Przez żołądek do głowy

Stanisław Michalkiewicz:

Przez żołądek do głowy

23.09.2026 Stanisław Michalkiewicz prawy/przez-zoladek-do-glowy

Jak w swoim czasie zauważył Stefan Kisielewski, socjalizm bohatersko walczy z problemami nie znanymi w innym ustroju. Jedną ze zdobyczy socjalizmu jest przymusowe i powszechne nauczanie. Jest to przedstawiane, jako wielka zdobycz ludu pracującego, podobnie, jak powszechne i przymusowe ubezpieczenia społeczne. Tymczasem powszechne i przymusowe ubezpieczenia społeczne, obok – jak powiedziałby Kukuniek – plusów dodatnich, mają też liczne plusy ujemne.

Jednym z nich jest przymusowy charakter tych ubezpieczeń. Jeśli są one takie dobre, to dlaczego są przymusowe? Żeby odpowiedzieć na to pytanie, wyobraźmy sobie, że powszechne ubezpieczenia społeczne nie są przymusowe. Jak wtedy wyglądałyby negocjacje między ubezpieczalnią, a kandydatem na klienta? Ubezpieczalnia poinformowałaby klienta, że będzie musiał oddawać jej połowę dochodu. – No dobrze – odpowiedziałby klient – ale co ja z tego będę miał? Zakładając, że rozmowy przebiegałyby uczciwie, ubezpieczalnia oświadczyłaby: kiedyś coś ci damy. Kiedyś – bo Sejm może przecież w każdej chwili zmienić wiek emerytalny – nie tak dawno zresztą zrobił to dwukrotnie – no i może zmienić sposób naliczania emerytur i rent, więc „kiedyś coś”.

Obawiam się, że żaden przytomny człowiek takiej umowy by nie podpisał – i dlatego ubezpieczenia społeczne są przymusowe – podobnie jak edukacja na poziomie podstawowym. Innym plusem ujemnym powszechnych ubezpieczeń jest to, że są one główną przyczyną kryzysu demograficznego. Opisał to w swoim czasie laureat Nagrody Nobla z ekonomii w roku 1992, Amerykanin Gary Stanley Becker. Według niego ubezpieczenia społeczne pozornie rozrywają związek między sytuacją ludzi starszych, a posiadaniem dzieci, w związku z tym ludzie przestają traktować dzieci jako inwestycję, a zaczynają traktować je jako obciążenie, od którego instynktownie uciekają. Becker bowiem dostał Nobla za udokumentowanie twierdzenia, że ludzie zachowują się tak, jakby kalkulowali. Skoro tedy uważają, że dzieci są obciążeniem, to od niego uciekają, a państwo – zainteresowane tym, by do systemu ubezpieczeniowego napływało jak najwięcej pieniędzy, jeszcze ich do tego zachęca, legalizując aborcję i propagując antykoncepcję.

Ale wskutek tego, po 50 latach narasta w społeczeństwie odsetek ludzi starych i w rezultacie – o ile np. w latach 60-tych na jednego beneficjenta systemu, tzn. emeryta, czy rencistę, przypadało siedmiu wpłacających, to teraz – niecałych dwóch. Żeby stworzyć wrażenie, jakoby wszystko było w jak najlepszym porządku, rządy zadłużają państwa, to znaczy – nie tyle „państwa” – co obywateli – wpychając ich w coraz głębszą niewolę lichwiarskiej międzynarodówki. Dług publiczny trzeba bowiem „obsługiwać” to znaczy – płacić lichwiarzom coraz wyższe procenty, czyli – obywatele muszą oddawać im coraz większą część bogactwa, wytwarzanego własną pracą. Nazywa się to uczenie „bezwzględnym zubożeniem”.

