Nagonka na katolików i katolicyzm w rządzie Trumpa.

Carrie Prejean Boller zwolniona z Komisji Wolności Religijnej.

Ryszard Kulczyński

Prezydent Trump wyznaczył swoją wieloletnią katolicką przyjaciółkę Carrie Prejean Boller do Komisji Wolności Religijnej – katolickiej bohaterki, która wyzywająco głosiła: „katolicy nie przyjmują syjonizmu”.

Prezydent Trump nagle ją wczoraj zwolnił.

Carrie Prejean Boller odpaliła listem otwartym:

“Jestem zszokowana, że usunięcie jedynej katoliczki z Komisji Wolności Religijnej odbyło się za pośrednictwem krótkiego e-maila od pracownika, a nie bezpośredniej rozmowy z prezydentem, który mnie mianował.

To ten sam pracownik, który zadzwonił do mnie w sierpniu z prośbą o moją rezygnację na polecenie syjonistycznych heretyków Dana Patricka i Pauli White. Wtedy zaczęło się polowanie na czarownice przeciwko mnie.

Uważam, że dla kogoś, kto wiernie służył i bronił wolności religijnej, zasłużyłam przynajmniej na podstawowy szacunek w postaci rozmowy telefonicznej lub formalnego listu od Pana. W końcu nie wstydzi się Pan zwalniać ludzi. Myślę, że obywatele amerykańscy są traktowani z mniejszą godnością niż zagraniczny przywódca oskarżony o zbrodnie wojenne.

Stał Pan przy mnie w 2009 roku, kiedy straciłam tytuł Miss Kalifornii po tym, jak publicznie opowiedziałam się za moimi chrześcijańskimi przekonaniami. Miałam zaledwie 21 lat, kiedy wygłosiłam przemówienie z Panem stojącym obok mnie.

W swoim przemówieniu podzieliłam się czymś, co mój dziadek zawsze mi mówił: „jesteś Amerykanką, Carrie. Walczyłem o Twoje wolności. Nigdy nie pozwól, aby ktokolwiek Ci je zabrał”. To słowa, które dziś cenię.

Moje głęboko zakorzenione przekonania religijne określają, kim jestem i kim zawsze byłam, dlatego teraz nie pozwolę odebrać mi wolności religijnej.

Wiedział Pan dokładnie, kim jestem, kiedy mnie wyznaczył. Może nie mam prestiżowego tytułu ani dużej organizacji za moim nazwiskiem, ale mam przekonanie, serce, i niezachwiane zaangażowanie w chrześcijańskie zasady, za którymi się opowiadam.

Byłam w tej Komisji z jednymi z najbardziej szanowanych ludzi w Ameryce. Zdałam sobie sprawę, że wielu z nich zbyt boi się wypowiedzieć i zostać nazwanymi antysemitami po prostu za to, że nie popierają politycznego państwa Izrael.

Żaden z nich nie był skłonny zabrać głosu i bronić mojej wolności religijnej, aby nie popierać ideologii politycznej i fałszywej teologii. Ale Pan wiedział, dlaczego po raz kolejny postawił mnie na tej scenie, aby stanąć za nim, nawet jeśli oznacza to samotność.

Moja wiara w Chrystusa znaczy dla mnie więcej niż jakiekolwiek stanowisko lub tytuł. Nie zmieniłam się ani trochę od dnia, w którym stał Pan obok mnie w 2009 roku. Dlatego jest tak szokujące, że teraz zostałam usunięta z Komisji Wolności Religijnej za to, że robiłam to samo, czego kiedyś Pan bronił.

Przez prawie dwadzieścia lat stałam przy Panu. Uczestniczyłam w obu Pańskich inauguracjach. Byłam na Pańskich wiecach. Broniłam Pana publicznie, kiedy nie było to popularne. Stałam przy Panu, kiedy nazywano Pana każdym imieniem, jakie można sobie wyobrazić.

Z dumą nosiłam czerwoną czapkę Make America Great Again, gdy nie była popularna, a nawet bezpieczna, ponieważ wierzyłam w to, o co Pan walczył. Już Pana nie poznaję.

Prezydencie Trump, myślałam, że MAGA opowiada się za obroną Amerykanów, którzy wypowiadają swoje przekonania bez obawy o karę. Myślałam, że MAGA stawia Amerykę na pierwszym miejscu, a nie Izrael.

Dzisiaj staram się rozpoznać ruch, który Pan zaczął. Wygląda na to, że został porwany przez obcy rząd i religijnych fanatyków próbujących spełnić swoją heretycką fantazję o czasach ostatecznych.

MAGA, którą znałam, nigdy nie pozwoli amerykańskim żołnierzom umrzeć za obcy rząd.

Synowie i córki Ameryki są wysyłani na Bliski Wschód, aby składać ofiary na rzecz herezji i fałszywych proroctw.

Czy naprawdę jesteśmy suwerennym narodem, Panie Prezydencie? a może zagraniczne interesy i błędna stronnicza interpretacja Pisma Świętego dyktują teraz, komu wolno mieć wolność religijną tutaj w Ameryce?

Miałeś być prezydentem pokoju, a nie prezydentem wojny.

Nasi założyciele nigdy nie przyznaliby jednemu wyznaniu wyższości nad wszystkimi innymi. W rzeczywistości nasz rząd tego zabrania. To nieamerykańskie.

Zostałam niesprawiedliwie usunięta, a moja wolność religijna została naruszona, i większość katolików, którzy głosowali na Ciebie, czuje dokładnie to samo. 

Dlaczego nas zdradziłeś? Zdradziłeś swoją misję, by znów uczynić Amerykę wielką.

Wasza Komisja Wolności Religijnej została porwana przez heretyków i etno-nacjonalistów z zimną krwią. Stwierdzenie, że Twoja prezydentura jest rozczarowaniem dla twoich zwolenników, jest niedopowiedzeniem.

Uwierzyliśmy w ciebie, a Ty nas zdradziłeś. Modlę się za nasz naród i za Ciebie, Panie Prezydencie.

Jak ostrzegł papież Leon XIII, “cofanie się przed wrogiem lub milczenie, gdy ze wszystkich stron taki zgiełk budzi się przeciwko prawdzie, jest oznaką tchórza…Chrystus z pewnością nie uzna takich ludzi za swoich naśladowców”.

Twoje wieczne dziedzictwo zależy od wejścia do Królestwa Niebieskiego i mam nadzieję, że pewnego dnia Cię tam zobaczę.

„Chrystus jest Królem”.

Krucjata Armagedonu „chrześcijańskich syjonistów” przeciwko Iranowi

Krucjata Armagedonu przeciwko Iranowi

Autor: Hermann Ploppa apolut.net/kreuzzug-von-armageddon-gegen-den-iran-von-hermann-ploppa

========================

nowy niemiecki tekst, w kilku momentach musiałem przymknąć oczy, ale tekst przedstawia dużo informacji niedostępnych dla polskiego czytelnika. PJ.

