| PRZYCZYNY KATASTROFY W CZARNOBYLU: Konstrukcja RBMK. | |
| [Natrafiłem przy szukaniu czegoś innego – to kopiuję. 24 lipca 2026 MD] | |
| 12.04.2016. | |
| PRZYCZYNY KATASTROFY W CZARNOBYLU. [na dziewiętnastą rocznicę katastrofy] Konstrukcja reaktora czarnobylskiego nie była jedną z wielu, ani główną, lecz jedyną przyczyną awarii. Nowszych, poważnych danych nie znalazłem. Ten tekst jest uczciwy. W oryginale – dużo zdjęć, wykresów. Czerwień w tekście – moja. MD abazior ekologika [zabawne… w ciągu paru DNI znikł artykuł źródłowy.. czary czy co?? piszą : „Nic nie znaleziono!”Mirosław Dakowski] Jest jednak na poniższym adresie:] Sobota, 27 Grudzień 2008 17:56 web.archive.org/web/20150812180853/http://ekologika.pl/publikacje/45-energia-atomu/1773-przyczyna-katastrofy-w-czarnobylu-na-dziewitnast-rocznic-awarii Tolko Google „nie widzą”… ========================= dobra, aktualna kopia z wykresami i zdjęciami jest już u Jacka: http://www.wyszperane.info/2016/04/14/przyczyny-katastrofy-w-czarnobylu {Tylko dobry informatyk może to odczytać…. md) ================= Elektrowni czarnobylskiej już nie ma, w grudniu 2000 r. została wyłączona. Na jej terenie rozpoczęto budowę specjalnego – obliczonego na 30 lat eksploatacji – przechowalnika stałych promieniotwórczych odpadów i zakładu ich przerobu. Wszakże po upływie dziewiętnastu lat od pamiętnej daty 26 kwietnia 1986 r., katastrofa w Czarnobylu jest nadal symbolem groźnego i nie do końca poznanego zjawiska – synonimem atomowej zagłady. Między innymi dlatego, iż powstałe skażenia promieniotwórcze były nieporównywalnie większe od tych w Hiroszimie. Kojarzenie owych dwóch wydarzeń przyczyniło się do znacznego zahamowania rozwoju energetyki jądrowej, a jednocześnie – jakby to nie brzmiało paradoksalnie – w żadnym stopniu nie powstrzymało produkcji broni jądrowej. Opinia publiczna protestuje przeciwko wykorzystaniu energii atomowej w cywilnych celach, a zarazem jest prawie całkiem obojętna wobec jej zastosowania w celach militarnych. Dzieje się tak dlatego, iż prawda o katastrofie była głęboko ukrywana, (podobnie jak dziś o broni jądrowej), a najważniejsze fakty o przyczynach jej powstania opublikowano dopiero po upływie prawie siedmiu lat. Dotąd nieznana jest dokładna liczba śmiertelnych ofiar – spośród owej ponad sześćset-tysięcznej armii młodych ludzi, tzw. likwidatorów – poniesiona w walce z promieniotwórczym żywiołem. Nieoficjalnie wymienia się liczbę kilku tysięcy. Któż to jednak może obecnie zliczyć, kiedy rozjechali się oni po całym terytorium upadłego imperium. Ich drogi życiowe się zacierają, i nikt już zapewne nie będzie w stanie stwierdzić, ilu umarło „czarnobylską śmiercią „. Sowieckim władzom o to właśnie szło: zataić rozmiary tragedii i zminimalizować szok, jaki w opinii publicznej świata wywołała największa w dziejach cywilizacji technologiczna katastrofa. Jej przyczyny i przebieg – w niespełna cztery miesiące po wybuchu reaktora – zostały ukazane w sfabrykowanym z pośpiechem, obszernym, 370 stronicowym referacie (raporcie), przedstawionym ekspertom Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej (MAEA). Gorbaczowowskiej pierestrojce należy zawdzięczać, iż ów referat mógł w ogóle ujrzeć światło dzienne. Skala katastrofy była bowiem globalna i nie pozwalała już wówczas na obronę doktryny głoszącej: Pri socjalizmie awarij nie bywajet. Zwolennicy ujawnienia – niechby nawet zdeformowanej prawdy – o mało nie doznali fiaska. Jeden z cenzorów owego raportu pisał: „Dokument zawiera wiadomości absolutnie tajne. Uważam, że za rozgłaszanie tajemnicy państwowej autorów należy pociągnąć do partyjnej i państwowej odpowiedzialności.” W partii pojawiały się opinie, iż prawda o awarii przyczyni się do upadku prestiżu ZSRR, „przodującego państwa w dziedzinie naukowo – technicznej„. Trwający bez przerwy, pięciogodzinny referat wzbudził wielkie zainteresowanie pięćsetosobowego gremium i uzyskał aprobatę nie tylko ekspertów Agencji, lecz także szerokiego kręgu specjalistów na świecie. Wynikała bowiem z niego – jak się wówczas także nam postronnym specjalistom wydawało – logiczna sekwencja zdarzeń, które doprowadziły do katastrofy. Eksperci zaś byli zauroczeni otwartością informacji, z jaką po raz pierwszy spotkali się ze strony sowieckiej. Przyjęli ją owacją na stojąco. Zachwycone były także media. Tytuł jednej z wiedeńskich gazet głosił: „Nareszcie radzieccy uczeni mówią prawdę.” Uwiarygodniała ją również osoba referenta, wybitnego uczonego, wicedyrektora Instytutu Energii Atomowej im. I. W. Kurczatowa, akademika Walerego Legasowa. Był chemikiem, nie zajmował się w żadnym stopniu reaktorami typu czarnobylskiego. Zapewne jednak nie mógł odmówić powierzonego mu zadania. Tym bardziej, iż wchodził w skład państwowej komisji do zbadania katastrofy i ofiarnie – w ciągu prawie trzech miesięcy – uczestniczył w akcji jej likwidacji, podczas której został silnie napromieniony. Wkrótce po konferencji autorytet Legasowa zaczął słabnąć; tracił też poparcie czynników państwowych i partyjnych. Jego nazwisko nie znalazło się na liście nagrodzonych likwidatorów awarii. Powodem był m. in. stawiany mu zarzut o wybór i realizację błędnego sposobu gaszenia pożaru reaktora za pomocą piasku i ołowiu, zrzucanych w workach z helikopterów. Przyczyniło się to do śmierci lotników. Poniósł również prestiżowe porażki: jego propozycja powołania instytutu badań technologicznych awarii, w Akademii Nauk spotkała się z obojętnością, a artykuł na temat przyczyn czarnobylskiej katastrofy – w którym odpowiedzialnością obarczał sowiecki system- na łamach gazety „Prawda” nie został opublikowany. W drugą rocznicę katastrofy – z objawami choroby popromiennej – powiesił się w swym domu na klatce schodowej … [Zostawiając wstrząsający oskarżający list, nie opublikowany. Widziałem kopię, nie mam. MD] Dopiero po latach można było z całą pewnością stwierdzić, iż przygotowany przez sowieckich specjalistów raport zawierał wiele faktów nieprawdziwych, specjalnie spreparowanych w celu zmylenia fachowców i opinii publicznej. Ich wykrycie okazało się zadaniem wyjątkowo trudnym, wymagającym wieloletniej, żmudnej pracy naukowców. Niestety, bezkrytyczne zaaprobowanie przez międzynarodowych ekspertów sowieckiej wersji przyczyn katastrofy stało się powodem wielu ludzkich tragedii i zakamuflowania rzeczywistego stanu sowieckich reaktorów. Świadome, jak dziś wiemy, przedstawienie niezgodnych z prawdą wydarzeń, pozwoliło obciążyć całą winą za katastrofę personel elektrowni, zdyskredytować go w opinii publicznej, ochronić przed odpowiedzialnością – wysoko postawionych w partyjnej hierarchii – uczonych, i tym sposobem nie dopuścić do zachwiania przekonania o prymacie sowieckiej nauki w świecie. Sfabrykowano więc oskarżenie i postawiono przed sądem wyselekcjonowaną grupę kozłów ofiarnych, w tym m.in.: Wiktora Briuchanowa – dyrektora elektrowni, Nikołaja Fomina – naczelnego inżyniera, Anatolija Diatlowa – zastępcę naczelnego inżyniera, A. Kowałenko – kierownika zmiany elektrowni i J. Łauszkina – inspektora dozoru państwowego. Na ławie oskarżonych znaleźliby się niechybnie także starszy operator reaktora, dwudziestosześcioletni inżynier Leonid Toptunow i kierownik zmiany bloku Aleksander Akimow, którym owej tragicznej nocy przyszło sterować reaktorem. Nie doszło do tego tylko z powodu ich męczeńskiej śmierci, którą – po dwóch tygodniach od wybuchu reaktora -ponieśli w moskiewskiej 6 klinice. Ich żony zostały zawiadomione listownie, iż w zaistniałych okolicznościach żadne postępowanie przeciw nim nie zostanie wszczęte. Umarli wskutek porażenia ogromnymi dawkami promieniowania. Pozostawali na swych stanowiskach nawet wówczas, gdy już się skręcali z wymiotów… Toptunowowi nie pomógł także przeszczep- ofiarowanego mu przez ojca – szpiku, a Akimowowi – szpik brata – bliźniaka. Atmosfera wokół sądu przypominała rozprawę nad kryminalistami: główną ulicę, prowadzącą do odremontowanego na tę okazję Domu Kultury, przegrodzono barierkami, zwiększono liczbę patroli. Było w tym coś z ponurej kafkowskiej scenerii: proces przy drzwiach otwartych, w silnie skażonej substancjami promieniotwórczymi, ogrodzonej drutem kolczastym zamkniętej strefie o promieniu 30 km. Władza działała zgodnie z duchem powziętej – po dwóch miesiącach od wybuchu reaktora – decyzji o nie rozgłaszaniu szczegółów awarii, wyników leczenia ludzi i stopnia porażenia promieniowaniem osób biorących udział w likwidacji jej skutków. Na rozprawę dopuszczono 36 sowieckich korespondentów i 13 zagranicznych, lecz wyłącznie na dwie sesje: otwarcia i zamknięcia. Nie był to już jednakże okres kapturowych procesów lat trzydziestych. Pozostało wszakże z owych czasów bezprawia, głęboko zakorzenione przeświadczenie o potrzebie skazywania niewinnych, gdy wymagało tego „dobro sprawy”, tzn. za wszelką cenę nie dopuścić do „oskarżenia” sowieckiej nauki. W tekście autorstwa kolegium redakcyjnego gazety „Prawda” – z 1 sierpnia 1987 – można było przeczytać: „Poważną nauką, srogim ostrzeżeniem przed mazgajstwem, niezdyscyplinowaniem, nieodpowiedzialnym wykonywaniem służbowych obowiązków, stał się wyrok na winnych awarii elektrowni czarnobylskiej. Przesłuchano dziesiątki świadków i ofiar, zanalizowano materiały śledztwa, wyniki pracy komisji państwowej, wnioski ekspertów i specjalistów. Wszystko to pozwoliło jeszcze raz się przekonać o właściwych przyczynach awarii, odtworzyć prawdziwy obraz zdarzenia, niezbicie udowodnić winę podsądnych…”. Pozostanie tajemnicą, w jaki sposób udało się między innymi udowodnić „naruszenie zasad bezpieczeństwa w przedsiębiorstwie szczególnie niebezpiecznym pod wzglądem wybuchowym”, do którego ani w owym czasie, ani teraz – elektrownie atomowe nie były i nie są zaliczane. Oskarżeni nie przyznali się do zarzucanych im przestępczych czynów. Sąd skazał W. Briuchanowa, N. Fomina, A. Diatłowa na dziesięć, B. Rogożkina (kierownika zmiany elektrowni, tej fatalnej nocy)- na pięć, A. Kowałenko – na trzy, a J. Łauszkina – na dwa lata pozbawienia wolności. Skazanych więzili, jak kryminalistów. Dyrektora Briuchanowa skierowano do kolonii karnej. Siedział wspólnie z pospolitymi przestępcami i kryminalistami, w otoczonym drutem kolczastym baraku z trzypiętrowymi pryczami. Los inż. Fomina był jeszcze cięższy: kilka lat odbywał wyrok w psychiatrycznym więziennym szpitalu . Nie pomogła diagnoza Instytutu Ogólnej Psychiatrii Sądowej im. prof. W.P. Serbskiego, kwalifikująca skazanego do zwolnienia od odbywania kary. A i pozostałym więźniom nie powodziło się zapewne lepiej. Później, W. A. Żilcow – występujący na rozprawie w charakterze eksperta – wypowiedział się o niej zupełnie jednoznacznie: „… Tak jak ja rozumiałem, jak rozumiała większość mych kolegów, gra toczyła się do jednej bramki: udowodnić w sposób niepodważalny winę personelu eksploatacyjnego, i jak widać z wyroku, udało się to w pełni. Twierdzę, iż właściwi winowajcy, twórcy apokalipsy, uniknęli kary. Na ławie oskarżonych znaleźli się szeregowi wykonawcy, którzy wywołali awarię nieświadomie…”. N. A. Steinberg, pracownik elektrowni w Czarnobylu i uczestnik likwidacji awarii, późniejszy zastępca przewodniczącego Państwowego Komitetu ZSSR ds. Nadzoru nad Bezpieczeństwem Prac w Przemyśle i Energetyce Jądrowej ( dzisiaj, szef dozoru nad bezpieczeństwem jądrowym Ukrainy), wspominał: „…Miało się wrażenie, iż proces odbywał się w pośpiechu, wielu spraw nie udało się wyjaśnić. Do dziś nie rozumiem, po co zostałem powołany na świadka. Przesłuchanie trwało nie więcej niż 10-15 minut. Szczegółowo odpowiedzieć na pytania i zadać je oskarżonym, członkom komisji, ekspertom – nie udało się . Teraz, gdy opublikowane zostały wyniki naszych i zagranicznych prac badawczych, stało się całkowicie jasne, iż nie same błędy obsługi doprowadziły do katastrofalnych skutków. Myślę, iż właściwiej by było przeprowadzić śledztwo dodatkowe. Prawda i sprawiedliwość powinny być przywrócone…” Dwa lata później – na znak protestu przeciw sfingowanemu procesowi – wystąpił z partii. Sąd wprawdzie postanowił wszcząć osobne postępowanie w odniesieniu do osób odpowiedzialnych za projekt reaktora, jednakże do tego nigdy nie doszło. Władza nie była zainteresowana w rozszerzaniu śledztwa, gdyż wyświetlanie technicznych przyczyn awarii mogło się przyczynić do dyskredytacji sowieckiej atomowej energetyki. W świetle obecnego stanu wiedzy, praktycznie wszystkie zarzuty odnośnie do błędnego lub niezgodnego z zasadami postępowania operatorów zostały również zrewidowane. Większość była bowiem sformułowana w perfidny sposób: na podstawie domniemanego pogwałcenia zasad, które wprowadzono do regulaminu dopiero po awarii. Anatolij Diatłow, po odsiedzeniu czterech lat więzienia, w emocjonalnym piśmie do MAEA podnosił m. in. i tę kwestię. Postanowił dać świadectwo prawdzie i zainicjować kampanię oczyszczania siebie, swych