komnatą tortur dla tych, którzy Go odrzucili. Zarówno na Wschodzie, jak i w refleksji Zachodu coraz wyraźniej akcentuje się, że ostateczny stan potępienia można rozumieć jako wewnętrzną kondycję osoby, która nie potrafi znieść i przyjąć wszechogarniającej Bożej miłości. Wobec tej samej, niezmiennej obecności Boga człowiek otwarty doświadcza wiecznej światłości i radości, podczas gdy człowiek wewnętrznie zatruty nienawiścią przeżywa tę samą miłość jako ból nie do zniesienia. Bóg nie przestaje kochać nawet potępionego – to wola samego człowieka obraca tę miłość w udrękę.

Nawet to wyjaśnienie napotyka jednak na potężny mur krytyki: czy wszechmogący Bóg przez całą wieczność naprawdę nie potrafi uleczyć tak skrzywionej i chorej woli? Jeśli odpowiedź brzmi, że nie może, bo musiałby pogwałcić ludzką wolność, natychmiast pada pytanie, dlaczego uzdrowienie wolności musi oznaczać jej zniszczenie, skoro zbawieni w niebie są doskonale wolni, a mimo to nie grzeszą. W tym miejscu ostateczna odpowiedź chrześcijańska musi porzucić proste schematy i uznać, że nie dysponujemy pełnym kluczem do tej tajemnicy. Bóg powołał człowieka do zbawienia, a nie do potępienia, zło nie jest Jego dziełem, a piekło nie stanowiło celu stworzenia.

Co więcej, kluczowa korekta perspektywy polega na zauważeniu, że pytanie o stworzenie „kogoś, kto zostanie potępiony” zawiera w sobie nieuzasadnione założenie. Owszem, dogmatem wiary jest to, że Bóg stworzył człowieka, ale stwierdzenie, iż konkretna, żyjąca osoba na pewno jest potępiona, nie jest nam wiadome. To pozwala chrześcijaninowi na zachowanie głębokiej nadziei powszechnego zbawienia, bez popadania w dogmatyczne twierdzenia. Zamiast pytać, dlaczego Bóg stworzył kogoś, wiedząc, że będzie go wiecznie torturował – co prowadzi do teologicznej ślepej uliczki i fałszywego obrazu Boga – stajemy przed właściwym pytaniem: dlaczego Bóg obdarzył nas wolnością, wiedząc, że możemy Go odrzucić? To pierwsze pytanie prowadzi do karykatury, drugie zaś wprowadza nas w autentyczny dramat miłości, w której żaden teolog – ani katolik, ani prawosławny – nie powinien udawać, że małe hasło o „wolnej woli” rozwiązuje całą tajemnicę. W tym miejscu refleksja musi zatrzymać się przed tajemnicą, której ludzki rozum nie jest w stanie w pełni zamknąć w logicznych ramach.

Dramat powołania a perspektywa potępienia

Gdy schodzimy o poziom głębiej, sedno problemu przesuwa się z ogólnego pytania o pochodzenie zła na znacznie trudniejszy problem relacji między wszechwiedzącym Bogiem a powołaniem do istnienia osoby, której ostateczny los – potencjalne wieczne potępienie – jest odwiecznie znany. Rozważając tę kwestię, należy najpierw precyzyjnie rozdzielić trzy odrębne zagadnienia: czy Bóg jest autorem zła (na co odpowiedź brzmi negatywnie), czy wiedział, że stworzenie dopuści się zła (co teologia potwierdza), oraz dlaczego zdecydował się na akt stworzenia mimo tej wiedzy, co stanowi właściwy rdzeń teologicznej zagadki.

W tradycyjnym ujęciu przed-wiedza nie równa się predestynacji ani przyczynowości. Obrazowo rzecz ujmując, patrzenie z góry na drogę i posiadanie pewności, że kierowca skręci w lewo, w żaden sposób nie porusza jego kierownicą; w ujęciu boskim sprawa jest jeszcze bardziej radykalna, ponieważ Bóg nie podlega czasowi i nie „przewiduje” przyszłości w ludzkim wymiarze – dla Niego całe dzieje są współobecne w wieczności. Wiedza Boga o wolnym wyborze człowieka nie zmusza go do tego wyboru, co rozstrzyga o kwestii winy za czyn, lecz nie zamyka jeszcze pytania o samą decyzję powołania do istnienia kogoś, o kim wiadomo, że skończy w potępieniu.

W tym punkcie pojawia się najpoważniejszy zarzut, przed którym bledną proste formuły o wolnej woli. Załóżmy bowiem, że Bóg wie, iż człowiek oznaczony literą B zostanie ostatecznie potępiony, a mimo to powołuje go do istnienia. Człowiek B mógłby zasadnie zapytać: „Nie prosiłem o istnienie. Wiedziałeś, jak skończę, a jednak mnie stworzyłeś. Dlaczego?”.

Odpowiedź odwołująca się wyłącznie do wolnej woli staje się tu niewystarczająca, ponieważ nie kwestionuje samej wolności wyboru, lecz sam sens obdarzenia istnieniem kogoś, dla kogo ostateczny bilans istnienia okaże się tragiczny. Chrześcijańska odpowiedź na ten kryzys musi zacząć się od fundamentalnego afirmowania daru: Bóg nie stwarza nikogo z zamiarem skazania go na potępienie, lecz z perspektywy stwórczego aktu mówi do każdej osoby „chcę, abyś istniał”, a samo istnienie, rozum, wolność i zdolność kochania są bezwarunkowymi dobrami.

Piekło, miłość i tajemnica ludzkiej woli

Cały ciężar tego zagadnienia ulega drastycznej zmianie w zależności od tego, jak wyobrazimy sobie naturę piekła. Jeśli postrzegamy je w kategoriach karykaturalnych – jako miejsce prymitywnych tortur, w którym Bóg przez miliardy lat podtrzymuje istnienie człowieka wyłącznie po to, by ten cierpiał za kilkadziesiąt lat doczesnych błędów – wówczas zarzut staje się miażdżący, a pogodzenie takiego obrazu z miłością Stwórcy jest niewyobrażalnie trudne, jeśli nawet nie niemożliwe.

Z tego powodu zarówno dojrzała teologia katolicka, jak i mistyczna tradycja prawosławna odrzucają ten prymitywny schemat, skupiając się na istocie piekła jako dobrowolnej utracie komunii z Bogiem. Na szczególną uwagę zasługuje tu wschodnia intuicja teologiczna, zgodnie z którą Bóg nawet w piekle nie przestaje kochać człowieka. W obliczu wieczności zarówno święty, jak i zatwardziały grzesznik stają przed tą samą, niezmienną Bożą miłością. Dla otwartego serca obecność ta jest źródłem nieba i radości, natomiast dla kogoś, kto całkowicie zwrócił się ku nienawiści i odrzucił Stwórcę, ta sama wszechogarniająca miłość staje się doświadczeniem palącym i bolesnym, ponieważ nie ma ucieczki przed rzeczywistością podtrzymywaną przez Boga. To nie Stwórca zmienia swój stosunek do człowieka, lecz sam człowiek przekształca dobro w udrękę.

To jednak rodzi kolejne, niezwykle trudne pytanie: dlaczego nieskończona miłość Boga nie potrafi ostatecznie uleczyć tak chorej i skrzywionej woli? Jeśli grzech jest swego rodzaju chorobą, a uzdrowienie zwiększa, a nie zmniejsza wolność – co widać na przykładzie zbawionych w niebie, którzy są w pełni wolni, a jednocześnie nie grzeszą – pojawia się dylemat, dlaczego wolność miałaby wykluczać ostateczne uleczenie każdego stworzenia. Argument, że „Bóg nie może, bo szanuje wolność”, przestaje w tym miejscu w pełni tłumaczyć całą rzeczywistość, otwierając przestrzeń dla głębszej refleksji nad miłosierdziem.

Nadzieja większa niż doktryna?

W poszukiwaniu wyjścia z tego teologicznego labiryntu wielu wielkich myślicieli chrześcijańskich – od Orygenesa i Grzegorza z Nyssy po Izaaka Syryjczyka – żywiło głęboką nadzieję, że Boże miłosierdzie może ostatecznie objąć wszystkich, nie popadając przy tym w sztywne dogmatyczne twierdzenia o powszechnym zbawieniu. Kluczem do zrozumienia tego stanowiska jest rozróżnienie dwóch fundamentalnych zdań: „piekło jest obiektywną, wieczną możliwością i rzeczywistością” oraz „wiemy z pewnością, że jakaś konkretna osoba na wieki w nim pozostanie”.

Chrześcijańska doktryna z całą mocą podkreśla realność ludzkiej wolności i możliwość jej ostatecznego zatrzaśnięcia się na Bożą miłość, lecz jednocześnie nie daje nam mandatu do przesądzania o potępieniu konkretnych ludzi. W tym ujęciu pierwotny obraz – w którym Bóg tworzy wolność, przewiduje katastrofę i celowo buduje piekło [tj. pozwala szatanowi je zbudować] jako ostateczny magazyn potępieńców – ustępuje miejsca wizji Boga, który z czystej miłości powołuje osobę do komunii ze sobą, daje jej prawdziwą wolność, a gdy stworzenie tę komunię odrzuca, wciąż nie przestaje pragnąć jego dobra. Ostateczny dramat relacji między ludzką wolnością a boską miłością pozostaje w dużej mierze tajemnicą, której nie da się zamknąć w ciasnych ramach logicznych równań, przypominając nam, że ani proste hasło o „wolnej woli”, ani drastyczne karykatury piekła nie wyczerpują nieskończonej głębi Bożego planu.

Realność piekła a postawa nadziei

Precyzyjne rozróżnienie między obiektywną rzeczywistością piekła a brakiem wiedzy o potępieniu konkretnego człowieka pozwala uniknąć zarówno taniego uniwersalizmu, jak i bezdusznego fatalizmu. Tradycja katolicka z pełną mocą naucza, że piekło jest realną i ostateczną możliwością dla wolnego stworzenia, jednak Kościół nigdy nie orzekł dogmatycznie, że jakikolwiek konkretny człowiek w nim się znajduje. Choć liturgia zna kanonizację świętych, nie istnieje żaden odpowiednik „kanonizacji potępionych”. Nawet w odniesieniu do postaci Judasza, o którym Nowy Testament wypowiada się w niezwykle surowych słowach, Kościół nie ogłasza ostatecznego wyroku potępienia. Między ostatnim widocznym czynem człowieka a jego ostatecznym spotkaniem z Miłosierdziem rozciąga się przestrzeń tajemnicy, której ludzki wzrok nie jest w stanie przeniknąć.

Ewangeliczne ostrzeżenia przed utratą Boga nie oznaczają przy tym konieczności założenia, że miliony ludzi faktycznie w ową przepaść wpadną. Znak ostrzegawczy postawiony nad urwiskiem spełnia swoje zadanie wtedy, gdy wszyscy przed nim zawrócą; sam fakt, że nikt nie zginął, nie unieważnia powagi i realności samego niebezpieczeństwa. Chrystus całkowicie serio ostrzega przed możliwością ostatecznego odrzucenia łaski, co sprawia, że wierny nie może po prostu twierdzić, iż piekło na pewno jest puste. Może jednak – i powinien – zachować postawę głębokiej nadziei. Istnieje fundamentalna różnica między dogmatycznym twierdzeniem „wszyscy na pewno będą zbawieni” a chrześcijańską postawą „mam nadzieję na zbawienie każdego człowieka”, która nie przekreśla surowości sprawiedliwości, lecz całkowicie powierza los stworzenia nieskończonemu miłosierdziu.