———————————————————

To staje się coraz bardziej dziwaczne. Amerykańscy oficerowie wmawiają swoim rekrutom, że to Jezus namaścił Donalda Trumpa, aby prezydent mógł przewodzić i wygrać biblijną ostateczną bitwę z diabolicznymi hordami.

Punkt widzenia Hermanna Ploppy.

W ostatnich tygodniach w internecie krążyły doniesienia o skrajnie irracjonalnych motywach rządu USA do wypowiedzenia wojny Iranowi. Chrześcijańscy fundamentaliści rzekomo przejęli kontrolę nad administracją Trumpa. Trump rzekomo rozpoczął wojnę z Iranem z powodów religijnych. Niepokojące osobiste relacje z najbliższego otoczenia Trumpa z pewnością dostarczają wystarczających podstaw do takich podejrzeń.

Niestety, to prawda.

Ale tak wielkiego projektu, jak prowadzenie wojny, nie da się skutecznie przeprowadzić wyłącznie opierając się na religijnej arogancji. Zbyt wiele, czasem bardzo różnych, grup interesów musi działać razem. Środowiska finansowe, z ich wrodzonymi uprzedzeniami, muszą dojść do porozumienia. Przemysł musi uznać, że taka przygoda jest warta zachodu. A przede wszystkim, trzeba przekonać znaczną część społeczeństwa do ryzykowania życia i zdrowia, mając niepewny wynik.

W wojnie z Iranem nie chodzi o to, by Stany Zjednoczone zdobywały złoża ropy naftowej. W końcu same Stany Zjednoczone eksportują ropę w ogromnych ilościach. Chodzi raczej o odcięcie głównego rywala, Chin, od dostępu do kluczowych surowców. Jednak rzut oka na bardzo rozsądnie skalkulowany miks energetyczny Chin jasno pokazuje, że Chiny mogą doskonale funkcjonować bez wenezuelskiej czy irańskiej ropy.

Z pewnością celem jest dalsze rozszerzenie dominacji USA i Izraela na Bliskim Wschodzie poprzez wyeliminowanie Iranu, ostatniego głównego przeciwnika w regionie. Jednocześnie jednak na amerykańskim froncie wewnętrznym Trumpa narasta niechęć do merdania ogonem. Aż nazbyt oczywiste jest, że Stany Zjednoczone popierają ryzykowną wojnę, która służy przede wszystkim interesom rządu Netanjahu. To wyjaśnia, dlaczego nielegalna inwazja USA i Izraela na Iran jest tak źle odbierana przez amerykańską opinię publiczną. Tylko 27 procent ankietowanych obywateli USA aprobuje inwazję Trumpa na Iran (1). Fakt, że Stany Zjednoczone marnują oszałamiające 900 milionów dolarów dziennie na wojnę z Iranem, wywołuje gniew i gorycz, zwłaszcza w obliczu stale narastających problemów społecznych w samym sercu Ameryki (2). W przeciwieństwie do swoich poprzedników, Busha I i Busha II, Amerykanie tym razem nie jednoczą się wokół głowy państwa.

Ale Donalda Trumpa to nie rusza. Nawet po tym, jak Irańczycy stawili zdecydowany opór, odważnie kontynuuje on żądanie ich „bezwarunkowej kapitulacji”. Czyniąc to, Trump werbalnie powtarza żądania aliantów wobec nazistowskich Niemiec i Japonii podczas II wojny światowej. To całkowicie błędne. Ich zdaniem alianci mieli na myśli bezwarunkową kapitulację osób odpowiedzialnych politycznie.

Trump powiedział jednak w wywiadzie:

Bezwarunkowa kapitulacja oznacza, że ​​będziemy kontynuować, dopóki [Irańczycy] nie zaczną jęczeć: »Miłości, wujku!«, albo dopóki nie będą mogli już walczyć, albo dopóki nie będzie komu jęczeć… dopóki nie będzie komu się poddać”. (3)

Jest to bardziej zgodne ze stanowiskiem Adolfa Hitlera, który w swoim przełomowym dziele „Mein Kampf” jasno dał do zrozumienia, że ​​chce całkowicie unicestwić Słowian, aby zrobić miejsce dla „rasowo czystych Aryjczyków”. Nie jest to nowa koncepcja dla USA, zważywszy na to, jak rdzenni Amerykanie byli początkowo eksterminowani, aby zrobić miejsce dla europejskich imigrantów. Taka polityka jest jednak niezgodna z cywilizowanymi standardami.

Możemy jasno zrozumieć ofensywę trumpistów jako deklarowane zerwanie ze wszystkimi współczesnymi konwencjami. Sekretarz Obrony Trumpa, Pete Hegzeth, jasno to wyraził w oświadczeniu dotyczącym wojny irańskiej, mówiąc:

Przelatujemy nad Iranem, przelatujemy nad Teheranem. Przelatujemy nad stolicą. Przelatujemy nad bazami Gwardii Rewolucyjnej. Irańscy przywódcy patrzą w górę i widzą tylko izraelskie i amerykańskie siły powietrzne. W każdej minucie. Każdego dnia. Dopóki nie zdecydujemy: to koniec. I nie mogą tego w żaden sposób zmienić. Nasze bombowce B-2, B-52 i B-1; drony Predator; myśliwce dominują w powietrzu. Wybierają cele. Śmierć i zniszczenie z powietrza. Przez cały dzień. Gramy o wszystko. Nasze myśliwce mają największą możliwą władzę, osobiście gwarantowaną przez prezydenta i przeze mnie. Nasze zasady walki są śmiałe, precyzyjne i zdeterminowane, by uwolnić amerykańską potęgę, a nie ją ograniczać. To nigdy nie miała być uczciwa walka. To nie jest uczciwa walka. Pokonujemy ich, gdy są na ziemi. I właśnie tak… Tak będzie!” (4)

Przypadek Pete’a Hegsetha nie pozostawia wątpliwości: chodzi o fanatyzm religijny. Hegseth lubi być fotografowany bez koszulki, a zdumiona publiczność widzi wszelkiego rodzaju tatuaże wojenne. Na przykład motto: „Deus lo vult!”. To średniowieczna łacina i oznacza po prostu: „Bóg tak chce!”. Papież Urban II wypowiedział to hasło bojowe w Clermont w 1095 roku. Wraz z nim rozpoczęły się krucjaty do Ziemi Świętej, których celem było odzyskanie Jerozolimy z rąk muzułmanów. Pete Hegseth nigdy nie ukrywał, że postrzega siebie jako uczestnika Krucjaty 2.0. Pierwsza Krucjata, jak powszechnie wiadomo, doprowadziła do podboju Jerozolimy w 1099 roku. Chrześcijańscy zdobywcy brutalnie wymordowali całą ludność – Żydów i muzułmanów, mężczyzn, kobiety, dzieci i starców. Pijani zdobywcy, jak relacjonowali kronikarze, brodzili w kałuży krwi. Oto wzór do naśladowania dla obecnego Sekretarza Obrony Stanów Zjednoczonych. Hegseth często wzywa ultrakonserwatywnego pastora Douglasa Wilsona na uroczyste okazje. Wilson głosi na przykład, że kobiety całkowicie nie nadają się na wysokie stanowiska.