Tymczasem te wszystkie plagi przedstawiane są jako rodzaj dopustu Bożego, na który – jak wiadomo – nic poradzić nie można. Dzięki temu, w ramach przymusowej edukacji, dzieci od samego początku są duraczone socjalistyczną propagandą, jakoby te wszystkie wynalazki były szalenie pożyteczne. W rezultacie bardzo trudno później przekonać kogokolwiek, że jest inaczej i dlatego nie więcej, jak 25 procent obywateli zaczyna powątpiewać w socjalizm, podczas gdy cała reszta – wierzy weń bez zastrzeżeń, dzięki czemu Umiłowani Przywódcy mogą ich eksploatować przez całe dziesięciolecia.

Wprawdzie dzieci w ramach przymusowej edukacji uczone są sztuki pisania i czytania – ale cóż mogą przeczytać? Ano – na przykład – że klimat się ociepla z przyczyn antropogenicznych, to znaczy – za przyczyną ludzkiej działalności. Klimat rzeczywiście się zmienia, raz się ociepla, a innym razem – oziębia – ale przyczyną tych zmian są zjawiska kosmiczne, jak kąt nachylenia osi ziemskiej do płaszczyzny ekliptyki, który sprawia, że zmieniają się pory roku – jak precesja, czyli zakreślanie przez ziemską oś kręgów wokół bieguna niebieskiego, Zakreślenie jednego takiego kręgu trwa 26 tys. lat i nazywane jest „rokiem platońskim”. Wreszcie – „rok galaktyczny” trwający 250 mln lat. Układ Słoneczny, wraz z Ziemią, pędzi z ogromną prędkością wokół centrum galaktyki – ale ona też jest ogromna; jej średnica liczy ok. 100 tys. lat świetlnych, więc mimo ogromnej prędkości jedno okrążenie trwa właśnie 250 mln lat.

W trakcie tego lotu Układ Słoneczny przez kilkadziesiąt mln lat przelatuje przez obszar czystej próżni, gdzie nic nie przesłania Ziemi promieni słonecznych, w związku z czym może się ona ogrzać. Ale potem wlatuje w obszar trochę zanieczyszczony pyłami i gazami, wskutek czego część promieniowania Słońca już do ziemi nie dociera, wskutek czego planeta nasza zdąży się ochłodzić.

Na przykład w epoce kredy, kiedy ludzi na Ziemi, a zatem i przemysłu jeszcze nie było, poziom mórz był wyższy od obecnego o 250 m, bo na Ziemi w ogóle nie było lodu, nawet na biegunach. Ale potem dlaczegoś się ochłodziło; mnóstwo wody zostało uwięzionych w lodowcach biegunowych, w lodowcach górskich i wiecznych śniegach, wskutek czego poziom mórz obniżył się mniej więcej do obecnego – ale specjaliści powiadają, że klimat znowu się ociepla.

I pewnie tak jest rzeczywiście, tyle, że amatorzy tresowania ludzi do zachowań stadnych, zwęszyli okazję, by wykorzystać ocieplenie klimatu do tresury. W tym celu lansowana jest opinia, że ocieplenie klimatu dokonuje się z przyczyn antropogenicznych, to znaczy – spowodowanych działalnością człowieka. Następstwem tej propagandy są wszystkie „zielone wały”, czy opłaty z tytułu emisji zbrodniczego dwutlenku węgla – a w duraczeniu ludzi brało do niedawna udział towarzystwo dramatycznie nazywane „Ostatnim Pokoleniem – dopóki Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje nie cofnęła mu subwencji i nie nakazała zaprzestania happeningów.

Możliwe, że dlatego, iż vaginessy z vaginetu obywatela Tuska Donalda wpadły na pomysł tresowania dzieci do walki ze złowrogim klimatem przy pomocy szkolnych stołówek. One też są uważane za wielkie dobrodziejstwo, ale kiedy uświadomimy sobie, że najpierw vaginet musi odebrać rodzicom tych dzieci część dochodu, by potem sfinansować szkole stołówki, to nasz entuzjazm do tego wynalazku już słabnie. Tym bardziej, że przy okazji dożywiania dzieci za pieniądze odebrane wcześniej m.in. ich rodzicom, vaginessy z vaginetu obywatela Tuska Donalda tresują biedne dzieci do walki z klimatem poprzez tak zwane „menu planetarne”.