Wschodnia teologia – reprezentowana m.in. przez świętego Izaaka Syryjczyka – rzuca na tę tajemnicę zupełnie inne światło, przenosząc ciężar rozważań z mechanicznej wizji kary na samą naturę relacji człowieka z Bogiem. Skoro Bóg jest niezmienną miłością, nie można wyobrazić sobie sytuacji, w której Stwórca otaczający człowieka za życia miłością nagle zaczyna go nienawidzić po śmierci. Zmienia się nie Bóg, lecz kondycja ludzkiego serca. Ta sama, wieczna i wszechogarniająca obecność Bożej miłości staje się dla człowieka otwartego źródłem niewypowiedzianej światłości i nieba, natomiast dla tego, kto tę miłość definitywnie odrzucił i zamknął się w nienawiści, ta sama wszechobecna jasność może objawiać się jako doświadczenie palące i bolesne. Bóg nie stworzył specjalnego miejsca tortur dla potępionych – to ludzka wola, trwająca w buncie, przekształca dar nieskończonej miłości w udrękę.

To rodzi jednak najtrudniejsze z pytań: dlaczego po przekroczeniu progu śmierci ludzka wolność miałaby zostać zamrożona na wieki? Dlaczego po upływie eonów trwania w oporze stworzenie nie mogłoby wreszcie powiedzieć: „pomyliłem się”? Odpowiedź, że po śmierci nie ma już nawrócenia, wymaga głębszego uzasadnienia. Z tego punktu widzenia tradycja chrześcijańska od wieków rozważała koncepcję apokatastasis – ostatecznego odnowienia i pojednania całego stworzenia z Bogiem. Nie chodzi tu o unieważnienie grzechu ani o mechaniczne zmuszenie woli do miłości, lecz o tak całkowite objawienie się prawdy i piękna Boga, że stworzenie zostaje uleczone z wewnętrznej niewoli zła.

Prawdziwa wolność a ostateczne zwycięstwo dobra

Rozważając ten problem, musimy skorygować nasze potoczne rozumienie wolności. Błędnie utożsamiamy ją wyłącznie z możliwością mechanicznego wyboru między dobrem a złem, tak jakby zdolność do błądzenia była istotą wolności. Klasyczna filozofia chrześcijańska wskazuje, że doskonała wolność polega na zdolności nieskrępowanego wyboru prawdziwego dobra. Człowiek owładnięty nienawiścią lub nałogiem nie jest bardziej wolny od tego, kto został z tego nałogu wyzwolony; grzech nie jest wyrazem wolności, lecz jej tragiczną utratą.

Skoro zbawieni w niebie oraz sam Chrystus posiadają pełną, ludzką wolność, a jednocześnie nie grzeszą, oznacza to, że wolność i niemożność upadku nie sprzeciwiają się sobie.

W świetle tej refleksji pierwotny, bolesny dylemat – w którym Bóg wiedział, stworzył, doprowadził do katastrofy i skazał na wieczność – ustępuje miejsca zupełnie innej dynamice. Bóg stwarza wolną osobę, człowiek odchodzi, Stwórca szuka go nieustannie, a Jego miłość nie gaśnie nawet w obliczu najtwardszego oporu. Stojąc na granicy ludzkiego poznania, chrześcijanin nie musi twierdzić, że wie, iż piekło ostatecznie zatriumfuje nad jakimkolwiek ludzkim sercem. Może natomiast zaryzykować nadzieję, że ostateczne słowo w historii świata nie należy do ludzkiego „nie”, lecz do wszechmocnego, uzdrawiającego „tak” Boga, który pragnie być wszystkim we wszystkich.

Oto podsumowanie i wyjaśnienie tej pozornej sprzeczności:

Tajemnica wiecznego buntu

Jednym z najtrudniejszych napięć w teologii chrześcijańskiej jest pozorna sprzeczność między zapowiedzią Pawłową, że na końcu dziejów Bóg ma być „wszystkim we wszystkich” (1 Kor 15,28), a realnością wieczności, w której część stworzenia mogłaby trwać w ostatecznym buncie. W wizji apostoła Chrystus pokonuje wszelkie wrogie moce, a ostatnim zniszczonym nieprzyjacielem jest śmierć, po czym przekazuje królowanie Ojcu.

Powstaje jednak fundamentalne pytanie: jeśli w kosmicznej rzeczywistości nieba Bóg jest wszystkim, ale gdzieś w otchłani piekła wciąż istnieje chociażby jeden człowiek wykrzykujący wieczne „nie” i nienawiść do Stwórcy, czy rzeczywiście cała rzeczywistość została pojednana i czy śmierć została całkowicie pokonana?

Zmierzenie się z tym dylematem prowadzi do dwóch odmiennych dróg w tradycji chrześcijańskiej. Tradycyjne ujęcie katolickie wskazuje, że „poddanie” całego stworzenia pod panowanie Boga nie musi oznaczać przymusowego zbawienia każdego grzesznika. Bóg zwycięża nawet wtedy, gdy stworzenie dobrowolnie Go odrzuca – bunt potępionych nie jest już w stanie zniszczyć Bożego porządku, a sprawiedliwość zostaje zachowana. W tym ujęciu „Bóg wszystkim we wszystkich” odnosi się do obiektywnego panowania nad wszystkim, co istnieje, nie unieważniając tragicznej, wiecznej możliwości samo-wykluczenia się człowieka z komunii miłości.

Leczniczy ogień Grzegorza z Nyssy

Zupełnie inną perspektywę otwiera wielki Ojciec Kościoła IV wieku, święty Grzegorz z Nyssy, którego myślenie podzielają również niektóre nurty wschodu. Grzegorz wychodzi z założenia, że ludzka natura została stworzona jako dobra, a zło nie jest jej elementem konstytutywnym, lecz pasożytniczą chorobą i deformacją. Z tego powodu ostateczne zwycięstwo Boga nad złem nie wymaga zniszczenia grzesznika, lecz oddzielenia od niego tego, co złe – unicestwienia choroby, a nie pacjenta. W tym świetle eschatologiczny „ogień” nie jest bezcelowym, wiecznym narzędziem sadystycznej kary, lecz bolesnym, leczniczym procesem oczyszczenia, przypominającym chirurgiczną operację.

Spotkanie z absolutną Prawdą i nieskończoną Miłością Boga dla człowieka przesiąkniętego pychą i nienawiścią musi być doświadczeniem palącym, pozbawionym wszelkich wymówek i samo-oszustwa. Jednak w ujęciu Grzegorza ogień ten ma na celu wypalenie zła, a nie wieczne podtrzymywanie agonii.

Rodzi to jednak potężny problem teologiczny: jeśli piekło i zło trwają przez całą nieskończoność bez końca, to zło staje się stałym, wiecznym elementem rzeczywistości obok Boga i zbawionych, co kłóci się z pełnym zwycięstwem dobra. Zwolennicy apokatastasis – czyli ostatecznego odnowienia i pojednania całego stworzenia – pytają więc retorycznie, czy zwycięstwo Boga nie byłoby doskonalsze, gdyby nieprzyjaciel nie został jedynie zmiażdżony i zamknięty w wiecznym więzieniu, ale uzdrowiony z nienawiści.

Kluczowy zarzut wobec tej koncepcji dotyka kwestii wolności: czy ostateczne nawrócenie wszystkich nie oznacza złamania ludzkiej woli i zmuszenia do miłości? Odpowiedź zwolenników uniwersalnej nadziei odwołuje się do głębszej definicji wolności. Człowiek często wybiera zło nie dlatego, że świadomie pragnie niszczącej go patologii, lecz dlatego, że jest oszukany, ślepy i zniewolony przez namiętności. Gdyby wszelkie zasłony, kłamstwa i skutki grzechu zostały usunięte w obliczu pełnego blasku Bożej prawdy, człowiek nie zostałby do niczego zmuszony – zostałby wreszcie w pełni uwolniony, by ujrzeć dobro w całej jego krasie i odpowiedzieć na nie własnym „tak”. Podobnie jak człowiek przebywający w ciemnym pokoju, po otwarciu okna nie jest zmuszany do uznania słońca, lecz po prostu przestaje żyć w ułudzie.

Choć ta wizja – wspierana przez intuicje takich mistrzów jak św. Izaak Syryjczyk – uwalnia teodyceę od trudności związanych ze stwarzaniem ludzi z góry skazanych na wieczne cierpienie, Kościoły katolicki i prawosławny nie podniosły jej do rangi dogmatu. Piekło pozostaje realną, przerażającą i ostateczną możliwością dla stworzenia, ponieważ nienaruszalna wolność zakłada zdolność dramatycznego odrzucenia Stwórcy. Istnieje jednak przepaść między twierdzeniem „piekło jest wieczne” a pychą mówienia „wiemy na pewno, że ktoś w nim tonie na wieki”. Chrześcijanin ma pełne prawo – a wręcz obowiązek – zachować głęboką nadzieję, że Boże miłosierdzie okaże się potężniejsze niż ludzki bunt, a ostatecznym akordem dziejów nie będzie wieczny krzyk nienawiści, lecz uzdrawiające, wszechogarniające zwycięstwo Miłości.

Problem Szatana a granice wolności

Rozwinięcie całego wywodu ostatecznie dotyka najtrudniejszego punktu tradycyjnej eschatologii – kwestii upadłych aniołów i samej postaci Szatana. W klasycznej chrześcijańskiej refleksji Bóg nie powołał do istnienia „diabła”, lecz stworzył doskonałego, dobrego anioła obdarzonego wolnością, którego wola na skutek własnego buntu radykalnie i nieodwracalnie zwróciła się przeciwko Stwórcy. W przeciwieństwie do człowieka, którego ziemskie wybory są czasowe, uwarunkowane niewiedzą, słabością czy emocjami i mogą ulegać zmianie, czysty duch anielski dokonuje aktu poznania i wyboru w sposób ostateczny. Stąd tradycyjna teologia uczy o nieodwracalności anielskiego upadku.

Jednakże to wyjaśnienie natychmiast przywraca z jeszcze większą siłą dawny zarzut: skoro Bóg z absolutną wiedzą przewidział, że ten konkretny anioł dokona nieodwracalnego wyboru zła, dlaczego mimo to powołał go do istnienia? Zwyczajne odwołanie do „wolnej woli” ponownie okazuje się niewystarczające, co skłoniło niektórych myślicieli, takich jak Orygenes, do postawienia najbardziej radykalnego pytania. Skoro zło jest jedynie pasożytniczym brakiem dobra i nie posiada własnego, wiecznego bytu, czy ostateczne zwycięstwo Boga może tolerować istnienie wiecznej skazy w postaci trwającego w nienawiści Szatana? W ujęciu radykalnej apokatastazy zbawienie nie polega na ocaleniu „zła” jako takiego, lecz na uzdrowieniu osoby od jej szatańskiego stanu – tak samo jak zbawienie grzesznika nie oznacza akceptacji grzechu, lecz ocalenie człowieka.