A propos kaznodziejów dworskich: Donald Trump zatrudnił swoją doradczynię duchową Paulę White jako oficjalną kaznodziejkę w Białym Domu, na koszt podatników. Na YouTube krążą całkowicie dadaistyczne przemówienia tej ewangelistki, na których pani White dziko wymachuje rękami i wielokrotnie krzyczy „Uderz, uderz, uderz!”, po czym popada w niezrozumiałą glosolalię (5). Zgromadziła już miliony dolarów dzięki swoim dziwacznym występom. Obecnie kilku pastorów chrześcijańskich syjonistów zebrało się wokół biurka Trumpa w Gabinecie Owalnym, aby wachlować go siłą duchową niezbędną do wojny z Iranem. Paula White położyła dłoń na ramionach swojego protegowanego, Trumpa. Trump pogrąża się w nietypowej dla siebie pokorze religijnej (6).

Czysta kwestia gustu?

Jak wiadomo, o gustach się nie dyskutuje.

Ale ta farsa w Białym Domu ma głębsze znaczenie. Coraz więcej żołnierzy we wszystkich rodzajach sił zbrojnych USA narzeka na swoich przełożonych. Ci coraz częściej wmawiają swoim podwładnym, że interwencja militarna przeciwko Iranowi nie jest zwykłą wojną, lecz religijną i duchową ostateczną bitwą między zastępami niebiańskimi a zastępami diabła. Były oficer Sił Powietrznych Mickey Weinstein założył fundację Military Religious Freedom Foundation. Podczas czynnej służby w Siłach Powietrznych Weinstein, Żyd, doświadczył na własnej skórze, jak Żydzi i muzułmanie byli prześladowani i gnębieni przez swoich chrześcijańskich towarzyszy. Na przykład, w stołówce Weinsteina pytano go, jak może żyć z myślą, że zabił Jezusa Chrystusa. (7)

Poprzez swoją fundację Weinstein obecnie opowiada się za tolerancją i wzajemnym szacunkiem wśród żołnierzy wszystkich religii i światopoglądów. Fundacja Weinsteina służy jako punkt kontaktowy dla żołnierzy, którzy byli dyskryminowani i nękani. Otrzymał już ponad 200 listów ze skargami dotyczącymi trwającej wojny w Iranie. W jednym przypadku dowódca wezwał swoich żołnierzy, aby

powiedzieli naszym żołnierzom, że „to wszystko jest częścią boskiego planu”, wyraźnie odwołując się do licznych cytatów z Księgi Objawienia, które odnoszą się do Armagedonu i rychłego powrotu Jezusa Chrystusa.

Dowódca dodał, że

Prezydent Trump został namaszczony przez Jezusa, aby rozpalić ogień sygnałowy w Iranie, który doprowadzi do Armagedonu i upamiętni jego powrót na Ziemię”.

… A Weinstein podsumowuje:

Ilekroć Izrael lub Stany Zjednoczone angażują się na Bliskim Wschodzie, słyszymy historie o chrześcijańskich nacjonalistach, którzy przejęli władzę w naszym rządzie i oczywiście w armii USA”. (8)

John Hagee i CUFI

Za dowódcami zagłady stoi mało znana, ale bardzo potężna społeczność: „chrześcijańscy syjoniści”. Chrześcijaństwo i syjonizm w istocie wykluczają się wzajemnie. Przez wieki chrześcijanie prowadzili brutalne i sadystyczne kampanie przeciwko Żydom. Pogromy i podpalenia osiągnęły punkt kulminacyjny w niewypowiedzianym horrorze Holokaustu, który katolik [ależ skądże !! md] Hitler zdołał sprowokować. Nawet w Stanach Zjednoczonych przemoc wobec Żydów była na porządku dziennym. Potem nadszedł Ruch Praw Obywatelskich lat 60., któremu wspólnie przewodzili Afroamerykanie i Żydzi. Teraz sytuacja całkowicie się odwróciła.

Ponieważ kaznodzieje ewangeliczni odkryli swoją miłość do reżimu Netanjahu. Weźmy na przykład teleewangelistę Johna Hagee. Ten człowiek o potężnej głowie zgromadził fortunę dzięki kazaniom transmitowanym w telewizji. Niesamowicie zręczny i z przebiegłą kalkulacją, manipuluje słuchaczami mistrzowską retoryką. Hagee promuje rząd Izraela za pośrednictwem swojej organizacji Christians United for Israel (CUFI).

Organizacja ta twierdzi, że ma dziesięć milionów członków i ogromne zasoby finansowe. Podobnie jak proizraelska organizacja lobbingowa American Israel Public Affairs Committee (AIPAC), CUFI wywiera ogromny wpływ na opinię publiczną i polityków. Sprzeciwienie się Hagee i jego CUFI oznacza pogrzebanie kariery politycznej. Nic więc dziwnego, że spośród 535 członków waszyngtońskiego Kongresu 110 należy do obozu ewangelickiego (9).

Wokół CUFI Hagee’ego skupia się cała sieć organizacji. Na kampusie działa program szkoleniowy CUFI, zrzeszający 3500 studentów w 200 grupach uniwersyteckich. Każdego roku odbywa się tournée, którego kulminacją jest główne wydarzenie o nazwie „Noc na cześć Izraela”. W 2017 roku, podczas pierwszej kadencji Trumpa, w szczycie uczestniczył również jego wiceprezydent Mike Pence. Dla kobiet istnieje coś takiego jak Córki Syjonu. Z CUFI ściśle powiązane jest globalnie działające Centrum Porozumienia i Współpracy Żydowsko-Chrześcijańskiej (CJCUC). Z CJCUC powiązana jest Międzynarodowa Ambasada Chrześcijańska w Jerozolimie (ICEJ).

Głównym zadaniem tej całej chrześcijańsko-syjonistycznej sieci jest wspieranie rządu Netanjahu w dążeniu do stworzenia Wielkiego Izraela. Zwolennicy Hagee’ego przekazali łącznie 3,3 miliarda dolarów izraelskiemu wojsku i żydowskim osadnikom. CUFI organizuje dla swoich członków wycieczki na Zachodni Brzeg. Na terenach dawniej należących do Jordanii żydowscy ekstremiści wypędzają obecnie Palestyńczyków z ich prawowitych terenów. Syjonistyczni bandyci włamują się do palestyńskich domów i eksmitują ich. Izraelska policja wspiera osadników w ich nikczemnych działaniach. Te przestępcze działania są finansowane przez CUFI i przedstawiane amerykańskiej opinii publicznej w atrakcyjny sposób.

John Hagee wpędził się jednak w kłopoty w USA. W wywiadzie oświadczył, że Adolf Hitler również był częścią planu Boga. Twierdził, że Hitler zmusił Żydów do powrotu do ich prawdziwej ojczyzny, Palestyny ​​(10). I to prowadzi nas do wierzeń chrześcijańskich syjonistów w czasy ostateczne.