kolegów i podwładnych (niektórych już pośmiertnie) – od bezpodstawnego zarzutu winy o spowodowanie katastrofy. Zapewne nikt lepiej od niego nie orientował się w sytuacji jaka owej fatalnej nocy zaistniała na reaktorze czwartego bloku. Był przecież odpowiedzialny za przebieg przeprowadzanego wówczas eksperymentu. [Czarnobylski reaktora typu RBMK – 1000 (Reaktor Bolszoj Moszcznosti Kanalnyj; moc elektryczna: 1000 MW, poziom obsługi: 19,2 m, poziom suwnicy: 44,67 m, reaktor jest usytuowany w szybie o wymiarach 21,6×21,6×25,5 m, średnica rdzenia reaktora: 11,8 m, grubość górnej płyty o średnicy 17,5 m wynosi 3 m) ] Doświadczalnie starano się o sprawdzić, czy w awaryjnej sytuacji nagłego odłączenia się elektrowni od państwowej sieci, można utrzymać – przez dostateczny czas – zasilanie elektryczne układu chłodzenia reaktora, wykorzystując w tym celu energię wirującego (pod wpływem siły bezwładności) turbogeneratora. Rezerwowym źródłem zasilania były prądnice napędzane silnikami Diesla. Jednakże (od momentu uruchomienia) osiągały one moc znamionową dopiero po 65 sekundach, co mogłoby być zbyt długą przerwą w działaniu głównych pomp cyrkulacyjnych, a wirujący jakiś czas turbogenerator (z odpowiednim układem regulacji napięcia)- przez skrócenie bezprądowego okresu – pozwoliłby temu zapobiec. Na ok. 20 minut przed wybuchem operator uregulował moc na poziomie, określonym w programie mającego się odbyć doświadczenia. Jednakże wskutek zachodzących w reaktorze procesów fizycznych stan reaktora nie był stabilny. Moc samoczynnie wolno wzrastała, a jej rozkład przestrzenny w rdzeniu odznaczał się dużą niejednorodnością: w dolnej połowie gęstość mocy była znacznie większa niż w górnej. Zmuszało to operatora do ciągłej regulacji. Gdy stwierdzono, iż dalsze zabiegi nie doprowadzają do ustabilizowania pracy reaktora, zdecydowano się na natychmiastowe wyłączenie. Charakteryzując sytuację w tym czasie, Diatłow pisał w artykule „26 April 1986” („Nuclear Engineering International”, April 1996) m.in.: „W sterowni panowała cisza, nie było rozmów. Gdy ktoś się odezwał odwróciłem się i spostrzegłem, że operator Leonid Toptunow mówił coś do Aleksandra Akimowa (kierownika zmiany). Znajdowałem się o ok. 10 metrów od nich i nie mogłem zrozumieć, co powiedział operator. Sasza Akimow, wskazując palcem: „naciśnij przycisk”, polecił mu reaktor wyłączyć (tzn. zrzucić pręty bezpieczeństwa). Sam zaś zbliżył się do pulpitu sterowania i obserwował przyrządy. W ich zachowaniu nie było jakiegoś specjalnego zaniepokojenia. Rozmawiali cicho, a i polecenie wydane było niegłośno. Potwierdził to G. P. Metłenko (z zakładu „Donenergo”, producenta generatorów, odpowiedzialnego za nadzór nad elektrotechniczną częścią doświadczenia), a także brygadzista A. Kuchar z działu elektrycznego, który przed chwilą był wszedł do sterowni…. Nagle rozległ się wybuch. Z sufitu posypały się odłamki płytek. Spojrzałem na górę, i w tym momencie całym budynkiem wstrząsnął drugi wybuch. Światło zgasło i szybko się pojawiło. Na wielu wskaźnikach światło pulsowało… Sądziłem, że reaktor został wyłączony. Spojrzałem na pulpit, pręty bezpieczeństwa ( nie osiągnąwszy krańcowej dolnej pozycji) zatrzymały się w połowie wysokości rdzeniu reaktora… Operatorzy nie wiedzieli co czynić, podobnie jak i ja…” W sterowni powstało zamieszanie. „Nic nie rozumiem! Co za diabelstwo?! Postępowaliśmy prawidłowo.. ” – wykrzykiwał zdenerwowany Akimow. Nikt z obecnych nie mógł zrozumieć, co się stało, tym bardziej, iż postępowanie operatorów cechowało opanowanie, nie było w nim żadnych oznak zdenerwowania, a nade wszystko, z punktu widzenia zasad bezpieczeństwa, było całkowicie poprawne. Zasady mówią bowiem, iż niezależnie od jakichkolwiek okoliczności, jeśli kierownik zmiany jest przekonany o konieczności wyłączenia reaktora – może to zawsze uczynić, bez uzgodnienia swej decyzji z kimkolwiek. Jest to jego prawo, a zarazem obowiązek. I tak właśnie postąpił Akimow. W pierwszej chwili podejrzenie padło na zbiornik wody w układzie chłodzenia, a nie na reaktor. Chwilę później skonstatowali, iż mógł to być wybuch powstałej mieszaniny piorunującej wodoru i tlenu. Wkrótce jednak, rozwój sytuacji radiologicznej zmusił do ustalenia innej diagnozy. Diatłow długo nie mógł pojąc przyczyny zdarzenia. W rozmowach z operatorami powracał do tej sprawy również w palarni papierosów moskiewskiego szpitala, w którym – wskutek porażenia promieniowaniem (otrzymał dawkę ok. 400 rem = 4 Sv, co odpowiada 50% letalnej dawki, tzn. powodującej śmierć połowy osobników ) – wraz z nimi się znalazł. Odkrywanie prawdy było procesem mozolnym. Obalenie oficjalnej sowieckiej wersji przyczyn katastrofy wymagało przeszło sześciu lat. Dopiero bowiem po tym okresie, MAEA opublikowała dokument rewidujący jej pierwotne stanowisko (Safety series No. 7S-INSAG-7, IAEA, Vienna, 1992). Jak się to mogło stać, iż Międzynarodowy Zespól Doradców ds. Bezpieczeństwa (MZDB) potrzebował tylu lat, by skorygować swą pierwotną opinię o katastrofie, podkreślmy – w całej rozciągłości zaakceptowaną na Zachodzie? Przecież już wkrótce po pierwszym posiedzeniu MZDB (sierpień, 1986), szef sowieckiej delegacji Legasow zauważył enigmatycznie, iż w swym referacie zawarł jedynie połowę historii. W związku z takim obrotem sprawy nie brakuje obecnie wątpliwości, co do efektywności pracy MZDB, niezawisłości jego sądów i dociekliwości w poszukiwaniu prawdziwych przyczyn awarii. Dlaczego eksperci MAEA z takim uporem wzbraniali się przed bezpośrednimi rozmowami z inżynieriami, obecnymi owej nocy – z 25 na 26 kwietnia 1986 r. – na zmianie? Czyż nie należało poddać sprawdzeniu sowiecką informację, iż „naruszenie zatwierdzonego programu realizacji eksperymentu, niedbalstwo przy sterowaniu reaktorem – świadczą o niedostatecznym rozumieniu przez personel specyfiki zachodzących w reaktorze jądrowym procesów technologicznych i utracie przezeń poczucia niebezpieczeństwa”? Awaria, według sowieckich ekspertów, przybrała rozmiary katastrofalne dlatego, iż personel doprowadził reaktor do takiego – niezgodnego z przepisami – stanu, w którym nastąpił jego samoczynny rozbieg, czyli ciągły (dodajmy: względnie powolny) wzrost mocy. Gdyby nawet przyjąć, że personel rzeczywiście doprowadził do takiego nienormalnego stanu, co w świetle nowej, zrewidowanej opinii MAEA nie miało miejsca, to dlaczego reaktor nie wyłączył się automatycznie, lecz – uprzedzając działanie automatyki – usiłował uczynić to operator. No, i pytanie najważniejsze: dlaczego zawczasu uruchomiony przez operatora system awaryjnego wyłączania nie spowodował zatrzymanie pracy reaktora, czyli nie spełnił swej funkcji? Już po upływie zaledwie paru miesięcy od sprawozdania Legasowa – w wyniku niezależnie przeprowadzonej analizy za pomocą modelowania matematycznego – Departament Energetyki USA wykazał, iż podczas wyłączania reaktora wystąpił impuls mocy. Pierwsze komputerowe obliczenia (charakterystyka 2 na rys. 2.) były przeprowadzone na podstawie sowieckich danych przy założeniu, iż impuls mocy został wywołany efektem parowania wody, tzn. w miarę spadku gęstości właściwej wody, współczynnik mnożenia neutronów wzrastał, czyli następował proces przyspieszenia reakcji łańcuchowej. Rozbieżność między ich obliczeniami a sowieckimi dawało się usunąć jedynie przy sztucznym zwiększeniu współczynnika mnożenia ponad wartość, będącą wyłącznie skutkiem procesu parowania wody. Okazało się bowiem, iż sam wzrost temperatury wody wywołujący parowanie był efektem niedostatecznym. Ten dziwny zabieg naprowadził amerykańskich analityków na myśl, iż potencjalną przyczyną – dla której trzeba było wprowadzić dodatkowy przyrost współczynnika mnożenia – stał się defekt układu zabezpieczeń reaktora. Amerykanie nazwali go żargonowo: „positive scram„, co w wolnym przekładzie można by oddać jako: dodatni efekt szybkiego wyłączenia, czyli zrzut prętów bezpieczeństwa (polegający na odwzbudzeniu elektromagnesów, za których pomocą były podtrzymywane) powodował przyrost współczynnika mnożenia. Stwierdzono, iż ów „positive scram” mógł w znacznym stopniu przyczynić się do wzrostu piku mocy. Była to pierwsza publiczna wiadomość, wskazująca na fakt zdawałoby się zupełnie niewiarygodny: uruchomienie systemu wyłączenia reaktora, zamiast „wygaszania” reakcji łańcuchowej – zintensyfikowało jej lawinowy rozwój. Obrazowo mówiąc, powstała sytuacja jak z samochodem, który wskutek naciśnięcia pedału hamulca doznaje nagle przyspieszenia. Konstrukcję pręta regulacyjnego (bezpieczeństwa ) – wykonanego z materiału silnie pochłaniającego neutrony – ilustruje rysunek 3. W celu wyeliminowania słupa wody, który zapełniał kanał regulacyjny (gdy pręt znajdował sie w pozycji krańcowej górnej), zawieszono pod nim specjalny wypełniacz z grafitu – materiału słabo pochłaniającego neutrony. Woda w kanale (ze względu na własności fizyczne) w przeważającym stopniu odgrywała rolę pochłaniacza neutronów. Wobec tego, w przypadku jej usuwania przez opadający pręt następowałoby zintensyfikowanie reakcji łańcuchowej, czyli wzrost współczynnika mnożenia neutronów. Temu zjawisku właśnie miał zapobiegać ów grafitowy wypełniacz. Jednakże wskutek błędnej konstrukcji pokrywał kanał jedynie na odcinku 4,5 m, pozostawiając nad i pod nim słupy wody o wysokości 1,25 m. Podczas wchodzenia pręta do górnej przestrzeni rdzenia, następowało niewielkie zmniejszenie współczynnika mnożenia, natomiast wypełniacz, wypychając wodę w dolnej części (gdzie gęstość mocy była o wiele większa, niż w górnej połowie rdzenia) – przyczyniał się do znacznego wzrostu współczynnika. Z obliczeń wynikało, iż uruchomiony przez operatorów system awaryjnego wyłączenia reaktora spowodował przekroczenie progowej wartości współczynnika mnożenia, poza którą przebieg reakcji łańcuchowej (w każdym reaktorze) przybiera nie dający się opanować gwałtowny charakter. W ślad za Amerykanami, głębszą analizę przeprowadzili kanadyjscy naukowcy. Nie tylko potwierdzili amerykańską diagnozę, lecz określili również, iż w ciągu ok. 2 sekund od naciśnięcia przycisku awaryjnego wyłączania reaktora, moc wzrosła ponad stokrotnie. Na rysunku 4 widać paradoksalny obraz: mianowicie, gdyby operator nie uruchomił awaryjnego systemu wyłączania, nie powstałby impuls mocy („positive scram”) i do katastrofy by nie doszło. Przyrost mocy byłby powolny, wzrost ciśnienia pary spowodowałby zmniejszenie intensywności parowania, a przez to – redukcję mocy, i nie doprowadziłby do zniszczenia reaktora. Niestety, ani kierownik zmiany wydający polecenie wyłączenia reaktora, ani nikt w elektrowni nie był tego świadom. Nikt w Czarnobylu nie wiedział o tym, iż błędnie skonstruowany układ zabezpieczeń, w pewnych sprzyjających okolicznościach, mógł się stać przyczyną awarii. Mogło do niej dojść w jakiejkolwiek innej tego typu elektrowni. Jedynie przypadkowy splot zdarzeń sprawił, że stało się to udziałem elektrowni czarnobylskiej. Reaktor był w znacznym stopniu przemoderowany, co oznacza, że miał nadmiar materiału spowalniającego prędkość neutronów: grafitu i wody. W przypadku wzrostu temperatury – moc reaktora rosła. Zachowanie się reaktora w takiej sytuacji ilustruje rys. 5. [—-]. Z tego wynika, że reaktor nie posiadał inherentnych cech biernego bezpieczeństwa, tzn. takich, które hamują rozwój reakcji łańcuchowej przy awaryjnym wzroście temperatury. Obecnie, na podstawie wielu niezależnych analiz (w tym także rosyjskich) można sformułować wniosek, iż naciśnięcie przez operatora – o 1 godz. 23 min. 40 sek., dnia 26 kwietnia 1986 roku – awaryjnego przycisku, było logiczną, całkowicie zgodną z zasadami, próbą wyłączenia niewłaściwie zachowującego się reaktora, a stało się impulsem do powstania awarii. Obok nienormalnego zjawiska wzrostu mocy podczas wyłączania, reaktor typu czarnobylskiego, dodatkowo odznaczał się wyjątkowo niebezpieczną charakterystyką fizyczną, z której powodu nigdy nie powinno się go było dopuścić do eksploatacji. Chodzi bowiem o to, że w sprzyjających warunkach, wcale nierzadko występujących, reaktor w sposób samoczynny – bez jakiejkolwiek ingerencji operatora – mógł zwiększyć moc. Zjawisko to stało się przyczyną awarii elektrowni leningradzkiej 30 listopada 1975 r., w której wyniku doszło do uszkodzenia elementów paliwowych i skażenia promieniotwórczymi substancjami . A pięć lat później, podobne zdarzenie powstało na drugim bloku elektrowni czarnobylskiej. Natomiast groźny efekt nagłego wzrostu mocy, uwarunkowany błędem konstrukcyjnym układu zabezpieczeń, czyli tzw. „positive scram” został zaobserwowany w 1983 r. w elektrowni litewskiej (również typu czarnobylskiego), w Ignalinie. Sowieccy specjaliści wiedzieli więc, że problem jest wątkowo poważny, na co wskazywał dokument dr. W. A. Sidorenki – pracownika naukowego Instytutu im. I. W. Kurczatowa – z 23 grudnia 1983 r., a mimo to zaradczych kroków nie podjęli. [w oryginale: Pierwsza strona listu dr W. A. Sidorenki do I. J. Jemieljanowa, wicedyrektora Naukowo – Badawczego i Konstrukcyjnego Instytutu Energetycznej Techniki (NIKIET: Nauczno – Issledowatelskij i Konstruktorskij Institut Energeticzeskoj Techniki) i E. W. Kulikowa z Ministerstwa Przemysłu Maszyn Średnich.] (…W czasie rozruchu reaktora RBMK, przy opuszczaniu pręta regulacyjnego do rdzenia zaobserwowano wzrost reaktywności (tzn. wzrost współczynnika mnożenia neutronów), gdy pręt znajdował się na głębokości 1,2 m. Z punktu widzenia fizyki efekt jest uwarunkowany tym, iż podczas wprowadzanie pręta do górnej części rdzenia, z jego dolnej części następuje wypychanie słupa wody przez znajdujący się tam wypełniacz….). ” Nuclear Engineering International”, April 1996 r.; dr n. t. Wiktor Aleksiejewicz Sidorenko, od 1952 r. pracownik Instytutu im. I. W. Kurczatowa, był dyr. ds. naukowych, od 29.12.1981 r. członek – korespondent Ros. Akademii Nauk, wybitny specjalista w dziedzinie bezpieczeństwa reaktorów. 