Pulchna pani Katarzyna Lubnauer twierdzi, jakoby posiłki wegetariańskie było zdrowsze, ale już sama nazwa tej diety zdradza prawdziwe intencje tego wynalazku. Nie chodzi o to, czy zdrowsza, tylko chodzi o to, że słuszna, a być może nawet – jedynie słuszna. Tresura zaczyna się od dzieci – ale te dzieci kiedyś przecież dorosną, a od małego będą przyzwyczajone do tego, że o tym, co mają jeść, a czego lepiej nie jeść, decydują dobre panie z rządu. I o to naprawdę chodzi.

Stanisław Michalkiewicz

Szokujące fakty ws. “Diety Planetarnej”?! – dr Piotr Witczak

Szokujące fakty ws. “Diety Planetarnej”?! – dr Piotr Witczak

podał: AlterCabrio, 21 września 2026

Dr Witczak komentuje ograniczanie produktów odzwierzęcych, edukację zdrowotną, wpływ wielkich organizacji i korporacji na politykę zdrowotną oraz kontrowersje wokół zaleceń WHO.

◊

Słynny Naukowiec ujawnia szokujące fakty ws. “Diety Planetarnej”?! Dr Witczak u Roli!

Gościem Marcina Roli jest dr Piotr Witczak, biolog medyczny i naukowiec.

W programie także:
– dieta planetarna i żywienie dzieci
– edukacja zdrowotna w polskich szkołach
– kulisy polityki pandemicznej i działania Anthony’ego Fauciego
– lockdowny i społeczne skutki pandemii
– Grzegorz Braun i jego działania w czasie pandemii
– dlaczego część Polaków coraz mocniej sprzeciwia się polityce państwa?

– Czy po doświadczeniach ostatnich lat Polacy inaczej patrzą dziś na politykę zdrowotną?

Jesteśmy rodzicami. To my odpowiadamy za to, co jedzą nasze dzieci – i to my płacimy za obiady w szkolnej stołówce. PODPISUJĘ PROTEST przeciwko planetarnemu IDIOTYZMOWI.

dajciedzieciommieso.pl

Jolanta Sobierańska-Grenda
Minister Zdrowia,

Barbara Nowacka
Minister Edukacji Narodowej

Szanowne Panie Minister,

jesteśmy rodzicami. To my odpowiadamy za to, co jedzą nasze dzieci — i to my płacimy za obiady w szkolnej stołówce.

Od 1 września obowiązuje rozporządzenie, które mówi nam, że nasze dziecko może dostać obiad z mięsem najwyżej dwa razy w tygodniu, a w jeden dzień dostanie posiłek wyłącznie roślinny — bez względu na to, czy tego chcemy.

Nikt nas o to nie zapytał.

Nie jesteśmy przeciwni zdrowemu jedzeniu. Rozumiemy ograniczenia cukru, soli czy popularyzację warzyw. Ale nadwaga polskich dzieci nie bierze się z kotleta na obiad. Karanie za świeże mięso nie rozwiąże tego problemu.

Nasze dzieci rosną. Potrzebują białka, żelaza i witaminy B12 w formie, którą organizm przyswaja najlepiej. Kuchnie szkolne nie dostały na tę zmianę ani jednego szkolenia, ani jednej złotówki. Boimy się, że w praktyce zamiast wartościowych posiłków na stoły trafią posiłki, których dzieci po prostu nie zjedzą obiadu. Dla części z nich to jedyny ciepły posiłek w ciągu dnia.

Dlatego wnosimy o:

  1. Zapisanie w rozporządzeniu, że dwa obiady mięsne w tygodniu to minimum, a nie maksimum — tak jak przy rybie i strączkach użyto już słów „co najmniej”.
  2. Żeby danie wyłącznie roślinne było w stołówce dostępne, a nie obowiązkowe.
  3. Zagwarantowanie dziecku, którego rodzice tego chcą, posiłku z produktami odzwierzęcymi każdego dnia — na tych samych zasadach, na jakich zagwarantowano danie roślinne.
  4. Realne rozmowy z rodzicami i radami rodziców, zanim ktoś znowu zdecyduje za nas.