Chrześcijańscy syjoniści wywodzą z Biblii przekonanie, że Żydzi, rozproszeni po całym świecie w tzw. diasporze, powinni powrócić do Palestyny. Tam mają prawo wypędzić wszystkie inne narody dla swojego Wielkiego Izraela. Przewidują tam ostateczną bitwę Armagedonu – zmagania Zastępów Niebieskich z zastępami zła, siłami szatańskimi. Księga Objawienia, ostatnia księga chrześcijańskiej Biblii, głosi, że Bitwa Armagedonu zakończy się, a wręcz musi, zwycięstwem Zastępów Niebieskich.

W dawnych czasach chrześcijanie z pewnością uważali Żydów za część zastępów diabelskich. Jednak obecnie, ze względów politycznych, uległo to radykalnej zmianie. Chrześcijańscy syjoniści są bowiem zjednoczeni z żydowskim odłamem syjonistycznym Chabad Lubawicz we wspólnej nadziei na rychły koniec świata po przyjściu Mesjasza. Chrześcijanie liczą na powrót Jezusa Chrystusa. Żydzi szabatowi, ze swojej strony, oczekują nadejścia Mesjasza, opierając się na proroctwach starotestamentowego proroka Daniela. Obie postacie łączą się w jedną polityczno-strategiczną postać końca czasów.

Prorok Chabad Lubawicz, Mendel Schneerson, powiedział już w 1985 roku wschodzącemu politykowi Benjaminowi Netanjahu, że będzie ostatnim szefem rządu Izraela (11). Po Netanjahu przyjdzie tylko Mesjasz. A wraz z nim koniec świata.

To właśnie oprogramowanie najwyraźniej napędza psychotyków w centrach dowodzenia zarówno w USA, jak i w Izraelu. Zamiast pracować nad zachowaniem, pielęgnowaniem i ulepszaniem naszego wspaniałego świata, te szalone, przesiąknięte Epsteinem elity nie potrafią wymyślić niczego lepszego niż zniszczenie wszystkiego – w imię urojonego świata fantazji.

Najwyższy czas położyć kres temu szaleństwu.

=================================================================

Tłumaczył Paweł Jakubas, proszę o jedno Zdrowaś Maryjo za moją pracę.

Artykuł ukazał się 12 marca 2026 roku na stronie : apolut.net/kreuzzug-von-armageddon-gegen-den-iran-von-hermann-ploppa

Źródła i Przypisy:

(1)  https://eu.oklahoman.com/story/news/politics/2026/03/10/donald-trump-approval-ratings-as-iran-war-intensifies-what-polls-say/89080865007/

(2) https://www.youtube.com/watch?v=Q6-mKCAB4Po

(3) https://www.youtube.com/shorts/yqcV8Hrnipo

(4) https://www.youtube.com/shorts/lqxYdhYohGY

(5) https://www.youtube.com/watch?v=vyZpJX7Ww0M

(6) https://www.youtube.com/watch?v=kcysQmPQvbs

(7) https://www.youtube.com/watch?v=yijk3N1t7yo

(8) https://www.theguardian.com/world/2026/mar/03/us-israel-iran-war-christian-rhetoric

(9) https://www.youtube.com/watch?

(10) https://transcripts.cnn.com/show/sitroom/date/2008-05-22/segment/01?utm_source=chatgpt.com

(11) https://apolut.net/netanyahu-der-zerstoerer-von-hermann-ploppa

Kim są „chrześcijańscy syjoniści” i dlaczego są tacy niebezpieczni?

Prof. Jacek Bartyzel: Kim są „chrześcijańscy syjoniści” i dlaczego są tacy niebezpieczni?

https://pch24.pl/prof-jacek-bartyzel-kim-sa-chrzescijanscy-syjonisci-i-dlaczego-sa-tacy-niebezpieczni-2

Współczesny fenomen zwany „chrześcijańskim syjonizmem” ma swoje źródło w religijnej historii Stanów Zjednoczonych i to jeszcze w okresie kolonialnym. Anglosaską Nową Anglię, powiększoną drogą podboju bądź wykupu o inne dzisiejsze stany, zasiedlili głównie i zbudowali religijni „dysydenci” od głównych nurtów protestanckiej reformacji: anglikanizmu, kalwinizmu i luteranizmu, szukający tam schronienia przed represjami ze strony urzędowego w Anglii „Kościoła Ustanowionego” (Established Church) i związanej z nim monarchii, której byli zaciekłymi wrogami.

Rzecz jasna, nie wszyscy koloniści północnoamerykańscy (w Ameryce Septentrionalnej, jak kiedyś mawiano) byli dysydentami i politycznymi wywrotowcami: Wirginię czy obie Karoliny zasiedlili przecież anglikańscy (a po części nawet „anglokatoliccy”) rojaliści. Jednak najmocniejsze piętno na ustroju i charakterze kolonii amerykańskich, w konsekwencji zatem i niepodległych Stanów Zjednoczonych, wywarli nowoangielscy purytanie – nurt ekstremistyczny pod każdym względem, czego dowiodło także śmiercionośne spustoszenie, jakie poczynili w Anglii podczas wojny domowej i rewolucji z lat 1640-1660 ich pobratymcy w metropolii; jak dowiódł Eric Voegelin, purytańska rewolucja była pod wieloma względami prefiguracją rewolucji bolszewickiej, a na pewno „czasem osiowym” przejścia od religijnej do świeckiej wersji gnostycyzmu.

Jak jednak wiadomo, pośród zbuntowanych w drugiej połowie XVIII wieku przeciwko Koronie Brytyjskiej kolonistów zaszły procesy sekularyzacyjne w duchu tzw. Oświecenia. „Ojcowie Założyciele” republiki północnoamerykańskiej byli niemal wszyscy deistami, czyli wyznawcami tzw. religii naturalnej, nie mającej nic wspólnego z chrześcijaństwem. Pamiętajmy, że w konstytucji amerykańskiej nie ma żadnej wzmianki czy odwołania się do Boga. Ze względów taktycznych nie mogli oni jednak wystąpić otwarcie przeciwko religii protestanckiej, ponieważ wyznawała ją przytłaczająca większość tworzącego się narodu amerykańskiego.

Z tego powodu ideologią panującą nowego państwa stała się eklektyczna mikstura purytańskiej „teologii przymierza”, wigowskiego kultu pisanej konstytucji, Locke’owskiego kontraktualizmu, oświeceniowego deizmu, ideologii kupieckiej i wolnomularskiego okultyzmu. Jego ostatecznym rezultatem jest to, co w samej jurysprudencji amerykańskiej nazywa się „ceremonialnym deizmem” albo „uogólnionym” (na bazie różnych odłamów protestantyzmu i bez żadnej treści dogmatycznej) i akonfesyjnym chrześcijaństwem. Jak słusznie zauważa Nina Gładziuk, „gdy widzimy zaprzysiężenie amerykańskiego prezydenta, to trudno je sobie wyobrazić bez Księgi Biblii. Ale nie jest to zbiór pism religii objawionej, ale nade wszystko Księga Prawa: paktu, przymierza, umowy i testamentu. Jeżeli odsyła do jakiejś teologii, to jest teologia federalistyczna”.