20 lat później Sidorenko powróci do treści tego listu. W artykule: „Uwagi do przyczyn i skutków czarnobylskiej awarii” („Energija”, 2003, nr 4) napisze: „…Możliwość wystąpienia wielkiej awarii reaktora RBMK została zanalizowana na podstawie, zakończonych w 1983 r., naukowo – technicznych badań w Instytucie Energii Atomowej (IEA) im. I. W. Kurczatowa. … Za naukowe opracowanie projektu RBMK odpowiadał IEA im. I. W. Kurczatowa (personalnie, akademik A. P. Aleksandrow), a za konstrukcję – Naukowo Badawczy i Konstrukcyjny Instytut Energetycznej Techniki (personalnie, akademik N. A. Dolleżal). Rozwój sytuacji wokół badań prowadzonych w IEA faktycznie odzwierciedlał nadzwyczaj beztroski (ogólny) stosunek do prawdopodobieństwa wystąpienia poważnej awarii w atomowej elektrowni. Badania pokazywały, że możliwość wystąpienia ciężkiej awarii RBMK została stwierdzona nie jako zdarzenie hipotetyczne, ale jako przypadek realny, mogący powstać wskutek wad w konstrukcji urządzeń sterowania reaktora. Specjalistów IEA – zajmujących się fizyką rdzenia RBMK – niepokoił wzrost reaktywności (czyli współczynnika mnożenia neutronów) przy opuszczaniu pochłaniających (neutrony) prętów systemu sterowania i zabezpieczeń. Wiązało się to z konstrukcyjną osobliwością wykonawczych organów(prętów bezpieczeństwa), co zostało udowodnione na podstawie obliczeń i ustalone doświadczalnie podczas rozruchu atomowych elektrowni. Przeprowadzona była również obliczeniowa analiza – możliwych do powstania – awaryjnych procesów w niekorzystnych sytuacjach rdzenia reaktora i warunkach eksploatacji. Analitycy byli wynikami przestraszeni, gdyż skala możliwej awarii wykraczała daleko poza ramy projektowych awaryjnych procesów. Pismo na temat otrzymanych wyników, skierowane do Ministerstwa Budowy Maszyn Średnich (zakamuflowana organizacja budowy atomowych elektrowni) i głównego konstruktora RBMK, zostało zredagowane bez panikarskiego zabarwienia, jednakże z wyraźnym wskazaniem na konieczność usunięcia ujawnionego w konstrukcji defektu . W odpowiedzi głównego konstruktora, uzgodnionej z Głównym Zarządem Ministerstwa, z naciskiem podkreślano, że defekt jest znany, wystąpienie niebezpiecznej sytuacji w warunkach eksploatacyjnych reaktora jest mało prawdopodobne, i że zasadnicze rozwiązanie problemu zostaje przesunięte na czas planowanej w przyszłości rekonstrukcji organów sterowania. Naukowe kierownictwo (w celu naprawy zaistniałej sytuacji) nie przejawiło wytrwałości w stopniu odpowiadającemu realnemu zagrożeniu, związanemu z eksploatacją urządzeń sterowania. I krąg (spraw) się zamknął.” Dobitniej wskazać na personalną odpowiedzialność za czarnobylską tragedię nie można. Czy o tym wszystkim mogli nie wiedzieć akademik Legasow i towarzyszący mu w Wiedniu eksperci? Istniała również znacznie aktualniejsza – bo sporządzona parę dni po awarii – informacja wskazująca, że bardzo prawdopodobną przyczyną awarii stał się wadliwie skonstruowany system awaryjnego wyłączania reaktora, a nie błędy, czy niezgodne z zasadami poczynania operatorów. Jej autorem był W. P. Wołkow, pracownik naukowy Instytutu im. I. W. Kurczatowa, zajmujący się zagadnieniami bezpieczeństwa reaktorów typu czarnobylskiego (RBMK). A pod koniec maja 1986r., w raporcie Ministerstwa Energetyki również znalazł się postulat o potencjalnej przyczynie wybuchu reaktora, tkwiącej w owym nieszczęsnym systemie awaryjnego wyłączania. Niepodważalnym dowodem tendencyjnego przedstawienia faktów stały się dwa posiedzenia (2 i 17 czerwca 1986) Międzyresortowej Rady ds. Nauki i Technologii, którym przewodniczył ówczesny prezes Akademii Nauk ZSSR, a zarazem dyrektor Instytutu im. I. W. Kurczatowa (głównej placówki naukowej w dziedzinie rozwoju reaktorów typu czarnobylskiego) – A. P. Aleksandrow. Zaprezentowane tam obliczenia, wskazujące, iż awaria powstała przede wszystkim w wyniku defektów w konstrukcji reaktora, zostały zbagatelizowane, a za wyłączną przyczynę uznano błędne postępowanie operatorów. W następstwie owej decyzji Rady, informacje sowieckich ekspertów przedstawione później MAEA i opinii publicznej – zostały zafałszowane. Referat sowiecki stwarza wrażenie, iż personel reaktora nie posiadał odpowiedniej wiedzy o procesach fizycznych w nim zachodzących, jak gdyby obsługiwali go ludzie o niedostatecznych kwalifikacjach. Wszakże o fachowości i wysokim profesjonalizmie Diatlowa świadczą dobitnie nie tylko jego publikacje, lecz również wypowiedzi współpracowników, dla których był niezaprzeczalnym autorytetem. W grudniu 1995 r., w wieku 65 lat umarł w Kijowie wskutek choroby popromiennej. Młody, bo zaledwie trzydziestotrzyletni Aleksander Akimow również był doskonale przygotowany do sprawowania swej funkcji. Maturę zdał z wyróżnieniem, z podobnym wynikiem ukończył Moskiewski Instytut Energetyki, w którym uzyskał dyplom inżyniera w dziedzinie automatyki układów sterowania elektrowni jądrowych. Miał za sobą dziesięcioletni staż pracy w tych elektrowniach. Kilkakrotnie przechodził 3-4 miesięczne, specjalistyczne przeszkolenie w Obninsku – centrum szkolenia kadry dla elektrowni atomowych – gdzie uzyskiwał noty celujące i posiadał doskonalą opinię. Wyniki analiz cech osobowych i charakterystyk socjo-psychologicznych operatorów czarnobylskiej elektrowni , przeprowadzonych przed i po awarii przez Laboratorium Badań Psychologicznych przy Ministerstwie Energetyki Atomowej ZSSR, potwierdzają opinię, iż personel był zupełnie typowy, odpowiedzialny, o dostatecznych kwalifikacjach. Słowem, nie był ani lepszy, ani gorszy od personelu innych elektrowni jądrowych ZSSR, co wyklucza istnienie u niego cech nadzwyczajnych, mogących być przyczyną przypisywanych mu błędów, czy pogwałcenia zasad eksploatacji. To nie byli troglodyci ani samobójcy. Problemy socjopsychologiczne, warunkujące bezpieczną eksploatację, wiązały się ściśle z poziomem bytu materialnego pracowników elektrowni jądrowych w ogóle, operatorów zaś w szczególności. Z tego punktu widzenia można powiedzieć, iż za pulpitem operatorskim stali ludzie, których swoboda działania była ograniczona omnipotencją systemu sowieckiego. Przejawem tego były strach przed wyrzuceniem z względnie dobrze opłacanej pracy, całkowita uległość wobec przełożonych, bezkrytyczny stosunek do wydawanych poleceń i brak odwagi w podejmowaniu samodzielnych decyzji . O warunki bytowania trzeba było uporczywe się starać. Jaskrawym przykładem może być sytuacja kierownika zmiany I. Kazaczkowa, który będąc starszym operatorem, mieszkał z pięcioosobową rodziną w jednopokojowym mieszkaniu. O odpoczynku, rzecz jasna, nie było mowy. Zwrócił się więc do dyrektora, by jakoś tę sprawę rozwiązać, wskazując przy tym, iż niedawno przyjęta do pracy sprzątaczka dostała trzypokojowe mieszkanie . „Dajcie lepiej mnie, ona przecież jest sprzątaczką, a ja odpowiadam za blok” – argumentował. W odpowiedzi usłyszał: „A czemuż ty uważasz, iż jesteś więcej wart, niż sprzątaczka? Ona jest człowiekiem sowieckim, i ty jesteś człowiekiem sowieckim„. Oto dlaczego, będąc kierownikiem zmiany bał się przejawiać samodzielność, był bowiem zależny od „systemu” pod każdym względem: finansowym i moralnym. Mogli z nim – jak sam przyznawał – robić, co chcieli. MAEA, w swej konkluzji dotyczącej przyczyn katastrofy, usilnie zwraca uwagę na ogólny brak w ZSSR kultury w dziedzinie bezpieczeństwa energetyki atomowej. W warunkach partio-kratycznego systemu i powszechnego bezprawia, zasady bezpieczeństwa były gwałcone na wszystkich etapach konstruowania i eksploatacji atomowych elektrowni. Jeśli więc katastrofę czarnobylską rozpatrywać w kategoriach odnoszących się do pojęcia: „kultura bezpieczeństwa”, to można stwierdzić, iż deprecjonowanie owej kultury było nagminne: ustawowych norm bezpieczeństwa nie przestrzegali naukowcy, konstruktorzy, ciała ministerialne i dozór jądrowy, a także personel eksploatacyjny elektrowni. Potwierdza to, opublikowany w 1991 r. raport komisji powołanej przez Państwowy Komitet ZSSR ds. Nadzoru nad Bezpieczeństwem Prac w Przemyśle i Energetyce Jądrowej na temat przyczyn katastrofy czarnobylskiej. Komisja składająca się z wybitnych ekspertów, pracująca pod przewodnictwem N. A. Steinberga, po wszechstronnym zanalizowaniu sowieckich i zagranicznych ocen przyczyn awarii, doszła do następujących zasadniczych wniosków. 1. Konstrukcja reaktora nie spełniała kilkunastu podstawowych norm i zasad bezpieczeństwa, ujętych w wytycznych projektowania elektrowni atomowych, oficjalnym dokumencie prawnym obowiązującym wówczas w ZSSR. Aby nie epatować Czytelnika specjalistycznymi terminami i wywodami, z owych norm – dla ilustracji -przytoczmy jedynie kilka, odnoszących się do podstawowych kanonów bezpieczeństwa. Paragraf 3.3.1 stanowi: „Systemy kontroli i zabezpieczeń reaktora muszą gwarantować pewność kontroli mocy (reakcji łańcuchowej) i szybkie wyłączanie reaktora”. Paragraf 3.3.21 stanowi: „Systemy kontroli i zabezpieczeń reaktora muszą zawierać szybko-działający układ awaryjny, zapewniający – w awaryjnej sytuacji – automatyczne wyłączanie”. Paragraf 3.3.26 stanowi m.in.: „System awaryjnego wyłączania reaktora musi – w przypadku naciśnięcia awaryjnego przycisku – w sposób automatyczny, szybki i pewny zatrzymywać rozwój reakcji łańcuchowej”. 2. „Działania personelu eksploatacyjnego nie były całkowicie zgodne z instrukcją operacyjną. Niektóre odstępstwa nie miały w ogóle wpływu na rozwój awarii, inne przyczyniły się do powstania sprzyjających warunków, w których przejawiły się ujemne cechy konstrukcyjne reaktora. Te nieprawidłowe działania personelu były w większości skutkiem niedostatecznej eksploatacyjnej dokumentacji , nieadekwatnej do niskiej jakości konstrukcji reaktora. Personel nie był świadom istnienia owych ujemnych, groźnych cech reaktora, przeto nie zdawał sobie sprawy ze skutków ewentualnych odstępstw od niektórych eksploatacyjnych przepisów. Fakty te wskazują na ewidentny brak „kultury bezpieczeństwa” u personelu, lecz przede wszystkim także u konstruktorów i organizacji eksploatujących elektrownie jądrowe.” Komisja stwierdziła, iż „awaria została zainicjowana w wyniku naciśnięcia przez starszego operatora przycisku awaryjnego wyłączania reaktora”. Pozwala to – za Anatolijem Diatłowem – skonstatować, że konstrukcja reaktora czarnobylskiego nie była jedną z wielu, ani główną, lecz jedyną przyczyną awarii. Wielokrotnie przy omawianiu niedostatków i wad konstrukcyjnych reaktora typu RBMK, podkreślano brak nad tym reaktorem kopuły, tzw. obudowy bezpieczeństwa, która by mogła zapobiec czarnobylskiej katastrofie. Dla zobrazowania parametrów takiej gazoszczelnej kopuły – stosowanej przy budowie reaktora wodnego ciśnieniowego – podamy, iż np. konstrukcja o wysokości ponad 50 m i średnicy ok. 45 m jest zdolna do wytrzymania nadciśnienia ok. 4,0 MPa (150 st. C) i wstrząsów sejsmicznych: maks.7 stopni w skali Richtera. Grubość zewnętrznej powłoki ze wstępnie sprężonego betonu osiąga ok. 1,5 m, a wewnętrznej stalowej wykładziny: 6 – 12 mm. W związku z tym akademik Sidorenko zwraca uwagę na to, iż żaden projekt obudowy bezpieczeństwa reaktora typu RBMK nie byłby oparty na założeniu opanowania maksymalnej awarii, podobnej do zaistniałej w Czarnobylu, gdyż możliwość jej powstania – na podstawie istniejących norm – powinna była być wykluczona. Zatem, skonstruowana obudowa nieuchronnie uległaby zburzeniu. Najprawdopodobniej zmniejszyłaby się wysokość przenikania promieniotwórczych substancji do atmosfery, a co za tym – skala ich globalnego rozprzestrzeniania się. Jednocześnie mogły by znacząco wzrosnąć skażenia wokół elektrowni oraz w pobliskich miejscowościach. Bardziej dokładna ilościowa analiza wymaga matematycznego modelowania. |
Archiwa tagu: Czarnobyl
Czarnobyl. Cztery dekady od wybuchu. JĄDROWEGO!!! – 40 lat ciągłego kłamstwa, ukrywania zbrodni – i jej skutków.