Mimo pociągającej spójności tej koncepcji, tradycja katolicka i prawosławna zachowują ogromną ostrożność, opierając się na tekstach o wieczności kary i realności radykalnego odrzucenia Boga. To rodzi jednak głęboki paradoks filozoficzny: jeżeli Szatan lub jakikolwiek potępiony trwa przez całą nieskończoność w buncie, to co podtrzymuje jego istnienie? Odpowiedź może być tylko jedna – sam Bóg. Nic stworzonego nie ma bytu samo z siebie, co oznacza, że nawet możliwość wykrzyczenia przez potępionego nienawistnego „nie!” istnieje wyłącznie dlatego, że w tej samej chwili Bóg nieustannie podtrzymuje go w istnieniu i mówi: „chcę, żebyś był”.

Piekło nie jest zatem obcym obszarem poza Bożą rzeczywistością, do którego Stwórca wyrzucił zbuntowanych i zapomniał o nich. Skoro potępiony istnieje wiecznie, to nawet jego egzystencja jest nieustającym darem i świadectwem tego, że Bóg nie unicestwił stworzenia. W myśli św. Izaaka Syryjczyka prowadzi to do poruszającego obrazu: Bóg nie przestaje kochać nawet potępionego i stale pragnie jego dobra, a wieczny stan buntu staje się dramatycznym pytaniem o to, czy miłość ta pozostanie całkowicie bezowocna.

Trzy modele ostatecznego losu

Wobec tych napięć teologia wypracowała trzy główne modele rozwiązania problemu:

  1. Klasyczne wieczne piekło: Stworzenie może ostatecznie i nieodwracalnie zatwierdzić swój wybór przeciwko Bogu, który respektuje tę wolność na wieki, a Jego ostateczne panowanie polega na tym, że żaden bunt nie zdoła naruszyć ładu królestwa.
  2. Anihilacjonizm: Koncepcja usuwająca problem wiecznego cierpienia poprzez założenie, że ostatecznie odrzucające dobro stworzenie po prostu przestaje istnieć, choć nie jest ona akceptowana przez katolicyzm ani prawosławie.
  3. Apokatastaza: Wizja ostatecznego uzdrowienia i pojednania całego stworzenia, w której Bóg nie niszczy wolności, lecz uwalnia ją z niewoli ślepoty i nienawiści, doprowadzając do dobrowolnego i pełnego prawdy powrotu.

Prawdziwa natura wolności a nadzieja

To wszystko prowadzi nas do najgłębszego pytania o naturę samej ludzkiej i anielskiej wolności. Często zakładamy, że prawdziwa wolność musi polegać na wiecznej, niezbywalnej możliwości wyboru zła. Istnieje jednak chrześcijańska intuicja – widoczna chociażby w bezgrzeszności zbawionych w niebie czy samej naturze Boga – że doskonała wolność nie jest zdolnością błądzenia, lecz pełną zdolnością wyboru autentycznego dobra, bez przymusu, ale i bez wewnętrznego skrzywienia. Jeśli zestawimy ze sobą trzy prawdy: wszechmoc Boga, Jego powszechną wolę zbawienia oraz realną możliwość zatracenia, stajemy przed fundamentalnym dylematem.

Czy Bóg dysponujący nieskończoną miłością, cierpliwością i mądrością napotka kiedykolwiek tak zatwardziałą istotę, której nie zdołałby przez całą wieczność przekonać prawdą i uleczyć? Tradycyjne nauczanie zakazuje nam czynienia z tego dogmatycznej pewności („wszyscy na pewno będą zbawieni”), ale pozwala – a wręcz przynagla – do zachowania nadziei, że miłosierdzie Stwórcy okaże się potężniejsze niż ludzki bunt. Ostatecznie problem wolności sprowadza się do pytania: czy możliwość powiedzenia Bogu wiecznego „nie” jest najwyższym wyrazem wolności, czy jej ostateczną, tragiczną niewolą?

Zasadnicze rozstrzygnięcie całego problemu zależy od tego, jak zdefiniujemy samą wolność.

Potocznie zakładamy, że prawdziwa wolność musi polegać na niezbywalnej możliwości wyboru zła, jednak klasyczna myśl chrześcijańska prowadzi do wniosku przeciwnego. Sam Bóg oraz zbawieni w niebie są doskonale wolni, a jednocześnie nie potrafią i nie chcą grzeszyć – ich wolność nie jest pomniejszona, lecz w pełni zrealizowana w dobru.

Stawia to przed teologią niezwykle trudne pytanie: skoro Bóg potrafi doprowadzić zbawionego do stanu, w którym dobrowolnie i nieodwracalnie wybiera dobro, dlaczego nie mógłby dokonać tego samego z każdym grzesznikiem?

Odpowiedź, że „grzesznik tego nie chce”, nie rozwiązuje zagadnienia do końca, ponieważ nikt nie wybiera zła dla samego zła, lecz zawsze pod postacią jakiegoś cząstkowego, fałszywie pojętego dobra. Grzech nie jest szczytem wolności, lecz jej tragicznym zniewoleniem – przypomina narkomana, którego pragnienie substancji jest autentyczne, ale nie jest wyrazem wolności, lecz choroby.

Jeśli zbawienie polega na uwolnieniu i uzdrowieniu woli, a nie na jej złamaniu, to rodzi się fundamentalne pytanie o to, czy wszechmogąca miłość Boga jest w stanie ostatecznie uleczyć każdą stworzoną naturę. Tradycyjna teologia wskazuje jednak, że człowiek poprzez całe swoje życie i serię wolnych decyzji może tak głęboko ukształtować siebie przeciwko dobru, iż jego postawa staje się fundamentalnym, zastanym w chwili śmierci odrzuceniem łaski. Śmierć jawi się tu jako ostateczna granica czasu otwartego na nawrócenie, choć filozoficzne pytanie o to, dlaczego ta granica musi być nieprzekraczalna dla miłosierdzia, wciąż pozostaje otwarte.

Rozważając granice tego procesu, musimy wyraźnie odróżnić trzy poziomy twierdzeń teologicznych:

  • Dogmatyczną pewność: twierdzenie, że wszyscy na pewno zostaną zbawieni, co nie mieści się w granicach katolickiej ani prawosławnej nauki.
  • Filozoficzną możliwość: pytanie, czy Bóg teoretycznie mógłby doprowadzić wszystkie wolne osoby do dobrowolnego pojednania, czego nie da się logicznie wykluczyć.
  • Chrześcijańską nadzieję: postawę ufności, że miłosierdzie Stwórcy okaże się potężniejsze niż ludzki bunt, przy jednoczesnym zachowaniu realności sądu.

W świetle tej perspektywy pierwotny, bolesny zarzut – w którym Bóg wiedział o katastrofie, a mimo to powołał świat do istnienia – zyskuje zupełnie inne oświetlenie. Bóg nie stworzył zła ani nie przeznaczył nikogo na wieczne męki; powołał do istnienia dobro zdolne do wolności, wiedząc, że wolność ta może zostać tragicznie wypaczona.

Kluczowe pytania ostatecznie sprowadzą się do tego, jak zrozumieć eschatologiczny tryumf Boga: czy „zwycięstwo” oznacza, że Stwórca na wieki oddzieli zbawionych od nieuleczalnych buntowników, zamykając zło w wiecznym więzieniu piekła, czy też oznacza ono, że Bóg sprawi, iż zła w ostatecznym rozrachunku już nie będzie?

Zmierzenie się z tą drugą opcją wymaga jednak uczciwego stanięcia twarzą w twarz z najsurowszymi słowami samego Chrystusa o wiecznym ogniu, zatraceniu i dramacie Judasza – dopiero tam okazuje się, jak cienka jest granica między pobożną nadzieją a rygorystyczną wiernością biblijnemu objawieniu.

Polemika i rozszerzenie artykułu: „Czy główny Szatan jest krótkowzroczny oraz głupi?

Do: Czy główny Szatan jest krótkowzroczny oraz głupi?

Franciszek Susak

=============================

We wstępie tekstu o Szatanie piszesz tak:

Postawione w tytule pytanie opiera się na obserwacjach ostatnich konwulsji „polityki światowej”.

Już wszyscy trzeźwi widzą, a mniej bystrzy zaczynają podejrzewać,

– że na przykład USA są prowadzone na mocnej smyczy przez rządców małego państewka w Azji Mniejszej.

– że w Ameryce ogromny tłum [około 60 milionów?] ludzików, identyfikujących się jako „chrześcijańscy syjoniści”, wspiera finansowo i duchowo bandę krwawych morderców.

– że przeciw tym żarłocznym i krwawym zbrodniczym państwom walczy Persja, kraj i państwo mahometańskie.

A gdzie są państwa Chrystusa, katolickie?

========================

Takich już nie ma. Od dawna zostały zatłuczone, zgwałcone, rozerwane…

– że UE, przepoczwarzone w ostoję komunizmu, przefarbowanego z czerwonego na zielony, zdąża coraz szybciej do przepaści energetycznej, ekonomicznej, umysłowej i duchowej.

– że BRICS też …

– że finansjera świata…

Itp itd.

=========================================

Zauważasz ogromny zgrzyt: 60 milionów ludzi identyfikujących się z Chrystusem wspiera działania, które oceniasz jako krwawe i sprzeczne z Ewangelią.

Z perspektywy Szatana to nie jest błąd, lecz triumf zwiedzenia. Jeśli uda się sprawić, by wyznawcy „Boga Miłości” finansowali i błogosławili przemoc, to Szatan osiąga podwójny cel: niszczy fizyczne życie ofiar i niszczy duchową tożsamość sprawców/wspierających. Zło nie jest tu krótkowzroczne – ono skutecznie „zatruwa źródło”.

Geopolityczny „Świat na opak” (Persja vs. Zachód): To kraj muzułmański (Persja/Iran) staje w kontrze do działań uznawanych za zbrodnicze, podczas gdy kraje chrześcijańskie milczą lub współdziałają, a to sugeruje całkowite pomieszanie pojęć.

Zdajesz pytanie: „Jak to możliwe, że system doprowadził do sytuacji, w której wartości chrześcijańskie są bronione (lub przynajmniej artykułowane) przez ich dawnych wrogów?”. Z perspektywy eschatologicznej to klasyczna „dezinformacja moralna”. Szatan buduje świat, w którym nie ma już „jasnej strony”. Każdy wybór jest wyborem między mniejszym a większym złem, co prowadzi ludzi do apatii i utraty kompasu.

Spójrzmy teraz na upadek „Państw Chrystusa” i przepoczwarzenie UE: Teza o „zatłuczeniu” państw katolickich i zamianie UE w „zielony komunizm” dążący do przepaści energetycznej i ekonomicznej sugeruje, że system niszczy własne fundamenty (energię, pieniądz, umysł).

===========================================

Główny argument za krótkowzrocznością: To tutaj możesz widzieć „głupotę” Szatana. Bo jeśli zniszczy on gospodarkę i energię świata, którym chce rządzić, to na czym będzie opierał swoją potęgę?

Kontrargument: Zło nie chce „dobrze zarządzać” światem. Ono chce go pożreć, zniszczyć, unicestwić. Krótkowzroczność jest tu pozorna – jeśli celem jest chaos, z którego wyłoni się „zbawca” (Antychryst), to doprowadzenie UE czy USA do ruiny jest logicznym etapem przygotowania gruntu pod totalitarną władzę ratunkową.

Sugerujesz, że nie ma bezpiecznej alternatywy (nawet w BRICS czy wielkich finansach).

To opis osaczenia. Uważasz, że Szatan gra na wszystkich szachownicach jednocześnie. Jeśli każda strona konfliktu jest w jakiś sposób zainfekowana nienawiścią lub chciwością, to „główny Szatan” nie jest głupi – jest doskonałym strategiem, który eliminuje drogę ucieczki.