Nadto, gdy przywołamy symbol piramidy na amerykańskim banknocie dolarowym, to napis na zwoju u stóp zdobiącej go piramidy, obwieszczający Novus Ordo Seculorum, „standardowo tłumaczy się jako «nowy porządek wieków», ale możemy też uwolnić masoński sens tej formuły, a wówczas otrzymamy: «nowy świecki zakon»” (Druga Babel. Antynomie siedemnastowiecznej angielskiej myśli politycznej, Warszawa 2005, s. 30-31).

Zsekularyzowane, ale źródłowo purytańskie dziedzictwo republiki amerykańskiej zawierało już in nuce dwie zgubne idee: egalitaryzmu i kontraktualizmu – można by rzec „idee – matki” wszystkich błędów politycznych, zawleczonych z Nowego do Starego Świata, niszczących właśnie cywilizację chrześcijańską.

To dlatego deistyczny „Stwórca” kanonicznych tekstów demokracji amerykańskiej, od Deklaracji Niepodległości poprzez Mowę Gettysburską po Rooseveltowskie Cztery Wolności, który jakoby stworzył ludzi równymi sobie, dał im „prawo” do „poszukiwania szczęścia” i obalania wedle swego widzimisię rządu oraz zalecił „rządy ludu, dla ludu i przez lud”, nie ma nic wspólnego z Bogiem chrześcijańskim, z Chrystusem – Pantokratorem, od którego pochodzi wszelka władza, płynąca zawsze „z góry” i przelewana od wyższego ku niższemu („nie miałbyś żadnej władzy nade Mną, gdyby ci nie była dana z góry”). Pojmowanie każdej sfery życia: politycznego, prawnego, społecznego, a nawet religijnego, jako serii niekończących się kontraktów, zawieranych przez pierwotnie „wolne i równe” jednostki, niszczy każdą instytucję i każdy autorytet. Nadaje im też nieuchronnie charakter „biznesowy”: purytanie nawet swoje osobiste kontakty z Bogiem nawiązywali i artykułowali w języku kupców i lichwiarzy z City („weksel”, „list zastawny” etc.) – co skądinąd stało w jaskrawej sprzeczności z ich oficjalnie wyznawaną teologią kalwińską, według której „Bóg nam nic nie jest dłużny”.

Powszechnie zwraca się uwagę na „prekursorski” wobec świeckich demokracji charakter umów zawieranych przez purytańskich dysydentów, takich jak Mayflower compact z 1620 roku czy Fundamental Orders kolonii Connecticut z roku 1636. Mniej zauważany jest fakt politycznego „archeologizmu” purytanów, których nienawiść do „papizmu” i monarchizmu prowadziła do wskrzeszania najbardziej archaicznej formy politycznej starożytnego Izraela, stosownej do luźnego związku półkoczowniczych jeszcze plemion, jaką był „ustrój sędziowski”. Dla purytanów papiestwo i monarchia były zresztą słabo zakamuflowanym „pogaństwem” – wystarczy przeczytać dzieła Johna Miltona, zarówno polityczne (Obrona narodu angielskiego), religijne (Racja istnienia rządu kościelnego), jak i poetyckie (Samson walczący).

W świetle powyższego wzajemna sympatia i przyciąganie się – wedle tajemnej zasady duchowych powinowactw – pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Izraelem jest czymś naturalnym i zrozumiałym. Wszakże protestantyzm w ogóle jest w dużej mierze rejudaizacją chrześcijaństwa, a purytanizm jest nią w takim stopniu, że można wątpić czy jest jeszcze chrześcijański; w każdym razie cywilizacyjnie należy do cywilizacji żydowskiej. Już w epoce Szekspira trzymających się całkowicie sformalizowanej i bezdusznej etyki, „skrupulatnych” (precise) purytanów nazywano „Żydami Nowego Testamentu”. Meksykański myśliciel katolicki i przywódca synarchizmu – Salvador Abascal nazywał Stany Zjednoczone krajem „żydowsko-jankeskim” (judío-yankee). Oś „Waszyngton – Tel-Aviv” ma zatem – niezależnie od niepokoju, jaki wzbudza to u prawdziwych amerykańskich patriotów, a zarazem katolików, takich jak Patrick J. Buchanan, przerażonych ideologiczno-politycznym szaleństwem „amerykańskich likudników” – głębokie podstawy cywilizacyjne.

„Ewangelikałowie”

Jak to wyżej unaoczniliśmy, „chrześcijański syjonizm” w USA wywodzi się z tych nurtów protestantyzmu, które zakorzeniły się w Ameryce Północnej, na czele z kalwinistycznym purytanizmem oraz baptyzmem. Współcześnie, od lat 80. XX wieku, stał się on doktryną tzw. ruchów ewangelikalnych oraz zielonoświątkowców, które stanowią fundamentalistyczną reakcję na zeświecczenie i liberalizację głównych „kościołów” protestanckich. I religijnie, i politycznie, stanowią więc one „prawicę” w łonie amerykańskiego protestantyzmu, trzymając się literalnego rozumienia tekstów biblijnych, oczywiście w duchu subiektywnej egzegezy pastorów, politycznie natomiast stanowią prawe, konserwatywne skrzydło Partii Republikańskiej. Stanowią one liczącą się siłę, zapewniającą republikanom ok. 30-40 milionów wyborców, zamieszkujących głównie ziemie tzw. pasa biblijnego (Bible Belt), czyli stanów południowych i środkowych, które notabene w przeszłości były bastionem Partii Demokratycznej, zanim dokonał się jej zdecydowany skręt w lewo, czyli jeszcze w czasach F. D. Roosevelta.

Najbardziej znanymi i wpływowymi w okresie formowania się ruchu „chrześcijańskich syjonistów” animatorami tego nurtu byli słynni „teleewangeliści”, czyli kaznodzieje posługujący się narzędziem telewizji, baptysta Jerry Falwell (1933-2007) oraz zaangażowany bezpośrednio w politykę, też formalnie baptysta, ale bliski zielonoświątkowcom, Pat Robertson (1930-2023). Ten drugi był założycielem w 1989 roku Chrześcijańskiej Koalicji Ameryki (Christian Coalition of America), stanowiącej główną siłę nacisku „chrześcijańskich syjonistów” na Partię  roku Republikańską, a zrzeszającą oprócz „ewangelikałów”, zielonoświątkowców, a nawet niektórych konserwatywnych katolików.