| Czarnobyl, 26 kwietnia. Trzy dekady od wybuchu. JĄDROWEGO. 30 lat ciągłego kłamstwa, ukrywania zbrodni – i jej skutków. Do takich, co to ciągle widzą 32 ofiary „awarii”: …A któż ci to, ciemniaku i łobuzie, profesurę nadał ?? Czy tam doktorat, czy licencjat, poziom kłamstwa ten sam… ===================== Satanistyczne korzenie PROJEKTANTÓW: „Czort z nami” !! Satanistyczna impreza atomistów przed katastrofą czarnobylską. [Ten kurewski internet nie daję mi dostępu do mojego artykułu.. md] ========================== Mirosław Dakowski, 25 kwiecień 2016 Artykuł ma nam uświadomić ogrom tej katastrofy, też ogrom jej skutków dla zdrowia i życia milionów. Pomijam stronę gospodarczą. Ogrom trwającego kłamstwa świadczy o potędze finansowej ciągle stojącej za nim. Dwukrotnie użyłem słowa nam, bo przypominanie sobie i formułowanie twierdzeń sprawia również mi, również teraz, dużo bólu. Poniższe działy się przeplątają ze sobą, wprowadzam tytuły dla pewnej klarowności. Powtórzenia częściowo celowe. ======================== O dobrodziejstwie mutacji dla ewolucji Sprawę mutacji po-promiennych spróbuję tu potraktować chłodno, statystycznie. Wiemy bowiem [dostępne są liczne relacje] , ile nieszczęścia i rozpaczy spowodowały narodziny dzieci z mózgiem poza czaszką, czy z drugą główką na piersi. Były ich tysiące, wiele tysięcy. Szpitale Homla, Mińska, Kijowa i innych miast były ich pełne. Osoby zainteresowane, a z silnymi nerwami, mogą to znaleźć przez google. Wolę nie podawać adresów. Bo straszne. Matematyka ewolucji (por. Hoyle, Czy ewolucjonizm jest nauką – Matematyka ewolucji a logika ewolucjonistów ) , no i zdrowy rozsadek wskazują, że częstość występowania mutacji szkodliwych, destrukcyjnych dla organizmu przekracza miliony miliardów razy ew. „mutacje pozytywne”. Obserwacje mutacji po-promiennych, tak przez 70 lat po Hiroszimie i Nagasaki, jak po 30-tu latach po Czarnobylu też wskazują, że geniusze czy szybkobiegacze w tych milionowych populacjach napromieniowanych się nie pojawili, a ludzie kalecy, ciężko poszkodowani, impotenci itp. – tak. W ogromnych ilościach. Po Czarnobylu ludzie wchłaniali ogromne dawki promieniowania beta i gamma [najpierw jod 131J, później 137Cs , 134Cs, 90Sr] głównie z zewnątrz, choć ten pierwszy osadza się w tarczycy, a ostatni może zostać wchłonięty i wbudowany w układ kostny [chemicznie jest podobny do wapnia] . Są to setki keV na jeden rozpad. Wchłonięto również ogromne, zwykle nie mierzone, tylko oceniane ilości pierwiastków alfa- aktywnych [4 do 5 Mega eV] , jak wiele izotopów plutonu [ Pu 236-244] i uranowców powstających w reaktorach. Po katastrofie wchłaniano je z powietrzem i z jedzeniem. Cząstki alfa zatrzymuje bowiem nawet kartka papieru, ale w płucach, żołądku czy krwi spalają, niszczą całe komórki. Poniżej opiszę źródła takich „gwiazd”: hot spots. Paradoksalne – wyklucza to przyszłe mutacje, bo komórka spalona nie zmutuje. Promieniowanie alfa daje inne ogromne objawy chorób popromiennych. Tak więc mutacje przechodzące na następne pokolenia są głównie skutkiem promieniowania beta i gamma. Następne pokolenie albo jest zupełnie niezdolne do rozrodu, albo wydaje duży ułamek dzieci chorych, czy bezpłodnych. Ten efekt napromieniowań widać już teraz, w 30 lat po początku napromieniowań. Bo przecież wchłanianie promieniowań na Białorusi, Ukrainie i w południowo- zachodnich częściach Rosji [dalej : BUR] trwało latami… [por.: ’Chernobyl is not finished, it has only just begun’ ]. ZGONY Podsumuję najwiarygodniejsze źródła danych o licznych zgonach po Czarnobylu. Badania porównawcze, statystyczne (prof. Jabłokow i inni, por.: Poprawna ocena śmiertelnych ofiar Czarnobyla: PÓŁTORA MILIONA. ) wskazują, że śmiertelność na terenach silnie skażonych (najpierw 131J, potem 134Cs, 137 Cs, Sr, ciągle też promieniowanie alfa, szczególnie różnych ciężkich izotopów Plutonu) przewyższa o 3.8% – 4% śmiertelność na analogicznych pod innymi względami terenach nieskażonych (próbka odniesienia, tj. podobny poziom biedy, alkoholizmu, ciemnoty itp). Daje to ok. 1 000 000 nadliczbowych śmierci. Osoby dezawuujące te dane i analizy [por. dyskusja pod: http://zielonewiadomosci.pl/tematy/energetyka/atom-mit-bezpieczenstwa ] są anonimowe, jak to trolle. Przestudiowałem jednak prace krytyków anglojęzycznych, które wg. tych trolli ukazują błędność analiz profesorów Jabłokowa [książki napisane wraz z profesorem Wasilijem Nesterenko z Mińska i wydane po rosyjsku, a potem w renomowanym wydawnictwie amerykańskim po angielsku]. Starałem się znaleźć reakcje krytyczne po paru latach od ukazania się tych książek, czyli dojrzałe. Metody analizy statystycznej z regionów różniących się jedynie, czy głównie, stopniem skażenia, nie podważano. Okazało się, że autor recenzji głównie skarży się, że cytowane w książkach Jabłokowa prace (jest ich ok. 500 !!), są w językach słowiańskich, czyli po białorusku, rosyjsku i ukraińsku.. To zarzut najcięższy… Muszę dodać z żalem, że prac po polsku tam, w odnośnikach bardzo mało – w PRL i potem, po „przemianach”, nie było klimatu , ani pieniędzy na takie badania. Do mediów w PRL i potem mieli dostęp notoryczni kłamcy, jak propagandzista Strupczewski i ideolog „dobroczynnych małych dawek” Jaworowski. Piszę „kłamcy” z zupełna pewnością. Bo dane przeczące ich tezom są ogólno dostępne, pewne, łatwo sprawdzalne. W Rosji, na Białorusi i na Ukrainie, z trudem i bólem, ale czasem prawda o tragedii się przebije. W Polsce – raczej nie. Nie wiem, czemu. To jednak boli. Badania martwych urodzeń i poronień na terenach skażonych – wskazują na dalsze kilkaset tysięcy- jak uważa niemiecki badacz H. Scherb, cytowany przez prof. Jabłokowa. Nie znaleźliśmy ścisłych danych statystycznych dotyczących spędzeń płodu, czyli celowego uśmiercenia ludzi nienarodzonych. Lekarze szacują te ofiary na kolejne kilkaset tysięcy. Ściślej, oceny takich ofiar Czarnobyla, uzgodnione z lekarzami na Białorusi, dają dodatkowo ponad 500 tysięcy ofiar w BUR. Z wyrywkowych danych od lekarzy położników pochodzą szacunkowe dane mówiące, że w Polsce w latach 1986-89 dokonano aborcji „ze strachu przed Czarnobylem” 2-3% od żywych urodzeń. Urodzeń żywych mieliśmy wtedy ok. 600 tysięcy rocznie. Daje to szokująca ocenę ok. 50 tysięcy ofiar… Konieczne są ściślejsze badania – ale.. nie są dobrze widziane, więc pewnie nie będzie finansowania. Według cząstkowych danych [bo to okryte tajemnicą!] z rejonów Białorusi, Ukrainy i Rosji [BUR] w promieniu 400 km od Czarnobyla ten ułamek wynosił ok. 10%. Oczywiście [?? dlaczego dla nich to oczywiste??] dane oficjalne zostały rozmyte, więc schowane wśród ogromnej w tych państwach liczby aborcji stosowanej jako „antykoncepcja”. Przypomnę lub uświadomię: W Zw. Sowieckim przez dekady 1960-2000 na tysiąc żywych urodzeń jest 1800 – 2600 aborcji. Inaczej licząc: 60-73% ciąż kończyło się aborcją. [Por. na przykład Statystyki „aborcji”: zamilczana zbrodnia trwa. Oraz : http://www.johnstonsarchive.net/policy/abortion/ab-poland.html ] Tragedia likwidatorow i KGB-sznikow. Wokół Czarnobyla w 1986 i 87 roku zmuszono do przenoszenia i zakopywania wysoko-skażonych materiałów (co samo w sobie było i jest absurdem) ponad 600 tysięcy młodych ludzi (rekruci, wojsko, wojska wewnętrzne), którzy w większości nie mieli dozymetrów indywidualnych. Rozkazem „władz” sowieckich zabroniono wpisywania do ich książeczek zdrowia informacji o pracy w Czarnobylu i o otrzymanych dawkach (jeśli takie dane były). Organizacje takich ludzi, jednoczących się po latach, gdy terror władz zmalał, w grupie „LIKWIDATORY”, oceniły śmiertelność w pierwszych dwudziestu latach po katastrofie na 20 % tej populacji, czyli na ok. 120 tysięcy ludzi. Dane te ( i podobne) nie doczekały się źródłowego i krytycznego opracowania ze strony Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej w Wiedniu. Gdy więc ktoś z Państwa zobaczy w telewizorze Autoryteta czy Celebrytę, mówiących, że na skutek Czarnobyla zginęło „32” lub „kilkadziesiąt” osób, po wysłuchaniu steku nieprawdziwych, a wyświechtanych sloganów o „bezpieczeństwie EJ”, wygłaszanych np. na tle zdjęć wybuchających reaktorów Fukushima Dai-ichi [to Łukasz Turski, profesor…], będzie mógł zasadnie zadać sparafrazowane pytanie, jakie zadał w TVN porażony bezczelnością rozmówcy prof. Władysław Mielczarski (energetyk) „A któż ci to, ciemniaku i łobuzie, profesurę nadał ??” -oraz „prawo” do drwin z męczarni ludzi? Oraz ze zdrowego rozsądku Polaków? Czy tam doktorat, czy licencjat, poziom kłamstwa ten sam. ========== Tu echa amerykańskie. Dla DOCIEKLIWYCH. The Chernobyl Catastrophe Consequences on Human Health http://zielonewiadomosci.pl/tematy/energetyka/atom-mit-bezpieczenstwa http://www.nyas.org/publications/annals/Detail.aspx?cid=f3f3bd16-51ba-4d7b-a086-753f44b3bfc1 The book by Yablokov (Volume 1181 of the Annals of the New York Academy of Sciences) is a 327-page volume and is an English translation of a 2007 publication in Russian by the same authors titled ‘Chernobyl’. seeks a correlation of health effects with levels of contamination or dose. They believe this approach is ‘impossible’ due to lack of measurements in the first few days, lack of information on ‘hot spots’ and lack of information on all of the isotopes involved. [Samo to zdanie jest strasznym oskarżeniem “władz”] ============= Teoria reaktorów a „pokojowe wybuchy”. Przed dziesięcioleciami [ w latach 60-tych i 70-tych zeszłego wieku] wykładałem na paru uczelniach “Fizykę rozszczepienia i teorię reaktorów”. To pierwsze dlatego, że to nauka, dociekanie prawdy o Naturze, a drugie, bo sądziłem wtedy, że EJ to przyszłość energetyki na planecie. Wtedy jeszcze prognozy (też te uczciwe) wskazywały na ciągłe zmniejszanie kosztów energetyki jądrowej. Wypisując studentom równania reaktorów udowadniałem, że reaktor nie może wybuchnąć w jądrowej reakcji lawinowej. Jedynie z anty-sowieckiej przekory dodawałem, że „no chyba, że będzie to przodujący reaktor radziecki”. Dopiero po strasznym dla fizyków kwietniu, maju i czerwcu 1986 roku z przerażeniem zobaczyłem, że ten ostatni dowcip to okrutna prawda. Wtedy dopiero dowiedzieliśmy się, że reaktory RBMK [( Реактор Большой Мощности Канапный – Reaktor Kanałowy Wielkiej Mocy ) K – kanałowe] po to mają te 60 czy 70 niezależnych kanałów, czyli wiązek prętów paliwowych, by można było na biegu, bez wygaszania reaktora, wyjmować pręty paliwowe z optymalna ilością zsyntetyzowanych właśnie izotopów Plutonu [ Pu 238 do 244]. Bo przy dłuższej eksploatacji również ten Pu, powstający z uranu U238 przy pracy reaktorów, ulega rozszczepieniu, czyli nie można go wyekstrahować. Czytamy w wiki jeszcze w 2016 roku: „Rozwiązania konstrukcyjne reaktora RBMK są bardzo korzystne pod względem ekonomicznym” [sic!!] . Hamulce samochodu Żiguli „Uczeni radzieccy” pomyślnie spełnili nakazy Biura Politycznego, by wykonać takie reaktory, które jednocześnie dadzą Armii pluton na bomby, a proletariatowi miast i wsi – tani prąd. Koszty bezpieczeństwa się nie liczyły. Zdecydowano się więc na rozwiązanie, jakby częściowo niezależnych od siebie kanałów. Tymczasem wiązki prętów paliwowych („kanały”) oczywiście nie miały identycznych parametrów. Tak, jak w Żiguli (to sowiecka wersja Fiata 124 – starsi samochodziarze pamiętają) , gdzie cylindry, nawet nowego silnika, miały różne stopnie sprężenia mieszanki od 8.5 (chyba?) do 11.0. Te fakty już uwzględniłem w wykładach po 1986 roku. Mówiłem: Sterowanie RBMK przypomina sytuację, w której 76 samochodów Żiguli ma, ze względów oszczędnościowych, wspólny pedał hamulca oraz drugi, gazu. To porównanie robiło wrażenie wśród studentów. Dopiero po latach dowiedziałem się, że sytuacja realna była jeszcze o wiele tragiczniejsza. Początek tych dociekań miał miejsce dopiero po kłamliwych referatach radzieckich w Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej jeszcze pod koniec 1986 roku [pięciogodzinny referat wygłaszał tam biedny akademik Legasow] . Zaczęto więc krytycznie badać projekt RBMK. Więcej o kłamstwach od strony technicznej zob.: PRZYCZYNY KATASTROFY W CZARNOBYLU: Konstrukcja RBMK. Dopiero po tych kłamstwach, jawnych już dla fachowców, energetyków jądrowych, fizycy amerykańscy i potem kanadyjscy zauważyli i policzyli, że w niestabilnych warunkach, np. „eksperymentów” na zduszonej mocy górna część rdzenia ma inną reaktywność niż dolna! W dolnej było już blisko reakcji lawinowej, gdy w górnej – jeszcze ‘wsio w pariadkie” ! A gienierały właśnie nakazały przeprowadzać takie eksperymenty na zmniejszanej mocy na reaktorze nr. 4 w Czarnobylu. Budowa rdzenia, zgodnie z projektem (sic!) powodowała parę wad wrodzonych takich reaktorów. 