Jakie zatem wnioski można z tego wysnuć?

To co napisano wyżej sugeruje, że światem rządzi „logika pożaru”. Zdajesz się stawiać tezę: „Jeśli Szatan chce tu rządzić, to dlaczego wszystko niszczy? Czy nie widzi, że spali własny dom?”.

==================================

Z perspektywy „chłodnej analizy” można to interpretować dwojako:

Szatan jest głupi: Bo niszczy materię, której potrzebuje do manifestacji swojej władzy (nienawiść zaślepia go tak bardzo, że nie potrafi budować nawet trwałego imperium zła).

Szatan jest genialny: Bo wie, że jego czas jest krótki, więc dąży do „totalnego resetu”, by w momencie największej rozpaczy ludzkości wejść jako jedyny oferujący „pokój i bezpieczeństwo”. Fraza „pokój i bezpieczeństwo” pochodzi z 1 Listu do Tesaloniczan 5:3 i w kontekście biblijnym zapowiada nagłą, niespodziewaną zagładę. Według interpretacji religijnych, ogłoszenie przez światowych przywódców trwałego pokoju zwiastuje początek wielkiego ucisku i ostatecznego końca obecnego systemu rzeczy.

Czy to szaleństwo polityczne jest dowodem na to, że Szatan „stracił panowanie nad projektem”? No chyba nie!

====================================

Dalej piszesz tak:

Czyżby ich przywódcy, oczywiście pełni pychy, byli też aż tak głupi i krótkowzroczni? Może wariaci? Wszystko na to wskazuje.

Ale musimy sobie uświadomić, że ich Pan i Władca to chyba najinteligentniejsze stworzenie Boga – to Lucyfer.

================================

– Otóż – nie identyfikujmy pychy, głupoty i krótkowzroczności jego podwładnych i marionetek – z Jego Pychą i Inteligencją.

Nie sięgając z dalej, niż do ostatnich wieków:

Ogromne rzezie, terror, eksterminacja głównie kapłanów katolickich, zakonnic w Wielkiej Rewolucji anty-Francuskiej przyniosły oczekiwane przez niego skutki: Francja z Pierwszej Córy Kościoła stała się ostoją masonerii, laicyzmu, perwersji.

– prawosławne Carstwo Rosji zostało wdeptane w krwawy gnój, znów przed wszystkimi torturowano i mordowano biskupów, kapłanów, zakonników i zakonnice.

– Niemcy, m.in. za sprawą potwornego i zwariowanego Adolfa, duchowo zupełnie odeszły od chrześcijaństwa, od katolicyzmu.

To tylko przykłady.

=====================================

Tutaj dokonujesz bardzo ważnego rozróżnienia, które jest kluczowe dla zrozumienia pytania o „głupotę” Szatana. Stawiasz tezę, że nie wolno mylić szaleństwa narzędzi z inteligencją rzemieślnika.

Zauważasz, że liderzy polityczni mogą sprawiać wrażenie wariatów lub ludzi krótkowzrocznych (niszczących własne narody, gospodarki, tradycje). Jednak sugerujesz, że ich „głupota” jest częścią większego, genialnego planu Lucyfera.

Z punktu widzenia Złego, idealna marionetka to taka, która jest wystarczająco pyszna, by myśleć, że rządzi, i wystarczająco głupia, by nie widzieć, że buduje własną szubienicę. Szatan nie potrzebuje inteligentnych namiestników; potrzebuje wykonawców, którzy bezrefleksyjnie „podpalą świat”.

========================================

Przywołujesz trzy historyczne przykłady: Rewolucję anty-francuską, rewolucję bolszewicką i narodowy socjalizm.

Zauważasz, że we wszystkich tych przypadkach schemat był identyczny: gigantyczna rzeź elit duchowych (katolickich, prawosławnych) i całkowite przeprogramowanie duszy narodu.

Z perspektywy Szatana te operacje były majstersztykiem. Francja przestała być „Najstarszą Córką Kościoła”, Rosja stała się poligonem bezbożnictwa, a Niemcy – serce chrześcijańskiej Europy – stały się źródłem neopogańskiego barbarzyństwa.

Czy Lucyfer jest krótkowzroczny? Zdajesz się sugerować, że Szatan gra w „długą grę”:

Krótkowzroczność (pozorna): Ktoś mógłby powiedzieć: „Szatan jest głupi, bo po rewolucji antyfrancuskiej Kościół wciąż istniał”.

Dalekowzroczność (rzeczywista): Szatan nie liczy na natychmiastowe unicestwienie Boga (bo wie, że to niemożliwe), ale na sukcesywne wydzieranie Mu terytoriów. Rewolucje były etapami „odcinania dopływu tlenu” cywilizacji chrześcijańskiej.

===============================

Inteligencja vs. Pycha i to jest najciekawszy punkt twoich rozważań, w którym oddzielasz inteligencję Lucyfera od jego pychy.

Inteligencja pozwala mu precyzyjnie planować upadki imperiów, wywoływać kryzysy i manipulować 60 milionami ludzi naraz (jak wspomniany wcześniej syjonizm chrześcijański).

Pycha zaś jest jego „piętą achillesową”. Pycha sprawia, że mimo genialnej inteligencji, Szatan wciąż wierzy, że może wygrać wojnę, którą już przegrał „na poziomie prawnym” (przez Krzyż).

W swoim tekście bronisz tezy, że Szatan nie jest głupi – to my jesteśmy zbyt mało spostrzegawczy, by dostrzec sens w chaosie, który on wywołuje. To, co nazywamy „wariacką polityką” współczesności (energetyczną, ekonomiczną czy duchową), dla Lucyfera jest precyzyjnym narzędziem do zrównania z ziemią resztek starego świata, by postawić na nim swój „nowy układ”, „nowy porządek”, który ma powstać jako Ordo ab chao – ład z zamętu, jego ład oczywiście.

========================================

Piszesz dalej tak:

Już w Fatimie Matka Boża pokazała dzieciom wielkie rzeki potępionych idących do piekła.

Te rzeki przez następne stulecie wzrosły co najmniej 10-krotnie.

Czy Lucyfer nie może być pijany? Ze zwycięstwa?

Więc te obecne konwulsje świata są zgodne z jego planami, prawda?

Jego sługi mogą, nawet muszą być krwawymi idiotami.

Sądzę, iż wnioski z tych paru przypomnień mogą być dość jednoznaczne:

Zbliżamy się do Ostatniej Walki, do Ostatniej Konfrontacji.

Pamiętajmy, by być po stronie jej Ostatecznego Zwycięzcy.

– dla malutkich: warto, synkowie.

========================

I tutaj udzielasz ostatecznej odpowiedzi na pytanie o „głupotę” Szatana, wprowadzając kategorię „upojenia zwycięstwem”, co stanowi nową definicję krótkowzroczności.

Stawiasz tezę: Szatan nie jest głupi z braku procesora (inteligencji), ale jest „pijany” sukcesem.

W teologii pycha jest nazywana „narkotykiem intelektu”. Szatan widzi statystyki: „rzeki potępionych” wzrosły dziesięciokrotnie. Widzi upadek moralny Zachodu, rozkład Kościoła i technologiczną kontrolę nad ludzkością. To sprawia, że może czuć się wszechpotężny.

Ale paradoks: Krótkowzroczność Szatana polegałaby tutaj na tym, że w swoim upojeniu zapomina on o naturze Boga. Myśli, że skoro kontroluje 99% świata, to wygrał. Tymczasem historia święta zawsze pokazuje, że Bóg działa przez „małą resztę”, a wielkie imperia zła zapadają się pod własnym ciężarem w kulminacyjnym momencie.

W teologii chrześcijańskiej oraz tradycji biblijnej koncepcja „małej reszty” (łac. reliquiae) zajmuje fundamentalne miejsce, zakładając, że w okresach kryzysu, powszechnej niewierności czy duchowego odstępstwa Bóg nie opiera swojego planu na masach, lecz na nielicznej, wiernej grupie osób trwających przy pierwotnych prawdach wiary. Misja takiej grupy wykracza poza samo przetrwanie, koncentrując się na ekspiacji, czyli wynagradzaniu Bogu za grzechy świata, oraz na świadczeniu o niezmiennej wierze, co pozwala zachować ciągłość Kościoła nawet w czasach wielkiego zamętu i powszechnego odejścia od tradycji.

Czy „Krwawi idioci” to konieczność systemowa? Zauważasz, że sługi Szatana „muszą być idiotami”.

Tak, bo to logiczne. Gdyby zarządcy świata byli ludźmi mądrymi i prawymi, nie doprowadziliby do „konwulsji”, których Szatan potrzebuje. Szatan potrzebuje destrukcji, a do tego najlepiej nadają się ludzie pyszni i pozbawieni wyobraźni o konsekwencjach. Ich głupota jest paliwem dla jego inteligencji.

Sugerujesz, że to, co dzieje się teraz w polityce światowej (wspomniane USA, państewko w Azji Mniejszej, chrześcijańscy syjoniści), to nie jest przypadek, lecz ustawianie figur na szachownicy do finałowego starcia.

Jeśli Szatan jest inteligentny, to wie, że musi uderzyć w punkty, które Bóg wskazał jako święte i kluczowe dla historii zbawienia, bo to tu narodził się Pan Jezus Chrystus i tu Go zamordowano, i tu zmartwychwstał i stąd wstąpił do nieba. Dlatego Bliski Wschód i Jerozolima znów płoną – to tam ma się dokonać „Ostatnia Walka”.

Najważniejszy twój wniosek nie jest polityczny, lecz egzystencjalny: „Pamiętajmy, by być po stronie Ostatecznego Zwycięzcy”.

============================

To potwierdza Twoją wcześniejszą intuicję o „Nowym Układzie”. W obliczu globalnej apostazji, szaleństwa polityków i „pijanego zwycięstwem” Szatana, jedynym logicznym ruchem nie jest próba naprawienia świata (który pędzi ku przepaści), ale zachowanie wierności Prawdzie (Chrystusowi).

Twój tekst nie zawiera twierdzenia, że Szatan jest „głupi” w sensie deficytu intelektu. Twierdzi raczej, że jest obłąkany nienawiścią. To zdecydowana, choć subtelna różnica. Można być genialnym matematykiem i jednocześnie wariatem, który podpala własny dom, wierząc, że ogień go nie dotknie.

Ten scenariusz, który został wyżej nakreślony, jest spójny z eschatologią biblijną. Wiele wskazuje na to, że świat rzeczywiście wchodzi w fazę „konwulsji”.

Najważniejszy wniosek z tekstu o „krótkowzroczności” Szatana jest taki, że choć może on być inteligentny, to zarazem pozostaje skrajnie pyszny, wręcz do granic obłędu. Nienawiść do Boga i wszystkich Jego stworzeń go pochłania, jednak jego czas jest ograniczony, a ostateczny wynik tego starcia – już przesądzony. Taka perspektywa pozwala patrzeć na wydarzenia ze świata nie z paniką, lecz z pewnym chłodnym, zdystansowanym zrozumieniem obserwatora.

Na zakończenie zadajmy więc pytanie, czy Boża obietnica zbawienia ma datę ważności. Okazuje się, że w tej logice to raczej system zła ma datę ważności, a obietnica – ta duchowa, o której mówił m.in. św. Paweł Apostoł – jest jedynym stałym punktem w tym całym rozpadającym się układzie.