Sednem poglądów „chrześcijańskich syjonistów” jest przekonanie, że należy walczyć o odzyskanie dla Żydów całej Ziemi Obiecanej, przez co należy rozumieć obszar od Synaju aż po Eufrat, a zatem również ziemie należące do państw sąsiadujących dziś z Państwem Izrael. Wynika to z dosłownej interpretacji tekstów biblijnych (Starego Testamentu). Popierają także najbardziej szalony i groźny projekt ortodoksów żydowskich odbudowania – po spełnieniu pewnych rytualnych warunków – trzeciej Świątyni na miejscu dwóch poprzednich, w którym, jak wiadomo, obecnie stoi muzułmański meczet Al-Aksa, którego zburzenie rozpętałoby natychmiast „świętą wojnę” całego świata islamskiego. Ponieważ „chrześcijańscy syjoniści” uznają współczesne państwo Izrael – mimo jego świeckości – za spadkobiercę starożytnego Izraela patriarchów, od Abrahama począwszy, proroków i królów, ich wystąpienia znamionuje żarliwe i bezwarunkowe poparcie tego państwa, a odrzucenie jakiejkolwiek jego krytyki. Już w 1981 Jerry Falwell powiedział: „Występować przeciwko Izraelowi oznacza występować przeciwko Bogu. Wierzymy, a pokazuje nam to historia i Pismo, że Bóg mierzy narody miarą ich stosunku do Izraela”, zaś Pat Robertson posunął się aż do stwierdzenia, że gdyby wybuchła wojna między Stanami Zjednoczonymi a Izraelem, to stanąłby po stronie Żydów, gdyż w ten sposób wypełniłby wolę Boga.

W tym duchu „chrześcijańscy syjoniści”odczytują fakty z historii współczesnego Państwa Izrael jako dowody potwierdzające słuszność ich stanowiska. Zaczęło się to już z chwilą utworzenia tego państwa w 1948 roku. W sondażu z 2017 roku, który przytoczył „Washington Post”, 80 procent ewangelikałów zadeklarowało, że wierzy, iż powstanie Państwa Izrael było spełnieniem biblijnego proroctwa, a ponad 50 procent respondentów oznajmiło, że wierzą, iż muszą popierać Izrael, ponieważ ma to istotne znaczenie dla spełniania się proroctw. Nawiasem mówiąc, korespondowało to z opinią ówczesnego prezydenta USA, Harry’ego Trumana – bynajmniej nie „chrześcijańskiego syjonisty”– który uznając oficjalnie to państwo oświadczył, że jest „drugim Cyrusem”, a nawet większym od króla perskiego dobroczyńcą narodu żydowskiego, ponieważ wyzwolił go ze znacznie dłuższej niewoli i przyznając mu nie tylko autonomię, lecz pełną niepodległość. Drugim zaś kluczowym wydarzeniem było zwycięstwo Izraela w wojnie sześciodniowej z państwami arabskimi w 1967 roku, którego rezultatem była między innymi aneksja wschodniej Jerozolimy do państwa żydowskiego.

Czy to entuzjastyczne poparcie dla Izraela oznacza, że „chrześcijańscy syjoniści”są po prostu całkowicie zgodni z syjonizmem żydowskim i nie ma pomiędzy nimi żadnych różnic? Bynajmniej, gdyż ewangelikalni „chrześcijańscy syjoniści”uważają się właśnie za żarliwych chrześcijan, spoglądających na problem Izraela z punktu widzenia apokaliptyki i eschatologii chrześcijańskiej – oczywiście tak, jak oni ją pojmują. Rzecz w tym, że swój stosunek do Izraela wiążą oni z zapowiedzią ponownego przyjścia (Paruzji) Chrystusa oraz – wedle słów z Apokalipsy według św. Jana (Ap 16,16) – Armageddonem, czyli ostateczną bitwą między siłami dobra i zła, w której hordy szatana zetrą się z hufcami anielskimi pod wodzą Chrystusa i zostaną przez nie pokonani, szatan zostanie uwięziony w Czeluści, a nastanie tysiącletnie panowanie (czyli Millenium) Chrystusa. Jednocześnie „ewangelikałowie” łączą ten fakt z zapowiadanym przez św. Pawła masowym nawróceniem Żydów na chrześcijaństwo przed końcem świata i gdy wejdzie już do Kościoła pełnia pogan (Rz 11,25), tym samym zaś uznaniem przez nich Chrystusa za oczekiwanego przez nich Mesjasza. W tym samym duchu interpretują oni wspomniany ustęp z Apokalipsy jako powrót ludu żydowskiego na biblijne ziemie Izraela. Powrót ów pozwoli zacząć odliczać czas do siedmioletniego Armageddonu. Z punktu widzenia „chrześcijańskich syjonistów” odbudowanie Izraela na Ziemi Obiecanej stanowi niejako preludium do nawrócenia Żydów.

Istotne jest również to, że „ewangelikałowie” wierzą w to, że Armageddon nadejdzie już wkrótce. Dlatego nie przeraża ich ta oczywistość, że chaos na Bliskim Wschodzie, który rozpoczął się wraz z utworzeniem Państwa Izrael i ciągle się pogłębia, czyniąc ten region najbardziej niebezpiecznym miejscem na ziemi, musiałby przerodzić się w wojnę totalną, gdyby plan przywrócenia biblijnego terytorium Izraela wszedł w ostateczną fazę realizacji, ponieważ stanowiłoby to potwierdzenie, że powrót Chrystusa jest bliski. Można rzec, że „chrześcijańskim syjonistom”obce jest, tak istotne dla katolików podejście „katechoniczne”, czyli oparta na wyjaśnieniach też św. Pawła wiara w to, że rzeczy ostateczne, które rozpoczną się przecież od pojawienia się Antychrysta („człowieka grzechu”) i zwiedzenia przezeń wielu, są odwlekane i historia świata może toczyć się dalej, dopóki nie ustąpi siła go powstrzymująca, czyli katechon (2 Tes 2, 6-8). Im gorsza jest zatem sytuacja w tym regionie, tym – dla ewangelikalnych apokaliptyków – lepiej. Nie poruszają więc ich nawet ludobójcze praktyki Izraela wobec Palestyńczyków w Gazie.

Paradoksalnie można by więc powiedzieć, że w swojej istocie poglądy „chrześcijańskich syjonistów”są „antyżydowskie”(w sensie „antyjudaistyczne”), bo opierają się na dążeniu do przyspieszenia także nawrócenia Żydów na chrześcijaństwo. Z tego powodu oczywiście nie mogą podobać się wyznawcom judaizmu. Jednak zarówno Żydzi religijni, jak i laiccy nacjonaliści syjonistyczni z Likudu, rządzący dziś Izraelem, nie dyskutują otwarcie tej kwestii, lecz podchodzą do tego pragmatycznie: ważne jest dla nich to, że „chrześcijańscy syjoniści” są politycznie ich najbardziej ofiarnymi sojusznikami, co przekłada się na realne wsparcie polityczne, militarne i finansowe Stanów Zjednoczonych jako protektora Izraela.