1) Jedną z nich było zwiększanie reaktywności przy wzroście temperatury [o tym dowiedzieliśmy się jeszcze w 1986 roku]. 2) Jak również o tym , że RBMK ma zwierciadło (neutronów) grafitowe, co dodatkowo znacznie pogarsza sytuacje w razie zaniku chłodzenia, bo powoduje wzrost strumienia neutronów, gdy trzeba go błyskawicznie zmniejszyć! Takie zwierciadło ma też mały, do celów naświetleń izotopów dla medycyny od dawna używany, reaktor Maria w Świerku. Dotąd – działa.. Większość „profesorów” – propagandystów o tym nie wie. 3) Najgorsza [ i ukrywana!!] wada to to, iż w razie sytuacji niestabilnej, gdy należy natychmiast wstrzelić pręty awaryjne, mające zatrzymać reakcję łańcuchową, ta czynność, wbrew swemu celowi, zwiększa reaktywność. Tę wadę, jak się okazało po latach, wcześniej sygnalizowali fizycy radzieccy, ale Dowództwo Partyjne to zignorowało [szerzej por. PRZYCZYNY KATASTROFY W CZARNOBYLU: Konstrukcja RBMK. ] WYBUCH JĄDROWY ! Nic dziwnego więc, że mój ponury dowcip o „jądrowych pokojowych wybuchach reaktorów” stał się w 86-tym – FAKTEM najbardziej przez dziesięciolecia ukrywanym –. Bo to nie wybuch chemiczny, jak mówiono oficjalnie, nie eksplozja wodoru z dysocjacji pary wodnej zniszczyły reaktor nr. 4 w Czarnobylu. Zniszczyła go lawinowa jądrowa reakcja rozszczepienia, zachodząca dodatkowo różnie w różnych partiach rdzenia. Pisywałem i dowodziłem tego już w 1986 roku – ku oburzeniu propagandystów piszących , że przecież jądrowo -„nic się nie stało”. Czyli stało się coś, w co fizykowi reaktorów naprawdę trudno uwierzyć! Moc jądrowa wzrastała lawinowo wiele tysięcy razy – i to wreszcie musiało spowodować wybuch, rozerwanie rdzenia, budynku, i w konsekwencji reakcje chemiczne. Dopiero po podniesieniu temperatury do wielu tysięcy stopni, w trakcie topienia się rdzenia itp – nastąpiła dysocjacja resztek wody, wybuch wodoru i potem pożar nieszczęsnego zwierciadła grafitowego. Paradoksalnie – gdyby była w Czarnobylu osłona bezpieczeństwa, to wybuch byłby jeszcze silniejszy (bo później by nastąpił, czyli lawina mocy byłaby większa), ale skażenie nie rozeszłoby się po świecie tak mocno, tak daleko. Zbrodnicze decyzje PÓŹNIEJSZE. Do dalszego rozprzestrzeniania się wszelkich produktów radioaktywnych przyczyniły się rozkazy Władzy : Zasypać roztopiony i żarzący się, nagi, widoczny z góry rdzeń reaktora ołowiem i gliną, piaskiem! Zginęło na skutek tego kilkudziesięciu młodych pilotów helikopterów i ich załogi, żołnierzy, którzy ten obłędny rozkaz wykonywali. Nawet spisu nazwisk tych ofiar barbarzyństwa nie można znaleźć, ani ich ilości… Ale co gorsze – piasek, ołów i glina w zetknięciu z rozżarzonym rdzeniem, w temperaturze paru tysięcy stopni, parując natychmiast, porwały za sobą najpierw do troposfery, potem do stratosfery ogromne ilości wrzącego paliwa [U, Pu, fragmenty rozszczepienia, Sr, Cs…] GWIAZDY ALFA To wyniesione aż do wysokości 13 kilometrów paliwo, po zestaleniu się w atmosferze, wiatry rozniosły na cały świat. W ogromnej ilości na Białoruś, Ukrainę, południowo -zachodnią Rosję. Dostało się też Polsce, szczególnie w okolicach Suwałk, Siedlec, a także Opola, a pod Warszawą w Jankach (ogromne gorące plamy – ich powstawanie związane było z kierunkiem wiatrów i deszczem). Były też niespotykane w historii dotychczasowych wybuchów jądrowych „Hot spots”, jądrowo „gorące” (czyli silnie radioaktywne) kawałki paliwa, o rozmiarach mikronowych, zawierające dużo alfa-aktywności [Pluton, wyższe izotopy Uranu, w większości w postaci metalicznej]. One to, po każdym miłym spacerze w lesie, szczególnie przy wietrze, osiadały w płucach i w nich wypalały dziurki. Podobnie po zjedzeniu skażonych warzyw, grzybów itp, tu głównie podgrzybków, wypalały takie dziurki w żołądku i jelitach. Z płuc nie można było tego wykasłać, bo się przyklejały. Jeszcze w pamięci widzę wyniki auto-radiografii ( naświetleń błon rentgenowskich) na sekcjach zwłok z licznymi gwiazdami torów cząstek alfa. Wykonane gdzieś w Białymstoku. Nie potrafiliśmy się przebić z tą informacją do TV. Mówiono: „Nie straszcie ludzi!!”. Tu dodam, że udało nam się wtedy wymusić na Biurze Politycznym, by zakazali sprzedaży mleka bardzo skażonego. Miało być utylizowane przemysłowo. Jakaż była nasza wściekłość, gdy po tygodniu czy dwóch przyszła do nas, fizyków na Hożą jakaś „zwariowana mamuśka” niemowlaka i żądała sprawdzenia aktywności mleka w proszku, które uzyskała na kartki… Przecież cóż może być bezpieczniejsze, niż mleko w proszku?? Zmierzyliśmy dla świętego spokoju –a to mleczko miało kilkanaście tysięcy Bq na kilogram!! Było to mleczko z mleczarni w Płońsku – durnie uznali, że produkcja mleka w proszku to utylizacja przemysłowa. Wiele mleczarni tak wtedy robiło. Jedynie przez znajomości udało się zaalarmować i przekonać Rakowskiego, wtedy I Sekretarza, zdaje się. Więc później bezczelnie upychali to mleko w proszku w różnych „dzikich krajach”, – a w Pakistanie się wydało. Por.:http://zielonewiadomosci.pl/tematy/energetyka/atom-kosztowny-przestarzaly-niebezpieczny/ : w czerwcu 1987 r. Bangladesz zwrócił Polsce 1600 ton mleka w proszku ze względu na jego niebezpieczną radioaktywność. Strasznie się pisze takie rzeczy. Bolesne, nawet po latach . Upór kłamców Propagandziści pisują od lat te same kłamstwa. Tu parę przykładów: O godz. 1:24 i 40 sekund doszło do potężnej eksplozji pary wodnej. Chwilę później doszło do wybuchu uwolnionego wodoru. http://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/mit-czarnobyla/4thwc …naukowcy z tzw. Forum Czarnobylskiego, w skład którego wchodzą Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej, Światowa Organizacja Zdrowia, agendy ONZ oraz rządy Białorusi, Rosji i Ukrainy. W 2005 r. opublikowano raport, z którego wynika, że skutki zdrowotne awarii nie są tak tragiczne, jak prognozowano. Podawana przez specjalistów całkowita liczba ofiar śmiertelnych wynosi około 30 osób. Mit Czarnobyla – Skutki rzeczywiste są takie, że wśród ludności – moim zdaniem – nie ma żadnych skutków – mówił kilka lat temu prof. Zbigniew Jaworowski, =========== GÓRNICY Do nas, fizyków polskich szukających w latach 1986-89 z podziemia [!] prawdy o ofiarach Czarnobyla, czyli nielegalnie, doszły wieści o górnikach z Donbasu. Ryjących tunele pod rozlanym, wrzącym rdzeniem R-4, schodzącym, to jest przebijającym się przez gruzy reaktora i podłoże W DÓŁ… China SYNDROM stanął nam przed oczami. Chciano więc tam, pod spodem, chłodzić grunt przy użyciu ciekłego azotu, ale w końcu zadowolono się wlewaniem do wydrążonych tuneli ciężkiego, szybkoschnącego betonu. Górnicy dostawali dawkę rzędu 10 Sv w ciągu paru minut, wyciągano ich – i szli następni. Dzięki tym pracom (i dzięki Bogu!) „noga słonia”, w jaką rozlał się rdzeń, w temperaturze tysięcy stopni, nie przebiła się do warstw wodonośnych, co powiększyło by rozmiar katastrofy o rząd wielkości co najmniej. Okazało się po latacg, że ogromne dawki promieniowań dostało tam ponad dziesięć tysięcy górników. Czy również tej liczby nie zaniżono? Śmiertelność była ogromna. Czy któryś z nich jeszcze żyje? Też nie wiemy. Do żadnych danych oficjalnych dotyczących ich zdrowia czy śmierci nie dotarliśmy. Był wtedy „ukaz” władzy, by w papierach likwidatora czy górnika zatajać, usuwać dane o obecności w Czarnobylu i o dawkach zmierzonych. Każdy zawiózł swą tragedię na nowe miejsce pobytu – bez dokumentacji. „Czarnobylskie AIDS”. Impotencja. Ofiar, władz, mediów. Wśród tych ponad 600 tysięcy likwidatorow i też w setki tysięcy idącej ilości żołnierzy KGB, którzy bez sensu stali „w zonie” na straży tajemnicy – ogromna część stała się impotentami. A ci, którzy zdążyli spłodzić potomstwo, zobaczyli wśród nich sporo „potworków”, czyli mutantów. Jak dokumentuje Aleksijewa w książce „Czarnobylska modlitwa”, żony tych nieszczęśników rzuciły ich – i oddawały się komukolwiek spoza zony, by jednak mieć dzieci. Jest wiele wstrząsających reportaży – których propagandyści w POlsce nie czytali, a „idą w zaparte” – kłamią jak z nut, dostęp do mediów mają nieograniczony. Jeszcze jeden aspekt tragiczny: „Czarnobylskie AIDS”. Większość dzieci i młodzieży ze stref silnie napromieniowanych zaczęło chorować na wszystkie możliwe choroby, zwykle wcześniej nie łączone z irradiacją. Utrata odporności organizmu – jak w AIDS. Nazwano tam to zjawisko „Czarnobylskie AIDS”. Zwolennicy „atomu”, o zgrozo – nawet lekarze – przezwali to zjawisko „radiofobią”, czyli objawiającym się fizjologicznie, lecz nie uzasadnionym radiacją strachem, paniką. Liczne prace wskazują jednak, że na „Czarnobylskie AIDS” chorują też krowy, gęsi, zające, dziki, żółwie, nawet żaby i ślimaki. Czyżby i one tak uważnie słuchały radia i oglądały TV? W 1986-tym dogorywająca „władza rad” wydała ukaz, polecenie, by w dokumentacji likwidatorow i żołnierzy KGB nie zapisywać że byli pod Czarnobylem, i jakie dawki zostały im zapisane. Dawki realne były oczywiście inne, wyższe, ale dozymetry osobiste były drogie, „nie daj Boże zgubić”, a pozatem – za pracę w zonie chłopcy dostawali niewielkie premie. Więc dozymetry pozostawiali bezpiecznie w szafach pancernych sztabu, tam, gdzie spali. Pozatem, zona została zdefiniowana przez urzędników jako koło o promieniu 30 km wokół Czarnobyla. A promieniowanie rozłaziło się jak chciało, czy jak wiatr je poniósł. Jednym z najbardziej skażonych regionów były i są okolice Homla, w linii prostej 140 km na północ od ZONY. W Sławutyczach, gdzie większość likwidatorow spała po namiotach i barakach, akurat była intensywna plama dużej radioaktywności, szczególnie alfa. Mimo alarmów -miejsc spania tych niewolników nie zmieniono. Samobójstwa jako rozpaczliwe protesty. Ateiści, na jakich przez parę pokoleń tresury wychowywano ludzi radzieckich, jeśli byli jeszcze uczciwi, mieli sumienie, to sprzeciw wobec zbrodni i nadmiernego kłamstwa wyrażali w postaci samobójstwa. Tak postąpił akademik Legasow, chemik, silnie