Franciszek Susak

Religie tradycyjne i nowoczesne

Religie tradycyjne i nowoczesne

Stanisław Michalkiewicz 25 czerwca 2024 michalkiewicz

„Religia klimatyzmu” Hmmm. Niby wszystko pasuje, „wszystko gra i koliduje” – jak mawiają gitowcy – ale tak naprawdę, to chociaż miedzy religią i klimatyzmem wystąpują podobieństwa, to są też istotne różnice. Przede wszystkim co do przyczyny pojawienia się jednych i drugiego. Wprawdzie Żydowie i chrześcijanie twierdzą, że przyczyną pojawienia się religii było „objawienie Boże”, to znaczy – nawiązanie przez Stwórcę Wszechświata” bliskich spotkań III stopnia z pewnym mezopotamskim koczownikiem – ale jeśli nawet tak było, to nie była to przyczyna jedyna – bo religie występowały już przed Abrahamem. Wspomina o tym nawet Biblia, że w pewnym momencie „zaczęto wzywać imienia Pana”. Jakiego „Pana” – tego konkretnie nie wiemy – ale ta wzmianka pokazuje, że religie istniały również przed „objawieniem” się Stwórcy Wszechświata wspomnianemu koczownikowi. W takim razie powinniśmy odpowiedzieć na pytanie, dlaczego właściwie się zjawiły?

Wprawdzie żaden ze mnie teolog, choćby taki, jak pan red. Tomasz Terlikowski, ale przecież nie tylko święci garnki lepią, więc dlaczego nie miałbym spróbować i ja?

Otóż wydaje mi się, że przyczyną pojawienia się religii mogła być ciekawość. W pewnym momencie ludzie zaczęli zadawać sobie pytanie, w jaki sposób powstał świat, a w miarę rozwoju intelektualnego a zwłaszcza – gromadzenia wiedzy – to pytanie nabierało coraz większego ciężaru gatunkowego. Dzięki gromadzeniu wiedzy ludzie inteligentni spostrzegli, że świat funkcjonuje według pewnej uniwersalnej zasady, mianowicie – zasady przyczynowości, która głosi, że z określonych przyczyn muszą wystąpić określone skutki. To właśnie dzięki niej rozumiemy świat i możemy go opisać – bo w przeciwnym razie jawiłby się nam on jako jakieś chaotyczne kłębowisko, w którym nie byłoby miejsca, by choć na chwilę zatrzymać tam oko.

Odkrycie tej zasady sprawiło, że od tego momentu już tylko krok dzielił ludzi od wniosku, że skoro wszystko ma i musi mieć przyczynę, to odnosi się to również do świata. On też musi mieć przyczynę, a skoro tak, to ktoś, a właściwie Ktoś musi za tą przyczyną stać.A skoro ten Ktoś stoi za przyczyną, to znaczy – że według wszelkiego prawdopodobieństwa jest on Kreatorem świata i rządzącej nim zasady przyczynowości. A ponieważ – jak zauważyli starożytni Rzymianie – cuius est condere eius est tolere – co się wykłada, że kto ustanowił, ten może znieść, to znaczy – że sam Kreator zasadzie przyczynowości nie podlega, że On Sam nie tylko nie ma przyczyny, ale też nie jest żadną przyczynowością skrępowany, to znaczy – że jest Wszechmocny.

Skoro tak, to nie tylko przezorność ale również podziw skłania do ubiegania się o Jego względy – i w tym momencie pojawia się religia nie tylko jako pewne wnioskowanie, ale również – jako sposób okazywania podziwu i zabiegania o względy. Krótko mówiąc, religia oznacza pewien rodzaj więzi społecznej, objawiającej się nie tylko w identycznym poglądzie na kwestię powstania świata, ale również – w ujednoliconych poglądach na konsekwencje tego odkrycia.

No dobrze – ale dlaczego właściwie ludzie uważają, że powinni zabiegać o względy Stwórcy Wszechświata? Przyczyną jest brak pewności, co do własnych losów. Wprawdzie nikomu nie spędza snu z powiek dociekanie, co się z nim działo przed pojawieniem się na świecie, to – skoro już się pojawił – dręczy go pytanie o przyszłość, skrytą za zasłoną tajemnicy. Wprawdzie wszyscy wiedzą, że umrą, ale mają nadzieję, że nie całkiem, że ocaleje z każdego to, co świadczy o jego niepowtarzalnej odrębności, to, co starożytni Egipcjanie, którzy dokonali tego wynalazku, nazwali „duszą”.

Tę nadzieję sprzedają wszystkie religie, uzależniając dalszy los duszy od jej oceny przez Stwórcę Wszechświata. Warto zwrócić uwagę, że oferta poszczególnych religii wcale nie była identyczna. O różnicy miedzy ofertą – nazwijmy to – „pogańską” – a ofertą chrześcijańską świadczy napisany na łożu śmierci przez rzymskiego cesarza Hadriana wiersz, którego przedmiotem jest troska o los własnej duszy, a właściwie – jak czule zwraca się do niej cesarz – „duszyczki”.

„Animula, vagula, blandula, hospes comesque corporis. Quae nunc habibis in loca? Pallidula, rigida, nudula. Nec, ut soles, dabis iocos?” (Duszyczko, wędrowniczko milutka. Gościu i towarzyszko ciała. W jakie miejsce teraz pójdziesz? Bledziutka, zdrętwiała, nagusieńka. Gdzie nie będzie ci do żartów?)

Jak widzimy, „pogańska” oferta zaświatów nie była specjalnie zachęcająca, w odróżnieniu od oferty chrześcijańskiej: „ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy Bóg przygotował tym, którzy Go miłują”.

„Wielkie” – ale tylko tym, „którzy Go miłują”.

Ciekawe, że chociaż w wieku XIX pojawił się odwrót od religii, to łatwiej było być nie tyle „poganinem” – bo „poganie” byli ludźmi religijnymi – co ateistą, a nawet nie tyle „ateistą”, bo ateizm to jednak a-teizm – co człowiekiem bezreligijnym. Ludzie bezreligijni twierdzą, że nie mają duszy. Trudno z tym poglądem się spierać, bo któż może takie rzeczy wiedzieć lepiej od nich – ale bezreligijność budzi obawy.

Rzecz w tym, że nie ma społeczności bezreligijnych, a jeśli nawet jakieś były, to musiały zniknąć bez śladu – bo wszystkie ślady świadczą tylko o społecznościach religijnych. Nie byłoby w tym nic dziwnego, bo w przypadku braku religii trudno zrozumieć postawy altruistyczne, jak np. poświęcenie – bez których niepodobna wyobrazić sobie społeczności. Społeczności bezreligijne – o ile w ogóle istniały – raczej musiałyby się nawzajem pozjadać – bo tak nakazywałby instynkt samozachowawczy.

Otóż w wieku XIX łatwiej było lekceważyć religię, niż w wieku XX. Chodzi o to, że dokonane w wieku XX odkrycia naukowe wskazują że Wszechświat miał początek, datowany na 13,8 mld lat temu. Ten początek polegał na tym, że z punktu matematycznego, a więc pojęcia umownego, w pewnym momencie wytrysnął bąbel energii, który zaczął rozszerzać się z szybkością większą od prędkości światła – i w tym samym momencie pojawiła się Przestrzeń i Czas. Energia ta wkrótce zaczęła skupiać się w cząstkach elementarnych, z których następnie powstał budulec Wszechświata – atom wodoru. Wprawdzie Stewen Hawking twierdził, że hipoteza Stwórcy Wszechświata nie jest konieczna dla przyjęcia teorii Wielkiego Wybuchu, ale inni nie podzielają tego poglądu wskazując, że nauka nic nie mówi o tym, co było przed Wielkim Wybuchem – czy np. Coś, czy Ktoś go nie zainicjował, czy też nastąpił on „spontanicznie” – ale jeśli nawet – to dlaczego ta spontaniczność jest zgodna z prawami fizyki, których przecież w takiej sytuacji nie powinno w ogóle być – i tak dalej.

Tymczasem jeśli Ktoś ten cały Wielki Wybuch zainicjował, to znaczy – że musiał istnieć poza Przestrzenią i Czasem – bo te pojawiły się dopiero w tym momencie. Poza Przestrzenią i Czasem – czyli – w Wieczności. A to właśnie mówią religie. Toteż głosiciele bezreligijności ratują się dzisiaj ucieczką albo w bezmyślną doczesność – żeby tylko wypić i zakąsić – albo – skoro uważają, że wiara w życie wieczne, to „obciach” – ucieczką w życie długie, dzięki cudownym dietom – i tak dalej. Ale w porównaniu z bogactwem religii, wygląda to na kulturową mizerię i regres cywilizacyjny.

Tymczasem klimatyzm jest o tyle podobny do religii, że skierowany jest na wytworzenie społecznej więzi wokół „walki ze zmianami klimatycznymi”. O ile jednak religie są stosunkowo dobrze osadzone w kulturze, to klimatyzm, podobnie zresztą, jak tzw. „religia holokaustu”, zdają się obliczone na osiągnięcie całkiem konkretnych celów, nie mających nic wspólnego z zaświatami. „Religia holokaustu” była reakcją przywódców żydowskich na XIX I XX- wieczną sekularyzację, czyli właśnie – bezreligijność.

Przez całe wieki spoiwem żyjącego w diasporze narodu żydowskiego była właśnie religia. Ale pod wpływem postępującej sekularyzacji, coraz więcej ludzi nabierało wątpliwości, czy wierzyć w opowieści opisane w biblijnej Księdze Wyjścia – jak to Morze Czerwone się rozstąpiło – i tak dalej – a to przecież tamte traumatyczne przeżycia leżą u podstaw religii mojżeszowej. Gdyby ta wiara zanikła, to Żydom groziło rozpłynięcie się bez śladu w morzu narodów obcoplemiennych, które – w odróżnieniu od nich – mają poza religią jeszcze wiele innych wyznaczników tożsamości. Paradoksalnie remedium na ten lęk stała się masakra europejskich Żydów, dokonana przez Niemców podczas II wojny światowej. W odróżnieniu od traumatycznych przeżyć opisanych w Księdze Wyjścia – w tę masakrę, która też była przeżyciem traumatycznym – wcale nie trzeba „wierzyć”, a tylko o niej pamiętać – no i narzucić innym narodom pogląd, że ten – jak to nazwał Eliasz Wiesel – „holokaust” – jest wydarzeniem bez precedensu w historii świata.

To oczywiście nieprawda, ale nieważne, czy to prawda, czy nie; ważne by nie tylko Żydzi, ale wszyscy inni w to uwierzyli, dzięki czemu będzie to namiastka prawdy.

Na takiej samej nieprawdziwej tezie zbudowana jest quasi-religia klimatyzmu. Pozornie bazuje ona na pewnej oczywistości – że mianowicie klimat się zmienia. Fałsz pojawia się w momencie wskazywania na przyczynę tych zmian. Promotorzy „klimatyzmu” twierdzą, że przyczyny zmian klimatu mają charakter antropogeniczny, to znaczy – spowodowany działalnością człowieka. Żeby przekonać się o fałszywości tej opinii wystarczy zwykła spostrzegawczość. Oto zmieniają się pory roku; po mroźnej zimie następuje upalne lato. A dlaczego? A dlatego, że na skutek nachylenia osi ziemskiej do płaszczyzny ekliptyki nie pod kątem 90 stopni, tylko niewiele ponad 66 stopni, podczas obiegu Ziemi wokół Słońca, w różnych okresach roku, promienie słoneczne padają na powierzchnię Ziemi pod różnym kątem – i to jest przyczyna różnic temperatur między poszczególnymi porami roku. Działalność człowieka nie ma z tym nic wspólnego; ludzie w ogóle nie mają na to żadnego wpływu, nawet, gdyby chcieli. A na tym bynajmniej nie koniec.