„Turbosyjonizm”Donalda Trumpa

Jako się rzekło, „chrześcijańscy syjoniści”są najbardziej proizraelską siłą polityczną w Stanach Zjednoczonych. Oprócz nich podobne nastawienie mają tylko tzw. neokonserwatyści (na politykę USA mający największy wpływ za prezydentury George’a W. Busha Jr.), nazywani często „amerykańskimi likudnikami”, gdyż będący w lwiej części pochodzenia żydowskiego, którzy jednak są Żydami niereligijnymi i nie mają żadnych apokaliptycznych oczekiwań, więc państwo Izrael popierają z innych powodów; są oni jednak środowiskiem raczej elitarnym, podczas gdy „chrześcijańscy syjoniści”stanowią wielką siłę.

Szacuje się, że stanowią oni ok. 30 procent ogółu amerykańskich wyborców, a identyfikuje się z nimi ponad stu kongresmenów. Ich obecnym faworytem politycznym jest prezydent Donald Trump i można powiedzieć, że to głównie im zawdzięcza on zarówno swoje pierwsze, jak i drugie zwycięstwo. Trump nie jest „chrześcijańskim syjonistą”- określa się jako chrześcijanin, ale bez konkretnej identyfikacji wyznaniowej, ale ma zarówno szerokie związki z Żydami, nawet rodzinne, a przede wszystkim zajmuje też ekstremalnie proizraelskie stanowisko.

Jego budzące sympatię konserwatystów posunięcia w polityce wewnętrznej nie mogą jednak przesłaniać faktu, że w polityce zagranicznej i w stosunku do Izraela, popieranego przezeń bezkrytycznie, ujawnia stanowisko, które można nazwać wręcz „turbo syjonizmem”. Musi to budzić niepokój, bo taka polityka wzmaga tylko napięcie i grozi prawdziwym Armageddonem – jeszcze nie eschatologicznym, ale z pewnością wojennym.

Syjoniści pozornie chrześcijańscy

Syjoniści pozornie chrześcijańscy

, 6 lipca 2025

Kłamstwo zrodzone z herezji utoczy krwi ludom głuchym na Słowo

Tytułem wstępu do refleksji nad wydarzeniem historycznym

„jak heretycy żydom ułatwili życie cudzym kosztem”

Fragment

Wiara, że – zgodnie z proroctwami biblijnymi – Żydzi powrócą do swego starożytnego domu, towarzyszy protestantyzmowi na Wyspach od jego zarania. Jednak w projekt polityczny przekształca się dopiero po wojnach napoleońskich, gdy Wielka Brytania wyrasta na potężne globalne imperium mające realną możliwość przyczynienia się do restauracji „w Palestynie domu narodowego dla ludu żydowskiego”. Dzięki temu mnożnikowi siły widzimy splot religii i polityki imperialnej na rzecz syjonistycznej idei wszędzie w Wielkiej Brytanii. Przykładowo, w 1833 r., gdy Osmanowie tracili władzę nad Lewantem, arcybiskup Canterbury i arcybiskup Dublinu stwierdzili w Izbie Lordów, że Biblia mówi jasno: Żydzi mają no nowo ustanowić własne państwa w Palestynie. Doniosłą rolę w tym przedsięwzięciu ma też odegrać Wielka Brytania. Istotnie, od lat 30 XIX w. filosemityzm i syjonizm chrześcijański mocno utrwaliły się w tożsamości brytyjskiej.

Najwybitniejszym w XIX w. brytyjskim syjonistą chrześcijańskim był Anthony Ashley-Cooper, od 1851 r. lord Shaftesbury, jednocześnie najważniejszy ówczesny reformator społeczny, autor ustaw o dziejowym znaczeniu dotyczących m.in. osób umysłowo chorych, dzieci, kobiet i górników. Wyobraźmy sobie Dickensa w roli prawodawcy. Otóż Shaftesbury przez całe swoje długie i jakże aktywne życie działał także na rzecz przywrócenia Palestyny Żydom – w Parlamencie, w prasie i w organizacjach ewangelikalnych.

Jako zięć lorda Palmerstona, ministra spraw zagranicznych i premiera UK, cieszył się jego czynnym poparciem. Na przykład, Shaftesbury przyczynił się do utworzenia w 1838 r. brytyjskiego konsulatu w Jerozolimie oraz do założenia tam w 1841 r. anglikańsko-luterańskiego biskupstwa, wierząc, że jego powstanie wpłynie na rozwój osadnictwa żydowskiego w Palestynie, co z kolei przyśpieszy powrót Jezusa. Na początku tegoż roku opublikował w brytyjskiej prasie apel do protestanckich władców Europy i Ameryki Północnej o zorganizowanie międzynarodowego kongresu w celu utworzenia państwa żydowskiego w Palestynie.

Pięćdziesiąt pięć lat przed Der Judenstaat.

Restauracjonizm rzeczywiście przeniknął wówczas społeczeństwo brytyjskie na wskroś. Przykładowo, archeolodzy i duchowni założyli w 1865 r. Fundację Eksploracji Palestyny, która prowadziła szeroko zakrojone badania miejsc związanych z Biblią. Odkrycia Fundacji regularnie odnotowywała prasa, skupiając w ten sposób uwagę ewangelikalnych na Ziemi Świętej.

Lista „Brytyjczyków” [dodałem cudzysłów, bo to rasowo są Chazarzy. md], którzy od lat 30 XIX w. przedstawili poważne plany żydowskiego osadnictwa w Palestynie jest zadziwiająco długa i obejmuje wojskowych, pastorów i marzycieli (…)

… Laurence Oliphant, który cieszył się szczególnie dużym autorytetem w brytyjskim establishmencie. W 1879 r. Oliphant przedstawił premierowi Disraelemu i ministrowi spraw zagranicznych lordowi Salisbury „Plan dla Gileadu”. Postulował w nim skolonizowanie przez Żydów północnych ziem biblijnego Izraela. Uzyskał nawet obietnicę Fundacji Eksploracji Palestyny, że dołoży ona 40 000 funtów do przedsięwzięcia, które miało powstać jako dzierżawa zawarta na 25 lat. Dzięki poparciu Disraelego i Salisbury’ego, Oliphant wybrał się w tymże roku w podróż badawczą do Lewantu, i ostatecznie do Stambułu, gdzie starał się o firman, czyli zgodę Turków na osiedlenie Żydów. Sułtan jednak odmówił. Jak zobaczymy, Oliphant niemniej nie ustawał w wysiłkach i wznowił je trzy lata później.

(…)

Z powodu przeszkód tureckich i rosyjskich, w drugiej połowie 1882 r. doszło do upadku BILU/ organizacji młodych, gorliwych syjonistów (przede wszystkim z Charkowa), którzy postanowili osiedlić się w Erec Jisrael jako rolnicy. Ruch Howewe Syjon też stanął na krawędzi. Uratował go rabin Mohylewer – i to nie tylko w Europie środkowo-wschodniej, gdzie utrzymywał ruch przy życiu i organizował liczne zebrania, tworząc tym samym jakże ważną dla przyszłości syjonizmu syntezę polityczno-religijną.