napromieniowany w Czarnobylu w akcji likwidacji skutków [bo nie ratunkowej]. Polecono mu wygłoszenie w Wiedniu, w MAEA referatu „ujawniającego prawdę” o przyczynach katastrofy. Mówił chyba pięć godzin –urzędnicy Zachodu byli zachwyceni „prawdą”. Tam w referacie napisano o zaniedbaniach, niedopatrzeniach, też o „winie obsługi” itp. Legasow jednak wiedział już, że to wady konstrukcji rektorów tego typu były JEDYNĄ prawdziwą przyczyną. Gdy nie pozwolono mu później ujawnić prawdy – powiesił się na klatce schodowej swego bloku. Wtedy czytałem jego wstrząsający testament; już nie mam doń dostępu. Również Pierwszy Sekretarz KC Ukrainy Wołodymyr Szczerbycki popełnił samobójstwo z powodu swych szkodliwych i głupich decyzji w kwietniu i maju ’86 [defilady!!], oraz późniejszych kłamstw o Czarnobylu. [viki: Jest on odpowiedzialny za ukrywanie rzeczywistej skali katastrofy w Czarnobylu oraz za zorganizowanie pochodu pierwszomajowego w Kijowie, podczas którego wszyscy uczestnicy narazili się na chorobę popromienną. Targany wyrzutami sumienia popełnił samobójstwo w 1990 roku] Kłamcy w Polsce Propagandyści „atomu” w Polsce, takich ofiar też nie zaliczają do skutków „awarii”, jak z uporem i bezczelnie nazywają tragedię. Dlaczego tak ciągle kłamał prof. Jaworowski, nie wiem. Pytałem go o to wielokrotnie tak publicznie, jak też prywatnie. Trzymał się tych „32 ofiar”, resztę nazywał radiofobią. Sądzę, że rzeczywiście wierzył w swą mrzonkę, którą nazywał „hormeza”, tj w dobroczynne działanie małych dawek promieniowań na organizmy. A na argumenty logiczne, np. te powyższe z żabami, był zupełnie głuchy. Podobnie A. Strupczewski, główny propagandysta „atomu” co najmniej od stycznia 1982 roku, tj. od „twardych praw stanu wojennego” nakazanych nam przez Jaruzela. Ta sytuacja umożliwiła decyzję (KC??) o budowie sowieckich WWER w Żarnowcu, wcześniej ciągle torpedowaną przez specjalistów fizyków i energetyków. Ze Strupczewskim nie mogę dyskutować, bo robiłem to już dziesiątki razy – jest zupełnie niepodatny na argumenty logiczne. A sam wielokrotnie, publicznie używa np. porównań, że dawka od Czarnobyla jest równoważna różnicy dawek od promieniowania kosmicznego u kobiety na wysokim obcasie [8 cm] , -i na płaskiej podeszwie. Czyli – że dawka od Cz. to tyle, ile zajdzie reakcji promieni kosmicznych w 8- centymetrowej warstwie powietrza… To brednia obezwładniająca. Pisze też i mówi publicznie – że „dawka w Rosji po Cz. jest mniejsza niż w Bułgarii” – bo uśrednia skażenia po całym obszarze tych krajów. Nie chce zrozumieć praw statystyki: Jeśli tonę śrutu ołowiowego rozsypię równomiernie po Polsce, to efekt będzie inny, niż gdybym zrzucił ją na głowę człowieka. Jego argumenty ekonomiczne na temat EJ zostały już dziesiątki razy obalone – więcej nie warto tego dyskutować, wobec potopu jego kłamstw, którymi ciągle zalewa media. Ale – jest tam ciągle pupilkiem. Z zabawnych cech – bezczelnie od dwóch chyba dziesięcioleci uzurpuje sobie tytuł profesora. [por.: Polowanie na profesurę profesora – a poszukiwanie prawdy ]. Wreszcie interwencje u dyrektora ośrodka w Świerku prof. Wrochny, gdzie niezmiennie pobiera pobory, trochę to ukróciły – ale ciągle o sobie pisze: prof. dr inż. Andrzej Strupczewski Pytałem przed laty, też publicznie oczywiście, u którego kacyka plemienia afrykańskiego sobie ten tytuł kupił, bo był to czas, gdy Murzyni oferowali tanio różne tytuły, a za 100 dolarów poza profesurą, może można było dostać w pakiecie, czy może w promocji, też tytuł księcia krwi, zupełnie jak Kali i M’Rua u Sienkiewicza. Autorzy [w PL] gęgający ciągle, że nic się nie stało, przemilczają nie tylko publikacje i książki naukowe, jak prof. Jabłokowa [i prace tam cytowane], ale też filmy dokumentalne, czy reportaże, jak Czarnobylska modlitwa Swietłany Aleksijewej [wyd. Czarne, 2012]. Zadziwia fakt, że autorka pisząca mądrze, odważnie i zrozumiale, dostała w 2015 roku nagrodę Nobla. To gremium od lat wielu nagradza beztalencia: lesbijki, marksistów (Fo), prostackich kłamców (al Gore), czy.. „przyszłe osiągnięcia” (Barak Hussain Obama). Więc dla komitetu noblowskiego nagroda dla Aleksijewej to zapewne wypadek przy pracy. Ale dla nas nieoceniona możność poznania realiów wojny, tragedii po- czarnobylskiej czy życia na Białorusi. Powiew prawdy. ========================= Mail’em: Szanowny Panie Profesorze! W końcu raport Pierre TANGUY’a został opublikowany w styczniu 1990 roku w Gazette Nucléaire n°100, porównaj http://www.dissident-media.org/infonucleaire/rapport_tanguy.html Jest tam komentarz rysunkowy z: Le Canard enchaîné du 14/02/90. [przy tytule] Classés au niveau de gravité 5, ces accidents….[—] Il faut donc considérer que dans l’état actuel de sûreté du parc EDF, la probabilité de voir survenir un tel accident sur une des tranches du parc dans les 10 ans à venir peut être de quelques pour cent.================= 26 kwietnia 1986, 1:23:40, Czarnobyl. Pierwszy pokojowy jądrowy wybuch reaktora w historii. Wtedy agitatorzy pisali: „prawdopodobieństwo stopienia rdzenia [„policzyliśmy”] jest znacznie mniejsze niż 1:100 000 ”. Teraz, szczególnie po Fuku [stopiły się już 4 na 400 reaktorów działających] mówią „Dawać pieniądz, te nowsze, które zbudujemy, to dopiero będą bezpieczne!!” Już liczb nie podają. A Raport Tanguy mógł być opublikowany dopiero , gdy autor zgodził się na zmniejszenie tych, dech zapierających liczb.. MD | |
| Zmieniony ( 08.05.2017. ) |
Andrzej Duda złożył deklarację w Dubaju. „Atom jest przyszłością”. DUREŃ, marionetka. Ale gada, bo go nakręcili.
[ DUREŃ, marionetka.. To już ode mnie, fizyka rozszczepienia. MD]
Andrzej Duda złożył deklarację. „Atom jest przyszłością”
pch24.pl/andrzej-duda-atom-jest-przyszloscia

(PAP/Radek Pietruszka)
Atom jest przyszłością. W centrum polityki klimatycznej musi stać człowiek – jego bezpieczeństwo, zdrowie, jakość życia. Temu ma służyć racjonalny proces przechodzenia na wydajne i niskoemisyjne źródła energii. Dokładnie takie jak atom – powiedział prezydent Andrzej Duda w Dubaju. Polityk przyjął deklarację o potrojeniu mocy wytwórczej energii jądrowej w skali globalnej do 2050 r.
Polski prezydent, który bierze udział w konferencji klimatycznej COP28 w Dubaju, podkreślił, że atom jest przyszłością czystej, bezpiecznej i stabilnej energii i przyszłością sprawiedliwej transformacji energetycznej.
„Bez energii jądrowej nie uda się zrealizować ambitnych planów klimatycznych, które wszyscy sobie stawiamy. Ochronić naszej planety” – powiedział Andrzej Duda.
Dlatego – jak zaznaczył – tak ważna jest przyjęta w sobotę deklaracja. „Potrojenie mocy wytwórczej energii jądrowej do 2050 roku, zwiększenie i ułatwienie finansowania budowy elektrowni jądrowej, promowanie energii nuklearnej jako czystej energii – to ważne zobowiązania, pod którymi jako prezydent Polski z pełnym przekonaniem się podpisuję” – oświadczył.
Deklarację przyjęło ponad 20 państw; oprócz Polski są to m.in. Francja, Stany Zjednoczone, Rumunia, Finlandia, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Kanada, Szwecja, Bułgaria.
Sygnatariusze zobowiązali się do współpracy na rzecz realizacji globalnego celu potrojenia mocy energii jądrowej do 2050 r., podejmowania działań wewnętrznych w celu zapewnienia, że elektrownie jądrowe są eksploatowane w sposób odpowiedzialny, zgodnie z najwyższymi standardami bezpieczeństwa, zrównoważonego rozwoju, zabezpieczeń i nieproliferacji oraz do odpowiedzialnego, długoterminowego gospodarowania zużytym paliwem, a także do mobilizowania inwestycji w energię jądrową, w tym również innowacyjnych mechanizmów finansowych.
Duda zaznaczył, że Polska, choć nie posiada jeszcze swoich elektrowni jądrowych, intensyfikuje od kilku lat Program polskiej energetyki jądrowej. Wskazał, że trwają już zaawansowane prace nad budową naszej pierwszej elektrowni, która ma powstać do 2033 roku, a którą wybuduje należąca do państwa firma Polskie Elektrownie Jądrowe we współpracy z amerykańskimi koncernami Westinghouse i Bechtel.
„Polska prowadzi proces wyboru lokalizacji i technologii pod budowę drugiej elektrowni jądrowej w naszym kraju. Pragnę podkreślić naszą otwartość na rozmowy o współpracy ze wszystkimi państwami reprezentującymi podobne podejście do kwestii rozwoju energetyki jądrowej” – dodał.
„Ruszyły także prace nad rozpoczęciem budowy kolejnej elektrowni jądrowej w oparciu o silną, sformalizowaną współpracę polskich podmiotów: pozostającej w rękach skarbu państwa PGE S.A. oraz prywatnej ZE PAK, a także koreańskiego koncernu KHNP. W ostatnich dniach polskie ministerstwo klimatu wydało decyzję zasadniczą, która pozwala przejść do kolejnego etapu uzyskiwania decyzji i pozwoleń. Będziemy te ważne inwestycje wspierać” – mówił polski prezydent.
Podkreślił, że uzupełnieniem pełnoskalowych elektrowni jądrowych mogą być reaktory mniejsze i przyznał, że nasz kraj ma ambicje być europejskim liderem w budowie małych reaktorów jądrowych – SMR.
[To wyjątkowo głupie oświadczenie. Chce, byśmy byli królikami doświadczalnymi nie sprawdzonej prze4z projektantów, ale na pewno droższej technologii. . MD
„W COP28 uczestniczy polska firma ORLEN Synthos Green Energy, która zamierza zbudować reaktory w technologii SMR. Współpracuje przy tym projekcie z firmami ze Stanów Zjednoczonych i Kanady. Jestem zadowolony, że rozpoczyna współpracę także z firmą ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich – Emirates Nuclear Energy Corporation. ZEA, czyli gospodarze naszego szczytu klimatycznego, właśnie ukończyły budowę swojej pierwszej, wielkiej elektrowni jądrowej. To pokazuje najlepiej, że energetyka jądrowa ma przyszłość na całym świecie” – ocenił prezydent. Docenił też działania Stanów Zjednoczonych na rzecz rozwoju wielko- i małoskalowej technologii jądrowej.
„Atom jest przyszłością. Pokazaliśmy to także na forum Unii Europejskiej, skutecznie zabiegając o włączenie energii jądrowej do Net-Zero Industry Act. Zaledwie dwa tygodnie temu Parlament Europejski uwzględnił w niej także atom. Zabiegaliśmy o to jako Polska bardzo mocno. To sukces wielu państw członkowskich z panem prezydentem (Francji) Emmanuelem Macronem na czele” – oświadczył.
[„Atom” ma też przeszłość, dyletancie. MD]
W ocenie prezydenta Dudy potrzebne są kolejne zdecydowane kroki w kwestii wsparcia energetyki jądrowej w ramach Unii Europejskiej. Zapowiedział, że jednym z priorytetów polskiej prezydencji w UE w pierwszym półroczu 2025 roku będzie sprawiedliwa transformacja energetyczna ze szczególnym uwzględnieniem energii jądrowej.
„Sprawiedliwa transformacja [a cóż to za nowotwór językowy, marionetko?? Mirosław Dakowski] jest niezwykle istotna. Zgodziliśmy się co do tego podczas COP24, który miał miejsce w Polsce, w Katowicach. W centrum polityki klimatycznej musi stać człowiek – jego bezpieczeństwo, zdrowie, jakość życia. Temu ma służyć racjonalny proces przechodzenia na wydajne i niskoemisyjne źródła energii. Dokładnie takie jak atom” – powiedział Duda.
„Jeśli chcemy zrealizować ambitne cele klimatyczne, to musimy działać w kwestii rozwoju energii atomowej jeszcze odważniej, szybciej i skuteczniej! Pamiętajmy, że nie robimy tego dla siebie! Robimy to dla przyszłych pokoleń, dla naszych dzieci, dla naszych wnuków. Nie mamy czasu, musimy działać teraz” – podkreślił prezydent.