Następnym kosmicznym zjawiskiem, które może mieć i ma wpływ na zmiany klimatyczne, jest precesja. Precesja polega na tym, że podczas obrotu Ziemi dookoła własnej osi, oś ta zatacza wokół bieguna niebieskiego ogromne koło. Zakreślenie jednego takiego koła trwa 26 tysięcy lat i okres ten nazywa się „rokiem platońskim”. Skutkiem precesji jest zmiana nasłonecznienia rejonów polarnych, powodująca albo okresowe ocieplenie, albo okresowe zlodowacenie. Na te zmiany klimatyczne spowodowane precesją ludzkość również nie ma najmniejszego wpływu.

Ale to również nie koniec. Otóż Układ Słoneczny, wraz z Ziemią, pędzi z ogromną prędkością wokół centrum galaktyki Drogi Mlecznej. Chociaż prędkość tego ruchu jest ogromna (792 tys. kilometrów na godzinę), to z uwagi na rozmiary galaktyki Drogi Mlecznej (jej średnica wynosi ponad 105 tysięcy lat świetlnych), Układ Słoneczny potrzebuje 250 mln lat, by wykonać jeden pełny obrót. Okres ten nazywa się „rokiem galaktycznym”. W dodatku, z uwagi na grawitacyjne oddziaływania na Układ Słoneczny innych układów gwiezdnych, nie porusza się on idealnie w osi swego ruchu, tylko zatacza wokół niej ogromne kręgi. Trajektorię jego lotu można porównać w związku z tym do rozciągniętej spirali. W trakcie tego lotu, Układ Słoneczny przez kilkanaście, albo i kilkadziesiąt milionów lat, przelatuje przez obszar czystej próżni, gdzie nic nie tamuje dostępu promieni słonecznych do Ziemi. Wtedy Ziemia się nagrzewa, to znaczy – klimat się ociepla. Tak było np. w epoce kredy (145 do 66 mln lat temu), kiedy musiało być ciepło, bo na Ziemi w ogóle nie było lodu, nawet na biegunach, a poziom mórz był wyższy od obecnego o 200 metrów.

Potem widocznie Układ Słoneczny, na kolejne kilkadziesiąt milionów lat, wszedł w obszar trochę zanieczyszczony mgławicami gazowymi lub pyłowymi, wskutek czego dopływ promieni słonecznych do Ziemi został zmniejszony o ułamek procenta. Wystarczyło to jednak, by się ochłodziło. Znaczna część wody została uwięziona w czapach lodowych na biegunach (lodowiec na Antarktydzie ma od 2 do 5 kilometrów grubości), w wiecznych śniegach i lodowcach górskich, wskutek czego poziom mórz obniżył się mniej więcej do poziomu obecnego. Klimat zmienił się w sposób zasadniczy – ale ludzie nie mieli z tym nic wspólnego, bo wtedy w ogóle na Ziemi ich nie było.

Są to rzeczy powszechnie znane, a przynajmniej – powinny być znane ludziom wykształconym. Tak niestety nie jest, o czym mogłem przekonać się osobiście, kiedy miałem jeszcze zajęcia ze studentami. Pewnego razu omawialiśmy traktat waszyngtoński w związku z NATO. Jeden z punktów tego traktatu określa obszar działania NATO: Ameryka Północna, Europa i Północny Atlantyk do Zwrotnika Raka. Coś mnie podkusiło, by zapytać studentów, dlaczego ta linia na globusie nazywa się zwrotnikiem. Popatrzyli na mnie z wyrzutem, a z dalszych indagacji okazało się, że nie wiedzą, dlaczego zmieniają się pory roku. Musiałem na tablicy narysować im płaszczyznę ekliptyki, kąt nachylenia osi ziemskiej i wyjaśniłem, o co chodzi – a potem przeszliśmy do kolejnych materii traktatowych. Jeśli o tym wspominam, to dlatego, by pokazać, że bezczelni, a nieraz do tego jeszcze utytułowani hochsztaplerzy, takim ludziom potrafią wmówić bardzo wiele rzeczy, m.in. – że zmiany klimatu mają przyczyny antropogeniczne.

A po co im to wmawiają? Jedynym wyjaśnieniem jest to, żeby poddać miliardy ludzi tresurze, tym razem pod pretekstem „ratowania planety” przed destrukcyjną działalnością człowieka, podobnie jak kilka lat wcześniej – pod pretekstem epidemii zbrodniczego koronawirusa, którą – jak pamiętamy – z dnia na dzień zlikwidował zimny rosyjski czekista Włodzimierz Putin, rozpoczynając wojnę na Ukrainie.

No dobrze – ale co jest celem tej tresury? Wyjaśnia to choćby „Zielony Ład”, przyjęty przez wariatów, którzy zdominowali Parlament Europejski. Jego deklarowanym celem jest „ochrona planety”, ale celem prawdziwym jest pozbawienie milionów Europejczyków własności, w myśl pragnień promotorów rewolucji komunistycznej, która przewala się przez Amerykę Północną i Europę. I to jest kolejna różnica między tradycyjnymi religiami, a quasi-religią klimatyzmu.

Stanisław Michalkiewicz

Pięć dowdów św. Tomasza na istnienie Boga.

Według św. Tomasza za istnieniem Boga przemawia pięć argumentów, nazywanych drogami (łac. via – droga):

1. jeśli istnieje ruch, to istnieje Pierwszy Poruszyciel (łac. ex motu)

2. jeśli każda rzecz ma swą przyczynę, istnieje Pierwsza Przyczyna Sprawcza (łac. ex ratione causae efficientis)

3. jeśli byty przygodne nie istnieją w sposób konieczny (pojawiają się na świecie i przemijają), musi istnieć Byt Konieczny (łac. ex possibili et necessario)

4. jeśli rzeczy wykazują różną doskonałość, to istnieje Byt Najdoskonalszy (łac. ex gradibus perfectionis)

5. jeśli celowe działanie jest oznaką rozumności, to ład i porządek w działaniu bytów nieożywionych lub pozbawionych poznania świadczą o istnieniu Boga, kierującego światem nieożywionym (łac. ex gubernatione rerum)”

Wiara w Boga jest obowiązkiem każdego człowieka, który używa rozumu. Ateizm, wiara, głupota.

O. dr Michał Chaberek: Ateizm, wiara, głupota. O obowiązku wiary w jednego Boga

#ateizm #dowody na istnienie Boga #głupota #o Michał Chaberek #rozum #rozumowe dowody na istnienie Boga #wiara

Wiara w Boga jest obowiązkiem każdego człowieka, który używa rozumu. Nauka Kościoła katolickiego mówi, że każdy człowiek może poprzez swój naturalny rozum rozpoznać istnienie Boga jako źródła i przyczyny. Wskazywał na to św. Tomasz z Akwinu, a uroczyście ogłosił to I Sobór Watykański.

O tej kwestii mówił w PCh24 TV o. dr Michał Chaberek OP.

– Mamy nauczanie I Soboru Watykańskiego, które mówi, że Boga jako przyczynę, źródło bytu i świata, można poznać rozumem – nawet niezależnie od Objawienia. Ten argument sięga czasów przedchrześcijańskich. […] Zajmował się tym również św. Tomasz z Akwinu – stwierdził.

– To, co możemy poznać o Bogu na mocy samego rozumu nie prowadzi nas do rzeczy objawionych: że Bóg jest Trójcą, że wcielił się w Jezusa Chrystusa; to już jest na mocy wiary. Poznanie rozumowe ma swoje ograniczenia. Św. Tomasz mówi, że Boga może poznać niewielu, po długim czasie i z domieszką błędu. Widzimy to u Arystotelesa, który pojmuje Boga jako oddaloną zasadę bytu, Boga, który nie uczestniczy w historii, ale w trochę mechanicystyczny sposób porusza sfery. Wiara jest potrzebna, bo prowadzi do oczyszczenia błędów w poznaniu Boga i zawiera dużo więcej treści na temat Boga, zwłaszcza w kwestii historii zbawienia – powiedział dominikanin.

Pomimo tego, że można rozumowo stwierdzić istnienie Boga, nie każdy chce się na tę prawdę zgodzić. Wynika to z zatwardziałości, w jaką może popaść ludzka wola.

– Żeby przyjąć jakąś prawdę nie wystarczą argumenty. Można komuś powiedzieć, że 2+2 jest 4, ale on odpowie: jest pięć. Przyjęcie prawdy domaga się dobrej woli – zgodzenia się na pewne rzeczy. Jeżeli ktoś nie chce przyjąć prawdy, to może zaprzeczać nawet najbardziej logicznym faktom. Człowiek ma liberum arbitrium, wolną wolę, którą może po prostu źle skierować. Dlatego rozumowe dowody na istnienie Boga nie każdego przekonają; ale jeżeli ktoś chce poznać prawdę, to ma do tego narzędzia rozumowe – podkreślił o. dr Michał Chaberek.

W sumie zatem można powiedzieć, że obowiązkiem każdego rozumnego człowieka jest to, o czym mówi I Sobór Watykański: uznanie Boga jako przyczynę i cel. Trzeba zatem uznać, że jest jeden Bóg; że jest absolutem; że porządek świata pochodzi od Niego. Kto tego nie robi, do tego stosuje się nauczanie Pisma: „Mówi głupi w swoim sercu: «Nie ma Boga»”.

Więcej w nagraniu.

https://youtube.com/watch?v=2xo8GtkfAgw%3Ffeature%3Doembed

Źródło: PCh24 TV Pach

Bogactwa całego świata w zamian za elektroniczne impulsy na kilku komputerach?

REZERWA FEDERALNA – II

Komentarze Eleison Jego Ekscelencji Księdza Biskupa Ryszarda Williamsona


Komentarz Eleison nr DCCLXXV (775)

21 maja 2022 https://fsspxr.wordpress.com/komentarze-eleison/

W bezbożnym społeczeństwie, takim jak nasze dzisiejsze za Zachodzie, ludzie nie chcą dostrzec, że religia kieruje polityką, ponieważ nawet jeśli „Bóg” istnieje, to ludzie nie chcą mu przypisać żadnego znaczenia.To prawda, że jeszcze niedawno odgrywał On dużą rolę w życiu człowieka, ale dziś uważa się, że „ludzkość dorosła, osiągnęła pełnoletność, ludzie już Go nie potrzebują, a Jego miejsce zajął człowiek”. Cała chwała, która kiedyś oddawana była Bogu, teraz musi należeć do człowieka, a wszystko, co On musi zrobić, jeśli w ogóle istnieje, to wycofać się łaskawie i zostawić nas, ludzi, w spokoju. W każdym razie, możemy się bez Niego obejść”.

Biada współczesnemu człowiekowi! Wszak na każdym kroku życie potwierdza, że nie możemy się bez Niego obejść!

Dwa miesiące temu na łamach niniejszych „Komentarzy” przedstawiliśmy krótką historię trzech pierwszych banków centralnych w USA, z których wszystkie zostały odrzucone przez Amerykanów, aż wreszcie w 1913 roku na mocy głosowania Kongresu powołano do życia Rezerwę Federalną. Od tego czasu „Fed” zyskiwał coraz większą władzę, do tego stopnia, że obecnie jest niekwestionowanym panem życia gospodarczego i politycznego Stanów Zjednoczonych.