Nie chcemy odbierać nikomu wyboru. Chcemy tylko, żeby nam go nie odbierano.

PODPISUJĘ PROTEST

Barbara Nowacka i przekreślony talerz z kotletem

Rząd ogranicza mięso dzieciom – wbrew ich zdrowiu!

Od 1 września obiad z mięsem może pojawić się w szkolnej stołówce tylko dwa razy w tygodniu. Jeden dzień jest obowiązkowo wegański – dla wszystkich, bez wyjątku.

A dzieci rosną. Potrzebują pełnowartościowego białka, żelaza, cynku i witaminy B12 – w formie, którą organizm faktycznie przyswaja.

Kuchnie szkolne nie dostały ani szkoleń, ani pieniędzy. Zamiast strączków na talerzu wyląduje makaron.

Protestujemy przeciwko absurdalnej wojnie rządu z mięsem. Wojnie, na której cierpią nasze dzieci!

PODPISUJĘ PROTEST

Pierwszeństwo bezdomnych kotów. MEM-y I.

—————-

———————————————–

————————-

——————————-

—————————

———————————

—————————

—————————————-

—————————————-

————————

Dieta planetarna wchodzi do szkół

Dieta planetarna wchodzi do szkół.

„Mój syn tego nie będzie chciał jeść”

Marianna Lach, 25 sierpnia 2026, medonet/dieta-planetarna-w-szkolnych-stolowkach-nowe-rozporzadzenie-wzbudza-emocje/

Więcej warzyw i potraw na bazie nasion roślin strączkowych, mniej mięsa — od 1 września w szkołach i przedszkolach będzie obowiązywać tzw. rozporządzenie sklepikowe. — Kuba jada przede wszystkim mięso w każdej postaci i jajka, skusi się na pizzę, coś na słodko, ale nie na warzywa — żali się w rozmowie z Medonetem jego mama Ala.

Dieta planetarna zawita od 1 września do szkolnych stołówek.

Nowe przepisy zakładają m.in. ograniczenie częstotliwości podawania w ramach obiadu potraw mięsnych do dwóch razy w tygodniu, przygotowywanie zup na wywarach warzywnych co najmniej dwa razy w tygodniu, uwzględnianie w obiedzie co najmniej raz w tygodniu potrawy na bazie nasion roślin strączkowych bez dodatku produktów odzwierzęcych oraz — jeśli to możliwe — wykorzystywanie produktów pochodzenia lokalnego lub ekologicznego.

Nowe rozporządzenie wskazuje również jednoznacznie pełnoziarniste produkty zbożowe jako pożądane składniki przedszkolnych i szkolnych posiłków.

Dieta planetarna. O co tu chodzi?

Nowe przepisy kładą większy nacisk na realizację w żywieniu przedszkolnym i w stołówce szkolnej zasad tzw. diety planetarnej, modelu żywienia łączącego troskę o zdrowie i środowisko.

Podkreślają większy udział w tym żywieniu produktów pochodzenia roślinnego — warzyw, owoców, nasion roślin strączkowych, pełnoziarnistych produktów zbożowych, a także roślinnych alternatyw dla wyrobów mlecznych, wzbogaconych co najmniej w wapń i witaminę B12 oraz spełniających określone kryteria dotyczące zawartości cukrów, tłuszczu i soli.

Dyrektor szkoły: muszę kupić więcej pojemników na odpadki

— Doskonałe pomysły ma nasz resort zdrowia — kwituje dyrektor jednej z małopolskich gminnych szkół podstawowych, chcący zachować anonimowość. Na gwałt wysyła kucharki i intendentkę na szkolenia. — To chyba my w szkołach najlepiej wiemy, jak żywić dzieci w stołówkach, bo robimy to od lat. Nie wróżę nowym zasadom powodzenia, a sam muszę kupić więcej pojemników na odpadki, bo dzieci będą wyrzucać jeszcze więcej jedzenia — dodaje.