Źródło: PAP/Aleksandra Rebelińska
====================
Mail:
Jak pan może, panie profesorze, tak niesprawiedliwie pisać o naszym kochanym Panu Prezydencie!
Wyjaśniam i informuję:
Jeśli ktoś zdobył wykształcenie co najmniej na poziomie szkoły podstawowej, ale dla osób z nieuszkodzonym mózgiem [w odróżnieniu od tych, którzy zdobywali wiedzę w szkołach specjalnych], to rozumie argumenty przedstawiane przez specjalistów danej dziedziny i uczciwych popularyzatorów. A Duda, jak się wydaje, ich nie rozumie, może nie czyta? Określenie DUREŃ jest więc chyba właściwe?
Jeśli jednak odczytuje napisane dla niego dużymi literami zdania nieprawdziwe czy kłamliwe, to jest marionetką. Uprzejmie nie sugeruję, czyją. MD
O cudach w Czarnobylu przed i po katastrofie. Świadectwa kapłana
26 KWIETNIA – 32 ROCZNICA KATASTROFY CZARNOBYLSKIEJ. O wielkich cudach w Czarnobylu przed i po katastrofie. Świadectwa kapłana
Świadectwa protojereja Nikołaja Jakuszyna, proboszcza świątyni Świętego Eliasza w Czarnobylu.

W roku 30-tej rocznicy awarii Czarnobylskiej Elektrowni Atomowej po raz pierwszy na światło dzienne wychodzą nieznane wcześniej szerokiej publiczności fakty, zwiastujące katastrofę na skalę planetarną, przepowiedzianą w Apokalipsie. Z tych wielkich mistycznych znaków staje się zrozumiałe, że tragedia w Czarnobylu była częścią Boskiego planu dla ludzkości od początku czasu. To, co zostało z góry przesądzone, nieuchronnie się spełni. O tajemnicy, ujawnionej ponad 30 lat po wybuchu jądrowym, o niepojętym, obleczonym w słowa – wydarzeniu napisano w rozdziale z książki „Teraturgima lub Cuda nowego wieku” wydawnictwa „Gorlica” („Горлица„) i „Błogosławieństwo” („Благословение”), która wkrótce zostanie wydrukowana.
Pierwszy wielki znak katastrofy w Czarnobylu, która w 1986 roku wstrząsnęła całą planetą, został ujawniony w czasie bardzo szybkiego rozwoju energetyki jądrowej na długo przed wybuchem czwartego reaktora w Elektrowni Atomowej w Czarnobylu. Świadkowie wydarzenia przypomnieli sobie, że stało się to dokładnie dziesięć lat przed awarią 26 kwietnia 1976 roku – dokładnie co do dnia. To znaczy, że czterdzieści lat temu Pan Bóg ujawnił znak. O zbliżającej się tragedii ostrzegła sama Królowa Nieba. W tamtym czasie w lokalnej gazecie „Prapor Peremohy” ( „Sztandar Zwycięstwa” – red.) nawet opublikowano notatkę o tym pod nazwą „Zmyślenia duchownych”. Napisano w niej o tym, że na niebie pojawiła się chmura o niezwykłej formie, a duchowni twierdzą, że było to objawienie Bogurodzicy. Jednak to wcale nie było atmosferyczne dziwactwo.
Pod wieczór wielu miejscowych mieszkańców widziało, jak na ziemię opuszcza się chmura, na której wyraźnie był widoczny zarys postaci Matki Bożej. – Twarz i odzież były widoczne – wszystko w jaskrawych kolorach. W rękach trzymała Ona pęczki suchego zioła piołunu, które nazywamy u nas „czarnobylnikiem”. Matka Boża opuściła piołun nad miastem. Następnie jasność przesunęła się w stronę lasu i zatrzymała się nad świątynią świętego proroka Eliasza. Bogurodzica odwróciła się do naszej świątyni i dwukrotnie pobłogosławiła go dwiema rękami. Kiedy się pojawiła, deszcz natychmiast ucichł i ustaliła się ciepła, spokojna i jasna pogoda. O zjawisku tym opowiedziano lokalnemu kapłanowi, ojcu Aleksandrowi Prokopience. Wówczas on wyjaśnił, że tylko Matka Boża może błogosławić dwoma rękami, nikt inny. Również dwoma rękami błogosławią biskupi, ale to nie był męski obraz.


Zjawisko zinterpretowano w ten sposób, że należy się spodziewać nieurodzajnego, suchego lata. I dopiero po upływie lat, już po awarii, stało się jasne, co wieścił ten znak. Niektórzy ludzie znaleźli i zabrali piołun, który spadł z nieba. A dokładnie po dziesięciu latach nastąpiła awaria w Elektrowni Atomowej w Czarnobylu. Ale wtedy takie rzeczy się działy, że nikomu nie przyszło do głowy, że istnieje związek pomiędzy wydarzeniami, odległymi od siebie o dziesięć lat. Dopiero znacznie później ludzie przypomnieli i zaczęli zdawać sobie sprawę, że był to znak Boży.
W 2002 roku z błogosławieństwem Jego Świątobliwości metropolity Kijowa i całej Ukrainy Władimira, została napisana ikona, na której przedstawiono Objawienie Najświętszej Bogurodzicy nad Czarnobylem. Napisał ją sługa Boży Ioann (Jan), który wykonywał malowidła w świątyni. Jest artystą, malarzem, mieszka w Kijowie. Najważniejsze, że jest to osoba bardzo wierząca, pobożna i poważna. Do tego sierota. Przystępując po błogosławieństwu do tak ważnej pracy, jak zwykle pościł i przystępował do Komunii Św. Na ikonie jest przedstawiona nasza świątynia Św. Eliasza, nad którą w Niebie unosi się Królowa Niebios z Archaniołami Michaelem i Gabrielem po obu stronach. W jej rękach jest ziele piołun. Po prawej i lewej stronie ikony umocowane są kapsułki z piołunem, zebrane w strefie Czarnobyla. Jego Świątobliwość Władimir pobłogosławił ten obraz jako naszą czarnobylską lokalnie czczoną ikonę.
———————————

Ikonę Czarnobylski Zbawiciel na łożu śmierci zobaczył sekretarz partii Czarnobylskiej Elektrowni Atomowej.
Drugą znaną ikoną w świątyni Świętego Eliasza – jest Czarnobylski Zbawiciel (Чернобыльский Спас), która również ma swoją własną historię. Ta ikona, można powiedzieć, wyszła od ludzi. Ludzie przeżyli tragedię, której nie znała historia. Potrzebowali wsparcia i współczucia. Wielu było chorych, początkowo panowała ogromna panika.
Tak wyszło, że Jurij Borysowicz Andriejew, nieżyjący już, sekretarz partii Czarnobylskiej Elektrowni Atomowej, komunista i można sobie wyobrazić, jakiego światopoglądu człowiek, poważnie zachorował po otrzymaniu ogromnej dawki promieniowania. Bardzo cierpiał, leżał już na łożu śmierci. Wszyscy myśleli, że jego dni są policzone. A jemu ciągle śnił się jeden i ten sam sen – widzenie.
Sekretarz partii Czarnobylskiej Elektrowni Atomowej wyraźnie widział tę ikonę. Później dokładnie opowiedział on malarzowi, jak powinna ikona wyglądać. Opowiadał też i mi, a potem ja poinformowałem o tym jego Świątobliwość Metropolitę Władimira. Będąc już jedną nogą za kresem życia, sekretarz partii cały czas prosił: „Napiszcie tę ikonę …” Patrząc na otwarty jego duchowemu wzrokowi niespotykany obraz, bardzo mocno czuł, że powinien być on zrealizowany. I Jego Świątobliwość pobłogosławił ten zamiar.
Ikona została napisana w Ławrze Św. Trójcy i Św. Sergiusza w 2003 roku. A konsekrowano ją w Ławrze Kijowsko-Pieczerskiej w Święto Zaśnięcia Matki Bożej (pol. Wniebowzięcia NMP). Kiedy Jego Świątobliwość Metropolita Władimir święcił obraz Czarnobylskiego Zbawiciela, na Niebie pojawiły się od razu trzy znaki – dokładnie nad ikoną na oczach setek ludzi przeleciał gołąb, na Niebie pojawiła się tęcza, a następnie Krzyż, w centrum którego świeciło słońce.
I co najciekawsze – sekretarz partii Jurij Borysowicz po tym wydarzeniu wyzdrowiał. Pan Bóg go wyleczył. Dziwne to, że właśnie sekretarz partii Czarnobylskiej EA, późniejszy prezes Związku „Czarnobyl – Ukraina” został wybrany do takiej misji – przez niego przyszła w świat ikona Czarnobylskiego Zbawiciela, przy której od tamtego czasu Pan Bóg wielokrotnie uzdrawiał chorych i cierpiących.
Nad ikoną pracował malarz ikon Władisław Gorieckij, mistrz wysokiej klasy. Obraz wykonany został subtelnie, wyraziście i duchowo. To wyjątkowa ikona. Wyjątkowa jest ona również dlatego, że w historii ikonografii po raz pierwszy tutaj obok Boga i Świętych przedstawiono ludzi – żywych po prawej stronie i dusze zmarłych ofiar katastrofy – po lewej stronie. Do zaakceptowania tego pomysłu, Jego Świątobliwość Władimir prosił o błogosławieństwo Patriarchę Aleksija II. I Świątobliwość błogosławił, aby napisać (namalować) żywych ludzi.
Fabuła tej ikony jest głęboko symboliczna – jest to oryginalny epizod z „Apokalipsy” św. Jana Teologa. W centrum widzimy lecącą z Nieba „gwiazdę piołun” nad złowieszczym blaskiem wybuchu i sosnę w formie krzyża – krucyfiksu. Ten fenomenalny znak tragedii, która miała przyjść, ręka Pana Boga wzniosła na ziemi Polesia na dziesięciolecia przed awarią, już w czasie II Wojny Światowej było to duże, dojrzałe drzewo. I tak się złożyło, że elektrownia została zbudowana dosłownie w odległości dwóch kilometrów od tego ogromnego żywego krzyża, który wyrósł na skraju lasu. – Kiedy likwidowano skażony promieniowaniem „rudy las” (rudy kolor las przybrał na skutek napromieniowania – A.L.) i przestrzeń została oczyszczona, otworzył się oszałamiający obraz, podobny do duchowej wizji: dwa symbole powszechnej katastrofy, połączone w jednej płaszczyźnie – eksplodowany czwarty reaktor na tle drzewa-krzyża.

Przypomina nam ono od razu krzyżopodobne drzewo ze Starego Testamentu, podlane przez Lota, na którym po dwóch tysiącleciach został ukrzyżowany Chrystus. To drzewo wyrosło z trzech lasek – kijów podróżnych – z gatunków iglastych (cedr, cyprys i sosna), pozostawionych po błogosławieństwie praojcowi Abrahamowi przez Trójcę Świętą, Która odwiedziła go pod postaciami Aniołów. I oto po czterech tysiącleciach z ziemi podniósł się czarnobylski krzyż, – znak przyszłego atomowego krucyfiksu, który przypadł na rok 1986. Po obu stronach drzewa krzyżowego, również sosny, jako trzeciego kija podróżnego Trójcy, na ikonie stoją martwi i żywi likwidatorzy.
A nad tym wszystkim Pan Jezus Chrystus ze zwojem Apokalipsy, otwartym na jej spełnionych wierszach, Najświętsza Bogurodzica i Archanioł Michael. Tak jak wszystko to zobaczył sekretarz partii CzEA. Ikona Czarnobylskiego Zbawiciela mówi z jasnością mistycznego niezmiennego znaku: w czyich rękach znajduje się zwój – do Tego należy plan tego, co w nim jest zapisane ze wszystkimi najdrobniejszymi szczegółami, życiem pokoleń urodzonych na Ziemi, czasami i okresami, wydarzeniami historycznymi i kulminacjami, łącznie z czarnobylską …
Zbawiciel co noc patrzył na kapłana, wskazując, gdzie w strefie skażenia znajduje się Jego obraz.
Jest jeszcze jedna niezwykła ikona, o której wcześniej nie opowiadałem. Jest to obraz Zbawiciela ze świątyni Archanioła Michaela we wsi Krasno w strefie zamkniętej.
Ta cudowna ikona ma naprawdę cudowną historię. Po awarii wszystkich mieszkańców ze wsi Krasno wysiedlono, gdyż chmura promieniowania przepłynęła przez nią w kierunku Białorusi i jest tam bardzo wysoki poziom promieniowania. Jeden mieszkaniec tej wioski w wyniku różnych losów trafił Sankt – Petersburga, gdzie i pozostał. Tam został wyświęcony na kapłana i od tamtego czasu służy jako w Petersburgu.
Jedenaście lat temu znalazł mój numer i pewnego dnia zadzwonił. Przedstawił się, opowiedział swoją całą historię pełną doświadczeń i mówi: „Ojcze Mikołaju, mam wielką prośbę. Nieustannie we śnie widzę oczy Zbawiciela z jednej ikony, pozostawionej w strefie skażeń. Czy nie mógłby Ojciec ją odnaleźć? To duża ikona Chrystusa na desce.” Pytam: „A jakże ją odnajdę?” Kapłan z Petersburga odpowiada: „Powiem gdzie.”
I szczegółowo opowiada, w której wiosce, w jakiej chacie i na jakim strychu jest ukryta ta ikona. W cienkim śnie on dokładnie zobaczył miejsce, w którym niezwykły obraz Zbawiciela o żywym spojrzeniu i opisał mi miejsce ukrycia ikony. Ikony tej w zasadzie nie można było znaleźć: trzeba byłoby być miejscowym i dobrze orientować się w okolicy, która stała się strefą skażoną promieniowaniem.
W świątyni Archanioła Michaela przez wiele lat służył jego dziadek. Tę niezwykłą starą ikonę kiedyś skradziono, ale Pan Bóg cudownie ją zwrócił. Po katastrofie cudowną drewnianą świątynię Św. Archanioła Michaela, zbudowaną w 1800 roku, niestety, całkowicie splądrowali rabusie. A ten obraz został ukryty przez jego dziadka, już zmarłego i nikt nie wiedział, gdzie znajduje się ta świętość (sakramentalium), która, jak można zrozumieć, jest tak droga Panu Bogu, że On Sam dał o niej znak i pouczył, jak ją znaleźć.