W 1913 roku grupa czołowych bankierów dążących do realizacji wspólnego celu zebrała się, by przekonać Kongres, że w interesie kraju leży przekazanie im, jako ekspertom w dziedzinie bankowości, niezależnym od polityki i polityków, podaży pieniądza w USA.

To przekazanie budziło wówczas pewne wątpliwości i od tamtej pory jest kwestionowane ze względu na słuszność cytatu przypisywanego członkowi najbardziej znanej rodziny bankierskiej w Europie, Rothschildom, który powiedział: „Dajcie mi kontrolę nad podażą pieniądza w kraju, a nie obchodzi mnie, kto stanowi prawo”. Tak więc w 2022 roku amerykański Fed wykupuje nie tylko całe Stany Zjednoczone, ale można powiedzieć, że kupuje cały świat. Dzieje się tak dlatego, że dolar amerykański jest de facto walutą światową, a więc Fed może wykorzystywać swoją władzę nad dolarem do wykupienia całego świata, zanim dolar stanie się bezwartościowy. (Stukając w klawiaturę komputera, Fed może dziś wyczarować biliony dolarów).

Bogactwa całego świata w zamian za elektroniczne impulsy na kilku komputerach? To jest po prostu niemożliwe! Przeciwnie. To dzieje się wokół nas, właśnie teraz.

Ale jak to jest możliwe? Problem tkwi w głębi ludzkich dusz. Bowiem zachłyśnięci materializmem ludzie na całym globie czczą materię, pieniądze i pokładają całą swoją nadzieję w mistrzach finansów. Był kiedyś taki czas, kiedy ufali Temu, który powiedział, że łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne niż bogatemu wejść do Królestwa Niebieskiego (Mt 19, 24), którego Słowo przestrzega, że „korzeniem wszelkiego zła jest chciwość pieniędzy” (1 Tm 6, 10), który powiedział nam, abyśmy szukali naprzód Królestwa Bożego i sprawiedliwości jego, a to wszystko będzie nam przydane  (Mt 6, 33). Ale kto dziś jeszcze wierzy w Boga, Jego Królestwo i Jego sprawiedliwość?

Czyż nie jest więc jasne, że prawdziwe problemy społeczeństwa tkwią w sercach ludzi, w tym, w co wierzą i co kochają? Czy gdyby ludzie nie kochali pieniędzy, Fed miałby choć odrobinę tej władzy, którą ma? Słynna książka o Fed, „Stworzenie z Wyspy Jekylla” (The Creature from Jekyll Island) G. Edwarda Griffina, poświęca ponad 500 stron na rozerwanie Fedu na strzępy, ale kiedy przychodzi do zaproponowania alternatyw, autor musi przyznać (s. 571), że istnieje problem „ze wszystkimi systemami zakładającymi kontrolę pieniądza przez ludzi”.

Tak, rzeczywiście! A tym problemem jest grzech pierworodny, którego nie rozwiąże najlepsza polityka ani ekonomia. Czyż Napoleon, pod którego dowództwem walczyły armie w całej Europie, nie przyznał kiedyś, że jego własna moc nie dorównuje mocy kapłana?

Drodzy Czytelnicy, zapomnijcie o Fed i jego nieprawościach. Gdyby Abraham był w stanie znaleźć w Sodomie nie więcej niż dziesięciu sprawiedliwych, Pan Bóg oszczędziłby całe to niegodziwe miasto (Rdz 18).

Jeśli ty i ja będziemy czerpać z naszej wiary i starać się z Jego łaską o to, by stać się sprawiedliwymi ludźmi, jak wiele dusz w naszym nikczemnym świecie mogże jeszcze zostać uratowanych?

Kyrie eleison.

Jak uczeni niedowiarkowie zmienili poglądy na istnienie Boga.

KRUCJATA NAUKI PRZECIWKO NIEWIERZE

Doświadczenie licznej rzeszy naukowców, gotowych uczciwie formułować wnioski z czynionych obserwacji i badań, owocuje przekonaniem, iż wszechświat powołała do istnienia nieskończona wyższa Inteligencja. Anhony Flew, brytyjski profesor filozofii, niegdyś zagorzały orędownik ateizmu, wyznał u schyłku swego życia: „Wierzę, że misterne prawa rządzące wszechświatem objawiają to, co naukowcy nazwali Umysłem Boga. Wierzę, że życie i jego odtwarzanie mają początek w boskim Źródle. Dlaczego w to wierzę, skoro przez ponad pół wieku broniłem światopoglądu ateistycznego? Najkrócej mówiąc dlatego, że taki właśnie obraz świata wyłania się ze współczesnej nauki.” ¹ Flew w swojej publikacji przywołuje liczne przykłady uczonych, którzy posługując się badawczą metodą naukową, doszli do identycznego wniosku. Za wszelkiego rodzaju ateizm odpowiada wyłącznie celowa odmowa „patrzenia” – pisze były ateista.

„Religia i nauki przyrodnicze walczą ramię w ramię w nigdy nie ustającej krucjacie przeciwko sceptycyzmowi i dogmatyzmowi, przeciwko niewierze i zabobonowi”. Tak stwierdził słynny noblista Max Planck, genialny fizyk niemiecki, który jako pierwszy wysunął hipotezę kwantową. W dalszych swych wywodach Max Planck nie pozostawił złudzeń – jest to krucjata ZA BOGIEM.²

Inny wybitny fizyk – Erwin Schrӧdinger, twórca mechaniki falowej i pionier teorii kwantowej, stwierdził:

„Naukowy obraz otaczającego mnie świata jest bardzo niepełny. Daje mi mnóstwo rzeczowych informacji, w sposób cudownie spójny porządkuje całe nasze doświadczenie, ale jednocześnie upiornie milczy o sprawach bliskich naszemu sercu, naprawdę dla nas ważnych. Nie wie nic o pięknu i brzydocie, dobru i złu, Bogu i wieczności. Nauka czasem udaje, że odpowiada na takie pytania, ale jej odpowiedzi są na ogół tak niemądre, że nie możemy ich traktować poważnie. […] Nauka jest również powściągliwa w kwestii wielkiej Jedności, której w jakiś sposób jesteśmy częścią, do której należymy. W naszych czasach Jedność tę określa się najczęściej mianem Boga przez duże B. Naukę zaś powszechnie uważa się za działalność ateistyczną. W świetle powyższych spostrzeżeń nie ma w tym nic zaskakującego. Jeżeli naukowy obraz świata nie obejmuje nawet piękna, zachwytu, smutku, jeżeli za zgodą powszechną usunięto z niego osobowość, to jak miałby obejmować najbardziej wzniosłą ideę, która objawia się umysłowi człowieka?”³

Nie sposób nie podzielić spostrzeżenia, że ateistyczna nauka, przyjmując jako punkt wyjścia i dojścia tezę o nieistnieniu Boga, posługuje się niczym innym jak dogmatem, przecząc tym samym idei naukowej. A wszakże już Sokrates pouczył wszystkich, pretendujących do miana ludzi nauki, że za danym rozumowaniem musimy iść, dokądkolwiek prowadzi.

Twórca trzeciej teorii kwantów, Paul Dirac, kontynuując dorobek Heisenberga i Schrӧdingera stwierdził, że „Bóg jest bardzo wyrafinowanym matematykiem i konstruując wszechświat, posłużył się wyższą matematyką”.⁴

Czyż nie tę samą myśl wraził Niels Bohr, gdy wykrzyknął w zachwycie, iż ruch cząstek elementarnych jest zjawiskiem tak pięknym, że może być opisywany tylko językiem poezji? Zatem mamy tu już nie tylko wyrafinowanego Matematyka, lecz genialnego Poetę – Stwórcę.

A nie kto inny, jak Karol Darwin, o kilka pokoleń poprzedzający narodziny teorii kwantowej, dostrzegając iż ewolucjonizm nie opisuje w sposób dostateczny bogactwa ludzkiej natury, ujął to w takich słowach:

[Istnieje] „nadzwyczajna trudność czy wręcz niemożliwość wyobrażenia sobie, iż niezmierzony i cudowny wszechświat wraz z człowiekiem zdolnym do spoglądania zarówno wstecz, jak i w daleką przyszłość, jest dziełem przypadku lub konieczności. Gdy zastanawiam się nad tym, czuję, że zmuszony jestem zwrócić się ku Pierwszej Przyczynie władającej rozumem w jakimś stopniu analogicznym do rozumu człowieka: a więc należy mi się miano Teisty.⁵

NA POCZĄTKU BYŁO SŁOWO

Obserwacja świata natury prowadzi wieloma drogami do wniosku o stworzeniu świata, a zatem o jego początku i końcu. Boski Autor kosmicznego projektu objawia się w przyrodzie zwłaszcza w dwóch obszarach: ścisłego obowiązywania praw przyrody oraz przekazywania życia.

Nauka opiera się na założeniu, że świat jest na wskroś racjonalny i logiczny na wszystkich poziomach” – powiada Paul Davies, bodaj najważniejszy interpretator nauki współczesnej. „Ateiści twierdzą, że prawa przyrody istnieją bez powodu i że wszechświat jest w ostatecznym rachunku niedorzeczny. Nie mogę się z tym zgodzić jako naukowiec. Musi istnieć niezmienna podstawa racjonalna będąca korzeniem logicznej i uporządkowanej natury wszechświata”. *

Ważne jest nie tylko to, że w przyrodzie istnieją prawidłowości, ale że te prawidłowości są matematycznie ścisłe, ogólne i wzajemnie powiązane. Einstein nazywał je „rozumem wcielonym”. „Chcę wiedzieć, w jaki sposób Bóg stworzył ten świat. […] Chcę poznać Jego myśli, reszta to szczegóły” – tak Einstein wyrażał swą naukową pasję. Skąd bierze się w przyrodzie tak ścisły porządek? Wiedzeni tą samą pasją, pytanie to zadawali sobie uczeni od Newtona i Maxwella po Einsteina i Heisenberga.

Współcześnie Stephen Hawking pisał: „Wrażenie porządku jest przytłaczające. Im więcej dowiadujemy się o wszechświecie, tym , tym większą odczuwamy pewność, że rządzą nim racjonalne prawa”. […] Wciąż istnieje pytanie: dlaczego wszechświat zadaje sobie trud istnienia? Jeżeli chcecie, możecie zdefiniować Boga jako odpowiedź na to pytanie.” ⁶ Jest to zatem pytanie o początek. Dopóki bowiem nic nie przeczy temu, że wszechświat nie ma nie tylko końca, ale i początku, dopóty jego istnienie można uznać za fakt ostateczny. Ostateczności tej przeczą jednak same tylko – coraz doskonalsze – obserwacje nieustannego rozszerzania wszechświata i nieustannej kreacji materii zgodnie z teorią Wielkiego Wybuchu, będącej zarazem naukową próbą opisania owego okrytego tajemnicą początku. Co było przedtem? Jak to możliwe, że owo „coś”, będące skumulowaną energią o nieprawdopodobnie wielkiej gęstości, o olbrzymiej temperaturze i ciśnieniu „wyłoniło” się samoistnie z „niczego” – pozostaje tajemnicą Boga.