Jego zdaniem dzieci korzystające ze stołówki są wybredne — to raczej „niejadki”. Zupy wylewają do podstawionych pojemników, chyba że to rosół albo pieczarkowa. Grochowa nie ma szans na zjedzenie, podobnie kapuśniak.

Drugie dania? Mimo że nauczycielka albo opiekun świetlicy pilnują, maluchy potrafią zakopać surówkę pod ziemniakami i też ją wyrzucić. Z chęcią jedzą tylko drób (w różnych postaciach, choć najbardziej w formie kotletów), pierogi z mięsem albo owocami, naleśniki. Tarta marchew? Ogórek kiszony? Sałatka typu „coleslaw”? Do wiadra.

— W naszej szkole staramy się, aby posiłki były dostosowane do preferencji dzieciaków, żeby zjadały cały dwudaniowy obiad. Jeśli ktoś mięsa nie je, jest na coś uczulony albo choruje i wymaga innego żywienia, ma przygotowaną stosowną dietę. Wszystko jest obliczane — gramatura, kaloryczność, udział procentowy białka, tłuszczy; cyklicznie bada to też nasz sanepid. Nie wiem i nie rozumiem, po co to jeszcze bardziej regulować. Te dzieci, którym przepisy mają pomóc zdrowiej się odżywiać, zeszczupleć, i tak po szkole idą do sklepu, kupują pączki i colę — uważa dyrektor.

„Muszę sprawdzać, na co wydaje kieszonkowe”

Potwierdza to Magda Wróbel z Katowic, która ma 10-letnią córkę z nadwagą. Akurat ona jest entuzjastką zmian. — Bardzo się cieszę, że będą zmiany w szkolnych stołówkach i sklepikach jedzenie będzie zdrowsze, mniej tłuste i mniej słodsze. — To kolejny punkt na mojej drodze wyprowadzania córki z nadwagi — mówi Medonetowi Magda.

Jak dodaje, w domu może kontrolować to, co córka je, poza domem już nie do końca. — Zostaje mi kwestia sprawdzania, na co wydała kieszonkowe, a skoro w sklepiku nie kupi już croissanta z czekoladą ani słodzonego napoju, to tym lepiej. No i jeszcze będzie edukacja zdrowotna. Może w trakcie zajęć córka w końcu nauczy się, co jest dla niej niezdrowe.

Co będzie można kupić w sklepiku szkolnym?

Nowe przepisy, które wejdą w życie 1 września 2026 r., obejmą przedszkola, szkoły i inne jednostki systemu oświaty prowadzące żywienie dzieci i młodzieży oraz sprzedaż żywności na swoim terenie.

Dzieci nadal będą mogły korzystać ze sklepików szkolnych i stołówek. Zmiany dotyczą oferty dostępnej na terenie szkoły lub przedszkola. Zmieni się asortyment oferowany uczniom.

W katalogu znajdują się m.in.: pieczywo, pieczywo pół-cukiernicze i cukiernicze, kanapki, sałatki i surówki, mleko i produkty mleczne, napoje roślinne i alternatywy produktów mlecznych, produkty zbożowe (w tym śniadaniowe), warzywa, owoce, suszone warzywa i owoce, orzechy i nasiona bez dodatku cukrów, substancji słodzących i soli, soki, przeciery i musy bez dodatku cukrów, substancji słodzących i soli, koktajle na bazie mleka lub napojów roślinnych bez dodatku cukrów i substancji słodzących, naturalna woda mineralna, woda źródlana i stołowa, napoje przygotowywane na miejscu z ograniczoną ilością cukrów dodanych, inne napoje bez dodatku cukrów i substancji słodzących, bezcukrowe gumy do żucia, gorzka czekolada o wysokiej zawartości kakao. Wśród zaleceń jest też nieodpłatne udostępnienie wody do picia.