I oto w Petersburgu, kapłanowi przybyłemu ze strefy czarnobylskiej, zaczęła się śnić ta ikona – Zbawiciel patrzył na niego każdej nocy. W końcu dodzwonił się do mnie. Pojechałem do wioski, znalazłem opisany opuszczony dom – wszystko się zgadzało! Zdjąłem ikonę ze strychu i wyniosłem. Kiedy ją odrestaurowaliśmy i doprowadziliśmy do porządku, kapłan z Petersburga przyleciał specjalnie, by oddać cześć uratowanej świętości – aby zobaczyć ją nie we śnie, ale w rzeczywistości.

Chrystus patrzy z tej ikony jak żywy, takiego spojrzenia rzeczywiście nie można zapomnieć. Gdy się tylko jeden raz zobaczy te niezwykłe oczy, to już nigdy więcej ich nie zapomnisz, ile tylko będziesz żył.
Anielska służba w strefie radioaktywnej
Stara świątynia we wsi Krasno dawno została pozostawiona przez ludzi. Ale nie została pozostawiona przez tych, którym została poświęcona – Archanioła Michaela i bezcielesne siły niebiańskie. Mamy świadectwa na to, że tam służbę Bożą odprawiają święci Aniołowie. Kilka razy w różnych latach od począwszy od 2005 do 2009 roku przyjeżdżały do mnie ekipy z milicji czarnobylskiej z niezwykłymi wiadomościami i pytaniem: „Ojcze, jak to rozumieć? Co to wszystko znaczy?”
Po dokładnych rozmowach z milicją wyjaśniono następujące kwestie. Pewnego razu patrol, patrolujący opuszczoną strefę, jechał wąską wiejską drogą, która była gęsto otoczona drzewami i krzewami po obu stronach. Zbliżając się do miejsca, gdzie stoi świątynia, milicjanci jeszcze z daleka usłyszeli odgłosy. Najpierw zdecydowali, że tak im się wydało. Ze zdumieniem zatrzymali się i nadsłuchiwali. Ludzi nie mogło tu być: od długiego czasu nikt tu nie mieszka, wykluczeni są również ci, którzy wrócili do swych domów (ros. – caмосёлы зоны отчуждения). Wewnątrz strefy przy wjeździe do skażonych obszarów znajduje się jeszcze jeden punkt kontrolny, przez który już od dawna nikt nie jechał. A przejście przez las jest obecnie praktycznie niemożliwe – zamienił się on w dziki i niebezpieczny gąszcz.
Samochód patrolowy ruszył i zbliżył się do świątyni. Stamtąd niósł się pobożny cerkiewny śpiew o nieziemskim pięknie, widoczne były odblaski światła. Milicjanci wysiedli z samochodu i zamarli. Nagle doznali bezprecedensowego strachu, ogarnęło ich święte przerażenie. Trzeba powiedzieć, że batalion milicji w Czarnobylu – to poważni ludzie, przygotowani na różne ekstremalne sytuacje. Ale ci zdrowi mężczyźni przestraszyli się jak dzieci i wskakując do ich jeepa, dali drapaka.
Po odjechaniu kilku kilometrów uspokoili się i po dyskusji ze sobą postanowili wrócić do świątyni jeszcze raz. Kiedy znów tam pojechali, było już cicho. Ale nie odważyli się wejść do świątyni. O zaobserwowanym niezwykłym zjawisku patrol natychmiast zameldował naczelnikowi. Cały batalion milicji, strzegący strefy Czarnobyla, wiedział o tej niewiarygodnej historii. Potem przyjechali oni do mnie , do świątyni i opowiedzieli o tym, co słyszeli i widzieli. Pytali mnie, co to może znaczyć.
Wyjaśniłem im, że takie przypadki w historii Cerkwi były znane i wcześniej. Aniołowie nie odchodzą od konsekrowanego ołtarza aż do końca czasów. Sami też sprawują Służbę, gdy świątynia z jakiegoś powodu została opuszczona przez ludzi. Tym bardziej, że świątynia w Krasno wzniesiona została ku czci Wodza Wojska Niebieskiego. W tym miejscu, opalonym śmiercionośnym oddechem promieniowania, jednakże przebywa Świętość i Łaska, więc dlatego służą tam Aniołowie. Pan Bóg dopuścił, aby się ludzie o tym dowiedzieli, wybierając odpowiedzialnych świadków jako posłańców Cudu Boga. Następne przypadki, kiedy patrole słyszeli służbę Bożą w pustej świątyni, praktycznie powtórzyły pierwsze wydarzenie.

Od tego czasu jeżdżę służyć do świątyni wsi Krasno w dni świąteczne.

Po pewnym czasie znalazłem w niej ikonę Archanioła Michaela. W starych świątyniach między kopułami znajdowało się przejście na strych. Do miejsca tego ciężko było się dostać, a dodatkowo jeszcze deski tam zgniły – między innymi było tam bardzo niebezpiecznie. Wznosząc się z modlitwą na tyle, ile było to możliwe, poczułem na sobie czyjś wzrok i podniosłem głowę – patrzył na mnie Archanioł Boży z ognistym mieczem w prawej ręce z ikony, ustawionej na wątłym stopniu. Ona do tej pory tam jest. Maruderzy kiedyś wynieśli ze świątyni wszystko, co było możliwe. Ale cudownie ukrytą świątynną ikonę, nikt nie mógł wykryć. Jest tam dlatego, aby chronić świątynię. Nie wiadomo, kto ją tam umieścił – być może sami Aniołowie.
Objawienie się Świętego Serafina z Sarowa i błogosławieństwo, by co roku służyć w Czarnobylu Liturgię w nocy przed dniem 26 kwietnia
W 2001 roku zaistniało wydarzenie, które osobiście mnie głęboko wstrząsnęło. Uwierzcie mi, widziałem wiele rzeczy w moim życiu, ale ta historia miała szczególne znaczenie. Dała mi prawidłowe zrozumienie tego miejsca, które zajmuje tragedia w Czarnobylu w stosunku do Cerkwi i życia na całej Ziemi. Okazało się, że wszystko jest połączone. Eksplozja atomowa, historia Cerkwi/Kościoła Bożego i całego świata – pomiędzy tymi trzema składnikami ogólno ziemskiego misterium istnieje głęboki, wzajemnie przenikający się duchowy związek.

Rybacy, którzy siedzieli na Prypeci i łowili ryby w nocy 26 kwietnia, najpierw ujrzeli jasny błysk na niebie nad świątynią proroka Eliasza, a dopiero potem nad elektrownią. I ten znak miał swoje znaczenie – to była „gwiazda, płonącą jak lampa”. Kiedy zacząłem służyć w tej świątyni po spustoszeniu, nagromadziło się tutaj wiele różnych prac, odbudowywaliśmy podwórze świątyni, wszystko naprawialiśmy, porządkowaliśmy. Parafii wówczas praktycznie nie było. Ale Liturgię jednak nadal służyłem tak jak należy. I oto nastał dzień 26 kwietnia. To była pierwsza data tragedii, którą spotkałem w tej świątyni. Myślę sobie: cóż, pomodlę się i pójdę do łóżka. Tej nocy po Czarnobylu chodzili wartownicy i wspominali poległych po świecku, jak umieli: koncerty, wódka… Poszedłem odpoczywać i zasnąłem.
Moje okno w domku w pobliżu świątyni wychodzi akurat na urwisko nad Prypecią. Minęło trochę czasu i nagle już nie śpię, postrzegam otoczenie jak zwykle i patrzę przez okno. I widzę, jak od strony rzeki, od urwiska idzie staruszek – z białą brodą, z laską, w białej szacie – rozpoznałem go jako Serafina z Sarowa. Wygląd, postawa i figura dokładnie były takie, jak są przedstawiane na ikonie. Święty Serafin zbliżył się do domku, zatrzymał się przed moim oknem i surowo i uważnie popatrzył na mnie. Potem, patrząc mi prosto w oczy, Święty Boży uderzył laską trzykrotnie w ziemię – głośno uderzył: raz i dwa i trzy.
Następnie zwrócił się w stronę Prypeci i poszedł do rzeki przez cerkiewną bramę do elektrowni jądrowej. Wszystko to widziałem wyraźnie i na jawie. Ale nagle ze zdziwieniem patrzę, że znów jestem w łóżku. Myślę, co to jest? Włączam światło i mój wzrok pada na zegar. Pokazuje dokładnie godzinę 1.30 w nocy – czas eksplozji reaktora. Ach to tak! Pan Bóg posłał Świętego Serafina, aby obudzili mnie na modlitwę i czuwanie w tę noc.
I natychmiast przyszło olśnienie – zrozumiałem jaki jest związek między katastrofą jądrową a Cerkwią. Był to czas dokonania w istniejącym świecie przełomowego wydarzenia historii ludzkiej, zapisanej od samego początku. Moment, w którym tajemnicze i przerażające wersety Objawienia stały się rzeczywistością. Chwila, kiedy ostrze igły przeszyło membranę rozdzielającą światy i przeszło przez Boski zamiar, opisany w zewnętrznej rzeczywistości Apokalipsy. „Trzeci Anioł zatrąbił: i spadła z nieba wielka gwiazda, płonąca jak lampa, a spadła na trzecią część rzek i na źródła wód. A imię tej gwiazdy – „piołun” (Obj. 8: 10-11). Tak też było – związek bezpośredni. Piołun, który obficie rośnie w tutejszych częściach kraju, jest znany u nas jako „czarnobylnik” i z nim związana jest nazwa miasta Czarnobyl.
Dokładnie taki sam jest bezpośredni związek z objawieniem Bogurodzicy nad Czarnobylem na dziesięć lat przed katastrofą. Te zjawiska postawiły wszystko na swoje miejsca. Tutaj, na tej ziemi, Pan Bóg przygotował, aby się spełniła kulminacja Pisma Świętego. Tutaj w materii bytu weszło ostrze Bożego Słowa, które podzieliło historię ludzkości na „przed” i „po” tragedii w Czarnobylu. Pomyślałem, dlaczego właśnie Świętego Serafina Pan Bóg posłał z misją odkrycia duchowego znaczenia katastrofy. Po tym wydarzeniu napisałem list do patriarchy Aleksija II.
Przez dwa lata wymienialiśmy listy. I w końcu otrzymaliśmy cząstkę relikwii Świętego Serafina z Sarowa, którą oficjalnie przekazano do naszej świątyni. Specjalnie w tym celu jeździłem do Diwiejewa. Święty Serafin, oprócz tego, że był ascetą monastycyzmu, wnikał i skuteczną modlitwą uczestniczył we wszystkich ważnych wydarzeniach swoich czasów. Dlatego też ten wielki modlitewnik objawił się i tutaj. Św. Serafin rozpoczął swoją podróż duchowego działania od oddania czci Świątyniom Kijowa i Ławry Pieczerskiej, chciał być wśród mnichów w Ławrze, w Kijowie otrzymał błogosławieństwo, aby iść do Sarowa i nie mógł on pozostać z dala od tego, co dzieje się na ziemi starożytnej Rusi.
Od tych czasów, po objawieniu się św. Serafina w tamtą pamiętną noc rocznicy katastrofy, obowiązkowo odprawiamy całonocne czuwanie i nocną Bożą Liturgię 26 kwietnia w świątyni Czarnobylskiej. W ostatnich latach na tę Bożą Służbę, na której upamiętnia się ofiary awarii, przyjeżdżali arcybiskupi, biskupi i liczni kapłani. Przede wszystkim metropolita Czarnobylski Paweł, proboszcz Ławry Kijowsko-Pieczerskiej, który kiedyś mnie wyświęcił na kapłana.
Uważam, że był on pierwszym opatrznościowym władcą czarnobylskim i w ten sposób Pan Bóg związał go z tą historią. Przybywa do nas w ten pamiętny dzień wraz z kapłaństwem mnóstwo pielgrzymów – w tym dniu wszyscy przyciągani są tutaj jak magnes. Następnie udajemy się do Czarnobylskiej EA, aby odprawić nabożeństwo żałobne przy grobach, gdzie spoczywają strażacy, pierwsi, którzy wspinali się na płonący reaktor jądrowy. W ten oto sposób, dzięki objawieniu Świętego Serafina Sarowskiego, Pan Bóg pobłogosławił nas, abyśmy czuwali i modlili się każdego roku w czasie, gdy planetą wstrząsnął wybuch jądrowy. W 2016 roku od tego dnia minęło już 30 lat.
Prawdopodobnie nie możemy w pełni objąć, umieścić i uświadomić sobie pełnię i wielkość tych znaków i zjawisk, którymi zaznaczona jest historia katastrofy w Czarnobylu. Ale związek pomiędzy wszystkimi jej epizodami z pewnością istnieje. Bezpośredni, silny, mistyczny, głęboko duchowy związek. To, co jest dla nas przydatne do poznania, Pan Bóg objawia we właściwym czasie. Trzeba cierpieć, zaufać Panu Bogu i czekać.
P. S. W czasie Postu Bożonarodzeniowego w 2015 roku ojciec Mikołaj Jakuszyn przyjął tonsurę z imieniem Siergij (pol. – Sergiusz) na cześć świętego męczennika Siergija Czarnobylskiego, zabitego w latach 30-ch XX wieku. Przez Bożą Opatrzność dzień imiennika Archimandryty Siergija (Jakuszyna) przypada w dniu 26 kwietnia.
ZapisałaWalentinaSierikowa.
На фото:
1. Отец Николай Якушин (в постриге архимандрит Сергий)
2. Храм святого пророка Илии в Чернобыле
3. Икона Чернобыльский Спас
4. Сосна-крест у четвертого реактора ЧАЭС
5. Ангел с трубой в Чернобыле
6. Святой преп. Серафим Саровский
Źródło:
26 АПРЕЛЯ – 32 ГОДA ЧЕРНОБЫЛЬСКОЙ КАТАСТРОФЫ. О великих чудесах в Чернобыле до и после аварии. Свидетельства священника
http://3rim.info/10873-26-aprelya-30-let-chernobylskoy-katastrofy-o-velikih-chudesah-v-chernobyle-do-i-posle-avarii-svidetelstvo-svyaschennika.html# [Już, w 2023, nie ma tego portalu. Więc przypominam. MD“
Tłumaczył Andrzej Leszczyński 16.5.2018 r.