Otóż rabinowi udało się pozyskać dla jiszuw samego barona de Rothschilda, który przez swoją ogromną hojność stał się ojcem jiszuw. Tędy wiodła droga do sukcesu żydowskiego osadnictwa w Palestynie, i tędy także do dziejowej konferencji Howewe Syjon w Katowicach w listopadzie 1884 r.

Philip Earl Steele

Warszawa

S Y J O N I Ś C I  C H R Z E Ś C I J A Ń S C Y

W  E U R O P I E  Ś R O D K O W O – W S C H O D N I E J , 1 8 7 6 – 1 8 8 4 .

P R Z Y C Z Y N E K  D O  P O W S T A N I A  H I B B A T  S Y J O N ,

P I E R W S Z E G O  R U C H U  S Y J O N I S T Y C Z N E G O

https://repozytorium.uwb.edu.pl/jspui/bitstream/11320/11926/1/P_E_Steele_Syjonisci_chrzescijanscy_w_Europie_Srodkowo_Wschodniej.pdf

*****

Artykuł drugi

Prof. Jacek Bartyzel: Kim są „chrześcijańscy syjoniści” i dlaczego są tacy niebezpieczni?

Współczesny fenomen zwany „chrześcijańskim syjonizmem” ma swoje źródło w religijnej historii Stanów Zjednoczonych i to jeszcze w okresie kolonialnym. Anglosaską Nową Anglię, powiększoną drogą podboju bądź wykupu o inne dzisiejsze stany, zasiedlili głównie i zbudowali religijni „dysydenci” od głównych nurtów protestanckiej reformacji: anglikanizmu, kalwinizmu i luteranizmu, szukający tam schronienia przed represjami ze strony urzędowego w Anglii „Kościoła Ustanowionego” (Established Church) i związanej z nim monarchii, której byli zaciekłymi wrogami.

Nadto, gdy przywołamy symbol piramidy na amerykańskim banknocie dolarowym, to napis na zwoju u stóp zdobiącej go piramidy, obwieszczający Novus Ordo Seculorum, „standardowo tłumaczy się jako «nowy porządek wieków», ale możemy też uwolnić masoński sens tej formuły, a wówczas otrzymamy: «nowy świecki zakon»” (Druga Babel. Antynomie siedemnastowiecznej angielskiej myśli politycznej, Warszawa 2005, s. 30-31).

Prof. Jacek Bartyzel

Prof. Jacek Bartyzel: Kim są „chrześcijańscy syjoniści” i dlaczego są tacy niebezpieczni?

Prof. Jacek Bartyzel: Kim są „chrześcijańscy syjoniści” i dlaczego są tacy niebezpieczni?

https://pch24.pl/prof-jacek-bartyzel-kim-sa-chrzescijanscy-syjonisci-i-dlaczego-sa-tacy-niebezpieczni

Współczesny fenomen zwany „chrześcijańskim syjonizmem” ma swoje źródło w religijnej historii Stanów Zjednoczonych i to jeszcze w okresie kolonialnym. Anglosaską Nową Anglię, powiększoną drogą podboju bądź wykupu o inne dzisiejsze stany, zasiedlili głównie i zbudowali religijni „dysydenci” od głównych nurtów protestanckiej reformacji: anglikanizmu, kalwinizmu i luteranizmu, szukający tam schronienia przed represjami ze strony urzędowego w Anglii „Kościoła Ustanowionego” (Established Church) i związanej z nim monarchii, której byli zaciekłymi wrogami.

Kliknij TUTAJ i obierz pierwszy numer Kwartalnika PCh24.pl

Rzecz jasna, nie wszyscy koloniści północnoamerykańscy (w Ameryce Septentrionalnej, jak kiedyś mawiano) byli dysydentami i politycznymi wywrotowcami: Wirginię czy obie Karoliny zasiedlili przecież anglikańscy (a po części nawet „anglokatoliccy”) rojaliści. Jednak najmocniejsze piętno na ustroju i charakterze kolonii amerykańskich, w konsekwencji zatem i niepodległych Stanów Zjednoczonych, wywarli nowoangielscy purytanie – nurt ekstremistyczny pod każdym względem, czego dowiodło także śmiercionośne spustoszenie, jakie poczynili w Anglii podczas wojny domowej i rewolucji z lat 1640-1660 ich pobratymcy w metropolii; jak dowiódł Eric Voegelin, purytańska rewolucja była pod wieloma względami prefiguracją rewolucji bolszewickiej, a na pewno „czasem osiowym” przejścia od religijnej do świeckiej wersji gnostycyzmu.

Jak jednak wiadomo, pośród zbuntowanych w drugiej połowie XVIII wieku przeciwko Koronie Brytyjskiej kolonistów zaszły procesy sekularyzacyjne w duchu tzw. Oświecenia. „Ojcowie Założyciele” republiki północnoamerykańskiej byli niemal wszyscy deistami, czyli wyznawcami tzw. religii naturalnej, nie mającej nic wspólnego z chrześcijaństwem. Pamiętajmy, że w konstytucji amerykańskiej nie ma żadnej wzmianki czy odwołania się do Boga. Ze względów taktycznych nie mogli oni jednak wystąpić otwarcie przeciwko religii protestanckiej, ponieważ wyznawała ją przytłaczająca większość tworzącego się narodu amerykańskiego. Z tego powodu ideologią panującą nowego państwa stała się eklektyczna mikstura purytańskiej „teologii przymierza”, wigowskiego kultu pisanej konstytucji, Locke’owskiego kontraktualizmu, oświeceniowego deizmu, ideologii kupieckiej i wolnomularskiego okultyzmu. Jego ostatecznym rezultatem jest to, co w samej jurysprudencji amerykańskiej nazywa się „ceremonialnym deizmem” albo „uogólnionym” (na bazie różnych odłamów protestantyzmu i bez żadnej treści dogmatycznej) i a-konfesyjnym chrześcijaństwem.

Jak słusznie zauważa Nina Gładziuk, „gdy widzimy zaprzysiężenie amerykańskiego prezydenta, to trudno je sobie wyobrazić bez Księgi Biblii. Ale nie jest to zbiór pism religii objawionej, ale nade wszystko Księga Prawa: paktu, przymierza, umowy i testamentu. Jeżeli odsyła do jakiejś teologii, to jest teologia federalistyczna”.

Nadto, gdy przywołamy symbol piramidy na amerykańskim banknocie dolarowym, to napis na zwoju u stóp zdobiącej go piramidy, obwieszczający Novus Ordo Seculorum, „standardowo tłumaczy się jako «nowy porządek wieków», ale możemy też uwolnić masoński sens tej formuły, a wówczas otrzymamy: «nowy świecki zakon»” (Druga Babel. Antynomie siedemnastowiecznej angielskiej myśli politycznej, Warszawa 2005, s. 30-31).

CAŁOŚĆ TRKSTU PROF. JACKA BARTYZELA ZNAJDZIESZ TUTAJ

Prof. Jacek Bartyzel