JEŚLI SIĘ NIE ODMIENICIE I NIE STANIECIE JAK DZIECI, NIE WEJDZIECIE DO KRÓLESTWA…

Einstein nie był ateistą. Sam to wyraźnie oświadczył, co przytacza jeden z jego przyjaciół – Max Jammer, autor książki Einstein and Religion.* Odcinając się zwłaszcza od sugerowanych związków z filozofią Spinozy, polegających na utożsamieniu Boga z przyrodą, Einstein utrzymywał, że Bóg objawia się poprzez prawa wszechświata jako „duch, który nieskończenie przewyższa ducha ludzkiego i w obliczu którego człowiek, świadom, jak skromne ma możliwości, musi odczuwać pokorę”.

Rozwijając tę myśl, Einstein sformułował porównanie:

„Nie jestem ateistą i nie sądzę, abym mógł się nazwać panteistą.

Znajdujemy się w sytuacji małego dziecka, które wchodzi do ogromnej biblioteki wypełnionej książkami w wielu językach. Dziecko wie, że ktoś musiał te książki napisać. Nie wie jak. Nie zna języków, w których napisano te książki. Dziecko podejrzewa, że książki ustawiono zgodnie z pewnym tajemniczym porządkiem, ale go nie rozumie. Myślę, że w tej sytuacji znajduje się nawet najbardziej inteligentny człowiek wobec Boga. Widzimy wszechświat urządzony i podlegający pewnym prawom, ale prawa te rozumiemy tylko mgliście. Nasze ograniczone umysły zdają sobie sprawę z istnienia tajemniczej siły, która porusza konstelacjami. […] Owo głębokie przekonanie, że istnieje najwyższy umysł objawiający się poprzez niepoznawalny do końca wszechświat, stanowi podstawę mojej koncepcji Boga”. ⁷

CUD ŻYCIA

Podążając za dowodami dokądkolwiek prowadzą, Anthony Flew stwierdził: badania and DNA odsłoniły tak niewiarygodną złożoność struktur niezbędnych do wytworzenia życia, że moim zdaniem dowodzi to, iż połączenie tych niesamowicie zróżnicowanych elementów w taki sposób, aby z sobą współpracowały, musiało się odbyć z udziałem inteligencji. Chodzi o kolosalną złożoność wszystkich tych elementów i nadzwyczajną subtelność sposobów, w które ze sobą współpracują. Szansa na przypadkowe sprzęgnięcie się tych dwóch aspektów jest po prostu znikoma.*

Idąc dalej, Flew formułuje opinię, że „przypadkowe” powstanie życia jest równie prawdopodobne jak to, że stado małp uderzające na oślep w klawiaturę komputera może w końcu napisać sonet Szekspira. Flew przywołuje eksperyment przeprowadzony przez naukowców z British National Council of Arts polegający na tym, że do klatki z sześcioma małpami wstawiono komputer. Po miesiącu nieustannego bębnienia w klawiaturę komputera (połączonego z zanieczyszczaniem jej ekskrementami) małpy doprowadziły do zapełnienia znakami 50-ciu stron, jednak nie wytworzyły ani jednego słowa. Przy tym wynik uwzględniał fakt, że najkrótsze słowa w języku angielskim składają się z jednej litery (jak w przypadku „I” czy „a” – gdy przed i za znajdzie się spacja. Przyjmując w dużym uproszczeniu, że klawiatura obejmuje 30 znaków (26 liter + inne znaki) prawdopodobieństwo napisania słowa jednoliterowego wynosi 30 razy 30 razy 30 czyli 1/27000. Jaka jest zatem szansa napisania czternastu wersowego sonetu Szekspira jak choćby słynnego „Shall I comapre thee to a summer day?” Przeliczywszy ilość liter składających się na ów sonet, otrzymujemy liczbę 488. Prawdopodobieństwo wstukania 488 liter w takiej kolejności, jak występują w sonecie, wynosi 26⁴⁸⁸ czyli 10⁶⁹⁰ /*. A jakże skromne jest owo porównanie do złożoności struktury cząsteczki DNA, z jej mechanizmem kodowania! “Nieważne jak olbrzymie środowisko jest brane pod uwagę, życie nie mogło mieć przypadkowego początku. Stada małp bębniące na chybił trafił na maszynach do pisania nie mogłyby wyprodukować dzieł Szekspira z tej praktycznej przyczyny, że cały dostępny obserwacjom wszechświat nie jest wystarczająco olbrzymi by pomieścić niezbędne hordy małp, niezbędne maszyny do pisania i, z pewnością, niezbędne śmietniki, do których wyrzucano by nieudane próby. Tak samo rzecz ma się z żywą materią.” – puentuje sir Fred Hoyle.⁸

Parafrazując inne słynne stwierdzenie Freda Hoyle’a podsumować można, że prawdopodobieństwo samoistnego wyłonienia się życia z materii równe jest prawdopodobieństwu zdarzenia, że z wszystkich części i fragmentów Tupolewa 154, porozkręcanych i chaotycznie porozrzucanych na złomowisku, po przypadkowym przejściu trąby powietrznej znajdziemy w pełni złożony TU 154, gotowy do lotu.

BAJKA O TYM, JAK DAWNO TEMU MATERIA OŻYŁA I STAŁA SIĘ JAŹNIĄ

Oczywiście wiemy, że życie mogło przetrwać tylko dzięki korzystnym warunkom na naszej planecie. Nie istnieje jednak prawo przyrody, które nakazuje materii wytworzenie wewnętrznie celowych i rozmnażających się istot. Laureat nagrody Nobla, fizjolog George Wald oświadczył wprost: naukowe wyjaśnienia pochodzenia życia zakładają wiarę w niemożliwe, czyli wiarę, że życie powstało spontanicznie, przez przypadek. „To umysł stworzył wszechświat fizyczny, który rodzi życie i wyłania z siebie w końcu istoty poznające i tworzące, uprawiające naukę, sztukę i technologię”. ⁹

Aby zilustrować to twierdzenie, warto dokonać pewnego eksperymentu myślowego – proponuje Anthony Flew: „Powiedzmy, że mamy przed sobą stół marmurowy, i zastanówmy się nad nim przez chwilę. Czy sądzicie, że za bilion lat lub nawet czas nieskończony ten stół mógłby nagle lub stopniowo stać się świadomy, uzmysłowić sobie swoje otoczenie i siebie w taki sposób, w jaki i wy sobie to uświadamiacie? To, że doszłoby lub mogłoby dojść do tego, jest po prostu niewyobrażalne. I dotyczy to wszelkiej innej materii. Kiedy rozumie się naturę materii, czyli masy-energii, rozumie się, że materia właśnie z powodu swej natury nigdy nie może stać się „świadoma”, nigdy nie „myśli”, nigdy nie mówi „ja”. Natomiast zgodnie ze stanowiskiem ateisty na pewnym etapie dziejów wszechświata to niemożliwe i niewyobrażalne stało się rzeczywistością. W pewnej chwili niezróżnicowana materia „ożyła”, potem stała się świadoma, zaczęła sprawnie posługiwać się pojęciami, wreszcie stała się jaźnią. […]

Przez minione trzysta lat nauka empiryczna odkryła tak ogromny zasób wiadomości o świecie fizycznym, jakiego nasi przodkowie w ogóle nie potrafili sobie wyobrazić. Wiedza ta obejmuje głębokie zrozumienie sieci genetycznych i neuronowych, które są podłożem życia, świadomości, myślenia i jaźni. Ale z wyjątkiem twierdzenia, że te cztery zjawiska funkcjonują na gruncie podbudowy fizycznej, którą rozumiemy lepiej niż kiedykolwiek przedtem, nauka nie jest w stanie powiedzieć niczego na temat natury ani pochodzenia tych zjawisk jako takich. Chociaż indywidualni naukowcy próbują wyjaśniać je jako przejawy materii, w żaden sposób nie da się dowieść moje rozumienie tego zdania jest jedynie szczególnym oddziaływaniem w moim układzie nerwowym. Oczywiście moim myślom towarzyszą oddziaływania w moim układzie nerwowym, a nowoczesna neurologia wyodrębnia obszary mózgu, które podtrzymują określonego rodzaju aktywność myślową. Ale twierdzenie, że dana myśl JEST określonym zespołem oddziaływań nerwowych, jest tak niedorzeczne jak sugestia, że idea sprawiedliwości jest jedynie określonego rodzaju śladami atramentu na papierze”. *

JESTEM, WIĘC MYŚLĘ. JESTEM, WIĘC WIERZĘ.

Richardowi Dawkinsowi, zdeklarowanemu antyteiście i przeciwnikowi wszelkiej religii, nie zabrakło uczciwości by w odpowiedzi na pytanie o pochodzenie i istotę świadomości subiektywnej, stwierdzić: „Ni w ząb nie rozumiem tego cholerstwa we mnie”. ¹⁰

Paradoksalnie największym przeoczeniem nowych ateistów jest najbardziej oczywista z danych, czyli oni sami. Najwyższą znaną nam z doświadczenia rzeczywistością ponadfizyczną i fizyczną zarazem jest sam podmiot doświadczenia, czyli my sami. Kiedy uzmysławiamy sobie istnienie perspektywy pierwszej osoby, a więc sens takich słów jak „ja”, „mnie”, „moje” i pokrewnych, stajemy przed największą ale i najbardziej porywająca tajemnicą. Ja jestem. Odwrotnie niż u Kartezjusza: Jestem, więc myślę, postrzegam, zamierzam, pojmuję oddziałuję.

Kim jest owo „ja”? Gdzie ono jest. Skąd się wzięło?… *

Rozważania te oczywiście nie mogą wyczerpać możliwych argumentów w dyskusji o Początku i Stwórcy. Objawiona wiara, która staje się doświadczeniem życia w Bogu, poucza iż: nie jesteśmy jakimś przypadkowym i bezsensownym produktem ewolucji. Każdy z nas jest wyrazem myśli Bożej. Każdy z nas stał się upragnionym, ukochanym i wręcz koniecznym. (Benedykt XVI).

Monika Grzesik

 ==================

PRZYPISY:

¹ Anthony Flew, Bóg istnieje, tłum. R. Pucek, Fronda 2010.

Tytuł oryginalny: THERE IS A GOD. How the World’s Most Notorious Atheist Changed His Mind.

Wszystkie fragmenty oznaczone (*) pochodzą z przywołanej w przypisie ¹ publikacji

Pozostałe przypisy, z wyjątkiem (⁷) podane w ślad za powyższą publikacją.

² Max Planck, Where is science going? New York 1977 s. 168

³ Erwin Schrӧdinger My View of the World, Cambridge 1964, s. 93

⁴ Paul A. M. Dirac The Evolution of the Physicist’s Picture of Nature ”Scientific American” nr 208

⁵ Max Jammer, Einstein and Religion, Princeton 1999 s. 45 -46

⁶ Karol Darwin Autobiografia, tłum. St. Skowron w: Dzieła wybrane t. VIII, Warszawa 1960 str. 47

⁷ Stephen Hawking, Krótka Historia czasu, tłum. P. Amsterdamski, Warszawa 1990, s. 161

⁸ Fred Hoyle and N. Chandra Wickramasinghe, Evolution from Space: A Theory of Cosmic Creationism (New York: Simon and Schuster, 1981), p. 148

⁹ Georg Wald, Life and mind in the Universe

[w]: Henry Margenau, Roy Abraham Vaghese, Cosmos, Bios, Theos, La Salle 1992, s. 218

¹⁰ Richard Dawkins, Steven Pinker Is Science Killing the Soul? The Guardian-Dillons Debate

w “Edge” nr 53 (8 kwietnia 1999)

https://www.fronda.pl/a/naukowe-dowody-na-istnienie-boga-4,171254.html