— Takie dystrybutory z wodą mamy od kilku lat na każdym z pięter szkoły, bo wiosną i przed wakacjami bywa gorąco — dopowiada cytowany wcześniej dyrektor.

Nieco inaczej do tematu podchodzi Ala, mieszkanka Wojnarowic. Do podstawówki uczęszcza jej 12-letni syn Kuba. W poprzednich latach korzystał ze stołówki.

— Doskonale znam nawyki żywieniowe własnego dziecka. A teraz się dowiaduję o tym, że na szkolnej stołówce posiłki będą według jakiejś roślinnej diety. Nie wiem, co mam robić, bo Kuba jada przede wszystkim mięso w każdej postaci i jajka, pokusi się na pizzę, coś na słodko — owszem, pierogi, kopytka, spaghetti, a nie znosi fasolki, grochu, ogórków, warzywa to nie jest jego bajka, niestety. Ale tak ma chyba większość dzieci w jego wieku. Pracuję, nie mogę gotować w domu i dlatego nie jestem w stanie zrezygnować ze stołówki. A teraz takie zaskoczenie. Mam nadzieję, że nie będzie chodził głodny — żali się Medonetowi.

Rodzice nie wiedzą, pozytywna ocena od 30 proc.

Choć zapisy rozporządzenia konsultowano już od miesięcy i weszły w życie w lutym br., nadal wielu rodziców nie wie, że zmiany wejdą już 1 września (szkoły dostały trochę czasu na wdrożenie nowych zasad).

Potwierdza to badanie, zrealizowane przez Food Research Institute w ramach Barometru Rolniczego — wspólnej inicjatywy Food Research Institute oraz Ogólnopolskiego Panelu Badawczego Ariadna: tylko 39 proc. Polaków wie o zmianach w żywieniu dzieci w szkołach i przedszkolach, które zakładają zapewnienie co najmniej raz w tygodniu pełnowartościowego posiłku przygotowanego wyłącznie z produktów roślinnych. Wśród rodziców dzieci w wieku szkolnym i przedszkolnym świadomość zmian jest wyższa — wie o nich 55 proc. badanych. To wciąż mało.

Ponadto rodzice są mniej entuzjastycznie nastawieni do posiłków roślinnych niż ogół badanych. Wprowadzenie co najmniej jednego takiego posiłku tygodniowo jako zdecydowanie pozytywne ocenia 38 proc. wszystkich respondentów, natomiast wśród rodziców odsetek ten jest o osiem pkt proc. niższy i wynosi 30 proc.

Co pokazało badanie opinii publicznej?

Niemal połowa rodziców uważa, że w pełni roślinne posiłki powinny pojawiać się w szkołach i przedszkolach tylko raz lub dwa razy w tygodniu. Pokazuje to, że choć sama idea jest akceptowana, większy udział posiłków roślinnych w jadłospisie może spotkać się z mniejszym poparciem.

Tylko 52 proc. rodziców wskazuje sposób żywienia jako główny element kształtujący zdrowie dziecka. W całej badanej populacji uważa tak 56 proc. respondentów. Oznacza to, że niemal połowa rodziców nie wskazuje żywienia jako jednego z podstawowych czynników zdrowego rozwoju dziecka.

Wyniki wskazują, że sama zmiana jadłospisów w placówkach może nie wystarczyć do trwałej zmiany nawyków żywieniowych dzieci. Kluczowe znaczenie może mieć spójność między tym, czego dzieci uczą się i co jedzą w szkole lub przedszkolu, a sposobem żywienia w domu. (Źródło: Food Research Institute / Ogólnopolski Panel Badawczy Ariadna).

— Jeżeli stworzymy dzieciom takie środowisko, w którym zdrowy wybór będzie łatwiejszy, to zyskamy większą szansę, że po niego sięgną — mówi cytowana przez Agencję Newseria dr n. med. Anna Liber, pediatra, gastroenterolog, kierownik Zakładu Żywienia w Instytucie Matki i Dziecka.

„Pomysł świetny, wykonanie — jak zawsze”

— Dla mnie nowe zasady żywienia w szkole nie mają większego znaczenia. Kuchnia w szkole mojego syna jest tak koszmarna, że od razu nastawiam się na to, że będzie jadł drugi (a właściwie pierwszy) obiad w domu. Jeśli zje coś w szkole — super, ale wolę być przygotowana i mieć pewność, że dostanie pełnowartościowy i lubiany przez siebie posiłek — przyznaje w rozmowie z Medonetem Dorota z Krakowa, mama 7-letniego Antosia, który zaczyna właśnie nowy rozdział o nazwie „szkoła”.

Będzie uczęszczał do szkolnej stołówki, którą Dorota zna z opowieści innych rodziców z okolicy.

— Jestem całym sercem za wprowadzeniem do szkolnych kuchni większej ilości warzyw i potraw roślinnych, ale to nie produkty są problemem, a sposób ich przyrządzenia i podania. Niestety, w naszej szkole nawet uwielbiane zwykle przez dzieci pierogi ruskie czy naleśniki z serem są niezjadliwe; trudno więc oczekiwać, że danie roślinne i pełnoziarniste zyska aprobatę wybrednego małego podniebienia. Krótko mówiąc: pomysł świetny, wykonanie — jak zawsze — podsumowuje.

Przykładowy posiłek w ramach diety roślinnej, przygotowany przez Narodowe Centrum Edukacji Żywieniowej

Kaszotto z zieloną soczewicą, pieczarkami i marchewką (przepis na 10 porcji)

Przykładowy posiłek w ramach diety roślinnej, przygotowany przez Narodowe Centrum Edukacji Żywieniowej, przepis na 10 porcji.

Składniki:

  • kasza jęczmienna perłowa, sucha — 300 g
  • zielona soczewica, sucha — 200 g
  • brokuły — 300 g
  • pieczarki — 300 g
  • marchew — 200 g
  • przecier pomidorowy — 100 g
  • nasiona słonecznika — 50 g
  • oliwa z oliwek lub olej rzepakowy — 50 g
  • przyprawy: pieprz mielony, zioła prowansalskie — wedle uznania, sól w ilości ograniczonej do niezbędnego minimum
  • natka pietruszki — 50 g

Sposób przygotowania: [—- md]

Najważniejsze zmiany w żywieniu dzieci w szkołach i przedszkolach, które wypunktowała Państwowa Inspekcja Sanitarna, to m.in.:

  • zwiększony udział warzyw, owoców i produktów pochodzenia roślinnego w codziennych posiłkach;
  • Promowanie zasad diety planetarnej
  • ograniczenie ilości dodawanych cukrów w napojach przygotowywanych na miejscu;
  • częstsze wykorzystanie produktów pełnoziarnistych;
  • wprowadzenie obowiązkowej potrawy roślinnej w ramach obiadu raz w tygodniu;
  • uwzględnianie potrzeb osób, które nie spożywają produktów odzwierzęcych;
  • przygotowywanie zup na bazie wywarów warzywnych co najmniej dwa razy w tygodniu;
  • preferowanie wody jako podstawowego napoju podawanego dzieciom i młodzieży;
  • zachęcanie do wykorzystywania produktów lokalnych lub ekologicznych, jeśli jest to możliwe.

Nowe zasady mają promować zdrowsze i bardziej zrównoważone żywienie dzieci. Pytanie pozostaje jednak otwarte: czy szkolne jadłospisy zmienią codzienne wybory uczniów, jeśli ich preferencje i nawyki kształtują się przede wszystkim w domu? To właśnie od tej spójności, jak wskazują eksperci, zależy powodzenie reformy.

Źródło:Medonet

============================

mail:

Dzieci w szkołach docelowo maja być żywione bezmięsnie !!!???

Bo przecież planeta plonie… banda lobuzow!